Kwarantanna - Grzegorz Kalinowski - ebook
BESTSELLER

Kwarantanna ebook

Grzegorz Kalinowski

3,5

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Polska 2020 w przeddzień lockdownu, czyli zimowe ferie jakich jeszcze nie było... Marcin i Leszek prowadzą wspólnie biuro projektowe. Łączy ich także pasja do gór, dlatego wyprowadzają się na Podhale. Mają duży dom na uboczu, więc wpadają na pomysł prowadzenia pensjonatu. Gdy nadchodzi pandemia bohaterowie zmuszeni są spędzić dwutygodniową kwarantannę w zamknięciu, z grupą przypadkowych ludzi. Bardzo szybko okazuje się, że każda z tych osób jest na swój sposób wyjątkowa, a pensjonatem zaczyna interesować się nie tylko lokalna społeczność, ale też dziennikarze i policja. Zemsta, interesy, zawiedzione uczucia i frustracje, namiętności oraz ambicje które na progu epidemii każą zapomnieć o nadciągającej katastrofie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 608

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (181 ocen)
41
63
41
23
13

Popularność




RedakcjaBeata Słama
KorektaAgnieszka Nikczyńska-Wojciechowska
Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz
Zdjęcia wykorzystane na okładce©Oleksii Grygorenko/Shutterstock
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Grzegorz Kalinowski, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66644-81-6
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 81redakcja@skarpawarszawska.plwww.skarpawarszawska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

DZIEŃ ZERO

PIĄTEK, 6 MARCA 2020

Była długa prosta, do tego pod górę, więc tym łatwiej mógł wyprzedzić tira, który z mozołem wspinał się po słowackiej drodze. Auto miało mocny silnik, gwarantujący sprawne wyprzedzenia ociężałego kolosa. Dwieście pięćdziesiąt koni mechanicznych i prawie sześćset niutonometrów momentu obrotowego dawało dojście do setki w osiem sekund z małymi ułamkami. Do tego zwiększający bezpieczeństwo operacji napęd na wszystkie koła i, przynajmniej tak sądził, dobry kierowca.

Robert wdepnął pedał gazu, jednak nie w samą podłogę, bo odcinek, na którym miał wyprzedzić tira i leniwe tempo, w jakim ten się poruszał, nie wymagały bawienia się w Kubicę. Silnik przyjemnie zabuczał i grand z elegancją mijał powolność na szesnastu kołach. Operacja przebiegała w milczeniu, bo Kinga nie robiła scen, które zwykle urządzała mu Magda: „Oszalałeś? Pod górkę wyprzedzasz? A może z przeciwka coś jedzie?” – mówiła niezbyt podniesionym głosem, lecz w sposób, który przeszywał go na wylot. I nie był to koniec, bo na koniec padało sakramentalne: „Chcesz nas zabić?!”.

A on, zamiast dać sobie spokój, bo wtedy miałby problem z głowy, nie potrafił się powstrzymać i rzucał jakby od niechcenia: „Był bezpieczny dystans, przyśpieszenie mamy dobre, wszystko było na dużym luzie”. Mówił to spokojnym, wypranym z emocji głosem.

I pewnie ten spokój ją nakręcał, bo wtedy Magda zaczynała wchodzić na wyższy poziom, mówiła nie tylko głośniej, ale i w sposób, który jeszcze mocniej go przeszywał: „Tak mówią ci, którym rodziny stawiają te wszystkie krzyże na poboczach!” – wystrzeliwała w jego kierunku oskarżycielski komunikat. „Bo wyprzedzali na trzeciego i mieli prawie nowe, dwudziestoletnie auta po żonach niemieckich dentystów”. Jego ton nie był już bezbarwny, a wyraźnie kpiący. „Kawaleria narodowa w golfach, z wybitymi amortyzatorami, na łysych gumach, wracająca z dyskoteki z siedmioma pasażerami na pokładzie!” Wtedy ona zawieszała wymianę zdań. Zawieszała, nie kończyła, bo po długiej pauzie puentowała podniesionym głosem: „Jesteś taki sam jak oni, jedyne, co cię odróżnia, to samochód! Tak, masz lepszy, ale nie jesteś inny niż ci gówniarze w golfach i beemkach, którzy pędzą z dyskotek!”.

On też kończył na dwa tempa. Kiwał głową, uśmiechał się, jakby delektował się tym, co usłyszał. I to powinien być koniec. Miał puścić ten speach mimo uszu, olać to, ale nie puszczał i nie olewał, tylko stawiał własną kropkę nad „i”: „Kochana, ja mam nie tylko lepsze auto, ale i wiozę lepszy towar!” Spoglądał przy tym na żonę jak na trofeum. „Magda, ty nie jesteś jakąś Grażynką Lambadziarą!” – dodawał. „Seksista i palant! Jesteś palantem, rozumiesz to?” – syczała.

Niepotrzebnie dawał się wciągać w te dialogi, niepotrzebnie na koniec wyprowadzał ją z równowagi, ale tak jakoś wychodziło, chujowo w sumie.

Kiedy kończył wyprzedzać tira i był na wysokości jego kabiny, zza zakrętu wyłoniła się osobówka. Jakiś miejscowy słowacki Hołek doginał w dół z kosmiczną prędkością, więc Robert dodał jeszcze gazu i szybko, dość gwałtownie zjechał na prawą stronę. To by było coś dla Magdy! Ale Magdy nie było, dzisiaj to Kinga zajmowała jej miejsce i nic nie mówiła. Zupełnie nic. Zerknął na nią kątem oka, by sprawdzić, czy śpi albo czyta, lecz ona patrzyła na drogę i po prostu milczała. Nie komentowała, nie protestowała, od wyjazdu z Kempinskiego nie odezwała się słowem. Milczała przez ponad pół godziny i w ogóle mu to nie przeszkadzało aż do chwili, w której jako pasażerka prowadzonego przez niego auta powinna jakoś skomentować jego wyczyny! Ale Kinga nie była Magdą, mimo to brak dialogu w takiej chwili wydawał mu się co najmniej dziwny. Musi coś powiedzieć, tylko co i po co?

On wiedział po co, bo potrzebował jakiejś gadaniny, padał ze zmęczenia. Skatował się na nartach, walczył na trasie aż do zamknięcia stoku i na dobrą sprawę nie wyobrażał sobie, jak wytrzyma kolejnych parę godzin za kółkiem. Gdyby tylko chodziło o Warszawę... Nawigacja wskazywała mniej niż pięć godzin, ale zamierzali jeszcze zatrzymać się w Krakowie. Kinga miała coś do załatwienia, krótkie spotkanie, coś w przelocie. Chwila moment, ale był pewny, że utkną na co najmniej dwie godziny. Czyli w sumie siedem! Siedem godzin w trasie, nawet jeśli z krzepiącą kawą w Krakowie, to i tak na pograniczu wytrzymałości. Jej milczenie nie pomagało, więc zarzucił small talk:

– Wyjeździliśmy się, a pewnie przez tę epidemię to już koniec sezonu – bardziej stwierdził, niż zapytał, i pewnie dlatego Kinga nie odpowiedziała. Postanowił więc zacząć jeszcze raz:

– Szkoda, że Kuba musiał wcześniej wracać. – Powiedział to z pełnym przekonaniem. Może nie było tego słychać, bo głos mu lekko zafalował i przez to zabrzmiał trochę nieszczerze. Nie musiał kręcić, mówił, co myślał, ale chciał być bardziej wiarygodny. Przyaktorzył, by zabrzmieć jak najbardziej autentycznie, ale nie wyszło. Gadał pewnie tak, jak parę lat temu, kiedy ją podrywał. Sprawy zaszły wtedy nawet dość daleko, tylko że pojawili się oni – Magda i Kuba.

Wyjazd integracyjny firmy, w której wtedy pracowali, zakończył się niespodziewaną zamianą miejsc. Tamci przyjechali nad Zalew Zegrzyński niemal jako para i w biurze wręcz robiono zakłady, czy Kuba przeleci Magdę. Z kolei Kinga była nowa, pracowała dopiero od tygodnia i mu się spodobała. W autokarze, który wiózł ich na imprezę, układał w głowie plany, rozpisywał działania krok po kroku. Podobała mu się jak cholera, do tego był wyposzczony i przegrany. Właśnie rozsypał mu się związek i uważał, że ta dziewczyna spadła mu z nieba. A wyszło zupełnie inaczej.

Kto był na wyjeździe integracyjnym, takim prawdziwym, dwudniowym, z podwózką autokarami, fajerwerkami i noclegiem, ten wie, że wszystko jest możliwe. Niecodzienne numery, wygłupy na poziomie gimbazy, śmieszne scenki, a nawet bijatyki. Początki i końce karier, flirty i... Kilka miesięcy po tym wyjeździe Magda była już jego żoną, a kolejnym weselem, na którym się bawiono, było wesele Kingi i Kuby.

– Tak, szkoda – odezwała się Kinga obojętnym głosem. – A Magda w ogóle nie pojechała, zostawiłeś ją przecież w domu.

Nie zostawił, teściowa źle się poczuła i nie tylko nie mogła się opiekować ich dzieckiem, ale i sama wymagała pomocy. Przynajmniej tak mówiła, chociaż dla Roberta była to zwykła hipochondria albo chęć zwrócenia na siebie uwagi, a może jedno i drugie. Nie lubił jej, z wzajemnością zresztą. Obchodził się z nią jak z jajkiem, jednak nie mógł liczyć na to samo ze strony Elżbiety Porębskiej. Była wyniosła, zaborcza i wypadało mu tylko współczuć teściowi, który półtora roku temu zawinął się na serce. Dziadek Marek był w porządku, ale nie wytrzymał z tą babą i ewakuował się na tamten świat. Gdyby żył, to Mała Diablica Aga wylądowałaby u niego i wchodziłaby mu na głowę. Marek kochał wnuczkę i pozwalał pięciolatce na wiele, czego nie można było powiedzieć o jego kostycznej i wiecznie narzekającej żonie. Wdowie, nie żonie, poprawił się w myślach Robert. Szkoda chłopa, ale życie toczy się dalej, a sytuacja z rozhisteryzowaną matką Magdy dała mu niespodziewaną okazję do tego, by się wyszaleć na deskach.

Jeździł dobrze, a nawet bardzo dobrze, a Magda przeciętnie, i nie lubiła szusować sama, musiał więc bujać się z nią po stoku dla średniozaawansowanych. Żadnego kopnego śniegu i muld, żadnych czarnych tras. Dlatego wybrali Szczyrbskie Pleso i Hotel Kempinski. Mieli pomieszkać w luksusowych warunkach i jeździć na pobliskich wyciągach. Wyszło jednak inaczej, wyjechał sam z Milewskimi i wykorzystał nieobecność Magdy, żeby się wyjeździć za wszystkie czasy.

Dojeżdżał do Tatrzańskiej Łomnicy i tam szalał na najwyższej trasie, o ile wiatr nie powodował wyłączenia ostatniego wyciągu krzesełkowego. Miał być wyjazd we czwórkę, a zrobił się dwa plus jeden. Spotykali się na śniadaniach i kolacjach, lekki drink, on szedł spać, oni też, tylko dla nich znaczyło to zupełnie coś innego.

Dopiero dwa ostatnie dni wyglądały inaczej, bo Kuba musiał wrócić do Warszawy. Coronavirus, nowa strategia, ratowanie firmy, brainstormy, narady i tak dalej. Fundusz pożyczkowy, więc będzie co ratować, ale i wyskoczą problemy, bo klienci staną się niewypłacalni. Życie. A co mają powiedzieć ci z branży turystycznej? A restauratorzy, muzycy, branża odzieżowa? Dobrze, że przeniósł się z odzieżówki do firmy robiącej gry komputerowe. Nie mieli swojego Wiedźmina, ale nieźle przędli i dla nich kryzys był akurat szansą. Cała branża zawsze wychodziła zwycięsko z takich sytuacji, ludzie, jak nie mieli pieniędzy, to nie chodzili do kin, tylko siedzieli w domach i grali w gry komputerowe. Teraz pojawili się konkurenci, netfliksy i inni, ale i rynek się poszerzył. Zaraza to nie bezrobocie, to miliony, dziesiątki milionów na kwarantannach. Tak podobno ma być. I już jest. Czytał, że w Policach na kwarantannie siedzi cały internat, na pewno grają, ciekawe, co jest na topie, czy ich produkty są w grze?

Na razie w grze był on, grał w swojskie Need for Speed, był zmęczony, na zapas wkurzony postojem w Krakowie i perspektywą siedmiu godzin podróży.

Jechał przez Zdziar, a tu słowacka drogówka lubi łapać mistrzów kierownicy z Polski. Pokuty, czyli mandaty, nie były tu symboliczne, a funkcjonariusze mili.

Zadźwięczał smartfon, nie jego, tylko Kingi, więc pewnie wda się w korespondencję, zacznie odpisywać i w aucie zapadnie cisza. Trzeba coś z tym zrobić, spojrzał na system audio i postanowił: koniec z czilautem, musi dać coś na otrzeźwienie. Wrzucił System Of A Down i numer Chop Suey, słuchał tego w gimnazjum, a może nawet w podstawówce. Długo, wystarczająco długo, by czekać, aż po półminutowym rozbiegu zacznie się ogień. Nim jednak gruchnęło, a Serj Tarkian zaśpiewał Wake up!, weszła nieoczekiwanie ze swoim wokalem Kinga:

– Ta sprawa w Krakowie...

– Nieaktualna?

– Aktualna, ale dopiero jutro. Możemy... – powiedziała proszącym tonem.

– Możemy, ale musimy gdzieś przenocować.

– To jasne, ja stawiam hotel. Kraków, czy coś po drodze, a może gdzieś w tej okolicy?

– Nie wiem, zmęczony jestem, przesadziłem z nartami, mogę się zwalić gdziekolwiek. Znajdź coś, zdaję się na ciebie.

Kinga weszła w hotelową aplikację i zaczęła szukać noclegu.

***

Marcin chodził po kuchni, jakby był lwem w klatce albo mordercą na więziennym spacerniaku. Krążył z zaciśniętymi ustami, mruczał coś pod nosem, a dłonie miał zwinięte w pięści, jakby chciał komuś przyłożyć.

– Co jest grane? – zapytał go Leszek.

– Upadek jest grany, Leszku, upadek! – odpowiedział, przeczesując włosy – U-PA-DEK!

– Jaki upadek? – Leszek czuł, że to jakiś kod. Marcin cztery lata temu przeszedł przez wiek dziadowski, a Leszek właśnie dobijał do Chrystusowego. Czterdzieści i cztery Mickiewicza plus cztery, minus trzydzieści trzy Zbawiciela, od modnego warszawskiego placu, to daje piętnaście różnicy. Trzymał się dobrze, szczupły, wysportowany, o kruczoczarnych włosach, nie wyglądał na swoje lata, z kolei Leszkowi dawano zawsze parę lat więcej. Ale to nie znaczyło zupełnie nic, bo liczył się ten cholerny bagaż doświadczeń, na który Marcin tak chętnie się powoływał. A robił to na niemal każdym kroku: „Nie widziałeś, nie pamiętasz, nie wiesz...”. Wiedział, że Leszek nie wie, a jednak cały czas żądał znajomości kontekstów, liczył na to, że będzie rozumiał, co powiedział jakiś polityk, aktor z zapomnianego kina klasy B albo bohater kreskówki. Cytaty z Tytusa, Romka i A’Tomka go rozwalały, miał reagować na coś, na co się nie załapał, a Marcin na każdym kroku musiał mu przypominać, że nie tylko „czytał Tytki, Kajki i Kokosze”, ale zobaczył też więcej filmów i seriali, załapał się w teatrze na spektakle, w których występowały nieżyjące już legendy, a gdy chodził do drugiej klasy podstawówki, to zamiast Załogi G i Teleranka był występ Jaruzelskiego.

Tak, tak, on wychował się w innym świecie, takim bez komórek, a nawet DVD. Magnetofony na kasety, VHS i palenie papierosów w kawiarniach. To ostatnie Leszek nie tylko pamiętał, ale i robił. Fajki z lokali wyrzucono w 2010 roku, miał wtedy dwadzieścia trzy lata i już nie palił, bo pięć lat wcześniej rzucił. Wtedy jarał, żeby poczuć się starszym, niezależnym, żeby pokazując się z papierosem na legalu, mógł mówić wszystkim: „Jestem pełnoletni!”. Wyglądał ponad swoje lata, lecz zawsze obracał się w gronie ludzi, którzy byli od niego starsi. Starsi, bardziej doświadczeni, światowi i tak jak Marcin, lubiących to podkreślać. Gdy nie zostaje już nic innego, to wiek staje się wartością dodaną, różnicą. Pieprzony ejdżyzm! Ejdżyzm? Zastanowił się, bo zwykle używano tego określania wobec ludzi starszych – dyskryminacja z powodu wieku, że za starzy. A jeśli jest się za młodym? Nieważne, chodzi o wiek, o to, że ktoś nie należy do klubu. Tak było i teraz, kiedy napięty i czerwieniejący na twarzy Marcin mówił coś o jakimś upadku.

– Film taki, Upadek, z Douglasem. – Marcin powiedział to takim tonem, jakby tłumaczył mu: Hamlet, dramat taki, Szekspira, nie wiesz?

– Z tym Douglasem, który niedawno umarł? – Leszek pomyślał, że skoro to jakiś film retro, to pewnie z tym Douglasem, który przeżył ponad sto lat.

– Upadek z Kirkiem? Nie, nie z Kirkiem, z Michaelem, jego synem.

– Mąż Zety-Jones. – Leszek wiedział, kim jest Michael Douglas, ale sprowadził go do rangi męża swojej żony.

– Ojciec, Kirk, grał w Spartakusie i w Ścieżkach chwały, a Michael... No tak, przecież to ten facet z Netflixa, z Kominsky Method!

– Upadek to początek lat dziewięćdziesiątych... – W głosie Marcina słychać było szelest kreszowych dresów, skrzypienie polowych łóżek i szczęk z Placu Defilad. – Dziewięćdziesiąty trzeci, może czwarty? Miałeś wtedy jakieś sześć lat, za młody jesteś, nie pamiętasz.

A on miał ponad dwadzieścia! I znów ta wyższość, pieprzony ejdżyzm.

– To mnie oświeć. – Leszek stanął naprzeciwko Marcina i spojrzał w górę, bo był od niego nie tylko młodszy, ale i niższy, i to o głowę.

