Listy - Jack Kerouac, Allen Ginsberg - ebook + książka

Opis

"Opracowali Bill Morgan i David Stanford Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga — pisarzy, ikony kultury, najbardziej znanych przedstawicieli „beat generation” — łączyła nie tylko wrażliwość artystyczna, ale także głęboka, wieloletnia przyjaźń. Dzięki ogromnemu zbiorowi korespondencji przyjaźń ta ukazuje się w swej fascynującej pełni. To barwna, intrygująca, żywa, zaskakująca niezwykłą spostrzegawczością i intensywnością przeżycia rozmowa dwóch indywidualności. Ponad dwieście opublikowanych listów, chociaż są tylko częścią wielkiego zbioru, który powstawał od 1944 roku, pozwala prześledzić kształtowanie się w ciągu ponad dwudziestu lat poglądów estetycznych, filozoficznych i politycznych dwóch niezwykłych postaci — twórców, którzy wyznaczyli kierunek artystyczny całemu pokoleniu. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Te Listy bywają chaotyczne, wizjonerskie i nieprzeniknione, jak można się było spodziewać, znając twórczość ich autorów. Ale są także przenikliwe i cięte, zabawne i czułe, plotkarskie i intymne, radosne i błahe, i całkowicie szczere, gdy mówią o niebotycznych ambicjach dwóch nienasyconych pisarzy". The New York Times "Tom korespondencji Kerouaca i Ginsberga stanie się niezbędny na półce każdego fana. To kopalnia, z której czytelnicy i uczeni będą wydobywać złoto przez dziesięciolecia". San Francisco Chronicle"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1054

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego THE LETTERS

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKAFotografia na okładce © by JOHN COHEN / HULTON ARCHIVE-EDITORIAL / FLASH PRESS MEDIA

Copyright © 2010, JOHN SAMPAS, LITERARY REPRESENTATIVE OF THE ESTATE OF JACK KEROUACCopyright © 2010, THE ALLEN GINSBERG TRUSTIntroduction © 2010, BILL MORGAN and DAVID STANFORD.All rights reservedCopyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012Copyright © for the Polish translation by KRZYSZTOF MAJER, 2012

Fotokopia listu Allena Ginsberga do Jacka Kerouaca pochodzi z archiwum dokumentów Allena Ginsberga przechowywanych w Sekcji Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersytetu ColumbiaFotokopia listu Jacka Kerouaca do Allena Ginsberga pochodzi ze zbiorów biblioteki Harry Ransom Humanities Research Center, Uniwersytet w Teksasie (Austin)

Redakcja TOMASZ ZAJĄCKorekta AGATA CZERWIŃSKA / D2D.PLi  MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PLProjekt typograficzny, redakcja techniczna Pro ROBERT OLEŚ / D2D.PLSkład wersji elektronicznej MICHAŁ NAKONECZNY / VIRTUALO SP. Z O.O.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-7536-488-0

Całe dwa ostatnie dni sortowałem stare listy, wyjmowałem je z kopert, spinałem strony, odkładałem z powrotem… setki starych listów od Allena, Burroughsa, Cassady’ego, aż się chce płakać na myśl o tym, ile ci młodzi mieli entuzjazmu… człowiek robi się taki ponury. A sława niszczy wszystko. Pewnego dnia Listy Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca doprowadzą Amerykę do łez.

(Jack Kerouac w liście do Lawrence’a Ferlinghettiego, 25 maja 1961)

WSTĘP REDAKTORÓW

„Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni dla barier, przeszkód – miłość to nie miłość, jeśli zmienny świat naśladując, sama się odmieni – O, nie: to żart, wzniesiony wiecznie”.

(Dwudziestodwuletni Jack Kerouac parafrazujący Szekspira w swoim pierwszym liście do siedemnastoletniego Allena Ginsberga)

Zdążyliśmy już przywyknąć do lamentów nad postępującym od kilku dekad zanikiem tradycji, jaką było pisanie listów odręcznie bądź na maszynie. Głównej przyczyny takiego stanu rzeczy upatruje się często, nie bez racji, w obniżeniu kosztów połączeń telefonicznych. Do połowy lat sześćdziesiątych rozmowy międzymiastowe stanowiły dla wielu ludzi luksus, na który pozwalano sobie wyłącznie w sytuacjach kryzysowych lub też po to, by podzielić się z innymi wiadomością o narodzinach albo śmierci. Jednak wraz z postępem techniki coraz więcej osób zyskało możliwość rozmawiania o swoim życiu z przyjaciółmi i z najbliższymi za pośrednictwem tele­fonu – nie trzeba więc już było czekać na dogodną chwilę, w której można by usiąść i napisać list. Pojawienie się poczty elektronicznej w czasach mniej odległych w jeszcze większym stopniu ograniczyło przepływ tradycyjnej korespondencji.

W tej sytuacji rodzi się wątpliwość, czy pisarze, których utwory przetrwają próbę czasu i którzy prowadzą obecnie obszerną korespondencję na temat swojego życia i rzemiosła za pośrednictwem e-maili, podejmą trud udokumentowania owej wymiany, tym samym czyniąc ją dostępną dla przyszłych badaczy i czytelników. Cokolwiek jednak przyniesie przyszłość, niewiele wskazuje na to, byśmy mieli często obcować z korespondencją, która pozwala tak głęboko wejrzeć w utwory i życie pisarzy wielkiego formatu, jak w wypadku niniejszego zbioru listów i pocztówek Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga. Jest to korespondencja niezwykła nie tylko z racji swej imponującej objętości, czy też z uwagi na trwałość pisarskiej przyjaźni podtrzymywanej i rozwijanej dzięki tym listom; czytelnika uderzy również ich różnorodność, intymność oraz wysoka wartość literacka. Długotrwała korespondencja odznaczająca się takim bogactwem to prawdziwa rzadkość.

Z dzisiejszej perspektywy nie ulega wątpliwości, że Kerouac i Ginsberg należą do grona najwybitniejszych pisarzy drugiej połowy XX wieku. W drodze Kerouaca i Skowyt Ginsberga to utwory przełomowe, które natchnęły niezliczone rzesze czytelników – w tym wielu artystów działających w domenach innych niż literatura. Lektura tych książek stała się dla wielu z nich punktem zwrotnym i momentem wyzwolenia. Powieści Kerouaca w ogromnym stopniu wpłynęły na prozę amerykańską i pomogły ukształtować poglądy kilku pokoleń. Z kolei poezja Ginsberga, jego fascynujące występy publiczne, a także jego rola działacza i nauczyciela zapewniły mu status siły kulturotwórczej na kilka dekad. Dziedzictwo, które obaj pozostawili po sobie za sprawą swych książek i życiorysów, nadal pozostaje żywe, w związku z czym wciąż jeszcze trudno kategorycznie przesądzać o ich miejscu w historii.

Niniejszy wybór listów stanowi znaczący wkład w dorobek obu pisarzy oraz w dużym stopniu wzbogaca rozumienie owego dorobku. Do tej pory drukiem ukazała się zaledwie jedna trzecia prezentowanej tutaj korespondencji. Przyjaźń Ginsberga i Kerouaca była osią dla ruchu literackiego oraz konstruktu kulturowego, który zyskał sobie miano Pokolenia Beatu i który stanowił niezwykle istotny punkt odniesienia dla obu pisarzy w okresie ich dojrzałej twórczości. W tej wyjątkowej wymianie myśli prowadzonej przez ćwierć wieku można znaleźć sugestywne autoportrety obu pisarzy, barwny obraz formacji kulturowej, którą współtworzyli, ważkie spostrzeżenia na temat literackich odkryć, które stały się zaczątkiem tzw. Beatu, niezwykłą kronikę poszukiwań duchowych, do których się wzajemnie zachęcali, jak również poruszający, osobisty dokument głębokiej przyjaźni.

Przyjaźń ta rozpoczęła się w roku 1944, kiedy Ginsberg studiował na nowojorskim Uniwersytecie Columbia; w tym samym roku pisarze zaczęli korespondować. Listy te stanowią zapis długiej, ożywionej rozmowy, która trwała – z różną częstotliwością i intensywnością – niemal do śmierci Kerouaca dwadzieścia pięć lat później.

Obaj już we wczesnej fazie życia postanowili poświęcić się bez reszty literaturze; ich korespondencja pełniła więc między innymi istotną funkcję warsztatu, w obrębie którego można było dzielić się swymi ewoluującymi koncepcjami oraz bez końca nad nimi debatować. Bez względu na to, czy się ze sobą zgadzali, czy też podążali akurat zupełnie odrębnymi ścieżkami intelektualnymi, ich listy były zawsze wyrazem zaufania i wielkiej otwartości duchowej. Z korespondencji tej Ginsberg i Kerouac wyłaniają się przede wszystkim jako pisarze obdarzeni artystyczną pasją, oryginalnością i geniuszem. Obaj karierę pisarską okupili nieustanną walką, ciężką pracą i poświęceniem, których wymagało ucieleśnienie literackich wizji; byli dla siebie nawzajem stabilnym punktem odniesienia zarówno w chwilach sukcesu, jak i porażek. Ich korespondencja odzwierciedla zbieżność poglądów na literaturę, ale i konflikty na tym samym tle. Obaj obdarzeni byli przedziwną, niespotykaną wręcz wszechstronnością w „szkicowaniu” za pomocą słów; obaj niezłomnie obstawali za pisarstwem jako ujętą w pewne ramy „myślą spontaniczną”. Niesłabnące wsparcie i doping Ginsberga miały dla Kerouaca ogromne znaczenie, a talent towarzyski autora Skowytu i niestrudzone wysiłki, by poznawać ze sobą ciekawych ludzi, w znacznym stopniu przyczyniły się do rozpowszechnienia idei Pokolenia Beatu. Z kolei innowacyjny charakter pisarstwa Kerouaca miał kluczowy wpływ na utwory Ginsberga, który sam kiedyś przyznał: „Moja poezja od początku opierała się na technice ­Kerouaca, według której myśli i dźwięki rodzące się w głowie należy odwzorowywać bezpośrednio na papierze”.

Lord Byron napisał, że „przyjaźń to miłość bez skrzydeł”. Najwyraźniej jednak nie miał racji, ponieważ niniejsza książka stanowi niezbity dowód przyjaźni, która była miłością jak najbardziej uskrzydloną. Owa dwójka przyjaciół szybowała na skrzydłach kursujących między nimi listów; czasem korespondowali tak ochoczo, że listy mijały się w locie. Stanowiły one istotną część pisarstwa; nierzadko też pisarstwo to ewoluowało za ich sprawą. Wspólnie rozmyślali nad interesującymi frazami, polecali sobie książki, przeprowadzali psychoanalizę pisarzy i przyjaciół, wymieniali się wierszami i testowali pomysły literackie, często uzależniając od listownej odpowiedzi przyjaciela swój następny krok. Jest tu dużo szaleństwa i szalonej radości, zabawy, cierpienia i erudycji, są też pomysły na codzienne przetrwanie, kryzysy finansowe oraz złożone zabiegi logistyczne mające na celu koordynację spotkań i wydarzeń artystycznych. Obaj pisarze interesowali się też życiem swoich przyjaciół i przesyłali sobie ich listy, tym cenniejsze w czasach sprzed nastania fotokopiarek, kiedy oryginał był często jedynym istniejącym egzemplarzem.

