Lekarz z Auschwitz - Szymon Nowak - ebook + książka

Lekarz z Auschwitz ebook

Szymon Nowak

4,2

Opis

Historia zapomnianego polskiego bohatera.

Styczeń 1945 r. W Auschwitz-Birkenau pozostaje 4800 więźniów, którzy nie nadawali się nawet do pędzenia na zachód w marszach śmierci. Komory gazowe wysadzono w powietrze, a wojska sowieckie wdzierają się w głąb obrony hitlerowskiej w takim tempie, że obozowi SS-mani nie zdążyli zabić garstki ocaleńców.

5 lutego Józef Bellert wraz z grupą ponad trzydziestu krakowskich lekarzy i pielęgniarek wyjeżdża do Oświęcimia. Przez osiem miesięcy prowadzi prawdopodobnie największy szpital polowy w Europie. Mimo braku kanalizacji, wody, jedzenia i leków niesie pomoc medyczną wyzwolonym więźniom. Jego pacjenci ważą średnio 25-30 kg. Zapadają na dur brzuszny i gruźlicę, nękają ich biegunki głodowe, obrzęki i odleżyny. Boją się ludzi w kitlach i strzykawek, które kojarzą im się z zastrzykami z fenolu, którymi niemieccy zwyrodnialcy uśmiercali chorych więźniów.

Trudno w to uwierzyć, ale z 4800 chorych wróciło do życia i zdrowia 4620 pacjentów.

Józef Bellert – cichy bohater, którego biografią można obdzielić kilkanaście osób. Konspirator PPS, żołnierz Legionów i sanitariusz brygady Piłsudskiego, działacz niepodległościowy i społeczny, żołnierz września 1939 i Powstaniec Warszawski. Skromny lekarz powiatowy z Pińczowa.

„Odznaczeń wojskowych nie posiadam, gdyż o nie nie dbałem, ani nie starałem się”.

„Jeszcze pod koniec życia samotnym chorym robił zakupy lub palił w piecu”.

Lekarz, który ocalonym z piekła przywrócił godność, zdrowie i wiarę w człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
tomaszp84

Dobrze spędzony czas

Fajna książka . Szybko się czyta. Polecam osobą lubiącym tą tematykę.
00

Popularność




„Gott mit uns”… [Bóg z nami]

– Nieprawda! – Mordowaliście sami!

(Ryszard Radwański)

Okładka i projekt graficznyFahrenheit 451

Redakcja i korekta Barbara Manińska

Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz

 

ISBN 9788380795242

 

Copyright © by Szymon NowakCopyright © by Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2020

Za udzieloną pomoc i zebrane materiały do niniejszej książki chciałbym podziękować: Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Archiwum Państwowemu w Kielcach, Bibliotece Narodowej, Centralnemu Archiwum Wojskowemu w Rembertowie, Głównej Bibliotece Lekarskiej im. Stanisława Konopki w Warszawie oraz Instytutowi Pamięci Narodowej. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję do Kierownika APMA-B, dr. Wojciecha Płosy.

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Literatury

 

KonwersjaEpubeum

Od Autora

Auschwitz, Oświęcim, kojarzy się tylko z jednym – przeprowadzonym przez Niemców ludobójstwem Żydów, Polaków, Rosjan… Ale Auschwitz był też miejscem gdzie prawdziwe człowieczeństwo zakwitało na nowo, na przekór hitlerowskiej machinie śmierci, która usiłowała odczłowieczyć swoje ofiary i odrzeć je z ludzkiej godności. Auschwitz miał swoich bohaterów. O wielu napisano tomy, ale większość cichych bohaterów Oświęcimia jest znanych jedynie Panu Bogu.

Józef Bellert w czasie niemieckiej okupacji, 1940 r. (Główna Biblioteka Lekarska im. Stanisława Konopki w Warszawie)

 

Opowiem o jednym z tysiąca, dziś praktycznie zapomnianym. Na pewno nie uczyliście się o nim w szkole, ale w 1945 roku tysiące ludzi ocalałych z Auschwitz zawdzięczało mu życie i zdrowie.

Józef Bellert, dobiegający wówczas 58. roku życia nie był typem komandosa jak Witold Pilecki. Daleko mu do miłosierdzia Ojca Maksymiliana Kolbgo i dziewczęcej bezbronności Czesławy Kwoki. Ale – podobnie jak oni wierzył, że żyje się również dla innych, że miarą człowieczeństwa jest nasz stosunek do potrzebującego, odrzuconego, a w jego przypadku – chorego.

Dlatego tuż po oswobodzeniu obozu przez Sowietów, sam zgłosił się do pracy w Auschwitz i praktycznie na kamieniu zorganizował w ruinach Oświęcimia największy szpital polowy II wojny światowej

To wszystko działo się tuż po przejściu frontu, dymiły jeszcze zgliszcza krematoriów wysadzonych przez pośpiesznie wycofujących się Niemców. Z fabryki śmierci, która przepuściła przez swoje tryby ponad milion ludzkich istnień, pozostało na miejscu około pięciu tysięcy więźniów. Tych, którzy nie byli w stanie o własnych siłach wyruszyć w przerażających marszach śmierci, ewakuacji zarządzonej przez Niemców uciekających przed nadciągającą Armią Czerwoną.

Paradoksalnie ci, którzy zostali skazani na śmierć, otrzymali nową szansę i nowe życie – dzięki Bellertowi i jego kolegom niosącym potrzebującym posługę lekarską przy braku wody, środków higieny, środków opatrunkowych, lekarstw i – kanalizacji.

Trzeba było być prawdziwym twardzielem nie tylko, by nieść pomoc w warunkach, które starałem się opisać na kartach niniejszej książki. Samo przebywanie w miejscu tak bardzo naznaczonym śmiercią, kiedy pielęgniarki i lekarze na co dzień dotykali fizycznych i psychicznych głębokich zranień swoich pacjentów, stanowiło poważne wyzwanie nawet dla tych, którzy widzieli już niejedne okropności wojny.

Auschwitz. Fabryka śmierci widziana z lotu ptaka. (Wikipedia)

Józef Bellert – były żołnierz-lekarz Legionów Polskich, żołnierz września 1939, konspirator AK i powstaniec warszawski. Szczęśliwie przeżył niemiecką okupację, mógł w spokoju w Krakowie doczekać końca wojny. Ale to nie było zgodne z jego charakterem i powołaniem. Ten „Boży szaleniec” rzucił wszystko i w poczuciu misji pojechał do Auschwitz, aby ratować ocalałych. Co więcej – swoją postawą i zaangażowaniem pociągnął za sobą jeszcze wielu innych ochotników.

Niestety, nie napisał pamiętnika i nie zostawił żadnych wspomnień. Śladem jego działalności w Oświęcimiu jest jedynie kilka lakonicznych, wręcz oschłych raportów. Czy był zbyt skromny, aby pisać wyłącznie o sobie, a może po prostu nie miał na to czasu? Prezentowana książka powstała w głównej mierze na podstawie relacji naocznych świadków, dokumentów archiwalnych i publikacji historycznych. Ponieważ historia Józefa Bellerta i szpitala PCK w Auschwitz opowiedziana została w formie beletrystycznej, jej fabularny przekaz pozwolił na wkomponowanie w treść kilku wątków dopowiedzianych przez autora.

Niniejsza praca to przede wszystkim hołd oddany Józefowi Bellertowi oraz innym – często anonimowym – osobom z jego ochotniczego zespołu, zaangażowanym bezinteresownie w pracę szpitala PCK i ratowanie ludzi w Auschwitz w 1945 roku.

Powitanie -Lato 1944

Pociąg z wolna tłukł się po szynach głośno stukocąc kołami i pokonując dziesiątki kilometrów podczas długiej jesiennej nocy. Teoretycznie monotonna jazda powinna uśpić pasażerów ciasno stłoczonych w bydlęcych wagonach nocnego pociągu. Maszynista chyba otrzymał rozkaz od hitlerowców, aby podróż ludzi w transportach przeładowanych do granic możliwości nie należała do przyjemności. Może to zresztą tylko faktyczna potrzeba, aby po drodze przepuścić wszystkie ważniejsze transporty z bronią i amunicją na front, czy rannymi niemieckimi żołnierzami dostającymi już porządne baty od Sowietów. Tak czy inaczej pociąg to ostro przyspieszał, to znowu gwałtownie hamował, szarpiąc przy tym łańcuchami wagonów.

Fragment obozowego ogrodzenia i budynki obozu Auschwitz, 1945 r. (Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau)

Stojący, ciasno stłoczeni ludzie wywracali się na siebie albo, co gorsza, upadali wprost na gęsto ustawione na podłodze nosze z rannymi. Dopiero po krzykliwych narzekaniach i przekleństwach rzucanych po polsku można było się domyślić, kim są pasażerowie tego niemieckiego transportu w bydlęcych wagonach.

Siedzący w samym kącie doktor Wojnicki został wygarnięty z powstania w czasie krótkiej przepustki, kiedy z dyżuru chirurgicznego wyrwał się na spotkanie z żoną. Nie potraktowano go jak powstańca i nie rozstrzelano w ruinach Warszawy. Niemcy po wnikliwej selekcji w obozie w Pruszkowie następnego dnia po aresztowaniu wpakowali doktora razem z grupą innych aresztantów do bydlęcego wagonu.

Pociąg za dnia ruszył w kierunku południowo-zachodnim, prosto w stronę granicy z Rzeszą, a niebezpieczeństwo znalezienia się w złowrogim Auschwitz, Birkenau, Płaszowie, Gross-Rosen, Dachau czy w innym niemieckim obozie śmierci cały czas nie dawało spokoju Wojnickiemu i współpasażerom. Gdyby tylko był jasny dzień, można byłoby przez małe okienka zorientować się, w którą stronę kieruje się ich skład kolejowy. Być może po mijanych stacjach można byłoby ustalić, jakie miejscowości znajdują się na drodze ich transportu. W ciemnościach nocy jednak, kiedy postoje wypadały w szczerym polu, tylko jasnowidz mógłby się zorientować, gdzie tak naprawdę Niemcy ich wywożą. Lekarz nie mógł spać i czuwając pośród swoich pacjentów, cały czas przysłuchiwał się toczonym w wagonie rozmowom.

– I dokąd to nas wiozą, panie ładny? – pytał starszy jegomość z głową obwiązaną ciasno bandażem i zakrytym jednym okiem. – Bo ja ze swoim jednym ślipiem to nawet rodzonej swojej małżonki poznać bym nie mógł.

– Ładny to ja byłem, jak do komunii szedłem. Teraz to mną można dzieci straszyć. Drugie oko masz pan zdrowe – mamrotał poparzony młodzieniec, cały owinięty w białe bandaże, spod których widać było tylko twarz. – Ja tam panu niewiele powiem. No, kurka, nie wstanę i nie zerknę przez okno, gdzie jedziemy.

– Droczę się, panie ładny. I tak nic nie widać w tych ciemnościach. No i najważniejsze – ciągle jedziemy.

– Tylko gdzie?

– Cały czas do celu.

– Ale jakiego. Tylko mi pan nie wyjeżdżaj z celem wiekuistym, już wcześniej żem słyszał, co pan wygadujesz.

– Przecież wiesz pan, dokąd jechały transporty z więźniami z Pawiaka. Albo z Pruszkowa. Co się pan teraz głupio pytasz.

– Gdybym wiedział, że trafię do Oświęcimia, to wolałbym wybrać kulę w powstaniu i wykopyrtnąć od razu tam na miejscu. Przysięgam.

– W sumie niewiele chyba panu brakowało… – wtrącił cichutko ktoś z boku, patrząc litościwie na zawiniętego niczym kukła poparzonego powstańca.

Do rozmowy dołączyła młoda, leżąca na noszach kobieta przykryta kocem, pod którym wyraźnie było widać, że brakuje jej obu nóg. – W 1940 roku mojego ojca wywieźli do Auschwitz. Po trzech miesiącach przyszła króciutka informacja, że zmarł na zapalenie płuc.

– Akurat! Do wszystkich tak szwaby pisały. Mojego podobno dopadł zawał. Dziwnym trafem w Warszawie był zdrowy. Jak tylko zabrali go do szkopskiego obozu – zgon na zawołanie.

– Przy załadunku Niemcy mówili, że pojedziemy do obozów jenieckich w Rzeszy – dodała nadzorująca ten wagon sanitariuszka. – Mówili też, że możemy czuć się bezpiecznie i że nic nam z ich strony nie grozi.

– Na roboty nas wiozą. Na bank. Każda para rąk się im przyda, żeby ratowaćheimat. Oni tylko wojskowych do obozów mogą ciągać, żeby im jakiego nowego powstania nie wywołali – mędrkował ktoś z głębi wagonu. – Na cywilach tylko chcą zarobić.

– Póki co – żyjemy. I to jest najważniejsze. Wszędzie da się jakoś przebiedować. Wszędzie są dobrzy ludzie. Wojna się kończy, trzeba się tylko doczołgać do mety w jednym kawałku – wtrącił jednooki, trąc ciągle łzawiącą ocalałą źrenicę. – Ja tej wojny nie wywołałem i ja jej nie skończę. Ja to mała myszka jestem. I dlatego, po mojemu, warto postać z boku i poczekać, aż to za nas skończą ci mocniejsi i ważniejsi.

– I pan tak długo potrafisz udawać, że się nie denerwujesz?

– Jak idzie na mnie jakiś duży strach, panie ładny, taki naprawdę duży strach, to ja wolę poczekać i bać się dopiero, kiedy podejdzie już naprawdę blisko. Przez ten czas niech się ten strach skradaniem zmęczy. Może będzie słabszy, kiedy podejdzie bliżej? – sentencjonalnie ciągnął jednooki.

