Listy od astrofizyka - Neil deGrasse Tyson - ebook

Listy od astrofizyka ebook

Neil deGrasse Tyson

4,0

Opis

Dołącz do kosmicznych rozmów!

Przeczytaj, jak Neil deGrasse Tyson odpowiada na najdziwniejsze listy swoich fanów… i antyfanów! Przekonasz się między innymi:

  • czy istnieją gwiazdy zbudowane z diamentu
  • jak wykazać nieistnienie wróżki zębuszki
  • czy astrofizyka może się przydać w pracy policjanta
  • z jaką dokładnością Biblia podaje liczbę π.

Do Tysona przychodzą co roku tysiące listów: piszą do niego inni naukowcy, więźniowie, pastorzy, dzieci, studenci, wyznawcy teorii spiskowych… Astrofizyk w odpowiedziach na ich pytania, wątpliwości i zarzuty mierzy się z całym mnóstwem rozmaitych zagadnień dotyczących nauki, wiary, filozofii, życia i, oczywiście, Plutona. Teraz w swojej najbardziej osobistej jak dotąd książce ujawnia część tej korespondencji. Wymiana zdań z piszącymi do niego – zwięzła, pełna pasji i często zabawna – to niezwykle wciągająca i pouczająca lektura.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 211

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału Letters from an Astrophysicist

Copyright © 2019 by Neil deGrasse TysonAll rights reserved.

First published in USA 2019

W. W. Norton & Company, Inc., 500 Fifth Avenue, New York, NY 10110wwnorton.com

MottoCowper William 1705 II. A letter to Dr Edward Tyson, Phil. Trans. R. Soc. 241576–1590, doi.org/10.1098/rstl.1704.0014

Zdjęcie komety Schwassmann-Wachmann 3NASA/JPL-Caltech, W. Reach (SSC/Caltech)

Zdjęcie mgławicy Ślimak, s. 242NASA, WIYN, NOAO, ESA, Hubble Helix Nebula Team, M. Meixner(STScI), and T. A. Rector (NRAO)

Przekład Jakub Radzimiński

Redakcja Tomasz Brzozowski, Maria Brzozowska

Korekta Marcin Piątek

Projekt okładki James Jones

Zdjęcie pióra na okładce © Shutterstock.com

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2020Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN pełnej wersji 978-83-66575-76-9

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Dla mojej matki, która pierwsza nauczyła mnie pisać tak, żeby moje słowa miały głębszy sens i siłę oddziaływania. A także dla mojego ojca, którego bogate życiowe doświadczenie w odnajdywaniu właściwej drogi wśród ludzi, miejsc i przedmiotów dało mi mądrość niezbędną do odnalezienia właściwej drogi przez życie.

Jeśli mój wywód zdał się monotonny, pewnym usprawiedliwieniem może być to, że brakło mi czasu, by go uczynić krótszym.

William Cowper, 1704

Przedmowa

 

Dziś, kiedy ludzie porozumiewają się ze sobą głównie za pośrednictwem serwisów społecznościowych, sztuka pisania listów wymarła. Najbardziej negatywnym skutkiem takiego stanu rzeczy wydaje się coraz większa trudność ze znalezieniem słów, które należycie oddawałyby nasze uczucia i emocje. Z czego innego wynikałby stały przyrost liczby emotikon uzupełniających naszą pisemną komunikację? Uśmiechnięta buźka. Buźka z ironicznym grymasem. Serce. Kciuk w górę. Ale kiedy świat pobudza w człowieku ciekawość, kiedy świadomość niewiedzy nie daje spokoju, kiedy egzystencjalny lęk staje się nie do zniesienia, czasem po prostu trzeba napisać do kogoś tradycyjny list.

W tej książce zawarłem wybrane pozycje z mojej korespondencji, w większości wymienianej z osobami zupełnie mi obcymi. Pochodzą z przeszło dwóch dekad, przy czym większość z nich – z dziesięciu lat, kiedy mój adres e-mail był publicznie dostępny[1]. W tym okresie większość nadsyłanych listów zawierała pytania dotyczące nauki. Na te odpowiadali specjaliści z nowojorskiego Planetarium Haydena, w którym zajmuję stanowisko dyrektora. Do książki wybrałem tę część korespondencji, która była bardziej osobista, na przykład dotyczyła mojego konkretnego wystąpienia, napisanej przeze mnie książki czy materiału wideo, w którym wystąpiłem.

Skierowane do mnie listy wyrażające konkretne emocje, ciekawość czy obawy przytaczam tu w całości[2]. Pozostałe, pisane dość chaotycznie, dla oszczędności miejsca streszczam w jednym akapicie. Część korespondencji pochodzi od ludzi złych na świat albo na mnie z powodu czegoś, co powiedziałem lub zrobiłem. Inne listy poruszają kwestie idei i przekonań. Jeszcze inne są smutne, uczuciowe lub wzruszające. W wielu przypadkach zawarta jest w nich tęsknota, której doświadczyliśmy wszyscy w różnych okresach naszego życia: potrzeba odnalezienia sensu istnienia, nieustające pragnienie zrozumienia naszego miejsca na tym świecie i w całym wszechświecie.

Zbiór ten uzupełniłem o listy, które napisałem nie tyle do konkretnej osoby, ile do wszystkich. Są to listy do redakcji (głównie „New York Timesa”), a także listy otwarte, które zamieszczałem na swojej stronie na Facebooku i w innych publicznie dostępnych miejscach w internecie. Jeden z najstarszych to przydługi list z 12 września 2001 roku, skierowany do rodziny i kolegów, napisany dwadzieścia cztery godziny po tym, jak na własne oczy z odległości czterech przecznic widziałem atak na bliźniacze wieże World Trade Center i ich zawalenie się.

