Lekarz ci tego nie powie - Max Skittle - ebook

Lekarz ci tego nie powie ebook

Max Skittle

3,5

Opis

Dlaczego musimy tak długo czekać na wizytę u lekarza, a kiedy do niej dojdzie, to trwa ona zazwyczaj nie więcej niż 10 minut? Dlaczego lekarze tak często się spóźniają? Kto najczęściej odwiedza przychodnie? I co właściwie lekarze w głębi duszy myślą o swoich pacjentach?

Autor szczerze (i dowcipnie) opowiada o wszystkim, o czym lekarze nam na co dzień nie mówią – od rozlanych butelek moczu, pacjentów, którzy powinni być hospitalizowani od paru miesięcy, egzystencjalnych kryzysów po niewyjaśnione ozdrowienia. Z dystansem opisuje codzienne i niecodzienne sytuacje ze swojej praktyki zawodowej. Wyjaśnia, dlaczego może spędzić z pacjentem jedyne dziesięć minut, co sądzi o systemie opieki zdrowotnej, tłumaczy, dlaczego czasami się spóźnia oraz dlaczego nigdy nie należy prosić lekarza o receptę na paracetamol.

Myślałeś, że wiesz jak wygląda praca lekarza medycyny rodzinnej? Ta książka pokaże Ci, w jak dużym byłeś błędzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 457

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
IceFlowers

Z braku laku…

Lekarz Max Skittle w formie pamiętnika opowiada jak wygląda praktyka lekarza rodzinnego. Męczyłam się bardzo z tą książką, ale skoro zaczęłam to chciałam skończyć. Zdecydowanie nie moja bajka, ale zapewne nie jednego zainteresuje.
00

Popularność




Tytuł oryginału: The Secret Gp. What really goes on inside your doctor’s surgery

Przekład: Jolanta Sawicka

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała/Słowne Babki

Text copyright © Dr Max Skittle, 2020

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1463-2

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Mojej rodzinie

I wszystkim, którzy siedzą w poczekalni:

Bardzo mi przykro, ale chyba mamy opóźnienie…

Prolog: KIM JEST LEKARZ RODZINNY

„Lekarz rodzinny to specjalista medycyny rodzinnej, który zajmuje się leczeniem chorób nagłych oraz przewlekłych, a także profilaktyką i edukacją zdrowotną pacjentów”.

Brzmi to raczej sucho, wikipedycznie, ale w porządku, niech będzie! Niemniej proponuję, aby dodać tej profesji nieco kolorytu, okej? Oto, jak ja to widzę…

Pracując jako lekarz rodzinny, komprymujesz czyjeś życie, zamykasz je w dziesięciu minutach. W sześciuset sekundach. Musisz być gotów ogarnąć zdrowie: fizyczne, umysłowe, społeczne i duchowe siedzącej przed tobą osoby, ujrzeć je jako jedną wspaniałą, zagmatwaną i przerażającą całość. Od kołyski aż po grób. Na błędy nie ma miejsca. Życie pacjenta to dla lekarza rodzinnego okno; patrząc przez nie, stara się on w jakiś sposób uczynić to życie lepszym. Zdrowszym. Szczęśliwszym. Dłuższym. To praca zakorzeniona w społeczności lokalnej; jeżeli chcesz zrozumieć, dlaczego dana osoba czuje się tak, jak się czuje, musisz być detektywem, rozjemcą, lekarzem i doradcą. Zadziwiające, że w życiu lekarza rodzinnego – w moim życiu – najtrudniejsze jest wszystko to, co znajduje się gdzieś pomiędzy kwestiami czysto medycznymi, na styku z medycyną. Mam na myśli: złość, smutek, frustrację, miłość, radość, nieszczęście, strach, współczucie, nienawiść i stratę. Wyruszasz ze swoim pacjentem w podróż. W głąb życia zamkniętego w dziesięciu minutach. Tik-tak. A jednak, choć może brzmi to dziwnie, chory czasami nawet nie uświadamia sobie twojej obecności, jesteś kimś w rodzaju milczącego towarzysza podróży. Ukrytego w zinterpretowanych wynikach badań diagnostycznych. W telefonie do specjalisty. W liście z informacjami klinicznymi, przeczytanym i odłożonym do teczki. Nazwiska bez twarzy. I wreszcie, pod koniec każdego dnia, uzbierawszy całą kolekcję ludzkich emocji i obaw, wracasz po pracy do domu i próbujesz wieść swoje życie. Bez obciążeń.

