Letnie przesilenie - Anna Langner - ebook + audiobook + książka

Letnie przesilenie ebook i audiobook

Anna Langner

4,3

Opis

Nie ufaj niczemu, co zobaczysz w lesie.

Kiedy Oliwia staje przed posiadłością Leśniewiczów, czuje się nieswojo. W Starej Sośnie nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mała dziewczynka twierdzi, że ktoś odwiedza ją w nocy, jej neurotyczną matką miotają emocje, a ojciec biznesmen znika w lesie na długie godziny. Są jeszcze intrygujący bracia bliźniacy uwielbiający mącić Oliwii w głowie. I jest on. Las, który ją obserwuje.

Oliwia za chwilę wejdzie w głąb – dzikiej namiętności, tajemniczego lasu, ale i mrocznej, zręcznie uknutej intrygi. Komu zależy, by przejąć kontrolę? Co ukrywa przed nią dziwna rodzina z leśniczówki? Któremu z braci można ufać? W noc letniego przesilenia spełnią się wszystkie słodkie obietnice, ale i potworne groźby.

W taką noc możesz tylko krzyczeć. Najgłośniej, jak potrafisz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 39 min

Lektor: Anna Langner

Oceny
4,3 (519 ocen)
293
120
69
22
15
Sortuj według:
polinmolin

Nie polecam

Chora książka gloryfikująca molestowanie i gwałt
10
oleksandram93

Nie polecam

tragiczna próba oswoienia czytelnika z faktem że gwał może mieć jakiekolwiek wytłumaczenie/uzasadnienie. oprocz tego kiepsko napisana ksiaża słownictwo jak w gimnazjum
10
wiktoriac07

Nie polecam

nigdy nie zrozumiem jak tak toksyczne książki mogą być wydawane i polecane. gwałt jako tradycja rodzinna i ZERO jakiejkolwiek refleksji nad tym tematem? typowy erotyk. dno dna
10
Taalaa16

Nie polecam

Niestety mnie to nie poruszyło,rozumiem ze czesc 2 bedzie ?
10
pacynkowapanna

Nie oderwiesz się od lektury

WOW.!!! Książka jest niesamowita. To pierwsza książka która czytałam z takim zapartym tchem. Gratulacje autorce ponieważ wykonała kawał dobrej roboty.Tylko teraz nie wiem czy zasnę hahah ;) Polecam
11

Popularność




Nie bój się nocy. Jej puchu strzegą krople kosmosu, tabuny zwierząt; oczy w nią otwórz, wtedy pod dłonią uczujesz ptaki i ciche konie, zrozumiesz kształty, które nie znane przez ciebie idąc – tobą się staną

– Krzysztof Kamil Baczyński,

Prolog

Czerwiec 1971

Nie lubiłem lasu o tej porze roku. Był wilgotny i ciepły, zupełnie jak krew. A krew mnie przerażała, choć w naszym domu zawsze było jej dużo. Ojciec często przynosił martwą zwierzynę i obrabiał ją na werandzie, ku niezadowoleniu mojej matki. Wchodził do domu upaćkany czerwoną mazią, bardzo z siebie zadowolony. Nie miałem pojęcia, z czego się tak cieszył, ale obiecywał, że pewnego dnia zrozumiem.

Las w upalną czerwcową noc był właśnie taki – ciepły, mokry, duszny. Zachłysnąłem się nim, z trudem łapałem oddech. Ocierałem z czoła krople potu, gdy ojciec kazał mi iść szybciej.

Za każdym razem, kiedy potykałem się o jakiś wystający konar, spoglądał przez ramię i cmokał z niezadowoleniem. Czułem się jak zero. Tym właśnie dla niego byłem – uczniakiem, który nigdy nie miał doścignąć mistrza.

Moje ciało zadrżało, bo nagle powietrze stało się chłodne. Zupełnie jakbyśmy wkroczyli w inną rzeczywistość. A przecież to wciąż był ten sam las. To tutaj niedaleko stała nasza leśniczówka. To tam mieszkałem razem z rodzicami. Mieliśmy nawet gospodynię. Paulina bardzo o mnie dbała.

– Pospiesz się, noc nie będzie trwała wiecznie – ponaglił mnie ojciec, gdy weszliśmy jeszcze głębiej między drzewa.

Światła rodzinnego domu zniknęły mi z oczu i poczułem się nieswojo.

– Dlaczego polujemy na łanie teraz? Przecież sezon zaczyna się dopiero we wrześniu.

