Litwini nad Morzem Łaptiewów - Dalia Grinkevićiute - ebook + książka

Litwini nad Morzem Łaptiewów ebook

Dalia Grinkevičiūtė

4,7

Opis

Pierwszą wersję świadectwa Dalia Grinkevičiūtė spisała w latach 1949–1950 na Litwie, po ucieczce z Jakucji. Pozbawiony tytułu tekst, obecnie zwany Wspomnieniami, zamknęła w słoiku i zakopała. Wkrótce została aresztowana i ponownie zesłana na Północ, a kiedy z niej powróciła, nie udało się jej odnaleźć zapisków. W różnych latach podejmowała próby ich odtworzenia, wierząc, że mogą mieć znaczenie nie tylko dla niej. Ślady tych prób to liczne notatki, fragmenty, wreszcie miniatury, z których trzy zamieszczono w niniejszym zbiorze. Dopiero na początku lat osiemdziesiątych osiągnęła cel – powstał drugi wariant relacji, któremu nadano tytuł Litwini nad Morzem Łaptiewów. Mniej więcej w tym samym czasie spisała także doświadczenia z lat praktyki lekarskiej – ta część nosi tytuł Na ziemi ojczystej. Teksty te, pomimo istotnych różnic, są silnie ze sobą związane, nawzajem rzucają światło na opisane w nich zdarzenia i współtworzą dramatyczny dokument bestialskich męczarni, głębokiej traumy i nieludzkiego systemu, ale także silnego, wspaniałego, szlachetnego charakteru i – ostatecznie – triumfu ludzkiego ducha.

W świadomości zbiorowej Litwinów Dalia Grinkevičiūtė jest bardzo ważną postacią. W jej dramatycznych przeżyciach rozpoznają oni własny los, a jej postawa uznawana jest za wzór postępowania na czas zarazy. Dlatego jej wspomnienia, poczytywane za skarb litewskiej literatury XX wieku, to lektura w litewskich szkołach – tekst formacyjny. Jestem przekonany, że autorka chętnie zrezygnowałaby z tej pośmiertnej sławy w zamian za odzyskanie utraconej młodości zwyczajnej dziewczynki.

Kamil Pecela

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Lietuviai prie Laptevų jūros

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2019

Copyright © MSB Matthes & Seitz Berlin Verlagsgesellschaft mbH, Berlin 2014. All rights reserved.

Przekład: Kamil Pecela

Redakcja: Magdalena Jankowska

Korekta: Agata Rytel

Skład: Dagmara Ślęk-Paw

Projekt okładki: Jagoda Pecela

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

Opracowanie wersji elektronicznej:

ISBN 978-83-7893-255-0

ISBN (ePub i mobi) 978-83-7893-027-3

Dofinansowano ze środków Litewskiego Instytutu Kultury

Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka Jeziorańskiego we Wrocławiu

ul. Zamkowa 2

55-330 Wojnowice

Wszystkie książki wydane przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu są do nabycia na stronie www.kew.org.pl/ksiegarnia

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wspomnienia

Litwini nad Morzem Łaptiewów

Miniatury

Od tłumacza

Wspomnienia

Co to? Wyczuwam ręką zimne żelazo. Leżę na wznak… Jest tak pięknie… Słońce… cień.

Czuję, że kończy się pewien etap mojego życia. Kropka. Od teraz rozpocznie się następny, niejasny i przerażający. Obok leży dwudziestu czterech ludzi. Śpią? Kto wie, każdy pogrążony jest we własnych myślach, każdy pozostawił za plecami etap życia, który wczoraj się urwał. Każdy ma rodzinę, krewnych, bliskich i ukochanych. Teraz żegnają się z nimi w wyobraźni. Nagłe szarpnięcie wagonu. Z górnych prycz spadają przedmioty. Nikt nie śpi. Cisza. Ubieram się szybko – trzeba pożegnać się z Kownem. Wszyscy stoją przy oknach. To już koniec. Jeszcze jedno uderzenie i pociąg rusza. Widać wieże kościoła karmelitów, błyszczą złotem w promieniach słońca. Jest wpół do piątej rano. Kowno śpi. Skład sześćdziesięciu trzech wagonów płynie w ciszy, wioząc półtora tysiąca Litwinów w nieznaną dal, w nieznane życie. Wszyscy mamy łzy w oczach. Płaczą dzieci, jakby i one rozumiały, milczą ze wzrokiem wbitym w oddalające się miasto i zaczynające się toczyć za oknami pola. Patrzcie, dzieci, patrzcie, niech nigdy w waszej pamięci nie zatrze się ten obraz i ta minuta. Ile setek par oczu po raz ostatni widzi rodzinne miasto… „Czuję, że więcej tego nie zobaczę” – mówi do mnie mamusia. Te słowa niczym nóż wbijają mi się w mózg. Rozpoczyna się walka życia, Dalia. Gimnazjum, dzieciństwo, zabawy, sztuczki, teatr i przyjaciółki – to już przeszłość. Jesteś już dorosła. Masz czternaście lat. Musisz opiekować się matką, zastąpić jej ojca. Rozpoczyna się pierwszy akt walki mojego życia.

Tunel. Pociąg już pędzi. Niemen. Pietraszuny. Gdzie jest tata? Z Bogiem. Wilno. Stoimy na dworcu towarowym. Ktoś woła do swojego krewnego kolejarza, żeby zawiadomił matkę i przekazał jej „z Bogiem”. Radzi, żeby zabrać ciepłe rzeczy. Na diabła one? Lepiej się ukryjcie, uciekajcie. Wilno się oddala. Jego mieszkańcy stoją przy torach, patrzą na nas jak na skazańców i żegnają się znakiem krzyża. Polacy są pobożni. Czyżbyśmy naprawdę jechali na śmierć?

Do diabła, będziemy żyć, będziemy żyć na złość wszystkim czartom i żywiołom. Będziemy żyć i przeżyjemy, będziemy walczyć i zwyciężymy – słyszycie?…

Nowa Wilejka. Stoi tu eszelon z mężczyznami. Idę przez pozabijane deskami wagony i dopytuję o tatusia.

– Nie ma, nie ma, nie ma. Tutaj sami wilnianie. – Wszędzie pada ta sama odpowiedź.

Znowu ładują nas do wagonów i zamykają. Ruszamy. Chciałam i mogłam uciec na tej stacji, niedaleko był stos drewna, ale zrozumiałam, że mam bezsilną matkę. Czułam się, jakbym miała dwadzieścia lat.

„Granica, granica. Zaraz będzie granica”. Ostatnie kilometry litewskiej ziemi – lasy, drzewa, kwiaty.

W drzwiach jest szpara, pięć centymetrów. Wciągam głęboko zapach pól Litwy, żeby go nigdy nie zapomnieć. W którymś wagonie zaczynają śpiewać pieśń, podchwytuje ją cały eszelon. „Graži tu, mano brangi tėvyne!…”[1].