Jak można się domyślić, oznacza to absolutną konieczność opa­nowania umiejętności oddzielania pracy od własnego życia. W rzeczywistości rzecz właściwie nieosiągalna. Korzystasz ze szczególnego przywileju: jest ci dane widzieć jasne i ciemne strony życia. I wszystkie niezliczone odcienie pośrednie. Czyli te obszary, gdzie życie toczy się naprawdę. Gdzie powstają opowieści. Musisz zawsze, jak kameleon, dostosowywać się do osoby siedzącej naprzeciwko ciebie. Dążąc do zaspokojenia jej potrzeb. Jej wymagań. Jej oczekiwań. A kiedy wyjdzie, musisz pogodzić się z prawdą, że to na tobie ciąży ostateczna odpowiedzialność. To ty zarządzasz ryzykiem pacjenta: to twoja diagnoza, twoja decyzja, twoja metoda leczenia. Jeżeli się pomylisz, cierpi pacjent. Nie ty. Co więcej, prawdopodobnie poda cię do sądu. A jednak, pomimo wszystkich tych wszechpotężnych problemów i stresów, które towarzyszą życiu lekarza rodzinnego, w moim przypadku jest to życie zdecydowanie, autentycznie i absolutnie wspaniałe. Dlatego postanowiłem zostać lekarzem rodzinnym. Dla ludzi. Żeby pomagać. I nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym wykonywać jakąkolwiek inną pracę.

W tej książce opowiadam dlaczego. To moja historia.

WSTĘP

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Nazywam się Max Skittle, mam 32 lata i jestem lekarzem rodzinnym. Jest czerwcowy poranek 2018 roku, poniedziałek, godzina 7:45, i tak się składa, że to doskonały dzień, aby zacząć opowieść o moim życiu lekarza rodzinnego. W tej chwili siedzę przy biurku w swoim gabinecie w przychodni usytuowanej w podupadłej części śródmieścia, gdzie pracuję od uzyskania dyplomu specjalisty medycyny rodzinnej, co miało miejsce trzy lata temu, a zatem spotykacie mnie na stosunkowo nowym i fascynującym, wczesnym etapie mojej kariery zawodowej. Jednak, prawdę mówiąc, w tym momencie jedyne, co jestem w stanie robić, to się gapić. Gapić się na swoje sprofanowane krocze, nie do końca wierząc, że można mieć aż tak potworny niefart.

Dziś rano poplamiłem się czymś białym, teraz zeskorupiałym, co wtedy uznałem za niewinną kapkę pełnotłustego jogurtu greckiego. Na pięć minut przed rozpoczęciem przyjęć – a to rozpaczliwie niewystarczająca ilość czasu – podejmuję tragiczną decyzję o przetarciu tego miejsca wodą z kranu. Zostały cztery minuty… Wygląda to teraz, jakbym miał na spodniach coś totalnie obciążającego – i jakbym próbował ukryć dowód tegoż występku – albo po prostu jakbym się posikał. Wahadło życia kołysze się dalej. Deliberując, próbuję na powrót się skoncentrować. To będzie dobry dzień. To musi być dobry dzień – przecież na pewno mi się to należy. Racjonalna myśl, aż do czasu, kiedy obejmuję oczami listę porannych pacjentów. Wśród nazwisk, których nie rozpoznaję, jest kilka dobrze znanych, należących do stałych bywalców. Z niektórymi spotkam się chętnie. Z innymi… no cóż, mniej chętnie. Gapię się w nicość.

Trzy minuty do rozpoczęcia dyżuru… Moje spodnie wciąż nie są suche. Tymczasem zauważam niestety, że kwiat w doniczce, którym moja żona Alice przystroiła gabinet, jest bezwzględnie suchy – to taki niepożądany przykład yin i yang. Nie całkiem pozytywny sygnał dla moich klientów: oto wasz doktor, wprawdzie nie potrafi utrzymać przy życiu roślinki z supermarketu za 5,99 funta, ale będzie próbował to zrobić z wami. Usadowiwszy się wygodnie w uszkodzonym fotelu obrotowym poruszającym się już tylko na trzech kółkach i połówce czwartego, przemieszczając się koślawo po pokoju, biorę trzy głębokie wdechy, żeby jakoś zmusić się do odzyskania spokoju. Poprawiam klawiaturę i układam pióro równolegle do niej. Jedna minuta do rozpoczęcia przyjęć… Naprowadzam strzałkę myszki na ikonę dzwonka, gotów wezwać pierwszego pacjenta.