Ojciec zaśmiał się, jakbym powiedział coś zabawnego. Wiedziałem, że muszę być twardy. Miałem dziesięć lat, a im bardziej się starałem, tym większym byłem nieudacznikiem w jego oczach. Mówił, że nauczy mnie polować i zrobi ze mnie prawdziwego mężczyznę, ale przecież wiedział, że brzydzę się krwią i boję się ciemności. Mimo to nie odpuszczał. Przyprowadzał mnie tutaj raz na jakiś czas, choć matka była temu przeciwna. A ja żywiłem jakąś dziwną nadzieję, że biorąc udział w polowaniu, zyskam w jego oczach.

– Mama nie była zadowolona, gdy zobaczyła, że wychodzimy. O tej godzinie powinienem już spać – wymamrotałem i wzdrygnąłem się, bo wpadłem w ogromną pajęczynę.

– Twoja matka zaakceptowała wiele rzeczy, ale z niektórymi nigdy się nie pogodzi. – Ton ojca był ostry. – Kobietom trudno jest przyjąć do wiadomości fakt, że ich synowie dorastają i zaczynają żyć po swojemu. Nie przejmuj się nią, trochę powarczy i jej przejdzie.

Ściągnąłem ramiona. Mówił o mojej matce jak o nic niewartym kundlu. A przecież tak bardzo ją kochałem. Wczorajszego wieczora pogładziła mnie po policzku, popatrzyła na mnie smutno i powiedziała: „Nie jestem w stanie uchronić cię przed wszystkim, syneczku. Nawet jeśli masz bardzo dobre serce, będziesz musiał zrobić pewne rzeczy. Nie winię cię za to”.

Nie rozumiałem, o co jej chodzi. Pojąłem sens tych słów dopiero dziś, gdy ojciec oznajmił, że zabiera mnie na nocne łowy. Matka nie chciała, bym miał krew na rękach. Kochała wszystko, co żywe. Przygarniała bezdomne koty, a zimą dokarmiała ptaki. Jednak w naszym domu to ojciec o wszystkim decydował, a ja wierzyłem, że jeśli będę mu posłuszny, w końcu mnie pokocha.

– Już niedaleko. Wyczuwam jej strach. Dobry myśliwy ma do tego nosa – oznajmił z dumą, gdy przystanęliśmy na chwilę.

– Czy nie możemy wrócić tutaj jutro, gdy będzie widno? Polowanie po ciemku nie ma sensu. – Starałem się brzmieć rzeczowo i bardzo dorośle.

– Dzisiejsza noc jest wyjątkowa. Niejeden chłopak chciałby być na twoim miejscu.

Wiedziałam, że moje gadanie go denerwuje, więc zamilkłem. Nasłuchiwałem. Wszystkie szmery i chroboty zlały się w jedno. Moje zmysły w ciemnościach wariowały, tymczasem ojciec wydawał się bardzo spokojny.

– Dlaczego musimy polować? Przecież jesteś leśniczym. Powinieneś pomagać zwierzętom.

– Aleczku. – Ukląkł naprzeciw mnie. Przez chwilę sprawiał wrażenie serdecznego i opiekuńczego. – Już ci to tłumaczyłem. Czasami nie mamy wyboru. Musimy poświęcić coś w imię wyższego dobra. Matka natura tak to sobie wymyśliła. Czym jest życie jednej istoty wobec działania całego świata? Robimy to, by zachować równowagę.

Chciałem coś odpowiedzieć, ale ojciec podniósł się nagle i zaśmiał pod nosem.

– Spójrz tam. – Wskazał między drzewa. – Jest.

Zmrużyłem oczy, ale nic nie dostrzegłem. W przeciwieństwie do niego nie bywałem w lesie i nie miałem w nim rozeznania. Choć mieszkaliśmy niedaleko, pod żadnym pozorem nie mogłem opuszczać leśniczówki bez opieki. Ojciec powtarzał mi, że pewnego dnia las stanie się moim drugim domem, ale do tego czasu nie mogłem przebywać w nim zbyt często.

Nie miałem nawet pojęcia, jak wygląda łania. Wiedziałem tylko, że to samica jelenia i że ludzie często mylą ją z sarną. Ojciec nazywał ich ignorantami. Czasami pod naszym domem zjawiały się zające albo dziki. Raz nawet widziałem lisa. Nigdy jednak nie spotkałem łani.

– Przyjrzyj się. – Ojciec zacisnął dłoń na moim ramieniu i dopiero wtedy coś zauważyłem. Było ciemno, więc dostrzegłem tylko niewyraźny kontur.

Znieruchomiałem, bo i ona na nas patrzyła. Nawet z tej odległości widziałem jej duże, przerażone oczy.

– Czy to łania, tatku? – upewniłem się, bo nie byłem przekonany, czy umysł nie spłatał mi figla. W ciemności nawet drzewa przybierały dziwne kształty i sprawiały wrażenie żywych istot. Z całą pewnością zwierzę było duże, choć nie tak wielkie jak jeleń czy niedźwiedź.

– Oczywiście, że to łania.

– Chyba jest wystraszona. Nie róbmy jej krzywdy – spróbowałem ostatni raz.

– Synu, już za kilka lat sam będziesz regularnie polował. I obiecuję, że zacznie ci to sprawiać przyjemność. Po prostu do niektórych spraw trzeba dorosnąć.

Pokiwałem powoli głową. Ojciec popatrzył na mnie zadowolony i bardzo chciałem wierzyć, że jest ze mnie dumny.

– A teraz chodź, zanim zniknie nam z oczu. I nie bój się tego, co zobaczysz. Mówiłem ci, tak to zaplanował dla nas świat. My możemy tylko wykonywać jego wolę.

Rozdział 1

Czerwiec 2021

Bluszcz. To pierwsze, na co zwróciłam uwagę, gdy wysiadłam z taksówki i stanęłam przed domem, w którym miałam spędzić najbliższe trzy miesiące. Kierowca poinformował mnie, że tę posiadłość nazywają Starą Sosną, a Leśniewiczowie mieszkają w niej od pokoleń.

Zmrużyłam oczy i przyjrzałam się budynkowi. Spodziewałam się czegoś innego – jednej z tych wymuskanych nowoczesnych rezydencji z idealnie przystrzyżonym trawnikiem. Tymczasem przede mną stało coś, co wyglądało jak skrzyżowanie starego dworku z ogromną leśniczówką. Spadzisty dach, ściany pokryte deskami i duże strzeliste okna. Przed domem najprawdziwsza weranda, przypominająca trochę tę w domu Muminków. Jedynie dwie marmurowe kolumny nie pasowały do rustykalnego klimatu tego miejsca. Budynek był przedziwny – stanowił mieszaninę czegoś swojskiego i snobistycznego.

Osłoniłam dłonią oczy przed słońcem i spojrzałam w górę. Dom tonął w cieniu ogromnych świerków i sosen. Jedynie przedzierające się przez konary wąskie strużki światła nadawały otoczeniu przyjazny charakter. Bluszcz porastał frontową ścianę leśniczówki, owijał się wokół dwóch kolumn, zaglądał do okien. Panoszył się, jakby to on był panem tego miejsca. Gdy liście rośliny zaczęły delikatnie poruszać się na wietrze, miałam wrażenie, że cały dom trzęsie się i zaprasza mnie do środka. Mimo upału moje ramiona pokryły się gęsią skórką. Budynek był ogromny, a ja czułam się przy nim mała i krucha.

Podeszłam do płotu i przejechałam palcami po cienkich metalowych prętach. Zdziwiło mnie, że posesja nie była osłonięta wysokimi murami, które mogłyby ukryć mieszkańców przed ciekawskim wzrokiem innych ludzi. Tak zazwyczaj odgradzali się od świata bogacze, u których pracowałam. Tymczasem leśniczówkę otaczał jedynie żeliwny płot, przez którego pręty bez trudu można było przecisnąć całą dłoń.

Może nie musieli nic ukrywać? W pobliżu nie było żadnych zabudowań, a więc i ciekawskich sąsiadów. Tylko pole naprzeciwko i las na tyłach. Las, który był tak blisko leśniczówki, jakby lada moment miał ją wchłonąć.

Wcisnęłam nos między pręty płotu i chłonęłam widok. Kolejne zaskoczenie. Byłam pewna, że zastanę tu ogród w stylu tych, które widywałam na bogatych przedmieściach dużych miast – wypielęgnowaną minimalistyczną przestrzeń z drzewami rozmieszczonymi w idealnej symetrii i bez ani jednego zbędnego źdźbła trawy. Tymczasem przede mną rozpościerała się bujna i nieposkromiona zieleń.

Było coś pociągającego w tym ogrodzie – trochę zaniedbanym i mrocznym. Wyglądało to tak, jakby natura przejęła władzę nad budynkiem, owijając go zaborczo swoimi mackami. Trawa bezczelnie wpychała się między pręty płotu i próbowała wydostać na zewnątrz. Ogród zdobiły niewielkie polany fiołków i stokrotek, nad którymi leniwie fruwały bąki. Byłam oczarowana. Tak przecież wyglądało moje dzieciństwo spędzone na wsi w domu babci, w czasach, kiedy nikt z nas nie słyszał o projektowaniu zieleni ani feng shui.

