La Belle Sauvage. Cykl Księga Prochu. Tom 1 - Philip Pullman - ebook

La Belle Sauvage. Cykl Księga Prochu. Tom 1 ebook

Philip Pullman

4,1

Opis

Malcolm był synem właściciela, jedynakiem (…) miał wielu kolegów, ale największą radość sprawiało mu pływanie kanoe w towarzystwie swojego dajmona, Asty. Kanoe nazywało się La Belle Sauvage.”

Malcolm Polstead wiedzie w oberży nad Tamizą życie bezpieczne i szczęśliwe, choć niezbyt ekscytujące. Jednakże pewnej zimy, podczas nieustających ulewnych deszczy dochodzi do zderzenia sił nauki, religii i polityki. W obliczu pogodowego szaleństwa wszystkie pewniki w świecie Malcolma nagle się rozpadają. Kiedy zrządzeniem losu zostaje opiekunem dziewczynki imieniem Lyra, musi podjąć największe wyzwanie w życiu i "odbyć niebezpieczną podróż, która na zawsze zmieni ich oboje…

Dwadzieścia dwa lata po opublikowaniu przełomowych Mrocznych Materii Philip Pullman wraca do swojego niesamowitego świata równoległego w mistrzowskiej nowej powieści, długo wyczekiwanym pierwszym tomie Księgi Prochu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 589

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (77 ocen)
36
22
14
3
2

Popularność




Tytuł oryginału: The Book of Dust. Volume I. La Belle Sauvage

Copyright © 2017 by Philip Pullman Copyright for the Polish translation © 2020 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wydanie II ISBN 978-83-66409-59-0 Warszawa 2020

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010

Świat jest bardziej szalony ibardziej niż sądzimy Niepoprawnie mnogi

Louis MacNeice, Śnieg

Część pierwsza

1     Sala Tarasowa

Trzy mile w górę Tamizy od centrum Oksfordu, w pewnej odległości od miejsca, w którym słynne kolegia Jordana, Gabriela, Balliola i ze dwadzieścia innych rywalizowały w zawodach wioślarskich, w okolicy, gdzie z miasta zostawał tylko widoczny w oddali zarys wieżyczek i iglic nad omgloną równiną Port Meadow, znajdował się klasztor Godstow, w którym łagodne zakonnice zajmowały się swoimi świętymi powinnościami. Na drugim brzegu rzeki, naprzeciw klasztoru, stała oberża Pstrąg, stara, kamienna, pełna zakamarków i nadzwyczaj przytulna. Był w niej wychodzący nad rzekę taras, na którym dwa pawie (jeden imieniem Norman, drugi Barry) spacerowały sztywnym krokiem wśród gości, bez cienia zażenowania częstowały się przekąskami z talerzy, a od czasu do czasu zadzierały łby, by wydać dziki, bezsensowny wrzask. Był tu wygodnie urządzony bar, gdzie szlachta – o ile akademicy zaliczają się do szlachty – popijała piwo i paliła fajki. Była zwyczajna sala barowa, w której przewoźnicy i robotnicy z farm siedzieli przy kominku, grali w strzałki, plotkowali przy barze, kłócili się albo po prostu upijali w ciszy. Była kuchnia, w której żona właściciela codziennie przyrządzała wspaniałą pieczeń na rożnie wprawianym w ruch przez skomplikowany układ łańcuchów i zębatek. Był tam także pomagier nazwiskiem Malcolm Polstead.

Malcolm był synem właściciela Pstrąga, jedynakiem. Miał jedenaście lat, życzliwą i dociekliwą naturę, krępą sylwetkę i rude włosy. Uczęszczał do odległej o milę szkoły podstawowej w Ulvercote, gdzie miał wielu kolegów, ale największą radość sprawiało mu pływanie kanoe w towarzystwie swojego dajmona, Asty. Kanoe nazywało się La Belle Sauvage. Pewien dowcipny kolega Malcolma upodobał sobie przerabianie w tym napisie litery V na S*. Malcolm trzykrotnie przywracał łódce właściwą nazwę, zanim w końcu stracił cierpliwość i wrzucił żartownisia do wody. Po tym wydarzeniu chłopcy zawarli rozejm.