Uśmiecham się, wciąż w wilgotnych spodniach. Serce bije mi nieco szybciej. Kocham to, naprawdę. Kocham tę pracę i nie chciałbym, pomimo codziennego biadolenia, robić czegokolwiek innego. Właśnie dlatego napisałem tę książkę.

Potraktujcie ją jako gniewne i bezładne rozwinięcie tej miłości.

A zatem, witam serdecznie. Oto moja książka o życiu. Ściśle mówiąc, będę zarzucał medyczne sieci, tak aby zebrać najbardziej pokręcone, zdumiewające, upokarzające i najśmieszniejsze opowiastki o życiu, które przekroczy próg mojego gabinetu w ciągu najbliższego roku. Wszyscy pacjenci będą prawdziwi, podobnie jak historie wynikające z moich spotkań z nimi. Zdziwiłbym się, gdyby ktokolwiek uznał, że aby dodać im pikanterii, niezbędne są jakiekolwiek hollywoodzkie efekty specjalne. Bogata natura życia – naszego życia – daje mi pewność, że nie będzie to potrzebne. Oczywiście wszystkie nazwiska, daty, dane dotyczące wieku, przynależności etnicznej, nawet płci zostaną zmienione. Dzięki temu, czytając tę książkę, będziecie mogli chichotać, płakać, marszczyć brwi albo pozwalać opadać własnej szczęce z wrażenia z większą swobodą, niż gdyby opowieści te dotyczyły konkretnych osób. Byłoby to, wszyscy się z tym zgodzimy, gorsze niż znęcanie się nad słabszymi w szkole. I jeszcze jedno, jeżeli sądzicie, że napisałem o was, z całym szacunkiem muszę zapewnić, iż jesteście w błędzie. Jeżeli tak się składa, że fakty są zbieżne z faktami z waszego życia, to jest to czysty zbieg okoliczności. Musicie mi uwierzyć. Wszelkie cechy umożliwiające identyfikację zostały zmienione lub usunięte. Mówię to z pełnym przekonaniem, ponieważ, mimo że napisałem tę książkę, tajemnica lekarska jest zasadą, z której nie pozwalam sobie żartować. A ponadto nie zamierzam dać się wyrzucić z pracy. Albo zostać pozbawionym prawa wykonywania zawodu przez Naczelną Radę Lekarską (General Medical Council). Moja żona bez wątpienia by mnie zabiła (podejrzewam, że robiłaby to bardzo powoli). Zwłaszcza że mamy dziecko w drodze.

> <

Pierwsze, co musicie wiedzieć o mnie jako o lekarzu rodzinnym, to to, że jestem również człowiekiem. Nie chodzi mi tu o jakąś sentymentalną new age’ową ideologię miłośników konopi czy akcesoriów z juty. Chcę po prostu powiedzieć, że nie jestem olbrzymią, superchłonną gąbką, siedzącą w gabinecie dzień po dniu po to tylko, aby wchłaniać cały ten upiorny potok uczuć, którym zalewają mnie pacjenci. Za to, podobnie jak wy, oceniam, czuję niechęć, potępiam i się złoszczę. Jednocześnie oczywiście śmieję się, płaczę, uśmiecham się i znajduję przyjemność w tym, co robię. Ale, jako że jestem człowiekiem, tak jak każdy z was, w niektórych sytuacjach jest mi cholernie trudno, będąc lekarzem rodzinnym, wciąż być miłą osobą (czasami to wręcz niemożliwe). Ponieważ bycie lekarzem rodzinnym jest trudne. Bycie kimkolwiek w NHS[1] jest trudne. Przemęczenie i przepracowanie wydobywają z nas to, co najgorsze. Ze mnie również, jak najbardziej. I dlatego już na tym wczesnym etapie wrzucam spoiler: nie ma najmniejszej wątpliwości, że ta praca zmieniła mnie jako człowieka. Doprowadziła do tego, że moje poczucie humoru, które można było nazwać umiarkowanie mrocznym, stało się jeszcze mroczniejsze. Czasami czarne jak smoła. I sprawiła też, że poczucie humoru, które można było nazwać powściągliwie ordynarnym, stało się obecnie jawnie ordynarne. Wszystko to, jak podejrzewam po trzech latach wykonywania tej pracy, jest w równej mierze rezultatem rywalizujących ze sobą mechanizmów obronnych i nieuchronnych szkód ubocznych, które pojawiają się, kiedy staram się jednocześnie robić, co mogę, dla siedzącej przede mną osoby i pozostawać przy zdrowych zmysłach. A naprawdę próbuję osiągnąć oba te cele.