Lecimy już przez pola Białorusi. Nawet wizy nie było trzeba… Orsza, Mińsk, Smoleńsk. Duszno, gorąco. Wody dają mało.

Gdy pociąg się zatrzymuje, wszyscy spieszą pod wagony za potrzebą. Nie ma żadnego skrępowania. Po odjeździe pociągu panorama jest urocza. Na białoruskich stacjach widywaliśmy pociągi pasażerskie, najczęściej jadące na Litwę. A co. Wkrótce będzie tam dużo miejsca. Pomyślnych wiatrów, szarańczo!

Kirow. Zatrzymują się jak na paradzie: na środku eszelon z Kowna, po jednej jego stronie eszelon z Rygi, a po drugiej z Tallina. Czołem, kraje bałtyckie! Nawiązują się rozmowy.

Ustawiamy się dwójkami, żeby przynieść obiad, gdzieś z tyłu kolejki widzę Spūdienė, moją nauczycielkę historii. Nagle zapada cisza. Radio majaczy. Wojna!!! Wojna!!!

Spoglądamy na siebie. W pośpiechu taszczymy obiad i gazety do swoich wagonów.

W eszelonach z trzech stolic radość. Może dalej nie powiozą? Może zawrócą? Ale to żarty. Przecież jesteśmy już za linią frontu. Zarazem jednak budzi się w nas niepokój: co się dzieje na Litwie? jest zdewastowana? może krewni zostali zabici przez bomby? Jedziemy i jedziemy. Piątą, dziesiątą dobę. Żywności nie jemy, oddajemy miejscowym dzieciom, które, wyciągnąwszy ręce, proszą głodnymi oczami: „Chleba, tiotienki…”[2]. Ta muzyka rozbrzmiewa już od granicy z Litwą.

Ural. Bądź pozdrowiona, mateczko Azjo… Zmęczeni, brudni, pobladli, śpimy jedno na drugim. Wszystkie pytania i rozmowy dotyczą jednego: dokąd nas wiozą? Sądziliśmy, że na Ural, ale już go minęliśmy. Andriukaitis, wcześniej podwykonawca – wielki praktyk – suszy chleb i przekonuje, że go od niego kupimy. Jego kupiecka natura i tutaj nie cichnie: tu kupi, tam sprzeda, tu się obładuje. „Pożyjecie w ziemiankach i sami się powywieszacie” – mówi z pełnymi ustami, przeżuwając. Tak jakbyśmy my mieli żyć, a on nie.

Gdy dostawaliśmy kaszę jaglaną, tylko on jadł. Mówił przy tym: „Nie jedzcie, nie jedzcie, wnet to sobie przypomnicie, a wtedy będziecie palce gryźć”. Kaszy było tyle, że można ją było czerpać wiadrami. Wyrzucaliśmy ją przez szparę. Słowa kombinatora Andriukaitisa okazały się święte – rzeczywiście niebawem przypomnieliśmy sobie o kaszy, a potem wspominaliśmy ją często.

Piętnasta doba, dwudziesta. W głowie terkocze, robi się słabo. Aha! Wreszcie finiszujemy. Na każdej stacji odczepiają po trzy wagony, po pięć. Zachodnia Syberia. Stacja Troszczyn. Otwierają się drzwi wagonu. „Wygrużajties bystriej!”[3]. Ilekroć przyszło nam później słyszeć to powiedzenie, z różnymi ozdobnikami w języku rosyjskim, zawsze ściskało się serce – dokąd przybyliśmy, co nas czeka?

Jesteśmy na placu. Dzielą nas według miejsc zamieszkania. Siedzimy przy naszych rzeczach. Przetrząsają je apostołowie reżimu, podchodzą do każdej gromadki. Leje deszcz, grzmi. Samotne kobiety przykrywają małe dzieci, wszyscy są przemoczeni.

Po procedurze, która trwała cztery godziny, raczono się do nas odezwać: „Tak wot, wy budietie żyt’ w swiekłosowchozie”[4].

Wagony dziewiętnasty i dwudziesty (wszystkiego pięćdziesiąt ludzi) jedziemy do tego swiekłosowchozu. Gdy w pociągu trwały jeszcze rewizje, wydało mi się strasznie dziwne, że wołają nas po numerach. To dziwne uczucie ogarnęło mnie znowu, gdy czekista zawołał: „Numer siedemnasty!”. Numer siedemnasty to ja?…

Oprzytomniałam dopiero po kilku minutach, krew napłynęła mi do twarzy, poczułam, że serce zabiło mocniej. Numer siedemnasty z dziewiętnastego wagonu – oto, kim jestem!

Jak dobrze, że ojciec tego nie słyszy. Mam wrażenie, że ktoś założył mi łańcuch. Każdego wołają według rozlokowania, a spojrzenie, które rzucił mi czarnowłosy czekista swoimi stalowymi oczami, zabolało bardziej niż cios. Było to spojrzenie handlarza niewolnikami, badające moją muskulaturę; zastanawiał się, ile zdoła ze mnie wycisnąć. Po raz pierwszy poczułam się jak przedmiot. Nikt nawet nie myśli o tym, że powinnam jeszcze chodzić do szkoły. Stałam przed nimi pobladła, pełna strasznej nienawiści i buntu niewolnika. Odwróciłam głowę i zobaczyłam matkę. Patrzyła na mnie z oddali. Bolesne spojrzenie. Pierwsza to poczuła i natychmiast opuściła oczy, ale widziałam, jak łzy toczą się jej po twarzy. Jej córka i syn, radość jej i tatusia, na jej oczach oceniani są jak zwierzęta pociągowe. Zrozumiałyśmy się i zrobiło się nam nieswojo; nigdy o tym nie rozmawiałyśmy.

Mieszkamy w dwóch wielkich barakach. Pracujemy w polu po osiemnaście godzin dziennie. Nikt się nie żali, choć na początku jest ciężko. Twarze mamy ogorzałe, a ręce drętwieją. Zarobku niemal żadnego. Naczelnicy nie przepuszczają okazji, żeby się z nas pośmiać i wyszydzić – patrzą na nas jak na strasznych zbrodniarzy. Serdeczni są Ukraińcy, również zesłańcy. Języka rosyjskiego nie znamy ni w ząb, ale jakoś dukamy. Wymieniamy rzeczy na jedzenie. Nadeszła zima, w barakach temperatura jak w psiarni. Zaczęto nas rozdzielać – ten do Troicka, ten do Bijska, tamtego Ukraińcy „dokooptują” do własnej gromady.

Wszyscy wierzymy, że wkrótce wrócimy do domu. Nikt nie myśli inaczej. Klimat jest tu dobry, zwłaszcza dla gruźlików. Irena B., moja koleżanka i rówieśniczka, na Litwie dostawała już odmy, a tutaj odżyła. Służy jej powietrze zimne, ale suche. Zima szybko minęła. Nadchodzi wiosna, sadzenie warzyw.