– Różnie o nich we wsi gadają. U nas w Międzyrzeczu Leśniewicz często bywa, w końcu tam prowadzi interesy. Ale jest małomówny i nie afiszuje się z bogactwem, podobnie jak reszta rodziny – poinformował mnie taksówkarz, gdy dotarliśmy na miejsce. Jakby z góry założył, że jestem złakniona lokalnych ploteczek. – Ponoć to trochę dziwacy. Odludki, co to lubią dusić się we własnym sosie. Pewnie czują się lepsi od innych.

Nie wdawałam się z nim w dyskusję – zapłaciłam, pożegnałam się i ruszyłam w stronę domu, taszcząc ciężką walizkę.

A teraz stałam tutaj, oczarowana okolicą. Żar lał się z nieba, a letnia sukienka przyklejała się do moich pleców. Marzyłam o odpoczynku i chłodnym prysznicu, ale zdawałam sobie sprawę, że najpierw czeka mnie rozmowa z panią domu. W końcu to ona mnie zatrudniła.

O Matyldzie Leśniewicz nie wiedziałam nic poza tym, że była żoną Aleksandra Leśniewicza – biznesmena, który dorobił się na sprzedaży antyków. Wyobrażałam ją sobie jako typową przedstawicielkę wyższych sfer – przysłowiową żonę ze Stepford, która umilała sobie czas zakupami w drogich butikach i wybieraniem dodatków do swojego idealnego domu.

W końcu zebrałam się na odwagę i wcisnęłam przycisk dzwonka. W głośniku nie rozbrzmiał żaden głos, ale furtka zabrzęczała cicho i po chwili drgnęła pod naciskiem mojej dłoni. Weszłam na krętą, wyłożoną kamieniami ścieżkę prowadzącą wprost na werandę. Wtaszczyłam walizkę po schodach i odetchnęłam z ulgą, bo w końcu znalazłam się w cieniu.

Nim zdążyłam zapukać, drzwi do domu się otworzyły. Liczyłam, że w progu zobaczę Matyldę Leśniewicz, tymczasem gdy podniosłam wzrok, napotkałam parę ciemnych oczu i równie ciemne, mocno zmarszczone brwi. Nie zdążyłam przyjrzeć się dokładniej wysokiej, barczystej postaci, bo drzwi zamknęły się przede mną z trzaskiem.

Stałam tak w osłupieniu przez kilka sekund. Poczułam się jak nieproszony gość i kretynka zarazem. Kimkolwiek był ten człowiek, widocznie nie nauczono go dobrych manier.

Na szczęście po chwili drzwi znów się otworzyły. Kobieta, na oko sześćdziesięcioletnia, chwyciła się pod boki i zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Jestem… – Wyciągnęłam dłoń, by się przywitać.

– Wiem, kim jesteś. Wejdź – mruknęła, po czym odwróciła się szybko i zniknęła we wnętrzu domu, jakby w ogóle nie była zainteresowana tym, czy podążę za nią.

Westchnęłam, bo spodziewałam się trochę cieplejszego powitania. Szarpnęłam za walizkę, która ociężale ruszyła za mną na piszczących kółkach.

Gdy zamknęłam za sobą drzwi, otoczyła mnie niemal całkowita ciemność. Korytarz był długi, wąski i jedynie znajdujące się na jego drugim końcu małe witrażowe okno wpuszczało do pomieszczenia snopy światła, w których wirował kurz. Rozejrzałam się oszołomiona, wdychając przedziwny zapach tego miejsca – mieszaninę suszonych ziół, drewna i zwierzęcego futra. Gdy ruszyłam przed siebie, deski na podłodze zaskrzypiały. Choć w środku panował spokój, słyszałam ciche trzaśnięcia i szmery, docierające do moich uszu jakby z wnętrza ścian. Miałam wrażenie, że ten budynek żył. Zdawałam sobie sprawę, że dom tuż przy lesie może być pełen myszy i robaków wielkości mojego kciuka, a jednak to, co mnie otaczało – zapachy i dźwięki – tak bardzo różniło się od tego, do czego przywykłam, mieszkając z rodzicami w bloku, że czułam się wręcz nieswojo.

Otworzyłam szeroko usta, ale na szczęście nie krzyknęłam, gdy na ścianach korytarza zauważyłam rzędy przyglądających mi się pustych martwych oczu. Głowy zwierząt – począwszy od tych niewielkich, a skończywszy na dużych drapieżnikach, patrzyły na mnie z powagą. To miejsce zaczynało mnie przerażać. I fascynować.