Jak każde dziecko karczmarza, Malcolm musiał pomagać przy prowadzeniu lokalu: zmywał talerze i kieliszki, roznosił talerze z jedzeniem i kufle z piwem, zbierał puste naczynia. Te obowiązki były dla niego czymś najzupełniej oczywistym. Jedynym utrapieniem w jego życiu była dziewczyna imieniem Alice, która pomagała w kuchni przy zmywaniu. Miała piętnaście lat, była wysoka i chuda, a proste ciemne włosy wiązała w nietwarzowy koński ogon. Na jej czole i wokół ust rysowały się już pierwsze zmarszczki niezadowolenia i dezaprobaty. Od pierwszego dnia drażniła się z Malcolmem.

– Masz dziewczynę, Malcolmie? – pytała. – Na pewno masz. Kim jest? Z kim wyszedłeś wczoraj wieczorem? Całowaliście się? Całowałeś się z kimś w ogóle?

Długo zbywał jej zaczepki milczeniem, ale w końcu Asta rzuciła się na cherlawą kawkę, dajmona Alice, wrzuciła ją do miski z pomyjami i tak długo przytapiała i kąsała przemoczonego ptaka, aż Alice zaczęła błagać o litość. Rozgoryczona poskarżyła się później matce Malcolma, ale ta odparła tylko:

– Dobrze ci tak. Nie zamierzam ci współczuć. Zachowaj swoje paskudne myśli dla siebie.

I tak też się stało. Od tamtej pory Alice i Malcolm przestali zauważać się nawzajem. On odstawiał kieliszki na ociekacz, ona je myła, on je wycierał i zabierał z powrotem do baru – a wszystko bez jednego słowa, bez jednego spojrzenia, bez jednej myśli.

Malcolm chwalił sobie życie w oberży. Szczególną przyjemność sprawiało mu podsłuchiwanie rozmów gości, bez względu na to, czy dotyczyły łajdactwa i korupcji Rady Rzecznej, beznadziejnej tępoty rządzących, czy też kwestii bardziej filozoficznej natury, takich chociażby, jak pytanie, czy gwiazdy są równie stare jak Ziemia.

Te ostatnie dysputy do tego stopnia potrafiły go wciągnąć, że odstawiał na stół naręcze pustych kieliszków i włączał się do rozmowy, uprzednio uważnie się jej przysłuchawszy. Wielu akademików i innych gości znało go i nie szczędziło mu napiwków, ale wzbogacenie się nigdy nie było jego celem; przyjmował napiwki jako dowód przychylności losu i po prostu uważał się za szczęściarza, co w późniejszym życiu bynajmniej mu nie zaszkodziło. Gdyby należał do tego typu chłopców, którzy łatwo dorabiają się przezwisk, z pewnością zasłynąłby jako „Profesor” – ale nie należał. Kiedy już został zauważony, dał się lubić, zwykle jednak nie rzucał się w oczy i to również mu nie szkodziło.

Druga klientela Malcolma mieszkała po przeciwnej stronie rzeki, tuż za mostem, który zaczynał się obok gospody, w szarych kamiennych zabudowaniach wśród zielonych pól, schludnych sadów i kuchennego ogrodu klasztoru świętej Rozamundy. Siostry zakonne były prawie samowystarczalne: uprawiały warzywa i owoce na własne potrzeby, trzymały pszczoły, szyły eleganckie szaty, o których sprzedaż umiały się potem ostro targować – ale od czasu do czasu przydawał im się chłopiec, który załatwi drobne sprawunki, naprawi drabinę pod czujnym okiem stareńkiego cieśli, pana Taphouse’a, albo przyniesie ryby z leżącego kawałek dalej z biegiem rzeki Medley Pond. La Belle Sauvage często znajdowała zatrudnienie w służbie dobrych siostrzyczek. Wielokrotnie zdarzało się Malcolmowi przewozić siostrę Benedictę w dół Tamizy do stacji zeppelinów pocztowych z cennymi paczkami zawierającymi stuły, kapy lub ornaty dla biskupa Londynu, który musiał okrutnie nadużywać swoich strojów, gdyż niszczył je z nadzwyczajną szybkością. Podczas tych nieśpiesznych przejażdżek Malcolm wiele się uczył.

– Jak wy to robicie, siostro Benedicto, że ci paczki wychodzą wam tak elegancko?

– Te paczki – poprawiła go siostra Benedicta.