Jednak książka ta jest przede wszystkim wycinkiem mądrości, którą wykrzesałem z siebie, by nauczać, oświecać i w końcu współczuć umysłowi ciekawemu świata. Oto świat widziany oczami popularyzatora astrofizyki. Świat, którym teraz dzielę się z wami wszystkimi.

[1] Jeśli list został wysłany inaczej niż pocztą elektroniczną (np. pocztą tradycyjną lub w serwisie społecznościowym), wyraźnie to zaznaczam.

[2] W uzasadnionych przypadkach poddałem je drobnej redakcji, głównie w celu poprawienia ortografii i gramatyki. Ponadto długie listy często skracałem gwoli przejrzystości. Jednocześnie żarliwą interpunkcję, kiedy wynikała z wielkich EMOCJI, w większości pozostawiłem bez zmian!!!

Prolog

WSPOMNIENIE, TAK JAKBY

Wszystkiego najlepszego z okazji sześćdziesiątych urodzin, NASA!

poniedziałek, 1 października 2018 r.wpis na Facebooku

Droga NASA,

wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Może o tym nie wiesz, ale jesteśmy rówieśnikami. W pierwszym tygodniu października 1958 roku Ty zrodziłaś się z ustawy o lotnictwie i lotach kosmicznych (National Aeronautics and Space Act) jako cywilna agencja kosmiczna, a ja zrodziłem się z matki we wschodnim Bronksie. Zatem trwające cały rok obchody naszych wspólnych sześćdziesiątych urodzin stanowią dla mnie wyjątkową okazję do refleksji nad naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

Miałem trzy lata, kiedy John Glenn po raz pierwszy znalazł się na orbicie okołoziemskiej. Miałem lat siedem, kiedy w tamtym tragicznym pożarze kapsuły Apollo 1 straciłaś astronautów: Grissoma, Chaffee’ego i White’a. Miałem lat dziesięć, kiedy wysłałaś Armstronga, Aldrina i Collinsa na Księżyc. I miałem lat czternaście, kiedy przestałaś latać na Księżyc. Przez cały ten czas kibicowałem Tobie i całej Ameryce. Nie czułem jednak ekscytacji na myśl o podróży Twoich zdobywców kosmosu, które to uczucie tak powszechnie gościło w sercach i umysłach innych. Byłem oczywiście zbyt młody, by zostać astronautą. Ale wiedziałem też, że moja skóra jest dla Ciebie zdecydowanie zbyt ciemna, żebyś mogła sobie wyobrazić mnie wyruszającego na tę wspaniałą przygodę. Co więcej, chociaż byłaś agencją cywilną, Twoi najsłynniejsi astronauci rekrutowali się spośród pilotów wojskowych, a było to w czasach, kiedy wojna cieszyła się coraz mniejszym poparciem.

W latach sześćdziesiątych XX wieku ruch praw obywatelskich był dla mnie z pewnością o wiele istotniejszy niż dla Ciebie. W końcu dopiero odgórne zarządzenie wiceprezydenta Johnsona z roku 1963 przymusiło Cię, byś w swoim prestiżowym Centrum Lotów Kosmicznych im. George’a Marshalla w Huntsville w Alabamie zatrudniła czarnych inżynierów. Znalazłem tę korespondencję w Twoich archiwach. Pamiętasz? Dyrektor NASA James Webb napisał list do niemieckiego pioniera techniki rakietowej Wernhera von Brauna, naczelnego inżyniera całego programu załogowych lotów w kosmos, który kierował tym ośrodkiem. W liście tym w stanowczych i dosadnych słowach dyrektor Webb nakazał von Braunowi zająć się kwestią „braku równych możliwości zatrudnienia dla Murzynów” w regionie, a także nawiązać współpracę z pobliskimi uniwersytetami Alabama A&M i Tuskegee Institute w celu wyszukiwania, kształcenia i pozyskiwania do rodziny NASA w Huntsville kompetentnych murzyńskich inżynierów.

W roku 1964 nie skończyliśmy oboje jeszcze sześciu lat, kiedy pod nowo wybudowanym osiedlem mieszkaniowym w Riverdale w Bronksie, do którego chcieli się wprowadzić moi rodzice, dostrzegłem zorganizowaną pikietę. Ludzie chcieli uniemożliwić murzyńskim rodzinom, w tym mojej, zamieszkanie w tej okolicy. Cieszę się, że im się to nie udało. Osiedle otrzymało nazwę, może proroczo, Skyview Apartments. To z dachu jednego z tych budynków, dwadzieścia dwa piętra ponad ulicami Bronxu, wycelowałem potem swój teleskop we wszechświat.

Mój ojciec działał aktywnie w ramach ruchu praw obywatelskich. Z polecenia burmistrza Nowego Jorku Johna Lindsaya pracował na rzecz zwiększenia możliwości zatrudnienia dla młodzieży z getta, jak wtedy nazywano ubogą część śródmieścia. Przez lata jego starania napotykały opór potężnych sił: słabe szkoły, kiepscy nauczyciele, mizerne fundusze, skrajny rasizm, mordowani przywódcy. Zatem kiedy Ty świętowałaś comiesięczne sukcesy w eksploracji kosmosu, od projektu Mercury przez Gemini aż po Apollo, ja obserwowałem, jak Ameryka robi wszystko, co w jej mocy, by zepchnąć na margines ludzi takich jak ja i ich życiowe pragnienia.