Krótko mówiąc, chcę was wszystkich wyprzedzająco przeprosić (Ciebie, mamo, też przepraszam za wszystkie przekleństwa i wulgaryzmy), ponieważ wiem, że nie każdemu moja książka przypadnie do gustu, i niektórzy mogą się czasami poczuć urażeni, ale tak właśnie sobie prosperuję. Każdy z nas radzi sobie na swój sposób, nieprawdaż? Uzbrojony w takie przeświadczenie, niezależnie od mentalnego pancerza, który, jak mi się wydaje, posiadam, i tak każdego dnia, wstając, wiem, że czeka mnie codzienna walka o utrzymanie emocji na profesjonalnej wodzy. A przecież powłoka profesjonalizmu nie jest odporna na wszelkie zadrapania, nie jestem jakąś superwytrzymałą blachą do pieczenia ciasta. Ostatni tydzień stanowił doskonały tego przykład. Był taki dzień, kiedy chciało mi się płakać z powodu tego, co usłyszałem. Dzień, kiedy chciałem kogoś fizycznie skrzywdzić, dowiedziawszy się od pracownika opieki społecznej zajmującego się pewną rodziną, co ta rodzina zrobiła swojemu własnemu dziecku. Dzień, kiedy odczuwałem tak czystą, niekłamaną radość, że po raz pierwszy uścisnąłem kogoś, u kogo stwierdzono remisję nowotworu. I wreszcie dzień, kiedy chciałem rzucić tę pracę natychmiast, czując, że tonę w nawale rosnących z roku na rok niesłychanych wymagań. Takich nieprzewidywalnych i zmyślnie uzależniających wzlotów i upadków pełna jest moja praktyka. Jest nimi wypełnione życie lekarza rodzinnego. Moje życie. Każdy jeden dzień bez wyjątku.

A teraz zdradzę wam tajemnicę. Lekarz, kiedy mówi, że nie ma nic przeciwko temu, żebyście opowiedzieli mu o swoim czwartym, tym razem obiecujecie, że naprawdę ostatnim problemie, kłamie jak cholera, bezczelnie i w żywe oczy. W rzeczywistości masakrujecie mu resztę dnia, rozwiewacie jego nadzieje na przeżucie lunchu na siedząco i marzenia o pobycie w toalecie, który nie będzie jazdą na czas. I kto to robi, jakiś jeden pacjent? Nie, to byłoby nieco teatralne podejście, nawet w przypadku najbardziej wrażliwego emocjonalnie z le­karzy rodzinnych. Ale kiedy robi to połowa pacjentów (a robi), tak właśnie się dzieje. Mimo wszystko lekarz czeka z szeroko otwartymi ramionami gotów przyjąć do wiadomości ten czwarty problem. Dlaczego? Ponieważ siedzi przed pacjentem, widząc w nim odanonimizowanego siebie. Szczerość? Uczciwość? Dajmy temu spokój! Lekarz się kamufluje, owija w bawełnę swoje prawdziwe odczucia. Ten ważny fakt, ta prawda, skłania mnie do powiedzenia wam jeszcze jednego: nie nazywam się Max Skittle. Moje imię i nazwisko w ogóle nie są istotne. Istotne jest natomiast to, że przemawiam do was ze stronic tej książki z całkowitą, fizjologiczną i brutalną uczciwością, bez żadnych filtrów. Taki mam zamiar. A skoro już o tym mowa, zapytam, wsadzając kij w mrowisko, dlaczego uważacie, że jestem mężczyzną? Może to skrót od Maxine…