Na podłodze w holu leżał duży kolorowy dywan w indyjskim stylu, który kontrastował z ponurymi ścianami i zawieszonymi na nich głowami martwych zwierząt. Było coś groteskowego w tym budynku – wewnątrz i z zewnątrz. Coś, co sprawiało, że chciało ci się śmiać, a zaraz potem uciekać z przerażeniem. Gdybym nie wiedziała, kto tutaj mieszka, uznałabym, że to jakaś zdziwaczała staruszka, która w dzień szydełkuje, a nocami rzuca magiczne zaklęcia nad ogromnym kotłem.

– Piękny dom – odezwałam się, bo chciałam jakoś zagaić rozmowę.

Nieśmiało zajrzałam do kuchni. To tam weszła kobieta, która mnie „przywitała” i dopiero teraz odwróciła się w moją stronę.

– Tak, leśniczówka ma duszę. Paulina jestem. Gospodyni państwa Leśniewicz. – Kobieta stanęła przede mną, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Oliwia Olszewska, ale to już pewnie pani wie.

– Paulina. Nie jestem żadną panią – poprawiła mnie trochę zbyt ostro.

Kiwnęłam głową i nic nie odpowiedziałam. Znałam ją dopiero od kilku minut, ale już czułam wobec niej respekt.

– Najpierw drzwi otworzył mi jakiś chłopak… On też tutaj pracuje?

– Zadajesz za dużo pytań. – Kobieta łypnęła na mnie złowrogo. – Zapamiętaj jedno: państwo zatrudniają osoby, które potrafią trzymać język za zębami. I to samo tyczy się ciebie.

– Przepraszam. Po prostu trochę mnie to zaskoczyło i…

– Otworzył ci ich syn. Skaranie boskie z nimi! Jak nie jeden, to drugi!

– Jeden i drugi? Miałam opiekować się pięciolatką. Nie wiedziałam, że Leśniewiczowie mają starsze dzieci.

– Państwo Leśniewiczowie. – Paulina zganiła mnie wzrokiem. – Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. A teraz siadaj, dam ci coś zimnego do picia.

Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami, ale wykonałam polecenie. Podała mi szklankę wody, po czym usiadła przy drewnianym stole. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Choć było ogromne i zapewne wyposażone w drogie sprzęty, sprawiało wrażenie przytulnego. Nie wiedziałam nic o siedzącej naprzeciw mnie kobiecie, ale można było wyczuć, że to ona rządziła tym miejscem. Przyjrzałam się jej. Była wysoka i dobrze zbudowana. Ubrana w długą kwiecistą suknię, z włosami upiętymi w niedbały kok wyglądała jak połączenie cyganki i znachorki.

– Długo tutaj pracujesz? – zaryzykowałam i zadałam kolejne pytanie.

– Ciekawska jesteś. Państwo Leśniewiczowie źle wybrali. – Uśmiechnęła się krzywo. – Ile to już będzie? Ze dwadzieścia pięć lat. Nie mieszkam u państwa, ale przychodzę codziennie. Urodziłam się w Pnączach i właściwie nie znam innego świata.

– Muszę w wolnej chwili przejść się po okolicy. Nigdy nie słyszałam o tej miejscowości…

– Nie ma tutaj nic ciekawego do oglądania. – Paulina ostro weszła mi w słowo. – Pnącza są małe i mają niewielu mieszkańców. Ot, kilka domów, jeden sklep, bar i kościół.

Pokiwałam głową i zanurzyłam usta w chłodnej wodzie. Od tego upału były całkiem spierzchnięte.

– Wychowałam się tutaj, tak jak moja matka i babka. Ale odkąd zaczęłam pracować w Starej Sośnie, ludzie ze wsi się ode nie odwrócili. Traktują mnie jak trędowatą. I to jest właśnie to, o czym mówiłam na początku: trzeba trzymać język za zębami.

Chłonęłam każde słowo Pauliny. Ta kobieta mnie fascynowała. Biła od niej niesamowita siła i pewność siebie. Sprawiała wrażenie sumiennej i jednocześnie twardej osoby. Takiej, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Byłam przekonana, że tylko ktoś taki jak ona może poradzić sobie z ogarnianiem domu ekscentrycznych bogaczy i jednocześnie nie zwariować.

– To dlatego nie lubią cię we wsi? Bo strzeżesz tajemnic tego domu?