Spoglądałem ku Tobie w poszukiwaniu rady, wizji, którą mógłbym przyjąć jako własną i która posłużyłaby za paliwo do realizacji moich ambicji. Ale Ty niczego takiego mi nie zaoferowałaś. Oczywiście nie powinienem winić Cię za niedoskonałość społeczeństwa. Twoje działania były emanacją przyzwyczajeń Ameryki, a nie ich przyczyną. Zdawałem sobie z tego sprawę. Ale mimo to powinnaś wiedzieć, że wśród moich kolegów po fachu jestem jednym z bardzo niewielu przedstawicieli swojego pokolenia, którzy zostali astrofizykami pomimo Twoich osiągnięć, a nie dzięki nim. Nie znalazłszy inspiracji w Tobie, zwróciłem się ku bibliotekom, znalezionym na wyprzedaży książkom o kosmosie, mojemu teleskopowi na dachu i Planetarium Haydena. Po burzliwych latach edukacji szkolnej, kiedy to moje aspiracje zdawały się spotykać z ogromnym oporem wrogo do mnie nastawionego społeczeństwa, zostałem zawodowym naukowcem. Zostałem astrofizykiem.

W kolejnych dziesięcioleciach udało Ci się wiele osiągnąć. Jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie docenia wartości tej przygody dla przyszłości naszego Narodu, wkrótce zmieni zdanie, kiedy reszta rozwiniętego i rozwijającego się świata wyprzedzi nas pod każdym względem technicznym i gospodarczym. Do tego obecnie o wiele bardziej przypominasz Amerykę – od kadry zarządzającej najwyższego szczebla po najbardziej odznaczonych astronautów. Gratulacje. Teraz należysz do wszystkich obywateli. Dowodów na to jest mnóstwo, ale mnie najbardziej zapadł w pamięć czas, kiedy społeczeństwo przejęło kontrolę nad teleskopem Hubble’a, Twoją najukochańszą misją bezzałogową. W roku 2004 zabrało zdecydowanie głos i ostatecznie zażegnało groźbę odwołania czwartej misji naprawczej, co wydłużyło życie teleskopu o kolejne dziesięć lat. Niesamowite zdjęcia kosmosu wykonane przez Hubble’a przemówiły do wszystkich, podobnie jak sylwetki astronautów z promu kosmicznego, którzy wynieśli teleskop na orbitę i potem go serwisowali, a także naukowców, którzy korzystali z przesyłanych na Ziemię danych.

Ale to nie koniec: dołączyłem nawet do grona Twoich najbardziej zaufanych współpracowników i sumiennie wypełniałem obowiązki członka Twojej prestiżowej rady doradczej. Dostrzegłem, że kiedy jesteś w najlepszej formie, nic innego nie potrafi lepiej pobudzać marzeń całego narodu – marzeń zasilanych przez rzesze ambitnych studentów, palących się do zostania naukowcami, inżynierami i technikami w służbie najwspanialszej misji, jaka kiedykolwiek istniała. Wyrosłaś na jeden z podstawowych elementów tożsamości Ameryki – nie tylko w jej własnych oczach, ale też w oczach świata.

Zatem w roku naszych sześćdziesiątych urodzin, kiedy oboje rozpoczynamy sześćdziesiątą pierwszą podróż wokół Słońca, chciałbym, żebyś wiedziała, że rozumiem Twoje troski, ale też cieszę się Twoimi sukcesami. I mam nadzieję zobaczyć Cię ponownie na Księżycu. Ale nie poprzestawaj na tym. Wzywa nas Mars, a także to, co znajduje się poza nim.

Współjubilatko, nawet jeśli nie zawsze nim byłem, teraz już jestem i pozostanę Twoim uniżonym sługą.

Neil deGrasse Tyson

Nowy Jork

I. Etos

Rozdział 1

NADZIEJA

Tylko ona nam zostaje, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie mamy pełnej kontroli nad rezultatem naszych działań. Lecz bez niej – jakżebyśmy sobie poradzili z wyzwaniami rzucanymi przez życie?

Śpiączka

niedziela, 25 lutego 2007 r.

Szanowny Panie Tysonie,

od dawna podejrzewałam, że żyjemy we wszechświecie, który chce nas zabić, zatem nie zdziwiło mnie to w Pana wystąpieniach, ale gdzie jest nadzieja, czy też może żadnej nadziei nie ma?

W roku 2001 spędziłam trzynaście dni w śpiączce, po czym cudownie się wybudziłam, by dalej żyć u boku mojego ukochanego męża. Śpiewał mi piosenkę miłosną i zachęcał do powrotu, a ja wtedy otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się do niego. Niemniej ogrom informacji, z którymi wróciłam z tamtej strony, zmienił mnie na zawsze. I wiele z tych informacji nie było dobrych. Czy Pana zdaniem rzeczy „niedobre” stanowią większość tego, co nas tam czeka? Jeśli tak, to jak udaje się Panu cieszyć życiem, czy też może nie cieszy się nim Pan wcale?

Z wyrazami szacunku

Sheila Van Houten

~

Szanowna Pani Van Houten,

rozróżniam dwa rodzaje nadziei. Jeden z nich ma charakter religijny; człowiek modli się lub odprawia rytuał kulturowy, żeby sprawy uległy poprawie.