– Facet, którego gra Michael, traci pracę. Typowy urzędnik, okulary, biała koszula, krawat. Zwyczajny korposzczur, którego nagle wylewają. Dostaje szału, kupuje broń i rozwala system.

– Chcesz rozwalić system?

– Nie, ale mam ochotę kupić obrzyna i wystrzelać naszych klientów.

– I ty to mówisz? – Leszek nie mógł uwierzyć, bo to Marcin strofował go za lekceważenie gości, za segregowanie ich na lepszych i gorszych. – Nie ma profesorów i biznesmenów, warszawki i starego Krakowa, nie ma Januszy, Andrzejów i Grażynek, są po prostu nasi klienci! Oczywiście wolałbym tu gościć Borysa Szyca i Olgę Tokarczuk, słuchać zachwytów nad dizajnem, niewmuszoną elegancją, minimalizmem, ciszą i spokojem... – przedrzeźniał. – Co się stało?

– Minęło półtora roku, a ja czuję, że doszedłem do ściany – jęknął Marcin. – Na początku, kiedy przyjeżdżali znajomi i znajomi znajomych, było cool. Ale skończyliśmy z towarzyskimi promocjami.

Leszek pokiwał głową. Tak, byli modni, bo wszystko dawali za pół darmo, a czasem nawet i za darmo. Jeśli uznali, że z polecenia i po znajomości to tylko dwudziestopięcioprocentowy rabat, to zrobiło się pusto. Bo ci ludzie gardzili pięćset plus i śmiali się ze zwrotu „bo nam się to po prostu należało”, lecz różnili się tylko tym, że liczyli od pięciu tysięcy plus i uważali, że należy im się dwa razy więcej. Pensjonat jednak szybko znów się zapełnił, z tym że mniej światową klientelą. Co prawda w pewnym momencie wprowadzili ceny zaporowe, ale stało się: pensjonat opanowali barbarzyńcy. Głośna muzyka, pety w ogrodzie, włażenie w każdy kąt, żądania i narzekania.

– Ten kark przyjechał tu z dzieckiem... – Marcin pokręcił z rezygnacją głową.

Leszek pamiętał, jak grubas z żoną w złotym kombinezonie nie mogli się nadziwić, że w opisie stało jak byk: pensjonat dla gości szesnaście plus. Andżela, żona grubasa, przyznała później, że może coś takiego czytała, ale że to było czternaście plus, a nie szesnaście. Gówniarz miał trzynaście, a Grubas tłumaczył, że nawet jeśli żona przeczytała czternaście plus, bo to ona oczywiście robiła rezerwację, a on by to, ma się rozumieć, rozczytał, to i tak Bartuś jest tak ogarnięty, jakby miał szesnaście lat!

Ogarnięty nie był, miał tylko masę dorosłego faceta i robił hałas jak zastęp walących na mecz kiboli. Gdy Bartuś się zmęczył i spocił, to siadał przed komputerem i oglądał filmy. Ale coś za coś, chłopak miał chyba kłopoty ze słuchem, cała rodzina miała, bo kreskówki grzmiały tak, jakby to był film o dinozaurach w IMAX-ie. Dla równowagi rodzice słuchali disco polo albo oglądali filmy akcji. To po cholerę przyjechali w góry?!

– Dzisiaj ten morświn władował się do naszej prywatnej części domu, mówił, że szuka otwieracza do piwa, bo zgubił. Kurwaaa... – syknął Marcin – przecież jest w regulaminie, że nie pije się alkoholu w pokojach, że od tego jest salon, a oni żłopią po sześciopaku dziennie! Po prostu wlazł do środka i się rozglądał, drapiąc pod pachą jak jakiś jebany szympans. To, że ten Bartuś robił zwiedzanie, to rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale... – machnął ręką – ale że ten grubas wlazł i zaczął zaglądać do szuflad!

Marcin starał się mówić spokojnie, ale zaciskał przy tym pięści i purpurowiał na twarzy. Leszek nigdy nie widział kogoś, kto dostaje wylewu, ale tak to sobie wyobrażał. Chciał coś powiedzieć, uspokoić Marcina, bo widział, że jest na skraju wytrzymałości. Nie zdążył.

– Mam dość! Mam tego, kurwa, serdecznie dość! – ryknął Marcin. – Pensjonat był duży, ale głos doleciał chyba do każdego kąta domu. – Mam dość! Mam tego, kurwa, serdecznie dość!

Krzyczał tak głośno, że przebił się przez ryk wydobywający się z laptopa małżeństwa Andrzejczaków, którzy zajmowali apartament nad kuchnią Marcina i Leszka. Patryk Andrzejczak, łysy, przyciężkawy facet, miał właśnie skomentować swoją ulubioną scenę filmu: mściciele tłukli bejsbolem typa wiszącego na poprzeczce piłkarskiej bramki. Ryk, który dobiegł z dołu, nie tylko był głośniejszy od jęków katowanego, ale też zakłócił proces myślowy Andrzejczaka i przerwał zdanie, które miał wygłosić: „Vega potrafi robić filmy! Życiowe są, twarde, a Linda to mój, kurwa, ulubiony mściciel! Już od Psów go lubię”.

Jednak zamiast recenzji było oburzenie.

– Cioty. Krzykliwe cioty – powiedział z niesmakiem.

– Nie mów tak przy dziecku – syknęła Andżela, w dowodzie Andżelika, nienaturalna blondyna, podobnie jak łysielec, z nadwagą, choć nie taką jak on. Parę lat temu można by ją było określić jako kobietę o rubensowskich kształtach. Przez pięć lat przybyło pięć kilogramów i przy jej wzroście, nieco ponad metr pięćdziesiąt, szukając komplementów, można by teraz powiedzieć: Andżelika wygląda jak modelka XXL. Pracowała na kolejny X, kładąc na kanapkę plasterki kiełbasy wiejskiej i popijając piwo.

– A ty przy dziecku nie pij browara – odciął się małżonek.

– Gra w Fifę przecież.

– No właśnie, słuchawki ma na uszach, więc się nie czepiaj, że się czegoś nasłucha. A zresztą, jak mam mówić? Geje? Kurwa, co to w ogóle jest? Cioty to cioty, i tyle, krótka piłka.

– Skąd wiesz, że to pedały?

Spojrzał na nią tak, jakby powiedziała, że Ona tańczy dla mnie śpiewa Zenek, a nie Weekend. Przecież to oczywiste. Typy są z Warszawy, ale zamiast jakichś normalnych obrazków ze swojego miasta, na przykład Pałacu Kultury, Kolumny Zygmunta albo przynajmniej stadionu Ległej, mieli fotkę z tą pedalską tęczą. Stali na niej z jakimiś laskami. Lesby pewnie, bo czy normalne dziewczyny zrobiłyby sobie fotkę z takimi gośćmi i w takim miejscu?

Zdenerwowała go tą swoją niedomyślnością więc ją co nieco spionizował:

– Nie jedz tyle, bo ci się dziary porozciągają. – Oboje mieli na ramionach i plecach tatuaże, pamiątki po niedawnej młodości i po wakacjach w Tajlandii. – Jak za bardzo przytyjesz, to obrazki będą wyglądały jak film z VHS zapuszczony ma wielkiej plazmie. – Zaśmiał się z tak błyskotliwej metafory i dokończył poważnym ojcowskim głosem: – I chyba na głowę też to dobrze nie robi.

– Co mi się na głowę robi? – spytała oburzona Andżela, przegryzając kanapkę i upijając łyk piwa.

– Pytania głupie zadajesz, jakbyś się w rozwoju cofnęła. – Andrzejewski popatrzył na małżonkę z wyraźnym współczuciem. – Przyjrzyj im się! Dwa jaśnie pedały, które czytają książki i nie mają czasu na zajmowanie się klientami. Jakby mogli, toby nas, kurwa, trawą żywili, wtedy byśmy wyglądali jak oni, jak takie łykowate ciecie. Bo oni się jakoś wszyscy, kurwa, uparli, żeby ważyć pięćdziesiąt kilo w butach i z materacem, i dlatego nie wyglądają jak prawdziwi faceci!

Andżela popatrzyła na męża, który wciąż był dla niej symbolem osiągalnego wzorca mężczyzny: postawny, silny, budzący szacunek. Oczywiście, gdyby była młodsza, to jakiegoś aktora czy piosenkarza by z łóżka nie wyrzuciła, ale miała Patryka i to sobie ceniła. Zwłaszcza po tym, gdy byli na ekskluzywnym koncercie i wokalista zszedł ze sceny, żeby przybijać piątki z publicznością. Ależ to był konus, nie to co Patryk. Zdmuchnąłby dziada, aż by furczało.

– No, nie wyglądają – przyznała, odgryzając kolejny kęs.

– No właśnie! Niby Tatry, Podhale, górale i tak dalej, a nam się trafili tacy, o! – Andrzejewski kręcił głową, jakby był piłkarzem, który przestrzelił jedenastkę. – Zresztą cała ta okolica schodzi na psy. W Harnasiu przyjmują tylko dorosłych, ten Bury Miś zamknięty, chyba pojebało typa, żeby w sezonie zamykać, Włosi z Murzasichla też nie lepsi, chyba ochujeli, bo pizzy nie robią, a u Geslerki to sobie można fotkę w kolejce zrobić. Kolejki wszędzie, nie ma gdzie zaparkować, na Morskim Oku mgła! Ostatni raz tu jesteśmy, za rok jedziemy do terrorystów. Albo nawet do Żydów możemy pojechać, pogoda, plaża, olinkluziw, nikt się nie czepia.