– Tajemnic? Ja po prostu zachowuję dyskrecję, tak jak sobie życzy większość ludzi zatrudniających gosposię. Nikt nie chce, by rozsiewano o nim plotki. Bogaczy łatwo ocenić i zrobić z ich życia sensację. A ludzie? Zazdroszczą po prostu. Sama jestem jak palec, dzieci się nie doczekałam, a u państwa mam wszystko, czego mi trzeba. Przede mną zatrudniali dwie gosposie i każda miała długi jęzor. Dopiero ja okazałam się lojalna. I tobie też to radzę. Ale chyba nie zabawisz tutaj za długo, prawda?

– Nie. To praca tymczasowa. Chociaż…

– Chociaż co?

– Niedawno wróciłam z zagranicy i jeśli Leśniewiczowie… To znaczy, jeśli państwo Leśniewiczowie byliby ze mnie zadowoleni, zostałabym tutaj na dłużej. Zatrudnili mnie na czerwiec i całe wakacje, a rok akademicki zaczyna się dopiero w październiku.

– Nie wiesz nawet, czy wytrzymasz tutaj miesiąc, a już snujesz plany? – Paulina uśmiechnęła się z politowaniem.

– Jak to nie wytrzymam? To tutaj jest aż tak źle? – Spojrzałam na nią zaskoczona. Pracowałam już w takich miejscach. Bogaci ludzie bywali trudni, a ich dzieci rozkapryszone, ale zawsze dawałam sobie radę.

– Nie, nie. – Pokręciła ze śmiechem głową. – Chodzi mi raczej o to, że nie wiem, czy spodobasz się pani Matyldzie. Jest wymagająca.

W tym samym momencie w korytarzu rozległ się dźwięk szybkich kroków i do kuchni wparował ciemnowłosy chłopak. Ten, który otworzył drzwi, by potem zatrzasnąć mi je przed nosem. Nie zdążyłam mu się wtedy dokładnie przyjrzeć, ale udało mi się omieść wzrokiem jego sylwetkę. Takiego widoku się nie zapomina.

Przygryzłam nerwowo wargę i zastanawiałam się, jak powinnam zareagować. Chłopak całkowicie mnie zignorował, odwrócił się do mnie plecami i nalał wody do szklanki. Postanowiłam zachować się, jak należy, więc wstałam i wyciągnęłam dłoń w jego kierunku.

– Oliwia Olszewska. Będę tutaj pracować.

Jezu, jak to kretyńsko zabrzmiało! A jednak to już się wydarzyło – pierwszy dzień pracy i pierwsza kompromitacja.

Chłopak odwrócił się powoli i dopiero teraz mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Był wysoki, a ponieważ staliśmy blisko siebie, musiałam zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. Miał ciemne włosy, dość długie, przez co wpadały mu do oczu. Były jak bluszcz porastający ten dom – zupełnie wymknęły się spod kontroli i żyły własnym życiem. Ale to nie one przykuły moją uwagę. Przenikliwe zielone oczy w połączeniu z bladą cerą dawały porażający efekt. Ten chłopak nie musiał się odzywać, by budzić respekt, choć przecież nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Na jego widok odruchowo przełknęłam ślinę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tkwię tak przed nim z wciąż wyciągnięta dłonią, której najwyraźniej nie miał ochoty uścisnąć.

Nieznajomy omiótł mnie leniwie wzrokiem, a ja zwróciłam uwagę na jego gęste ciemne rzęsy. Potem uśmiechnął się drwiąco i napił się wody, bezczelnie patrząc mi przy tym w oczy. Poczułam, że się czerwienię. To było zaskakujące. Nieczęsto ktoś potrafił wprawić mnie w zakłopotanie.

Nie mogłam dłużej znieść jego spojrzenia, więc skupiłam wzrok na drgającym na jego szyi jabłku Adama. Nie pomogło. Przeciwnie – zrobiło mi się dziwnie gorąco, a sukienka gryzła mnie w plecy. Nie wiem, co takiego miał w sobie ten mężczyzna, ale wywoływał we mnie dyskomfort i sprawiał, że nie czułam się bezpiecznie. Drgnęłam zaskoczona, gdy niespodziewanie odstawił z hukiem szklankę na blat. W kuchni panowała wymowna cisza, a ja nadal nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.

Obserwowałam jego dłoń, która powędrowała do kieszeni czarnej bluzy i wyciągnęła jaskrawoczerwoną zapalniczkę. Zwinne palce zapalały i gasiły płomień coraz szybciej i szybciej. To było dziwne, a jednak nie mogłam przestać mu się przyglądać. Zniknęły kuchnia, Paulina i wszystko dookoła. Pstryknięcia zapalniczki działały na mnie hipnotyzująco.