Niektóre z przedstawionych tu listów to niezwykle obszerne eposy, pisane linijka pod linijką, nierzadko dłuższe od publikowanych opowiadań czy artykułów. Są tu zarówno aerogramy z dalekich stron, wypełnione słowami po same brzegi, jak i listy pisane odręcznie na papierze w linię, na maleńkich kartkach wyrwanych z notatników, czy też na starej papeterii firmowej. Na kopertach często pojawiają się nabazgrane dopiski, czasem nawet znajduje się tam pokaźne postscriptum. Pisarze poświęcają dużo uwagi strategiom wydawniczym, rok w rok podejmując wysiłek, by doprowadzić do publikacji własnych tekstów, jak również utworów swoich przyjaciół. Dyskutują o agentach, redaktorach i wydawcach, dzielą się złością i rozgoryczeniem, omawiają nowe kierunki rozwoju, podejmowane po raz kolejny postanowienia, napady rozpaczy. Są też kłótnie i pojednania, u źródeł tak wielu lat korespondencji leżą zaś wzajemny szacunek i czułość, którym obaj często dają wyraz. „Cher Breton”, „Jackusiu”, „Mon cher ami Jean”, „Miłościwy Mistrzu Myśli”, „Zjawo” – pisze Allen. „Cher Alain”, „Cher jeune singe”, „Allusiu”, „Irwinie”, „Stary Druhu” – odpisuje Jack.

Kiedy Kerouac poświęcił się studiom nad myślą buddyjską, usilnie starał się zaciekawić nią również Ginsberga, dzieląc się obszernymi notatkami ze swoich lektur, nauczając i zachęcając, a wszystko to z niesłabnącym entuzjazmem. Chociaż ­Kerouac ostatecznie porzucił swoje praktyki religijne, Ginsberg przeszedł na buddyzm tybetański i przez kilka dziesięcioleci był jego żarliwym wyznawcą (nabożeństwo żałobne poety odprawiono w świątyni buddyjskiej na Manhattanie). Początków zainteresowania obu pisarzy buddyzmem szukać należy właśnie w ich korespondencji.

Kerouac źle znosił uwagę medialną, jaka stała się jego udziałem w wyniku sukcesu wydawniczego. Znaczna część kontrkultury lat sześćdziesiątych napawała go obrzydzeniem; pod koniec życia zupełnie zamknął się w sobie. Ginsberg za to doskonale odnalazł się w nowych czasach, w których odgrywał niezwykłą rolę, łącząc w swych działaniach sztukę z polityką. W latach sześćdziesiątych pisarze nadal ze sobą korespondowali, ale już tylko sporadycznie. Głównym łącznikiem emocjonalnym na tym etapie były okazjonalne rozmowy telefoniczne. W 1969 roku, kiedy umarł Kerouac, Ginsberg przeżywał drugą młodość, a w ciągu kolejnych trzydziestu lat nadal rozwijał wszystkie aspekty swojej twórczości.

Kilka lat po śmierci Kerouaca Allen Ginsberg i poetka Anne Waldman założyli wspólnie placówkę edukacyjną pod nazwą Jack Kerouac School of Disembodied Poetics (Szkoła Poetyki Odcieleśnionej im. Jacka Kerouaca) w ramach Uniwersytetu Naropa w miejscowości Boulder, w stanie Kolorado. Któregoś lata, prowadząc tam wykłady, Ginsberg poprosił swojego uczelnianego asystenta Jasona Shindera o pomoc w kompletowaniu korespondencji między nim a Kerouakiem. Na szczęście zarówno Kerouac, jak i Ginsberg, mając na uwadze potomnych, zachowali i uporządkowali niemal wszystkie listy. Podówczas większość ich korespondencji znajdowała się już w zbiorach dwóch wielkich bibliotek: właścicielem listów Kerouaca była biblioteka Uniwersytetu Columbia, analogiczną kolekcję dokumentów Ginsberga posiadał zaś Uniwersytet w Teksasie. Ginsberg żywił nadzieję, że pewnego dnia uda się wydać książkę zawierającą całą ich korespondencję, ale kiedy już zebrano wszystkie listy, stało się jasne, że przepisywanie takiej góry materiałów stanowi ogromne wyzwanie. Przez następne trzydzieści lat niewiele w tej sprawie zrobiono.

Przymierzając się do opracowania niniejszej książki, wzięliśmy na warsztat trzysta listów. Ponieważ każdy z nich przedstawia jakąś wartość, mieliśmy ochotę zamieścić wszystkie, jednak takie rozwiązanie byłoby niepraktyczne. Ostatecznie do druku trafiły dwie trzecie materiałów, a więc listy, które uznaliśmy za najciekawsze. Chcieliśmy opublikować ich jak najwięcej i dlatego też postanowiliśmy nie uwzględniać sporadycznej korespondencji z ostatnich kilku lat, odgrywającej jedynie rolę suplementu do rzeczywistych rozmów. Dzięki temu mogliśmy zakończyć książkę optymistycznym akcentem: ostatnie opublikowane listy to entuzjastyczna rozmowa starych przyjaciół na kilka lat przed tym, jak Kerouac zamilkł na dobre.

Prawie wszystkie listy publikowane są w całości, jednak w kilku wypadkach uznaliśmy, że najrozsądniej będzie opuścić niektóre fragmenty, pominięcia oznaczając wielokropkiem w nawiasie kwadratowym […]. Ginsberg i Kerouac stosowali czasem w listach wielokropek jako odstęp i przeważnie taki zapis został utrzymany, ale nawiasy kwadratowe zawsze oznaczają, że w danym miejscu usunięto fragment oryginalnego tekstu. Niekiedy pomijaliśmy postscriptum, jeśli naruszało naturalny rytm listu i nie wnosiło wiele do jego treści – często były to pytania o losy przyjaciół, prośby o instrukcje dojazdu albo pozdrowienia dla któregoś ze wspólnych znajomych. Obaj pisarze czasem dołączali do swoich listów wiersze oraz teksty innego rodzaju – tylko niektóre z nich znalazły się w naszym tomie.

Nie zawsze udało się ustalić dokładne daty. Proponowaliśmy wówczas datę hipotetyczną, oznaczaną nawiasami kwadratowymi, które stosowaliśmy również w razie korekty daty podanej przez autora listu (jak na przykład wówczas, gdy w początkowych miesiącach nowego roku autor z przyzwyczajenia wpisuje rok wcześniejszy). Poprawialiśmy również zwykłe błędy ortograficzne, chyba że wydawało nam się oczywiste lub przynajmniej prawdopodobne, iż niewłaściwa pisownia została użyta celowo – jak np. „chałwałki” (kawałki) i „o(ko)braz”. Niektóre błędy autorzy popełniali systematycznie (np. Ginsberg nazywał Carolyn „Caroline”, a Elise „Elyse”) – tego rodzaju potknięcia zaznaczaliśmy za pierwszym razem, poprawiając wszystkie kolejne wystąpienia. Zdarzały się też nieścisłości mniej regularne, jak na przykład różnorodny zapis nazw geograficznych: ulubione marokańskie miasto pisarzy Jack Kerouac nazywa „Tanger”, „Tangier”, a nawet „Tangiers”, zupełnie nie troszcząc się o konsekwencję.

Odcyfrowanie charakteru pisma Ginsberga może nastręczać szczególnych trudności, w listach Kerouaca zaś, pisanych po obu stronach kartki, tekst czasem przebija przez papier, co sprawia, że niektóre wyrazy stają się nieczytelne nawet przy użyciu szkła powiększającego. Dlatego też słowa, co do których redaktorzy nie mają stuprocentowej pewności, zostały oznaczone nawiasem kwadratowym – [następująco]. W analogiczny sposób słowa lub ustępy zupełnie niezrozumiałe oznaczyliśmy znakiem zapytania [?].

W celu zidentyfikowania mniej znanych osób oraz wydarzeń stosowaliśmy przypisy; niemniej jednak postanowiliśmy korzystać z nich możliwie rzadko, czytelnikom zaś sugerujemy uzupełnianie wiedzy we własnym zakresie, na podstawie dostępnych źródeł. Życiorysy Kerouaca i Ginsberga zrelacjonowano już fachowo w biografiach. Pojawiające się w niniejszym tomie „przypisy redaktorów” są jak głazy w strumieniu – mają służyć pomocą tam, gdzie pojawiają się luki w chronologii, lub też uzupełniać brakujący kontekst danego listu. Opowieść tkwi jednak w listach; chcieliśmy pozwolić, by czytelnicy odkryli ją sami.

PODZIĘKOWANIA

Redaktorzy, Bill Morgan (w imieniu Ginsberg Estate) i David Stanford (w imieniu Kerouac Estate), pragną podziękować następującym instytucjom oraz osobom:

Allen Ginsberg Trust: serdeczne podziękowania raczą przyjąć członkowie zarządu – Bob Rosenthal i Andrew Wylie. Szczególnie pragniemy podziękować Peterowi Hale’owi, który naprawdę pracuje ciężej niż ktokolwiek inny w kręgu osób związanych z Ginsbergiem. Steven Taylor przeczytał uważnie ostateczną wersję tekstu i poczynił wiele cennych uwag. Judy Matz wykonała ogromną pracę redaktorską; jej ciche bohaterstwo zasługuje na pieśń pochwalną.

Andrew Wylie Agency: dziękujemy zwłaszcza agentowi Allena Ginsberga, Jeffowi Posternakowi.

Estate of Jack Kerouac: pragniemy serdecznie podziękować Johnowi Sampasowi, wykonawcy testamentu pisarza, wyrażając szczególne uznanie dla nadzoru, jaki John od wielu lat sprawuje nad postępującą publikacją niewydanych wcześniej utworów Kerouaca, jak również dla znawstwa, z jakim pomagał nam odcyfrowywać zdradliwą typografię wielu niełatwych ustępów.

Sterling Lord Literistic: w szczególności wieloletniemu agentowi Kerouaca, Sterlingowi Lordowi, z którym współpraca zawsze układa się gładko i przyjemnie.

Penguin USA, dokładnie Viking–Penguin, a jeszcze dokładniej naszemu redaktorowi Paulowi Slovakowi, z ogromnym uznaniem dla jego wieloletnich wysiłków w kierunku promowania utworów Kerouaca w wydawnictwie znanym wcześniej jako The Viking Press, gdzie przez całe lata Paul i David Stanford nieraz siedzieli długo w noc, pracując ciężko w wesołej, koleżeńskiej atmosferze.

