Legenda o samobójstwie - David Vann - ebook + książka

Legenda o samobójstwie ebook

David Vann

3,8

Opis

Kiedy ojciec proponuje Royowi spędzenie kilku miesięcy na odludnej wyspie Sukkwan, tylko we dwóch, chłopak waha się, zanim postanowi opuścić dom i znaną sobie codzienność. Nic nie potoczy się tak, jak sądzili. Życie zaskakuje i ciągle przypomina, że nie wszystko można przewidzieć, zaplanować i ułożyć po swojemu. Ważne jest, by przetrwać, odnaleźć radość tam, gdzie tylko się da, i wybaczyć innym ich słabości.

Skomplikowane relacje rodzinne, trudne wybory, miłość i namiętności, to wszystko znajdziemy w oszczędnej prozie Davida Vanna, która targa emocjami czytelnika i której nie da się zapomnieć.

 

Legenda o samobójstwie to książka utkana z pięknych, głęboko wstrząsających opowieści. Uważajcie - to powieść, którą zapamiętacie do końca życia.

- Jakub Żulczyk

 

Jeśli szukasz książki nieoczywistej, zaskakującej i poruszającej to musisz poznać Legendę o samobójstwie Davida Vanna. Autor stworzył przejmującą opowieść o relacji syna i ojca, dorównującą   klasykom światowej literatury. Vann nie boi się literackiego i artystycznego ryzyka, wręcz zaskakując tym, jak łatwo omija rafy sentymentalizmu i kiczu. Proza, z którą trzeba się zmierzyć.

- Wojciech Szot, Kurzojady

 

Prawdziwie wielki pisarz.

- The Irish Sunday Independent

 

Pełna mściwości, a jednocześnie żalu i empatii, wiarygodna, a jednocześnie odrealniona, i absolutnie wciągająca.

- Christopher Tayler, The Guardian

 

Nieustępliwa, rozdzierająca serce doskonałość, która wytrzyma porównanie z Drogą Cormaca McCarthy’ego.

- The Weekend Australian Magazine

 

Doskonała (…) Proza Vanna ma w sobie siłę Cormaca McCarthy’ego i Hemingwaya, a jednocześnie własną energię i zwinność.

- The Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (146 ocen)
44
53
31
14
4
Sortuj według:
edziksledzik

Nie polecam

Ta książka mocno działa na emocje, te emocje, których nie lubimy. Ojciec wkurza, ale jest też świetnie oddana jego pokrzywiona psychika. Przez cały czas miałam chęć palnąć go. w łeb i krzyknąć: weź się chłopie ogarnij! Nie do końca jednak kumam zakończenie, jest napisane w taki sposób, że w sumie wszystkie wydarzenia przedstawione w książce stają się wątpliwe. No bo kto w koncu popełnił samobójstwo, a kto snuje legendę?
00
kasiatylek

Z braku laku…

Poprawna literacko ale nie zachwycająca. Chciałoby się czegoś więcej ...
00
chopek_roztropek

Dobrze spędzony czas

Motyw przewodni, mimo że bardzo smutny, to opisany z różnych punktów widzenia staje się bardziej "oswojony". Biorę się za następną książkę Vann'a i mam wrażenie, że też będzie się kręciła wokół samobójstwa ojca autora.
00

Popularność




Tytuł oryginału Legend of a Suicide

Przekład Dobromiła Jankowska

Redakcja Maria Wirchanowska

Korekta Marcin Grabski, Grzegorz Krzymianowski

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

Skład i łamanie Dariusz Ziach

Copyright © David Vann 2008, 2010

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2018

Zdjęcie autora na okładce Copyright © Susanne Schleyer/autorenarchiv.de

ISBN 978-83-949414-2-0

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2018

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151,

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla mojego ojca

JAMESA EDWINA VANNA

(1940–1980)

Ichtiologia

Matka urodziła mnie na wyspie Adak, niewielkim kawałku skały i śniegu w odległym archipelagu Aleutów, przy krawędzi Morza Beringa. Ojciec odbywał dwuletnią służbę w marynarce jako stomatolog; poprosił o przydział na Alasce, ponieważ lubił myślistwo i wędkowanie, ale podejmując tę decyzję, najwyraźniej nic nie wiedział o Adaku. Moja matka, gdyby wiedziała, własnoręcznie wykreśliłaby tę jego prośbę. Jeśli miała wystarczająco dużo informacji, nigdy nie podejmowała złych decyzji.