Ale jest też drugi rodzaj nadziei – to wyzwanie polegające na poznawaniu prawdziwego świata i wykorzystywaniu inteligencji, by zmieniać świat na lepszy. W ten sposób to człowiek ma moc dawania nadziei światu.

Zatem owszem, wszechświat chce nas zabić. My z kolei wszyscy pragniemy żyć. Znajdźmy więc wspólnie sposób na zmienienie kursu asteroid zagrażających Ziemi, opracowanie leku na kolejny śmiercionośny wirus, ograniczenie skutków huraganów, tsunami, wybuchów wulkanów i tak dalej. Możemy to osiągnąć wyłącznie poprzez wspólny wysiłek społeczeństwa zaznajomionego ze zdobyczami nauki i techniki.

W tym kryje się dla Ziemi nadzieja o wiele większa niż ta pokładana w modlitwie czy introspekcji.

Z poważaniem

Neil deGrasse Tyson

Strach

niedziela, 5 lipca 2009 r.

Szanowny Panie Tysonie,

właśnie widziałam Pana w telewizji ­publicznej. Podziwiam Pana za to, co się Panu udało osiągnąć w życiu. Zawsze starałam się w miarę możliwości pomagać innym. Mam 38 lat, trójkę dzieci i studiuję w trybie dziennym. Urodziłam się i wychowałam w niewielkiej miejscowości liczącej około półtora tysiąca mieszkańców. Kiedy po szesnastu latach wspólnego pożycia moje małżeństwo się rozpadło, postanowiłam dokończyć studia licencjackie z inżynierii i aplikować do School of Social Work na Uniwersytecie Waszyngtońskim.

1 sierpnia przeprowadzam się do Snohomish, nie mam pracy, ale codziennie składam podania wszędzie, gdzie tylko mogę. Kiedy mówił Pan o ambicji, miałam wrażenie, że mówi Pan o mnie. Mam trójkę dzieci do wykarmienia, więc chcę tylko znaleźć pracę i dostać się na studia. Moją pasją jest praca w usługach społecznych, zajmowałam się opieką zastępczą i opieką nad osobami starszymi, ale żeby osiągnąć to, co chcę, będę pracować choćby w fast foodzie.

Cały czas się martwię, że nie dam rady utrzymać dzieci, i śmiertelnie boję się przeprowadzki, ale nie pozwolę, żeby to mnie powstrzymało. Choćbym miała aplikować na UW od nowa co roku aż do siedemdziesiątego roku życia, będę to robić i w końcu zdobędę tytuł magistra. Nie wiem tylko, jak się pozbyć tego dręczącego mnie przeczucia, że jeśli się przeprowadzę, wszystko się zawali.

Mam motywację i jestem zdeterminowana. Chcę tylko, żeby los w końcu się do mnie uśmiechnął – nie żeby wszystko przyszło bez wysiłku, chcę po prostu znaleźć pracę. Nie chcę niczego za darmo. Chcę tylko znaleźć pracę, dostać szansę dotarcia do celu własnym wysiłkiem.

Nie wiem, dlaczego do Pana piszę. Nie chcę niczego, tylko kogoś, kto wysłucha moich obaw. Nie mam nikogo, komu mogłabym o nich opowiedzieć, a może Pan mnie zrozumie.

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie tego listu.

Lisa Kalma

~

Droga Liso,

niepowodzenie w życiu dotyka tych, których ambicja była zbyt słaba, by przezwyciężyć siły działające przeciwko nim. Tak – wszyscy zaznaliśmy smaku porażki. Osoby ambitne wykorzystują to jednak ­jako lekcję na przyszłość i prą dalej do wyznaczonych celów.

Nie lękaj się zmiany. Nie lękaj się porażki. Należy się bać jedynie utraty ambicji. Ale jeśli Ci jej nie brakuje, nie masz się już czego lękać. Powodzenia na Twojej drodze. Chciałbym Ci jeszcze zadedykować cytat otwierający moją książkę The Sky Is Not the Limit[1], w której spisałem swoje wspomnienia:

Ponad osądami innych

Wznosząca się wysoko nad niebo

Rozpościera się potęga ambicji

Wszystkiego najlepszego, tak na Ziemi, jak i we wszechświecie.

Neil

Kryzys wiary

środa, 29 kwietnia 2009 r.

Szanowny Panie Doktorze,

dorastałem na farmie hodowlanej w górach Karoliny Północnej i czasem nachodziły mnie myśli, że jestem przeklęty albo kaleki, bo wiara w siłę wyższą zwyczajnie do mnie nie przemawiała. Chodziłem do kościoła, do szkółki niedzielnej, ze wszystkich stron otaczała mnie religia… a mimo to w głowie ciągle rodziły się wątpliwości.

Pamiętam, że musiałem kłamać o swoich przekonaniach i chęci rzucenia tego wszystkiego (czasem we łzach), sądząc, że jeśli będę kłamał wystarczająco długo, w końcu zacznę wierzyć. Zostałem wyrzucony ze szkółki niedzielnej za „zadawanie zbyt wielu pytań”.

Wtedy zacząłem spotykać innych takich jak ja (chociaż o wiele bardziej inteligentnych i wykształconych). Chciałem tylko podziękować Panu – Pańskie słowa potrafią mieć o wiele większy wpływ na innych, niż Pan może sądzić. Pan (i inni) daje ludziom mieszkającym na odludziu nadzieję, że można trwać nieugięcie w swojej niewierze i cały czas zadawać pytania. Wiem, że jest Pan naukowcem i nauczycielem – ale dla części ludzi jest Pan nadzieją.