Zanim zagłębimy się w świat lekarza wyspecjalizowanego w medycynie ogólnej, chyba dobrze byłoby przedstawić się pokrótce, pokazać, jak się prezentuję poza pracą. Jestem wysoki, 190 cm wzrostu. Przystojny. Zabawny (to już wiecie). Mam ciało jak grecki bóg. No cóż, może w kolejnym życiu. Prawda jest taka, że mierzę raptem 178 cm w ciepły dzień (w butach sportowych na grubej podeszwie), a salę gimnastyczną od wewnątrz widziałem ostatnio w szkole. Pomimo to, jakimś cudem, jest ze mną Alice, moja dobra, zabawna, piękna, charakterna (jest rudzielcem, oczywiście) i inteligentna żona. Poznaliśmy się przez znajomych ze studiów, co ocaliło mnie przed życiem bywalca portali randkowych i – co się z tym wiąże – przed niewłaściwym, błędnie rozumianym używaniem emotikonów. Od czterech lat mieszkamy razem w tym samym ciasnym mieszkanku w sercu ruchliwego i bezlitośnie hałaśliwego miasta. Nasz dom służy mojej żonie również za biuro, gdzie pracuje jako ciesząca się dość dużym wzięciem, niezależna graficzka. Dla mnie to po prostu zadziwiające, że pozwoliła mi być swoim mężem, i kocham ją tak bardzo – jeżeli nie bardziej – jak w dniu naszego ślubu sześć lat temu. Trzyma mnie w ryzach, jest jedyną osobą, która potrafi do mnie dotrzeć, kiedy zachowuję się jak ostatni palant. Co zdarza się często. I jest w dwudziestym siódmym tygodniu ciąży. Brzuszek jej się zaokrągla – nasz brzuszek-wybrzuszek.

Rodzicielstwo zbliża się wielkimi krokami. Cóż to za emocjonalny tygiel. Tak jak wielu parom i wielu pojedynczym ludziom, nie zawsze szło nam łatwo. Mieliśmy z Alice swoje mroczne dni, tygodnie i miesiące, zanim dotarliśmy do obecnego punktu. I chociaż moglibyśmy się obejść bez traum, scementowało to naszą miłość i nasz wspólny związek w sposób, jakiego słowa, które mógłbym napisać na tej stronie, nie są w stanie oddać. Każdego dnia, budząc się, doceniam, jakim jestem szczęściarzem. Nie zamierzam przepraszać za wylewność: fakt jest faktem, niczego więcej nie chcę. Chociaż gdyby tak za mojego życia Anglia jeszcze parę razy wygrała Puchar Świata w Rugby, przyjąłbym to z zadowoleniem – w przeciwieństwie do czwartego problemu pacjenta. I chociaż może mi się wydawać, że moje osobiste życie jest zdecydowanie oddzielone od zawodowego (chciałbym, żeby było), jestem pewien, że podobnie jak w przypadku waszego życia, tak się w rzeczywistości nie dzieje. Prawda jest taka, że Alice i wybrzuszek mają wielki wpływ na to, jakiego lekarza spotykają moi pacjenci. Jeżeli na przykład nasz wybrzuszek przez całą noc zachowywał się jak kompletny palant, przez co Alice nie mogła zasnąć z powodu bólu pleców i pęcherza ściśniętego do rozmiarów niedojrzałego ziarnka ciecierzycy (i ja również, co za tym idzie, choć z innego powodu; to jakaś makabryczna forma nocnego, małżeńskiego wsparcia moralnego, w którym o entuzjazmie raczej nie ma mowy), jestem opryskliwy i cięty dla moich pacjentów. Tak, wiem, obwiniam nienarodzone dziecko. Nigdy nie mówiłem, że jestem aniołem. I, jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie, żałuję tego w momencie, w którym uświadamiam sobie, że właśnie to zrobiłem. Jeżeli natomiast spędziliśmy z Alice poprzedni dzień, malując pokój dziecinny, pogrążeni w marzeniach o czekających nas przygodach, będę w siódmym niebie – i mogę wtedy nawet wysłuchać piątego problemu kolejnego pacjenta. Rodzina… Zbroja i pięta Achillesa naraz. Praca i życie jako jedna całość.