Do szaleństwa chce się spać. Choć minutę, choć chwilę. Pociąg pędzi, kołysząc się i głucho wyjąc. W wagonie siedemdziesięciu dwóch ludzi śpi na stojąco, z otwartymi oczami. Czuję czyjeś dyszenie i dygotanie. To Genė Markauskaitė, żółta jak cytryna suchotniczka, dziesięcioletnia dziewczynka. Oczy ma głęboko zapadnięte, usta sine. Trzęsie się z zimna, a mnie jest gorąco. Wszy pełzną dumnie jej po szyi i ramionach, przechodzą na mnie i gdzieś znikają.

Krasnojarsk. Ta piekielna podróż trwa już tydzień. Pod sufitem wagonu połyskuje w mroku lampka. Naprawdę kiedyś w nocy sypiałam? Naprawdę mogłam rozprostować nogi? Nie, to niemożliwe.

Nie mogę się poruszyć – nogi mi spuchły; wszystko zasnuwa mgła, jak przez sen widzę oblicze Genė, która kaszle mi w twarz. Do diabła, dlaczego przez pięć dni musimy kołysać się ściśnięte, dyszeć sobie w twarze i razem tuczyć tłuste wszy?

Biją się, gadziny. Gruby Żyd daje matce Genė kij, żeby się na nim oparła. Cholery, wkrótce zdechną, a jeszcze się zagryzają. Nienawidzą się nawzajem. Gdyby było choć kilkoro ludzi mniej, mielibyśmy czym oddychać. Wrzask. Histeria. Na pewno się uduszę. Śnię, nie śpiąc. Podróż trwa nieludzko długo. Nagle nachodzi mnie pragnienie, by pociąg zleciał z nasypu, a wagony się roztrzaskały – można by choć odetchnąć. Idiotyzm.

Nareszcie. Przyjechaliśmy. Wagon pustoszeje. Ziemia. Nogi, odwykłe od chodzenia, uginają się pod nami. Leje. Błoto. Baraki są oddalone o pięćset metrów. Wleczemy swoje rzeczy. Wielkie pomieszczenie jest nieprawdopodobnie brudne, pełne niemytych parujących ciał i zapachu szmat. Pięć tysięcy ludzi znajdujących się w tej stajni czy sali klubowej zasypia po kilkunastu minutach. Jak dobrze. Stawy się rozluźniają. Cisza.

Dowiadujemy się, że jesteśmy w Makarowie, niedaleko Angary. Żywy i energiczny Zienčikas zdążył wymyślić, że wsadzą nas na statki parowe. Rozbłyskują wszystkie oczy. Powoli ogarnia nas utopia Ameryki, niektórzy próbują nie wierzyć, ale większość wierzyć chce. Nawet jeśli do tego nie dojdzie, choć przez dwa tygodnie będą żyli nadzieją, iluzją szybkiego wyzwolenia. W pamięci odnajduje się wiele przypadków, które skłaniają do tej wiary. Zigmas Steponavičius, były student akademii rolniczej, sprzedał zegarek komuś z wywiadu. Zegarek wkrótce stanął. Nabywca wypalił rozzłoszczony: „Oto, jak niewdzięczni są Litwini. Wiezie się ich w dobre miejsca, a oni tak się odpłacają”. Nie chcę w to wierzyć, ponieważ gdyby wydano zarządzenie o wywiezieniu Litwinów, dotyczyłoby wszystkich. Dlaczego więc zostawiono Matiukienė, tak lubianą przez naczelnika gospodarstwa? Ale i ja poddaję się powszechnemu entuzjazmowi. Jedziemy do Ameryki albo do jej koncesji, jak dowodzi Krikštanis. Uważam go za autorytet. W tym okresie kłaniam się wszystkim autorytetom i nie mam własnej opinii.

Idziemy do łaźni. Żeby się dokładniej wymyć, pędzimy, gdy tylko o tym zawiadomili, bodaj jako pierwsze. Ja, chyba Morkutė i jeszcze trzecia – pewnie Zienčikaitė. Łaźnia jest wielka, pierwszorzędna. Widocznie powstała właśnie na użytek transportów jadących na północ i wschód. Nasze ubrania przyjmuje młody przystojny mężczyzna, pyta nas, jakiej narodowości jesteśmy. Gdy dowiaduje się, że Litwinki, mówi, że były już tutaj Finki, Estonki i Ukrainki. Radzi szybciej się rozbierać, ponieważ zaraz zgromadzi się dużo kobiet. Zdziwione pytamy, dlaczego nie pracuje tutaj kobieta. „Kobieta jest w oddziale męskim” – odpowiada on z uśmiechem. Wszystko jasne, nie pozostaje nam nic innego – rozbieramy się i po kolei podajemy wszystkie swoje ciuchy. Wędrują na haki, żeby w komorze można było wytępić wszy. Po kąpieli wydaje się nam, że spłukałyśmy z siebie nie tylko brud, ale i całe zmęczenie podróżą. Przystojniak podaje nam ubrania i z uprzejmym uśmiechem pozdrawia po kąpieli. Najspokojniej w świecie ubieramy się i żegnamy z nim serdecznie. Tego samego wieczoru przerzucają nas ciężarówkami kilka kilometrów dalej, nad brzeg Angary. Mieszkamy w kilku wielkich drewnianych szopach, połowa z nas w nich się nie mieści i pozostaje na zewnątrz. Spędzamy tam tydzień. Zdążyłam pojechać pociągiem do Czeremchowa i sprzedać kilka rzeczy. Przywiozłam mąkę, masło i inne produkty spożywcze.

Wieczory bywały tu widowiskowe. Po zmroku zapalały się ogniska. Mieszkaliśmy w lesie, znosiliśmy gałęzie i paliliśmy ogniska niemal do świtu. Zasiadali przy nich wszyscy – młodzież i starsi. Na olbrzymiej przestrzeni połyskują punkty ognisk, tysiące Litwinów śpiewają. W tej chwili zapominają o swoich nieszczęściach. Cały las, zdaje się, drży od potężnych pieśni. Pierwszą był zazwyczaj hymn zesłańców Leiskit į tėvynę[5]. Nie jestem ani muzykalna, ani wrażliwa, ale ta pieśń niezwykle mnie poruszała. Zapewne nigdy żaden chór, żadna muzyka i żadne pieśni nie zabrzmią piękniej dla kogoś, kto w lasach nad brzegiem Angary słyszał śpiew litewskich zesłańców. Zaczynało się od jednego ogniska, pieśń natychmiast podchwytywali inni, potem następni, coraz dalej – i ogromny las wypełniał się rzewnymi, smutnymi, melodyjnymi pieśniami litewskimi. Można było odnieść wrażenie, że się jest na wymarzonej przez wszystkich Litwie, i słone łzy zwilżały twarze. Pieśń nas jednoczyła, wzmacniała, niejako mówiła, że jeszcze wiele trzeba będzie znieść, ale dzieci Litwy wytrzymają. Pieśń choć na chwilę przybliżała nas do Litwy, ożywiała nadzieję na powrót. Nie wiem jak inni, ale ja często, spoglądając na zgromadzonych przy śpiewaniu zesłańców, myślałam: ilu z was nigdy nie zobaczy ojczyzny… Tkwiło we mnie jakieś niedobre przeczucie, jakbym widziała nad głowami cienie śmierci. Może to dziecięce rozumowanie, ale się potwierdziło. Dziwne tylko, że ani razu nie naszła mnie myśl o własnej śmierci. Naiwnie wierzyłam, że cokolwiek się stanie, przeżyję wszystko, koniec kropka. Już w tamte dni w moim formującym się jeszcze charakterze zaczęły dojrzewać jakieś zawziętość, upór, chęć walki z rzeczywistością, walki i zwycięstwa. Z tego właśnie powodu byłam pewna, że przeżyję.

Przenosimy się na statki. Dostajemy się na barki. Przez dwa dni płyniemy bystrą Angarą. Dni są słoneczne, a brzegi piękne, nie chce się o niczym myśleć, w głowie pustka. Znowu przenosimy się na brzeg, znowu pada deszcz – dlaczego pada zawsze wtedy, gdy trzeba lądować? Kamienisty brzeg po kilku godzinach jest zasiedlony. Parowiec i ciągnięta przez niego karawana barek zawracają do Makarowa, by przytransportować pozostających i wciąż przybywających tam ludzi. Zmierzcha. Zaczynają migotać małe ogniska, gotujemy polewkę, żeby czymkolwiek napełnić żołądki. Do lasu daleko, drewna nie ma, jak okiem sięgnąć – szczere pole usiane kamieniami i litewskimi „cyganami”. Zwlekamy szmaty z worów i robimy z nich „pościel”. Wszystko przemokło lub zawilgło, a panuje nieprzyjemny ziąb. Ale powietrze jest czyste. Kolonia się uspokaja. Leżymy jeden przy drugim i zarzucamy na siebie, co tylko mamy. Chucham i derka rozgrzewa się od ciała, choć pada. We wgłębieniach kołdry gromadzi się woda i powoli, kropla za kroplą, sączy mi się na kolana. Włosy myje mi wschodniosyberyjski deszcz.

Jasna, zimna noc. Pięciuset Litwinów w Zajarsku.

„A nie mówiłem? Przecież to całkiem jasne, jasne jak słońce, Broniuk, nie mylimy się – jedziemy do amerykańskich koncesji” – oznajmia zdyszany Krikštanis żonie na widok ludzi wsadzanych do ciężarówek i wiezionych brzegiem do przystani na Lenie. Krikštanis to starosta naszego wagonu. Wagonami nazywamy teraz grupę ludzi, którzy jechali jednym wagonem do Makarowa. Według wagonów dostajemy żywność i jesteśmy transportowani. Krikštanis to wśród nas wyjątkowy okaz. Z Litwy ewakuował się sam, z własnej woli. 23 czerwca, gdy Niemcy bombardowali Wilno, z żoną i synem pociągnął w głąb Związku Radzieckiego. Bał się mobilizacji, więc jechał wciąż dalej i dalej. Gorki, Moskwa, Saratów, Taszkient, Barnauł. Dowiedziawszy się, że wiozą Litwinów, przyłączył się do nas i obrał kurs na amerykańskie koncesje. „Jestem demokratą” – mówi o sobie, podnosząc dwa rozchylone palce i poprawiając binokle. „Walczyłem i będę walczył o interesy większości – taka już jest moja życiowa dewiza”. Siedział trzy lata w kowieńskim więzieniu, ponieważ był zamieszany w sprawę Pajaujisa[6]. Ogólnie nie ma w nim nic, co wzbudzałoby sympatię, ale jest dobry dla rodziny. Pamiętam, jak wsadzano nas do wagonów w Bijsku, wszyscy się przepychali, jakby w strachu, że zostaną tam, jeśli się spóźnią. Dlatego siedzieliśmy sobie na głowach, jak śledzie w beczce. Krikštanis uczepił się czerwonej klamki wagonu towarowego i zaciekle robił nogami i tułowiem, próbując odepchnąć innych i wskoczyć jako pierwszy. Stojąc nieco dalej, zrozumiałam wtedy, że ten człowiek zdepcze każdego trupa, żeby dojść do celu.

Co dziesięć–piętnaście minut podjeżdża ciężarówka. Wsiada do niej dwudziestu ludzi z dziećmi i rzeczami, po czym auto od razu znika w wirze pyłu. Dzień jest gorący. Nie ma cienia. Wszystko wysuszyliśmy. Do wieczora wywożą trzy czwarte ludzi. Plac na brzegu pustoszeje. Robi się chłodniej. Wreszcie całkiem zimno. Narzucam zimowy płaszcz. Na wielkiej przestrzeni płoną ogniska. Pozostawili je ludzie, którzy nie zdążyli sobie nic ugotować, ponieważ przyjechały samochody. Dopalają się ukradzione z jakiejś budowy deski. Przy jednym z ognisk siedzi dziewczynka w moim wieku. Podchodzę i staję po drugiej stronie ognia. Tak jak ja ma na sobie mundur skautki. Zauważam, że jest bardzo ruchliwa, ma niebieskie oczy. Jasne warkocze. Typ Litwinki, pomyślałam.

– Widziałam cię w baraku w Makarowie. Jesteś z Kowna?

– Z Kowna. A ty?

– Z Szawli.

Mierzymy się wzrokiem, ale nie odnajdujemy więcej słów. Idę dalej, widzę, że przyjechała ciężarówka i ta moja znajoma wspina się na pakę. Samochód oddala się z gwizdem. Oto cała znajomość. Kto wie, czy jeszcze kiedyś się spotkamy? Ale życie jeszcze zetknęło nas ze sobą, i to w bardzo ciekawych okolicznościach.

Następnego ranka o świcie, około wpół do piątej, również do naszej grupki podjechała ciężarówka. Wtłoczyliśmy się do niej. Nie zmieścił się cały wagon, a jedynie około dwudziestu pięciu ludzi. Pamiętam Krikštanisa, Noreikienė z Daliusem, Nausėdienė, Jasinskienė z Dalią, Albertasa Janonisa z matką, Dovydaitienė z Birutą, Žukienė, Grockisa i innych. Po kilku minutach mkniemy już dobrą szosą za innymi ciężarówkami. Zaświtał gorący 25 lipca. Dziś musimy pokonać niemałą odległość (około trzystu kilometrów) między Angarą a Leną. Kierowcy są wprawni, prowadzą samochód z szaleńczą prędkością, ciężarówka niebezpiecznie przechyla się na zakrętach, a my wrzeszczymy. Proszę kierowcę, żeby jechał wolniej, chociaż dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wyłazi z kabiny, staje na schodku i przygląda się nam, nie trzymając kierownicy (a prędkość – ogromna). Widzi, że jesteśmy biali jak prześcieradła, więc dłużej nie żartuje. Gorąco. Jedziemy przez lasy pełne zwierząt, ale człowieka nie uświadczysz zapewne w promieniu trzystu kilometrów. Olbrzymie drzewa leżą powalone od wieków. Lasy, lasy, lasy – gęste, potężne, nieprzebyte, jeszcze nie stanęła w nich ludzka stopa. A w Związku Radzieckim brakuje papieru. Daleko stąd, w Stalingradzie, trwają przygotowania do wielkich bitew, koncentruje się armia, huczą samoloty i działa, a tutaj cisza, pędzi tylko ten samochód wiozący litewskich zesłańców do szerokiej Leny. Nie ma wody. Duszno. Kurz zalepił twarze, oczy, usta i całe ciało. Wyciągnęliśmy się z Albertasem na tobołkach na końcu ciężarówki, dzięki czemu ochładza nas wiaterek.