– Te paczki. Jak to robicie, że wychodzą tak elegancko?

– Takie eleganckie, Malcolmie.

Uwagi siostry zupełnie mu nie przeszkadzały. To była taka ich zabawa.

– Myślałem, że „tak elegancko” też będzie dobrze.

– To zależy, czy chcesz, by idea elegancji odnosiła się do aktu pakowania paczki, czy też do paczki już gotowej.

– Wszystko jedno. Po prostu jestem ciekaw, jak ich pakujecie. Znaczy, jak je pakujecie.

– Kiedy będę przygotowywała następną paczkę, pokażę ci – odparła siostra Benedicta. – Obiecuję.

I tak też zrobiła.

Malcolm w ogóle był urzeczony wieloma schludnymi aspektami życia zakonnic: sposobem, w jaki podpinały gałęzie drzewek owocowych do trejaży pod nasłonecznionym klasztornym murem; urokliwym brzmieniem ich połączonych głosów, gdy śpiewały podczas nabożeństw; drobnymi przejawami życzliwości okazywanej ludziom. Lubił z nimi rozmawiać na tematy religijne.

– Wie siostra o tym, że w Biblii – zagaił pewnego dnia, pomagając starszej siostrze Fenelli przy pracy w olbrzymiej kuchni – jest napisane, że Bóg stworzył świat w sześć dni?

– Owszem – przytaknęła siostra Fenella, zawijając ciasto.

– To skąd się wzięły skamieliny i inne rzeczy, które mają miliony lat?

– Widzisz, dni były wtedy znacznie dłuższe – odparła pogodnie siostrzyczka. – Pokroiłeś już rabarbar? Bo ja tu skończę, zanim to zrobisz.

– Dlaczego używamy tego noża do rabarbaru, a nie tych starych? Stare są ostrzejsze.

– Chodzi o kwas szczawiowy. – Zakonnica zaczęła wylepiać blachę ciastem. – Stal nierdzewna lepiej nadaje się do rabarbaru. Podaj mi cukier.

– Kwas szczawiowy – powtórzył Malcolm. Bardzo mu się te słowa spodobały. – A co to jest ornat, siostro?

– Rodzaj szaty, którą kapłan nakłada na albę.

– Dlaczego nie zajmujesz się szyciem jak inne siostry?

Siedząca na oparciu pobliskiego krzesła wiewiórka, dajmon siostry Fenelli, zacmokała z dezaprobatą.

– Każdy u nas robi to, w czym jest dobry. Nigdy nie byłam mistrzynią haftu, spójrz tylko, jakie mam grubaśne palce! Za to inne siostry lubią moje ciasto.

– Ja też lubię twoje ciasto.

– Dziękuję ci, skarbie.

– Jest prawie tak dobre jak ciasto mojej mamy. Moja mama robi grubsze. Ty je pewnie mocniej rozwałkowujesz.

– Pewnie tak.

W klasztornej kuchni nic się nie marnowało. Z okruchów ciasta pozostałych po tym, jak siostra Fenella okroiła placki z rabarbarem, lepiło się niezgrabne krzyże, gałązki palmowe albo rybie sylwetki, przystrajało paroma rodzynkami, oprószało cukrem i piekło osobno. Wszystkie one miały wymowę religijną, ale w wykonaniu siostry Fenelli („spójrz tylko, jakie mam grubaśne palce”) niespecjalnie różniły się pomiędzy sobą. Malcolmowi lepienie szło sprawniej, musiał tylko uprzednio starannie umyć ręce.

– Ktoś je zjada, siostro? – zapytał.

– Wszystkie zostają w końcu zjedzone. Zdarza się, że gość ma ochotę poskubać coś do herbaty.

Klasztor, usytuowany w pobliżu przeprawy przez rzekę, cieszył się sporą popularnością wśród podróżnych i siostry często przyjmowały gości na noc. Oczywiście to samo można było powiedzieć o Pstrągu, gdzie zazwyczaj nocowały dwie–trzy osoby, którym Malcolm podawał rano śniadanie, byli to jednak najczęściej rybacy albo komiwojażerowie, jak nazywał ich jego ojciec: sprzedawcy ziela fajkowego, artykułów żelaznych, maszyn rolniczych. Klasztor przyjmował zaś gości zupełnie innego kalibru: szlachetnie urodzonych lordów i damy, czasem biskupów i mniej znacznych członków duchowieństwa, przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie mieli związków z żadnym z uniwersyteckich kolegiów i w związku z tym nie mogli oczekiwać w nich gościny. Pewnego razu klasztor odwiedziła prawdziwa księżniczka i została na całe sześć tygodni, ale Malcolm widział ją przez ten czas tylko dwa razy. Została zesłana do klasztoru za karę. Jej dajmon miał postać łasicy i warczał na wszystkich.

Przy tych lepszych gościach Malcolm również pomagał: doglądał koni, czyścił buty, biegał na posyłki i od czasu do czasu dostawał napiwki. Wszystko, co zarobił, trafiało do brzucha blaszanego morsa, którego trzymał w sypialni. Po naciśnięciu ogona mors otwierał pysk, a wtedy kładło mu się monetę między kły (jeden z nich odłamał się i został przylepiony na klej). Malcolm nie wiedział dokładnie, ile ma pieniędzy, ale mors był ciężki. Myślał, że może kiedy uzbiera wystarczająco dużo, kupi sobie pistolet, ale ojciec raczej by mu na to nie pozwolił, więc na razie zakupy musiały poczekać. A tymczasem chłopak poznawał nawyki i obyczaje zarówno pospolitych, jak i bardziej niecodziennych podróżników.

Przypuszczał, że nie ma drugiego takiego miejsca jak ten zakręt rzeki – z oberżą po jednej stronie i klasztorem po drugiej – gdzie by się człowiek mógł tak dużo nauczyć o świecie. Spodziewał się, że kiedy dorośnie, będzie pomagał ojcu przy barze, a potem, gdy rodzice zestarzeją się i nie będą mogli dłużej prowadzić karczmy, przejmie rodzinny interes. Znacznie lepiej byłoby prowadzić Pstrąga niż inną gospodę, bo to przez niego przepływał wielki świat i zawsze można było porozmawiać z jakimś akademikiem albo inną ważną personą.

Tylko że tak naprawdę Malcolm marzył o czymś zupełnie innym: sam chciałby być takim akademikiem, może astronomem albo teologiem doświadczalnym, który dokonuje wiekopomnych odkryć i przenika istotę rzeczy. Praktykant u filozofa – o tak, to byłoby coś. Była to jednak ewentualność mało prawdopodobna. W wieku czternastu lat absolwent szkoły podstawowej w Ulvercote mógł liczyć na zatrudnienie w rzemiośle, w najlepszym razie w jakimś urzędzie, a Malcolm nigdy nie słyszał o stypendiach dla uzdolnionych posiadaczy kanoe.

* * *

Pewnego dnia w środku zimy w Pstrągu zjawili się niecodzienni goście: powóz jantaryczny przywiózł trzech mężczyzn, którzy z miejsca udali się do Sali Tarasowej, najmniejszej ze wszystkich jadalni w oberży, z oknami wychodzącymi na taras, rzekę i widoczny na drugim brzegu klasztor. Ulokowana na końcu korytarza sala była rzadko używana zarówno zimą, jak i latem, zwłaszcza że wbrew temu, co mogłaby sugerować nazwa, była pozbawiona wyjścia na taras, a okna miała nieduże.

Malcolm skończył odrabiać skromną pracę domową (z geometrii), pochłonął łapczywie zapiekany pudding z pieczenią wołową i zagryzł go pieczonym jabłkiem w kremie budyniowym, gdy ojciec zawołał go do baru.

– Idź, zobacz, czego chcą ci dżentelmeni w Sali Tarasowej – powiedział. – To prawdopodobnie cudzoziemcy. Nie wiedzą, że drinki zamawia się przy barze. Pewnie chcą, żeby im usługiwano.

Zadowolony z miłej odmiany Malcolm zszedł do małej jadalni i zastał w niej trzech dżentelmenów (jednym rzutem oka ocenił ich status i stwierdził, że bez wątpienia zasługują na to miano), którzy garbili się przy oknie, usiłując wyjrzeć na zewnątrz.

– W czym mogę panom pomóc? – zapytał.

Odwrócili się jednocześnie. Dwóch zamówiło bordo, trzeci poprosił o rum. Kiedy Malcolm przyniósł drinki, zapytali, czy mogliby zamówić kolację, a jeśli tak, to co Pstrąg ma do zaoferowania.

– Pieczeń wołową, proszę pana. Bardzo smaczną. Wiem, co mówię, sam ją przed chwilą jadłem.

Dżentelmeni przysunęli sobie krzesła do niewielkiego stołu.

– Ach, le patron mange ici, hm? – zagadnął najstarszy z nich. Jego dajmon, elegancki czarno-biały lemur, siedział mu spokojnie na ramieniu.

– Mieszkam tutaj – odparł Malcolm. – Mój ojciec jest właścicielem, a matka kucharką.

– Jak się nazywasz? – spytał najwyższy i najchudszy z gości. Miał gęste siwiejące włosy, dajmona dzwońca i wyglądał na akademika.

– Malcolm Polstead, proszę pana.

– Co to za miejsce tam, na drugim brzegu? – zapytał trzeci. Miał ogromne ciemne oczy i czarne wąsy. Jego dajmon, czymkolwiek był, leżał zwinięty w kłębek u jego stóp.

Oczywiście zdążył już zapaść zmrok i za rzeką było widać tylko słabo rozświetlone witrażowe okna kaplicy i stale płonącą latarnię nad stróżówką.

– Klasztor, proszę pana. Sióstr zakonu świętej Rozamundy.

– Kim była święta Rozamunda?

– Nigdy ich o nią nie pytałem. Ale mają tam jej witraż: stoi w takim ogromnym kwiecie róży. Pewnie dlatego tak się nazywa. Będę musiał zapytać o to siostrę Benedictę.

– Widzę, że dobrze znasz siostrzyczki.

– Prawie codziennie z nimi rozmawiam. Wykonuję różne drobne prace przy klasztorze, załatwiam sprawunki, takie tam...

– Czy siostry przyjmują gości? – zainteresował się najstarszy z mężczyzn.

– Ależ tak, proszę pana, często. Najróżniejszych gości. Przepraszam, że zmienię temat, ale jest tu dość chłodno. Może życzycie sobie, panowie, żebym napalił w kominku? Chyba że zamierzacie zejść do baru. Jest tam ciepło i przytulnie.

– Nie, Malcolmie, dziękujemy. Zostaniemy tutaj. Rozpal w kominku, ogień z pewnością się przyda.

Malcolm zapalił zapałkę i przygotowane drewno od razu zajęło się ogniem. Często obserwował ojca, jak ten układa opał w palenisku; naprawdę znał się na rzeczy. Zgromadzony zapas polan powinien wystarczyć na cały wieczór.

– Duży ruch dzisiaj? – zapytał ciemnooki.

– Będzie z tuzin gości, proszę pana. Normalny wieczór.

– Świetnie – powiedział najstarszy. – W takim razie przynieś no tę pieczeń.

– Może zupa na początek, panowie? Mamy dziś pikantną z pasternaku.

– Czemu nie? Zupa dla wszystkich, a na drugie wasza słynna pieczeń wołowa. I butelkę tego bordo.

Malcolm nie sądził, żeby pieczeń w Pstrągu naprawdę była słynna, to było tylko takie gadanie. Wyszedł, żeby przynieść sztućce i złożyć zamówienie u matki w kuchni.

Asta – w postaci szczygiełka – szepnęła mu do ucha:

– Już wcześniej wiedzieli o zakonnicach.

– To dlaczego o nie wypytywali? – zapytał również szeptem Malcolm.

– Sprawdzali nas. Chcieli się przekonać, czy mówimy prawdę.

– Ciekawe, czego chcą.

– Nie wyglądają na akademików.

– Trochę wyglądają.

– Wyglądają na polityków – upierała się Asta.

– Skąd wiesz, jak wyglądają politycy?

– Po prostu mam przeczucie.

Malcolm nie spierał się z nią dłużej. Klientów nie brakowało, miał więc huk roboty, a poza tym wierzył przeczuciom Asty. Sam rzadko miewał takie olśnienia – jeśli ktoś był dla niego miły, Malcolm po prostu go lubił – ale jego dajmon wielokrotnie wykazywał się bezbłędną intuicją. Oczywiście Malcolm i Asta byli jedną istotą, więc w gruncie rzeczy była to jego intuicja, podobnie jak jego przeczucia były również jej przeczuciami.

Jego ojciec osobiście zaniósł jedzenie trzem dżentelmenom i otworzył im wino; Malcolm nie umiał jeszcze podać trzech gorących dań jednocześnie. Kiedy pan Polstead wrócił do baru, przywołał Malcolma skinieniem palca i zapytał:

– Co ci powiedzieli ci trzej panowie?

– Pytali o klasztor.

– Chcą jeszcze z tobą porozmawiać. Mówią, że bystry z ciebie chłopak. Tylko zachowuj się. Wiesz, co to za jedni?

Malcolm wybałuszył oczy i pokręcił przecząco głową.

– Ten starszy to nie kto inny jak lord Nugent, niegdysiejszy lord kanclerz Anglii.

– Skąd wiesz?

– Rozpoznałem go z fotogramu w gazecie. No, idź już. I odpowiadaj na wszystkie pytania.

Malcolm zagłębił się w korytarz.

– Widzisz? – szepnęła Asta. – I kto miał rację? Lord kanclerz Anglii we własnej osobie!

Goście zajadali się pieczenią (matka Malcolma dała każdemu po jednym dodatkowym plastrze) i rozmawiali przyciszonymi głosami, ale na widok chłopaka umilkli.

– Przyszedłem zapytać, czy nie potrzebujecie panowie więcej światła – powiedział. – Mogę przynieść lampę naftową, postawi się ją na stole.

– To świetny pomysł, Malcolmie – odparł lord kanclerz – ale może chwileczkę zaczekać. Ile masz lat?

– Jedenaście, proszę pana.

Może powinien był powiedzieć „szlachetny panie”, ale były lord kanclerz Anglii wyglądał na usatysfakcjonowanego zwykłym „proszę pana”. Może podróżował incognito; wtedy nawet wolałby, żeby nie tytułowano go jak należy.

– Gdzie się uczysz?

– W szkole podstawowej w Ulvercote, proszę pana. To niedaleko, po drugiej stronie Port Meadow.

– A jak myślisz, co będziesz robił, kiedy dorośniesz?

– Prawdopodobnie zostanę oberżystą, jak mój ojciec.

– Niezwykle interesujące zajęcie, moim zdaniem.

– Też tak uważam, proszę pana.

– Sporo ludzi przewija się przez karczmę, i w ogóle.

– Otóż to, proszę pana. Odwiedzają nas akademicy z uniwersytetu. I przewoźnicy z dalekich stron.

– Dużo się dzieje, co?

– O tak, proszę pana.

– Na rzece jest pewnie duży ruch, co?

– Najciekawsze rzeczy to się dzieją na kanale, proszę pana. Gipcjanie stale pływają w tę i z powrotem, a w lipcu, kiedy wypada Koński Targ... Wtedy na kanale naprawdę roi się od łodzi i podróżnych.

– Koński Targ... Gipcjanie, powiadasz?

– Zjeżdżają się ze wszystkich stron, żeby pohandlować końmi.

– A te zakonnice z klasztoru... – zagadnął mężczyzna o wyglądzie akademika. – W jaki sposób zarabiają na życie? Wytwarzają może perfumy lub coś w tym guście?

– Uprawiają dużo warzyw – odparł Malcolm. – Moja mama zawsze kupuje od nich warzywa i owoce. I miód. Poza tym siostry szyją i wyszywają szaty dla księży, ornaty i inne. Tak sobie myślę, że dostają za nie dużo pieniędzy. Muszą mieć pieniądze, bo kupują ryby z Medley Pond, w dole rzeki.

– A kiedy siostry w klasztorze przyjmują gości – znowu odezwał się były lord kanclerz – to jakiego rodzaju są to goście, Malcolmie?

– No... czasem to są damy, młode damy... Kiedy indziej może być jakiś starszy ksiądz albo biskup. Wydaje mi się, że przyjeżdżają tu odpocząć.

– Odpocząć?

– Tak mi powiedziała siostra Benedicta. Powiedziała, że dawno temu, kiedy nie było jeszcze tylu oberży, hoteli, a zwłaszcza szpitali, ludzie chętnie zatrzymywali się w klasztorach, opactwach i tym podobnych, ale dzisiaj przybywają do nich głównie duchowni, czasem zakonnice z innych miejsc i że są wtedy rekowa... renkowa...

– Rekonwalescentami – podpowiedział lord Nugent.