Następującym bibliotekom: Harry Ransom Humanities Research Center, Uniwersytet w Teksasie (Austin); Butler Library, Sekcja Zbiorów Specjalnych, Uniwersytet Columbia; Green Library, Sekcja Zbiorów Specjalnych, Uniwersytet Stanforda.

Chcemy uczcić pamięć redaktora, pisarza i poety Jasona Shindera, który pracował nad tym projektem w jego najwcześniejszej fazie. Kiedy odżyło zainteresowanie niniejszym przedsięwzięciem, Jason zgodził się współredagować tom listów w imieniu Ginsberg Estate. Przedwczesna śmierć uniemożliwiła mu zrealizowanie tych planów. Korzystając z notatek do konspektu książki, którego był współautorem, niewątpliwie zawarliśmy część jego myśli w naszym wstępie. Uznajemy jego wkład w powstanie tej książki i jako współredaktorzy oddajemy mu hołd.

1944

Nota redaktorów: Pierwszy list Ginsberg wysłał do Kerouaca sześć lub siedem miesięcy po tym, jak się poznali. W ciągu kilku tygodni zostali dobrymi przyjaciółmi i widywali się niemal codziennie na terenie lub w pobliżu kampusu Columbia College, położonego w dzielnicy Upper West Side na Manhattanie. 14 sierpnia 1944 r. doszło do tragicznego morderstwa, w które obaj byli zamieszani: ich wspólny przyjaciel Lucien Carr zabił Davida Kammerera, starszego mężczyznę, który od lat był nim zauroczony. Kerouac pomógł Carrowi pozbyć się dowodów, a nazajutrz, kiedy Carr oddał się w ręce policji, Kerouaca aresztowano i zatrzymano jako świadka istotnego. Ponieważ nie był w stanie wpłacić kaucji, został tymczasowo aresztowany i trafił do więzienia okręgowego w dzielnicy Bronx.

Allen Ginsberg [Nowy Jork, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [Więzienie okręgowe, Bronx, Nowy Jork]

połowa sierpnia 1944

Cher Jacques1: w metrze:

Cały ranek eskortowałem la belle dame sans merci2 [Edie Parker3] – najpierw do Louise4, a teraz do więzienia. Mnie nie dali przepustki, więc Cię nie odwiedzę.

Widziałem, że zaniosła Ci wczoraj Martwe dusze – nie miałem pojęcia, że to czytasz (mówiła, że dopiero zacząłeś). My (tzn. Celine [Young5] et moi6) wypożyczyliśmy to samo z biblioteki uczelnianej dla Luciena [Carra]. Tak czy inaczej, do rzeczy: To świetnie! Ta powieść to moja rodzinna Biblia (obok Baśni z tysiąca i jednej nocy) – jest tam cały melancholijny majestat Mateczki Rasiji, ten barszcz i kawior, od którego kipią żyły Słowianina, cała eteryczna pustka tego bezcennego skarbu, jakim jest rosyjska dusza. Mam w domu dobre opracowanie krytyczne – wyślę Ci (może nawet uda mi się wręczyć Ci je osobiście), jak już skończysz czytać powieść. Diabłem u Gogola jest Demon Miernoty, co na pewno Ci się spodoba. No nic, rozwinę ten wątek innym razem.

Udało nam się z Edie zajrzeć do pokoju D. Klaviera [Davida Kammerera] – wszystko, co nabazgraliśmy ołówkiem na ścianach, zniknęło za sprawą jakiegoś malarza-filistra. Przepadł również ten maleńki grafitowy znak tuż nad poduszką, ongi emblemat (tam, gdzie się wykruszył gips) „Lu – Dave!”. Niegdysiejsze śniegi pokryła najwyraźniej równie biała farba.

By dać już spokój temu niezdrowemu recherché tempest fortunatement perdu7: czytam właśnie Jane Austen i kończę Wielkie nadzieje Dickensa. Muszę też jeszcze raz przerobić na zajęcia z literatury angielskiej Wichrowe wzgórza Brontë, właśnie zacząłem; oprócz tego oczywiście brnę przez 4 książki o historii (kiedy tylko Edie przestaje nadawać), głównie o rewolucji w XIX-wiecznej Europie. Jak skończę, to rozpętam rewolucję tutaj.

Przekaż ode mnie wyrazy najszczerszej miłości Grumetowi [Jacobowi Grumetowi, młodszemu prokuratorowi okręgowemu] – A pet de eu fease8.

Allen

Nota redaktorów: 25 sierpnia 1944 r. Jack Kerouac i Edie Parker wzięli ślub, choć Jack nadal przebywał w areszcie policyjnym. Edie wpłaciła następnie kaucję za Jacka z pieniędzy, które udało jej się pożyczyć z funduszu powierniczego. Poniższy list został prawdopodobnie napisany tuż przed wyjazdem nowożeńców z Nowego Jorku do Grosse Pointe, w stanie Michigan, gdzie mieli zamieszkać z mamą Edie.

Jack Kerouac [Nowy Jork, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Nowy Jork, Nowy Jork]

ok. września 1944

Drogi Allenie:

Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni dla barier, przeszkód – miłość to nie miłość, jeśli zmienny świat naśladując, sama się odmieni – O, nie: to żart, wzniesiony wiecznie9…

Rocznica naszego ślubu wypadła w dzień wyzwolenia Paryża. Podejrzewam, że na te wieści Lucien spoziera posępnie – on, który chciał być w Paryżu jako jeden z pierwszych. Na ten moment trzeba teraz będzie poczekać… choć na pewno kiedyś nadejdzie10. Marzy mi się zwiedzanie powojennego Paryża z Edie, Lucienem i Celine – i z małą sumką na przyzwoity kąt gdzieś na Montparnasse. Jeśli będę teraz ciężko pracować i prędko zbiję fortunę, to może uda mi się spełnić to transcendentne marzenie. A i Ty mógłbyś może odłożyć na jakiś czas swoje prace prawnicze11 i dołączyć do nas. Nowa wizja12 mogłaby wtedy rozkwitać…

Ale to wszystko tylko spekulacja, mediacja, by nie rzec: kastracja… Dzięki za list – miejscami naprawdę poruszający. Widzę, że też pochłaniają Cię takie kwestie, jak tożsamość, znaczenie dramatyczne, klasyczna jedność i nieśmiertelność: przemierzasz scenę, ale jednocześnie siedzisz w loży i wszystko stamtąd obserwujesz. Poszukujesz tożsamości pośród nieprzeniknionego chaosu, w rozwlekłej, bezimiennej rzeczywistości. Podobnie jak ja zasługujesz na werdykt Adlera, choć tak naprawdę obaj mamy to gdzieś: Adler13 potrafi nam wytknąć nasze egocentryczne skłonności, ale tylko dlatego, że sam jest egocentrykiem… (sukinsyn jeden).

Ta obsesja bierze początek u wielkich Niemców: Goethego i Beethovena. Ten, kto chce posiąść wszystek wiedzy, a w następstwie wszystek życia i potęgi – i kto utożsamia się z piorunem. Ten właśnie jest egocentrykiem. Jakaż to jednak marna definicja.

Lucien jest inny, a przynajmniej jego egocentryzm jest inny – on pała głęboką nienawiścią do siebie samego, a z nami tak nie jest. On, nienawidząc siebie, nienawidząc tej swojej „ludzkiej życzliwości”, poszukuje nowej wizji, jakiejś post-ludzkiej post-inteligencji. Marzy mu się jeszcze więcej niż to, co przykazał Nietzsche. On pragnie czegoś więcej niż tylko kolejnej mutacji – on chce post-duszy. Zresztą Bóg jeden wie, czego on tak naprawdę chce!

Ja osobiście wolę myśleć o nowej wizji w kontekście sztuki – wierzę bowiem, z pełnym samozadowoleniem obstaję przy poglądzie, że sztuka to ostateczny potencjał i że z ludzkich materiałów sztuki, powtarzam sobie, rodzi się nowa wizja. Spójrz tylko na Finneganów tren, Ulissesa i Czarodziejską górę. Bóg jeden zna prawdę! Bóg jeden wie!

No to do zobaczenia… napisz: opowiedz mi coś więcej o cieniu i kole.

Ton ami14,

Jean

1945

Nota redaktorów: Spędziwszy zaledwie miesiąc w Michigan, Kerouac wrócił do Nowego Jorku i odnowił przyjaźń z Ginsbergiem i Williamem Burroughsem. Znów widywali się codziennie, więc nie było szczególnego powodu, by korespondować. A jeśli już do siebie pisali, to po to, by się po prostu umówić na spotkanie. Latem 1945 r. Kerouac wyjechał w poszukiwaniu pracy, a Ginsberg zgłosił się do Bazy Szkoleniowej Marynarki w zatoce Sheep­shead na Brooklynie.

Allen Ginsberg [b.s.15, Paterson, New Jersey?]do Jacka Kerouaca [Ozone Park, Nowy Jork]

późny lipiec 1945

Cher Breton16:

Żałuję, że nie udało nam się wykroić jeszcze jednego spotkania przed odjazdem. Zacny doktor Luria [lekarz przy Flocie Handlowej] przekazał mi, że dzwoniłeś, więc czym prędzej wysłałem kolejną kartkę. Piszę ostatni raz, w nadziei, że uda mi się złapać Cię, jeszcze zanim wyruszysz w podróż. À moi17 – jutro rano, po załatwieniu wszystkich formalności, wstępuję do Floty Handlowej. Incipit vita nuova!18 W poniedziałek udaję się nad zatokę Sheepshead, gdzie mam nadzieję ponownie wdrożyć się w tę osobliwą rzeczywistość, którą poznałem podczas mojego sezonu w czyśćcu.

Twój list otrzymałem po powrocie z bezowocnej podróży do Nowego Jorku, gdzie starałem się na powrót uchwycić majestat innego czasu. Prawie mi się on wówczas objawił, w formie tego listu z przeszłości, rozniecając we mnie wszystkie uczucia, których w ostatnich dniach poszukiwałem.

Niemniej jednak, Jack, możesz być pewien, że wrócę na Columbię. Przecież Bill [Burroughs] nigdy nie doradzał mi, żebym stronił od źródła wyższej wiedzy! Tak czy inaczej, wróciłbym, żeby skończyć studia, nawet gdyby miała to być jedynie pielgrzymka dziękczynna za wcześniejsze chwile.

Od czasu do czasu odzywa się do mnie Celine [Young]; widziałem się z nią dwa tygodnie temu. Prawdopodobnie zobaczę się z nią przed wyjazdem. Hal [Chase] wrócił do Denver (tydzień temu) i zostanie do końca lata. Żadnych wieści od Joan [Adams] ani od Johna [Kingslanda]. Nadal raz na jakiś czas widuję się z [Lionelem] Trillingiem19, zaprosił mnie nawet do siebie (tak, przyznaję, przyjąłem to zaproszenie z właściwą sobie przyjemnością – wiesz przecież, jak bardzo cieszą mnie takie rzeczy). Mam nadzieję, że napiszesz do mnie z Paryża; a w każdym razie napisz, jak wrócisz do Stanów, zanim pojedziesz do Kalifornii.