A teraz chcę wam opowiedzieć o oknach. W zasadzie wszystko sprowadza się do okien; to podstawowy aspekt pracy lekarza rodzinnego. Właśnie dzięki temu zawód, jaki wykonuje specjalista medycyny ogólnej, jest jednym z najlepszych na świecie. Chodzi o to, że każdy pacjent, przychodząc na wizytę, uchyla okno pozwalające zerknąć w głąb jego życia. Ja natomiast mam obowiązek i zaszczyt zajrzeć do środka i postarać się, żeby to życie stało się lepsze. Żaden inny zawód nie daje dostępu do widoków tak pełnych, obejmujących tak wiele, dotyczących całego ludzkiego życia, ale nie wszystkie okna są takie same. Są ich cztery zdecydowanie różne rodzaje. Najczęstsze jest okno krystalicznie czyste, przejrzyste, przez które pacjent pokazuje mi coś, na co powinienem popatrzeć. Na przykład bolące kolano skręcone podczas biegania. Łatwizna. Okno drugiego rodzaju nie jest już tak czyste; jest zwyczajnie brudne. Tym razem pacjent chce, żebym pomógł mu w czymś, czego przyczyna ani dla mnie, ani dla niego nie jest oczywista. Weźmy dla przykładu taki symptom jak uczucie ciąg­łego zmęczenia. Obaj lub oboje musimy przymrużyć oczy i wytężając wzrok, spojrzeć przez prześwity w brudzie pokrywającym okno, może nawet napluć tu i ówdzie i rozetrzeć ślinę rękawem, żeby wspólnymi siłami poprawić widoczność. Dopiero wtedy można wejrzeć w życie badanego i spróbować ustalić, co przypuszczalnie powoduje zmęczenie. Trzeci typ to takie okno, które pacjent uchyla, aby po­kazać mi coś, co znajduje się gdzieś tam (plan działania pacjenta), podczas gdy ja w gruncie rzeczy jestem bardziej zainteresowany tym, co jest tu (mój plan działania). Mogą to być na przykład wyniki rutynowych badań profilaktycznych, które wskazują na znaczne przekroczenie normy poziomu cukru we krwi. Pacjent chciał sobie zrobić badanie krwi, ponieważ martwił się o poziom cholesterolu – i zupełnie się nie spodziewał, że przykleję nos do szyby w jego oknie i zacznę węszyć, próbując wybadać, jak to się mogło stać, że dorobił się wyniku sugerującego wysokie ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2. Ważne odkrycie, dowiedział się, że moja praca to nie tylko diagnozowanie, lecz także pomoc w zapobieganiu chorobom. I wreszcie ostatnie, czwarte okno. Uchyla je ktoś inny. Często ma to miejsce, ponieważ ten ktoś martwi się o coś, co dzieje się w życiu mojego pacjenta. Aż nazbyt dobrze znanym przykładem jest niepokój o problemy z pamięcią starzejącego się rodzica lub o to, że z powodu postępującej słabości nie potrafi on poradzić sobie z codziennymi wyzwaniami. Wszystkie otwierane przede mną okna są fascynujące. I dlatego bez względu na to, jakie okno jest przede mną uchylane, powierzone mi zadanie niesienia pomocy zawsze będę traktował jako zaszczyt. Wielki zaszczyt.

Zaglądanie we wszystkie te okna jest czymś wspaniałym, ale w obecnych realiach możliwości lekarza w tym zakresie dynamicznie się zmieniają. A to dzięki politycznym, ekonomicznym i strukturalnym zmianom rozchodzącym się niczym fala sejsmiczna po naszej państwowej służbie zdrowia (NHS) – co oczywiście rzutuje na medycynę rodzinną. Powiedziałem: zmiany. Ale naprawdę mam na myśli to, że knebluje się nas, bije i wrzuca do opuszczonego, zatopionego kamieniołomu. Należące do NHS przychodnie lekarzy rodzinnych, łącznie z tą, w której pracuję, uginają się pod ciężarem żądań; oczekuje się od nich świadczenia usług znacznie przewyższających ich możliwości. Nieważne, czy jest to mały, wiejski gabinet dbający o zdrowie 1500 pacjentów, czy wielka miejska przychodnia (lub grupa przychodni) zajmująca się ponad 60000 ludzi. Czas oczekiwania na wizytę wydłuża się niedopuszczalnie, a niezadowolenie pacjenta jest obecnie nieuniknioną częścią mojego dyżuru. Całe tłumy doświadczonych i wykwalifikowanych lekarzy rodzinnych odchodzą z pracy zbyt wcześnie, powołując się na stres i wypalenie zawodowe. Od trzech lat – od chwili uzyskania przeze mnie specjalizacji lekarza rodzinnego – obserwuję, jak wszystko to narasta z bolesną intensywnością. I podczas gdy gazety potrafią czasami szkalować zwalniających się lekarzy, ja gratuluję im tego, że wytrwali tak cholernie długo. Odsiedzieli swój wyrok. Śpijcie spokojnie, towarzysze.