– No właśnie, proszę pana. Wracają do zdrowia, znaczy.

Ciemnooki ostatni skończył jeść. Złożył nóż i widelec i położył je razem na talerzu.

– Teraz też kogoś tam mają? – zapytał.

– Nie wydaje mi się, proszę pana. Chyba że rzadko wychodzi na dwór. Zwykle goście lubią spacerować po ogrodzie, ale pogoda ostatnio była kiepska, więc... Podać deser?

– A co jest na deser?

– Pieczone jabłka w kremie budyniowym. Z klasztornego sadu.

– No, takiej okazji nie godzi się przegapić – stwierdził akademik. – Prosimy więc o jabłka w kremie.

Malcolm zaczął sprzątać ze stołu.

– Od dziecka tutaj mieszkasz, Malcolmie? – zainteresował się lord Nugent.

– Tak, proszę pana. Tu się urodziłem.

– Masz więc doświadczenie w kontaktach z klasztorem. Czy słyszałeś kiedy, żeby siostry opiekowały się nieletnim?

– Znaczy... dzieckiem, proszę pana?

– Tak, małym dzieckiem, za małym, żeby posłać je do szkoły. Może nawet niemowlęciem. Obiło ci się o uszy?

Malcolm zastanowił się chwilę, zanim odparł:

– Nie, proszę pana, nigdy. Damy, dżentelmeni, duchowni... Tak, jak najbardziej. Ale dziecko? Nigdy.

– Rozumiem. Dziękuję, Malcolmie.

Przeplótłszy nóżki kieliszków między palcami, Malcolm zdołał zabrać je wszystkie razem z talerzami.

– Dziecko? – szepnęła Asta, kiedy szli do kuchni.

– Tajemnicza sprawa – powiedział z satysfakcją Malcolm. – Może jakaś sierota?

– Albo gorzej – mruknęła posępnie Asta.

Malcolm odstawił talerze do zmywania, jak zwykle ignorując obecność Alice, i zamówił deser.

– Twój ojciec – powiedziała matka, przygotowując jabłka do podania – uważa, że jeden z naszych gości to dawny lord kanclerz.

– W takim razie trzeba mu dać ładne, duże jabłko – odparł Malcolm.

– Co chcieli wiedzieć? – zainteresowała się matka, polewając owoce gorącym kremem.

– Różne rzeczy. Wypytywali mnie o klasztor.

– Na pewno dasz sobie radę z trzema? Są gorące.

– To małe miseczki. Dam radę, naprawdę.

– Mam nadzieję. Jeśli upuścisz jabłko lorda kanclerza, pójdziesz do więzienia.

Malcolm poradził sobie z miseczkami wyśmienicie, mimo że z każdą chwilą stawały się coraz bardziej gorące. Tym razem dżentelmeni nie zadawali mu żadnych pytań, zamówili tylko kawę. Przyniósł im lampę naftową, po czym udał się do kuchni złożyć kolejne zamówienie.

– Mamo? Wiesz, że siostry w klasztorze przyjmują czasem gości, prawda? Słyszałaś, żeby kiedy opiekowały się dzieckiem? Niemowlęciem?

– A dlaczego się tym interesujesz?

– Nasi goście mnie o to pytali, lord kanclerz i dwaj pozostali.

– I co im powiedziałeś?

– Że nie przypominam sobie.

– I to jest właściwa odpowiedź. A teraz zmykaj, przynieś mi więcej kieliszków.

W barze, korzystając z ogólnego zgiełku, Asta szepnęła Malcolmowi do ucha:

– Zaskoczyłeś mamę tym pytaniem. Widziałam, jak Kerin obudził się i zastrzygł uszami.

Kerin, nieco burkliwy, ale tolerancyjny borsuk, był dajmonem pani Polstead.

– Bo to było zaskakujące pytanie – odparł Malcolm. – Ty pewnie też wyglądałaś na zaskoczoną, kiedy tamci mi je zadali.

– W żadnym razie! Byłam absolutnie nieprzenikniona.

– No, na pewno zauważyli, że ja byłem zaskoczony.

– Zapytamy o to siostry?

– Może. Tak, jutro. Powinny wiedzieć, że ktoś o nie rozpytuje.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

*Sauvage – „dzikus/-ka” (fr.); sausage – „kiełbaska” (ang.).