Rozumiem – i jestem wzruszony – że miałeś pełną świadomość tego, iż nie byliśmy już, jak dawniej, comme amis20. Zdawałem sobie sprawę z tej zmiany i w pewien sposób ją uszanowałem. Chociaż może powinienem to jednak wyjaśnić, bo zdawało mi się, że to przede wszystkim moja wina. Różnimy się od siebie, jak stwierdziłeś, a ja jestem już teraz bardziej niż poprzednio skłonny przyznać Ci rację – w pewnym momencie obawiałem się tej różnicy, może nawet było mi trochę wstyd. Jean, Ty jesteś Amerykaninem w znacznie większym stopniu niż ja, jesteś prawdziwszym dziecięciem natury i wszystkiego tego, co z łaskawej ziemi. Wiesz (zboczę teraz z tematu), że to właśnie najbardziej podziwiałem w Lucienie, tym naszym dzikim zwierzaku. On był spadkobiercą natury; ziemia obdarowała go całą dobrocią swojej formy, zarówno fizycznej, jak i duchowej. Jego dusza i ciało współbrzmiały ze sobą, jedno idealnie odzwierciedlało drugie. Podobne cechy sprawiają, że jesteś niemalże jego bratem. Gdyby ująć rzecz w Twoich własnych kategoriach, choć nieco przemieszanych, trzeba by powiedzieć, że obaj jesteście romantykami-wizjonerami. Ze skłonnościami do introspekcji, owszem, ale i eklektyzmu. Natomiast ze mnie żaden romantyk ani wizjoner – w tym tkwi moja słabość i być może moja siła; w każdym razie to już jest jedna różnica. W kategoriach mniej romantycznych i mniej wizjonerskich – jestem Żydem (chociaż akurat talentu do introspekcji i eklektyzmu mi chyba nie brakuje). A jednak obcy mi jest Twój naturalny wdzięk i ten duch, z którym Ty, jako ktoś, kto jest integralną częścią Ameryki, jesteś za pan brat. Lucien i Ty bardzo przypominacie Tadzia [młody, przystojny chłopiec ze Śmierci w Wenecji]; we mnie zaś za mało romantyzmu i zbyt dużo precyzji, by nazwać się Aschenbachem [stary profesor zauroczony Tadziem], choć istotnie jestem odcięty od innych; ale nie jestem wygnańcem ze wszechświata jak [Thomas] Wolfe (albo Ty), bo ja nawet ze sobą samym nie czuję się swobodnie. Mój dom – społeczeństwo, w którym żyję – wzbudza we mnie te same uczucia co w Tobie, czyli apatię i osłabienie. Ty rozpaczasz: „żeby tak znaleźć się w jakimś odległym mieście i poczuć dławiący ból, jaki przynosi nierozpoznane ego!”. (Pamiętasz? Kiedyś byliśmy najwyższą jaźnią). Ale ja nie chcę uciekać ku sobie, ja chcę raczej uciec od siebie. Pragnę unicestwić świadomość mojej odrębnej egzystencji, moją wiedzę o niej, moje winy, moją skrytość i to, co Ty (chyba niezbyt życzliwie) nazywasz moją „hipokryzją”. Ja nie jestem żadnym dziecięciem natury, sam sobie wydaję się wstrętny i niedoskonały; nawet poprzez poezję i romantyczne wizje nie potrafię wznieść się na wyżyny symbolicznej chwały. Żebyś mnie źle nie zrozumiał: nie przyznaję, lub raczej wciąż jeszcze nie jestem gotów przyznać, że ta różnica czyni mnie gorszym. Wyczułem, że powątpiewasz w moją – jakby to ująć? – artystyczną siłę. Jean, ja już dawno przestałem wątpić w swoje siły jako twórca, czy też może inicjator sztuki. W tej kwestii mam pewność. Mimo to nie potrafię, tak jak Ty, dojrzeć w tych siłach jakiegoś ostatecznego blasku, zbawiennej glorii, odkupienia poprzez geniusz. Sztuka jest dla mnie – kiedy się nie oszukuję – marną namiastką tego, czego naprawdę pragnę. Nudzą mnie już te gorączkowe łaknienia, jestem zmęczony nimi i przez to sobą, a co za tym idzie – gardzę (choć przecież toleruję je) moimi niespożytymi zapasami żalu nad sobą i ekspresyjnej niedoli. Czym jestem? Czego poszukuję? „Autokreacja”, jak nazywasz moje motywy i cele, wydaje mi się określeniem powierzchownym. Jeśli mierzę zbyt wysoko, by zdobyć miłość, czynię to dlatego, że tak bardzo jej pragnę i tak mało jej zaznałem. Miłości – powiedzmy – jako opium, choć wiem, że bywa też twórcza. Chodzi raczej o taką autokreację, która przekracza granice patologicznej skromności (do której nieświadomie dążę), a tym samym niweczy potęgę autokreacji. Nie wiem, czy jesteś w stanie to pojąć. Wyrzekam się cierpienia, jakie przynosi „niezaspokojone ego”, wyrzekam się biernej poetyckiej histerii. Znam się już z nimi zbyt dobrze: jestem zmęczony i osłabiony szukaniem ich i odnajdywaniem bez trudu. Dość mam tego parszywego życia!

W ciągu tych kilku ostatnich lat najbardziej zbliżyłem się do spełnienia moich pragnień i, w przypływie prawdomówności, dziękuję Ci za ten dar. Ty zachowałeś stosowny dystans, chyba słusznie. Ja za bardzo uczepiłem się idei samospełnienia: na pewno nie byłem zbyt subtelny, kiedy odstawiałem tę całą arlekinadę i świadomie manipulowałem Twoją litością. Być może nadwerężyłem swoją własną cierpliwość i własne siły jeszcze bardziej niż Twoje. Ty za to zachowałeś się jak dżentelmen; chociaż chyba traktowałeś mnie zbyt serio, upatrywałeś przesadnie dużo symbolicznej wartości w moim wiecznym ruchu i tarciu. Wiele z tego, co robiłem, było nie tyle ironiczne, co po prostu bezcelowe i głupie. Nigdy nie zapomnę tego pobłażliwego uśmiechu, jakim obdarzył mnie Burroughs, kiedy – trochę na żarty, a trochę na serio – próbowałem wyjaśnić mu zawiłości mojego przebiegłego umysłu. A jednak, Jack, przez cały czas byłem świadomy tego, co robię, gdzieś w środku zawsze byłem szczery, i to się nigdy nie zmieniło. Zastanawiam się, czy chwytasz znaczenia, których nie umiem wytłumaczyć. Chociaż w poezji uciekam się do kłamstewek i przemieniam to rozgoryczenie w jakieś straszliwe „rany”, miewam też przebłyski rozumności i wiem, że nie powinienem tak postępować. W każdym razie, jeśli jesteś w stanie to wszystko pojąć, proszę o wyrozumiałość; jeśli nie, błagam o wybaczenie. Obiecuję Ci, że kiedy się ponownie spotkamy po siedmiu miesiącach, czas ten okaże się owocny; spotkamy się znów jako bracia w komedii albo w tragedii, jak wolisz – ale jako bracia.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość; pisana nam rozłąka; póki nie zmartwychwstanie umarła pora roku, my również musimy pozostać martwi. Wszyscy wy, którzy giniecie, pokonani, żegnajcie; nieznajomy, podróżniku, wygnańcze – żegnaj; pokutnicy i sędziowie na sali, żegnajcie; młodzieży, zamyślona i wściekła, żegnaj; dzieci łagodne i synowie gniewu, wy, którzy w oczach nosicie kwiaty smutku i choroby – czule was żegnam.

Allen

Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Baza Szkoleniowa Marynarki, Zatoka Sheepshead, Brooklyn, Nowy Jork]

10 sierpnia 1945

Cześć, Allen:

Z obozem nie wyszło za dobrze21 – praca i zarobki zupełnie nie takie, jakich się spodziewałem – więc wróciłem do domu. Twój list jest pierwszy.

Od czasu do czasu będę robił przy saturatorze, tak żeby starczyło na bilet do LA. Oprócz tego piszę kilka jadalnych historyjek miłosnych, może którąś się uda sprzedać do jakiegoś magazynu.

(Chcieli, żebym czyścił latryny za 30 $ tygodniowo. Fuj).

Daj znać, jak tam Ci się podoba albo nie podoba w Sheepshead.

Comme toujours22

Jean

Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]

12 sierpnia 1945

12 sierpnia.

Cher Jean:

„L’Automne déjà”… Il ya une année jadis, si je me souviens bien, que le monde a venu à safin23. Jest niedziela; dziś wieczorem albo czter­nastego my – porywcze i zadumane dzieci – będziemy ponownie odgrywać nasze zbrodnie i osądzać same siebie24. Ten rok przeleciał jakoś prędko, jakby sam siebie przyćmił. W tych momentach, gdy za sprawą jakiegoś proustowskiego gestu les remords sont crystalisees25, rozmyślam o tamtym sezonie w piekle z jakąś sentymentalną tęsknotą i czułością. Dziś, próbując usnąć, usłyszałem murzyna, który podśpiewywał sobie, że „zawsze krzywdzi się tych, których się kocha”, i sam zacząłem śpiewać te słowa jako swego rodzaju hołd. Musisz odmienić swoje życie!

Gwałtowne wahania Twych losów w kwestii stałego zatrudnienia przestały mnie już dziwić, choć pozostają „nieco zabawne”. Nie mogę Cię krytykować za to, że wyjechałeś z tego obozu, ale moim zdaniem winą za to, że wpakowałeś się w takie [bêtises26?], możesz obarczyć tę cechę, którą omyłkowo nazwałem „emocjonalnym samozadowoleniem” – coś mi się wydaje, że masz nie po kolei w głowie i że chodzi tu o coś więcej niż tylko o ten Twój burżuazyjny idealizm. Nie wiesz nawet, do jakiej roboty się zgłaszasz? Moja babcia powiedziałaby, że masz gojisze kopf – gojowską głowę – w odróżnieniu od jidysze kopf – bystrej, żydowskiej dalekowzroczności, czegoś à la Burroughs. A tak w ogóle, to nie mam od niego żadnych wiadomości.

