Lee Schubienik - Aleksandra Konefał - ebook

Lee Schubienik ebook

Aleksandra Konefał

4,0

Opis

Siedemnastoletnia Alicja, córka przedwcześnie owdowiałego barona von Tochka, zamieszkuje nawiedzaną przez duchy, gotycką rezydencję, od kilku stuleci dumnie górującą̨ nad miasteczkiem Statton. Życie dziewczyny zamienia się w pasmo udręk, gdy ojciec decyduje się na odesłanie córki z liceum w Alton i zorganizowanie jej w domu prywatnych lekcji. Zrozpaczona dziewczyna, szukając zapomnienia w ciszy pobliskiego lasu, spotyka na swojej drodze tajemniczego mężczyznę, który... właśnie zamierza popełnić samobójstwo. Wkrótce potem Alicja zdaje sobie sprawę, że darzy niedoszłego wisielca wyjątkowo silnym uczuciem. Jednak jej nowy przyjaciel okazuje się jeszcze dziwniejszy niż okoliczności, w jakich się poznali…

Sznur przywiązany do gałęzi również gdzieś zniknął. Mężczyzna musiał zabrać go ze sobą. Czyżby odstąpił od swego zamiaru? A może wybrał jakieś inne, bardziej dogodne miejsce? Może mijała po drodze jego zwłoki? Na samą myśl aż się wzdrygnęła. Zdjęła z ramienia ciężką torbę, położyła ją na ziemi, a sama usiadła pod najbliższym drzewem. Czego się właściwie spodziewała? Mężczyzna mógł być w tej chwili dosłownie wszędzie. Wpatrzyła się w sunące po niebie chmury. Przypomniały jej się słowa Jacinta uskarżającego się, że na najbliższe dni zapowiadane są gwałtowne ulewy.
Coś poruszyło się w krzakach. Alicja poderwała się gwałtownie z miejsca i stała przez chwilę z ręką przyciśniętą do piersi. Trzask gałęzi, nieznaczny szelest, a potem coś czarnego, z wściekle żółtymi ślepiami wyszło na skąpaną w słońcu polanę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1 |Z baronem się nie dyskutuje

Tego ranka Alicja obudziła się w wyjątkowo podłym nastroju i nie był on spowodowany niekorzystnymi warunkami pogodowymi, jakie panowały na zewnątrz. Bębniące o parapet krople deszczu i uderzające w okiennice gałęzie drzew zdawały się niewielkim problemem w porównaniu z tym, co zdarzyć się miało o godzinie dziesiątej.

Wczoraj wieczorem baron von Tochek wezwał Alicję do swojego gabinetu. Wprawiło ją to w szczere zdumienie, gdyż zwykle tego nie czynił. W ogóle z nią nie rozmawiał, a jeżeli już miał córce coś ważnego do zakomunikowania, robił to przez pośrednika w postaci jednego ze swoich służących.

Tym razem sprawy przybrały jednak inny obrót. Punktualnie o ósmej Alicja zapukała cicho do drzwi gabinetu ojca. Odpowiedziała jej cisza, więc stanowczo nacisnęła klamkę i wkroczyła do pokoju. Do tej pory była w tym pomieszczeniu tylko dwa razy w życiu – w dniu śmierci swojej matki, kiedy przyszła poinformować ojca, że na dole pojawił się właściciel zakładu pogrzebowego oraz dokładnie rok temu, pod koniec lipca, gdy baron wybierał się w jedną ze swoich podróży służbowych i uznał za stosowne, by poinformować córkę, iż przez jakiś czas będzie pełniła obowiązki pani domu.

Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętała. Jedyne źródło światła w tym ponurym miejscu stanowiła stara, rozklekotana lampa, stojąca na dębowym biurku. Wielkie okno wychodzące na okoliczny staw zaciągnięte było czarną zasłoną, podobnie jak kilka wiszących na ścianie obrazów. Nigdy nie pytała ojca, co przedstawiały i dlaczego nie chciał ich oglądać. Równie dobrze mógł się ich pozbyć, ale najwyraźniej stanowiły dla niego jakąś wartość, skoro wciąż je tu trzymał.

Tym, co budziło szczególny podziw osób, którym dane było oglądać gabinet barona von Tochka, była jego okazała biblioteka. Wysokie na kilka metrów, tonące w mroku regały mogły pomieścić tysiące książek i stanowiły pierwszy element wystroju, który rzucał się w oczy po przestąpieniu progu tej niezwykłej pracowni. Dzieła zgromadzone przez barona wzbudzały zazdrość u niejednego kolekcjonera, a on sam nie szczędził sił ani środków na sukcesywne powiększanie swojego mienia. Niejednokrotnie Alicja miała okazję oglądać egzotycznie wyglądających gości, dźwigających paczki pełne różnorakich ksiąg, którzy znikali w gabinecie jej ojca, a następnie opuszczali go z plikiem banknotów w dłoni.

Tego wieczora Alicja nie zastała barona siedzącego za biurkiem. W środku panowała niczym niezmącona cisza. Nie słychać było nawet monotonnego dźwięku starego mosiężnego wahadła, które – jak pamiętała – stanowiło nieodłączny element wiekowego zegara zajmującego miejsce w rogu pomieszczenia. Zauważyła, że i sam zegar gdzieś zniknął, a na jego miejscu pojawiła się wielka donica z fikusem, którą baron zakupił na targowisku zeszłego lata.

Rzucając ukradkiem spojrzenia w stronę pozasłanianych portretów i czując się co najmniej nieswojo, Alicja usadowiła się w wygodnym, skórzanym fotelu naprzeciwko biurka. Zaledwie to uczyniła, usłyszała za swoimi plecami nieznaczny szelest, a po chwili z ciemnego kąta wyłonił się baron dźwigający stertę książek w grubych, zakurzonych oprawach. Zręcznym ruchem rzucił je na biurko, po czym zajął miejsce w swoim ulubionym fotelu, dokładnie na wprost córki. Założył ręce na piersi, zmierzył ją uważnym spojrzeniem i wybuchnął gromkim śmiechem.

– Aleś wyrosła! Ho, ho! Całkiem przystojna z ciebie niewiasta, Alicjo. Poczekaj, już niedługo nie będziesz mogła się opędzić od wielbicieli!

Mario von Tochek łączył w sobie wszystkie te cechy, które zwykle przywodzą na myśl klasycznych baronów pojawiających się w opowieściach dla młodych dziewcząt. Był obrzydliwie bogatym wdowcem po czterdziestce, którego pokaźnej tuszy nie maskował nawet specjalnie dla niego skrojony garnitur, a mocno przerzedzone włosy na czubku głowy wskazywały na nieubłagany upływ czasu. Mimo to starał się, jak mógł, aby wciąż cieszyć się tytułem najlepszej partii w okolicy. Efektem tych starań było nadmierne zamiłowanie barona do najrozmaitszych medykamentów i kosmetyków mających pomóc mu zatrzymać młodzieńczy jeszcze (w jego mniemaniu) wygląd.

Alicja nie odpowiedziała na jego zaczepkę, tylko jeszcze bardziej się zasępiła i skupiła na napisach zdobiących okładki przyniesionych przez niego książek.

Baron, widząc, że córka nie jest w nastroju do prowadzenia dyskusji dotyczących swojej romantycznej przyszłości, chrząknął zniecierpliwiony. Rozmowy z młodszą wersją jego zmarłej żony nigdy nie należały do łatwych. Co prawda, gdyby prowadził ich więcej, może udałoby mu się znaleźć odpowiedzi na szereg nurtujących go pytań, ale jako że von Tochek nie rozmawiał z córką prawie w ogóle, wciąż pozostawała dla niego jednym wielkim znakiem zapytania.

– Jak zapewne już wiesz, Alicjo – zaczął, a córka zwróciła ku niemu obojętne spojrzenie – Arabella i ja mamy zamiar w niedługim czasie sformalizować nasz związek.

– Trudno byłoby o tym nie słyszeć, skoro wszystkie miejscowe kobiety nie rozmawiają od tygodni o niczym innym – odparła chłodno Alicja.

– Tak… – wymamrotał, wyraźnie zbity z tropu. – Arabella i ja mamy zamiar sformalizować nasz związek. Wielkie zmiany czekają całą naszą rodzinę, Alicjo. I nie ominą także ciebie.

– Chcesz mi powiedzieć, że będę robiła za druhnę?

– Nie, nie. O to nie musisz się martwić. Za wynajem druhen już zapłaciłem.

– Dzięki ci, Boże – mruknęła dziewczyna pod nosem.

– Arabella i ja dużo ostatnio rozmawialiśmy o twojej przyszłości.

– Doprawdy? Ona też?

– I doszliśmy do wniosku – kontynuował baron, nie zwracając uwagi na jej złośliwe docinki – że kluczowym elementem twojego dalszego wychowania jest zapewnienie ci odpowiedniego wykształcenia.

– Szkoda, że nie wpadliście na ten genialny pomysł zeszłego lata, gdy zabraliście mnie z Alton i ulokowaliście tutaj.

– Mieliśmy na uwadze wyłącznie twoje dobro, kochanie.

– Wypisując mnie ze szkoły?

Baron wyprostował się w fotelu i położył obie ręce na biurku.

– Alton to nie miejsce dla ciebie, Alicjo. Zapisałem cię tam tylko dlatego, że taka była wola twojej tragicznie zmarłej matki. Niemniej jednak nie mogę pozwolić, aby moja córka uczęszczała do szkoły, w której kształcą się dzieci osób…

– Biedaków.

– Słucham?

– Nie chcesz mnie w szkole, w której uczą się dzieci biedaków – powtórzyła spokojnie Alicja.

– Och, nie używajmy tak dosadnych słów, moja droga.

– Wszyscy wiedzą, że gardzisz biedakami, ojcze.

– Proszę cię, Alicjo…

– Więc na jaki genialny pomysł wpadliście tym razem?

Baron, widząc w tej nagłej zmianie tematu szansę na ocieplenie stosunków z córką, podjął z entuzjazmem:

– Arabella i ja… – zaczął.

– Tak, tak, to już wiemy.

– …postanowiliśmy wspólnie, a właściwie był to bardziej jej pomysł… Cóż za wspaniała, przewidująca kobieta…

– Tato…

– Otóż postanowiliśmy, że nie będziesz już więcej zmuszana do zmiany szkoły i tego ciągłego przenoszenia się.

– Nie rozumiem.

– Naukę będziesz kontynuowała na miejscu.

– Pragnę ci przypomnieć, że najbliższe liceum mieści się w Alton, a tam raczej nie mam już czego szukać.

– Nie, Alicjo! – Prawie krzyknął baron, a usta rozświetlił mu promienny uśmiech. – Tutaj! Będziesz pobierała nauki w domu!

W gabinecie zapadła absolutna cisza. Von Tochek, cały przepełniony radością, wpatrywał się tępo w siedzącą naprzeciw niego córkę. Ona natomiast przez chwilę siedziała nieruchomo, wpatrując się nieobecnym wzrokiemw sygnety na palcach ojca, po czym podniosła się z godnością z fotela i odparła tym samym, obojętnym tonem:

– Kategorycznie odmawiam.

Twarz barona w ułamku sekundy zmieniła barwę na purpurową. Poderwał się gwałtownie z fotela i wrzasnął rozpaczliwie:

– Ale dlaczego?!

Alicja milczała, wpatrując się w niego lodowatym wzrokiem.

– Pani Donell jest najlepszą prywatną nauczycielką w mieście. Jestem pewien, że znakomicie przygotuje cię do państwowych egzaminów! – Ciągnął, wymachując w powietrzu swoimi wielkimi rękami.

– Nie obchodzi mnie, kim jest pani Donell! – krzyknęła Alicja, tracąc zimną krew. Wszystko w niej wrzało. Nagle poczuła nieodpartą chęć ciśnięcia w barona jedną z grubych ksiąg leżących na biurku. – Nie będę tu siedziała jak w jakimś więzieniu, patrząc na ciebie i twoją smarkatą Arabellę, jak popijacie sobie herbatkę w saloniku! Nie będę wysłuchiwała marudzenia jakiejś starej sfrustrowanej baby i nie mam zamiaru podporządkowywać się waszym chorym, irracjonalnym pomysłom! – Wzięła głęboki oddech i spojrzała na niego z nienawiścią.

– Marsz do swojego pokoju! – wrzasnął baron, tracąc resztki opanowania. – Czy ci się to podoba, czy nie, jutro o dziesiątej masz spotkanie organizacyjne z panią Donell. Jak będzie trzeba, to zaciągnę cię tam siłą!

– Nie zrobisz tego. Zrobi to za ciebie któryś ze służących! – wykrzyczała, trzasnęła z całej siły drzwiami i z wypiekami na twarzy wybiegła z gabinetu.

*

Kiedy około dziewiątej rano drzwi jej pokoju się otworzyły i stanął w nich młody Bartie, Alicja nadal leżała bezwładnie na łóżku. Kołdra, którą poprzedniego wieczora dla niej przygotował, spoczywała na podłodze, a poduszka ciśnięta była w najdalszy kąt pomieszczenia.

– Co tu się stało? – zapytał chłopak, wchodząc ostrożnie do środka. Podszedł do okna i odsunął zasłony. Alicja zmrużyła oczy, gdy poranne światło wtargnęło z impetem do pokoju. Wyciągnęła anemicznie rękę i sięgnęła po porzuconą kołdrę. Kiedy udało jej się naciągnąć ją na głowę, poczuła gwałtowne szarpnięcie i chwilę później była już na nogach.

– Jesteś brutalny – mruknęła, przecierając oczy rękawem.

– A panienka bezlitosna – odparł spokojnie. Stanął naprzeciwko niej, skrzyżował ramiona na piersi i przyjrzał się jej uważnie. – A jakie oczy ma zapuchnięte…

– Nie wymądrzaj się – rzuciła markotnie i skierowała się powolnym krokiem w stronę łazienki.

– Na dole czeka panna Arabella – zakomunikował Bartie, wyciągając z kąta poduszkę. – Ma nadzieję, że panienka dołączy do niej podczas śniadania.

– A ojciec? – zapytała Alicja, przypominając sobie wczorajszą kłótnię z baronem.

– Wyszedł z samego rana.

– Świetnie.

– Niepotrzebnie się panienka tak wczoraj unosiła. Baron, co prawda, jest uparty, a panna Arabella dość… dość charakterystyczna… Ale bądź co bądź dzięki prywatnym lekcjom zyska panienka dogodny pretekst do częstszego opuszczania domu. Z tego, co wiem, pani Donell wprost przepada za organizowaniem swoim wychowankom lekcji w plenerze.

– Bartie? – Alicja odwróciła się do niego.

– Tak?

– Znowu podsłuchiwałeś?

– Skądże. Akurat byłem w trakcie wieszania obrazu obok gabinetu barona – odparł z pokrętnym uśmieszkiem i puścił do niej oko.

– Poinformuj Arabellę, że będzie dziś miała niebywałą okazję, aby dołączyć do mnie podczas śniadania.

– Z największą przyjemnością – rzekł Bartie, nisko się kłaniając.

Alicja posłała mu szelmowski uśmiech i zniknęła za drzwiami łazienki.

Rozdział 2|Pani Donell

Miasteczko Statton usytuowane było w południowej części Półwyspu Fenińskiego, na wschód od linii kolejowej łączącej Alton z Tedorą. Otoczone z każdej strony górami i gęstymi lasami sprawiało wrażenie miejsca niedostępnego dla zwykłych śmiertelników. Jego mieszkańcy mogli poszczycić się wielowiekową tradycją, sięgającą czasów, gdy przez terytoria te ciągnęły oddziały Dendryka Wspaniałego szykujące się do rozprawy z armią Salmara Zeźlonego. O słynnej bitwie pod Wiśniową Gruszą uczyły się całe pokolenia zamieszkującej okoliczne tereny ludności, jednak mało kto pamiętał o roli, jaką odegrało w tym całym wojennym zamieszaniu małe Statton.

W owych czasach przez miasteczko przebiegała tylko jedna droga, łącząca miejscowy kościół położony na południu miasta z niewielką karczmą usytuowaną po stronie północno-zachodniej. W niej to, zgodnie z krążącą od wieków legendą, miał zatrzymać się sam Dendryk Wspaniały.

Podczas swojego pobytu w Statton zakochał się ze wzajemnością w młodziutkiej Alegorii, córce starego karczmarza Dreika. Dziewczyna zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że obiecał jej rychły ślub, który miał się odbyć zaraz po powrocie z wojennej wyprawy. Ale choć bitwa pod Wiśniową Gruszą przyniosła wspaniałe zwycięstwo jego armii, to sam Dendryk przypłacił je niestety życiem. Zrozpaczona Alegoria na wieść o śmierci ukochanego popełniła samobójstwo. W krótkiej notce wyjaśniającej powód powziętej decyzji zaznaczyła, że Dendryk przed odjazdem zostawił jej pokaźną sumkę, którą z obawy przed zawiścią sąsiadów ukryła w lesie.

Gdy wieść o ukrytym skarbie Dendryka Wspaniałego rozniosła się po okolicy, wszyscy mieszkańcy Statton udali się na poszukiwania. Po wielu tygodniach w pobliżu małego potoku przepływającego obok miasteczka odnaleziono tysiąc sztabek najczystszego złota. Lwią część skarbu przyznano jego znalazcy – młodemu Samuelowi Toczkowi, synowi miejscowego piekarza, a resztę przeznaczono na rozbudowę Statton.

Samuel Toczek w ciągu kilku miesięcy stał się najbogatszą i najbardziej wpływową osobistością w mieście. Na jego żądanie na jednym z najwyższych wzgórz we wschodniej części Statton wzniesiona została olbrzymia gotycka rezydencja ze wspaniałym, przylegającym do niej ogrodem. Sam Samuel wystarał się o tytuł barona oraz zmienił nazwisko na bardziej szlacheckie (z taką ilością posiadanych pieniędzy nie było to trudne) i już od przeszło kilku stuleci jego potomkowie zamieszkiwali to okazałe domostwo, dumnie górujące nad okolicą.

Monstrualnych rozmiarów rezydencja poprzetykana była siatką długich korytarzy łączących się ze sobą na kształt olbrzymiego labiryntu. Centralny jego punkt stanowiła imponująca jadalnia, która niegdyś pełniła funkcję sali balowej. Jej wysokie sklepienie upstrzone było barwnymi freskami, a siedem olbrzymich kryształowych żyrandoli oświetlało swoim blaskiem mahoniowe ściany przyozdobione portretami przodków barona von Tochka. Serce tego pomieszczenia stanowił długi na kilka metrów stół zdolny pomieścić około stu osób. Mimo jego pokaźnych rozmiarów służba zwykła nakrywać tylko jedno miejsce, na samym jego końcu. Alicja najczęściej przesiadywała tu sama, czasem prosząc któregoś ze służących, by dotrzymał jej towarzystwa. Baron nigdy nie schodził na śniadanie. Znikał wczesnym rankiem i wracał dopiero późnym wieczorem. Posilał się w swoim gabinecie na piętrze, bądź też, jak stwierdziła ostatnio Alicja, nie jadał w ogóle.

Tego ranka, gdy stanęła przed uchylonymi drzwiami jadalni, dobiegł ją gwar podniesionych głosów. Jeden z nich, donośny i wysoki, poznała natychmiast, nie mógł należeć do nikogo innego jak do Arabelli Thinhead. Tego drugiego nigdy wcześniej nie słyszała. Choć był nieco przytłumiony, rozpoznała bez trudu, że należy do młodego mężczyzny.

Nie będąc w stanie dłużej hamować ciekawości, chwyciła mosiężną gałkę i pchnęła wielkie, dębowe drzwi.

– Nareszcie jesteś, moja droga! – Zadźwięczał melodyjny, kobiecy głos i wysoka, nadmiernie wychudzona postać poderwała się z miejsca, by ją powitać.

Arabella nie mogła mieć więcej jak dwadzieścia pięć lat. Była wysoka i tak przeraźliwie chuda, że Alicja nie raz zastanawiała się, jak właściwie udaje jej się utrzymywać równowagę. Długie czarne włosy zwykle upinała w ciasny kok, co jeszcze bardziej uwydatniało nienaturalnie wielką głowę i upodabniało ją do przerośniętego owada.

Arabella przywitała gorąco przyszłą pasierbicę i zrobiła jej miejsce po swojej prawej stronie. Alicja usiadła i zorientowała się, że znalazła się na wprost młodego mężczyzny siedzącego po przeciwnej stronie stołu. Zerknęła na niego ukradkiem i poczuła, jak jej twarz oblewa gorący rumieniec. Młodzian sprawiał wrażenie skrajnie znudzonego i obrażonego na cały świat, ale przy tym wszystkim był niesłychanie urodziwy. Musiał być niewiele starszy od niej i pomimo niezadowolonej miny, jaką przybrał, Alicja dostrzegła ostre rysy jego twarzy, silnie zarysowany podbródek, duże zielone oczy i lekko kręcone, jasne włosy, które postawił zawadiacko na czubku głowy. Miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę i idealnie skrojone, czarne spodnie. Lewą rękę nonszalancko wsunął do kieszeni, a prawą obracał leżący przed nim na stole widelec. Gdy Alicja usiadła, obrzucił ją krótkim, badawczym spojrzeniem i wyprostował się nieznacznie na krześle.

– Dzień dobry – zaczęła niepewnie, obserwując go kątem oka.

Młodzieniec spojrzał na nią zdumiony, uniósł wysoko jedną brew i wydął lekceważąco wargi, nie odpowiadając na jej powitanie. Alicja znów poczuła, jak oblewa ją gorący rumieniec, ale tym razem miała niepohamowaną chęć ciśnięcia w chłopaka najbliżej stojącym krzesłem. Już otwierała usta, by zwrócić uwagę na jego maniery, gdy młodzieniec jednak się odezwał. Miał piękny, melodyjny głos, ale sposób, w jaki przeciągał sylaby, wzbudził w Alicji natychmiastową chęć mordu.

– Niech się pospieszą z tym śniadaniem. Nie mam zamiaru spędzić tu całego dnia – rzucił od niechcenia.

Już miała zamiar mu odpyskować, że jeżeli nie chce tu siedzieć, to nikt go przecież nie zmusza, ale po raz kolejny jej przerwano. Do jadalni wkroczył Bartie, pchając przed sobą wózek załadowany tostami, słoikami z dżemem, owocami, herbatą i mlekiem. Alicja z satysfakcją dostrzegła zazdrość na twarzy młodego gościa, kiedy przystojny, czarnowłosy lokaj zręcznymi ruchami przesuwał przed nim półmiski i talerze.

– Napije się panicz mleka? Do tostów będzie wyborne – zagadnął go Bartie. Chłopak tylko wzruszył obojętnie ramionami i znów ostentacyjnie wydął wargi.

– Derek nie przepada za mlekiem. Podaj mu herbaty, Bartie – odpowiedziała za niego Arabella.

Derek? Brat Arabelli? Alicja przypomniała sobie, jak kilka miesięcy temu przyszła macocha opowiadała baronowi o kłopotach wychowawczych, jakie sprawia jej młodszy brat Derek. Miały być na tyle poważne, że chłopak wydalony został ze szkoły i odesłano go do siostry. Arabella załamywała z rozpaczy ręce, kompletnie nie wiedząc, co z nim począć.

– Jak ci się spało, kochanie? – zagaiła Alicję swoim możliwie jak najsłodszym głosem.

– Wybornie – odpowiedziała Alicja z przesadną egzaltacją, a Bartie, nalewający właśnie mleka do jej kubka, parsknął śmiechem. Arabella obrzuciła go jadowitym spojrzeniem i kiwnęła ręką, by odszedł.