George Henry Whitesides

~

Szanowny Panie Whitesides,

dziękuję za podzielenie się ze mną swoimi prze­życiami.

Nigdy nie było (i nie jest) moim zamiarem w ten czy inny sposób wpływać na zmianę czyjegoś systemu wierzeń. Pragnę jedynie zachęcać ludzi, by myśleli samodzielnie, zamiast zostawiać myślenie innym. W tym właśnie rozkwita dusza sceptycyzmu i duch swobodnej dociekliwości.

Cieszę się, że udało mi się zapewnić pożywkę dla Pańskiego rozwoju w tym kierunku.

Jak to się mówi w kosmosie… niech Pan nie przestaje patrzeć w górę.

Neil deGrasse Tyson

O byciu czarnym

Marc uznał poziom mojego wkładu w naukę za znak, że czasy zmieniają się na lepsze, ale był przekonany, że wiele wycierpiałem – i że cierpię nadal – wskutek uprzedzeń rasowych. Marzy o dniu, w którym kolor skóry będzie całkowicie bez znaczenia dla czyjejś tożsamości. W święta Bożego Narodzenia 2008 roku zapytał mnie o moje doświadczenia jako afroamerykańskiego naukowca.

~

Drogi Marcu,

dziękuję za Twój list.

Mogę Cię z przyjemnością poinformować, że określanie mnie jako „czarnoskórego” naukowca jest obecnie niezmiernie rzadkie – na tyle, że Twoja wzmianka na ten temat wręcz mnie zaskoczyła. Oczywiście jeśli Twoje doświadczenia życiowe są inne, to nie mogę ich kwestionować, ale pozostałe przesłanki zdają się zdecydowanie wspierać moje stwierdzenie.

Cofnijmy się jednak o kilka lat. Przykładowo, w roku 2001, kiedy zostałem wybrany do dwunastoosobowej komisji Białego Domu, która miała dyskutować o przyszłości amerykańskiego przemysłu kosmicznego, część osób (zwłaszcza krytycy George’a W. Busha) od razu stwierdziła, że „potrzebowali kogoś czarnego”. Tymczasem po bliższym przyjrzeniu się składowi komisji okazało się, że byłem jedynym pracownikiem uniwersyteckim, ale nie byłem jedyną osobą czarnoskórą – drugą był czterogwiazdkowy generał sił powietrznych. Zatem po bliższej analizie ta krytyka traciła wszelkie podstawy.

Jeszcze wcześniej, w roku 1996, kiedy uczestniczyłem w wieczornej gali mojego muzeum[2] (nie byłem jeszcze wtedy szerzej znany), pewna siedząca ze mną przy stole kobieta o liberalnych poglądach dostrzegła, że pracuję dla tej instytucji, a skoro w gali uczestniczyły tylko osoby zajmujące wysokie stanowiska, szybko wysnuła wniosek, że byłem rzecznikiem prasowym lub miałem jakąś równie mało istotną posadę tradycyjnie zarezerwowaną dla symbolicznego Czarnego. W odpowiedzi wyjaśniłem jej, że jestem astrofizykiem, dyrektorem Planetarium Haydena, a także członkiem zespołu naukowego w Rose Center for Earth and Space, wówczas jeszcze w budowie, co sprawiło, że przez resztę posiłku nie odezwała się już ani słowem.

Wtedy tego rodzaju sytuacje były na porządku dziennym, ale obecnie zwyczajnie już się nie zdarzają, może z wyjątkiem osób starszych, których doświadczenie życiowe kształtowało się w Ameryce czarno-białej, a nie zwyczajnie w Ameryce. W ostatnich latach najistotniejsze wzmianki biograficzne o mnie nie wspominają ani słowem o kolorze skóry[3].

Zatem bieżące tendencje nie dostarczają dowodów na poparcie Twojego twierdzenia albo wskazują, że Twoje doświadczenie jest odmienne od przeważających trendów i zachowań.

Dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia – chociaż walka wciąż trwa, czasy naprawdę się zmieniają.

Neil deGrasse Tyson

Na temat ilorazu inteligencji

Zaledwie kilka dni później Marc napisał do mnie ponownie, tym razem zastanawiając się nad różnicą w wysokości ilorazu inteligencji między osobami biało- i czarnoskórymi. Często rozmawiał na ten temat z krewnymi oraz znajomymi i potrzebował nowych argumentów do dyskusji.

~

Drogi Marcu,

problem wykracza tu poza kwestię wiązania wysokości ilorazu inteligencji z rasą. Najpewniej sprawa rozbija się o samo znaczenie wyniku testu IQ. Chciałbym zwrócić Twoją uwagę na książkę zatytułowaną Genius Revisited: High IQ Children Grown Up (Nowe spojrzenie na geniusz: Dzieci z wysokim IQ jako dorośli), której autorzy przyjrzeli się setkom absolwentów szkoły podstawowej przy Hunter College w Nowym Jorku – szkoły publicznej z ostrymi kryteriami selekcji, w której średnia IQ uczniów przekraczała 150 punktów.