– Proponowałam przecież! – przypomniała Andżela.

– Proponowałaś, ale nic nie zrobiłaś! Wszystko ja i teraz też ja zarządzę. Jedziemy na kolację do Maca!

– Do Zakopanego? – zapytała z nadzieją. Lubiła Zakopane, Krupówki, gwar i światełka, w których dobrze by wyglądał jej złoty kombinezon.

– Ochujałaś? Kolejki, nie można zaparkować, kasują za kawałek jezdni, jakby to było centrum Nowego Jorku. Niech się walą, jedziemy do Nowego Targu!

– Dokąd?

– Jak to dokąd? Przecież mówiłem, że do Maca! Mam, kurwa, dużymi literami mówić, żeby dotarło? Jest parking, będzie szybko, smacznie i tanio.

Andrzejewscy zaczęli się błyskawicznie zbierać, nawet Bartuś porzucił Fifę, bo Mac to Mac. Andżelika zeszła pierwsza, bo chyba zostawiła w salonie szalik. Kiedy schodziła po schodach, zobaczyła, jak pod pensjonat podjeżdża dżip grand cherokee. Chcieli nawet kiedyś taki kupić, ale w końcu wzięli beemkę. Wiadomo, co Niemiec to Niemiec. Trzeba ochujeć żeby włoski brać, bo przecież dżip teraz do Fiata należy.

Z auta wysiadł facet w średnim wieku, przystojny nawet. Wpadł do tych dwóch, co prowadzą pensjonat, czy może kolejny gość? W pensjonacie oprócz nich byli jacyś młodzi, chłopak i dziewczyna, oraz starszy typ, który nie ruszał się z pokoju. Były jeszcze wolne dwa pokoje, więc może on właśnie do jednego z nich. No bo nie wygląda na takiego, co byłby kolegą tych dwóch, wcale to, a wcale, nie wygląda.

***

Ewa i Adrian wracali do pensjonatu Zornica z wycieczki skiturowej. Byli spoceni, zmęczeni, ale szczęśliwi. Cisza, spokój, widoki, żadnych szpanerów i Januszy, domorosłych mistrzów alpejskich i podchmielonych durniów, którzy nie tylko robią na stoku tłok, ale i wkurzają nieodpowiedzialnym zachowaniem. Była lampa, wokół pustka, piękne krajobrazy i tylko od czasu do czasu tacy jak oni, ludzie na skiturach. Teraz tylko kąpiel i przyjemne zwieńczenie udanego dnia.

– Masz jeszcze siłę, mój ty prezydencie? – Położyła mu dłoń na kolanie i przesunęła w stronę krocza. Kręciło ją to, zwłaszcza kiedy prowadził samochód, a on się rozpraszał i dąsał, bo uważał, że Ewa doprowadzi kiedyś w ten sposób do wypadku. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła, bo informowanie go o swoich najbliższych planach w ten właśnie sposób sprawiało jej przyjemność.

Była nie tylko silną, wysportowaną dziewczyną, ale i bardzo zgrabną, nie w typie Barbie, bo strzygła się na krótko, żeby włosy nie przeszkadzały pod kaskiem, lecz na pewno budziła zainteresowanie mężczyzn. Mało który oparłby się takiemu sygnałowi i pewnie każdy Adrian zaśmiałby się z jej żarciku. Każdy, ale nie Adrian Dziczek.

– Nie nabijaj się ze mnie – fuknął.

Nie żartował, w jego głosie brzmiało autentycznie wkurzenie, żaden tam teatralny foch, gierka dla żartów.

– Oj tam, oj tam – próbowała żartować.

– Ewa – powiedział stanowczym głosem – nie życzę sobie!

Przegięła. To znaczy, on przeginał, bo od czasu, kiedy pojawił się serial Ucho Prezesa, Adrian zaczął reagować na żarty z jego imienia z nadmierną przesadą, a wiadomo, że nic bardziej nie zachęca do żartów, jak elektryczne reakcje ludzi będących przedmiotem zaczepek. A Adrian stale był pod napięciem i strzelał piorunami niczym burza gradowa.

– Okej, okej – mruknęła, czując, że trzeba załagodzić sytuację. Przecież miała plany na ten wieczór i nie chciała ich zmieniać.

Wjechali na mały parking przy pensjonacie. Kiedy wysiedli z auta, Ewa zobaczyła, że coś się zmieniło. Na parkingu stał nissan patrol gospodarzy, stary sportowy mercedes samotnika, który przyjechał wczoraj, beemka hałaśliwej trzyosobowej rodziny i dżip grand cherokee, którego wcześniej pod Zornicą nie było.

– Ktoś nowy, ciekawe kto? – Ewa złapała okazję, żeby zmienić temat.

– Chyba tak, nie było wcześniej tego dżipa. Chyba to nie jest nikt gorszy od rodziny szympansów. – Adrian dyskretnie wskazał Andrzejewskich, którzy szykowali się do odjazdu.

Głowa rodziny dochodziła już do auta, tłusty syn człapał przez parking, a małżonka właśnie wychodziła z pensjonatu. Kiedy wyciągali z samochodu narty, Andrzejewska truchtem podbiegła do męża.

– No, miałeś rację, Patryk – powiedziała, lekko dysząc, bo ostatnie szybko pokonane metry były ponad jej kondycję.

– Ja zawsze mam rację. Ale tym razem to w czym? – Andrzejewski się zaśmiał, puszczając oko do Adriana. Niech się chłopak uczy i wie, że w rodzinie zawsze rządzi facet!

Andżela podeszła do męża i stając na palcach, powiedziała mu do ucha teatralnym szeptem, który poniósł się po całym parkingu:

– To cioty są, na bank! Wiesz, co widziałam?

Adrian i Ewa nie byli ciekawi, co widziała, nie interesowały ich czyjeś seksualne przygody, tylko ich własne, które mieli za parę minut przeżyć. Przyśpieszyli kroku, przecież mogą zrezygnować z jedzenia i kawy, ale sprzęt do narciarni muszą odstawić.

Z okna na pierwszym piętrze przyglądało im się dwóch mężczyzn, jednym z nich był ten, który niedawno przyjechał dżipem.

– To wszyscy? – zapytał starszego mężczyznę w swetrze zapinanym na gruby plastikowy zamek błyskawiczny.

– Jeśli nikt się nie pojawi, to wszyscy. Ale kto wie, jest tu jeszcze jeden pokój. Nadal palisz?

Ten z dżipa przytaknął. Palacze rozumieją się bez słów. Teraz wyjdą na dwór i spalą po jednym, a może i po dwa, bo nie widzieli się od dawna.

***

Robert zbyt wiele razy przejeżdżał przez Zdziar, żeby głupio wpaść, za to kierowca audi albo nie wiedział, albo zapomniał o tym, że słowacka drogówka wyłapuje polskich narciarzy wracających z Wysokich Tatr i z Bahledowej Doliny. Rejestracja zaczynała się od liter KTT, czyli miejscowy, zza samej granicy, góral albo ceper mieszkający w powiecie tatrzańskim. Pewnie zapomniał, zamyślił się, rozmawiał przez telefon. Jego problem, a mój zysk – pomyślał Robert i depnął pedał gazu. Dżip pomknął pod górę w stronę stacyjki narciarskiej Strednica. Nigdzie się nie śpieszył, ale taki zryw był ulgą po ponad trzech kwadransach wolnej jazdy. Dobrze, że zatrzymają się na noc, bo ten odpoczynek będzie mu się po prostu należał. Pomyślał o łóżku, które czekało na niego w pokoju i w tym momencie w głowie włączył się brzęczek wewnętrznego alarmu. Co oni na to powiedzą? Oni, a raczej ona. Bo Kuba tylko zażartuje, pewnie jak to on, grubo i po bandzie, w końcu będzie mógł użyć swojego ulubionego cytatu z Rozmów kontrolowanych Barei: Żony nie musisz mi przedstawiać! Magda nie ma takiego poczucia humoru, nie w tych sprawach. Odkąd nie pracują razem, była zazdrosna o wszystkie koleżanki z pracy. Będzie pewnie z tego jakiś kwas, niepotrzebne gadki, a jeśli się spotkają we czwórkę – a się spotkają, bo mieli urządzić wspólną kolację na cześć Magdy, która nie mogła się z nimi zabrać – to na pewno Kuba pojedzie jakimś żarcikiem i lont zostanie podpalony. Gdy o tym pomyślał, od razu mocniej ścisnął kierownicę i wbił pedał gazu w podłogę. Nie miał zamiaru tego robić, ale jeszcze przed końcem wzniesienia minął dwie osobówki na dolnośląskich blachach. To już było na ryzyku, silnik zawył, auto wyrwało jak rakieta, a później musiało się zmieścić między dolnoślązaków, bo z przeciwka nadjechał autokar. Kierowcy z Dolnego Śląska zgodnie go obtrąbili, a jedna z pasażerek z dezaprobatą puknęła się głowę. Nawet Kinga postanowiła to skomentować:

– Masz już chyba dość, więc...

Podsunęła mu pod nos smartfon i puknęła w ekran. Rozległo się plumknięcie oznaczające wydanie dyspozycji.

– Zabukowałaś? – spytał Robert.