Po takim stwierdzeniu zapadło na moment milczenie i wtedy ktoś stojący blisko okna przytomnie zauważył, że od jakiegoś czasu pociąg nie sunie już po szynach.

– Stoimy! – zawołał nagle i kilkanaście osób skoczyło na równe nogi, stając od razu przy okienkach.

– Widać coś? – dopytywali obłożnie chorzy, niemogący w żaden sposób wstać ze swoich legowisk.

– Są jakieś światła.

– I coś jakby perony.

– A jeszcze?

– O cholera jasna. Niemcy. Z giwerami. I z psami.

– Ale gdzie jesteśmy?

– Nie wiadomo…

Z głośnym hukiem niemieccy strażnicy odryglowali drzwi i z dzikim wrzaskiem zaczęli ponaglać Polaków do natychmiastowego opuszczenia wagonów.

– Byle nie Oświęcim. Byle nie Oświęcim… – modliła się jakaś starsza kobiecina czyniąc bez przerwy znak krzyża, kiedy cała grupa wychodziła już na rampę.

– O Jezu! – wykrzyknął ktoś, widząc wreszcie i pokazując regularnie rozstawione wieżyczki strażnicze obozu. – To naprawdę jest...

– ...Auschwitz – usłyszał lokalizację.

 

Żeby przyspieszyć działanie machiny zagłady, hitlerowcy oddali do użytku nową rampę wewnątrz obozu Birkenau. Dzięki niej więźniowie zwożeni tu pociągami nie musieli pokonywać kilkuset dodatkowych metrów do komór gazowych. Latem 1944 roku liczba więźniów w obozach Oświęcimia i podobozach przekroczyła 135 tysięcy ludzi. Była to maksymalna liczba ludzi jednorazowo zamkniętych w Auschwitz i jego filiach, a jednocześnie chyba najwyższy poziom możliwości „przerobowych” niemieckiego obozu śmierci. Równocześnie w tym samym czasie zaczęła stopniowo wyhamowywać niemiecka maszyna zagłady.

Po błyskawicznej i największej operacji ofensywnej Armii Czerwonej (operacji „Bagration”) front wschodni stanął u wrót Warszawy i zatrzymał się na linii rzek Wisły i Wisłoki. Z zajętego przez Sowietów przyczółka sandomierskiego do Oświęcimia wojska sowieckie miały tylko 200 kilometrów. Przy prędkości ostatnich działań zbrojnych Armii Czerwonej było to bardzo niewiele. Właśnie to wydarzenie stało się przyczyną, że hitlerowcy na poważnie zaczęli rozważać możliwość ewakuacji obozu. Jednocześnie Niemcy podjęli próby, aby w Oświęcimiu-Brzezince zatrzeć ślady swoich zbrodni i pozbyć się jej świadków.

Dlatego też w ciągu najbliższych tygodni zlikwidowano więźniów zatrudnionych w Sonderkommando przy obsłudze komór gazowych i pieców krematorium. Równocześnie rozpoczęto na masową skalę palenie niepotrzebnych już dokumentów (kartotek i rejestrów więźniów), które w przyszłości mogłyby posłużyć jako dowody niemieckiego ludobójstwa. Jednocześnie od sierpnia 1944 roku wysyłano z Oświęcimia w głąb Rzeszy transporty kolejowe więźniów przeznaczonych do dalszej fizycznej pracy przymusowej na rzecz okupanta. Przy segregacji zwracano szczególną uwagę na zdolność do dalszej pracy.

Po grupie wysiedlonej z Zamojszczyzny kolejny masowy napływ polskich więźniów nastąpił po wybuchu powstania warszawskiego. Wówczas do KL Auschwitz przetransportowano ponad 13 tysięcy warszawiaków, w tym 1400 dziewcząt i chłopców.

Auschwitz. Rampa. W głębi, na horyzoncie widać kominy krematorium. (Bundesarchiv)

 