Kiedy ktoś zaczyna śledzić losy tych dzieci aż do dorosłości, może się spodziewać wspaniałych osiągnięć. Nie znajdzie ich jednak. Ani jednego laureata Nagrody Nobla. Ani jednego zdobywcy nagrody Pulitzera. Nikt spośród nich nie osiągnął niczego wybitnego na polu swojej działalności. Jednocześnie wedle wszelkich zwykłych miar amerykańskiego społeczeństwa odnieśli sukces – żyją w szczęśliwych małżeństwach, mają pewne zatrudnienie na szczeblu kierowniczym lub wyżej, posiadają domy na własność i tak dalej. Nie można jednak nie zacząć się zastanawiać, co tak naprawdę odróżnia osoby odnoszące wyjątkowe sukcesy od reszty, ponieważ gdyby IQ miało tak wielkie znaczenie, jak twierdzą jego apologeci, wtedy wszystkie osoby decydujące o kształcie i kierunku rozwoju naszego społeczeństwa miałyby wysoki iloraz inteligencji. Dane pokazują jednak, że jest inaczej.

Wynik testu IQ wykazuje dużą korelację ze średnią ocen w szkole średniej i college’u, ale kiedy człowiek dostanie swoją pierwszą pracę, nikt go już nie pyta o średnią z dyplomu. Wtedy ważne okazują się umiejętności społeczne, cechy przywódcze, umiejętność rozwiązywania rzeczywistych problemów, rzetelność, przedsiębiorczość, obowiązkowość, ambicja, etyka pracy, życzliwość, empatia i tym podobne. Zatem moim zdaniem dyskusje na temat związku między rasą a ilorazem inteligencji nie mają żadnego znaczenia, a na pewno nie większe niż rozmowy o związku między rasą a kolorem włosów czy też między rasą a upodobaniami kulinarnymi.

Nie znam swojego IQ. Nigdy nie zostało zmierzone. W szkole średniej byłem mniej więcej w połowie stawki rocznika liczącego siedmiuset uczniów. Niewielu nauczycieli (czy kolegów z klasy) powiedziałoby więc o mnie: „On zajdzie daleko”. Dlaczego? Ponieważ system edukacji jest zafiksowany na wynikach testów. Tymczasem już drugi rok z rzędu trafiam na listę „Harvard 100”, czyli spis stu najbardziej wpływowych wciąż żyjących absolwentów Uniwersytetu Harvarda. Powodzenia w dyskusjach z krewnymi. Jeśli ktokolwiek z nich będzie miał jakieś pytanie, z chęcią postaram się na nie odpowiedzieć. Ale zdecydowanie są ważniejsze tematy do omawiania niż IQ.

Neil deGrasse Tyson

100 mil na godzinę

czwartek, 3 maja 2012 r.

Jak leci, Ty[4]? Sądzę, że mogę Cię tak nazywać, ponieważ mam wrażenie, że znam Cię osobiście.

Obejrzałem dosłownie każdą sekundę wszystkich Twoich filmów na YouTubie. Przychodziłbym na Twoje prelekcje, ale praca wymaga ode mnie ciągłych podróży. Nazywam się Jarrett Burgess i gram zawodowo w baseball. Zdecydowałem się napisać tego mejla, ponieważ od czwartego roku życia chciałem zostać astronautą. Zainspirowałeś mnie i dałeś mi wiarę, że warto robić to, co się kocha, chociaż społeczeństwo i rodzina naciskają na mnie, żebym grał w baseball. Pragnę być znany ze swoich odkryć i zrobić coś ważnego dla nauki. Nie chcę, żeby definiował mnie baseball.

Nagrywaj dalej swoje filmy – docierasz nawet do takich osób jak ja. Jasne, potrafię z zapola rzucić piłkę z prędkością 100 mil na godzinę albo przebiec 60 jardów w 6,2 sekundy, a także wybić piłkę kijem na ponad 410 stóp. Nawet kiedy jestem na boisku, myślę o nauce. Chcę dążyć do swojego celu w nauce. Potrzebuję pomocy i wskazówek, od czego powinienem zacząć. Mam 21 lat i jestem bardzo gorliwy, bardzo rzetelny, a do tego, co najważniejsze, mam niesamowitą wyobraźnię. I kocham kosmos.

Proszę, pomóż mi, Neil, jak tylko możesz. Docenię to.

Jarrett Burges

~

Drogi Jarrecie,

dziękuję za tak zdecydowaną deklarację związania się z kosmosem. Nakreśliłeś dylemat, który dotyka wielu osób w naszym społeczeństwie: czy powinno się robić to, w czym jest się najlepszym? To, czego oczekują od nas inni? Czy też to, co się najbardziej kocha?

Uwielbiam baseball (napisałem kilkadziesiąt tweetów na ten temat), zatem niełatwo przyszłoby mi poradzić osobie, która potrafi cisnąć piłkę z taką prędkością, by zajęła się badaniem wszechświata. Ale jednocześnie tak się składa, że uwielbiam to, co sam robię. Dzięki temu mam silną wewnętrzną motywację i pęd do doskonalenia się w mojej dziedzinie każdego dnia – bezgranicznie.

Jeśli dobrze pamiętam, zawodnicy niższych lig zarabiają naprawdę niewiele. Zatem czas spędzony w systemie farm[5] ma służyć rozwijaniu umiejętności w oczekiwaniu na powołanie do klubu z pierwszej ligi, a nie na gromadzeniu majątku. Wydaje mi się, że mógł­byś zamiast tego uczęszczać do dobrego college’u z mocną drużyną baseballową, gdzie miałbyś możliwość regularnie grać, a jednocześnie kształcić się na astrofizyka. Jeśli mnie pamięć nie myli, na początku lat osiemdziesiątych XX wieku Roger Clemens był miotaczem na Uniwersytecie Teksańskim w Austin, poprowadził drużynę do rozgrywek na szczeblu ogólnokrajowym, a potem grał w Major League.