À moi – l’histoire d’une de mes folies27: w bazie jestem już dwa­naście dni. Ci chłopcy to wszystko przerośnięte albo zwichrowane nastolatki – totalna neuroza, co do jednego. Tymczasem ja, moi, z moim nieskrywanym poczuciem winy i rozgoryczeniem, zdołałem przystosować się do życia w służbie ze spokojem i beznamiętną życzliwością, jakich morze jeszcze nie widziało. Drugiego dnia pokazali nam tutaj pseudofreudowski filmik, który miał uświadomić tym diabłom z ulicy, że ich bóle pleców, nóg i głowy, ich omdlenia i melancholijne nastroje to wszystko zaburzenia czynnościowe – innymi słowy, że ich problemy są natury czysto psychicznej. Jakiś prostoduszny twardziel nachylił się do mnie z lewej i wyszeptał dość wystraszonym głosem: Jezu, może powinienem pójść do psychiatry, tak jak tu mówią? Ze zdziwieniem odkryłem, że ogromna większość moich sąsiadów to emocjonalne wraki, które nie są w stanie wytrzymać nawet tego początkowego „obciążenia”. Miejscem tym zarządza się w dużej mierze w bardzo głupi sposób. Tutejsi maci itd. to wszystko sierżanci marynarki o tłustych dupskach i gromkich głosach. Dużo gadają o porządku i dyscyplinie, podczas gdy dowództwo i administracja to najbardziej bezładna, niespójna, niezdyscyplinowana i nieporządna banda, jaką kiedykolwiek widziałem; atmosfera jest aż gęsta od niejasności, a to z kolei rodzi niepokój. Ja już na samym początku zastosowałem się do maksymy Burroughsa, żeby najpierw rozpoznać teren; udałem się na przeszpiegi; zapoznałem się ze wszystkimi regułami i określiłem się względem nich. Tak więc w mojej jidysze kopf nie było nawet śladu zaskoczenia ani napięcia, kiedy okazało się, że wszystko idzie zupełnie gładko. Posiadłem tajniki „leserowania” (unikania obowiązków, kar i oddziałów specjalnych). Rutyna jest tu sztuką dla sztuki; telos28 to zupełne peryferie, za to głównym zajęciem jest „praca w oddziałach specjalnych”, co wydało mi się dość osobliwe. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, czego właściwie uczy człowieka wojsko. Tutaj armia po prostu utrzymuje siebie w jako takim stanie, bez jakiegokolwiek celu ulokowanego poza nią samą. No więc piorę ubrania i o każdej porze dnia i nocy ćwiczę się w schludności, przepisowo odkładam sprzęt do czystej szafki, ścielę koję, chichocząc przy tym dyskretnie. Jest też oddział specjalny, którego zadaniem jest polerowanie podłogi. Takie polerowanie (ścierki trzeba przesuwać nogami) to rutynowa procedura, do której zawsze można się odwołać, kiedy chce się podopiecznych czymś zająć. A jako że nawet w czyszczeniu osiąga się punkt malejącej produktywności, wówczas kiedy już nie da się nic więcej wyczyścić, każe nam się wykonać zadanie od nowa. To nam daje zajęcie, a przy tym uczy nas dyscypliny i dbałości o obowiązki. Ponieważ moja obecność tutaj jest dobrowolna i ma wszelkie znamiona eksperymentu, znoszę całą sytuację nie najgorzej i nie świerzbi mnie, żeby komuś wybić zęby albo prysnąć na samowolkę. Reakcje w stylu Thomasa Wolfe’a, czyli romantyczna dezaprobata i płomienny sprzeciw, nie interesują mnie za bardzo. Kwestionuję świadomość i zasadność wszelkich gestów. W każdym razie czuję się tu dobrze, ponieważ nie biorę niczego do siebie i dlatego ta odmiana ma efekt – o tak – orzeźwiający. Jest tu plaża, chodzę tam sobie popływać i pobyczyć się na słońcu w weekendy. Najbardziej brakuje mi muzyki. Mają tu co prawda radio, ale wiesz, jak jest.

Zacząłem korzystać z aparatu krytycznego Burroughsa oraz myśleć krytycznie o samym aparacie. Po pierwsze, Burroughs ma skłonność do przypisywania każdej jednostce, której nie zna osobiście, cech właściwych dla pewnej kategorii, i dlatego pewnie miałby kłopot z oceną dużej grupy złożonej z jednostek. A tu każdy stanowi jakąś jednostkę, nawet jeśli posiada cechy sugerujące taką czy inną osobowość (pedzio z zahamowaniami, maminsynek-płaksa, dzieciak bez perspektyw, sadysta itd.), chociaż sprawę można też ująć z perspektywy czysto antropologicznej. Ale mimo że w każdym z nich da się dostrzec jakiś znajomy temat, są to jednak osobni ludzie, którzy wzbudzają we mnie oprócz zainteresowania również współczucie. Próbowałem cały czas zgrywać „równego gościa”, ale czasami pokusa, żeby popisać się swoim ego, była zbyt silna. Na szczęście umiem też posługiwać się odpowiednim językiem; do tego pracowałem kiedyś jako spawacz, więc mogłem wykorzystać to doświadczenie, żeby uchodzić za mechanika, zwyczajnego człowieka. Obawiałem się, że zostanę „mózgiem” (przyłapali mnie na czytaniu Harta Crane’a29, a w dodatku listonosz przyniósł kartkę od Ciebie, mówiąc, że jest po francusku – zobaczył ostatnie zdanie, które chyba było po francusku). Mimo to jak dotąd nie wpłynęło to negatywnie na moje relacje z równymi chłopakami i wszyscy mnie akceptują („Bogu niech będą dzięki”) jako swojaka. Okazuje się, że zwracają się do mnie, kiedy im trzeba współczucia (którego im nie szczędzę) i dobrej rady, bo w moim oddziale jestem jednym z najstarszych. W kółko nawijają mi o swoich dziewczynach. Tylko że z tymi gadkami o seksie to naprawdę chodzę po kruchym lodzie. No więc opowiadam im, że mieszkałem kiedyś z taką jedną dupą, Joan Adams, i jak to mi zawsze dawała po południu. Ale staram się nie szaleć z wulgaryzmami; jak chcę być „równiachą”, to przechodzę na bardziej południowy akcent, gadam o Denver albo Saint Louis i jadę po czarnuchach. Tak że wszystko idzie dobrze i nikt mnie nie prześladuje, nawet nie mam co do tego żadnych obaw.

Lubię kilku chłopaków (tak po koleżeńsku, wiesz, nic więcej). Jeden z nich to Gaffney, taki rudzielec, patykowaty prawiczek, wszystkiego się trochę boi. Inny mówi o sobie, że jest „facetem z żelaza”, ale wysłał matce ohydną zielono-fioletową poszewkę z jedwabiu z wyszytą maksymą (w dodatku do rymu!).

Napisałem tylko kilka wierszy okolicznościowych. To mnie trochę martwi. Dostałem list od Joan – będzie w NY na początku września. John [Kingsland] pisze do niej, ale z tyłu na kopercie podpisuje się jako „Celine”, żeby zmylić rodziców Joan. Ci z kolei uznali, że skoro dziewczyny tak się zaprzyjaźniły, to może powinni zaprosić Celine do siebie do Albany. Od Celine też dostałem list: jest nad jeziorem Champlain. Lancaster robi jako kelner w ośrodku rekreacyjnym.

Nie chce mi się już pisać, zmęczyłem się.

Allen

Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]

17 sier. ’45

Ozone Parc 1

Mon garçon30,

o tak, przyjacielu, pragnąłbym szczerze być dumnym posiadaczem jidysze kopf: to ci dopiero głowa, która umie rozpoznać jedyne prawdziwe wartości! Wracając w zeszłym tygodniu z obozu letniego, miałem szczęście siedzieć obok pewnego jegomościa, na oko koło pięćdziesiątki, który na pewno miał jidysze kopf na karku. Czytałem akurat Fałszerzy [André Gide’a] – (przyznaję się, że był to swego rodzaju gest!) – kiedy nagle mój towarzysz podróży sięgnął przez całe siedzenie i wyjął mi książkę z rąk. Nie muszę dodawać, że ucieszyła mnie ta jego bezpośredniość.

„Świehetna książka! – powiedział, dźgając mnie palcem. – Bardzo wartościohowa książka!”

„Tak? Podobała się panu?”

On tedy pokiwał głową, otworzył książkę (jam się podówczas rozluźnił nieco, oczekując wykładu na temat co lepszych scen) i zdjął obwolutę. Tę zaś obejrzał bardzo dokładnie, z troską wygładziwszy ją zmysłowymi palcami. Potem mocno wygiął grzbiet książki, aż jęknęła oprawa, i przez chwilę przyglądał się jej badawczo. Wreszcie odwrócił książkę do góry nogami i, niczym jakiś zegarmistrz, studiował okładkę, złote czcionki, wreszcie same stronice! Te ostatnie chwycił między opuszki palców, potarł jedną o drugą i westchnął. Spytałem: „Chce pan poczytać? Jeśli pan chce, to proszę bardzo, mam tu w plecaku jeszcze inne książki”.

„Ach – powiedział – pan handluje książkami”.

„Nie, nie. Ale mam kilka przy sobie” – odrzekłem, sięgając do plecaka i dobywając stamtąd Państwo Platona. Natychmiast wyrwał mi książkę z ręki i szast-prast! z błyskawicznym, bezbłędnym rozeznaniem, z dalekowzrocznością godną jidysze kopf, ze smutnym, acz dziwnie przenikliwym uśmiechem, zwrócił mi ją. Postukał palcem książkę leżącą na mojej dłoni, pokręcił głową i powiedział: „Ta nie za dobra, nie za dobra”.

W efekcie ja ruszyłem dalej z Platonem, a on, być może nieprzystojnie, lecz na pewno bez świadomości nagannego zachowania, nadal wzdychał do naszego przyjaciela André Gide’a, obdarowując go pieszczotami.

Bill [Burroughs] jest w mieście. Spotkaliśmy się znów w „Noc po kapitulacji”. Wyszliśmy na miasto razem z Jackiem i Eileen. Prawie w ogóle nie gadałem z Billem. Było sporo chlania i czarujących wygłupów, chociaż jestem pewien, że Bill zbyt oczarowany nie był. Skończyło się na tym, że zostaliśmy z Billem sami i próbowaliśmy poderwać jakieś panienki. Bill miał na głowie panamę i w jego wyglądzie było coś takiego, że żadna nie chciała z nami pójść… Kiedy tak sterczał na Times Square, to sprawiał wrażenie, jakby zamiast nad morzem ludzkich głów sprawował pieczę nad rozległym „jak okiem sięgnąć” polem maków. Choć może wyglądał raczej jak wysłannik Lucyfera, sam charge d’affaires de l’Enfer31, i kobiety, mijając go, dostrzegały błysk czerwonej podszewki jego płaszcza. To oczywiście wszystko kompletny nonsens. Ta noc należała do wojskowych: trzeźwy Potentat Marihuany i pijany żul nie mieli tam czego szukać. Kiedy Bill się zmył, poszedłem do Eileen i bzyknąłem ją, a Jack drzemał sobie w najlepsze obok.

Bill też się wybiera do Sheepshead! Więc możesz już sobie darować żmudne próby wtopienia się w otoczenie, bo jak Bill Cię zobaczy, to z miejsca wrzaśnie: „SNOOPY! Kiedy wyszedłeś? JAK CI SIĘ UDAŁO WYWINĄĆ OD ODSIADKI ZA PUBLICZNE OBNAŻENIE W CHICAGO??”.