Nagle Jasinskienė zaczyna krzyczeć strasznym, dzikim głosem, wywraca oczy, odrzuca od siebie dwuletnią Dalię i zaczyna dusić samą siebie. Mężczyźni szarpią jej ręce, ale ona konwulsyjnie ściska szyję, a niebieskie żyły wychodzą jej na czole. Oderwali. Znaleźliśmy wodę, zwilżyliśmy jej twarz i napoiliśmy. Kobieta się uspokoiła, znów głaszcze i całuje swoją Dalię, znowu chce żyć. Ach, te nerwy… Tak trudno nad nimi zapanować, zwłaszcza zesłańcowi.

Zatrzymujemy się około trzeciej po południu. Natychmiast pędzimy do lasu. Jak okiem sięgnąć rozciąga się czerwone poszycie – jagodnik. Orzeźwiamy się trochę i zarazem gasimy pragnienie. Po kilku godzinach przerwy znowu pędzimy. Wciąż zbocza i zbocza. Oszalały kierowca nie zmniejsza prędkości i ciągle zbliżamy się do Leny. Nastał wieczór. Potem noc. Zimno. Auto brzęczy bez ustanku. Zrobiło się trochę strasznie. Patrzymy z Albertasem na obydwie strony szosy – wszędzie ciemny, ponury, nieprzebrany las. Przyjemnie tak siedzieć obok młodego Albertasa na brzegu samochodu i pędzić w mrok przez te niemające końca i granicy puszcze. Albertas uczył się w studium dramatycznym w Szawlach, zdaje się, że je skończył. Kochał przyrodę i ludzi, miał delikatną, piękną duszę. Z jakiegoś powodu przypominał mi Aloszę ze Skrzywdzonych i poniżonych Dostojewskiego: wysoki, niezwykle szczupły, jasnowłosy młodzieniec o pięknej twarzy i niebieskich oczach. „Teatr, Dalia, to marzenie mojego życia, mój cel, alfa i omega. Gdy skończy się wojenny zamęt, wrócę na scenę i swoją grą podniosę ludzi do pięknego życia, będę budził szlachetne uczucia. Przecież życie jest bardzo piękne, wspaniałe i ciekawe” – mawiał do mnie często, a jego niebieskie oczy rozpalały się i uśmiechały. Chce się spać. Zbliżamy się do Ust’-Kutu. To przystań nad Leną. Ranek, wpół do siódmej. Dokładnie dobę później jesteśmy w Ust’-Kucie. Samochód wjeżdża do miasta namiotów. Włazimy do pierwszego, który się natrafia, i zasypiamy.

Spędzamy tu dwa tygodnie w oczekiwaniu na parowce. „Moskwa” i „Lermontow” wywiozły już dwie partie ludzi. Teoria amerykańska nie traci na popularności. Kto w nią nie wierzy, jest okrzykiwany pesymistą, półgłówkiem, trucicielem nastrojów i beksą. Ludzie wyraźnie pragną wierzyć w swoje bożki. Nie wolno im przeszkadzać w tym optymizmie. Dni są piękne, kąpiemy się, jeść dają dobrze: pięćset gramów chleba i trzy porcje kaszy perłowej na człowieka. Kąpiemy się w łaźni – to jak kurort. W namiocie spotykamy naszych dawnych kowieńskich sąsiadów – rodzinę profesora Vilkaitisa. Postąpiłam nietaktownie. W ciągu dnia wszyscy idą na jagody, a ja zostaję. Profesor pyta mnie o powód.

– Nie lubię chodzić na jagody – wyjaśniam.

– Zobaczyłabyś wiele pięknych i ciekawych roślin tej krainy. – Profesor nie odpuszcza, uśmiecha się i patrzy na mnie badawczo.

– Ach, ta botanika… Przyznam, że strasznie jej nie lubię, nie interesuje mnie – peroruję, ale przypominam sobie, że Vilkaitis to botanik, i gryzę się w język.

Uśmiecha się wyrozumiale.

– Osiem lat siedziałem z twoim ojcem w jednej ławce, był dobrym kolegą. Kto wie, może się jeszcze spotkamy.

– Mooooże…

Z drugiej strony – rodzina Balčiusów. Są z Daugów. To Dzukowie. Bardzo sympatyczni ludzie. On jest byłym nauczycielem, dowódcą oddziału strzelców. Dziwne tylko, że nie wysłano go do łagru. Wieczorem pieśni – piękne, pełne tęsknoty za ojczyzną, smutne pieśni zesłańców. Płacze dziecko, którego matka cztery dni temu zgubiła się podczas zbierania jagód.

Nadbrzeże Leny. Fale biją o brzegi. Rzeka jest szeroka. Stoją na niej parowiec „Nadieżda Krupska” i dwie duże barki. Przenosimy się na jedną z nich. Prowadzą „apostołowie”. Barki są pasażerskie i dość wygodne. Każdy z nas ma coś na kształt posłania. Cały nasz wagon trafił tu razem – to bardzo przyjemne. Przywykliśmy już do siebie i trochę się zaprzyjaźniliśmy. Nocujemy jeszcze na kamienistym brzegu, przy huku fal Leny. Stoję przy wodzie i patrzę na rzekę – ilu nieszczęśników carska władza spławiła tą wodą do dalekich miejsc zesłania… Ilu młodych, najlepszych synów i ile córek ziemi spławiły te fale i nie oddają? Ilu z tych ludzi zginęło na zesłaniu? Ile nadziei, tęsknoty i chęci walki uniosły te fale? Zesłanie ochłodziło ich entuzjazm, stępiło uczucia, zamordowało, pożarło ich najlepsze lata. Dokąd nas zawiozą? Czyżby do Ameryki? Całą swoją istotą czuję, że nie mogę dłużej się oszukiwać. Również ciebie, Dalia, czeka długa walka. Jeszcze dużo nawojujesz się z życiem, ze śmiercią. W mroku nocy woda w rzece robi się czarna. Fale rozbijają się o brzeg. Siąpi drobny deszczyk.