W tym samym czasie Brian May odnosił sukcesy jako gitarzysta legendarnego zespołu rockowego Queen, a potem… a potem… a potem… zdecydował się zrobić doktorat z astrofizyki. Obronił go ledwie kilka lat temu.

Idę o zakład, że większość osób zachęcających Cię do dalszej gry w baseball spodziewa się, że kiedyś zaczniesz bardzo dużo zarabiać. Ale to oznaczałoby, że Twoja kariera zostałaby podporządkowana dążeniu do bogactwa, a nie poszukiwaniu kosmicznego spełnienia. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy jedyną motywacją są pieniądze, ludzie często tracą z oczu ważniejsze źródła szczęścia.

Dopóki nie skończysz fizyki lub astrofizyki w colle­ge’u (i nie zaliczysz wszystkich zajęć z matematyki z obowiązkową obecnością), nie dowiesz się, w czym jesteś lepszy – nauce czy sporcie. Warto byłoby się o tym przekonać. Jeśli okaże się, że jesteś lepszy w sporcie niż w nauce, ale nie stracisz swojego zamiłowania do wszechświata, wrócisz do zawodowej gry, pograsz przez dziesięć lat, w zimowe miesiące pracując na tytuł magistra, a potem – tak jak Brian May – kiedy już zarobisz mnóstwo pieniędzy, zrobisz doktorat.

Gdybyś opóźnił wejście do zawodowego baseballu i udał się do college’u, by skończyć fizykę (jednocześnie cały czas uprawiając ten sport), trafiłbyś na nagłówki gazet – zwłaszcza we współczesnym świecie, w którym bardzo mało pisze się o nauce. A gdybyś jednak nie trafił, już ja dopilnuję, żeby tak się stało.

Tak czy owak, niezmiernie się cieszę, że pomogłem choćby w niewielkim stopniu podtrzymać ogień Twojego kosmicznego zapału.

Z najlepszymi życzeniami

Neil deGrasse Tyson

Gdybym był prezydentem

Wśród kakofonii wyjątkowo zawziętych sporów w kongresie dział Sunday Review „New York Timesa” wydrukował wypowiedzi niepolityków, które stanowiły dokończenie zdania: „Gdybym był prezydentem, to…”. Poniżej zamieszczam niezredagowaną wersję mojej opublikowanej odpowiedzi.

~

niedziela, 21 sierpnia 2011 r., „New York Times”

Postawienie problemu jako „Gdybym był prezydentem, to…” sugeruje, że gdyby usunąć jednego przywódcę i zastąpić go innym, nagle z Ameryką wszystko byłoby w porządku – tak jakby to nasi przywódcy byli źródłem wszystkich naszych niedomagań.

To chyba dlatego wykształciliśmy tradycję zaciekłego atakowania naszych polityków. Są zbyt konserwatywni? Zbyt liberalni? Zbyt religijni? Zbyt ateistyczni? Zbyt homoseksualni? Zbyt homofobiczni? Zbyt bogaci? Zbyt głupi? Zbyt mądrzy? Zbyt etniczni? Zbyt rozpustni? Intrygujące zachowanie, zważywszy, że co dwa lata wybieramy 88% członków Kongresu.

Drugą wciąż zakorzeniającą się tradycją jest oczekiwanie, że wszyscy inni w naszym zróżnicowanym kulturowo kraju powinni dzielić dokładnie te same poglądy co my – i to na wszystkie sprawy.

Dla człowieka obeznanego z nauką świat wygląda inaczej. Chodzi o ten szczególny zwyczaj kwestionowania wszystkiego, co się widzi i słyszy. Kiedy już uda się osiągnąć ten stan umysłu, znaczenie zaczyna mieć to, co obiektywne. Prawda o świecie istniejącym poza opisem narzucanym przez nasz system wierzeń.

Jedną z tych prawd jest konstatacja, że nasz rząd nie działa, ale nie dlatego, że mamy dysfunkcyjnych polityków, lecz z powodu dysfunkcyjnych wyborców. Moim celem zatem, jako naukowca i krzewiciela wiedzy, nie jest prezydentura i przewodzenie dysfunkcyjnemu elektoratowi, lecz oświecenie tegoż elektoratu, by zaczął wybierać właściwych przywódców.

Neil deGrasse Tyson

Nowy Jork

[1] Neil deGrasse Tyson, The Sky Is Not the Limit: Adventures of an Urban Astrophysicist, Prometheus Books, Amherst, NY, 2004.

[2] Chodzi o Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku, gdzie od roku 1996 zajmowałem stanowisko dyrektora Planetarium im. Haydena.

[3] Patrz: lista stu najbardziej wpływowych osób świata według czasopisma „Time” z roku 2007 albo lista dziesięciu najbardziej wpływowych osób w świecie nauki według czasopisma „Discover” z roku 2008.

[4] Skrót nazwiska Tyson (przyp. red.).

[5] System szkolenia młodych zawodników w klubach niższych lig na potrzeby zespołów z Major League. W latach dwudziestych Branch Rickey, menedżer Cardinals uznawany za ojca systemu farm, porównał go do uprawiania roślin na farmie – i takie porównanie się przyjęło (przyp. tłum.).