– Tak.

– Gdzie?

– Tuż za granicą. Myślałam o Krakowie, ale doszłam do wniosku, że powinieneś już odpocząć. Gdyby nie to, że wypiłam, zmieniłabym cię za kółkiem, a tak...

Skoro tak, to tak, pomyślał i przypomniał sobie, jak wracając z nart, zobaczył Kingę w barze. Siedziała z kieliszkiem, który wypełniał napój o charakterystycznym jasnoczerwonym kolorze. Aperol spritz, tak jak bombardino, był przebojem każdego narciarskiego wyjazdu do Włoch. W tym roku wybrali jednak Słowację, zbierali się od lat, aż w końcu to zrobili. I dobrze na tym wyszli.

– Dobrze, że nie pojechaliśmy na narty do Włoch, jeszcze byśmy coś złapali albo by nas wsadzili na jakąś kwarantannę – powiedział Robert.

– Ci w Policach siedzą już chyba tydzień?

– Tak, dwustu nastolatków. Musi być wesoło.

– Było wesoło, ale pewnie już im się znudziło.

– Każdemu by się znudziło, tylko pacjentowi zero się nie nudzi.

– Raczej nie.

Mężczyzna, który przyjechał z Niemiec, przeżywał parę dni sławy i grozy. Pierwszy polski zarażony. Pierwszy zarażony, pierwsza kwarantanna, a już niedługo pewnie pierwszy polski zmarły. Covidowi celebryci, pomyślał Robert, bardziej rozbawiony niż zatroskany, ale szybko mina mu zrzedła. Jest coś na rzeczy. Musi być. W Jurgowie na granicy stali czasem pogranicznicy, ale po wejściu do strefy Schengen raczej rzadko, natomiast teraz po polskiej i słowackiej stronie kręcili się ludzie w mundurach.

– Robert, jak myślisz, zamkną granice?

– Jeśli zamkną, to z nami w środku. – Uśmiechnął się, bo właśnie przejechał wymalowaną na jezdni linię, a nawigacja ogłosiła: „Przejechałeś granicę państwa”.

– Miasta podobno mogą pozamykać, jak w Chinach. We Włoszech coraz większa panika.

– I beztroska, czytałem o tym. U nas będzie podobnie, panika i nerwy zmieszane z zabawą. Na razie szkoły działają, to znaczy państwowe, bo w wielu prywatnych już na zdalne nauczenie przeskakują. Ale moim zdaniem to się sypnie. Już się robi gorąco, inaczej nie ściągaliby Kuby z nart. Swoją drogą to świństwo, mogli po prostu zrobić wideokonferencję, wyrwali go w środę, a on miał wolne do niedzieli. Mógł z nami posiedzieć do piątku, odpocząć przed kieratem, który się zacznie. – Pożałował Kuby i czekał, aż jego żona coś doda. Ale nie dodała. Kinga milczała, jakby jej ten temat nie dotyczył. – Widocznie to naprawdę było pilne – podjął. – Przecież żeby było szybciej, kazali mu brać taryfę do Krakowa. To niezły koszt przecież.

Przypomnienie o taksówce, która zawiozła bladym świtem Kubę ze Szczyrbskiego Plesa do Krakowa, Kinga zignorowała, jakby po jej męża z każdych wakacji przyjeżdżała taryfa albo Uber.

– Nie jesteś ciekawy, dokąd jedziemy? – zapytała.

– Ważne, żeby parking był strzeżony, bo nie chce mi się wyjmować nart.

– Nie jest strzeżony, ale to teren zamknięty i monitorowany.

– No i super! Wystarczy.

– Jest jednak pewien mały problem... – zaczęła Kinga ostrożnie.

– Pokoje bez łazienek?

– Nie! – Zaśmiała się. – Pensjonat Zornica to luksusowe miejsce, góralszczyzna z zewnątrz, minimalizm w środku, bardzo to wszystko wyrafinowane, super położenie, ale...

– Ale co? – Ten wstęp był dla Roberta nieco przydługi.

– Poza zasięgiem sieci komórkowej! Niezła atrakcja, co?

Robert się uśmiechnął. Brak zasięgu dla wielu przestawał być problemem, a stawał się atrakcją. Dzień bez komórki to jak dzień bez papierosa albo kawy. Nie palił, ale kawę lubił, i wyobraził sobie, że w wyrafinowanym, jak to określiła Kinga, pensjonacie, obowiązkowo powinni mieć dobrą kawę.

Przed Zornicą stali dwaj mężczyźni, ci sami, którzy dziesięć minut wcześniej patrzyli z okna, jak na parkingu mijają się rodzina Andrzejewskich i młodzi narciarze. Było po zmroku i powietrze robiło się mroźne, parowało z nich, z każdego potrójnie, w świetle lampy unosiły się: para z ust, dym z papierosów i aromatyczne chmurki z filiżanek z kawą.

– Dobra... – pochwalił ten w beżowym swetrze z plastikowym gruboziarnistym suwakiem.

Był po sześćdziesiątce, włosy miał siwe, twarz szlachciury o wyrazistych rysach, brakowało tylko sumiastych wąsów. Gładko ogolony, w starym dobrym stylu z czasów, kiedy mężczyźni uznawali zarost za coś kompromitującego.

– Bardzo dobra – potwierdził młodszy.

Mógł mieć pomiędzy trzydzieści pięć a czterdzieści pięć lat. Był ubrany nowocześniej, jak południowiec: elegancka krótka kurteczka, dopasowane czarne dżinsy, ale nie rurki, opalenizna, kilkudniowy gęsty zarost i kruczoczarne włosy zaczesane do góry. Pracował nad nimi dobry fachowiec albo po prostu używał dobrych kosmetyków do włosów, bo się trzymały, choć nie było widać grubej warstwy fryzjerskiego towotu, którym eleganci próbowali wziąć fryzury w ryzy.

Pili kawę, palili i milczeli. Ciszę przerwał młodszy z mężczyzn. Położył dłoń na ramieniu starszego i spojrzał na niego.

– Ile to już lat, Siwy? – spytał.

– W chuj wiele, Bruno – odpowiedział tamten. – Zresztą nie wiem, o co dokładnie ci chodzi?

Bruno zdjął dłoń z ramienia Siwego i się uśmiechnął.

– Zawsze byłeś szorstki, Siwy.

– A ty, kurwa, wielki romantyk, co?

– Bywa, że jestem.

Siwy spojrzał na niego groźnie spod krzaczastych brwi.

– Jak wiesz, jest interes do zrobienia. Po to się tu spotkaliśmy.

– Wiem. – Bruno kiwnął głową. – To ważny interes, może i najważniejszy, bo po nim będzie można pójść na emeryturę.

Siwy klepnął go po ramieniu i spojrzał w oczy. Takiej odpowiedzi się spodziewał. Już miał coś powiedzieć, ale usłyszeli warkot silnika. Na parking wjechał dżip grand cherokee.

– O kurwa, przez moment myślałem, że to ty. Twój czarny i ten też czarny – zaśmiał się Siwy. – Pesel już nie ten!

– No tak, ale to bardziej sprawa dla laryngologa, a nie dla okulisty – stwierdził Bruno. – To diesel, a mój to benzyniak, V-osiem hemi! Zupełnie inne brzmienie.

Robert zaparkował obok dżipa Bruna. Czarne SUV-y wyglądały jak bliźniaki, które mogą odróżnić tylko rodzice.

***

Gospodarze pensjonatu byli w swojej części domu. Marcin półleżał w fotelu, a Leszek przysiadł na oparciu i gładził go po ramieniu.

– Będzie dobrze, słyszysz? Wszystko będzie okej. Mamy oszczędności, możemy zwinąć ten interes albo przynajmniej zawiesić na jakiś czas. Jak ci z dolnej Bukowiny, którzy zamknęli karczmę, bo po osiemnastu latach para im poszła spod pokrywki.

– Ja pękłem po osiemnastu miesiącach – powiedział Marcin łamiącym się głosem.

– Nie pora coś udowadniać, bawić się w twardziela. Zamykamy!

Marcin nie odpowiedział, był załamany. Zalegał w fotelu i miał wszystkiego dość. Gdyby w tym momencie ziemia rozpękła się na pół albo Internet podał, że zaraz w Podhale uderzy meteoryt większy od tunguskiego, to nie czułby się rozczarowany.

Leszek był w zupełnie innym nastroju. Już dawno temu stwierdził, że prowadzenie pensjonatu to nie ich żywioł. Narzekał, próbował walczyć z klientami, ale Marcin go strofował, temperował i cały czas mówił o doskonaleniu biznesu. To oni mieli być lepsi, a nie goście. A jednak ten starszy, doświadczony i, nie ma co ukrywać, mądrzejszy facet, miał rację. Marcin się najzwyczajniej w świecie mylił! Leszek poczuł coś w rodzaju satysfakcji, co więcej, podjął decyzję o zamknięciu Zornicy, o zakończeniu pewnego etapu. Pierwszy raz to on chwycił ster i nie tylko poruszał kołem, ale i decydował o kierunku.

– Do kiedy mamy gości? – zapytał sam siebie, bo na Marcina nie mógł liczyć.

Otworzył komputer i zauważył z zadowoleniem, że Andrzejewscy opuszczają apartament w niedzielę. Jeszcze dwa dni z tą ludożerką, czterdzieści parę godzin! Dużo i mało, bo paręnaście minut temu ta bździągwa szukając pilota do bramy, wpakowała się do ich mieszkania. Bez pukania, w momencie, w którym Marcin był załamany, a on go pocieszał i przytulał. Coś zafafluniła pod nosem i sobie poszła. To na pewno nie był jej ostatni występ i czeka ich jeszcze check out, w trakcie którego nie będzie miło.

Kolejna pozycja, młodzi skiturowcy, Adrian Dziczek i Ewa Mogielnicka. Będą jeszcze tydzień, ale oni są spoko. Gdyby tylko tacy ludzie przyjeżdżali... Dalej... dalej Zenon Walentowski, starszy facet, który przyjechał dwa dni temu, podobnie jak Andrzejewscy opuszcza pensjonat w niedzielę. Jego sąsiad też. Jak on się nazywa? Bronisław Korbacz. Zabawnie dość. To chyba on przyjechał dżipem, bramę i drzwi musiał mu otworzył Walentowski, który zresztą opłacił oba pokoje.

Ostatni pokój był wolny, chyba że... Zobaczył, jak na parking wjeżdża jeszcze jeden samochód. Musiał skorzystać z tego, że Andrzejewski zostawił otwartą bramę, bo on miał takie rzeczy w dupie: spuszczanie wody, sprzątanie po sobie, zamykanie drzwi wejściowych i bramy... Kto to przyjechał? Czarny dżip... czyżby znów ten facet od Walentowskiego. Niedawno przyjechał, potem wyjechał i znów jest pod pensjonatem? Nie, to nie on.

Z auta wysiedli kobieta i mężczyzna. Leszek raz jeszcze zajrzał do komputera i dotarło do niego, że ktoś wynajął pokój przez aplikację. Zrobiła to dwadzieścia parę minut temu Kinga Zielińska, a mężczyzna, który ją przywiózł, nazywa się Robert Maszczyk.

– Mamy dwójkę gości – poinformował Marcina. – Tylko na jedną dobę. Andrzejewscy i dwaj faceci zostają do niedzieli. Dłużej siedzą tylko młodzi skiturowcy, będą do końca tygodnia.

– To w takim razie nasi ostatni goście. Damy im rabat, może nawet postawimy butelkę wina? – Marcin najwyraźniej wrócił do równowagi i zaczynał odzyskiwać moc sprawczą.

Chciał wyjść do nowych gości, jednak Leszek go powstrzymał, kładąc dłoń na ramieniu i wciskając w fotel.

– Wrzuć na luz, ja to załatwię!

Marcin nie protestował, więc gości przywitał Leszek. Zobaczył miłą parę, sądząc po ubraniach, wracali z nart. Byli po trzydziestce, ona jakby nieco podcięta, on chyba zmęczony. Ciekawe, skąd jechali.

– Jadą państwo z Włoch? – zapytał.

– Ze Słowacji – zaskoczyli go jednoczesną odpowiedzią. Ona zaśmiała się perliście, on tylko lekko wykrzywił usta.

– Robert skatował się na nartach i ledwie chodzi – wyjaśniła Kinga Zielińska – więc może pan przyjąć, że jedziemy z Andory albo ze Sierra Nevada, ha, ha, ha! Zaprowadzi nas pan do naszych pokoi?

– Pokoi? – zdziwił się Leszek.

– No tak, do pokoi.

– Ale pani zapłaciła za jeden – zauważył Leszek. – Proszę spojrzeć. Pół godziny temu, pokój dwuosobowy, Kinga Zielińska, płatność kartą VISA, druga osoba Robert Maszczyk.

– Na pewno? – mruknęła, zaglądając do swojej komórki.

– Tu nie ma zasięgu – przypomniał Leszek. – Niech pani skorzysta z mojego komputera, mamy podciągnięty kabel i działa sieć Wi-Fi.

– Dopłacimy za drugi. – Włączył się Robert.

– Ale to był nasz ostatni pokój. – Leszek rozłożył ręce.

Cała trójka spoglądała po sobie, trzeba było podjąć jakąś decyzję. Leszek już chciał zaproponować, że zwróci im pieniądze i podzwoni po innych pensjonatach, ale kobieta szybko zdecydowała:

– Jesteśmy jak siostra i brat, możemy spać w jednym pokoju. Ma pan jakiś dodatkowy materac?

Miał. I dodatkowy komplet pościeli. I w ramach rekompensaty za problemy, których co prawa nie był sprawcą, ale klienci wyglądali na sympatycznych, zaproponował powitalnego drinka. Facet się wahał, mówił, że rano musi usiąść za kółkiem, ale kobieta była zachwycona. Leszek zapytał, czy może być aperol spritz, a ona tylko się zaśmiała i wyznała, że czekając w hotelowym barze na swojego towarzysza podróży, zdążyła wypić trzy kolejki włoskiego drinka. Od ostatniego minęła już prawie godzina. Najwyższa pora na kolejnego!

Tego, że wypiła trzy aperole, Leszek był pewny, jak również tego, że nie była to pełna lista jej dzisiejszych zamówień w barze. Znał się trochę na tym, bo na studiach dorabiał jako barman. Musiała trzepnąć parę szybkich kolejek, w czasie podróży alkohol zaczął działać i Kinga Zielińska była jak bomba z opóźnionym zapłonem.

***

Kingę i Roberta przywitał współwłaściciel pensjonatu, Leszek Heine. Przeciętnego wzrostu, na pewno nie miał nadwagi, był blondynem z podgolonymi bokami i dłuższymi włosami z przodu, które zaczesywał do tytułu. Było w nim coś niezwykle ujmującego i wzbudzającego zaufanie, z każdym wymienionym zdaniem coraz szerzej się uśmiechał, jakby nie marzył o niczym innym, jak tylko o ich przyjeździe. Gdyby patrzyli uważnie na ekran komputera, w którym sprawdzał ich dane, zauważyliby, że wysłał wiadomość: Marcinie, mamy szczęście, nasi ostatni goście są w porządku, to nie kolejni Andrzejewscy!

O ile zdarza się, że witający gości gospodarze pensjonatów bywają mili, a nawet wylewni, to Leszek Heine pobił wszelkie rekordy uprzejmości: nie tylko zaserwował aperol, ale i podał flaszkę dobrej riojy, a do tego przekąski.

Leszek robił to nie tylko niesiony uczuciem ulgi, że do trójki troglodytów nie dołączyła kolejna podobna do nich para, lecz także dlatego że Marcin go zmęczył. Chciał się od niego na pół godziny uwolnić, dać mu to wszystko przegryźć w samotności.

– Może być humus? – zapytał niepewnie, po czym, kiedy Kinga i Robert kiwnęli głowami, dodał: – Niektórzy klienci się o to wściekają. Nie jesteśmy weganami, ale staramy się ograniczyć jedzenie mięsa. Odwróciliśmy proporcje: mamy sześć dni postnych i jeden mięsny, a z tych postnych przynajmniej jeden wege.

– To chyba atrakcyjne, ludzie szukają takich miejsc – zauważył Robert.

– Nie tutaj. – Leszek rozłożył ręce. – Tu jest raczej świat prostych wartości, tak to sobie wyobrażają klienci. Golonka, placek po zbójnicku, oscypki, folklor na talerzu. Mamy więc śniadania do wyboru, zwykłe, wegetariański i wege. Kończy się na tym, że kupujemy jajka, szynkę, frankfurterki, swojską kiełbasę i kabanosy. Tego chcą goście.

Jakby dla potwierdzenia tych słów wyjął z lodówki kabanosy, miejscowe, aromatyczne, smakowite. Coś, czego nie ma w wielkim mieście i sieciówkach.

Gadali sobie miło o wszystkim i o niczym. Kiedy butelka wina była pusta, drzwi jadalni się otworzyły i wszedł mężczyzna poniżej czterdziestki. Wysoki, około metra dziewięćdziesięciu, ostrzyżony podobnie jak Leszek, jednak jego włosy były czarne z lekkim szronem siwizny. O nim także trudno byłoby powiedzieć, że nie spala kalorii i za dużo je. W ręku trzymał butelkę wina i uśmiechał się tak, jakby chciał je zareklamować.

– Dobry wieczór, nazywam się Marcin Miedziński, jestem wspólnikiem Leszka. Miło nam państwa gościć!

Robert westchnął ciężko, ale zaraz się uśmiechnął. Wino wyglądało na dobre, kolejna rioja, nazwy nie kojarzył, ale pamiętał etykietę. A przecież jutro jadą...

– Super! – ucieszyła się Kinga. – Co za wieczór!

Prezentacja została dokonana, jednak wszyscy stali. Marcin Miedziński z butelką w ręku, jakby miał jeszcze nastąpić jakiś ciąg dalszy.

– Jadalnia jest ogólnodostępna, to przestrzeń wspólna, więc... – Nie wiedział, jak to delikatnie ująć, jak znów nie wybuchnąć i nie powiedzieć, że nie chcę tu widzieć gości, którzy zachowują się jak bydło.

Wyręczył go Leszek:

– Nie będę owijał w bawełnę. Nie wszyscy goście są gośćmi naszych marzeń, zapewne i państwo nie mieliby ochoty dzielić z nimi stołu i wieczoru, zapraszamy więc do naszej części domu.

– Nie chcielibyśmy.... – zaczął Robert, który zamierzał odtworzyć popularną imprezową ścieżkę: „Jutro rano mam prowadzić”.

– Doba jest do południa, a my się nigdzie nie spieszymy! – Kinga spojrzała na Roberta wzrokiem, który mówił: „Nie przyjmuję sprzeciwu!”. – Wreszcie coś niewymuszonego, nienapuszonego. Byliśmy w pięciogwiazdkowym hotelu, ale... Tu jest inaczej, panowie, ja już kocham to miejsce i nie chcę wyjeżdżać!

Kinga była rozanielona i rzeczywiście podczas całego pobytu w Kempinskim nie wyglądała tak ani razu, mimo wszystko Robert miał wrażenie, że bawiła się na Słowacji doskonale. Luksusy, dobre jedzenie, narty, drinki i seks. Tego ostatniego tylko się domyślał, ale co innego mogli robić z Kubą, jeśli nie pieprzyć się jak króliki? Po to się wyjeżdża z domu, zostawiając dzieci z dziadkami!

Weszli do apartamentu zajmowanego przez gospodarzy. Nowocześnie urządzony, sporo książek, trochę sztuki, ale nie kossaki, tylko bardziej nowoczesne rzeczy, i zdjęcia. Góry, Warszawa i chyba jakieś południowe miasto. Na każdym z tych zdjęć byli we czwórkę: wspólnicy prowadzący pensjonat Zornica i dwie kobiety. Motywami przewodnim były piękne krajobrazy, słońce i sport. Wspinaczka, narty i rowery. To pewnie dlatego obaj nie mają nadwagi.

– Czemu zawdzięczamy takie wyróżnienie? – spytała Kinga.

– Jest okazja! – Marcin się zaśmiał. Po wybuchu i załamaniu nie było śladu.

– Jaka? Któryś z panów ma urodziny, jakaś rocznica? – dopytywała się.

– Żadna rocznica, żadne urodziny – odrzekł Leszek. – Są państwo ostatnimi gośćmi, którzy się u nas zameldowali. Zawieszamy działalność.

I rozpoczęła się zakrapiana winem rozmowa o dolach i niedolach życia właścicieli pensjonatu.

***

Kiedy w jadalni na dole gospodarze popijali wino z Kingą i Robertem, na górze Siwy i Bruno kończyli flaszkę whisky. Pili niemal w milczeniu, jakby każdy temat, który mieli poruszyć, parzył, i omawiali go przez wymowne milczenie i zdawkowe uwagi.

– Dlaczego zgłosiłeś się do mnie? – zapytał Bruno.

Siwy długo milczał, aż wreszcie podniósł szklaneczkę z whisky, popatrzył na jej zawartość pod światło, zakręcił bursztynowym płynem i się zamyślił. Mogłoby się wydawać, że jest ekspertem, który za chwilę upije mały łyczek i ogłosi werdykt, że zgłosił się do Bruna, bo ten jest dobrym dostawcą whisky. Istotnie, Siwy upił łyk, ale powiedział coś zupełnie innego:

– Nie dlatego cię wziąłem, nie dlatego...

– Nic osobistego?

– Tak, nic osobistego, po prostu wiem, że jesteś najlepszy. Szczerze ci to mówię, żeby to było jasne. Gdyby chodziło o inną sprawę... – zawiesił na moment głos – wziąłbym kogoś innego. Rozumiesz?

Bruno pokiwał głową. Z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji.

Słuchał, jakby był robotem skonstruowanym po to, by grać w pokera.

– A jak już całkiem szczerze – Siwy, jakby szukając odpowiedniego słowa, przeżuł w ustach niewidzialny kęs – to o tobie pomyślałem na końcu. Wygrały jednak względy czysto praktyczne, jak to się teraz mówi...

– Profesjonalne.

– No właśnie. Zawodowiec z ciebie. Najlepszy. Więc tu jesteś. A teraz idź już spać, jutro omówimy sprawy. Wiesz, że ja się trzymam starych zasad.

Bruno przytaknął, bo też się ich trzymał. Żadnych poważnych rozmów nie tylko przez komórkę, ale i z telefonem w zasięgu dźwięku. Żadnych zamkniętych pomieszczeń, tylko otwarty teren. Jak w fabryce, jak w kopalni czy hucie, także w ich świecie bezpieczeństwo i higiena pracy były najważniejsze, a do bezwzględnie przestrzeganych punktów regulaminu należały dyskrecja i świadomość, że ściany mają uszy.

– Wiem, Siwy, rozumiem i szanuję cię za szczerość.

Bruno dolał whisky do szklanek tak, że były pełne po brzegi, i wzniósł toast:

– Za profesjonalizm i BHP!

Stuknęli się i wypili duszkiem, po czym Bruno wstał od stolika i bez słowa wyszedł z pokoju.

Siwy został w fotelu, zastygł w nim, jakby ktoś uchwycił go na zdjęciu, zatrzymał w kadrze. Po minucie się podniósł, wyjął z kurtki paczkę papierosów i stanął na balkonie. W tym roku nie było zimy, także tu, w górach, niewiele dało się wypatrzyć wielu oznak tej pory roku, choć na najwyższych szczytach zalegał śnieg, a nocą temperatura spadała poniżej zera. Sąsiadom z piętra to nie przeszkadzało, mieli uchylone okno, więc Siwy słyszał ich gwałtowne oddechy. To chyba finał, nieźle się zabawiają, pomyślał i się zaciągnął.

***

Robert z trudem przekonał gospodarzy i Kingę, że muszą kończyć. Naprawdę fajnie się siedziało, ale był zmęczony. Nie chciał wyjeżdżać zbyt późno, bo Magda, choć nie dała tego po sobie poznać, na pewno była podminowana tym, że przełożyli powrót o jeden dzień. Trudno, jakoś to przeżyje, lecz jeśli przyjadą do domu późnym wieczorem, to nie będzie tak miło i przyjemnie. Zamiast kolacyjki z winem i pierwszego od dwóch tygodni seksu będzie jedzenie do odgrzania i kartka: Nie budź mnie, porozmawiamy rano.

Drugim powodem, dla którego uważał, że trzeba się zwijać do pokoju, był imprezowy nastrój Kingi. Do Roberta szybko dotarło, dlaczego w drodze ze Słowacji była taka milcząca. Zastał ją w barze, musiała wypić kilka drinków, zresztą przyznała się do trzech aperoli. Nie kojarzył jej z samotnym piciem, myślał, że czekając na niego, po prostu wypiła kawę i kolorowy napój alkoholowy. Tymczasem musiała mieć jakiś problem, który rozładowała pijąc. Nim zaczął działać, zamknęła się w sobie i w samochodzie milczała. Dopiero gdy wysiedli, odprężyła się i szła do pensjonatu lekko tanecznym krokiem. Wróciła jej elokwencja i humor, a przy stole nie przegapiała żadnej z okazji, by napić się alkoholu.

Kiedy weszli do pokoju, chciał jak najszybciej wziąć prysznic i wskoczyć na materac, który mu przygotowano. Zabawne, dawno tak nie spał, dawno też nie miał takich sąsiadów. Zza ściany dobiegał odgłos łóżka uderzającego o ścianę i spazm dający jasno do zrozumienia, że dobiega końca mocny, bardzo udany finisz.

Uśmiechnął się do Kingi, bo jakoś trzeba to było skomentować. Na pewno nie oburzeniem. Seks to nic wstydliwego, fajnie, ludzie, że mają tyle energii. Nie zdążył jednak ubrać tego w słowa, bo Kinga wsłuchując się w odgłosy zza ściany, robiła się coraz bardziej poważna. Rozchyliła usta, lekko przesunęła językiem po wargach, sprawiała wrażenie, jakby była klientką seks telefonu. Zaskoczyła go ta reakcja, a jeszcze bardziej to, że podeszła i błyskawicznie do niego przylgnęła, napierając na czułe miejsce. Zanim zdążył zaprotestować, oplotła ramionami jego szyję i zahaczyła nogę o jego nogę. Zrobił pół kroku do tyłu i oparł się o ścianę, zupełnie nie wiedząc, co robić. Za to Kinga wiedziała doskonale. Jej pachnące winem wargi przylgnęły do policzka Roberta i przesunęły się do jego ust. Poczuł podniecenie, przyszło błyskawicznie i było niezwykle intensywne, czuł, że racjonalne myślenie przegrywa ze scenariuszem, który narzuca mu Kinga. Zresztą trudno było nazwać strzępki myśli racjonalnym myśleniem – nie powinienem... żona kolegi, lata znajomości... jak siostra... i wreszcie Magda... – to były pośpiesznie stawiane zapory, które taranowali jedną po drugiej. W końcu przestał myśleć i zaczął odpowiadać pocałunkami, dotykać jej piersi, wreszcie zaczęli się wzajemnie rozbierać, po czym dysząc z podniecenia padli na łóżko. Robert zdążył zgasić światło, więc swoich intymności szukali w mroku. Kinga pieściła go cudownie w najczulszych miejscach. Przymknął oczy, oddając się na moment rozkoszy, po czym otworzył je, chcąc na nią spojrzeć i przejść do kontrofensywy. Nagle jednak pokój wypełnił niebieski blask, zza okna dobiegł warkot silnika i jakby na potwierdzenia tego, że to nie pomyłka, rozległo się jeszcze krótkie pojedyncze jęknięcie syreny.

***

Bruno zerwał się na równe nogi i sięgnął do torby, szybko jednak cofnął rękę, bo ocenił sytuację. Za oknem stała radiolka, z której wysiadło dwóch policjantów w mundurach i jeden cywil. A więc żadni kominiarze, zresztą ci byliby już w środku, siedzieli na nim i wrzeszczeli: „Gleba, gleba!”.

Nie wypili dużo. Zero siedem, czyli nieco więcej niż nic, bo każdy wie, że nic to pół litra na dwóch. Nic, ale nie przed starciem z prawdziwymi kozakami. Nawet na trzeźwo poradzić sobie z atekami[1] potrafiłby chyba tylko Rambo. We dwóch z Siwym musieliby spasować, bo nie są świrami, żeby stawać do nierównej walki.

Patrzył, jak podchodzą do drzwi, pewnie zaraz ktoś im otworzy. Po co tu przyjechali? Czego chcą? Jest parę minut po północy... Ubrał się i wyszedł na korytarz, gdzie spotkał Siwego.

– Co jest? – zapytał Siwy.

– Nie wiem, ale to jakieś dwa krawężniki i jeden w cywilkach. Też pewnie glina.

– Masz klamkę?

– Skitrałem w pokoju, jeszcze nie zwariowałem, żeby głupio wpaść. – Bruno spojrzał na Siwego z wyrzutem. – Rewizji w takim składzie robić nie będą.

– No raczej.

Tymczasem zaczęły się otwierać drzwi, na korytarz wychodzili zaspani goście, zastanawiając się, po co przyjechała policja. Zanim ktoś zdecydował się zejść na dół, na górę przyszedł Marcin.

– Policja przyjechała do państwa – powiedział do Andrzejewskich.

Ci stali, jakby nie słyszeli.

– Proszę państwa, tak, to o państwa chodzi – powtórzył.

– A niby skąd mam wiedzieć? Jest nas z dziesięć osób, więc dlaczego mam zgadnąć, że to do nas? Nie można normalnie powiedzieć? Mam do, cholery, jakieś nazwisko.

Tak, miał. I jego żona miała, i syn także. Nazywali się Andrzejewscy, ale kiedy raz użył przy którymś z gości ich nazwiska, łeb rodziny się na niego wydarł: „Co to znaczy!? Tu RODO nie obowiązuje?!”.

Więc co miał zrobić, wywołać ich po pseudonimach, jak to zrobili w jednej z przychodni? Piotruś Pan, Myszka Miki, Batman, Kaczor Donald? Czy po imieniu? „Panie Leszku, panie Andrzeju, panie Patryku», czego nie znosił. Marcin uważał, że mówienie tak do obcych ludzi jest po prostu prostackie. Denerwowało go to niezależnie od tego, czy słyszał „panie Marcinie» od kuriera, nieznanej pani w okienku na poczcie, czy od młodej dziewczyny sprzedającej bankowe oferty. Do takiego zwrotu wymagana jest pewna zażyłość, dłuższa znajomość, a w przypadku Andrzejewskiego i jego familii była to znajomość krótka, która zakończy się rozstaniem na wieki. Taką przynajmniej miał nadzieję.

– Ale teraz już państwo wiedzą.

– I co z tego? – warknął Andrzejewski.

– Policjanci proszą, żebyście zeszli państwo na dół.

– Wszyscy?

– Tak, wszyscy. I proszę się ubrać, chcą z wami rozmawiać na dworze.

– O tej godzinie? Ochujeli? Żona i małe dziecko i na dwór, kurwa, na mróz mamy wychodzić? – żołądkował się spaślak.

– Może im pan to powiedzieć. Ja tylko przekazuję.

Andrzejewski trochę pokwękał, ale po paru minutach wraz z Andżelą i Bartkiem był już przed pensjonatem.

– Aspirant Kamil Bąk z komendy powiatowej policji w Zakopanem. Czy państwo Andrzejewscy? – zapytał cywil z policyjną blachą na łańcuchu.

Nie wyciągnął ręki, wyraźnie trzymał dystans i przyglądał się uważnie całej trójce. Za jego plecami stał radiowóz z włączonymi migaczami i dwóch gliniarzy w mundurach. Aspirant wyjął z kieszeni notes i długopis, przerzucił stronę i zajrzał do notatek.

– Tak, bo co? Znaleźliście moją furgonetkę z towarem, która zaginęła pięć lat temu? – Andrzejewski próbował pokazać, kto tu rządzi.

Aspirant Bąk zignorował kąśliwy dowcip Andrzejewskiego.

– My w innej sprawie.

– Ha, pewnie ten kelnerzyna coś zgłosił?

Bąk popatrzył na Andrzejewskiego, po czym jeszcze raz przerzucił kartkę i ustawił długopis w gotowości.

– Miał pan jakiś incydent z obywatelem polskim narodowości romskiej?

– Ja? – zdziwił się Andrzejewski, zastanawiając się, skąd policjant wie, że nakrzyczał na jakiegoś barana w knajpie, w której wylądowali. Miał być Mac i coś go podkusiło, żeby jednak zjeść po góralsku. Bartuś co prawda się dąsał, ale mieli i hamburgery, i pizzę, i wolne miejsce na parkingu. Ależ to był błąd! Gdy tylko tego beżowego z tacą zobaczył, to powinien się domyślić, że to żadna góralska knajpa. Wziął go za jakiegoś indusa, a tu suprajz! To Cygan był!

– To dlaczego pan wspomina coś o kelnerze?

– Ja? – Andrzejewski starał się sprawiać wrażenie, że nie wie, o co chodzi.

– Chłopiec, z którym byli państwo w restauracji Redyk w Białce Tatrzańskiej, jest państwa synem? – Andrzejewski skinął głową, a policjant przeszedł do kolejnego pytania. Zadając je, patrzył to na Andrzejewskiego, to na jego żonę. – Czy potwierdzają państwo, że syn przechodzi kwarantannę?

– Jaką tam kwarantannę. – Andrzejewski wydął policzki. – Po prostu do szkoły nie chodzi i tyle.

– A jaki jest powód tej absencji? – drążył aspirant Bąk.

– Szkoła kazała mu nie przychodzić. Do prywatnej chodzi, więc oni wyczuleni bardziej są, przecież państwowe działają, więc o co chodzi? To sprawa między nami i szkołą, za którą płacimy!

– Jaki był powód takiej, a nie innej decyzji szkoły?

– Z Włoch wrócił, z ferii, na obozie narciarskim był.

– Konsultowali się państwo z lekarzem?

– A po co?

– Wierzy pan w te bzdury? – włączyła się Andżela. – To grypa zwykła jest, nie pierwsza i nie ostatnia.

– To się okaże – skwitował aspirant Bąk, uniemożliwiając Andrzejewskiej podzielenie się wiedzą z zakresu medycyny. Kiedyś miała iść do szkoły pielęgniarskiej, ale nie poszła, bo poznała Patryka. I całe szczęście, jeszcze zostałaby pigułą!

– Jaki jest stan zdrowia syna? – spytał policjant.

– Zdrowy byk! – zapewnił dumny ojciec.

– Klienci restauracji w Białce mówili, że kasłał.

– Kasłał, zaraz kasłał – obruszyła się Andżela. – Zakrztusił się! Byle co podają i to za jakie pieniądze, a jeszcze się mszczą za uwagi! Na Fejsie ich obsmaruję, do znajomych napiszę wszystkich, dziady popamiętają.

Aspirant Bąk już miał zadać kolejne pytanie, lecz w tym momencie Bartuś Andrzejewski zaniósł się suchym kaszlem.

– Alergia – zawyrokowała Andrzejewska.

– Grypa zwykła – podał swoją wersję Andrzejewski.

– Kawulok! – wezwał aspirant mundurowego, który błyskawicznie wyłonił się zza jego pleców.

Miał na rękach gumowe rękawiczki i ściskał w palcach jakiś plastikowy przedmiot.

Zanim Andrzejewscy zdążyli cokolwiek powiedzieć, szybko wycelował małe urządzenie w głowę chłopaka. Pojawiło się kolorowe światełko, a po chwili rozległo piknięcie. Policjant odskoczył i pokazał aspirantowi wynik.

– Trzydzieści siedem i osiem!

Andrzejewscy próbowali coś powiedzieć, ale policjant wyciągnął rękę, pokazując, żeby się nie zbliżali.

– Panie Miedziński – zwrócił się do Marcina, po czym spojrzał na rodzinę Andrzejewskich – ci państwo muszą pozostać w pensjonacie do czasu podjęcia decyzji przez PSSE w Nowym Targu. Pozostali goście pensjonatu i jego stali mieszkańcy także. Potrzebna mi lista gości, proszę ją wysłać mejlem.

– Co to, kurwa, jest jakieś PSSE? – tylko tyle mógł z wydusić Andrzejewski.

– Państwowa Stacja Sanitarno Epidemiologiczna – odpowiedział Bąk, ale widząc, że po twarzy Andrzejewskiego nie przemknął nawet cień zrozumienia, wyjaśnił: – Sanepid, teraz sanepid nazywa się PSSE. To oni podejmą decyzję, czy poddani zostaną państwo dwutygodniowej kwarantannie.

Policjanci odjechali, zostawiając Andrzejewskich i Marcina przed domem osłupiałych i niczego nierozumiejących.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Atek – policyjny anterrorysta (wszystkie przypisy pochodzą od autora).