Do transportów w głąb Rzeszy zostali zakwalifikowani praktycznie wszyscy Polacy, Rosjanie i Czesi, których obozowe władze uznały za element skłonny do buntów i ucieczek. Takie ewentualne zagrożenie miało kolosalne znaczenie w związku z bliskością frontu wschodniego. W ten sposób ewakuowano z Auschwitz i podobozów około 65 tysięcy więźniów. Na terenie Birkenau rozpoczęto też prace nad likwidacją dołów śmierci. Znajdowały się w nich prochy ludzi spalonych w krematorium. Na polecenie SS doły te oczyszczano z popiołów, zasypywano ziemią i okładano darnią, aby skutecznie je zamaskować. Od listopada 1944 roku Niemcy całkowicie zaniechali zagazowywania Żydów przywożonych w masowych transportach oraz więźniów uznanych za niezdolnych do pracy. Rozebrano do fundamentów jedno z krematoriów, a w pozostałych założono materiał wybuchowy, przygotowując je do wysadzenia w każdej chwili. Wcześniej zdemontowano części w komorach gazowych i krematoriach, a całość wyposażenia technicznego wyekspediowano do Rzeszy. W sytuacji bliskości frontu całkowicie wstrzymano rozbudowę obozu, a nawet zaczęto rozbierać niektóre drewniane baraki i wysyłać zdemontowane ich części do Niemiec. Pomimo pospiesznych prac ewakuacyjnych, nie zapomniano o zagrabionym mieniu ofiar – do końca trwało wywożenie zrabowanych rzeczy. W ostatnich tygodniach przed wyzwoleniem w magazynach nazywanych „Kanada” i „Kanada II” przygotowano do transportu kilkaset tysięcy sztuk ubrań i bielizny męskiej, kobiecej i dziecięcej.

 

Rampa była zalana światłem. Pasażerowie bydlęcych wagonów po półtorej doby jazdy w ciemnościach i półmroku mrużyli teraz oczy oślepione reflektorami. Ustawiali się niepewnie na rampie, przytulając do siebie ocalone z pociągu resztki dobytku.

Esesmańskie psy ujadały jak szalone, szarpały się przewodnikom na grubych, poczwórnych smyczach. Powietrze było rześkie, wreszcie, po tylu godzinach spędzonych w tłoku i zaduchu, można było odetchnąć pełną piersią.

– Oświęcim? Ale to jakaś pomyłka. To niemożliwe. Ja niczego nie zrobiłem. Ja nie jestem wojskowy. Ja w ogóle… – zaczął zawodzić jakiś zażywny jegomość w szarym, eleganckim paltocie. – To trzeba jakoś im wyjaśnić. Mieliśmy obiecane – na roboty do Niemiec…

Auschwitz. Transport nowych więźniów prawdopodobnie z maja lub lipca 1944 r. (Wikipedia)

 

– Taa, idź pan do tego z bykowcem w ręku – doradzał spanikowanemu jednooki pasażer wagonu. – Może wystawi zaświadczenie, żeś im pan powstania nie wywołał. Panie ładny – zwrócił się ze zdziwieniem do towarzysza podróży, który nieoczekiwanie zwlókł się z noszy i stanął na peronie razem z innymi. – Pan już ozdrowiał?

Poparzony przestępował z nogi na nogę. – Ile mogę, dam radę. Tacy na noszach na pewno im niepotrzebni.

Mały chłopczyk taszczący na rękach dużego czarnego kota, prychającego ciągle na esesmańskie wilczury, odłączył się od dorosłych i podszedł do najbliższej aufzejerki stojącej w towarzystwie wyższych oficerów. Grzecznie poczekał, aż kobieta skończy rozmawiać z esesmanami i podał jej kota. Bitte, proszę. Kobieta bez zdziwienia przejęła kota z rąk chłopca. Pogłaskała młodego warszawiaka po głowie i łagodnym gestem dała mu znak, żeby wrócił pomiędzy aresztantów.

Doktor Wojnicki, korzystając z osłony szerokopleczystego sąsiada, wyciągnął z kieszeni chusteczkę z dwoma kawałkami chleba. Kiedyś przez wiele miesięcy opiekował się wypuszczonym z Auschwitz wielkim aktorem Stefanem Jaraczem, wiedział więc, że zanim transport nowych więźniów zostanie zapisany na stan obozu, Niemcy zamkną ich w barakach kwarantanny. Bez jedzenia, ale już po rewizji. Roztropne więc wydawało się zjeść zapasy właśnie teraz.

Rzeczywiście, dopiero po dwu dniach wypuszczono ich z obślizłego baraku bez podłogi, w którym hitlerowcy upchali ponad 1000 osób. Przez ten czas starzy więźniowie ukradkiem przynosili spragnionym nieszczęśnikom wodę, szukając ziomków wśród nowo przybyłych.

Wreszcie Niemcy zakomenderowali przejście aresztantów z baraku kwarantanny, przez łaźnię – do właściwego obozu. Sprawnie odebrano im złoto i wszelkie kosztowności, a w miejsce skonfiskowanych kennkart każdy otrzymywał małą kartkę z imieniem i nazwiskiem. Nagich poprowadzono stadem do łaźni.