Doradziłem mu, żeby podszedł do Ciebie i powiedział: „SNICKERS! CÓŻ ZA PRZEMIŁE spotkanie! GDZIEŚ ty się przede mną chował, SKARBIE!”. – Ale w końcu Bill uznał, że to żadnemu z Was nie byłoby na rękę.

Mam nadzieję, że się jutro zobaczę z Billem i obgadam sprawy.

Jak już do mnie piszesz, to nie zgrywaj takiego uczniaka i oszczędź mi tej śmiertelnie poważnej krytyki Jeana et son weltanschauung32. Błagam o nieco więcej finezji albo – o ile to możliwe – szczyptę poczucia humoru. Niektóre z Twoich żartów są w najlepszym razie na poziomie „PM”33 i doprawdy nijak się mają do mozolnych wysiłków, by osiągnąć pełnię lucienizmu. Otóż Lucien użyłby tonu satyrycznego, mon ami34, ale bez śladu wyniosłości czy paranoi. Ty zaś „kwestionujesz świadomość i zasadność wszystkich gestów”. Przenigdy nie podpisałbyś się pod „płomiennym sprzeciwem i romantyczną dezaprobatą w stylu Thomasa Wolfe’a”. A to boli, przyjacielu Ty mój, po prostu boli. Być może oceniasz mnie zbyt surowo, szczególnie ten mój ostatni „płomienny sprzeciw” à la gojisze kopf na obozie letnim, musisz jednak zrozumieć, że pracowałem jako pomocnik kelnera, a ci żyją z napiwków, te z kolei muszą być pokaźne, żeby pomocnicy kelnera z gojisze kopf na karku, miłujący prozę Thomasa Wolfe’a, mogli z nich wyżyć, tylko że widzisz, mon vieux35, w tym akurat smętnym przypadku obóz składał się w 100% z jidysze kopfe z klasy średniej, a przecież trzeba jakoś zarabiać na życie, toteż przepełniony romantyczną dezaprobatą, opuściłem to miejsce, ocalając w ten sposób byroniczną godność, który to gest, jak mniemam, spotka się z Twoją nieromantyczną dezaprobatą, należy jednak zauważyć, że wynikał bez reszty z naglących potrzeb rzeczywistości, chyba że pochlebiam sobie, w którym to razie w zupełności zasługuję na całe to dobrotliwe potępienie, litość i współczucie, jakieś dla mnie zawsze trzymał w odwodzie, by mnie nimi w odpowiednim momencie szczodrze obdarować.

Wesołych cauchemars36!

Twój czuły potwór,

Jean

Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]

22 sier. 1945

Ku chwale Ojczyzny.

Cher małpo:

Niezmiernie się uradowałem (czy to za mocne słowa?) na wieść, że Bill [Burroughs] jest w mieście. Gdzie dokładnie mieszka? Ciekaw jestem, w jakiej noclegowni się tym razem zadekował. Czy przez ścianę sąsiaduje ona z łaźnią turecką? Ale że ma przyjechać tu do mnie, do Sheepshead, to już nadmiar szczęścia! Powiedz mu, żeby mi przesłał (albo sam mi prześlij) szczegóły jego zaprzysiężenia – czas wyjazdu, dzień itd. – już ja dopilnuję, żeby u bram stał komitet powitalny!

Co do tej onanistycznej uczniakowatości, którą mi zarzucasz, to się wal na ryj, Jean. I jeśli te „mozolne wysiłki, by osiągnąć pełnię lucienizmu” mają odnosić się do mnie, to wsadź je sobie w dupę. Bo ja nie mam na to nastroju. Je sais aujourd’hui comment orluer la beaute avec l’yiddishe koffe37. A tak przy okazji, chodziło mi o to, że ten Twój idiotyczny romantyzm objawił się w momencie, w którym fatalnie wybrałeś pracę i wpakowałeś się w takie gówno, że jedyne, co Ci zostało, to zgrywać Wolfe’a. No dobra, nie Twoja wina, że Cię wrobili w beznadziejną robotę. Ale coś takiego mogło się przydarzyć tylko Tobie. Mój list może i był wyniosły, ale człowieku, nie było tam żadnej paranoi!

Allen

PS W ten weekend chyba będę mógł przez chwilę cieszyć się wolnością; chciałbym zobaczyć Wasze facjaty, Billa i Twoją. Pro tem38 będę w restauracji Admirał o 17: 30 w sobotę. A teraz, s’il vous plaît39, czym prędzej napisz list albo kartkę i daj znać, gdzie możesz się spotkać ze mną i z Billem, podaj mi też jego telefon i adres. Jeżeli pasuje Ci inny czas i miejsce, to napisz; mogę być w NY nawet o 15: 00.

Dostałem bombowy list od Trillinga – przyniosę.

Twój pnący bluszcz,

A.

Nota redaktorów: W poniższym liście oprócz Billa Burroughsa wspomniany jest także inny „Bill” – mianowicie Bill Gilmore. Ta postać oznaczona jest za pomocą nazwiska podanego w nawiasie kwadratowym. Tam, gdzie brak takiego oznaczenia, czytelnik powinien założyć, że chodzi o Billa Burroughsa.

Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]

23 sierpnia ’45

Cher jeune singe40:

Ponieważ nie mam nic innego do roboty, odpowiem na wszystkie Twoje bzdurne pytania. Bill jest teraz w Sheepshead, już od poniedziałku 20 sierpnia. Oczywiście nie zajrzy do Ciebie od razu. Taki ma plan: nie chce dać po sobie poznać, że mu jakoś bardzo zależy. Zajrzy do Ciebie w swoim czasie, chyba że wcześniej przypadkiem na niego wpadniesz. Nie zdziw się za bardzo! – w Nowym Jorku był pięć dni, zanim w ogóle do mnie zadzwonił, a raczej wysłał mi list z informacją, że jest w okolicy. Natychmiast poszedłem się z nim zobaczyć, nie kryjąc się w ogóle ze swoim entuzjazmem. Tym razem nie mieszkał w noclegowni, tylko w hotelu na Park Avenue, 4,50 $ za dobę. Nie, nie sąsiaduje z łaźnią turecką (zauważ, że ciągle odpowiadam na Twoje pytania), ale sam hotel jest dobrze znaną łaźnią turecką, że się tak wyrażę.

Przewertowałem Twój list w poszukiwaniu kolejnych pytań, ale już żadnych nie widzę. Przedziwne! – miałem wcześniej wrażenie, że aż roi się w nim od „co” i „dlaczego”. Wszystko to pięknie, ale… nie istnieje żadne „Dlaczego”. Oto cała tajemnica: że też w ogóle w naszych głowach kiedykolwiek zagościła koncepcja „Dlaczego”! To jest jedna z tajemnic. Śmierć jest tajemnicą niemal równie zagadkową jak życie. Ale dość już o tym.

Miałeś rację co do mojego „idiotycznego romantyzmu”. Oczywiście. Całkowicie się z Tobą zgadzam. Sprawa załatwiona. Teraz już możemy, biedactwa, zacząć się zamartwiać czymś innym.

Tamtej nocy, kiedy ostatni raz widziałem się z Billem, przydarzyło mi się coś dziwnego… Strasznie się spiłem i straciłem równo­wagę psychiczną. Jak pamiętasz, to mi się nie zdarza za każdym razem, tylko czasami, jak wtedy. Bill [Gilmore] zaciągnął do naszego stołu jakiegoś kolesia… pochlaliśmy trochę… potem wszyscy poszliśmy do niego i tam pochlaliśmy jeszcze solidniej. Nawet Bill się zaczął trochę wydurniać. Wszyscy się wydurnialiśmy. Koleś strasznie mnie wnerwiał. Wiesz który to, przylazł z tą wielką zgrają do Café Brittany, kiedy siedzieliśmy tam z Gilmore’em i z Wujkiem Edouardem, był w tej wielkiej, hałaśliwej zgrai Amerykanów, w której roiło się od chorążych i damulek z dobrych domów, pamiętasz? Ale muszę Ci opowiedzieć o tym wieczorze, kiedy straciłem równowagę psychiczną. Jedno mi tylko zostało z tego gąszczu wygłupów… książka! Ukradłem książkę. Voyage au bout de la nuit41 Céline’a. W rewelacyjnym tłumaczeniu na angielski. W sumie to została mi jeszcze jedna rzecz: morze alkoholu we krwi. Wtedy widziałem się z Billem już drugi raz od jego przyjazdu i nadal ze sobą nie rozmawialiśmy. Przez chwilę byliśmy sami w restauracji i przyszło mi do głowy, że może już nie mamy o czym rozmawiać. Że tak się sprawy potoczyły; że do tego po prostu doszło. Już zupełnie nie mamy o czym rozmawiać. Każdy z nas wyczerpał możliwości tego drugiego. Jesteśmy zmęczeni. Za kilka lat, kiedy obaj nazbieramy trochę nowych doświadczeń, znów będziemy mieli jakiś temat do rozmowy. Za to z Tobą, mój mały przyjacielu, z Tobą zawsze jest o czym rozmawiać, ponieważ Twoja nieprawdopodobna wprost próżność i głupota sprawiają, że otwiera się między nami wspaniała, iskrząca przestrzeń w sam raz na kłótnię. Merde à toi!42 – tyle powiem.

W związku z powyższym sądzę, że możemy umówić się w Admirale, o ile rzeczywiście chcesz się tam spotkać. Ale jeść tam nie mam ochoty. Lokal strasznie zszedł na psy – obsługa, jedzenie i reszta. Zaszła obrzydliwa, wręcz biologiczna zmiana, jakiś rak. Aha, przynieś ten list od Trillinga. Pewnie czas się dowiedzieć, czy on nie jest zwyczajnym głupkiem… może wcale nie jest mądrzejszy niż Ty, ja czy ktokolwiek inny.

Może Cię to zdziwi, ale ostatnio mnóstwo piszę. W tej chwili piszę naraz trzy powieści, a do tego prowadzę obszerny dziennik. I jeszcze czytam!… Czytam jak wariat. Nie mam nic innego do roboty. A to jest coś takiego, czym można się zająć, kiedy wokół nie dzieje się nic ciekawszego, to znaczy kiedy otaczająca rzeczywistość nie jest w stanie zaoferować niczego sensowniejszego. Mam zamiar spędzić całe życie w ten sposób. Jeśli chodzi o sztukę, to jest to teraz moje prywatne zmartwienie, coś, co dotyczy tylko mnie, więc raczej nie będę Cię tym już nigdy więcej zadręczał. Wszystko cacy. Wers z mojego dziennika: „Wszyscy jesteśmy zasklepieni w naszych małych, melancholijnych atmosferach i, jak planety, obracamy się wokół słońca, czyli naszych wspólnych, acz odległych pragnień”. Może to i nic takiego, ale jeśli mi ukradniesz to zdanie, to tym razem dla odmiany naprawdę Cię zabiję. 17: 30 à l’Admiral, Samedi43…

Żegnaj, petit44,

Jean

Nota redaktorów: Ginsberg się rozchorował i musiał spędzić kilka tygodni w szpitalu wojskowym. W rezultacie ominęła go krótka wizyta Williama Burroughsa w bazie i kolacja z Kerouakiem w nowojorskiej restauracji, o czym Ginsberg wspomina w poniższym liście.

Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]

Poniedziałek po południu4 wrześ. ’45 [sic: poniedziałek w 1945 wypadał 3 września]

Drogi Jeanie:

Dzisiaj czułem się na tyle dobrze, że wygramoliłem się z łóżka, przemknąłem do baraku i odebrałem list, który na mnie czekał. To była wiadomość od Ciebie i tak się ucieszyłem na myśl o wizycie Billa [Burroughsa], że pobiegłem do B-1, czyli do recepcji, żeby sprawdzić, dokąd go skierowali. Mówiłeś, że przyjechał 20-go. Ubłagałem przełożonych, żeby pomogli mi go znaleźć, i wreszcie któryś mat zajrzał do zeszytu. Powiedziano mi, że Bill wyniósł się z Sheepshead 22-go, dwa dni po przyjeździe. Przed chwilą wróciłem do izby chorych, totalnie skołowany i rozżalony. Co się stało? Gdzie on teraz jest – kontaktował się może z Tobą? Pewnie wrócił na Park Avenue. Bardzo chcę się z nim zobaczyć, ale przez najbliższe kilka tygodni nie będę mógł się stąd ruszyć. A teraz czuję straszny zawód i mam beznadziejny mętlik w głowie.

Niecierpliwie czekam na Twój opis La Nuit de Folie45. Mam nadzieję, że do czasu, kiedy mi o niej opowiesz, zdążysz już odzyskać równowagę psychiczną; lubię słuchać Twoich zagmatwanych gawęd o ocalonej męskości – No dobrze, to nie było konieczne. Ale przede wszystkim chciałbym usłyszeć coś więcej o tym degeneracie z czyśćca rodem, którego rzeczywiście całkiem nieźle pamiętam. Co do policji, [słowo nieczytelne], to niech Ci nie doskwiera poczucie winy ani skrucha, chociaż z Twojego tonu wnioskuję, że tak się właśnie dzieje.

Przez Twój ostatni list wyraźnie przebija lekkie zmęczenie, znużenie ducha: te opisy rozmów z Billem, apatia, ennui (konkretna przyczyna tak intensywnej lektury), zaskakujące oskarżenia o „głupotę i próżność”, które zmartwiły mnie, zamiast rozbawić, czy też zranić, bo pewnie jedną z tych dwóch rzeczy miałeś na myśli. Co z Tobą? W każdym razie nie zapędzaj swoich rozterek artystycznych z powrotem do jaskini; chciałbym się o nich dowiedzieć czegoś więcej, bo to chyba jeden z najważniejszych etapów Twojej niebiańskiej podróży, by posłużyć się Twoją własną metaforą.

Przepraszam za zeszłą sobotę w Admirale. Nie mogłem się stawić, jak Ci już wytłumaczyłem w kartce wysłanej wczoraj wieczorem. Teraz czuję się znacznie lepiej, chociaż jednego dnia tak chorowałem, że zacząłem drżeć o los duszy człowieczej, szczególnie zaś swojej własnej. A Ty przyszedłeś? Co zrobiłeś, co sobie pomyślałeś, jak kląłeś pod moją nieobecność?

Leżąc w łóżku, dużo czytałem, bo tylko tyle mogłem robić. Skończyłem wreszcie Drogę człowieczą, a poza tym Most San Luis Rey Thorntona Wildera, ale żadna z tych książek mnie szczególnie nie poruszyła. Teraz wreszcie zacząłem Wojnę i pokój i przeczytałem 825 stron. Mam wrażenie, że Tołstoj podoba mi się mniej niż Dostojewski (nie wiem, co by miało znaczyć takie wyznanie, ale W. i P. sprawiła mi większą przyjemność niż jakakolwiek powieść od czasu Idioty. Załączam list Trillinga. […]

Allen.

Jack Kerouac [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]

6 września 1945

Czwartek wieczór, 6 wrześ.

Drogi Allenie,

muszę przyznać, że Twój liścik mnie wzruszył… zwłaszcza ten fragment: „tak chorowałem, że zacząłem drżeć o los duszy człowieczej, szczególnie zaś swojej własnej”. Udało Ci się wyczarować rzeczywisty obraz ziemskich spraw… wszystko tu jest: choroba, strata, śmierć. Podoba mi się nieburżuazyjne podejście ­Rilkego do takich spraw i przyznaję, że nie pochwalam szczególnie tych orgii intelektualnej pseudosyntezy, w których zapomina się o faktach życia i śmierci… Shelleyowska „kopuła białego blasku” to dziś raczej różowa kopuła, z której sączy się na nas technikolorowa poświata. Chociaż akurat mówienie Tobie takich rzeczy nie ma pewnie zbyt wiele sensu, bo przecież wiem, że nie jesteś pierwszym lepszym mięczakiem intelektualnym ani jakimś tam chłystkiem.

Moja gorycz i gniewna nerwowość biorą się po części z tego, że widzę, jak nieszczerzy stali się ludzie… a musisz przyznać, że częściej spotykam się z grubiaństwem niż ktokolwiek z naszej paczki. Wiem, że Bill też czyta „Daily News”, ale mam nad nim – niestety – jeden punkt przewagi, bo zmuszam się też do słuchania radia… do tego dochodzą jeszcze cierpienia związane z lekturą „PM”. Archetypowa moralność odziana w nowoczesne regalia, uosobiona przez takiego Orsona Wellesa, Hearsta albo Biuro Informacji Wojennej – bo widzisz, tak naprawdę nie ma żadnych podziałów na prawicę i lewicę, nigdy ich nie było, wbrew temu, co utrzymują ludzie w rodzaju Lancastera i Fritza Sterna46 – działa na mnie jak wiatrak na Don Kichota… Ciekawe, co by na to powiedzieli Joan Adams i Kingsland; wychodzę tu na jakiegoś zupełnego pomyleńca. Zmagam się ze sprawami, które są passé… tak pewnie myślisz. No dobrze, zostawmy to na razie…

Chciałbyś wiedzieć, co u Burroughsa… Nie widziałem się z nim i nie wiem, gdzie się podziewa. Ale wysłałem kartkę do klubu uniwersyteckiego w nadziei, że mu ją przekażą i że on z kolei da mi znać, gdzie jest. Współlokator Gilmore’a Francis Thompson (!) twierdzi, że Bill jest ciągle w Nowym Jorku… A Gilmore siedzi w domku letniskowym na Cape Cod i pisze powieść. Bill wyjechał z Sheepshead, bo chciał się zaciągnąć do Floty Handlowej jako główny steward, a im to pewnie średnio odpowiadało… Francis uważa, że Bill będzie próbował jeszcze raz. No i to by było na tyle o Burroughsie, bo chwilowo nic więcej nie wiem, ale kiedy tylko dane mi będzie poznać jego nowy adres, niezwłocznie Ci go przekażę. Pozostaje zatem tylko jeden mały szczegół w sprawie Burroughsa… Joyce Field mówi, że jest „trędowaty”. Muszę to powiedzieć Billowi…

Powtarzam: wzruszył mnie Twój list. Częściowo dlatego, że byłeś chory i właściwie nadal jesteś… A częściowo ze względu na list Trillinga, bo chciałbym, żeby coś takiego mi się kiedyś przytrafiło, a mianowicie żeby ktoś taki jak on darzył mnie sympatią i podziwem. Chociaż męczy mnie upór, z jakim opowiada o „efekcie” wiersza, ten jego list to z pewnością doskonały przykład na to, jak literat o ugruntowanej pozycji może rozbudzić w młodym poecie wiarę w siebie. To wszystko ma trochę francuski posmak… pomyśl: Mallarmé dodający otuchy młodemu autorowi Les Cahiers d’André Walter [André Gide’owi]; albo [Paul] Verlaine chwalący w liście adresowanym do Charleville porywczego chłopaka z prowincji; Gide obdarzający ciepłymi słowami uznania i podziwu młodego, nieznanego Juliana Greena. Piszę w pośpiechu i nieporadnie to wszystko wyrażam, ale szczerze Ci zazdroszczę. Wydaje mi się, że żaden z nas tak naprawdę nie docenia wagi – ba, słodyczy! – podziwu; to cnota na wymarciu. Zobacz, jaką urazę żywią do Luciena [Carra] te znerwicowane, bezkrwiste ryby z Columbii, bo nie udało im się zbić jego argumentów w dyskusji albo coś w tym stylu, bo nie uszło im na sucho, tak jak jemu, chodzenie po ulicy w czerwonej koszuli i białej masce. Moja niedawna wizyta na Columbii, gdzie ciągle mocno czuje się obecność Carra, uświadomiła mi – że użyję tu wyświechtanego i odpychającego zwrotu – neurotyczny charakter naszej rzeczywistości… Oto banda cymbałów, co to półgębkiem warczą na wszystko – a już zwłaszcza na Luciena. W nikim nie dojrzysz śladu tego miłosnego zachwytu, który każe wołać: „Patrz, patrz!”… nikt nie chwyci Cię ochoczo za ramię, by uwieść słodkim argumentem… nie ma tu za grosz germańskiego entuzjazmu, żadnych szorstkich, gardłowych okrzyków… Wszyscy tylko serwują nużące epigramy, tylko że na Columbii nie ma ani jednego Oscara Wilde’a. No, może z wyjątkiem Wallace’a Thurstona, jasne…