Powoli przesuwają się obok nas wioski, stada bydła, pola i piachy. Grupy dzieci bawią się na brzegach, kąpią się, coś do nas krzyczą i machają rękami. Słoneczne dni przesuwają się jeden za drugim. „Nadieżda Krupska” wolno ciągnie nasze barki górnym biegiem Leny. Humory nam dopisują. Dostajemy posiłki trzy razy dziennie. Wody – do woli. Wszyscy ciągle się kąpią, piorą, wyglądają na młodszych i żywszych. Młodzież czuje się jak na wycieczce, jak na wczasach. Zakładamy najlepsze ubrania, najczęściej jeszcze litewskie.

Młodzież naprawdę rozkwita. Rzeczywiście wygląda to, jakbyśmy wypłynęli Niemnem na majówkę. To tu, to tam widać pogrążone w rozmowie pary, odradza się flirt. Z barki towarowej dobiegają dźwięki akordeonu i pieśni. Po kilku dniach zatrzymujemy się w Kireńsku. Tutaj zaczyna się Jakucja. W przystani tubylcy oferują za pieniądze cebulę, mleko i wędzone ryby. To znaczy, że pieniądze mają tu wartość.

Znowu płyniemy. Powoli od sąsiedniej barki oddala się łódka. Płyną na brzeg pochować czyjeś zwłoki. Wszędzie cicho. Południe. Spokój. I tak przez całą podróż. A ta trwała miesiąc. Za każdym razem, gdy się zatrzymywaliśmy, na wyspach i brzegach Leny grzebaliśmy trupa albo kilka. Przepływając, często widywaliśmy na brzegach świeże drewniane krzyże. Zawsze się odwracałam i patrzyłam, aż grób nieznanego zesłańca znikał na słonecznym horyzoncie. Spoczywajcie tu na wieki, biedni Litwini, już nigdy nie zobaczycie słonecznych brzegów Niemna i Dubissy, a wietrzyk z pól Litwy nie będzie igrał na waszych grobach. Gdy minie zamęt wojny, jeśli przetrwamy, może wrócimy, ale wy już nigdy. Rzadko przepłyną obok was barki i parowce, jeden czy drugi podróżnik rzuci wzrokiem na samotny grób – opuszczony i bez kwiatów. Z wolna zniknie też napis, którego i tak na bezludziu nikt nie będzie czytał. To dziwne, że człowiek żyje, uczy się i pracuje po to, jak się zdaje, żeby zakończyć życie na tym brzegu. A gdyby ktoś na Litwie powiedział mu, że tu odnajdzie ostatnie schronienie, nigdy by nie uwierzył. Jesteśmy przecież optymistami. Przecież i ja piszę, że mam immunitet na śmierć czy więzienie, a może gdzieś wcisną mnie w ziemię jak psa…

Ach wy, słoneczne dni, jak często w ciężkich chwilach wspominaliśmy was niczym pobyt w kurorcie. Tę podróż Leną. Wieczorami – znowu pieśni. Najaktywniejsi są mieszkańcy Mariampola. Bardzo patriotycznie nastawiona młodzież. Nie mam kolegów, więcej przebywam z dorosłymi.

Pani Žukienė w długim japońskim płaszczu z czerwonego jedwabiu niczym rodowa magnatka szeleści nim po pokładzie barki. Nawet w najbardziej krytycznych chwilach pamięta o manikiurze i masażu ujędrniającym twarz. Na wszystkich patrzy z góry, ponieważ była żoną pułkownika. Zachowanie biedaczki rodziło anegdoty. Byli tacy Żydzi, brat i siostra, nie pamiętam nazwiska, jedynie imię kobiety – Dora. Mieli młyn w Szawlach. Žukienė domagała się od nich wsparcia, obiecując protekcję u swojego męża, gdy po wojnie będą chcieli odbudować młyn. Jeszcze w Kraju Ałtajskim prosiła Adolisa Ašmontisa, piętnastoletniego cherlawego chłopca, żeby przyniósł jej drewna z lasu, obiecując mu, że zostanie przyjęty do szkoły wojskowej bez kolejki. Jak głęboko siedział w niej duch poplecznictwa, skoro obiecywała protekcję nawet na dalekim zesłaniu. Jej mąż, jak się zdaje, nie został wywieziony. Pozostał na Litwie, ukrył się albo coś w tym rodzaju. Krikštanis, urodzony orator, nie mógł się uspokoić bez audytorium, i zgromadziwszy kilku słuchaczy, prorokował o przegranej Związku Radzieckiego w wojnie. Niejasne było tylko, dlaczego musiał się ewakuować.

Zaczyna się strefa lasów. Rzeka staje się węższa, a jej brzegi wysokie i strome. Kurs prowadzi prosto na północ, co jest bardzo ciekawe z geograficznego punktu widzenia, widzę wszystkie strefy: liściastą, iglastą, tajgę, tundrę, wszystkie przejścia i przemiany roślinności można obserwować w najznakomitszy sposób.

Jakuck. Każą nam wysiąść i wynieść wszystkie rzeczy, ponieważ będą dezynfekowali barkę, nas zaś pędzą do łaźni. Chorym każą zostać – przewiozą ich do miasta, do szpitali. Mamusia jest chora i możemy zostać w mieście, ale wszyscy troje nie chcemy oddzielać się od naszego wagonu, więc milczymy. Późno w nocy przenosimy się z powrotem. Barka stoi na środku rzeki. Obok przepływa dwupiętrowy parowiec „Piatiletka”. Z okien rozchodzi się światło, słychać muzykę, chłodny wiatr rozwiewa mi włosy. Oczami pożeram ten cudownie piękny parowiec i budzi się we mnie pragnienie pięknego życia. Są wolni ludzie, którzy kursują takimi parowcami, jest zatem, zdaje się, wolne, piękne życie. Czuję w sobie rodzącą się zaciekłość, siłę, pragnienie życia, walki z nim i zwycięstwa. Pragnienie chwycenia go za pysk, żebym to ja mogła je okiełznać, zamiast żeby ono rzucało mną. Jeszcze pożyjemy, Dalia, jeszcze powalczymy. Będziemy walczyć z tym okrutnym wrogiem – życiem – i się nie poddamy. To nic, że mam zaledwie piętnaście lat.

Mija jeszcze tydzień, dziesięć dni. Żegluga mi się nie znudziła. Siedzę na swoim posłaniu i udaję, że śpię, ponieważ obserwuję, jak Štarienė flirtuje z żołnierzem. To bardzo pobożna kobieta albo przynajmniej stara się za taką uchodzić, wielka patriotka. Jeśli jakieś dziecko zaczyna śpiewać zasłyszaną gdzieś rosyjską piosenkę, ona uśmiecha się szyderczo i wypomina to rodzicom, a sama miętosi się z czekistami i Rosjanami. Słodka Genutė – nazwał ją brat. Jest piękna, ale na wskroś fałszywa. Uśmiecha się do Rosjanina, a ten przewraca ją i pieści. Gdy mówi o swoim Broniusie, który jest w łagrze, wydaje się, że prawdziwe łzy płyną z jej niebieskich oczu. Jezuitka[7]. Jej przyjaciółka, z którą mieszka, Prapuolenienė, jest w niej rozkochana i nie zauważa, jak ta na każdym kroku ją oszukuje.

Szerzą się pogłoski, że odwiezieni wcześniej Litwini w porcie Tiksi zostali przesadzeni na statki morskie i wywiezieni. Dokąd? „Oczywiście do Ameryki” – mówią „amerykanie”. Znane są nawet szczegóły, na przykład takie, że ciuchy robocze były wyrzucane do morza, jako że w Ameryce nie będą potrzebne. Rzekomo mówił o tym jakiś marynarz z Tiksi. (Tiksi to port na brzegu pokrytego lodowcem Oceanu Arktycznego). Jak to jest?

Zrozumiałam wszystko dopiero później, kiedy wypiłam do dna kielich z całą tą „Ameryką” i trafiłam do szkoły w Tiksi. Ziarno prawdy w tych pogłoskach było, ale te statki morskie dostarczyły naszych krajan do ujścia Jany, gdzie umierali tak jak my. Rzeczy wyrzucali, ponieważ również uwierzyli w wyjazd do Ameryki. Na razie w reakcji na plotki o Ameryce barometr nastroju znowu się podniósł.

Tymczasem zbliża się Bułun. Wciąż płyniemy na północ, odczuwamy surowość klimatu. Słoneczne dni już się nie zdarzają – rzeką wciąż miotają sztorm i wiatr. Lasy robią się coraz wątlejsze, a drzewa coraz mniejsze. W Bułunie – centrum rejonu – spadł na nas pierwszy cios: część grupy wysadzono. Gdzie ta Ameryka? Płyniemy dalej. Tit Ary – zakład przetwórstwa rybnego. Znowu wysadzają kilkaset osób. Genė Morkutė, ostra „amerykanka” i kleptomanka, nie odpuszcza i woła do nas, schodząc: „To nic, tutaj tylko pójdziemy do łaźni, a potem na amerykańskie parowce. To pewne wieści”. Ach, te pewne wieści, tak się znudziły z tą swoją „pewnością”. Już kilkuset ludzi wysadzono na brzeg z rzeczami, znaczy się do łaźni. Szkoda, że tak wielu z nich w tej piekielnej łaźni zginęło w krótkim czasie, nie doczekawszy się amerykańskich parowców.

Zostawiamy Tit Ary. Co to? Znikają drzewa i wszelka roślinność. Modrzewie mają zaledwie czterdzieści–pięćdziesiąt centymetrów, potem nawet ich nie uświadczysz. Zaczyna się tundra. Prawda, widzieliśmy niedźwiedzia, patrzył na naszą karawanę flegmatycznie, jakbyśmy w ogóle go nie obchodzili.

Kamień w Stołbach ma około stu metrów wysokości. Znowu wysadzają stu ludzi. Patrzę, jak litewskie rodziny podróżują do brzegu. Surowy wiatr niesie piasek, zatyka usta i nos. Rzeka szaleje, rzuca kładkami (drabinami), a całe miasto Stołby to raptem dwa namioty. Oddalamy się, pozostawiając na brzegu „Ameryki” stu rodaków siedzących na swoich szmatach, z małymi dziećmi, owianych huraganem piasku. Po kilku godzinach znowu się zatrzymujemy.

Brzeg jest wysoki. Stoi tu barka, która przypłynęła wcześniej, ludzie noszą z niej na plecach cegły na brzeg. Stoi tam kilka namiotów, dwa nieukończone drewniane domki bez sufitów, okien i podłóg. Rok 1942, 28 sierpnia. W czasie, gdy barki są podpychane do brzegu, patrzę na tę „Amerykę”, do której trzeba się przeprowadzić. Wieje ostry wiatr ujścia Leny. Rzeka jest biała od piany. Nigdzie nie widać roślinności. Ponury, zimny, nagi brzeg. Czyli to jest cel naszej podróży. Przybyły „apostoł” daje rozkaz zwolnienia barki. „Nu wot, priechali. Czto, nie nrawitsia?”[8] – mówi z uśmiechem, z wyraźną ironią. Ordynarny żart, trzeba być wielkim cynikiem, żeby śmiać się z kobiet i dzieci przywiezionych do ujścia Leny i pozostawionych na zimę.

Jesteśmy już na brzegu, ściślej – u jego podnóża. Wleczemy swoje rzeczy na wysoki, ciągle osypujący się brzeg. Piasek ciągnie nas z powrotem, ślizgamy się i przewracamy z bagażami. Jesteśmy nieskorzy do rozmowy i smutni. Czterystu pięćdziesięciu Litwinów stoi w polarnej tundrze i patrzy na miasto. „Gdzie mamy mieszkać?” – pytamy przechodzącego, pięknie ubranego mężczyznę, widocznie naczelnika. „Sami sobie zbudujecie” – odpowiada z uśmiechem. „Macie lepiej, trafiacie choć na kilka namiotów, a kiedy my dwa tygodnie temu przypłynęliśmy karawaną, wyszliśmy na gołą ziemię, stała tu tylko tabliczka pozostawiona przez ekspedycję, że w tym miejscu powstanie rybzawod[9], a wyspa nazywa się Trofimowsk”. Czujemy, że jest z siebie dumny: zdobywcy bieguna, oto, kim jesteśmy, w szczerej tundrze zbudujemy miasta.

Rozglądam się i przechodzą mnie ciarki. Wokół tundra i tundra, naga tundra, żadnej roślinki, pokryta mchem tundra – jak daleko spojrzeć. W oddali widzę coś jakby wzgórze i krzyż. Okazuje się, że to grób Finów. Przywieziono ich dwa tygodnie temu, a oni – osłabieni po blokadzie Leningradu, zarażeni tyfusem i wygłodniali – umierają. Poczułam się strasznie. Czuję, że tu będzie „zawod” śmierci, a nie rybzawod. Parowiec zawył przeraźliwie i ruszył, ciągnąc nasze puste barki i lawirując wśród mnóstwa tratw.

Robi się strasznie. Chciałoby się uwiesić się barki, żeby nie mogli oderwać, i krzyczeć: „Nie zostawiajcie nas, nie zostawiajcie nas! Gdzie wy nas zostawiliście?” – ale karawana się oddala, a my stoimy na bezludnej wyspie Trofimowsk, gdzie zaraz zacznie się dziesięciomiesięczna zima polarna.

Ale żyć trzeba. Nadal tkwimy w szczerym polu, a już pojawia się ten sam frant i każe iść układać cegły. Okazuje się, że to Święcicki – zwierzchnik budowy przyszłego „zawodu”. „Ale gdzie będziemy nocować?” – pytamy go.

– Właśnie dlatego idziecie układać cegły, żeby szybciej mieć gdzie mieszkać. Wszyscy do cegieł! – krzyknął i pobiegł dalej.

Jedni układali cegły, inni deski i pozostałe materiały budowlane. Opuściwszy się do głębokiej ładowni barki, dostałam sznurek do wiązania cegieł. Choć widziałam, że mężczyźni – jak Stankevičius czy Krikštanis – noszą po dwanaście–piętnaście sztuk, nie mogłam unieść więcej niż siedem cegieł. Praca przebiega tak: należy wspiąć się z ładowni barki po trzymetrowej, stromej drabinie, potem wyjść przez pokład na trap, a z niego na brzeg. Razem jakieś dziesięć metrów wspinania się. Na brzegu każdy układa cegły w osobną wieżyczkę z dwustu pięćdziesięciu cegieł. Za tysiąc płacą osiemdziesiąt rubli. W ciągu dwunastu godzin wyniosłam dwieście pięćdziesiąt cegieł i po powrocie pochwaliłam się mamusi, że zarobiłam dwadzieścia rubli. Praca szła dość sprawnie. Litewskie i fińskie plecy wywlekły na brzeg całe góry cegieł, desek oraz deseczek i obręczy do robienia beczek, a nawet kungasy[10] i niewielkie łódki rybackie. Litwini żyli pod kungasami w szopach z opartych o siebie desek. Finowie cisnęli się w ciemnych, pozbawionych okien namiotach z amerykańskich worków po mące, które nie chroniły ani przed wiatrem, ani przed deszczem. W tych prowizorycznych schronieniach było pełno chorych, leżeli na wilgotnej ziemi tundry i konali, przez nikogo niedoglądani. Tyfus momentalnie przerzucił się na Litwinów. Wszy całymi pułkami maszerowały nawet po wierzchniej odzieży. Nastał wrzesień, można było oczekiwać, że lada dzień powierzchnię tundry zetnie mróz, a potem nadejdą pierwsze śnieżyce.

Kto żyw, pracuje na budowie. Powstaje szpital z belek i olbrzymi budynek murowany. Dziesiątki tysięcy budowlanych belek dryfowało przy brzegu. Należało je szybko wyciągnąć na ląd, ale nie było komu.

Szpital urządzono w małym namiocie, gdzie rosyjska lekarka przyjmowała chorych. Nie miała ich gdzie kłaść, chorzy często padali na miejscu, nie mając siły się wywlec.

Piekarni nie było. Dawali człowiekowi trzysta pięćdziesiąt gramów mąki. Gdzie ją gotować i piec? Znowu ogniska i zrobione z cegieł piecyki polowe.

Zaplanowano ogromny ceglany gmach. Oczyściliśmy plac dwadzieścia pięć na sto pięćdziesiąt metrów i natychmiast zaczęliśmy kłaść fundamenty. Sami byliśmy architektami, inżynierami, zleceniobiorcami i robotnikami. Bezpośrednio na skutej już mrozem tundrze, na którą zaczęło nanosić śnieg, kładliśmy cegły na ściany zewnętrzne. Zamarzła wierzchnia warstwa tundry – dziesięć centymetrów, ponieważ głębiej znajduje się wieczna zmarzlina, więc nawet latem chowając człowieka, grób trzeba mu wycinać w lodzie. Ściany zrobiliśmy na pięćdziesiąt centymetrów. W środku również wymurowaliśmy ściany, które mają oddzielić jedno pomieszczenie baraku od drugiego. Warstwa cegieł, warstwa mchu, warstwa cegieł, warstwa mchu – to cała nasza architektura. Mech należało dostarczać z tundry z odległości około pięciuset metrów. Nosiliśmy go na plecach w workach, a wyrywaliśmy rękami. Schodziła skóra, a zmarznięte ręce kostniały. Niedaleko było małe wzgórze, na które zdychające szkapy ciągnęły nieboszczyków, wówczas jeszcze niewielu, po kilku dziennie, można im było zatem oddać cześć – nawet wyciąć grób i zakopać jak ludzi. Dopóki biegnę do mchu – zimno, ponieważ nie mam ani walonek, ani watowanych spodni. Jedwabne pończochy i buciki, krótka sukienka i letni litewski płaszczyk, z którego wyrosłam – to całe moje ubranie, podobnie jak wszystkich Litwinów. Ale rozgrzewam się, kiedy zarzucam worek z mchem i wlokę go na budowę. Jednocześnie czuję swoiste moralne zadowolenie, że własnymi rękami stawiam dom, w którym będę mogła mieszkać. Czerwony mur rośnie szybko. Cała „budowa” wnet jest skończona. Idziemy do jednego z pokojów baraku. Przynosimy deski i robimy z nich prycze rozciągnięte wzdłuż trzech ścian; czwarta, w której są drzwi i dwa dające niewiele światła okna, pozostaje wolna. Sufitu nie ma. Przyciągamy więcej desek i przykrywamy nimi barak – zrobiliśmy jednocześnie sufit i dach, choć płaski. Nasypujemy kilkanaście metrów sześciennych mchu i ziemi, po czym się wprowadzamy. Pokój jest wielki. Ma około ośmiu metrów szerokości i dwudziestu pięciu metrów długości. Znowu cały wagon żyje razem. Na pryczach jest mało miejsca, dlatego Krikštanis, strażnik sprawiedliwości, odmierza każdemu po pięćdziesiąt centymetrów. Nasza trójka dostaje półtora metra. Rozkładamy szmaty i już jesteśmy zadomowieni. Choć przed deszczem schronienia tu nie znajdziemy.

Na środku postawiliśmy piecyk. To przecięta na pół żelazna beczka po nafcie. Ma wycięte drzwiczki do wlewania paliwa. Zatykamy ją, wstawiamy rurę, wycinamy dziurę w suficie i grzejemy się, porąbawszy deski skradzione z budowy – świętujemy zasiedliny. Beczka jest rozpalona do czerwoności, trzaskają suche deski. Powietrze w baraku gęstnieje od schnących prześmierdłych onuc i rozgrzanej odzieży wierzchniej, która, niesuszona od miesiąca, zaczęła gnić.

W naszym murowanym budynku jest około dwudziestu takich „pokojów”, wszystkie równie zatłoczone. Żyją w nich Finowie, Litwini i Jakuci.

Czujemy, że zbliża się zima. Naczelnictwo spieszy się z budową i ratowaniem belek, ponieważ na brzegach pojawił się już lód, a w tundrze zaczyna sypać śnieg. Wyciągamy belki z wody na brzeg. Woda jest lodowata. Przemoczone ubrania sztywnieją, rękawice twardnieją na kość. Pracujemy bez odpoczynku, ponieważ gdy się zatrzymujemy, natychmiast drętwiejemy z zimna. W każdej brygadzie dwoje ludzi ma długie do pasa gumowe buty. Stoją w wodzie i przewracając bele, podają je nam, a my toczymy je na brzeg. Jesteśmy mokrzy i ubłoceni. Niedaleko stoi kilka kungasów. Zesłańcy zanoszą na nie olbrzymie sieci, namioty, żywność, rzeczy i wiosła. Cztery zorganizowane teraz brygady Litwinów płyną na wyspę Sardach łowić ryby. Usiedli i cicho odpłynęli. Brat pomachał mi ręką. Co to za łowienie ryb, gdy lód niemal dryfuje po rzece.

Przypłynęła ostatnia