Barak kwarantanny męskiej. Na pierwszym planie – latryna. (Wikipedia)

Kapitulacja -Jesień 1944

Dwie młode kobiety ubrane w wojskowe uniformy z powstańczymi biało-czerwonymi opaskami na ramionach stały na baczność przed lekarzem i cierpliwie znosiły jego tyradę. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na fakt, że Zofia i Maria Bellert znajdowały się przed obliczem swojego ojca, Józefa Bellerta, który mówił:

– Jest podpisane zawieszenie broni z Niemcami i będzie kapitulacja powstania. Za moment do naszej dzielnicy wkroczą Niemcy i nie wiadomo, co się wydarzy. Podobno mają respektować prawa konwencji genewskiej, tak jest ustalone w protokole z zawieszenia broni, ale ja tym skurczybykom nie wierzę. Wszyscy wiedzą, co robili na Woli i na Starówce. Dlatego powtarzam wam jeszcze raz: kieruję was do służby pomocniczej w moim szpitalu PCK. Rozumiecie? Komendant AK przygotowuje rozkaz, w którym dziękując za postawę w walce, zwalnia wszystkich z dotychczasowych obowiązków. Każdy powstaniec może iść, gdzie chce – może się poddać Niemcom jako żołnierz AK, może udawać cywila, a może ratować skórę na własną rękę. Po kapitulacji, z Niemcami wejdą dzicy żołdacy ze Wschodu. Słyszałyście nieraz, że własowcy i Ukraińcy nie przepuszczą żadnej ładnej kobiecie, że rabują i zabijają. Dlatego jako oficer Wojska Polskiego i wasz ojciec nakazuję wam zostać tutaj. Na wojnie nie rosną stokrotki, ale z własnego doświadczenia wiem, że nieraz życie ludzkie uratował znak czerwonego krzyża. Zostańcie ze mną. Bardzo proszę.

Krakowskie Przedmieście zrujnowane działaniami wojennymi. Na pierwszym planie – pomnik Mikołaja Kopernika. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

– Tato – po dłuższej chwili odezwała się starsza Zosia. – Ale musimy powiedzieć ludziom z naszego oddziału o tym, że odchodzimy.

– Wejście Niemców to może być kwestia godzin, a tyle jest jeszcze tutaj do zrobienia. Liczyłem na waszą pomoc.

– Nam w zupełności wystarczy jedna. Jedna godzina – uśmiechnęła się młodsza Maria widząc, że ojciec spuszcza już z tonu i porozumienie może być możliwe.

– Idźcie – powiedział w końcu. Ale zaraz dodał stanowczo: – Ale meldujcie się u mnie za godzinę, ani minuty później.

Kiedy córki pobiegły do swojego pododdziału, Józef Bellert wrócił do obowiązków. Na szczęście trwające od jakiegoś czasu zawieszenie broni zapobiegło kolejnym ofiarom i do szpitala nie donoszono już rannych. W obliczu kapitulacji i wkroczenia Niemców pozostawało jednak jeszcze tyle do zrobienia, że cały personel PCK dwoił się i troił, biegając jak w ukropie. W pierwszej kolejności należało upodobnić szpital do placówki cywilnej, a więc ze szpitala musiało zniknąć wszystko to, co świadczyło, że ratowani tu byli powstańcy.

Szpital powstańczy. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

Dlatego pacjentom zabierano wszystkie części wojskowych mundurów i wyposażenia, a nawet przemyconą po cichu do szpitala broń. Od razu znalazło się kilkanaście pistoletów, z którymi ranni żołnierze nie chcieli się rozstać. Na podwórku szybko rosła pokaźna sterta wojskowych panterek, kurtek, bluz, spodni, butów, pasów, plecaków, chlebaków, kabur, ładownic. Wkrótce pistolety poukrywano w różnych zakamarkach ruin (byle dalej od szpitala), sorty mundurowe zostały polane benzyną i podpalone, a skórzane wyposażenie powrzucano po prostu do kanałów. Paradoksalnie, rannym powstańcom najtrudniej było się rozstać wcale nie z bronią, ale z biało-czerwonymi opaskami. Zresztą to samo dotyczyło personelu medycznego, którego członkowie nosili zawsze dwie opaski – jedną biało-czerwoną, a drugą białą z emblematem Czerwonego Krzyża. Kto miał możliwość, wynosił swoje opaski na zewnątrz i ukrywał na przyszłość gdzieś w swoich mieszkaniach albo po prostu w ruinach, mając nadzieję, że niedługo wróci do Warszawy i odnajdzie swój symbol heroicznej dwumiesięcznej walki.

Przed szpitalem wywieszono świeżo wypraną białą flagę z czerwonym krzyżem, a ktoś z rozmysłem na wszystkich ścianach budynków zgrabnie wyrysował czerwonymi pokruszonymi cegłami wielkie znaki krzyża PCK. Na koniec w miarę możliwości prześcielono łóżka i materace, a pacjentom wydano czystą bieliznę. Podobnie uczynili lekarze i pielęgniarki, przebierając się w świeżo wyprane białe fartuchy, na rękawach umieszczając również czyste opaski z czerwonym krzyżem.