– Mam nadzieję, że twój ojciec raczył cię wczoraj poinformować, jakie mamy względem ciebie plany – kontynuowała.

Alicja przełknęła kęs swojego tosta i z ustami pełnymi okruchów odparła:

– Mówisz o tej drobnej wzmiance dotyczącej mojej przyszłej kariery naukowej i odseparowania mnie od świata? Coś tam wspominał.

Arabella zaniosła się perlistym śmiechem.

– Mój słodziak! Jak to miło z jego strony, że oszczędził mi całej fatygi!

Alicja poczuła, jak ją mdli. Zerknęła ukradkiem na Dereka. Wyglądał, jakby właśnie przełknął coś wyjątkowo niestrawnego.

– Mario i ja doszliśmy do wniosku, że dla was, dzieci, właściwy poziom edukacji jest wprost niezbędny! Tylko w ten sposób możemy was wychować na porządnych obywateli!

– A gdzie ty pobierałaś nauki, moja droga? – zapytała uprzejmie Alicja.

Arabella poruszyła się niespokojnie na krześle.

– Wszystko na tym świecie wymaga opanowania niezbędnych umiejętności, które przygotują was do właściwego funkcjonowania w społeczeństwie – kontynuowała, nie zwracając uwagi na to, że Alicja coś powiedziała. – Ale to niestety wymaga również wielu lat ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Długa droga przed tobą, Alicjo…

– Wywalili ją – rzucił niespodziewanie Derek, odstawiając na stół pustą szklankę. Alicja zwróciła ku niemu pytające spojrzenie. – Na trzecim roku wdała się w romans z nauczycielem astronomii i ją wyrzucili.

– Czy mój ojciec o tym wie? – zapytała Alicja, zapominając całkowicie o swoich tostach.

Arabella wyglądała tak, jakby właśnie obmyślała plan brutalnego zgładzenia swojego brata. Napotykając spojrzenie Alicji, wybuchła jednak gromkim śmiechem.

– Ależ to było totalne nieporozumienie! Mój kwiatuszek wie o tym od dawna i zbulwersowały go te bezpodstawne oskarżenia!

– Z pewnością – odparła Alicja, obdarzając ją jadowitym uśmiechem.

Arabella dokończyła w milczeniu swojego tosta.

– Jak już późno! – zapiszczała po dłuższej chwili. – Mam jeszcze tyle spraw do załatwienia! Alicjo, jak zapewne już wiesz, o dziesiątej macie spotkanie organizacyjne z panią Donell. Będzie czekała na was w gabinecie mojego pączuszka. Cóż za wspaniały człowiek! Udostępniać swoją prywatną pracownię dla dobra nauki! Niech no usłyszą o tym na salonach! No, ale my tu gadu-gadu, a czas ucieka! Do zobaczenia, kochaniutka. Życzę powodzenia. – Ucałowała Alicję i już wychodziła z jadalni, gdy niespodziewanie usłyszała:

– Czekaj!

Arabella stanęła w drzwiach i popatrzyła zszokowana na Alicję.

– Mamy spotkanie? Jacy „my”? – zapytała córka barona.

Arabella uśmiechnęła się do niej dobrodusznie i odparła:

– Ty i Derek, oczywiście. Życzę owocnej nauki!

*

– Nigdy mu tego nie wybaczę!

Dziesięć minut później Alicja siedziała już w kuchni i wylewała swoje żale Bartiemu zmywającemu naczynia. Kucharz Jacinto, trzydziestoletni mężczyzna w wielkich okularach z rogowymi oprawkami, ustawiał właśnie talerze na kuchennej półce.

– Różne rzeczy słyszałem o tym młodym Dereku – powiedział, wyciągając rękę ku najwyższej z półek. – Swojego czasu krążyła plotka, że razem z kolegą, tym chudym, przypominającym sępa, co to Bartie go zna… – Bartie energicznie kiwnął głową – …zamknęli w stodole jakiegoś pierwszoroczniaka i zamierzali podłożyć ogień. Całe szczęście, że akurat ktoś tamtędy przejeżdżał i usłyszał krzyki. Dziwię się, że już po tej aferze go nie wyrzucili. Chuligan jakich mało.

– I ja mam się uczyć z kimś takim? – mruknęła Alicja, ukrywając twarz w dłoniach. – Mój ojciec na starość zwariował. Nigdy, co prawda, normalny nie był, ale teraz przeszedł samego siebie.

– Niech się panienka nie obawia – rzekł dziarsko Bartie, wycierając ręcznikiem wielki kubek. – Moja w tym głowa, żeby młody Derek nie wchodził panience w paradę.

Alicja odpowiedziała mu smętnym uśmiechem. Podniosła się z krzesła, głośno westchnęła i powlokła się do wyjścia. Pani Donell pewnie już na nią czekała w gabinecie ojca. Tylko tego brakowało, żeby dostała burę pierwszego dnia zajęć. Już miała wychodzić, gdy Jacinto zatrzymał ją w drzwiach.

– Niech panienka później do mnie przyjdzie. Upiekę placek bananowy. Panienki ulubiony – powiedział, obdarzając ją ciepłym uśmiechem.

Uściskała go mocno i czym prędzej opuściła kuchnię w nadziei, że żaden z nich nie dostrzegł łez nabiegających do jej oczu.

Punktualnie o dziesiątej zapukała do drzwi gabinetu ojca. Podobnie jak poprzedniego wieczora odpowiedziała jej cisza. Alicja doszła do wniosku, że lekcja widocznie się jeszcze nie rozpoczęła, więc śmiało pchnęła drzwi i weszła do środka.

Słońce wlewało się do gabinetu przez lekko uchylone okno, sprawiając, że miejsce to wyglądało mniej ponuro niż zwykle. Złote refleksy oświetlały wysokie regały, a w powietrzu tańczyły drobinki kurzu. W świetle dziennym Alicja mogła dokładniej przyjrzeć się tytułom niektórych książek. Przez dłuższą chwilę przebiegała wzrokiem po kolorowych okładkach. Było tu chyba wszystko, od arcydzieł literatury światowej po obszerne encyklopedie grzybów. Nigdy w życiu nie widziała tylu książek i karciła w duchu samą siebie, że wcześniej nie zainteresowała się tym, co ojciec gromadził w swojej pracowni.

W pewnym momencie jej uwagę przykuło coś innego – wielka czarna zasłona przysłaniająca jeden z portretów. Zbliżyła się i ostrożnie obejrzała ją ze wszystkich stron. Kotara była ciężka i gruba. Żeby ją podnieść, musiałaby pociągnąć z całej siły za długi sznur zwisający obok. Ojciec nie pozwalał nikomu odsłaniać tych obrazów. Sam je pielęgnował i nikt poza nim nie wiedział, co przedstawiały. W całym gabinecie było ich siedem.

Któregoś dnia Alicja zapytała Bartiego, czy nie próbował podczas sprzątania zajrzeć pod zasłony, ale wzruszył tylko obojętnie ramionami, mówiąc, że pewnie baron trzyma tam swoje własne portrety czy coś w tym guście, więc więcej go o to nie pytała.

Chwyciła sznurek i już miała za niego pociągnąć, gdy usłyszała za sobą nieznaczny szelest. Odwróciła się gwałtownie, a jej wzrok napotkał postać Dereka stojącego w drzwiach. Oparł się nonszalancko o framugę, skrzyżował ramiona na piersi i lustrował wzrokiem zawartość regałów.

– Imponujące… – powiedział bardziej do siebie niż do niej.

Alicja odskoczyła od obrazu, mając cichą nadzieję, że nie spostrzegł tego, co zamierzała zrobić. Nie wiedziała, jak długo tak stał. Coś przewróciło jej się w żołądku. Zmieszana zajęła jeden z foteli naprzeciw biurka.

Przez następne dziesięć minut Derek krążył w milczeniu po gabinecie, badając księgozbiór jej ojca. Ku swojej wielkiej uldze zauważyła, że pozasłaniane obrazy nie robią na nim żadnego wrażenia.

– Pani Donell się spóźnia – powiedziała.

– Jest na dole – odparł spokojnie Derek, nie patrząc na nią. – Twój służący ją zatrzymał.

– Bartie? – zdziwiła się Alicja i spojrzała w jego stronę. Stał odwrócony do niej plecami. Ręce trzymał w kieszeniach.

– Chyba tak mu na imię – mówił Derek ściszonym głosem, jakby się nad czymś zastanawiał. – Ten twój sługa musi cię bardzo lubić.

– Bartie nie jest moim sługą, jest moim… – wypaliła Alicja, czując, że się czerwieni.

– Przyjacielem? – dokończył za nią Derek i lekko się uśmiechnął.

– Co, podoba ci się mój lokaj, że tak się nim interesujesz? Widziałam, jak na niego patrzyłeś podczas śniadania – odgryzła się, obserwując z satysfakcją, jak na policzki Dereka wstępuje rumieniec.

Odwrócił się do niej i syknął:

– Tu nie chodzi o mnie, tylko…

Alicja nie dowiedziała się jednak, o kogo chodziło, gdyż po chwili na korytarzu rozległ się stukot obcasów i do gabinetu wpadła zdyszana pani Donell.

Miała ponad sześćdziesiąt lat, ale jak na swój wiek trzymała się całkiem nieźle. Swoje poprzetykane siwymi pasmami włosy upięła elegancko na czubku głowy, a wielkie okrągłe okulary połyskiwały na końcu jej długiego nosa. Rzuciła przyniesione przez siebie książki na biurko z takim impetem, że stojąca na nim lampka zakołysała się niebezpiecznie i Alicja musiała ratować ją przed upadkiem.

– Przepraszam za to małe spóźnienie! – Pani Donell zachichotała. – Pewien młodzian zatrzymał mnie tam na dole.

Alicja uśmiechnęła się pod nosem. Nauczycielka poprawiła dłonią niesforne kosmyki włosów, usiadła przy biurku i zmierzyła swoich podopiecznych uważnym spojrzeniem. Oględziny musiały wypaść pomyślnie, bo już po chwili jej usta rozciągnęły się w serdecznym uśmiechu.

– Cudownie! – zaszczebiotała i przysunęła bliżej siebie porozwalane na biurku podręczniki. Zaczęła szybko je przeglądać, mamrocząc coś pod nosem i wyrzucając ze środka co najmniej tuzin pocztówek.

Alicja uniosła wysoko brwi ze zdziwienia. Pani Donell była zaprzeczeniem wszelkich wyobrażeń o prywatnych nauczycielach. Zamiast zorganizowanej służbistki, której się spodziewała, dziewczyna miała przed sobą nieco rozkojarzoną starszą panią zaśmiecającą gabinet jej ojca. Zerknęła ukradkiem na Dereka. Siedział w fotelu obok i obserwował nauczycielkę beznamiętnym wzrokiem. Alicja zastanawiała się, czy ten chłopak zdolny jest do odczuwania jakichkolwiek głębszych emocji.

– Proszę!

Głos pani Donell wyrwał ją z odrętwienia. Ani się spostrzegła, jak w jej ręku wylądowała nieco pogięta kartka papieru. Chwilę później identyczna trafiła do Dereka.

– Co to jest? – zapytała niepewnie Alicja, lustrując wzrokiem najdłuższą listę książek, jaką w życiu widziała.

– Literatura na przyszłotygodniowe zajęcia.

Alicja i Derek wymienili zaniepokojone spojrzenia. Pani Donell, widząc konsternację na ich twarzach, cała się rozpromieniła.

– O ile się nie mylę – wtrącił Derek swoim przemądrzałym głosem – zajęcia mamy jeszcze w czwartek. Co więc mamy na nie przygotować, skoro ta lista obowiązuje nas od przyszłego tygodnia?

– Trafna uwaga, młodzieńcze – zaszczebiotała pani Donell, puszczając do niego oko. – Na ten tydzień przygotowałam dla was coś specjalnego! Mała wycieczka po Statton dobrze wam zrobi. Nie tylko pogłębicie swoją wiedzę historyczną i geograficzną, ale także spędzicie trochę czasu ze sobą, co pomoże zacieśnić waszą więź. – Tu umilkła, pozwalając, by echo jej słów przebrzmiało.

Alicja spojrzała na nią spode łba. Zacieśnianie więzi z Derekiem było ostatnią rzeczą, na jaką miała w tej chwili ochotę. Chłopak musiał chyba dojść do podobnego wniosku, bo gdy zerknęła na niego z ukosa, akurat zajęty był usuwaniem niewidzialnego brudu spod paznokcia.

– No to zmykaj stąd, dziecino! Dzień taki piękny, szkoda, żebyś marnowała go na wysłuchiwanie paplaniny jakiejś starej, sfrustrowanej baby śmierdzącej naftaliną! – zagdakała pani Donell. – Mam jeszcze do omówienia pewną sprawę z tym oto młodzieńcem. – Wskazała na Dereka. Podniosła się gwałtownie z fotela i Alicja ani się obejrzała, jak została wypchnięta z gabinetu.

*

Pogoda była piękna. Słońce stało wysoko na niebie, ogrzewając swoimi promieniami leśną polanę, a po krystalicznie czystym niebie szybowały ptaki. Alicja z czułością obserwowała, jak zataczają kółka i gonią się w powietrzu, radośnie przy tym pogwizdując.

Położyła się na mokrej od deszczu trawie, w pobliżu małego jeziorka i oddała rozmyślaniom. Przychodziła tu zawsze, ilekroć coś ją nurtowało.

Od czasu do czasu zdawało jej się, że słyszy gdzieś w leśnej gęstwinie ciche kroki i trzask łamanych gałęzi, ale gdy tylko zwracała głowę w tamtą stronę, odgłosy zdawały się cichnąć. Pod powiekami przesuwały jej się zamazane obrazy. Raz widziała niewielkiego kota wspinającego się po drzewie, innym razem wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu trzymającego w ręku żółte kwiaty. Gdzieś w oddali ktoś głośno płakał. Padał rzęsisty deszcz. Była przemoknięta i przemarznięta do szpiku kości. Wiatr targał wściekle gałęziami pobliskich drzew. Trzeszczały coraz głośniej i głośniej, aż w końcu coś ciężkiego uderzyło o ziemię.

Poderwała się gwałtownie i otworzyła szeroko oczy. Znów była na zalanej słońcem leśnej polanie. Niebo było tak samo bezchmurne, woda tak samo spokojna, a ptaki nadal pochłonięte ściganiem się w powietrzu. Nic się nie zmieniło.

Nic poza jednym.

W odległości niespełna pięciu metrów od niej stał najdziwniejszy osobnik, jakiego kiedykolwiek widziała. Odwrócony był do niej plecami, ale zdołała zauważyć jego postrzępione, czarne jak smoła włosy i coś, co przypominało starą, brudną szmatę, a służyło mu zapewne za odzienie. Próbował właśnie otrzepać się z grudek błota, które poprzylepiały się do ubrania, gdy jego noga natrafiła na coś leżącego w trawie. Zachwiał się niebezpiecznie i oparł plecami o najbliższe drzewo. Dopiero teraz Alicja dostrzegła jego twarz. Nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat, ale stan, w jakim się znajdował, powodował, że wyglądał o wiele starzej. Kosmyki włosów zwisały smętnie dookoła jego wychudzonej twarzy, a podkrążone oczy utkwione były w jakimś niewidzialnym punkcie przed nim. Co najdziwniejsze, pomimo nieznacznej odległości, w jakiej się znaleźli, zdawał się nie zwracać na Alicję żadnej uwagi.

Powolnym ruchem sięgnął po coś, co spoczywało w trawie. Alicja dostrzegła gruby sznur w jego ręku. Jeden koniec przywiązał do gałęzi nieco spróchniałej sosny, a na końcu drugiego uformował staranną pętlę, po czym spokojnym, wyważonym ruchem zarzucił ją sobie na szyję i dokładnie zacisnął.

Objął obiema rękami pień drzewa i zamierzał właśnie wdrapać się na nie, gdy do jego uszu doleciał niewyraźny szmer. Zbagatelizował go, zrzucając go na karb swojej wybujałej wyobraźni. Szum nie ustawał jednak i nieznajomy zaczął nasłuchiwać. Nagle coś twardego uderzyło go prosto w twarz. Zachwiał się i ponownie oparł plecami o drzewo, oddychając ciężko. Po skroni ściekała mu strużka krwi.

– Zwariowałeś?! – Dobiegł go czyjś podniesiony głos. Zwrócił powoli głowę w stronę, skąd dobiegł go krzyk, i jego zmęczone oczy zarejestrowały drobną postać zmierzającą szybko w jego kierunku. W ręku trzymała kilka wielkich kamieni, a na jej twarzy malował się wyraz skrajnego oburzenia.

– Co ty wyprawiasz, do cholery?! – wrzasnęła Alicja, ciskając w niego jednym z nich. Tym razem zrobił unik, po czym wyprostował się, drapiąc się po głowie. Gdy utkwił w dziewczynie spojrzenie swoich pustych, czarnych oczu, zatrzymała się i poczuła, jak jej ciałem wstrząsa dreszcz.

– Co ja robię? – powtórzył za nią beznamiętnie.

– Tak, co ty wyprawiasz?! Po co ci ten sznur?! – zaperzyła się Alicja.

Nieznajomy spuścił wzrok i zerknął na swoje ręce. Sprawiał wrażenie, jakby ujrzał je po raz pierwszy. Znów podrapał się po głowie, spojrzał ponownie na Alicję i lekko się uśmiechnął.

– Zamierzam się powiesić, panienko.

Rozdział 3 | Pętla

– Co chcesz zrobić? – zapytała, nieco zbita z tropu. Ptaki nad ich głowami zaskrzeczały donośnie, a w pobliskich zaroślach coś się poruszyło. Nieznajomy stał bez ruchu, nie spuszczając z niej wzroku. W głowie Alicji bezlitośnie tłukła się myśl, że najrozsądniej byłoby się wycofać i wrócić do domu.

– Co chcę zrobić? – powtórzył po niej jak echo.

Alicja odniosła wrażenie, że mężczyzna nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co robi i gdzie się znajduje. Na wszelki wypadek zacisnęła mocniej palce na wielkim kamieniu spoczywającym w jej dłoni. Wiedziała jednak, że gdyby nieznajomemu przyszło do głowy ją zaatakować, nie miałaby żadnych szans. Był o wiele wyższy od niej, a poza tym nie miała pewności, czy nie jest uzbrojony.

– Zamierzam się powiesić, panienko – powtórzył raz jeszcze.

Alicja wytrzeszczyła na niego oczy.

– Ale dlaczego? – wybąkała, patrząc z niedowierzaniem.

Wzruszył tylko obojętnie ramionami i odparł beznamiętnie:

– A niby dlaczego nie?

Kilka kamyków wypadło jej z ręki i potoczyło się po trawie. Nieznajomy zignorował je i zwrócił twarz w kierunku słońca. Dopiero teraz dostrzegła na jego szyi dziwny znak. Wyglądał jak tatuaż, ale nie była w stanie dokładniej mu się przyjrzeć, bo mężczyzna ponownie zwrócił się w jej stronę.

– Kiedy człowiek postanawia odebrać sobie życie, zwykle ma jakiś konkretny powód. Nikt tak nagle, sam z siebie, nie postanawia ze sobą skończyć – powiedziała powoli, marszcząc czoło.

– Nie? – zainteresował się i otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Wyglądały jak dwa węgielki. – To jak to robicie?

– Co robimy?

– Nooo… jak odbieracie sobie życie?

– Nie odbieramy sobie życia – odpowiedziała niecierpliwie.

– Nie? – Mężczyzna drapał się po głowie, głęboko się nad czymś zastanawiając. – I nikt wam nie każe?

– Dlaczego ktoś miałby nam kazać? To przecież zupełnie bez sensu! – zaperzyła się Alicja. – Skąd ty się w ogóle wziąłeś, że takie rzeczy wygadujesz? I zostaw w spokoju ten sznur, powiesisz się innym razem.

– Nie mogę – powiedział markotnie.

– A to niby dlaczego?

Zagryzł wargę i spojrzał niepewnie na przygotowaną linę.

– Muszę – odparł stanowczo po chwili namysłu i odwrócił się do niej plecami. Zmierzył wzrokiem spróchniałą sosnę i ponownie przymierzył się do wspinaczki.

Alicja westchnęła ostentacyjnie i usiadła na ziemi.

– Co robisz? – zapytał, patrząc na nią zaskoczony.

– Patrzę, jak się wieszasz – odparła spokojnie.

Mężczyzna zawahał się.

– Nie powinnaś… Dzieci nie powinny na to patrzeć.

– Dzieci? Kogo nazywasz dzieckiem? To nie ja bawię się szubienicą.

– Nie rozumiesz…

– Nie, nie rozumiem. Ale z miłą chęcią popatrzę, jak świat uwalnia się od kolejnego psychopaty.

Nieznajomy westchnął z rezygnacją i usiadł obok niej na mokrej trawie. Nie odsunęła się pomimo przenikliwego chłodu, jaki przeszył jej ciało. Mężczyzna oparł głowę o drzewo i zamknął oczy. Długo siedzieli w milczeniu.

Zerwał się lekki wiatr, a na powierzchni jeziora pojawiły się niewielkie kręgi. Gdzieś wysoko w koronach drzew dało się słyszeć niewyraźne nawoływanie ptaków. Dzień powoli zbliżał się ku końcowi.

Coś zaszeleściło za ich plecami. Nieznajomy nie poruszył się. Nadal miał zamknięte oczy, ale Alicja widziała, że uważnie czegoś nasłuchuje. Odwróciła się w stronę, z której dobiegł ją szelest, ale niczego nie zauważyła.

– To kot. – Dotarł do niej spokojny głos. Spojrzała na siedzącego obok mężczyznę. Skrzyżował ramiona na piersi, ale nie otworzył oczu.

– Po czym poznałeś? – zapytała.

– Spodziewałem się, że tu przyjdzie – odparł, nie zmieniając pozycji.

Alicja zmarszczyła brwi.

– To twój kot?

– Nie, nie należy do mnie – powiedział nieznajomy i podniósł powieki. Spojrzał na nią uważnie, a ona poczuła, że ugina się pod ciężarem jego wzroku. Zamrugała szybko.

– Gdzie mieszkasz? – zapytała w końcu.

– Właściwie to… nigdzie – odparł, wodząc nieprzytomnie wzrokiem dookoła.

– Jesteś bezdomny? – Uniosła wysoko brwi. To by tłumaczyło, dlaczego nagle postanowił ze sobą skończyć.

– W zasadzie można tak powiedzieć – rzekł z pewnym wahaniem. – Chociaż określenie „bezdomny” mi się nie podoba.

– Dlaczego?

– Świadczyłoby o mnie jako o kimś, kto tego domu potrzebuje.

– Ale gdzieś musiałeś się urodzić, prawda? Gdzie twoja rodzina? – Nalegała.

– Rodzina?

Alicja kiwnęła nieznacznie głową, zastanawiając się, czy aby przypadkiem nie wstąpiła na grząski grunt. A jeśli on wcale nie miał ochoty odpowiadać na jej pytania? Może rzeczywiście był pomylony i najlepiej byłoby pozostawić go samemu sobie? W domu już się pewnie niepokoją. Jeśli się nie pospieszy, Bartie i Jacinto pójdą jej szukać. Podniosła się z ziemi.

– Co będziesz robił, gdy już sobie pójdę? – zapytała buntowniczo, spoglądając na niego z góry.

Mężczyzna położył palec na wargach i zamyślił się.

– Powieszę się – odparł po chwili.

Alicja, spodziewając się takiej odpowiedzi, podeszła do niego, zarzuciła mu ręce na szyję i powoli zsunęła z niej gruby sznur.

– Nie zabiorę go ze sobą. Drugi koniec przywiązany jest do drzewa. Sam zdecydujesz, co z nim zrobić.

Mężczyzna spojrzał na nią z wyrazem najgłębszego zdumienia na twarzy. Patrzyli przez chwilę na siebie w milczeniu, a potem Alicja odwróciła się i powoli ruszyła przed siebie. Nie obejrzała się do tyłu ani razu. Nieznajomy obserwował jeszcze przez jakiś czas, jak jej sylwetka maleje w oddali, a następnie uśmiechnął się pod nosem i wziął do ręki porzuconą linę.

*

Tej nocy nie mogła zasnąć. Położyła się do łóżka o dziewiątej i choć odczuwała ogromne zmęczenie, sen nie nadchodził. Około drugiej się poddała. Wstała, zapaliła stojącą na biurku lampkę, podeszła do okna i zamaszystym ruchem otworzyła je na oścież. Chłodne, nocne powietrze natychmiast ją orzeźwiło. Usiadła na parapecie i wpatrzyła się w niewyraźny, pofalowany kształt, odcinający się na tle ciemnego nieba. Las wyglądał o tej porze niezwykle uroczyście. Wierzchołki drzew kołysały się lekko w podmuchach wiatru.

Obok niej leżała kartka z literaturą zadaną przez panią Donell. Westchnęła ciężko na myśl, że rano będzie zmuszona poprosić ojca o pozwolenie na przeszukanie jego biblioteki. Nie widziała go po powrocie do domu, a gdy po kolacji przechodziła obok gabinetu, zza zamkniętych drzwi nie dochodził żaden szmer. Może udał się w jedną ze swoich podróży? Westchnęła raz jeszcze. Przed oczami stanęła jej postać Dereka. Już widziała jego kpiącą minę, gdy ona staje we wtorek przed panią Donell i tłumaczy, dlaczego nie przeczytała żadnej z zadanych lektur. Zacisnęła mocno pięści. Jakże irytował ją ten chłopak!

Zamrugała gwałtownie. Coś poruszyło się w ogrodzie, w pobliżu fontanny. Wytężyła wzrok i zarejestrowała dwa małe świecące punkciki. Potarła oczy rękawem i spojrzała raz jeszcze. Światełka zniknęły, ale dostrzegła niewyraźny kształt, poruszający się po ogrodowej ścieżce. Kot.

Odetchnęła z ulgą, ale mechanicznie zacisnęła rękę na klamce i zamknęła okno. Skarciła w duchu samą siebie, że przestraszyła się zwykłego kota. Zaciągnęła zasłony, zgasiła lampę i wsunęła się z powrotem pod kołdrę. Położyła głowę na miękkiej poduszce i zamknęła oczy. Sen jednak nie nadchodził.

Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem, gdy dotarł do niej brzdęk talerzy przesuwanych w kuchni przez Jacinta.

*

Kiedy około dziesiątej zeszła do jadalni, czekała ją niespodzianka. Przy długim stole siedział baron von Tochek, ubrany w swój najlepszy garnitur i popijał kawę z malutkiej filiżanki.

– Dzień dobry, Alicjo! – Powitał ją i odsunął krzesło, by mogła usiąść obok niego.

– Dzień dobry – odparła markotnie, nakładając sobie na talerz kilka plasterków sera.

Baron obserwował ją z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdy zorientował się, że jego córka zamiast po cukier sięga po sól i usiłuje dodać ją do herbaty, odebrał jej szklankę i sam posłodził napój.

– Dziękuję – powiedziała, gdy naczynie znalazło się z powrotem w jej ręku. Baron cały się rozpromienił na myśl, że w końcu do czegoś się przydał.

– Jak się udało wczorajsze spotkanie? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Normalnie – odparła Alicja, wzruszając ramionami, ale już po chwili opowiedziała mu o pani Donell, o Dereku i o liście książek na wtorkowe zajęcia.

Baron słuchał tego wszystkiego z wypiekami na twarzy, od czasu do czasu kiwając energicznie głową. Gdy Alicja wreszcie umilkła, wykrzyczał z entuzjazmem:

– Jeszcze dziś przygotuję dla ciebie wszystkie materiały! Każę Bartiemu zanieść to wszystko do twojego pokoju! Ale zrobię to dopiero popołudniu – dodał, zerkając na zegarek. Dochodziła jedenasta. – Za chwilę mam ważne spotkanie. Zarządca uparł się, żeby wybudować drogę przecinającą nasz las. Zostałem wezwany na zebranie rady Statton.

– Przez las? – Alicja poczuła jak coś przewraca jej się w żołądku. Baron kiwnął posępnie głową, wypił ostatni łyk kawy i odstawił pustą filiżankę na stół w momencie, gdy Bartie wszedł do jadalni, by posprzątać.

– Nie mogą zabrać nam lasu – powiedziała Alicja z rozpaczą w głosie.

– Będziemy walczyć, ale czy to coś da? – Baron rozłożył bezradnie ręce. Podniósł się z krzesła, ucałował Alicję i opuścił jadalnię.

Dziewczyna przez dłuższą chwilę obserwowała, jak Bartie krząta się dookoła niej i zgarnia ze stołu brudne naczynia.

– Hej, Bartie? – zagadnęła go. Spojrzał na nią kątem oka. – Jak myślisz, co czuje osoba, która nie ma dokąd pójść?

Bartie zasępił się i spojrzał na nią ponuro.

– Z pewnością musi czuć się bardzo samotna – odparł po chwili. Jego głos zabrzmiał dziwnie szorstko.

W milczeniu pomogła mu załadować ostatnie talerze na wózek, po czym niespodziewanie objęła go wpół i wtuliła głowę w jego czarną koszulę. Zawahał się, ale po chwili ujął jej twarz w swoje dłonie i powiedział z troską:

– Proszę na siebie uważać.

Odpowiedziała mu uśmiechem.

*

Przeszła polanę trzy razy, ale nie natrafiła na żaden ślad. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak wczoraj. Drzewa kołysały się lekko na wietrze, słońce stało wysoko na niebie, a ptaki krążyły ponad jej głową, radośnie pokrzykując. Nawet spróchniała sosna, na którą wczoraj tak usilnie próbował wdrapać się nieznajomy wyglądała na nietkniętą. Sznur przywiązany do gałęzi również gdzieś zniknął. Mężczyzna musiał zabrać go ze sobą. Czyżby odstąpił od swego zamiaru? A może wybrał jakieś inne, bardziej dogodne miejsce? Może mijała po drodze jego zwłoki? Na samą myśl aż się wzdrygnęła. Zdjęła z ramienia ciężką torbę, położyła ją na ziemi, a sama usiadła pod najbliższym drzewem. Czego się właściwie spodziewała? Mężczyzna mógł być w tej chwili dosłownie wszędzie. Wpatrzyła się w sunące po niebie chmury. Przypomniały jej się słowa Jacinta, uskarżającego się, że na najbliższe dni zapowiadane są gwałtowne ulewy.

Coś poruszyło się w krzakach. Alicja poderwała się gwałtownie z miejsca i stała przez chwilę z ręką przyciśniętą do piersi. Trzask gałęzi, nieznaczny szelest, a potem coś czarnego, z wściekle żółtymi ślepiami wyszło na skąpaną w słońcu polanę.

– A jednak nie daje za wygraną. – Rozległ się cichy głos tuż obok. Odwróciła się i zamarła. Czarne jak węgiel oczy, postrzępione włosy i ta sama co wczoraj brudna szmata służąca mu za ubranie. Stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i obserwował z uwagą wielkiego kota, który powoli cofał się w miejsce, z którego przyszedł.

– Był tej nocy w moim ogrodzie – odparła po chwili namysłu Alicja. – Co to za kot? – zwróciła się do stojącego obok mężczyzny.

– Jeden z okolicznych włóczęgów – powiedział z uśmiechem. Wyglądał nieco lepiej niż wczoraj. Czarne obwódki wokół jego oczu zniknęły.

Alicja kiwnęła głową na znak, że rozumie.

– Czy ty nie miałeś przypadkiem już nie żyć? – zapytała, obserwując z uwagą jego twarz.

Otworzył szeroko oczy i odparł z uśmiechem:

– A czy ty nie miałaś przypadkiem się tu więcej nie pokazywać?

Rozdział 4 |Złamany miecz

Pogoda nie zawiodła Alicji. Zgodnie z przewidywaniami nocą nad Statton nadciągnęły burzowe chmury i rozszalała się nawałnica.

Podczas gdy ona przewracała się w łóżku z boku na bok, mrok w jej pokoju regularnie rozświetlały błyskawice, a echo grzmotów chwiało posadami wiekowej rezydencji. Na korytarzach coś zawzięcie trzeszczało, stukało i szurało, skutecznie uniemożliwiając jej zaśnięcie. Uspokoiło się dopiero nad ranem, i choć deszcz nie przestał padać, to niebo nieco się rozjaśniło.

Przyodziana w swój granatowy przeciwdeszczowy płaszcz czekała już pod ratuszem od dobrych dziesięciu minut. Pani Donell umówiła się z nimi na dziewiątą, ale mimo że lekcje zaczynały się za piętnaście minut, ani ona, ani Derek jeszcze się nie zjawili.

Przez głowę Alicji przemknęła pełna nadziei myśl, że może zajęcia zostały jakimś cudem odwołane, a nauczycielka zapomniała ją o tym poinformować, jednak w tym samym momencie dostrzegła po przeciwnej stronie ulicy pochyloną postać Dereka i westchnęła z rezygnacją.

W starej, postrzępionej bluzie z kapturem i spływającymi mu po nosie wielkimi kroplami wody nie prezentował się już tak dostojnie. Zbliżył się do niej, trzymając ręce w kieszeniach, i gdy dotarł do miejsca, w którym stała, wydał z siebie ciche chrząknięcie, które Alicja odczytała jako próbę powitania. Kiwnęła mu nieznacznie głową i naciągnęła mocniej czapkę na głowę. Nie miała najmniejszej ochoty na niego patrzeć i postanowiła go ignorować, ale Derek nie miał bynajmniej zamiaru jej tego ułatwiać. Wyprostował się i stanął przed nią tak, że zmuszona była popatrzeć mu w twarz. Spojrzał na nią, zmarszczył brwi i niespodziewanie wypalił:

– Nie chcę tego ślubu.

Alicja otworzyła usta, ale gdy nie wydobył się z nich żaden dźwięk, szybko je zamknęła i przygryzła dolną wargę. Wzruszyła ramionami i mruknęła:

– Co ty nie powiesz?

Derek spojrzał na nią spode łba, a ona lekko się zarumieniła.

– Może wyperswaduj swojej siostrze – zaczęła, a jej głos zabrzmiał już nieco łagodniej – żeby przestała się uganiać za moim ojcem. Niech znajdzie sobie…

– Mojej siostrze? – przerwał jej Derek, podnosząc głos. – To twojemu ojcu trzeba wyperswadować pewne rzeczy. Nie jesteśmy jego rodziną, a ja bynajmniej nie jestem jego synem. Niech więc w końcu przestanie przesiadywać u nas całymi dniami!

Alicja poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. Na myśl o tym, że jej ojciec całe dnie spędza w posiadłości Arabelli i Dereka, poczuła dziwną pustkę. Zamrugała szybko, ale widząc, że Derek uważnie ją obserwuje, odchrząknęła tylko i wyprostowała się, patrząc na niego wyzywająco.

– A nie pomyślałeś, że twoja siostra ma dość samotnego użerania się z tobą i potrzebuje pomocy? – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Spojrzała na niego triumfalnie, ale już po chwili uśmiech spełzł z jej twarzy. Chciała go rozzłościć, zmusić, żeby na nią nawrzeszczał, odciął się, zagroził pobiciem, ale on tylko głośno się roześmiał. Zaniósł się tak donośnym śmiechem, że kilku przechodniów spojrzało na niego z oburzeniem i pokręciło głowami.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – zapytał, gdy już się uspokoił.

Alicja uniosła wysoko brwi ze zdziwienia i już zamierzała ponownie na niego naskoczyć, gdy do jej uszu dotarł skrzekliwy głos pani Donell.

– Już jestem, kochaneczki! Wybaczcie mi moje małe spóźnienie, ale miałam drobny problem ze sprzętem. – Wskazała na swoją powyginaną pod dziwnymi kątami parasolkę i uśmiechnęła się przepraszająco. Wyglądała naprawdę żałośnie w swoim przemoczonym jaskrawożółtym płaszczu i przekrzywionym wełnianym berecie. Okrągłe okulary zsunęły się na sam czubek jej długiego nosa.

Całe przedpołudnie spędzili, włócząc się za nią po kamienistych uliczkach Statton, moknąc i coraz bardziej przeklinając przenikające ich do szpiku kości zimno. Derek zrezygnował nawet ze swoich starań utrzymania nienagannej sylwetki i szedł teraz obok Alicji nienaturalnie zgarbiony. Co jakiś czas kichał i obrzucał panią Donell jadowitym spojrzeniem.

Nauczycielka wydawała się jednak niezmordowana. Co jakiś czas zatrzymywała ich przed bliżej nieznanymi obiektami i rozpoczynała kolejną opowieść.

– A oto, moi drodzy – zaszczebiotała, gdy znaleźli się w bramie jakiejś kamienicy. – Miejsce, w którym rzekomo Dendryk Wspaniały ujrzał po raz pierwszy Alegorię! – Wskazała na jakiś zaciemniony kąt, w którym drzemał sobie spokojnie wielki brudny owczarek.

– A co ona robiła? Wyprowadzała psa na spacer? Długo musi już tu leżeć, skoro jest taki brudny – zauważył Derek, ostentacyjnie ziewając.

– Jak głosi legenda – mówiła dalej pani Donell, nie zwracając uwagi na Dereka, który właśnie usiłował dźgnąć psa patykiem, by sprawdzić, czy żyje. – Dziewczyna była tak piękna, że Dendryk, gdy tylko ją ujrzał, od razu pobiegł do starego karczmarza prosić o jej rękę. Ale do starego Dreika dotarły już informacje o krwawych rządach Dendryka Wspaniałego i nie chciał oddać swojej jedynej córki temu nikczemnikowi! – zaperzyła się nauczycielka, a na jej twarz wstąpiły wielkie rumieńce.

– Ale podobno Dendryk był dobrym władcą – rzuciła od niechcenia Alicja. – Szkolne podręczniki rozpisują się na temat jego sukcesów politycznych i wojskowych.

Pani Donell spojrzała na nią zdumiona.

– Z Dendryka był kawał łotra! – zapiszczała z przejęciem, a Alicja natychmiast pożałowała, że w ogóle się odezwała. – Urodzony w 1035 roku Dendryk Karol de Wildstein, zwany później Wspaniałym, syn Alberta II Miłościwego i Elojzy Formandzkiej już od dziecka wykazywał niepohamowany pęd do przygód. W wieku lat dwunastu zasztyletował podczas zabawy swojego kuzyna Fernanda, a gdy ojciec zmarłego chłopca, hrabia Edward, zażądał od Alberta zadośćuczynienia za krzywdy, został na życzenie młodego Dendryka wtrącony do więzienia i poddany wymyślnym torturom. Tego nie przeczytacie w podręcznikach! – Na twarzy pani Donell pojawił się wyraz uniesienia, a oczy dziwnie jej błyszczały. – Po objęciu tronu, w wieku lat siedemnastu wypowiedział wojnę państwu Formandów, z którego wywodziła się jego matka, i po zdobyciu stolicy kazał wyrżnąć w pień całą rodzinę królewską. Państwo siłą zostało przyłączone do władztwa Dendryka, a wszyscy jego mieszkańcy poddani brutalnym represjom zmierzającym do…