Rozdział 2

ZDUMIEWAJĄCE STWIERDZENIA

Jeśli kogoś ciekawią UFO, kryptozoologia, astro­logia albo postrzeganie pozazmysłowe – znajdzie tu to wszystko. Kiedy przychodzi zbadać świat naturalny w poszukiwaniu stojącego za nim porządku, warto pamiętać maksymę Carla Sagana: „Niezwykłe twierdzenia wymagają niezwykłych dowodów”. Wiąże się z tym nieuchronne ryzyko: czasem na jakiś temat wie się wystarczająco dużo, żeby sądzić, iż ma się rację, ale jednocześnie zbyt mało, żeby zrozumieć, że jednak jest się w błędzie.

Kontakt z istotami pozaziemskimi

sobota, 8 marca 2009 r.

Neilu, jeśli istnieją istoty pozaziemskie, dlaczego nie wyślemy kogoś na Księżyc albo Marsa, żeby zapytać, kim są i dlaczego przylatują na Ziemię?

Mel

~

Droga Mel,

dopóki ktoś nie zawlecze zwłok obcego do państwowego laboratorium albo póki istota pozaziemska nie wyląduje na trawniku przed Białym Domem lub na dachu redakcji „New York Timesa”, wydatek rzędu biliona dolarów na podróż na Marsa, żeby przywitać się z obcymi, będzie nieuzasadniony, ponieważ waga dowodów na ich nieistnienie jest niewspółmierna do doniesień o ich odwiedzinach.

Neil

Obcy obcy

niedziela, 8 listopada 2009 r.

Drogi Neilu,

cały czas cierpliwie czekam, aż moi cudowni naukowcy „udowodnią” istnienie Obcych. Wydaje mi się, że czynią postępy, choć powoli. I może wykraczam teraz myślami poza utarte schematy… ale zamiast ciągle szukać czegoś podobnego do nas, może powinniśmy rozejrzeć się za czymś zupełnie innym?

Melodie Lander

~

Droga Melodie,

liczba sposobów, na jakie mogłoby manifestować się życie, i których nie możemy wykluczać, jest dużo większa niż ten jeden znany nam sposób. Dlatego też podczas projektowania eksperymentu przy ograniczonym budżecie zawsze zaczynamy od tego, co już wiemy.

Wiemy, że życie może istnieć w oparciu o cząsteczki zbudowane z atomów węgla (dowód=my). Wiemy też, że węgiel występuje powszechnie we wszechświecie i że jest najbardziej płodnym chemicznie pierwiastkiem w układzie okresowym. Dlatego też zaczynamy właśnie od tego.

Neil

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 3

MYŚLI NIEUCZESANE

Rozmaite sprawy, które zdaniem wielu wymykają się wszelkiej kategoryzacji.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

II. Kosmos

Rozdział 4

Hejt

Około jedna trzecia całej otrzymywanej przeze mnie korespondencji to poczta fanowska. Czasem do mojej skrzynki trafia jej przeciwieństwo.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 5

NEGOWANIE NAUKI

Część ludzi nie lubi naukowców. Niektórzy uważają, że nauka to niemoralna, polityczna siła tłamsząca społeczeństwo. Albo że jest przeceniana i pełna zarozumiałych badaczy. Inni zwyczajnie poszukują prawdy. W tym rozdziale stawiam czoła im wszystkim.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 6

FILOZOFIA

Czasem zwyczajnie trzeba zadać głębokie pytanie.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

III. Patos

Rozdział 7

ŻYCIE I ŚMIERĆ

Nigdy nie jest łatwo przeżyć swoje życie. A śmierć jest jeszcze trudniejsza.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 8

TRAGEDIA

W tym rozdziale znajdują się listy zawierające moje odczucia i komentarze związane z atakami na World Trade Center 11 września 2001 roku, których byłem naocznym świadkiem. Napisałem je głównie, aby rozwiać obawy tych, którzy wiedzieli, jak blisko całego zdarzenia się znajdowałem. Zamieściłem tu też list dotyczący teorii spiskowych i otwartą wymianę myśli z pewnym mistykiem.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 9

WIERZYĆ ALBO NIE WIERZYĆ

Skłonność ludzkiego umysłu do przyjmowania rzeczy na wiarę przy braku namacalnych dowodów nie zna granic. Osoby, która napisały do mnie w związku ze swoimi przekonaniami, niemal zawsze usiłowały przeciągnąć mnie na swoją stronę, ale jednocześnie wykazywały autentyczną ciekawość. Ponieważ jestem dydaktykiem, odpowiadałem im bez wahania, szczerze zafascynowany mnogością rozmaitych toków myślenia, które przejawiają się u ludzi w ich nieustających próbach zrozumienia świata.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

IV. Kairos

Rozdział 10

CZASY SZKOLNE

Czas i miejsce na nauczenie się czegoś nowego i zapuszczenie umysłowych korzeni życia

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 11

WYCHOWYWANIE DZIECI

Dzieci nie przychodzą na ten świat z dołączoną instrukcją obsługi. I chociaż w setkach zawodów wymagane jest uprzednie zdobycie kwalifikacji, od świeżo upieczonego rodzica z zerowym doświadczeniem oczekuje się wychowania zdrowego, produktywnego dziecka, a jednocześnie uczenia się wszystkiego na bieżąco. To dlatego tak ważne jest, by rodzice dzielili się swoją wiedzą z innymi, w miarę jak każdy z nas stara się jak najlepiej wywiązać ze swojego zadania. A czasem trudności piętrzące się przed nami zdają się nie mieć końca…

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 12

REPLIKI

Czasem po prostu trzeba się bronić.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Epilog

MOWA POGRZEBOWA, TAK JAKBY

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Podziękowania

 

Rozdział dostępny w wersji pełnej.