Po 50 minutach przybiegły zdyszane siostry Bellert i szybko zameldowały się ojcu. Ten miał już przygotowane dla nich białe kitle oraz opaski PCK. Kiedy w pośpiechu dziewczyny się przebierały, upodabniając do medycznego personelu, starsza ni stąd, ni zowąd zagadnęła ojca:

– Tato, czy w szpitalu macie jakiegoś Niemca?

Początkowo nie zrozumiał, o co jej chodzi. Dopiero po chwili wyjawiła mu więc swoją koncepcję.

– Ludzie nam doradzali, że dla bezpieczeństwa szpitala, zaraz przy wejściu należy umieścić łóżka z chorymi lub rannymi Niemcami leczonymi w tym szpitalu. Kiedy wejdą hitlerowscy żołnierze, zaraz za drzwiami natkną się na swoich rodaków, których Polacy, nie dość, że nie zabili, to jeszcze ratowali im zdrowie. Taka okoliczność może uratować cały szpital – ocalić życie lekarzy, pielęgniarek i chorych, nawet rannych powstańców. Podobno takie sytuacje miały już miejsce w powstaniu.

Doktor Bellert zastanowił się przez chwilę.

– Zaraz się tym zajmę – Józef podszedł do swoich pociech, przytulił obie córki, pogładził po włosach i pocałował w czoło. – Ale musimy się pospieszyć. Właśnie dotarła wiadomość, że przekazanie szpitala wojskom niemieckim ma nastąpić lada chwila.

– A może wyjść przed drzwi z białą flagą?

– Nie ma potrzeby. Budynek szpitala został dokładnie oznaczony czerwonym krzyżem, a zawieszenie broni już funkcjonuje. Słyszycie? Wszędzie cisza. Nikt do nikogo nie strzela…

Grupka lekarzy i sanitariuszek powstańczego szpitala polowego ustawiła się w przedsionku obszernej kamienicy i newowo oczekiwała na nadejście pierwszych niemieckich żołnierzy.

– Pst. Chyba coś słyszę…

W istocie, za zamkniętymi drzwiami słychać było tupaninę wielu nóg i germańskie gardłowe komendy.

– Chyba Niemcy.

– Dobrze, że Niemcy, a nie własowcy.

– Ciii...

Ktoś z zewnątrz przeraźliwie głośno załomotał kolbą w drzwi, a potem całe ich skrzydło runęło pod naporem ramion wehrmachtowców. Nie opadł jeszcze kurz wywołany upadkiem wyłamanych drzwi, kiedy do budynku wtargnęło kilku żołnierzy trzymających broń gotową do strzału. Nie zdążyli nawet wrzasnąć swojegoHände hoch, a już ręce polskiego personelu na wszelki wypadek uniosły się ku górze. Zaraz zresztą polscy medycy zostali otoczeni zwartym kręgiem i wnikliwie obszukani.

Dowodzący jasnowłosy oficer wydał rozkaz, aby wyprowadzić personel na zewnątrz, i wtedy, z głębi szpitala, z pierwszych łóżek dosłyszał niemiecką mowę. To Niemcy leczeni z ran i chorób w tym szpitalu zaczęli zdawać relację ze swojego pobytu w polskiej niewoli. Chcieli wstawić się za polskimi lekarzami i siostrami przewidując, co może za chwilę im grozić.

– Panie lejtnancie, melduje się gefrajter Schmidt. Zostałem wzięty do niewoli na początku powstania i szczęśliwie doczekałem wyzwolenia.Danke Kameraden.

– Polacy ci to zrobili? – pytał oficer wskazując na obwiązaną bandażami i usztywnioną nogę.

– Nie, mein Leuntant. To odłamki pocisku artylerii.Naszej artylerii.

– A ty? – lejtnant dopytywał następnego

– Zawalił się na mnie strop budynku, kiedy spadły na niego bomby. Ze stukasa.

– A tobie co dolega? – Leutnant szukał najwyraźniej kogoś poszkodowanego przez Polaków.

– Czerwonka, Herr Leuntant. Z braku czystej wody. Kiedy nasi zniszczyli wodociągi i kanalizację szlag trafił.

– Dobrze się wami opiekowali? – Zdegustowany odpowiedziami swoich rodaków porucznik kroczył pośród ustawionych przy wejściu łóżek z Niemcami, patrząc na ich wymizerowane twarze i lustrując ich zmienione opatrunki.

– Ja, natürlich. Traktowali nas jak jeńców wojennych, a w szpitalu opiekowali się nami tak samo jak swoimi rannymi.