Wiemy wszyscy aż nazbyt dobrze, jak łatwo i bezboleśnie jest oceniać innych, dopóki sami nie postawimy się na ich miejscu i nie wejdziemy w ich buty. Wierzę, że wciąż jestem na wystarczająco wczesnym (i naiwnym) etapie swojej kariery, aby być w stanie, wracając codziennie do domu, do Alice i wybrzuszka, zostawiać za sobą stres spowodowany nurtującym mnie niepokojem, że może przegapiłem raka, którego powinienem był rozpoznać. Możliwe, że za trzydzieści lat mój punkt widzenia ulegnie zmianie. Ewoluuje. Powoli zacznę mieć wszystkiego dość, zestarzeję się i będę czekał na swój PIT P45[2] z butelką szkockiej w ręku. Odpowiedzialność za zdrowie innej osoby jest jednocześnie zaszczytem i przekleństwem. Pacjent wracający do zdrowia to najlepszy narkotyk na świecie. A jednocześnie za nic nie chcesz się znaleźć po przegranej stronie – a tym samym zawieść zaufania, jakim obdarzył cię pacjent – popełniwszy pomyłkę.

Mam nadzieję, że w tym migawkowym ujęciu przybliżyłem wam siebie jako człowieka, wytłumaczyłem, dlaczego kocham tę pracę, i pokazałem, jak władze NHS psują zabawę nam wszystkim, zarówno pacjentom, jak i pracownikom służby zdrowia. I na koniec, pomyślałem sobie, że może przyda się rzucić nieco światła na moje procesy myślowe, skoro macie, jako pacjenci, wkroczyć do pokoju, w którym przyjmuję. Dzięki temu, oddając się lekturze, będziecie mogli pojąć, jak łatwe albo jak trudne może być to, co robię. Jednak zanim do tego dojdziemy, przyjrzyjmy się, jak wygląda tydzień pracy w mojej przychodni. Typowy dzień roboczy trwa od 8:15 do 18:15. Powiedziałem „typowy”, ale prawda jest taka, że zaczynam wcześniej, a kończę później, próbując jakoś ogarnąć wszystko to, co się łączy z wizytami pacjentów. W dzisiejszych czasach trzeba iść na całość – jak na Titanicu.

Oto, jak z lotu ptaka wygląda mój typowy dzień pracy: rano przyjmuję porannych pacjentów przez cztery godziny, a po południu popołudniowych przez kolejne cztery godziny. Czas między pierwszą a drugą zmianą (dlatego prawie nigdy nie można zamówić wizyty w porze lunchowej) jest przeznaczony na co najmniej jedną wizytę domową w związku z jakimś nagłym przypadkiem, a także na czytanie listów – na które poszło kilka drzew – od lekarzy specjalistów, zespołów wspólnotowych i pracowników socjalnych, a ponadto na telefonowanie, opisywanie wyników badań krwi (a także wszelkich innych badań, takich jak wymazy z pochwy, zeskrobiny skóry czy USG), co nie musi, ale może wymagać przedyskutowania sprawy z pacjentem przez telefon, jeżeli występują nieprawidłowości. Szczerze mówiąc, większość wyników czeka na koniec dnia, zabieram się do nich po 18:45, jako że zazwyczaj nie nadążam – podobnie jak każdy inny lekarz rodzinny na świecie.

„Zmiana” składa się na ogół z około dwudziestu dziesięciominutowych wizyt osobistych i pięciu siedmiominutowych konsultacji tele­fonicznych. Tak więc każdego dnia mniej więcej czterdziestu pacjentów pojawia się w gabinecie, do dziesięciu dzwonię i jednego odwiedzam w domu. Skromnie licząc. W ten sposób w ciągu czterech dni pracy (piątym dniem zajmiemy się później) przyjmuję stu sześćdziesięciu pacjentów, rozmawiam przez telefon z czterdziestoma i realizuję cztery wizyty domowe. Nie dotyczy to oczywiście dni, kiedy gabinet jest otwarty dla wszystkich (nie trzeba się wcześniej umawiać, można przyjść bez zapisu i po prostu poczekać), co ma miejsce raz w tygodniu. Zjawia się wówczas milion osób i cały dzień jest kompletnie spieprzony z powodu choćby samej liczby chętnych. Mimo wszystko jednak nikogo nie winię – umówienie się na wizytę może być koszmarem, a wejście wprost z ulicy to niezawodny sposób na dostanie się do lekarza. Mocni w matematyce wykalkulują szybko, że działam jako lekarz rodzinny tylko cztery dni w tygodniu – pięć dni przyjmowania pacjentów z rzędu to po prostu za wiele jak na ludzkie barki. Ważne, żebyście wiedzieli, że lekarze rodzinni pracują w gruncie rzeczy w różnym wymiarze godzin. Począwszy od jednego dnia w tygodniu, skończywszy na pięciu dniach – to ostatnie zdarza się bardzo rzadko i dotyczy bardzo nielicznych. Wielu uzupełnia swoje dochody, podejmując dodatkowe zajęcia (chyba jednak robi się z tego wtedy pięciodniowy tydzień pracy), na przykład w tak zwanych grupach praktyk opieki podstawowej (primary care groups), których zadaniem jest koordynacja usług medycznych w regionie. W zasadzie rzadko kiedy lekarz rodzinny przyjmuje swoich pacjentów pięć dni w tygodniu. Wierzcie mi, byłoby to zabójcze nie tylko dla lekarza; pacjent również nie czułby się za dobrze, widząc swojego doktora przemęczonego i wypalonego. Każdy zasługuje na lekarza czujnego i skoncentrowanego.

A teraz o samych konsultacjach. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy naciskam dzwonek i wciągam powietrze, pełen wyczekiwania. Wtedy też rusza zegar odmierzający hipotetyczne dziesięć minut. I tu mamy od razu pierwsze wyzwanie: wejście pacjenta do tego przeklętego gabinetu. Samo to może zabrać pięć minut. Zaczynając od osób starszych chodzących o kulach, przez wózki inwalidzkie czy okropne w prowadzeniu wózki dla bliźniąt, a kończąc na tych, którzy po prostu nie widzą lub nie słyszą swojego imienia, kiedy pojawia się bądź rozlega w poczekalni, ponieważ są pogrążeni w rozmowie telefonicznej. Witam ich wszystkich w gabinecie i przedstawiam się jako Max Skittle – nigdy doktor Skittle, to stanowczo zbyt oficjalny tytuł (uważam, że stwarza niepotrzebną hierarchię między mną a pacjentem). Kiedy już to mamy załatwione, wysłuchuję konkretnej historii (co panu/pani dolega?) i przeglądam notatki kliniczne w komputerze, aby sprawdzić, jakie problemy medyczne pacjent miał w przeszłości, jakie bierze leki i tak dalej.

Następnie badam go i jeżeli trzeba, mierzę mu: tętno, ciśnienie, temperaturę, częstość oddechów, poziom tlenu we krwi i tym podobne, próbuję postawić diagnozę i ułożyć plan leczenia, którego nie odrzuci z nienawiścią, wpisuję do komputera notatki, tak żeby każdy, kto je przeczyta, rozumiał, o co chodzi, i wreszcie – ponieważ pozwala mi to podnieść się z fotela – odprowadzam pacjenta do drzwi, delikatnie go popychając jak miniaturową łódkę na młyńskim stawie (z ukrytą siłą potężnej wichury). I wtedy wypuszczam powietrze…

Podczas gdy podświadoma część mojego umysłu sprawia, że machinalnie wykonuję kolejne kroki, świadoma część jest skierowana na podjęcie decyzji o tym, jakie powinno się wykonać badania, jak ustawić leczenie i jakie zaplanować działania kontrolne – wszystko to przed upływem trzeciej minuty konsultacji. Przekładając z polskiego na nasze, w tym momencie mam już wypracowaną idealną metodę pozbycia się pacjenta z gabinetu w odpowiednim czasie, tak aby nie narazić się na śmierć po drodze (a w każdym razie zbytnio się do niej nie zbliżyć). Zostaje mi siedem minut na zmianę marzenia w rzeczywistość. Jak zapewne zauważycie, czytając tę książkę, rzeczywistość zawsze, rzecz prosta, dodaje temu wyzwaniu pikanterii, wprowadzając do gry pacjentów psychotycznych, pacjentów z pięcioma problemami, pacjentów nieanglojęzycznych czy – to moi ulubieńcy – pacjentów, którzy nie potrafią nawet znaleźć gabinetu. Wszystko to w dziesięć minut, i tak jedna wizyta po drugiej.

Jak tego nie kochać?

Dość wyjaśnień na teraz. Trzeba zacząć ten poniedziałek, okej? Klik! Dzyń! W ciągle wilgotnych spodniach wstaję, aby powitać dzisiejszego pierwszego pacjenta…

Dzień dobry. Nazywam się Max Skittle. W czym mogę pomóc?

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] National Health Service, Narodowa Służba Zdrowia; angielska państwowa służba zdrowia – przyp. tłum.

[2] P45 to rodzaj PIT-u, dokument otrzymywany w chwili rozwiązywania umowy o pracę – przyp. tłum.

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz