Lajla znaczy noc - Aleksandra Lipczak - ebook

Lajla znaczy noc ebook

Aleksandra Lipczak

4,0

Opis

Edward Said nazwał Al-Andalus „wcześniejszą wersją naszego własnego hybrydycznego świata” – przez osiem wieków południe Hiszpanii i okoliczne regiony zamieszkiwali i współtworzyli żydzi, muzułmanie i chrześcijanie. Książka na każdym kroku rozpięta jest między historią i współczesnością, między reportażem i esejem. Równie ważne są tu arabsko-wielokulturowa przeszłość Al-Andalus, jak i to, jak rezonuje ona dziś. Opisując średniowiecze i początki nowożytnego świata, autorka wyławia zadziwiająco aktualne wątki i pokazuje, jak dzisiejsi Andaluzyjczycy i Andaluzyjki obchodzą się z tym nietypowym dziedzictwem (nie brakuje takich, którzy mówią, że są „potomkami Maurów”), oraz jak dziś w praktyce wygląda wielokulturowość tego regionu (Andaluzja nazywana jest „nową Lampedusą”). Koegzystencja, spotkanie tak zwanego Zachodu z tak zwanym islamem, płynność granic, lecz także fundamentalizmy, wypędzenia, egzorcyzmowanie innych... Al-Andalus to potężny mit, ale – jak twierdzi andaluzyjski antropolog José Antonio González Alcantud – mito bueno, „dobry mit”, który pozwala poszerzać granice wyobraźni i myślenia o dzisiejszej Europie i stojących przed nami wyzwaniach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Alek­san­dra Lip­czak

Laj­la zna­czy noc

Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Tom­ko­wi i Gniew­ko­wi, z któ­ry­mi spę­dzi­łam je­sień i zi­mę w An­da­lu­zji

Fi al-ha­ra­ka ba­ra­ka

W ru­chu jest ła­ska

(arab­skie po­wie­dze­nie)

Wąt­pli­wo­ści po­ja­wia­ją się już na po­cząt­ku.

Po arab­sku mó­wi się al-fath – otwar­cie. W Eu­ro­pie: co­nqu­ista, co­nqu­est, pod­bój. Co wła­ści­wie wy­da­rzy­ło się w 711 ro­ku? In­wa­zja czy stop­nio­wy na­pływ, jed­na z ko­lej­nych mi­gra­cji z po­łu­dnia, któ­re mia­ły tu miej­sce od nie­pa­mięt­nych cza­sów i do­pie­ro w póź­niej­szych kro­ni­kach zo­sta­ły uło­żo­ne w dra­ma­tycz­ną opo­wieść o na­jeź­dzie z Afry­ki Pół­noc­nej?

Są ba­da­cze, któ­rzy twier­dzą, że nie by­ło żad­ne­go pod­bo­ju, a tym bar­dziej is­lam­skie­go. Is­lam do­pie­ro się for­mo­wał i nie znał sam sie­bie na ty­le, by stwo­rzyć pod wła­snym szyl­dem spój­ne pań­stwo – prze­ko­nu­ją.

Po­tem: kto w ogó­le przy­był? Mó­wi­my „arab­ska Hisz­pa­nia”, „Ara­bo­wie”, choć by­ła ich tak na­praw­dę garst­ka. Więk­szość przy­by­szów sta­no­wi­li Ber­be­ro­wie, ale i oni roz­to­pi­li się z cza­sem w ma­sie au­to­chto­nów, któ­rzy ro­dzi­li się tu, ży­li i umie­ra­li jak zwy­kle, ty­le że co­raz licz­niej ja­ko mu­zuł­ma­nie. Arab­ska by­ła kul­tu­ra, nie krew.

Geo­gra­fia, ko­lej­ny grzą­ski grunt. Al-An­da­lus to nie dzi­siej­sza An­da­lu­zja, jed­na z sie­dem­na­stu wspól­not au­to­no­micz­nych Hisz­pa­nii. Jej gra­ni­ce tań­czy­ły na ma­pach, roz­cią­ga­ły się i kur­czy­ły w za­leż­no­ści od epo­ki. W szczy­to­wym okre­sie po­kry­wa­ły się z po­wierzch­nią pra­wie ca­łe­go Pół­wy­spu, z wy­jąt­kiem nie­wiel­kie­go Kró­le­stwa Astu­rii na pół­no­cy. Jed­nak to na po­łu­dniu Hisz­pa­nii naj­moc­niej bi­ło ser­ce Al-An­da­lus, to tu­taj by­ła sto­li­ca ka­li­fa­tu – Kur­tu­ba. Trud­no więc je cza­sem roz­dzie­lić, choć­by pod­świa­do­mie.

Za­wo­dzi też ję­zyk. Jak na­zwać miesz­kań­ców te­go pań­stwa, ja­kie­go uży­wać w od­nie­sie­niu do nich przy­miot­ni­ka? Po hisz­pań­sku mó­wi się: an­da­lu­síes, an­da­lu­sí. Że­by opo­wie­dzieć o nich po pol­sku i co chwi­lę nie po­ty­kać się o sło­wa, trze­ba wy­my­ślić no­we: Al-An­da­lu­zyj­czy­cy, al-an­da­lu­zyj­ski.

Kon­tro­wer­sje bu­dzi wresz­cie in­ter­pre­ta­cja ich hi­sto­rii.

Chrze­ści­ja­nie, Ży­dzi i mu­zuł­ma­nie – współ­ży­li tam z so­bą po­ko­jo­wo czy to ra­czej współ­cze­sna uto­pia, pro­jek­cja pra­gnień?

Mu­zuł­ma­nie – za­pu­ści­li ko­rze­nie wi­docz­ne do dziś czy od­ci­snę­li się na za­sa­dzie ne­ga­ty­wu, do­dat­ko­wo umac­nia­jąc chrze­ści­jań­ską toż­sa­mość Hisz­pa­nii?

Re­kon­kwi­sta – ist­nia­ła ja­ko spój­ny plan czy by­ła ra­czej wy­na­laz­kiem póź­niej­szych hi­sto­ry­ków?

Py­tań jest bar­dzo du­żo, na nie­któ­re nie ma od­po­wie­dzi.

Wąt­pli­wo­ści nie po­zo­sta­wia tyl­ko ka­len­darz. Mu­zuł­ma­nie by­li na po­łu­dniu Hisz­pa­nii dłu­żej niż ci chrze­ści­ja­nie, któ­rzy przy­szli po nich.

Kor­do­ba, czy­li wy­ma­zy­wa­nie

Naj­pięk­niej­szy eu­ro­pej­ski me­czet ma po­nad ty­siąc dwie­ście lat i jest wszę­dzie.

Stoi na pół­ce. Jest na ety­kie­cie pi­wa. Pa­trzy z ko­szu­lek, kub­ków, otwie­ra­czy do bu­te­lek i ma­gne­sów na lo­dów­kę.

Wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą do Me­cze­tu i nie jest to ża­den wy­tar­ty fra­zes, bo sta­re mia­sto Kor­do­by na­praw­dę zbu­do­wa­ne jest tak, że każ­da włó­czę­ga wśród je­go ni­skich za­bu­do­wań nie­uchron­nie koń­czy się w oko­li­cy La Me­zqu­ita.

„Me­czet-Kor­do­ba” – na­pi­sa­łam wła­śnie przez po­mył­kę. Mia­ło być: Me­czet-Ka­te­dra, bo tak brzmi ofi­cjal­na na­zwa bu­dyn­ku. Nie ka­su­ję błę­du, bo jest w nim ziar­no praw­dy o tym, czym ta bu­dow­la jest dla mia­sta: je­go cen­trum, ser­cem, esen­cją. A tak­że je­go głów­nym pro­duk­tem.

– By­li­ście już? – py­ta Re­me­dios, od któ­rej wy­naj­mu­je­my wil­got­ne miesz­ka­nie w dziel­ni­cy Fu­en­san­ta. Być w Kor­do­bie i nie być w Me­cze­cie – bez sen­su.

– Jesz­cze nie – od­po­wia­dam. Choć to tyl­ko pół praw­dy, bo obok nie­go by­łam wie­le ra­zy. Cho­dzę tam w za­sa­dzie co­dzien­nie. Idę wzdłuż Gwa­dal­ki­wi­ru, przej­mu­ję je­go rytm – zmie­rza­my w koń­cu w tę sa­mą stro­nę. Al-Wa­di al-Ka­bir – wiel­ka rze­ka – na­zwa­li go Ara­bo­wie i mie­li ra­cję, bo Gwa­dal­ki­wir jest sze­ro­ki jak świat i ma­je­sta­tycz­ny.

Kor­do­ba w po­ło­wie grud­nia spra­wia za to wra­że­nie ma­łej i opusz­czo­nej. Dłu­gie i wą­skie uli­ce sta­re­go mia­sta są pra­wie pu­ste, a gwar za­miast tu­ry­stów ro­bią kor­mo­ra­ny i cza­ple, któ­re ko­tłu­ją się w za­ro­ślach nad rze­ką. Ho­tel Awer­ro­es ma spusz­czo­ne ro­le­ty.

Tym le­piej dla mo­je­go pla­nu. Z ta­ką bu­dow­lą jak Wiel­ki Me­czet alias Ka­te­dra pod we­zwa­niem Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny alias Me­czet-Ka­te­dra moż­na so­bie po­czy­nać na róż­ne spo­so­by. Od­faj­ko­wać, bo głu­pio nie. Pójść raz i spę­dzić tam ca­ły dzień. Nie iść w ogó­le al­bo obej­rzeć z ze­wnątrz i oszczę­dzić w ten spo­sób kil­ka­na­ście eu­ro. Ja się cza­ję. Każ­de­go dnia przy­cho­dzę tu na spa­cer. Zbli­żam się, wę­szę. Ob­cho­dzę do­oko­ła – cał­kiem nie­zła to prze­chadz­ka, bo każ­de okrą­że­nie to po­nad pół ki­lo­me­tra. We­wnątrz to dwa­dzie­ścia trzy ty­sią­ce czte­ry­sta me­trów kwa­dra­to­wych – po­wierzch­nia więk­sza niż Ba­zy­li­ki Świę­te­go Pio­tra. Da­ję się ośle­piać ośmiu zło­tym bra­mom i uni­kam pa­trze­nia w stro­nę skle­pów z tu­ry­stycz­nym ba­ra­chłem oraz re­stau­ra­cji z kiep­skim żar­ciem, któ­re oto­czy­ły Me­czet-Ka­te­drę cia­snym kor­do­nem.

Przy­sia­dam na ogrom­nym pa­tio peł­nym drze­wek po­ma­rań­czo­wych, że­by prze­czy­tać kil­ka bra­wu­ro­wo skro­jo­nych aka­pi­tów o le­sie pra­wie ty­sią­ca ko­lumn z mar­mu­ru, ja­spi­su i gra­ni­tu i o trzy­stu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu czer­wo­no-bia­łych łu­kach: „dzi­kim, trój­wy­mia­ro­wym gąsz­czu, ga­bi­ne­cie lu­ster, w któ­rym cią­głe echo łu­ków i nie­sfor­ne stac­ca­to ko­lo­rów dez­orien­tu­ją oglą­da­ją­ce­go”1. Al­bo o ge­niu­szu ar­chi­tek­tów z VIII wie­ku, któ­rzy prze­kształ­ci­li neu­tral­ne kom­po­nen­ty ar­chi­tek­to­nicz­ne (łu­ki, kliń­ce) w „na­rzę­dzia cha­osu”, pod­wa­ża­jąc tym sa­mym ocze­ki­wa­nia do­ty­czą­ce sa­mej isto­ty ar­chi­tek­tu­ry2, czy o szczy­tach „wi­zu­al­ne­go dra­ma­ty­zmu”, osią­ga­nych w ra­mach aiko­nicz­nej kul­tu­ry i wir­tu­oze­rii, któ­ra „an­ga­żu­je od­bior­ców, nie ucie­ka­jąc się do opo­wia­da­nia hi­sto­rii”3.