– Jedzenie,kameraden, a jak z jedzeniem? Jeść dawali?

–JawohlHerr Leuntant. Oczywiście. Co mieli. Zupę, chleb. Tak jak Polakom.

Pierwszy obóz -Jesień 1944

Obóz w Pruszkowie, Durchgangslager zwany Dulagiem 121, oddalony był kilkanaście kilometrów od granic zachodniej Warszawy. Tych, którzy po wyjściu ze stolicy sądzili, że wojna już się dla nich skończyła, czekało niemiłe rozczarowanie. W obozie nadal szaleli Niemcy, rozdzielano rodziny, wyznaczano palcem, kto powinien znaleźć miejsce w transporcie do obozu koncentracyjnego, kto ma jechać na roboty do Niemiec, a kto zostać zwolniony. Na ponad 50-hektarowym terenie, w olbrzymich halach przemysłowych, z których skrupulatni Niemcy wywieźli wcześniej do Reichu maszyny, zgromadzono niemal całą ludność wyprowadzoną z kapitulującej, powstańczej Warszawy.

Hitlerowcy poszczególne hale, w których upychano po pięć tysięcy ludzi, oddzielili zasiekami z drutu kolczastego, a oryginalny, wysoki mur fabryczny uzupełnili wieżyczkami wartowniczymi ze stanowiskami karabinów maszynowych. O cywilach spędzonych do obozu nie pomyśleli w ogóle; ludzie koczowali bezpośrednio na betonowej oślizgłej posadzce, nie było dostępu do bieżącej wody.

– Musimy natychmiast wybrać zawartość latryn. – Doktor Bellert został do dulagu przetransportowany z całą swoją powstańczą ekipą, więc z miejsca zajął się ratowaniem szpitala obozowego w hali numer 8. – Inaczej epidemię czerwonki będziemy mieli jak w banku. Ludzie już chorują na potęgę. Niemcy powyciągali ich w koszulach i piżamach z domów. Nadal brakuje ubrań i koców. O żywności nie wspomnę. Ludziska jedzą, co im wpadnie w rękę.

Przedstawicielka Rady Głównej Opiekuńczej załamała ręce: – Panie doktorze, przez obóz przeszło z pół miliona Polaków, w warunkach wojennych nie ma szans, żebyśmy pomogli im wszystkim. Pan wie o tym.

– Wiem, ale nikt nas nie zwolnił z odpowiedzialności za życie naszych rodaków. Skoro teraz obozem zajmuje się Wehrmacht, a nie SS, niech pani spróbuje, niech pani spowoduje, żeby zgodzili się zwolnić ciężarne i położnice. Przynajmniej jakąś ich część. Ratujmy, co się da.

Wysiedleńcy z Warszawy po przybyciu do Pruszkowa. (Wikipedia)

 

– Niech jeszcze pozwolą wyprowadzić obłąkanych – dodał doktor Jaworski, lekarz urzędujący w obozie od połowy sierpnia – nie mamy ani ludzi, żeby się nimi zająć, ani leków. A spora część z nich odzyska siły, kiedy zejdzie z nich ciśnienie i wydostaną się z tego piekła.

– Ugadać coś z Niemcami? To już chyba łatwiej będzie ściągnąć leki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – odpowiedziała ze zniechęceniem kobieta z RGO.

– Leki – podchwycił Bellert. – Z aptek warszawskich nie możemy pozbierać najpotrzebniejszych leków? Przecież cała Warszawa nie została zburzona? – dopytywał Bellert.

Kobieta pokręciła głową. – Pan najwyraźniej nie wie, co siędzieje. Niemcy rozkradają naszą Warszawę, ulica po ulicy, kwartał po kwartale. Nawet tory kolejowe podciągnęli do śródmieścia. Wszystko, co wartościowe, ładują na wagony i wysyłają do Reichu. Wszystko. Okna, żyrandole, meble, nawet kable telefoniczne spod ziemi wyciągają, tną i – do wagonów. Potem domy palą i wysadzają. To sprawdzona wiadomość. Z naszego obozu wygarnęli grupę młodziaków, którzy dla nich szabrują Warszawę. Rozmawiałam z jednym. Niemcy nie pozwolą nam, ot, tak chodzić po mieście i wybierać lekarstw po aptekach.

– A ja, kochana pani, rozmawiałem z jednym bibliotekarzem. Dostali od szkopów glejt i pozwolono im ratować Bibliotekę Krasińskich – Bellert spojrzał w oczy przedstawicielce RGO. – Niech władza postara się o podobną przepustkę dla kilku naszych studentów. Niech przyniosą w plecakach z Warszawy tyle lekarstw, ile udźwigną. Co szkodzi spróbować?