Dlatego też nie zgodziła się, by jej rozpalone dziecko z żółtaczką zabrano z podziemnego szpitala wojskowego na Adaku i umieszczono w samolocie przez ponad sześć godzin czekającym na pasie startowym. Miałem czterdziestostopniową gorączkę, która rosła, więc lekarze i ojciec zalecali przetransportowanie mnie na stały ląd, do prawdziwego szpitala (podczas naszego pobytu na Adaku nikt nie przeżył tam nawet lekkiego zawału serca – nikt), ale matka odmówiła. Była pewna, czuła to, co mój ojciec zawsze opisywał jako zwierzęcy, instynktowny strach, że gdy tylko wzniosę się w powietrze, umrę. Umieściła mnie więc w zwyczajnej białej wannie wypełnionej zimną wodą – i tam przetrwałem. Rozkwitłem wręcz. Koloryt mojej pomarańczowej, plamistej skóry stopniowo się wyrównał; nabrała odcienia zdrowego dziecięcego różu, kończyny się rozluźniły i zacząłem machać nogami. Wtedy matka wyjęła mnie z wody i w końcu oboje zasnęliśmy.

Kiedy ojciec odpracował wyrok w marynarce, przeprowadziliśmy się na Ketchikan, wyspę w południowo-wschodniej części Alaski, gdzie ojciec kupił gabinet dentystyczny, a trzy lata później łódź rybacką. Była to nowa siedmiometrowa motorówka Uniflite z kabiną z włókna szklanego. Pewnego późnego piątkowego popołudnia ojciec (wciąż w lekarskim fartuchu pod kurtką) zwodował łódź, podczas gdy my kibicowaliśmy mu z brzegu. Wślizgnął się na swoje miejsce w porcie, a następnego ranka stał na krawędzi pomostu, spoglądając dziewięć metrów w dół przez czyste, lodowate alaskańskie wody na Snow Goose, która siedziała jak biała fatamorgana na zaokrąglonych szarych kamieniach na dnie. Ojciec nazwał łódź śnieżną gęsią, marzył bowiem o tym, że swoim białym kadłubem pofrunie nad falami, tyle że po zwodowaniu zapomniał wcisnąć korki spustowe. W przeciwieństwie do mojej matki nigdy nie widział i nie słyszał tego, co działo się pod powierzchnią.

Tamtego lata, kiedy w drodze powrotnej do portu frunęliśmy nad falami (ojciec kazał podnieść i wyczyścić Snow Goose, dowód na to, że upór czasami rekompensuje brak wyobraźni), siedziałem na otwartym, ale osłoniętym tylnym pokładzie z połowem halibuta z całego dnia i wzlatywałem z rybami w powietrze za każdym razem, gdy ojciec przepływał nad jedną falą i wgniatał się w kolejną. Halibuty leżały sobie płasko, jak szarozielone psy na białym pokładzie, a ich duże brązowe oczy spoglądały na mnie z nadzieją, dopóki nie walnąłem w rybią głowę młotkiem. Moim zadaniem było uniemożliwić rybom wyskoczenie z łodzi. W tych szerokich, płaskich ciałach kryła się bowiem niesamowita siła i porządnym machnięciem ogona potrafiły unieść się na trzydzieści, a nawet sześćdziesiąt centymetrów, aż migały ich białe brzuchy. Nawiązaliśmy nieme porozumienie: jeśli nie będą wyskakiwać, nie będę tłuc ich w głowę młotkiem. Czasami jednak, kiedy rejs robił się wyjątkowo szalony, aż wszystkich nas raz po raz wyrzucało w powietrze, a rybia krew i śluz pokrywały mnie całego, waliłem kilka razy na zapas, do czego przyznaję się ze wstydem. Inne halibuty z okrągłymi brązowymi oczami i długimi, krytycznymi pyskami widziały, co zrobiłem.

Kiedy cumowaliśmy po tych rejsach, matka wszystko dokładnie sprawdzała, korki spustowe też, a ojciec tylko patrzył. Bawiłem się, klęcząc na zniszczonych deskach pomostu, a raz zobaczyłem, jak z przewróconej zardzewiałej blaszanej puszki wypełza jakieś przerażające stworzenie. Na widok tych obrzydliwych barbarzyńskich nóg zawyłem, przechyliłem się do tyłu i wpadłem do wody. Szybko mnie wyłowiono i wrzucono pod gorący prysznic, ale nie zapomniałem tego widoku. Nikt wcześniej nie mówił mi o jaszczurkach – naprawdę nie wiedziałem o istnieniu gadów – ale zobaczywszy jedną po raz pierwszy, od razu wiedziałem, że to krok w złym kierunku.

Niedługo potem, miałem wtedy niecałe pięć lat, ojciec również zaczął wierzyć, że zawędrował w złym kierunku, wyruszył więc na poszukiwanie doświadczeń, których dotychczas – jak uważał – życie mu odmawiało. Moja matka była zaledwie drugą kobietą, z którą kiedykolwiek się spotykał, teraz do tej listy dodał jeszcze pomoc dentystyczną ze swojego gabinetu. Noce w naszym domu wkrótce wypełniły się lamentami o niewyobrażalnej dotąd treści i intensywności.

Ulotniłem się któregoś wieczoru, kiedy ojciec samotnie płakał w salonie, a matka tłukła rzeczy w ich wspólnej sypialni. Nie wydawała ludzkich dźwięków, ale potrafiłem nakreślić, jak porusza się po pokoju, wyobrażając sobie, co drewnianego właśnie pęka, szklanego się tłucze, gipsowego rozpada. Wymknąłem się w łagodny, wodnisty świat alaskańskiej nocy w deszczowym lesie, bezgłośnym, jeśli nie liczyć deszczu, i szedłem w piżamie drugą stroną ulicy, zaglądając w ciemne niskie okna salonów, podsłuchując pod drzwiami, aż pod którymiś usłyszałem mruczący dźwięk, do tej pory mi nieznany.

Przeszedłem dokoła na tył domu, otworzyłem zewnętrzne siatkowe drzwi i przycisnąłem ucho do zimnego drewna. Tutaj dźwięk zdawał się niższy, coś jakby jęk, ledwie słyszalny.

Drzwi były zamknięte, ale podniosłem gumowy róg wycieraczki i – tak jak u nas – leżał pod nią klucz. Wszedłem do środka.

Odkryłem, że buczący dźwięk dochodzi z filtra pompy w akwarium z rybkami. W samotnym chodzeniu po cudzym domu było coś okropnego, przemknąłem więc ostrożnie po linoleum i usiadłem na wysokim kuchennym stołku. Obserwowałem, jak rybki w pomarańczowo-czarne paski wsysają i je wypluwają. W akwarium były również większe kamienie: kawałki lawy z ciemnymi jaskiniami i zagłębieniami, z których wyglądało wiele malutkich okrągłych oczu, lśniących jak folia aluminiowa. Niektóre rybki miały jaskrawe czerwono-niebieskie ciała, inne jaskrawopomarańczowe.

Przyszło mi do głowy, że mogą być głodne. Podszedłem do lodówki, zobaczyłem ogórki konserwowe w plasterkach, otworzyłem słoik i przyniosłem go, żeby pokazać rybkom. Na pokrywie akwarium, z tyłu, znalazłem szpary i wrzuciłem przez nie kawałki ogórka, najpierw jeden czy dwa, potem cały słoik, plasterek po plasterku, w końcu wlałem również wodę, aż akwarium napęczniało i krople zaczęły spływać po ściankach.

Gapiłem się na błyszczące i dryfujące z rybkami plasterki ogórków – niektóre tonęły, wirując. Podskakiwały powoli nad jaskraworóżowymi i niebieskimi kamieniami poniżej. Rybki w pomarańczowe paski najpierw pływały jak szalone, kiedy wlewałem wodę, ale teraz i one poruszały się wolniej. Odrobinę przechylały się na bok, kilka odpoczywało na kamieniach. Inne co parę chwil wyciągały długie przezroczyste pyszczki nad powierzchnię i zasysały powietrze. Ich boczne płetwy drżały lekko jak zwiewna koronka.

Kiedy plasterki ogórków już osiadły, kołysały się niczym śpiące rybki tuż nad różowym i błękitnym żwirkiem, a prawdziwe rybki kołysały się obok w milczeniu, jakby leżały na łące z morskiej trawy i zanurzonych liści lilii wodnych. To był piękny obraz i w tym momencie piękna nachyliłem się do przodu.

Przycisnąłem dłonie i twarz do szyby, wpatrując się w nieme czarne jądro jednego z tych srebrzystych oczu. Miałem wrażenie, że ja również się unoszę, delikatnie kołyszę, jakby w pustce, i w tym ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że naprawdę czuję to kołysanie, i postrzegając, że postrzegam siebie, zrozumiałem, że ja to ja. Wytrąciło mnie to z równowagi, potem zapomniałem, co mnie wytrąciło, straciłem zainteresowanie rybami i klapiąc stopami po linoleum, wyszedłem znowu na miękki, ciemny deszcz.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji – do czytania i dobrej prozy zagranicznej. Pauza będzie specjalizować się w literaturze z wyższej półki, która wciąga, pochłania, wywołuje emocje. Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki z całego świata, ale też mocne debiuty literackie. Legenda o samobójstwie to pierwsza książka Wydawnictwa Pauza.