Na pa­tio pa­nu­je spo­kój. Po­zor­ny, bo je­ste­śmy na po­lu bi­twy. O tym też czy­tam. Prze­glą­dam ar­ty­ku­ły o skan­da­lu, ja­ki wy­buchł, kie­dy w 2014 ro­ku z Go­ogle Maps znik­nę­ła na­zwa „Me­czet-Ka­te­dra”, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie osa­mot­nio­ny człon „Ka­te­dra”, i o tym, że w cią­gu czter­dzie­stu ośmiu go­dzin pod pe­ty­cją z pro­te­stem pod­pi­sa­ło się pra­wie sześć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi.

Znaj­du­ję in­for­ma­cję, że już w 2010 ro­ku bi­skup Kor­do­by ape­lo­wał do me­diów i władz: „Po­dwój­na na­zwa dez­orien­tu­je tu­ry­stów”, i że jesz­cze przed kon­tro­wer­sja­mi z ma­pą sło­wo „Me­czet” znik­nę­ło z ulo­tek, ma­te­ria­łów in­for­ma­cyj­nych i stro­ny in­ter­ne­to­wej.

Czy­tam wresz­cie o tym, że lo­kal­ni dzia­ła­cze, któ­rzy za­czę­li się wów­czas uważ­niej przy­glą­dać te­mu, jak Ko­ściół ad­mi­ni­stru­je świą­ty­nią, od­kry­li – wła­ści­wie przy­pad­kiem – że w po­ło­wie lat dwu­ty­sięcz­nych po­ta­jem­nie prze­pi­sał na sie­biewła­sność bu­dyn­ku, któ­ry do tej po­ry „tyl­ko” użyt­ko­wał.

Mo­że gdy­by do­ty­czy­ło to in­nej bu­dow­li, spra­wa nie od­bi­ła­by się ta­kim echem. Cho­dzi jed­nak o je­den z cu­dów Hisz­pa­nii, do któ­re­go cią­gną co ro­ku dwa mi­lio­ny tu­ry­stów, i je­dy­ny wiel­ki me­czet z cza­sów Al-An­da­lus, któ­ry prze­trwał, jed­ną z naj­star­szych i naj­więk­szych świą­tyń w Eu­ro­pie. Od wy­bu­rze­nia w cza­sach, gdy ma­so­wo po­zby­wa­no się is­lam­skich bu­dow­li, ura­to­wa­ła ją jej wła­sna uro­da. I mo­że gdy­by nie to bez­czel­ne pięk­no, w ogó­le nie by­ło­by spra­wy.

A jest.

Przy­pi­sy

1 Jer­ri­lynn D. Dodds, The Gre­at Mo­sque of Cor­do­ba, [w:] Al-An­da­lus, the Art of Is­la­mic Spa­in, red. Jer­ri­lynn D. Dodds, New York 1992, s. 13. Je­śli nie za­zna­czo­no ina­czej, cy­ta­ty w prze­kła­dzie au­tor­ki.

2 Jer­ri­lynn D. Dodds, The Gre­at Mo­sque of Cor­do­ba, [w:] Al-An­da­lus, the Art of Is­la­mic Spa­in, red. Jer­ri­lynn D. Dodds, New York 1992, s. 13.

3 Jer­ri­lynn D. Dodds, The Gre­at Mo­sque of Cor­do­ba, [w:] Al-An­da­lus, the Art of Is­la­mic Spa­in, red. Jer­ri­lynn D. Dodds, New York 1992, s. 22.

Po­mysł: Prze­my­sław Wiel­gosz

Kon­sul­ta­cja me­ry­to­rycz­na: dr Ma­te­usz Wilk

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek, Ma­ja Gań­czar­czyk

Ko­rek­ta: Pau­li­na Le­nar, Ewa Ślu­sar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MO­BI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght © for the Text by Alek­san­dra Lip­czak, 2020

Co­py­ri­ght © for this Edi­tion by Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, 2020

Pro­jekt zre­ali­zo­wa­ny przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Na­gro­dy Kra­ko­wa Mia­sta Li­te­ra­tu­ry UNE­SCO, re­ali­zo­wa­nej przez Kra­kow­skie Biu­ro Fe­sti­wa­lo­we ze środ­ków Gmi­ny Miej­skiej Kra­ków

ISBN 978-83-66147-59-1

140. książ­ka wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317