Byłem tam i widziałem się z Celine Young, Joyce Field, Groverem Smithem, Joan [Adams] i Johnem [Kingslandem], Auerbachem (tym przemądrzałym nudziarzem), Wallace’em Thurstonem, [Arthurem] Lazarusem (który pytał o Ciebie) – nie pamiętam, z kim tam jeszcze. Celine się spiła i pokazała mi list od [Hala] Chase’a. Mówiła, że zerwali ze sobą, ale coś mi się nie wydaje… Rozśmieszyłoby Cię na pewno cudowne porozumienie, jakie osiągnęliśmy tamtej nocy z Celine: zupełnie jak brat i siostra – no, może z wyjątkiem łóżkowych zapasów. Ale vraiment47 uważam, że Celine to wspaniała dziewczyna… Schudła siedem kilo i wygląda jak z tego sanatorium u Manna – niewysłowiona, piękna, trawiona wyniszczającą chorobą, lekko szurnięta. Wyznała mi melancholijnym tonem, że Lucien jej nie kochał i że ostatecznie i tak szukałby miłości gdzie indziej… dodała, że żadna dziewczyna nie byłaby w stanie zadowolić Luciena. Okazałem jej tamtej nocy tyle czułości… Czy wiesz, Allen, że Celine i ja już nigdy nie będziemy kochankami? Ona chyba chce po prostu mieć we mnie brata… A mnie się takie rozwiązanie nawet zaczyna podobać, bo ona mnie już zupełnie nie pociąga – moje pożądanie spłonęło w jakimś mistycznym ogniu. Ale jedna rzecz nie daje mi spokoju!… po tym wszystkim postanowiła zdać się kompletnie na swój los, w tym na romans z – uważaj – Donem Kahnem! Sytuacja zupełnie jak z Dostojewskiego, mój mały przyjacielu! No bo patrz: Celine bardzo lubi Edie [Parker Kerouac], w związku z czym zastrzega sobie prawo, by ubiegać się o moją przyjaźń. Poza tym zawsze pragnęła, żebyśmy się sobie zwierzali. Czyli właściwie chce mieć wszystko oprócz miłości. I wreszcie, z uwagi na ten stan rzeczy, postanawia romansować z każdym, kto ją zechce… Teraz mówi, że już nie chce Chase’a, i w kółko opowiada o tym Kahnie. Ironia tej sytuacji mnie po prostu obezwładnia. Coraz bardziej czuję się jak Myszkin48… Jestem w tym momencie zakochany w wielu osobach, w Celine wcale nie mniej niż w innych. Jako zmysłowemu Bretończykowi niełatwo jest mi się oprzeć seksualnym aspektom relacji z kobietami. A jednak w tym wypadku, jak się okazuje, z chęcią odgrywam rolę ojca spowiednika, jestem pełnym współczucia Raskolnikowem dla tej mojej Sonii49, podczas gdy jej wdzięki zarezerwowane są, za moją milczącą zgodą, dla jakichś kompletnych zer. O merde à Dieu!50 Oczywiście jest w tym wszystkim pewna ożywcza świeżość, a ja przecież nie stetryczałem jeszcze na tyle, żebym nie mógł brodzić w wodach nieznanych rzek. A tak w ogóle, to w październiku jadę do Kalifornii…

Poprosiłem Edie, żeby spotkała się ze mną w ten weekend na Columbii. Będzie kilka osób, w tym Edie, Joan, John, Grover, Celine, Kahn, ja i, mam nadzieję, Burroughs – jeśli uda mi się go znaleźć. Wypijemy za Ciebie toast, już ja o to zadbam. Niech sobie Kingsland chichocze, Burroughs szczerzy zęby pokpiwająco, Edie unosi kącik warg, Joan się zgrywa, Celine się słodko uśmiecha, a Grover rzuca kalambury – ja i tak zaproponuję toast za naszego małego, obłożnie chorego copain51.

Twoja ciekawość w kwestii la soirée d’idiocie52 jest zupełnie zrozumiała. To fakt, że miałem wyrzuty sumienia… Do tego stopnia, że odwołałem spotkanie z Burroughsem następnego dnia. Pewnie uważa, że jestem kompletnym nudziarzem. Wiem, że do takiej nerwicy jak moja ma zerową cierpliwość… Ale od tamtego momentu stoję oko w oko z moją prawdziwą naturą, a to spowodowało swego rodzaju oczyszczenie. Na pewno rozumiesz. Pamiętaj, że całe moje wcześniejsze życie upłynęło w atmosferze, która była diametralnym zaprzeczeniem obecnej. Dlatego automatycznie wzbiera we mnie odraza do tego, co dzieje się teraz, a za tym idą okropne wyrzuty sumienia i obrzydzenie. Wyczuwam w tych wszystkich ludziach jakąś ponurą monotonię, jakąś amerykańską identyczność, gdzie nie ma miejsca na żadną odmianę i zawsze jest nudno… dosłownie jak w jakiejś grupie zawodowej. To gromadzenie się w barach i te desperackie próby osiągnięcia jakiejś bliżej nieokreślonej syntezy przyzwoitości i nierządu… Już samo to mnie drażni, ale to jest jeszcze nic w porównaniu z ich idiotycznymi plotkami i chichotem. Gdyby to byli Grecy, cała sprawa zyskałaby od razu zupełnie inny wymiar. Tak więc odpychają mnie przede wszystkim te aspekty społeczne, a tych miałem tamtej nocy aż nadto. Co do aspektów fizycznych – które, jak wiesz, wprawiają mnie w świadome obrzydzenie – to nie jestem pewien… coś tam siedzi w tej mojej podświadomości, nie będę zgrywał naiwniaka. Cała przytomna część mojej natury mówi mi, że z takim życiem jest mi zupełnie nie po drodze. W kółko mi to powtarza. Słyszę ten jazgot natury, która powtarza mi to do znudzenia, i w jakimś momencie jej intencje zaczynają mi się wydawać podejrzane. Ale nie będę już kłopotał tym swojej pięknej główki. Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku i tak sprawę rozstrzygnie komenda: „Naprzód!” (na pewno słyszałeś tę historię o narkomanie Philu, prawda?). Zatem pozwolę swojej nerwicy rozpuścić się w białym płomieniu działania, że tak to ujmę. O dziwo, najbardziej denerwuje mnie to, że wszyscy widzą mnie jako rozdartego na dwoje przez tę całą sytuację… podczas gdy tak naprawdę ja chcę tylko oddychać świeżym powietrzem, a powietrze wokół mnie jest gorące i stęchłe, bo wszyscy są napompowanymi, nadętymi błaznami. Te wyrzuty sumienia, które wykryłeś w moim liście, biorą się z czegoś innego, niż myślisz… Kiedyś w Baltimore poszedłem do łóżka z dziewczyną; poderwałem ją w barze i obiecała mi, że się zabawimy. Kiedy już dotarliśmy do sypialni, zasnęła i nie mogłem jej dobudzić… Całą noc się z nią szamotałem, jej ciało było zwiotczałe jak ścierka, a ona chrapała w najlepsze. To było straszne doświadczenie, mówię Ci… Następnego dnia masz wyrzuty sumienia i wstydzisz się swoich pragnień; może też czujesz się trochę jak nekrofil, może w nas wszystkich jest obawa przed nekrofilią, no i taka szamotanina z nieprzytomną kobietą to doświadczenie najbardziej zbliżone do nekrofilii… W każdym razie dokładnie takie same wyrzuty sumienia miałem i tym razem, z identycznych powodów. Z tym że wiedziałem, że następnego dnia nie będzie mi dane zaczerpnąć świeżego powietrza… Nikomu nie mogłem o tym opowiedzieć, bo wiedziałem, że w odpowiedzi poczuję ciepły odór stęchłych banałów… To jest trochę tak, jakby moja nerwica nie była częścią mnie samego, tylko właśnie tego powietrza wokół, tej atmosfery, która mnie otacza. Bo ja zrobiłem w życiu wiele strasznych rzeczy, w mroku i z dala od wszystkich, krzywdząc nie tylko siebie samego. Nie jestem Purytaninem, nie odpowiadam przed samym sobą; już prędzej jestem synem Jahwe – lękliwie staję przed gniewnymi obliczami starszyzny, która zdaje się wiedzieć wszystko o moich najdrobniejszych przewinieniach i która wkrótce tak czy inaczej wymierzy mi karę. Na przykład jako mały chłopak wznieciłem straszny pożar w lesie w Massachusetts… i nigdy mnie to w najmniejszym stopniu nie martwiło, bo za ten czyn odpowiedzialny byłem tylko wobec swojej własnej, beztroskiej osoby… Gdyby mnie jednak ktoś przyłapał, cierpiałbym okrutne męki. Takie właśnie wyrzuty sumienia dopadły mnie tym razem… Ale z tego również udało mi się już teraz oczyścić… Tak mi się przynajmniej wydaje.

Nie powinieneś był się „martwić” tonem mojego poprzedniego listu. Akurat miałem taki nastrój… nawet nie złośliwy, wcale nie. Zachowałem się po prostu jak starszy brat. Czasem wprawiasz mnie w takie poczucie wyższości, powiedzmy: wyższości moralnej, że się nie mogę powstrzymać… A kiedy indziej czuję się gorszy od Ciebie – z całą pewnością jest tak właśnie w tej chwili. Obawiam się, że nigdy mnie do końca nie zrozumiesz i przez to czasem będziesz przerażony, zniesmaczony, zirytowany, albo może nawet zadowolony… Różnica między mną a Wami jest taka, że ja mam rozległe życie wewnętrzne, które paradoksalnie żywi się tym, co na zewnątrz… Ale żeby o tym rozmawiać, musielibyśmy zacząć mówić o mojej sztuce, a ten temat stał się dla mnie tak osobisty, że nie mam ochoty strzępić języka. Możesz sobie ubolewać nad faktem, że „zapędzam rozterki artystyczne z powrotem do jaskini”, ale jestem przekonany, że tam właśnie jest ich miejsce. Im większe i głębsze będzie to życie wewnętrzne, tym mniej będziecie mnie rozumieć… Kiedy opisuję swoją osobę w ten sposób, być może brzmi to głupio, zwłaszcza Burroughs będzie miał na pewno zdrowy ubaw, ale tak się właśnie sprawy przedstawiają. Dopóki nie znajdę sposobu na uwolnienie swojego życia wewnętrznego za sprawą jakiejś artystycznej metody, wszystko, co ze mną związane, pozostanie niejasne. Oczywiście to stawia mnie w sytuacji godnej pozazdroszczenia… przypomina mi to coś, co kiedyś powiedział mi Lucien: „Mam wrażenie, że nigdy nie pokazujesz całego siebie, choć oczywiście wszyscy bruneci są tajemniczy”. Przysięgam, tak dokładnie powiedział… Potem Ty sam wspomniałeś o „dziwnym szaleństwie, które od dawna rośnie” we mnie, w wierszu, który napisałeś zeszłej zimy… pamiętasz? Ale mnie to służy, Boże święty! Chyba zacznę celowo wprawiać ludzi w zakłopotanie; to by było coś nowego.

Bo przecież moja sztuka jest dla mnie ważniejsza niż wszystko inne… Nie dla mnie ten wasz cały emocjonalny egocentryzm, w którym się uwielbiacie pławić, te nieustanne analizy życia miłosnego i tak dalej. Piękne zajęcie, nie ma co! Ja już dawno oddałem się sobie bez reszty… Julian Green we wszystkich swoich utworach powtarza między innymi jeden temat: niemożliwość oddania się drugiemu człowiekowi. Zatem Julian potwierdza słowa czynem… Jest tylko jeden problem: pozostaje w nas to nieznośne pragnienie, by jednak oddać się komuś innemu, nawet jeśli to beznadziejna sprawa… Ale w tej kwestii nie mamy wyboru.

Latem opowiadałem Mimi West o tym, że szukam nowej metody, żeby uwolnić to, co noszę w sobie, i wtedy Lucien rzucił z przeciwległego kąta: „A co z nową wizją?”. Ale prawda jest taka, że wizję to ja już mam… chyba wszyscy ją mamy… brakuje nam tylko metody. Lucienowi też brakowało tylko metody.

Rozumiem zniecierpliwienie Trillinga w kwestii Kapłanów Sztuki… Rzeczywiście jest