Gdy ponownie podniosłam wzrok, napotkałam przeszywające spojrzenie. Tak nie patrzy człowiek, który ma dobre zamiary.

Pstryk, pstryk.

Pstryk, pstryk.

Płomień zgasł, a zapalniczka zniknęła we wnętrzu dużej dłoni. Nim zdążyłam ponownie podnieść głowę i spojrzeć chłopakowi w oczy, poruszył się, wyminął mnie zgrabnie i wyszedł z kuchni. Do mojego nosa dotarł aromat pieprzu i skóry. Kolejny raz poczułam uderzenie gorąca. Stałam nieruchomo jeszcze przez chwilę i wsłuchiwałam się w dźwięk oddalających się kroków. Dopiero głos Pauliny wyrwał mnie z odrętwienia.

– Przywykniesz. Olgierd jest trochę zdystansowany.

Olgierd?! Dlaczego, do cholery, ten koleś ma imię jak jakiś średniowieczny władca?

– Zdystansowany?! Raczej niegrzeczny! Zresztą, co ja mówię! Kawał chama! – uniosłam się i przez chwilę zapomniałam, gdzie jestem i jak wypada się zachowywać. To chyba była reakcja na to, co zaszło przed chwilą, musiałam dać upust swoim emocjom.

– Spuść z tonu, skarbie. Ściany w tym domu mają uszy, a chyba zależy ci na tej pracy, prawda? – Paulina uśmiechnęła się do mnie dobrodusznie i włożyła szklankę do zmywarki.

Przygryzłam wnętrze policzka, by stłumić złość, a potem usiadłam. Miała rację. Nie mogłam strzelać fochów tylko dlatego, że ktoś potraktował mnie jak powietrze. To nie była moja pierwsza praca w tym charakterze. Bywałam w różnych domach i poznałam różne rodziny. Ludzie miewali swoje humory, a ja miałam tylko zajmować się ich dziećmi i wykonywać polecenia.

Oferta Leśniewiczów wydawała się idealna – dom w spokojnej okolicy, wysokie zarobki i pięciolatka, która podobno nie sprawiała problemów. Pół roku pracowałam w Lille jako au pair i czułam się zaprawiona w bojach. Choć opieka nad dość wymagającym trzyletnim Pascalem dała mi w kość, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Tym razem w Polsce. Skoro dałam sobie radę z tym małym pyskatym Francuzem, to dlaczego miałabym nie poradzić sobie tutaj?

Liczyłam, że Matylda Leśniewicz będzie ze mnie zadowolona i wystawi mi dobre referencje. Oczyma wyobraźni widziałam siebie na tarasie leśniczówki podczas zabawy z grzeczną i bezproblemową dziewczynką. Praca i odpoczynek w jednym. I choć ten dziwny dom budził we mnie sprzeczne uczucia, chciałam spróbować. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by zostać w Starej Sośnie jak najdłużej.

Rozdział 2

Tydzień wcześniej

Jestem w domu dopiero od miesiąca, a ty już mnie wyganiasz? – Naburmuszyłam się i spojrzałam na ojca. Oczywiście żartowałam. Wiedziałam, że cieszy się z mojej obecności, a jednak chciałam wiedzieć, co jest grane.

Niedawno wróciłam z półrocznego pobytu we Francji. Po obronie licencjatu z pedagogiki postanowiłam zrobić sobie rok przerwy i nabrać doświadczenia. Wcześniej w każde wakacje pracowałam u polskich rodzin jako opiekunka, aż w końcu odważyłam się spróbować swoich sił za granicą. Gdy wróciłam, mój świat wywrócił się do góry nogami. Mama była ciężko chora, a diagnozę otrzymała jeszcze przed moim wyjazdem.

Miałam żal do rodziców, że trzymali ten fakt w tajemnicy aż do mojego powrotu. Nie chcieli mnie martwić, ale przez to tyle czasu żyłam w nieświadomości. Rokowania nie były najgorsze, jednak lekarze nie tryskali optymizmem. Mama jeździła na chemie, a ja nie chciałam bezczynnie obserwować, jak wizyty w szpitalu wyniszczają jej organizm. Na szczęście znalazło się światełko w tunelu – horrendalnie drogie leczenie w klinice w Niemczech, dostępne tylko dla nielicznych. Kombinowaliśmy z tatą, jak mogliśmy. Ja przekazałam wszystko to, co udało mi się zarobić we Francji, on sprzedał naszą działkę rekreacyjną oraz kawalerkę, którą dostał w spadku po swoim ojcu i wynajmował jakiemuś studentowi. To jednak nadal było za mało.

– Nie wyganiam cię. Po prostu uważam, że to okazja. Rozumiem, że chcesz odpocząć, ale taka praca…

– Nie chodzi o odpoczynek. Chciałam pobyć trochę z mamą. A co, jeśli wyjadę na te trzy miesiące, a w tym czasie ona…

– Wyzdrowieje. Chemia daje efekty – przerwał mi stanowczym tonem ojciec.

Patrzyłam na jego smutną pomarszczoną twarz i uświadomiłam sobie, że choroba mamy postarzyła go przez te kilka miesięcy o dobre dziesięć lat. Na szczęście nadal była w nim ta determinacja i stanowczość, które zawsze podziwiałam.

– Nie namawiałbym cię, gdybym nie był pewien, że to dobra oferta. Znam Leśniewicza jeszcze ze studiów. Wprawdzie nie mamy teraz ze sobą kontaktu, ale to porządny człowiek. Robi interesy, a mimo to ma czas, by pomagać lokalnej społeczności. Jest leśniczym, dba o okoliczne lasy. Wyobrażasz to sobie? W życiu bym nie powiedział, że rekin biznesu może zajmować się drzewami, sarnami i wiewiórkami. Wszyscy na ekonomii śmiali się, że zaczął studiować leśnictwo tylko ze względu na pasujące nazwisko. A jednak on traktował to poważnie. Skończył oba kierunki i, jak widać, doskonale godzi jedno z drugim, a las to ponoć jego prawdziwa pasja.

Pokiwałam głową. Ojciec i Aleksander Leśniewicz studiowali razem, a potem ich drogi się rozeszły. Aktualnie byli jedynie znajomymi na Facebooku. Ale to w ten właśnie sposób mój staruszek zauważył jego ogłoszenie. Leśniewiczowie szukali dziewczyny do opieki nad ich pięcioletnią córką. Nie wymagali doświadczenia, jedynie dobrego podejścia do dzieci. „Mile widziana studentka pedagogiki” – tak napisali na końcu.

Miałam nadzieję, że wybiorą właśnie mnie. Moje CV było wypełnione po brzegi doświadczeniem nabytym w kraju i za granicą. Do tego licencjat z pedagogiki, ukończony kurs terapii metodą ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne i znajomość metody Montessori. Byłam kandydatką idealną. No i córką ich znajomego.

Gdy Leśniewicz odpisał, że chcą nawiązać ze mną współpracę, ojciec był bardziej podekscytowany niż ja. To nie tak, że nie chciałam tej pracy. Miałam wyrzuty sumienia, że znów zostawię mamę. Była silną, optymistycznie nastawioną do życia kobietą, miała u swojego boku kochającego męża i stawiała czoła chorobie, a ja znów miałam wyjechać. Nie czułam się z tym dobrze.

– Wszystkie swoje oszczędności poświęciłaś na leczenie mamy. Pomyśl, teraz będziesz mogła zapracować na własne przyjemności – przekonywał ojciec.

– Przecież wiesz, że to, co zarobię u Leśniewiczów, i tak przeznaczę na ten cel. Nie ma innej opcji.

– Ona chce, żebyś żyła jak inne dziewczyny w twoim wieku. Zarobisz trochę grosza, kupisz sobie jakiś ciuch, może pojedziesz na koncert, rozerwiesz się.

– Jak mogę się bawić, wiedząc, że mama…

– Po prostu pokaż jej, że to cię nie złamało. – Ojciec spojrzał mi w oczy ze stanowczością. – Ona wystarczająco cierpi. Chce cię widzieć uśmiechniętą. Alek pisał, że nie napracujesz się tam zbyt wiele. Jego córka jest grzeczna, potrzebuje tylko towarzystwa. Mają duży dom tuż przy lesie. Malownicza okolica. Pobawisz się trochę z małą, a potem będziesz leniuchować i jeszcze ci za to zapłacą.

W końcu się zgodziłam. To tylko trzy miesiące. We wrześniu miałam wrócić do rodziców wypoczęta i bogatsza o kolejne doświadczenie zawodowe. Mama, dzięki zarobionym przeze mnie pieniądzom, mogłaby rozpocząć upragnione leczenie w Niemczech. Plan był prosty – musiałam zrobić wszystko, by rodzina ze Starej Sosny była ze mnie zadowolona.

Rozdział 3

Teraz

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Marta Stochmiałek

Korekta: Ewa Popielarz

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © ArtOfPhotos / Shutterstock.com

Copyright © 2021 by Anna Langner

Copyright © 2021, Niegrzeczne Książki an imprint

of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66967-77-9

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek