Kształt serca - Dolores Redondo - ebook
BESTSELLER

Kształt serca ebook

Dolores Redondo

4,4

94 osoby interesują się tą książką

Opis

„Kiedy Amaia Salazar miała dwanaście lat, na szesnaście godzin zgubiła się w lesie.

Znaleziono ją nad ranem trzydzieści kilometrów na północ od miejsca, w którym zeszła ze ścieżki, leżącą bez ducha w ulewnym deszczu. Ubranie miała osmalone niczym czarownica uratowana ze stosu (...)”.

W sierpniu 2005 roku dwudziestopięcioletnia Amaia Salazar, inspektorka Policji Statutowej z Nawarry, uczestniczy w programie wymiany dla funkcjonariuszy policji Europolu w Akademii FBI w Stanach Zjednoczonych, prowadzonym przez słynnego Aloisiusa Dupreego, kierownika jednostki badawczej. Jeden z testów polega na zbadaniu prawdziwego przypadku seryjnego mordercy, „kompozytora”, który zawsze uderza podczas wielkich klęsk żywiołowych, atakując całe rodziny i pozostawiając niemal liturgiczną scenę. Amaia stanie się częścią zespołu badawczego, który zabierze ich do Nowego Orleanu w przeddzień najgorszego huraganu w historii.

Telefon od ciotki, informujący o umierającym ojcu Amaii, niespodziewanie przypomni jej o traumie, którą przeżyła w dzieciństwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 761

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Aitorowi i June za to, że zamiast „popływać jeszcze trochę”, zrezygnowali z tej możliwości i spędzili czas ze mną. To dla mnie prawdziwy przywilej. Eduardowi. Zawsze i za wszystko. Mojej agentce, Annie Soler-Pont, za jej wkład, rady i nieprzerwaną wytężoną pracę. Dzięki, że przez cały ten czas byłaś „złą policjantką” dla moich książek i dobrą doradczynią dla mnie. Dziękuję z całego serca… i „jedźmy dalej”. Marii Cardonie za to, że włożyła mnóstwo nadziei, uporu i radości w przekonywanie mnie, że świat jest lepszy, kiedy się uśmiechamy. Dzięki Tobie to wszystko wydało mi się łatwiejsze. Ricardowi Domingo, który od wielu lat nieprzerwanie potrafi dostrzec to, co niewidoczne dla oczu. Pamięci José Antonia Arrabala, który odszedł w samotności, lecz nie

Północna strona

Niniejsza książka stanowi część cyklu powieści inspirowanych północą Hiszpanii. Główną bohaterką kilku z nich jest Amaia Salazar, podczas gdy w innych postacie i wątki krzyżują się ze sobą, tworząc wspólne uniwersum, w którym północ nie zawsze jest na pierwszym planie, lecz stanowi swoisty lejtmotyw.

Nie ma bowiem samotniejszego miejsca na świecie niż północna strona ludzkiego serca.

Prolog

elizondo

Kiedy Amaia Salazar miała dwanaście lat, na szesnaście godzin zgubiła się w lesie. Znaleziono ją nad ranem trzydzieści kilometrów na północ od miejsca, w którym zeszła ze ścieżki, leżącą bez ducha w ulewnym deszczu. Ubranie miała osmalone niczym czarownica uratowana ze stosu, lecz skórę białą, czystą i zimną jak ktoś wydobyty spod lodu.

Zawsze utrzymywała, że prawie nic z tego zdarzenia nie pamięta. Od momentu zgubienia drogi jej wspomnienia ograniczały się do kilkusekundowej sekwencji obrazów wirujących z oszałamiającą prędkością, przywodzącą na myśl praksinoskop Reynauda, w którym ciągłe powtarzanie ruchomych obrazów wywołuje wrażenie, że wciąż ogląda się tę samą klatkę. Niekiedy zadawała sobie pytanie, czy w ogóle chodziła po tym lesie, czy też po prostu siedziała i wpatrywała się w jedno drzewo tak długo, aż jej mózg uległ hipnozie i na zawsze zapisał w pamięci jego pierwotną, matczyną sylwetkę. W niedzielny ranek jak zwykle wyszła na spacer ze swoim psem Iparem i znajomymi z sekcji turystycznej, do której dołączyła minionej wiosny. Lubiła las, ale wstąpiła do sekcji głównie po to, by sprawić przyjemność ciotce Engrasi, która od miesięcy zawracała jej głowę, że powinna więcej wychodzić. Obie wiedziały, że przechadzanie się po miasteczku nie wchodzi w grę. Przez ostatni rok systematycznie skracała spacery, by ostatecznie ograniczyć je do codziennego uczęszczania do szkoły oraz niedzielnej wizyty w kościele w towarzystwie ciotki. Resztę czasu spędzała w domu przed kominkiem, czytając lub odrabiając lekcje, pomagając ciotce w sprzątaniu czy gotowaniu. Każdy pretekst był dobry, by nie wyściubiać nosa z domu. Cokolwiek, byle nie musiała stawiać czoła temu, co się działo w mieście.

Zawsze twierdziła, że pamięta tylko wpatrywanie się w drzewo i nic więcej. Nie była to jednak cała prawda. Jej pamięć zachowała drzewo, lecz także burzę… i dom pośrodku lasu.

Odzyskawszy przytomność, zobaczyła przy szpitalnym łóżku ojca. Twarz miał bladą, zmoczone deszczem włosy przyklejone do czoła, oczy podrażnione od łez i zaczerwienione. Gdy się zorientował, że córka oprzytomniała, pochylił się ku niej opiekuńczo. Jeszcze nie zniknął z jego twarzy niepokój, a już ulga wygładzała mu zmarszczki. Ten gest zrodził w Amai takie wzruszenie, że omal się nie rozkleiła. Kochała go, zawsze go kochała. Nim jednak zdążyła mu to powiedzieć, poczuła na uchu muśnięcie jego warg i usłyszała szept:

– Amaio, nie mów o tym nikomu. Jeśli mnie kochasz, zachowaj to dla siebie.

Miłość, którą zawsze go darzyła, dotkliwie ścisnęła jej serce. Stłumione wyznanie umarło i ugrzęzło w gardle, zmieniając się w bolesne wspomnienie. Niezdolna wydobyć głosu, skinęła głową, pieczętując w ten sposób ostatnią przysługę dla ojca i koniec swojej miłości do niego.

CZĘŚĆ I

Kompozytor przez cały czas myśli

o nieukończonym dziele.

– Strawiński

Umarli robią, co w ich mocy.

– Engrasi Salazar

1 / Albert i Martin

Brooksville, Oklahoma

albert

Albert miał jedenaście lat i nie był złym chłopcem, ale w dniu zabójstw nie posłuchał rodziców. To nie tak, że lubił się im sprzeciwiać – po prostu sądził, że ostrzeżenia, podobnie jak wszystkie poprzednie, są na wyrost. Od wielu godzin prognozy bębniły o zderzeniu dwóch frontów atmosferycznych, ciepłego i zimnego, które może wywołać nawałnicę i trąby powietrzne. Podobne alerty słyszał jednak od początku wiosny. Jego matka nastawiała telewizor w kuchni na cały regulator, nie bacząc na to, że w kółko powtarzano w nim ten sam serwis informacyjny, i biada temu, kto ośmielił się ściszyć dźwięk lub przełączyć program. Rodzice Alberta traktowali tornada bardzo poważnie, czego on sam kompletnie nie pojmował, bo ich dom jeszcze nigdy w żadnym nie ucierpiał. Rano, kiedy powiedział, że umówił się z Timem Jonesem w jego domu, stanowczo zabronili mu wychodzić. Trzy lata wcześniej wichura dotkliwie uszkodziła dom Jonesów i nie było powodu sądzić, że tym razem go ominie. Temat był zamknięty. Cała rodzina miała pozostać w domu, a kiedy odezwą się syreny, zejść do schronu.

Albert nie protestował. Po śniadaniu grzecznie włożył kubek do zlewu i wymknął się tylnymi drzwiami. W połowie drogi na ranczo Jonesów zaczęło do niego docierać, że coś jest nie tak. Chmury, które od rana zakrywały niebo, rozstępowały się gwałtownie, a wyglądające spomiędzy nich słońce rysowało na ziemi bohomazy ze światła i cienia. Wszystko znieruchomiało i zapadła cisza, której nie przerywał ani jeden ptak. Pola stały puste, bo sprzęt tego dnia nie wyjechał z hangarów. Albert wytężał słuch, lecz usłyszał jedynie odległe wycie psa. O ile to był pies. Pierwsze porywy wiatru nadciągnęły, gdy widział już w dali posiadłość Jonesów. Przestraszony, ruszył pędem, wbiegł po schodkach na werandę i z całej siły zaczął walić w drzwi. Nikt mu nie otworzył. Chłopiec przebiegł na tył domu, ale i kuchenne drzwi, zwykle otwarte, dziś były zamknięte na głucho. Przytknął dłonie do szyby i zerknął do kuchni. Pusto.

Wtedy to usłyszał. Cofnął się o dwa kroki i wyjrzał zza węgła. Tornado kroczyło przez pustą prerię niczym ryczący demon owinięty płaszczem utkanym z pyłu, mgły i zniszczenia. Zahipnotyzowany potęgą żywiołu i zadziwiony jego magnetyzmem, Albert nie mógł oderwać oczu od nadciągającej grozy, póki jej widoku nie przysłoniły mu łzy zrodzone z trwogi i podrażnienia unoszącym się w powietrzu piachem. Otarł je i rozglądał się gorączkowo w poszukiwaniu jakiejś kryjówki.

Jonesowie mieli schron, chyba gdzieś po drugiej stronie domu… ale nie znał dokładnie jego położenia, a poza tym było za późno, by tam wracać. Raz jeszcze obejrzał się na nadciągające monstrum i pobiegł w stronę kurnika, modląc się, by i on nie był zamknięty. Na szczęście kurzego domku strzegł jedynie prowizoryczny zamek z przymocowaną gwoździem deseczką, którą wciskało się w zagłębienie we framudze. Albert zamknął się w środku. Nim zaczął cokolwiek widzieć w skąpym świetle sączącym się przez szpary, tkwił w całkowitych ciemnościach, spazmatycznie łapiąc oddech po szalonym biegu i niemal dławiąc się dusznym fetorem piór i kurzego łajna. Klepał się po kieszeniach w poszukiwaniu inhalatora, choć pamięć podpowiadała mu, że zostawił go na stoliku przy telewizorze. Z trudem powstrzymywał łzy, wsłuchany w ryczącą na zewnątrz bestię. Czyżby przycichła? Może już się oddala? Przywarł do podłogi, nie zważając na to, że przez spodnie przesączają mu się miękkie, ciepłe odchody zwierząt, i wyjrzał przez szparę między deskami. Tornado istotnie skręciło, ale jedynie po to, by wrócić ze zdwojoną siłą. Patrzył, jak idzie przez prerię niczym żywa istota ulepiona ze wszystkiego, co zagarnia po drodze. Cofnął się w głąb kurnika i dopiero wtedy zobaczył kury. Siedziały cichutko w jednym kącie, tak stłoczone, że dosłownie wchodziły sobie na głowy. Wiedziały, że zginą – i wtedy zrozumiał to także Albert. Roztrzęsiony, podczołgał się i wcisnął pomiędzy ptaki. Milcząca zgoda, z jaką przyjmowały swój los, ustąpiła miejsca serii długich, głębokich gdaknięć przypominających krzyki śmiertelnie przerażonego człowieka. Krzyczał też Albert. Wzywał matkę, czuł, jak powietrze ucieka mu z płuc, i wyobrażał sobie maleńkie komórki, które pokazał mu na rysunku lekarz, zbite, zduszone, niezdolne do przechowywania tlenu. Mimo to krzyczał, krzyczał do utraty tchu, wsłuchany we własny lament przypominający płacz noworodka. Gdy ryk bestii pochłonął i ten dźwięk, Albert wiedział, że jest po wszystkim. Ostatnim, co poczuł, nim kurnik rozpadł się na kawałki, było ciepło cieknącego mu po nogach moczu.

martin

Słońce świeciło wysoko na błękitnym niebie, którego perfekcji, niczym w jakiejś groteskowej postapokalipsie, nie zakłócała ani jedna chmurka. Martin poczuł, jak między krótkimi, starannie zaczesanymi włosami spływa mu z głowy kropla potu. Nerwowym gestem dotknął karku i przekonał się, że kołnierz jest wilgotny. Czubkiem wyglansowanego buta rozgarnął trociny i gruz, tworząc zagłębienie, w którym postawił walizkę. Otarł szyję wyjętą z kieszeni białą tekstylną chusteczką. Starannie ją złożył i schował, po czym zlustrował wzrokiem swój ubiór: idealnie wyprasowane spodnie, nieskazitelne obuwie. Poniewczasie stwierdził, że zamiast prostej marynarki z gładkiego drelichu powinien był wybrać coś lżejszego, by nie zgrzać się tak w upale, który nastał po przejściu tornada. Jak okiem sięgnąć wszystko wokół było zrównane z ziemią, nie licząc małego czerwonego spichlerza stojącego obok schodów do schronu, w którym ukryli się przed żywiołem Jonesowie. Martin podniósł walizkę i ruszył w tamtą stronę. Na chwilę się zatrzymał i wciągnął w płuca zapach dochodzący z ciemnej sutereny: grzyby, torf, wreszcie lekka nutka moczu… Serce zabiło mu mocniej. Tu nikogo nie ma. Ruszył w kierunku domu, a raczej tego, co z niego pozostało.

albert

Nim jeszcze otworzył oczy, zorientował się, że nie może się ruszyć. Na piersi czuł ogromny ciężar. Gdzieś w oddali usłyszał głosy Jonesów i zaczął krzyczeć. Ściśnięte płuca poddały się po trzech oddechach. Zemdlał.

Kiedy ponownie się ocknął, oślepiło go światło. Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny, ale tym razem postanowił nie wpadać w histerię, by nie zemdleć po raz kolejny. Przeanalizował swoje położenie. Przygniatała go drewniana płyta, najpewniej pochodząca z dachu kurnika. Lewą dłonią wymacał jej brzeg. Nie była gruba. Prawdopodobnie docisnęła ją jedna z masywnych belek, które przed kataklizmem podtrzymywały konstrukcję. To dlatego nie mógł się ruszyć. Oddychał z wysiłkiem, wciągając powietrze ustami. Piekło go poranione drzazgami czoło, a zatkany śluzem i krwią nos pozwalał uniknąć zakrztuszenia się zwierzęcym fetorem. Części zniszczonego kurnika nie tylko przygwoździły chłopca do ziemi, ale też z całą pewnością złamały mu lewą nogę. Choć tkwiła w całkowitym bezruchu, ból przeszywał ją niczym odłamki szkła. Prawą dłonią Albert wyczuł leżące obok ciepłe jeszcze ciało kury. Pociekły mu łzy. Wiedział, że jeśli chce przeżyć, musi zachować spokój. Skoncentrował się na miarowym oddechu, jak podczas ataków astmy. Oddychał ustami, wytężając się i starając brać wdechy tak głębokie, jak tylko pozwalał ciężar na piersi. „Świetnie, kochanie” – słyszał w głowie głos matki, która dodawała mu otuchy podczas takich ataków. „Wspaniale. Właśnie tak”. Na jej wspomnienie znów napłynęły mu do oczu łzy. „Jestem taki mały i głupi!” – pomyślał i otrząsnął się, co nie było najlepszym pomysłem: zmasakrowana noga zareagowała gwałtownym bólem i chłopak znów począł dyszeć, tracąc tę odrobinę kontroli nad oddechem, którą udało mu się odzyskać. Kolejne minuty poświęcił na liczenie wdechów i wydechów. O matce starał się nie myśleć. W końcu opanował się trochę i nie zważając na to, że znów harata sobie czoło, obrócił głowę w prawo i próbował coś dostrzec przez otwór w resztkach kurnika.

Nie widział nieba, ale jako wiejskie dziecko zorientował się po odcieniu światła, że jest wczesne popołudnie i że tornado całkowicie przegnało chmury, które rankiem zakrywały firmament. Jakie to szczęście, że pan Jones dwa dni wcześniej skosił trawę. Inaczej leżący na ziemi Albert nie zauważyłby nadchodzącego od strony prerii mężczyzny. Od razu się zorientował, że to nie ojciec Tima. Nieznajomy miał odznakę na piersi i walizkę w ręku. Albert wziął oddech tak głęboki, jak tylko się dało, i… zamiast wrzasku z jego piersi wyrwało się jedynie ochrypłe, stłumione stęknięcie. Mężczyzna omiótł wzrokiem ruiny kurnika. „Zaraz tu przyjdzie” – pomyślał chłopak. W tym momencie leżąca obok jego prawej dłoni kura, którą dotąd uważał za martwą, ruszyła w stronę szczeliny w deskach i wydostała się na zewnątrz. Nieznajomy odwrócił wzrok i na nowo podjął marsz w stronę domu. Albert wybuchnął płaczem, nie troszcząc się już o oddech. Po co się tym przejmować, skoro i tak umrze?

martin

I znów te wątłe lamenty, które słyszał już dziesiątki razy. Słowa, kogo obchodzą słowa? Wszyscy, którzy przetrwali kataklizm, mówili to samo. Czyjś zdławiony głos groteskowo usiłował zaszczepić w innych ducha walki, który przychodził na świat bez głowy i wykrwawiał się, gdy nieszczęśnicy przeszukiwali gruzy w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoliłoby im odczuć choć odrobinę obowiązkowej radości z faktu, że przeżyli.

Szesnastoletnia mniej więcej dziewczyna zbierała pośród gruzów kolorowe apaszki, którymi następnie wymachiwała jak gimnastyczka wstążkami, kreśląc w powietrzu wzór z kurzu i pyłu, a potem wieszała je sobie na szyi. Ona pierwsza zauważyła Martina. Zawołała coś do pozostałych, wskazując go długim palcem o krótkim, pomalowanym na czarno paznokciu. Przez pozostałości czegoś, co kiedyś było oknem, patrzeli, jak nieznajomy zmierza ku nim usłaną drzazgami łąką. On sam przyglądał im się z zadowoleniem. Oprócz dziewczyny było tam dwóch chłopaków, jeden mniej więcej w jej wieku, drugi liczący na oko poniżej dwunastu lat. Starszy ubrany w koszulkę zespołu rockowego, młodszy z włosami za długimi jak na chłopca. Pan Jones nie rozczarował Martina: popłakiwał na schodkach tego, co pozostało z werandy, a obok niego spoczywały butelka wody, kilka batoników czekoladowych i rewolwer. Gestem absolutnej rozpaczy obejmował głowę, podczas gdy starusieńka matka tuliła go i kołysała niczym małego chłopca. Nieco dalej, bezczelnie i wścibsko przyglądając się przybyszowi, stała około czterdziestopięcioletnia kobieta. „Żona gospodarza” – zawyrokował. Ładna i smukła, z włosami ufarbowanymi na nienaturalnie czerwony kolor, który nie przydawał jej uroku, na rękach trzymała jednego z tych maleńkich głupawych piesków, skomlącego wniebogłosy. Martin dumnie wypiął pierś z odznaką, by nikt jej nie przeoczył. Ożywiona jego widokiem rodzinka jak jeden mąż ruszyła ku drzwiom, a raczej ku wielkiej dziurze we frontowej ścianie domu. Pani Jones, nie wypuszczając z rąk psiaka, poprawiła dekolt i lekko przygładziła włosy, po czym zeszła po schodach i rzuciła Martinowi promienny uśmiech. Odpowiedział tym samym, nienawidząc jej w duchu za to, że jest zdolna do takiego zła, takiego zepsucia, takiej zgrozy i tak niepojętej obrazy boskiej. Wyciągnął rękę i jeszcze zanim dotknął dłoni kobiety, podjął decyzję, że choć zwykle zaczyna od starych, tym razem to ją zabije pierwszą.

albert

Na dźwięk krzyków i strzałów otworzył oczy i przestał szlochać. Czyżby jednak, wbrew wszystkiemu, to był jego szczęśliwy dzień?

2 / Góralski charakterek

Akademia FBI, Quantico, Wirginia Środa, 24 sierpnia 2005 roku

Amaia Salazar wierciła się nerwowo na krześle w drugim rzędzie. Do wielkiej auli, w której miała się odbyć prezentacja, weszła jako jedna z pierwszych. Obawiała się, że mimo ogromnych rozmiarów sala nie zdoła pomieścić wszystkich chętnych. W odróżnieniu od zajęć z poprzednich dni, przeznaczonych wyłącznie dla policjantów z Europy biorących udział w wymianie, prezentacja miała mieć charakter wykładu i była otwarta dla wszystkich agentów i kadetów FBI. Amai wystarczyło kilka lodowatych spojrzeń, by nie dopuścić do siebie dwóch agentów w garniturach i kilku uśmiechniętych od ucha do ucha kadetów w charakterystycznych granatowych koszulkach polo. Nie życzyła sobie towarzystwa. Spośród wszystkich zajęć składających się na program wymiany wykład agenta specjalnego Dupreego ciekawił ją najbardziej. I sądząc po tempie, w jakim zapełniała się aula, nie tylko ją. Gertha, niemiecka inspektorka w średnim wieku, pomachała Amai radośnie i po chwili przysiadła się do niej. Były jedynymi kobietami w całej europejskiej grupie szkoleniowej, a chłodne przyjęcie ze strony męskiej części zespołu sprawiło, że od samego początku trzymały się razem. Co nie znaczy, że Amaia natychmiast przekonała się do Gerthy. Owszem, Niemka była sympatyczna i przyjazna, ale wydała jej się trochę zbyt gadatliwa. Nie z tych, którzy ciągle zawracają ci głowę bzdurami albo bezlitośnie o wszystko wypytują, a jednak wystarczyły jej dwa śniadania, dwa obiady i jazda autobusem z lotniska, by opowiedzieć Amai całą historię swego życia.

– Góralski charakterek – powiedziała.

– Co?

– Zakładam się, że pochodzisz z gór, jak mój mąż. Z niego też trudno wydobyć słowo.

– Przeciwnie. Pochodzę z doliny.

Roześmiały się obie. W ciągu tych czterech dni Niemka wydobyła z niej znacznie więcej niż tylko słowa. Może dzięki emocjonalnemu bezpieczeństwu, z jakim wiąże się otwartość wobec kogoś, kogo zapewne nigdy więcej nie spotkasz, a może dlatego, że inspektorka Gertha Schneider umiała nie tylko mówić, lecz i słuchać, ostatecznie stała się powiernicą wyznań i podejrzeń, których Amaia nikomu wcześniej nie zdradziła. Niejeden wieczór przeciągnął im się do rana. Gertha kierowała wydziałem zabójstw liczącym czterdziestu pięciu pracowników, w tym trzydziestu ośmiu mężczyzn. Musiała się nieźle namęczyć, by zaskarbić sobie należny szacunek, a jednak do nikogo nie czuła żalu.

Nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy obok Amai usiadł mężczyzna w garniturze.

– Podinspektorko Salazar, wszędzie pani szukam. Myślałem, że jest pani ze wszystkimi w holu – mówił tonem udawanej wymówki, uśmiechając się od ucha do ucha, by podkreślić, że tylko się droczy. Nie mogła patrzeć na ten jego wyszczerz. Spuściła wzrok.

Agent Emerson został jej przydzielony jako asystent na czas trwania kursu. Miał być przewodnikiem, towarzyszem, pomagać w szkoleniu, przedstawiać ją poszczególnym instruktorom i na własnym sprzęcie, używając własnego hasła, udzielać jej dostępu do danych, których potrzebowali kursanci do wykonywania zadań praktycznych. Niestety czasem przesadzał z gorliwością…

– Pospieszyłam się trochę – przyznała. – Chciałam zająć dobre miejsce. Ta prezentacja szczególnie mnie interesuje.

– Nie tylko panią – zauważył Emerson, rozglądając się po wypełnionej już niemal po brzegi auli. – Widzę, że agent Dupree wzbudza niesamowite emocje. Słuchała go pani już kiedyś? Znacie się?

– Trzy lata temu, podczas studiów na Uniwersytecie Loyoli w Bostonie, byłam na jego wykładzie. Ustawiłam się w kolejce, żeby mi podpisał program, i podałam mu rękę. Nic więcej. Po prostu chcę być przygotowana do następnego seminarium, które według planu ma prowadzić właśnie on.

Emerson uśmiechnął się protekcjonalnie, unosząc brwi.

– Wie pan coś, czego ja nie wiem? – zapytała, czując, że agent dosłownie wychodzi z siebie, by się z nią podzielić jakimiś tajnymi informacjami.

– Agent specjalny Dupree ma specyficzne metody. Prowadzenie zajęć niekoniecznie oznacza dla niego to samo co dla innych. Nie jest instruktorem, tylko szefem Wydziału Analiz Behawioralnych. Od czasu do czasu wygłasza wykłady albo publikuje artykuły w wewnętrznym obiegu. To wyjątek, że zgodził się wziąć udział w szkoleniu dla Europolu.

– Pan z nim współpracuje na co dzień?

– Nie aż tak – wyznał z wyraźnym żalem Emerson. – Czasem jeździmy razem na akcje. Byłbym zachwycony, gdybym mógł częściej mu towarzyszyć. Może kiedyś tak będzie. Należę do kontyngentu wsparcia komunikacyjnego i podlegam Stelli Tucker, ale wszyscy jesteśmy częścią zespołu agenta Dupreego. Można więc powiedzieć, że pośrednio z nim współpracuję. Badanie zachowań obejmuje wiele obszarów. Głównie zajmują się nim funkcjonariusze działający w terenie, ale do łapania złych ludzi potrzebują pomocy wielu specjalistów pracujących stacjonarnie. – Powiedział „złych ludzi”, jakby rozmawiał z małą dziewczynką, i znów uśmiechnął się jak głupi do sera. Nie uzyskawszy pożądanego efektu, spoważniał i kontynuował bardziej profesjonalnym tonem: – Śledczy pracujący na miejscu współpracują z trzema zespołami mobilnymi. Ja oczywiście jestem kryminologiem i specjalizuję się w analizie danych. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale ma kluczowe znaczenie dla każdego śledztwa.

Światła na sali przygasły, a pomruki publiczności przycichły, jakby jednymi i drugimi sterowała ta sama dźwignia. Pozostał tylko jaśniejący z każdą chwilą krąg białego światła wydobywający z mroku pulpit pośrodku podium.

Z wejścia po prawej stronie na scenę wkroczył agent Dupree i zatrzymał się przed pulpitem. Był szczupły i elegancki, z ciemnymi, krótkimi, starannie przyczesanymi włosami. Amaia przypomniała sobie, że gdy zobaczyła go po raz pierwszy, zastanawiała się, czy nie ma wojskowej przeszłości. Bladość twarzy uwypuklały ciemne obwódki wokół oczu, nadające mu wygląd kogoś, kto od urodzenia cierpi na bezsenność. Starannie ogolony, miał na sobie nieskazitelny granatowy garnitur, białą koszulę i krawat do kompletu. Przystanął przy pulpicie i pedantycznie wyprostował go co do milimetra, choć Amaia nie zauważyła, by cokolwiek na nim położył. Zastanawiała się, czy nie umieścił tam materiałów już wcześniej. Dawałoby to pewne wyobrażenie o jego charakterze i zapobiegliwości. Obiecała sobie, że zwróci uwagę, czy po wykładzie Dupree zabiera coś z pulpitu.

Według krótkiego życiorysu zamieszczonego w programie agent liczył czterdzieści cztery lata, pochodził z Luizjany i odebrał staranne wykształcenie w dziedzinach prawa, ekonomii, historii sztuki, psychologii i kryminologii. Od ponad roku kierował jednym z trzech oddziałów terenowych Wydziału Analiz Behawioralnych FBI, w którego pracach uczestniczył od pięciu lat. Uniósł podbródek, wysunął do przodu jedną stopę, opierając ciężar ciała na drugiej, swobodnie opuścił ręce wzdłuż tułowia i rozejrzał się po audytorium. Kilka rzędów za Amaią ktoś zaczął klaskać, a spora część sali natychmiast to podchwyciła. Ona sama nie odrywała wzroku od katedry, choć nie uszły jej uwagi jedwabiste szelesty garniturów kilku agentów, którzy obrócili się, by zgromić wzrokiem prowodyra. Najwyraźniej uważali, że miejsce okrzyków, gwizdów i wiwatów jest na stadionach, a nie w sali wykładowej.

Dupree wyciągnął rękę i postukał w mikrofon, który w odpowiedzi zagrzmiał niczym uderzenie pioruna. Potem agent pochylił się nieco nad pulpitem, uniósł wzrok i zwrócił się do kogoś niewidocznego na tyłach sali.

– Czy mógłbym prosić o skierowanie odrobiny światła na publiczność? Kiedy jej nie widzę, mam wrażenie, że mówię do siebie. – Uśmiechnął się z rezygnacją. – A mam je tak często…

Natychmiast zaskarbił sobie sympatię widzów, którzy wyglądali na rozluźnionych, gdy już światło wydobyło ich z mroku.

Agent powiódł wzrokiem po sali, jakby kogoś szukał. Na kilka sekund zatrzymał spojrzenie na Amai, po czym przeniósł je z powrotem na pulpit. „Z pewnością patrzył na kogoś siedzącego za mną” – pomyślała, lecz nagle zauważyła, że Emerson przygląda jej się w zadumie. A więc to nie było złudzenie. Tymczasem Dupree zwrócił się do zgromadzonych:

– Wszyscy rozumiemy znaczenie tworzenia profilu wiktymologicznego, pozwalającego na wykrycie sprawcy poprzez analizę wyboru ewidentnych ofiar. Dziś chciałbym opowiedzieć o znaczeniu, jakie dla wykrywania seryjnych zbrodniarzy ma tworzenie rejestrów ofiar prawdopodobnych. Najpierw skupimy się na typie ofiary, którą przestępca wybiera, nim jeszcze ją pozna, a nawet nim dowie się o jej istnieniu.

W auli rozległo się coś przypominającego tłumione westchnienia. Dupree znów spojrzał na Amaię. Kolejne słowa wypowiedział jakby bezpośrednio do niej.

– Na ogół przyjmujemy, że zbrodnia jest dla mordercy sposobem na uwolnienie się od bólu, często bowiem zanim stał się katem, sam był ofiarą. Najniebezpieczniejszym spośród założeń jest jednak to, że w głębi duszy wszyscy oni chcą zostać schwytani, a ich zbrodnie stanowią potworne próby zwrócenia uwagi na własne cierpienie. O ile, rzecz jasna, w grę nie wchodzi choroba psychiczna.

– Co on tak…? – posłyszała zdumiony szept Emersona.

Dupree przerwał na moment, po czym odezwał się do całej sali:

– Według tej hipotezy jedynym celem brutalności i okrucieństwa jest chęć zostania dostrzeżonym. Morderca nie przestanie zabijać, bo wreszcie znalazł sposób na to, by być kimś. Dla wielu zbrodniarzy ta chęć okazuje się zgubna, tracą bowiem czujność i dają się złapać w pułapkę. Uczulam państwa: takie założenie jest największym wrogiem detektywa, gdyż dowody wskazują, że nie każdy seryjny zabójca działa w sposób kompulsywny i chaotyczny. Przeciwnie, wielu świetnie zdaje sobie sprawę z tego, co może ich zdradzić, i stosuje rozmaite fortele w celu zdezorientowania śledczych, antycypując ich ruchy, zmieniając scenariusze lub podsuwając fałszywe tropy, które prowadzą nas na manowce. Ten typ zabójcy, zwany niekiedy drapieżnikiem, potrafi latami dyskretnie prowadzić makabryczny proceder, ukrywając ślady zbrodni lub zwłoki kolejnych ofiar i sprawiając, że zamiast o morderstwach, mówimy o zniknięciach, ucieczkach, wypadkach czy samobójstwach. Wybiera przy tym ofiary z grupy wysokiego ryzyka, a więc takie, których zniknięcie może przejść niezauważone lub nie wzbudzić wielkiego zainteresowania z racji wykluczenia społecznego: narkomanów, prostytutki, włóczęgów, bezdomnych, nielegalnych imigrantów lub osoby o nieuregulowanej sytuacji prawnej. Drapieżnik dokonuje skrupulatnej selekcji ofiar, świadom, że członkowie tych grup często się przemieszczają. Nasz wielki kraj jest pod tym względem szczególny, co znacznie utrudnia śledztwa, ale teraz, po otwarciu granic między państwami Unii, sytuacja w Europie stała się dość zbliżona – zwrócił się do lewej części sali, po której siedziała Amaia i reszta uczestników jej kursu. – Ten typ mordercy – kontynuował – nie ma najmniejszego zamiaru dać się schwytać, potrafi przez całe życie odgrywać rolę przykładnego obywatela, nie dąży do sławy i dobrze się odnajduje w społeczeństwie. – Urwał i wbił wzrok w Amaię. – Niczym demon czerpie satysfakcję i siłę z naszej niewiary w jego istnienie. – Uśmiechnął się, a publiczność odwzajemniła uśmiech.

Amaia udawała, że nie dostrzega ukradkowych spojrzeń Emersona. Nie mogła natomiast udać, że nie słyszy Gerthy, która pochyliła się i szepnęła jej do ucha:

– Gadał do ciebie.

Dupree tymczasem zaczął mówić do całej sali:

– Detektyw do spraw zabójstw jest wyczulony na niepasujące elementy i przygotowany do badania tradycyjnych motywów. Kto może skorzystać na śmierci ofiary? Czy w grę wchodzi zazdrość? Seks? Narkotyki, pieniądze, dziedziczenie, szantaż? W przypadku seryjnych zabójców motywacja wymyka się tej tradycji. I wtedy do akcji wkracza psychologia. Kluczowa jest analiza sposobu kompensacji stosowanego przez naszego przestępcę, pozwalająca dociec, co konkretnie sobie rekompensuje. Dzisiejsza pogadanka i późniejsze ćwiczenia osób uczestniczących w kursie skupią się na wykrywaniu elementów wspólnych i odmiennych w wyborze typu ofiary czy sposobie znikania lub pojawiania się ciała, które mogą wzbudzić podejrzenia, że coś, co wygląda na samobójstwo lub wypadek, w rzeczywistości skrywa morderstwo lub serię morderstw. A jak badamy morderców, których jeszcze nie złapaliśmy? Jak tworzyć bazę danych, których nie znamy? Jak ustalić zachowanie widma, nieuchwytnego myśliwego, który robi wszystko, żebyśmy w ogóle nie wiedzieli o jego istnieniu?

– Wiktymologia – szepnęła Amaia.

– Wiktymologia – powiedział niemal jednocześnie z nią Dupree – to nauka oparta na badaniu profilu ofiar, jak również domniemanych ofiar, zaginionych czy uciekinierów, słowem: osób, które ulatniają się jak kamfora. W tym ostatnim przypadku wiktymologia staje się nauką abstrakcyjną, w której intuicja badacza odgrywa decydującą rolę w ustaleniu, czy mamy do czynienia z zabójstwem. Pod uwagę bierzemy profil fizyczny, psychologiczny, pozycję społeczną czy cechy charakterystyczne, do których zaliczają się choćby niepełnosprawność albo zwracające uwagę defekty ciała. Ponadto analizujemy pochodzenie domniemanej ofiary, to, czy ma rodzinę, choroby i patologie, historię medyczną oraz wszystko, czego możemy się dowiedzieć o zachowaniu i osobowości, gustach i sympatiach badanego. W obliczu najlżejszego podejrzenia, że możemy mieć do czynienia z ofiarą, nawet gdy nie znaleziono ciała, zadanie badacza jest niewiarygodnie trudne, a dobrze wiemy, że pamięć często nas zawodzi. Dlatego najistotniejsze jest skrupulatne dokumentowanie tych elementów w celu utworzenia bazy danych, do której możemy zajrzeć, gdy w mózgu zapali nam się światełko na widok kolejnej ofiary albo w obliczu zniknięcia osoby, którą jakieś cechy wydają się łączyć z poprzednimi.

Agent Dupree nacisnął guzik na pulpicie. Na ekranie za jego plecami pojawił się czarno-biały, sprawiający wrażenie wyciętego ze starej gazety wizerunek atrakcyjnego i dobrze ubranego, choć bardzo szczupłego młodego człowieka.

– W latach osiemdziesiątych angielski detektyw Noah Scott Sherrington, pracujący dla Scotland Yardu, utworzył pierwszą bazę danych potencjalnych ofiar na podstawie profilów kobiet, które uciekły, znikły lub zostały porwane z domów. Najciekawsze jest to, że inspektor Scott Sherrington nie dysponował żadnymi zwłokami ani nawet fragmentami ciała pozwalającymi przypuszczać, że te osoby nie żyją. Nic też nie wskazywało jednoznacznie, że padły ofiarą porwania. Równie dobrze mogły po prostu wyjechać. Studiując materiały otrzymane po wykładzie, dowiedzą się państwo, że miało to miejsce w nadmorskim regionie dotkniętym bezrobociem i fatalnym klimatem. W latach osiemdziesiątych Londyn ze swoim blichtrem musiał się wydawać niezwykle atrakcyjny w porównaniu z pracą w fabryce konserw, a i to wyłącznie pod warunkiem, że miało się szczęście. Wiele dziewcząt postrzegało przyjazdy robotników wykwalifikowanych na krótkie kontrakty jako okazję do znalezienia męża i wyrwania się z biedy. – Zaczerpnął tchu. – Utworzenie bazy z profilami zaginionych dziewcząt pozwoliło Scottowi Sherringtonowi na nakreślenie czegoś, co mogło się okazać schematem działania zbrodniarza. Pracował nad nią latami, wykreślając nazwiska osób, które wróciły lub odnalazły się w innym miejscu. Stopniowo ze zgromadzonych danych wyłaniał się coraz wyraźniejszy i coraz bardziej niepokojący obraz ofiary. Dziś inspektor Scott Sherrington jest punktem odniesienia dla wszystkich detektywów zajmujących się wiktymologią, ponieważ udowodnił istnienie zabójcy, opierając się na profilach potencjalnych ofiar. Dopiero wtedy rozpoczęło się typowe śledztwo: szukanie świadków, rekonstrukcja ostatnich godzin przed zniknięciem i selekcja profilów pozwalająca z niemal stuprocentową dokładnością określić, które spośród marzących o ucieczce dziewcząt istotnie uciekły, a które padły ofiarą przestępcy. Nie od razu doceniono metody Scotta Sherringtona, ale dziś są one powszechnie stosowane.

Prelegent umilkł i znów spojrzał na Amaię. Tym razem niektórzy spośród zebranych podążyli za jego wzrokiem.

– Instynkt oraz wyniki bezbłędnego śledztwa umożliwiły Scottowi Sherringtonowi zawężenie listy podejrzanych do dwóch, choć sam mówił po prostu, że miał przeczucie – podsumował Dupree.

– Przeczucie – wyszeptała Amaia.

To było jak déjà vu: zaledwie sześć miesięcy wcześniej, awansując na podinspektorkę Policji Statutowej, regionalnej formacji z Nawarry, odziedziczyła sprawę zaginięcia młodej pielęgniarki odbywającej staż w szpitalu. Osoby wcześniej zajmujące się tym śledztwem zdążyły przesłuchać jej najbliższe kręgi i miały odłożyć sprawę do akt, uznawszy, że dziewczyna zniknęła z własnej woli, ale matka zaginionej niestrudzenie nachodziła komendę i media, aż w końcu udało jej się narobić szumu. Amaia nie dostała tego śledztwa w prezencie – ktoś po prostu chciał się go pozbyć – lecz nie przeszkodziło jej to entuzjastycznie zabrać się do pracy. Przestudiowawszy szczegółowo dotychczasowe ustalenia, szybko skupiła się na postaci szpitalnego lekarza. W początkach śledztwa nie było go nawet w gronie podejrzanych, choć został przesłuchany jako świadek, gdyż kilkoro znajomych dziewczyny zeznało, że widzieli, jak z nią rozmawiał. Natychmiast znalazł się poza podejrzeniem, częściowo dlatego, że nie wykryto niczego, co by go inkryminowało, lecz przede wszystkim z powodu nieskazitelnej opinii, jaką się cieszył. Był obiecującym chirurgiem i pochodził z rodu o lekarskich tradycjach, jednego z najbardziej szanowanych w Nawarze. Gdy Amaia podzieliła się swoimi wątpliwościami z komisarzem, ten zareagował na nie jak na bluźnierstwo. „Znam tę rodzinę” – zadeklarował uroczyście, wznosząc ręce do nieba. „Coś takiego w ogóle nie wchodzi w grę!” Milczała więc, lecz przez kilka tygodni, również w wolnym czasie, śledziła obiecującego chirurga, aż wreszcie znalazła miejsce, w którym przetrzymywał dziewczynę jako niewolnicę seksualną. I to nie pierwszą. Zatrzymanie porywacza pomogło wyjaśnić zaginięcie co najmniej dwóch innych kobiet. Kiedy przełożeni zapytali Amaię, co ją skłoniło do podejrzewania chirurga, nie potrafiła powiedzieć nic ponad to, że miała przeczucie.

– Scott Sherrington zawierzył swemu przeczuciu – kontynuował Dupree, zwracając się do całej sali. – Tygodniami śledził to jednego, to drugiego z podejrzanych. Pewnej nocy, podczas okropnej burzy, gdy wracał samochodem do domu po obserwacji jednego z nich, minął na światłach drugiego i postanowił za nim pojechać, nie wiedząc jeszcze, że właśnie znalazł sprawcę i że tej nocy zobaczy, gdzie znikają ciała zamordowanych. Była to jedyna rzecz, jakiej nie potrafił ustalić mimo olśniewających nas do dziś zdolności dedukcyjnych. Niestety, jak już wspomniałem, nikt Scottowi Sherringtonowi nie wierzył, toteż nikt nie chciał mu pomóc. Obszar, na którym zabójca mógł ukryć zwłoki, był rozległy, a jednostajność krajobrazu zwielokrotniała trudności, praktycznie uniemożliwiając znalezienie ciał. Osamotniony, w środku nocy, na terytorium wroga, wśród szalejącej burzy, inspektor próbował aresztować zwyrodnialca podczas próby pozbycia się zwłok ostatniej ofiary, jak ulał pasującej do utworzonego profilu. Szok wywołany faktem, że wreszcie zidentyfikował zbrodniarza, przewaga fizyczna tego ostatniego i niewykryta choroba wieńcowa sprawiły, że podczas szamotaniny serce inspektora nie wytrzymało. Następnego ranka znalazła go grupa myśliwych. Transport do szpitala i szybka, ryzykowna operacja uratowały mu życie. Gdy w końcu oprzytomniał, morderca był już daleko. Ustalenia Scotta Sherringtona pozwoliły jednak na rekonstrukcję sposobu działania sprawcy i odnalezienie dziewięciu ciał. Założona przez inspektora baza danych do dziś stawiana jest za przykład doskonałego zastosowania wiktymologii zarówno wtedy, gdy zbrodnia jest oczywista, jak i wówczas, gdy zabójca stworzył pozory, że mamy do czynienia z samobójstwem lub wypadkiem. Niestety następstwa zawału okazały się tak poważne, że inspektor musiał całkowicie zrezygnować z pracy w policji.

Mówca powiódł wzrokiem po audytorium.

– Agentom i kadetom akademii dziękuję za uwagę. Policjanci uczestniczący w kursie otrzymają od swych asystentów pełne dossier śledztw Scotta Sherringtona i utworzonych przez niego baz profilów behawioralnych i geograficznych ofiar. Proszę je przestudiować przed najbliższym seminarium. Na dziś to wszystko.

Agent specjalny Dupree zszedł z mównicy tą samą drogą, którą na nią wszedł. Publiczność siedziała w milczeniu, póki światła nie pojaśniały, zmuszając wszystkich do zmrużenia oczu.

Amaia wstała z krzesła i bez słowa wpatrywała się w katedrę oraz miejsce, gdzie zniknął Dupree, niemal jakby tęskniła za jego niezrozumiałym zainteresowaniem, które jednocześnie ją zaniepokoiło i dziwnie połechtało. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie zwróciła uwagi na to, czy agent trzyma w ręku jakieś notatki.

Niemiecka koleżanka poklepała ją po ramieniu.

– Ty to umiesz zwrócić na siebie uwagę!

Milczała w zadumie. Tymczasem z drugiej strony odezwał się Emerson.

– No, no, podinspektorko Salazar! Chyba zrobiła pani wrażenie na szefie – mruknął z jakąś niepojętą zazdrością w głosie.

Spojrzała na niego jak zbudzona z transu i zauważyła, że się zmienił. Zawsze był opanowany i z nawiązką wypełniał powierzone mu zadania; choć pierwszego dnia wydawał się mieć za złe przełożonym, że spośród wszystkich przybyłych policjantów przydzielono mu pod opiekę jedną z nielicznych kobiet, znacznie poweselał, gdy się okazało, że Amaia ze wszystkiego otrzymuje najwyższe oceny. Uznała więc, że to jeden z tych typów, którzy zawsze chcą być najlepsi i nie potrafią przegrywać. Kilka razy próbował ją zahipnotyzować, łącząc przesadnie szeroki uśmiech z patrzeniem głęboko w oczy. Teraz jego uśmiech był prosty, jakby go wycięto skalpelem. Pierś wypięta, podbródek lekko uniesiony. Wyglądał jak kogucik. Amaia uniosła dłoń i leciutko dotknęła jego ramienia, po czym ominęła go i odeszła, a on stał zaskoczony i urażony, jakby muśnięcie jej palca urosło w jego wyobraźni do rozmiarów strzału z armaty. Przeszła obok agentów, którzy zatrzymali się na pogawędkę, wyszła z sali i rozglądała się za bocznym wejściem na podium.

– Salazar – usłyszała zza pleców głos Emersona – a pani dokąd? Za kwadrans zaczyna się seminarium! W sali numer trzy, na drugim końcu budynku! Musimy zaraz lecieć!

Dogonił ją w chwili, w której drzwi wiodące na scenę się otworzyły i wyszedł przez nie Dupree w towarzystwie jakiejś agentki. Przepychający się w korytarzu mężczyźni powitali go pozdrowieniami i komplementami, nie przerywając marszu.

Amaia uniosła dłoń, by przykuć uwagę prelegenta.

– Agencie Dupree, mogę zabrać panu chwilkę?

Odwrócił się, zmierzył ją obojętnym spojrzeniem, po czym skinął głową stojącemu za nią Emersonowi.

– Witam, panie Emerson – rzekł i włączył się w sunący korytarzem tłum.

Oszołomiona Amaia spoglądała za nim.

– Co za cholerny buc! – szepnęła, nie dbając o to, że Emerson ją słyszy.

3 / Na łasce wiatru

Akademia FBI, Quantico, Wirginia

Nim dotarli do sali, pogaszono światła. Emerson zatrzymał się przy drzwiach i bez pożegnania odszedł tym samym korytarzem, którym ją przyprowadził. W pomieszczeniu szalała burza… A nie, to tylko na ekranie w głębi odtwarzano film, na którym wicher zrywał i wyrzucał w powietrze dachy oraz przewracał słupy elektryczne, a fale robiły wszystko, by wyrwać się z morza na wolność. Amaia skuliła się, jak tylko mogła, i chyłkiem weszła do sali, szukając w półmroku miejsca, na którym mogłaby w miarę szybko usiąść. Po pierwszym filmie nastąpił kolejny, po nim zaś seria fotografii ukazujących katastrofy naturalne – cyklony, tajfuny, huragany. Niektóre zdjęcia zrobiono z powietrza, a wszystkie wyglądały na pochodzące z gazet lub internetowych serwisów informacyjnych.

– Klęski żywiołowe… – odezwał się ktoś w głębi sali.

Amaia rozpoznała nosowy głos agentki Tucker i choć było ciemno, w jej głowie natychmiast pojawił się wyraźny obraz wyjątkowo pięknej czarnoskórej kobiety koło pięćdziesiątki z włosami przyciętymi krótko jak u marines, może po to, by jakoś zrekompensować obfite kształty, które sprawiały, że wydawała się niższa, niż była w rzeczywistości. Tucker należała do grupy terenowej agenta Dupreego. Odpowiadała za komunikację z mediami oraz rodzinami ofiar i była najstarsza stażem, nie licząc samego szefa. Trzy dni wcześniej prowadziła seminarium dotyczące przestępstw internetowych. Teraz, słysząc ponownie jej głos, Amaia doszła do wniosku, że właśnie to miał na myśli Emerson, gdy mówił o niestandardowych metodach Dupreego: najwyraźniej superagent, zamiast pojawić się tu we własnej osobie, scedował zadanie na podwładną. Westchnęła i próbowała się skupić na tym, co mówi skryta w ciemnościach Tucker.

– …pozostawiają po sobie dziesiątki ofiar z licznymi obrażeniami. Istnieją procedury regulujące sprawną ewakuację żywych i zapobieganie rozprzestrzenianiu się chorób w wyniku rozkładu zwłok. Zarówno ratownicy, jak i śledczy działają pod presją czasu. Rozgardiasz i chaos często ukrywają oznaki zbrodni przed okiem detektywa, którego otaczają zmiażdżone zwłoki, ciała wiszące na drzewach lub leżące z wnętrznościami na wierzchu, zmasakrowane przez żywioł, ze zdartymi ubraniami. – Umilkła na moment. – Na pulpitach znajdą państwo materiały do pierwszego ćwiczenia. Pozwolę sobie nakreślić w skrócie to, co tam opisano ze szczegółami. Minionej wiosny, w marcu, który był jednym z najcieplejszych w historii, wiele stref naszego kraju nawiedziły silne burze i tornada. Jedna z największych nawałnic uderzyła w niewielką osadę w pobliżu Killeen w Teksasie, powodując znaczne straty w plonach, inwentarzu i ludziach, wśród których była rodzina Masonów. Zginęli wszyscy: rodzice, troje nastolatków i mieszkająca z nimi babcia.

Na ekranie pojawiły się zdjęcia sprzed żywiołu, ukazujące typowe teksańskie ranczo i uśmiechniętą rodzinę siedzącą na werandzie, a następnie fotografie dokumentujące to samo miejsce po kataklizmie. Te ostatnie były kiepskiej jakości, jakby zrobił je niezbyt doświadczony asystent. Brakowało na nich znaczników i opisu. Większość obrażeń sfotografowano z daleka, a te, które przybliżono, były nieostre. Lepiej wyglądały ujęcia szerszego planu: ciała leżały bardzo blisko siebie, co sugerowało, że kiedy zawalił się dach i część ściany, wszyscy członkowie rodziny przebywali razem. Amaia oczami wyobraźni widziała, jak siedzą objęci, by dodać sobie otuchy w obliczu szalejącego żywiołu. Chwilę później leżeli przysypani gruzem, kawałkami drewna, a nawet kilkoma ciężkimi meblami.

– Ponieważ w myśl protokołu chciano jak najszybciej pochować zmarłych – kontynuowała Tucker – a na pierwszy rzut oka przyczyna śmierci wydawała się jasna, wystawiono akty zgonu bez przeprowadzania autopsji. Zaledwie miesiąc później zimny front atmosferyczny z Kanady zderzył się z masami ciepłego powietrza znad Zatoki Meksykańskiej, tworząc superkomórki burzowe, których charakterystycznym elementem są liczne trąby powietrzne. Jedna z nawałnic dotknęła Oklahomę, a ofiarą tornada padło między innymi rodzinne gospodarstwo państwa Jonesów położone na przedmieściach Brooksville. – Na ekranie pojawiła się sfotografowana z góry piękna farma, a po niej zdjęcie tej samej farmy spustoszonej przez żywioł. – W ruinach znaleziono zwłoki całej rodziny: pana domu, jego matki, żony oraz trojga dzieci, dziewczynki i dwóch chłopców, w wieku zbliżonym do dzieci Masonów.

Zdjęcie zniszczonego domu Jonesów tak bardzo przypominało zdjęcie posiadłości Masonów, że można by je zamienić: wszystkie ciała leżały blisko siebie, przygniecione gruzem, drzazgami i meblami. Choć na zdjęciach nie zaznaczono stron świata, Amaia od początku przeczuwała, że w obu przypadkach ciała są zwrócone w tym samym kierunku. Postanowiła to zweryfikować.

Tymczasem na ekranie wyświetliły się kolejne zdjęcia. Tucker milczała, niewątpliwie usatysfakcjonowana szmerem, jaki rozszedł się po sali. Tym razem fotografie były świetne: nawet ktoś, kto się na tym nie znał, nie mógł wątpić, że zrobił je profesjonalny fotograf sądowy.

– Gdyby postąpiono tak jak w poprzednim wypadku – kontynuowała Tucker – również ta śmierć uszłaby uwagi śledczych. Wszyscy członkowie rodziny znajdowali się w ruinach salonu. Ich ciała nie miały zbyt wielu obrażeń, nie licząc głów zmiażdżonych, jak się zdawało, przez belki, dźwigary i meble.

– Oba scenariusze są bardzo podobne – przerwał jej agent francuskiej policji siedzący obok Amai. – Skoro pierwszy nie wzbudził podejrzeń miejscowych ani stanowych władz, a na podstawie zdjęć wnioskuję, że sprawą nie zajęło się FBI, to co sprawiło, że w drugim przypadku postąpiono inaczej?

Tucker odczekała kilka sekund, by mieć pewność, że wszyscy słuchają jej w skupieniu.

– Świadek – oznajmiła scenicznym szeptem.

Amaia uśmiechnęła się z podziwem. Musiała przyznać, że agentka Tucker do perfekcji opanowała sztukę przykuwania uwagi.

– Jedenastoletni chłopiec, kolega syna gospodarzy – ciągnęła już normalnym głosem agentka – mimo ostrzeżeń meteorologicznych i zakazu rodziców wymknął się w odwiedziny do kolegi. Po drodze złapała go nawałnica. Wiedział, że nie dobiegnie do schronu, więc ukrył się w kurniku. Nie odniósł ciężkich obrażeń, ale przez kilka godzin leżał unieruchomiony pod drewnianą płytą, która uratowała mu życie, amortyzując uderzenie ciężkiej belki. Ściśnięta klatka piersiowa uniemożliwiała mu wzywanie pomocy. Słyszał, jak gospodarze po ustaniu nawałnicy wychodzą ze schronu pod spichlerzem. Choć z miejsca, w którym był uwięziony, nie mógł ich zobaczyć, zapewnia, że rozpoznał niektóre głosy. Następnie zauważył, że przez prerię idzie w stronę domu jakiś człowiek. Chwilę później usłyszał strzały, krzyki i kolejne strzały, po których głosy ucichły. W przerażeniu wsłuchiwał się w dźwięki przywodzące na myśl przewalanie gruzu. Gdy umilkły, ponownie zobaczył przybysza, którego opisał jako wysokiego, szczupłego, o ruchach sugerujących dość młody wiek, z walizeczką w ręku i odznaką w klapie. Zeznał, że po wyjściu na otwartą przestrzeń mężczyzna postawił walizkę na ziemi, wyprostował się i stojąc przodem do ruin domu, uniósł ręce, po czym w zupełnej ciszy zaczął nimi wolno i rytmicznie poruszać, jakby dyrygował orkiestrą. Chłopak nadał mu przydomek „Kompozytor” i taki kryptonim zyskała z czasem ta sprawa.

Policjanci siedzieli wyczekująco. Niemal dało się słyszeć, jak napinają mięśnie niczym pies gończy, który zwietrzył ofiarę.

Amaia w półmroku nie widziała dokładnie twarzy agentki Tucker, ale zauważyła, że prelegentka z zadowoleniem kiwa głową.

– Wbrew wszelkim przypuszczeniom zabójca nie zabrał broni z miejsca zbrodni. Znaleźliśmy ją w pobliżu ciał. Był to rewolwer Smith & Wesson 617 kaliber dwadzieścia dwa, należący do ojca rodziny. Sekcja zwłok wykazała, że pod ciosami w głowę, pozornie w wyniku uderzenia gruzem i drewnem, skrywają się rany postrzałowe zadane z tej właśnie broni i to one spowodowały śmierć. Znaleźliśmy dość dowodów, by potwierdzić słowa chłopca o tym, że rodzina przeżyła nawałnicę w schronie pod spichlerzem, a zginęła wskutek strzałów w głowę. Następnie sprawca próbował zatrzeć ślady, tak aranżując scenerię, by się wydawało, że mieszkańcy zginęli przygnieceni elementami walącego się domu. Jeden z naszych agentów zauważył podobieństwo do zdjęcia zamieszczonego miesiąc wcześniej na okładce gazety, przedstawiającego rodzinę Masonów, która zginęła podczas wielkiej wichury w Teksasie pod gruzami własnego domu. Jak państwo pamiętają, pochowano ich bez sekcji. Przesłuchaliśmy szeryfa, który zajmował się tą sprawą. Okazało się, że i wówczas w pobliżu zwłok znaleziono broń. Co więcej, był to ten sam typ rewolweru, a ponieważ i on należał do ojca rodziny, nie przywiązywano do tego żadnej wagi. Uzyskaliśmy zgodę na ekshumację i odkryliśmy, że i tu pod ranami od uderzeń w głowę kryją się otwory po pociskach, podobnie jak poprzednio wystrzelonych ze znalezionej obok broni.

Na ekranie przewijały się zbliżenia obrażeń sfotografowanych podczas autopsji.

Tucker przeszła z głębi sali w stronę drzwi i zapaliła światło. Zmrużyli oczy. Obrazki na ekranie niemal wtopiły się w tło.

– Siła wiatru wiejącego z prędkością ponad stu pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę zmienia każdą drzazgę w śmiertelną broń. Morderca z całą pewnością to wiedział. W dwóch przypadkach ukrył otwory po kulach, przygniatając ciała gruzami, lecz w pozostałych wykorzystał ostre kawałki drewna, które po prostu wbił w głowy ofiar.

Prowadząca zrobiła teatralną pauzę i powiodła wzrokiem po sali. „Oczekuje reakcji” – pomyślała Amaia. Taka już była agentka Tucker.

– Wszystkie rany spowodowane przez gruz i drewno powstały po śmierci, a zabójca tak zaaranżował przestrzeń, by wywołać złudzenie, że kolejność rzeczy była odwrotna.

Amaia, która – spóźniwszy się na zajęcia – usiadła blisko drzwi, miała teraz doskonały widok na Tucker. Obserwowała, jak w miarę narastania w sali szmeru na twarzy agentki pojawia się namiastka uśmiechu. Niektórzy policjanci szeptem wymieniali uwagi, próbując rozwikłać zagadkę. Gdy Tucker się zorientowała, że jedna ze słuchaczek ją obserwuje, spoważniała i wskazała leżące na ławce akta.

– W teczkach, które mają państwo przed sobą, znajdują się wszystkie informacje, jakimi dysponujemy: wywiady z sąsiadami, zeznanie świadka, zdjęcia z miejsc zbrodni, krótkie życiorysy członków obu rodzin oraz, by nie musieli państwo błądzić w ciemnościach, wszystko, co do tej pory zrobiono w śledztwie. Próby ustalenia wspólnego mianownika obu zbrodni, lub obu rodzin, na razie nie ujawniły nic z wyjątkiem wspomnianych już przeze mnie zbieżności płci i liczby członków rodziny oraz podobieństwa wieku. Mają państwo do czynienia z autentycznym śledztwem w toku i z poufnymi informacjami, których nie udzielamy mediom. Sądzimy, że przestępca chce pozostać niezauważony. Nie należy do tych, którzy pragną sławy, a satysfakcję czerpie z samego popełnienia zbrodni. Nam tym bardziej nie zależy na rozgłosie. Naszą najpotężniejszą bronią jest przeświadczenie sprawcy, że nie wiemy o jego istnieniu.

Gertha pokręciła głową.

– Nie uważa pani, że to nikczemne przemilczać tę historię przed prasą tylko po to, by zabójca mógł znów uderzyć? – zapytała.

– Sądzimy, że zrobiłby to tak czy owak, a nagłośnienie sprawy mogłoby go skłonić do zmiany modus operandi. Zważywszy na rozległą przestrzeń, na jakiej się porusza, schwytanie go stałoby się w tej sytuacji praktycznie niewykonalne. Jedyną szansą jest dla nas uprzedzenie jego ruchów. W odrobieniu zadania będą państwu pomagać asystenci, niczego nie podpowiadając ani nie dzieląc się własnymi opiniami. Zapewnią jedynie na swoim sprzęcie dostęp do wszelkich danych, którymi dysponujemy. Zadanie polega na utworzeniu trzech profilów: behawioralnego, geograficznego i wiktymologicznego. Całość należy oddać jutro do godziny dwunastej w południe.

Inspektor włoskich karabinierów Barbagallo uniósł folder nad głowę.

– Przepraszam, agentko Tucker, proszę tego nie traktować jako krytyki pani pracy, ale według programu te zajęcia miał przygotować agent Dupree…

Amaia uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową, wciąż mając w pamięci bezczelność, z jaką agent specjalny zignorował ją po wykładzie.

Tucker zastygła z dłonią na klamce i rozkoszując się każdym słowem, odparła:

– I przygotował. Jak pan myśli, czemu służyła jego prezentacja?

4 / Dom pogrzebowy Wardów

Cape May, New Jersey

Zwłoki były w opłakanym stanie. Nie zakładając rękawiczek, Mary Ward dwoma palcami uszczypnęła skórę na policzku. Zewnętrzna warstwa odkleiła się, pozostawiając na twarzy denatki plamę przypominającą poparzenie słoneczne. Mary obracała naskórek w palcach. Konsystencją przypominał klej do tapet. Westchnęła. Rozmrożone zwłoki zawsze były najgorsze i te nie stanowiły wyjątku. Wytarła palce wilgotnym wacikiem i pochyliła się, by sprawdzić poziom kondensatu w osuszaczu powietrza, który przez całą noc pracował przy stole. Wylała wodę do zlewu i mimo denerwującego szumu postanowiła nie wyłączać urządzenia podczas zajmowania się nieszczęsną panią Miller. Najpierw zaaplikowała jej grubą warstwę proszku suszącego i zostawiła, by zaczął działać, a sama zajęła się włosami. Z bólem serca przyjrzała się gęstej kasztanowej czuprynie kobiety ze zdjęcia, które jej dostarczono jako wzór. Pani Miller uśmiechała się do aparatu, obejmując jednego z synów. „Pewnie najstarszego” – pomyślała Mary. Wiedziała, że Millerowie zginęli całą rodziną: ona, on, teściowa i troje dzieci. Zabiła ich nawałnica.

Zgodnie z przepisami wszyscy powinni zostać pochowani kilka godzin po kataklizmie, ale mieszkająca w Hiszpanii matka pani Miller na wieść o tragedii dostała zawału i ze szpitalnego łoża zażądała, by nie chowano córki, póki nie będzie mogła osobiście jej pożegnać. A teraz dostarczyli Mary trupa, który był zamrożony przez sześć miesięcy, przynieśli zdjęcie i chcieli, żeby dokonała cudu. Suszarką do włosów usunęła resztę proszku, wypróbowała kilka pigmentów, nabrała do miseczki oleistej mieszanki w kolorze skóry i zaczęła ją nakładać na twarz pani Miller. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, rozprowadzając miksturę gąbką i pędzelkiem w sposób bardzo podobny do tego, jaki stosuje się przy robieniu makijażu. Palcami wymodelowała policzki. Rozprowadzając pastę na podbródku, wymacała coś twardego pod skórą. Pewnie ułamany ząb. Częste zjawisko. Westchnęła zniecierpliwiona, odkładając na stół miseczkę i pędzelek. Znalazła szczypczyki i poświeciła latarką w głąb jamy ustnej, lecz ku jej zdziwieniu szczęka wydawała się nienaruszona. Wróciła do pracy nad żuchwą. Coś ewidentnie tam tkwiło – czuła w palcach luźny element. Delikatnie popychała go wzdłuż linii zębów, pilnując, by nie utknął w gardle pani Miller. Z najwyższą ostrożnością wsunęła do ust denatki szczypczyki, odnalazła tajemniczy odprysk i schwyciła mocno, po czym pomagając sobie palcami przez skórę, wyciągnęła go na światło.

Nie pierwszy raz w życiu Mary Ward widziała pocisk rewolwerowy, ale – a niech to licho! – nigdy by nie odgadła, że właśnie tym okaże się odłamek, który utkwił w ustach pani Miller.

5 / Bezczelna

Akademia FBI, Quantico, Wirginia Czwartek, 25 sierpnia 2005 roku

Amaia podążała za Emersonem przez labirynt korytarzy siedziby FBI. Zamienili zaledwie kilka słów i choć agent wywiązywał się ze swojej roli, wiedziała już, że nic się od niego nie dowie. Kroczył metr przed nią, nie oglądając się. Ich wzajemne stosunki wydawały się nie do naprawienia po tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia; odpuściła więc sobie jakiekolwiek pytania i skoncentrowała się na zapamiętaniu skomplikowanej trasy, podejrzewając, że przewodnik celowo krąży, by zupełnie się pogubiła. Kiedy dotarli do końca wąskiego korytarza i zjechali windą na poziom minus jeden, była już tego niemal pewna. Drzwi windy otwarły się na obszerną oszkloną salę podzieloną niskimi przegródkami na boksy, w których pracowali liczni agenci. Emerson zatrzymał się przy jednym z wielu wejść i wskazał Amai dwa wąskie krzesła pod ścianą. Leciutko zapukał knykciami w drzwi i wszedł do pomieszczenia, zostawiając ją na korytarzu. Gdy tak siedziała, zauważyła, że niektórzy z agentów przy biurkach spoglądają na nią z zaciekawieniem. Nie uszło jej uwagi, że jeden z nich zerka na coś nad jej głową. Uniosła wzrok i zobaczyła mrugające czerwone światło kamery. Wciągnęła powietrze i westchnęła głęboko. Była obserwowana.

Emerson wszedł do biura, pozdrowił pracujących i usiadł dyskretnie pod ścianą. Nie dziwiła go obecność Dupreego, Tucker czy Johnsona, ale zaskoczył widok dwóch mężczyzn, którzy podobnie jak Dupree obserwowali na ekranie siedzącą na korytarzu kobietę. Agentka Salazar była młodą kobietą o pełnych kształtach, z długimi, spiętymi w kucyk blond włosami, małymi kolczykami, wyglansowanymi butami i dobrze widoczną odznaką. Trzymała się prosto i chodziła z podniesioną głową. Dupree oczywiście zauważył, że rzuciła okiem na kamerę. Wiedziała, że ją obserwują, i nie wydawała się tym zakłopotana. Po prostu spokojnie skonstatowała fakt.

Stojący przy jednym z biurek agent Johnson otworzył folder i zaczął czytać poważnym, spokojnym i pouczającym tonem wykładowcy uniwersyteckiego, choć wyglądem bardziej przypominał poczciwego wiktoriańskiego lekarza, do czego niewątpliwie przyczyniały się elegancko przystrzyżone, przedwcześnie posiwiałe wąsy i broda. Odkąd trzydzieści lat wcześniej wstąpił do akademii, nie przybrał na wadze ani grama, a może nawet zgubił parę kilo. Chełpił się, że wciąż mógłby nosić garnitury z młodości, a niektórzy uważali wręcz, że je nosi, sądząc po tym, jak wszystko na nim wisiało.

– Amaia Salazar, lat dwadzieścia pięć. Na Katolickim Uniwersytecie Loyoli w Bostonie studiowała prawo i nauki społeczno-behawioralne ze specjalizacją z komunikacji niewerbalnej i kryminologii i uzyskała najlepszy wynik na roku. Po powrocie do ojczyzny kontynuowała studia uniwersyteckie, a gdy je ukończyła, wstąpiła do policji.

Jeden z mężczyzn towarzyszących Dupreemu przed ekranem bez większego entuzjazmu skinął głową. Był to Jim Wilson, dyrektor Narodowego Centrum Informacji Kryminalnych i jeden z inicjatorów jego powstania. Jego archiwa zawierały dane dotyczące nie tylko zabójstw, gwałtów i napadów z bronią w ręku, ale i naruszeń warunków probacji, a także gangsterów, terrorystów, zaginięć, kradzieży tożsamości… Agencje wywiadowcze z całego świata zasilały bazę danymi na temat historii kryminalnej tysięcy przestępców, dzięki czemu liczyła już około piętnastu milionów haseł. Drugim z mężczyzn był Michael Verdon, dyrektor Wydziału Badań Kryminalnych. Wszyscy wiedzieli, że od lat przyjaźni się z Wilsonem. Obaj dobiegali sześćdziesiątki, ukończyli akademię FBI w tym samym roku i mieli takie same trudności z czesaniem rzednących włosów, spod których przeświecały gołe łepetyny. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Michael Verdon był dobrze zbudowany, ogorzały niczym marynarz i przechodził wszystkie fizyczne testy z równą łatwością jak kadeci. Wilson mógł uchodzić za kogoś w dobrej formie… pod warunkiem że obrócił się do ciebie tyłem. Tylko wtedy dało się ukryć okrągły brzuch przypominający co najmniej sześciomiesięczną ciążę. Wilson i Verdon byli twórcami opisowego indeksu identyfikacji, pionierskiego programu z lat osiemdziesiątych, który poprzez wyszukiwanie analogii i wskazywanie podejrzanych pozwalał na porównywanie charakterystycznych cech danego zabójstwa ze skłonnościami zabójców już znanych i opisanych. W tamtych czasach baza zawierała jedynie odciski palców osób, które były już kiedyś aresztowane, a oprócz nich listę współosadzonych i możliwych wspólników. W porównaniu z dzisiejszymi technikami indeks opisowy był dinozaurem, ale stanowił fundament baz używanych współcześnie na całym świecie. Wilson zlustrował wzrokiem własny egzemplarz raportu Amai Salazar i mógł tylko przytaknąć, gdy Verdon zadał pytanie, o którym wszyscy myśleli.

– Dlaczego jej nie zatrudniliśmy, gdy jeszcze studiowała? Niektórzy z naszych najlepszych agentów są po Loyoli.

Johnson pokiwał głową.

– Szef miał ją na oku. – Wskazał brodą Dupreego, który z uwagą obserwował kobietę na ekranie. – I próbował. Wszystko pasowało. Niekarana, uczyła się w Stanach od dwunastego roku życia, zawsze w najlepszych szkołach z internatem. Miała kilka przelotnych związków z bezproblemowymi amerykańskimi kolegami. Wszystkie zakończyły się bez komplikacji. Żadnych narkotyków, broni, skandali. Rektor Uniwersytetu Loyoli osobiście ją nam polecał. Na koniec studiów Salazar napisała błyskotliwą pracę o – przekartkował folder w poszukiwaniu dokładnego tytułu – „Profesjonalnej komunikacji niewerbalnej skierowanej do młodocianych zagrożonych wykluczeniem społecznym”, ale kiedy się do niej zwróciliśmy, odpowiedziała, że zamierza wrócić do Europy.

– Do Hiszpanii – uściślił Dupree, który do tej pory nie odzywał się słowem.

– Właśnie. Do Pampeluny na północy Hiszpanii – przytaknął Johnson. – Choć bez trudu dostałaby się do najważniejszych formacji policyjnych w kraju, wybrała malutką policję regionalną z Nawarry.

– A teraz znów tu jest – dodał w zamyśleniu Verdon, nie zwracając się do nikogo konkretnego, po czym oddalił się od szefa i usiadł na krześle przy drzwiach.

– Cóż – mruknął z uśmiechem Johnson – prawda jest taka, że ani na chwilę nie straciliśmy jej z oczu. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami błyskawicznie pnie się po szczeblach kariery. Jest najmłodszą podinspektorką w swoim kraju, a powinna być jeszcze wyżej, ma nieposzlakowaną opinię i…

– I nie wiedzą, co z nią zrobić – dokończyła Tucker, niechętnie odkładając na stół swoją kopię raportu. – Dobra robota nigdy nie uchodzi bezkarnie, zwłaszcza jeśli to robota kobiety – dodała z udawaną rezygnacją.

Johnson uniósł brwi. Tucker nigdy nie przepuszczała okazji, by dorzucić swój kamyczek do walki z seksizmem. Podejrzewał, że doznała w życiu niejednej zniewagi – a to ze względu na płeć, a to na rasę – ale zarazem była karierowiczką pierwsza klasa, zamierzała zdetronizować samego Dupreego i w drodze do tego celu bezpardonowo niszczyła i mężczyzn, i kobiety. W ciągu ostatnich dwóch lat pobyła się trojga kryminologów, których przydzielono jej do pomocy – mężczyzny i dwóch kobiet. Obecność Emersona u swego boku znosiła tylko dlatego, że był zawodowym wazeliniarzem i że, trzeba przyznać, z wielkim znawstwem wybierał obiekty swoich pochlebstw.

Teraz wzruszył ramionami.

– Trzeba zauważyć, że wskaźnik przestępczości na tamtym obszarze jest bardzo niski. Podejrzewam, że w swojej pracy nie widziała do tej pory trupa, nie licząc samobójców i ofiar przemocy domowej. Pewnie trochę zardzewiała.

Dupree spojrzał na Emersona tak, jakby sama jego obecność w tym miejscu niepomiernie go dziwiła. Agent od razu zrozumiał, że jego słowa nie zostały dobrze przyjęte. Ale to nie szef mu odpowiedział – zrobiła to Tucker.

– Myli się pan. W pojedynkę rozwiązała sprawę kolekcjonera, najgorszego i najbardziej nieuchwytnego typu zbrodniarza. Uwolniła ostatnią z porwanych kobiet i dowiodła, że ten sam mężczyzna uprowadził wcześniej dwie inne, które następnie zamordował.

Emerson nerwowo poruszał żuchwą w przód i w tył, zgrzytając zębami.

– Dlaczego policjantka z takim wykształceniem w ogóle chciała tam wracać? – zapytał Verdon. – Po cholerę wyjechała do Hiszpanii?

– Żeby czekać – podsunął Dupree.

– Czekać? Na co?

Zamiast odpowiedzieć, szef uśmiechnął się nieznacznie i opuściwszy wzrok, dalej obserwował na ekranie młodą kobietę.

Głos zabrał ponownie Johnson.

– Wysyłając zaproszenia do europejskich policji, zawsze pozostawiamy w gestii tamtejszych przełożonych wybór konkretnych kandydatów. W przypadku podinspektorki Salazar wystosowaliśmy zaproszenie imienne. Jak tylko je dostali – uśmiechnął się szeroko – zapakowali ją i wysłali nam priorytetem.

– Ich głupota jest naszym błogosławieństwem – stwierdził Dupree.

Dyrektor Wilson, do tej pory w milczeniu przysłuchujący się rozmowie, ruszył w kierunku bocznych drzwi wiodących do sąsiedniego boksu. Z dłonią na klamce obrócił się w stronę superagenta.

– Moje zdanie znasz. Już raz dała nam kosza, a błyskotliwość nie usprawiedliwia bezczelności. Jeśli dostarczy nam argumentów na to – bladym palcem wskazał kolorowe zakładki wystające z leżącego na stole foldera – i potwierdzi opinię, że nie jest bezczelna, tylko genialna, poprę każdą twoją decyzję.

– Dzięki, Jim – odparł Dupree.

– Nie dziękuj mi, póki dziewczyna sensownie tego nie wyjaśni. Będę się przysłuchiwał rozmowie z własnego biura.

Dupree skinął głową i odczekał, aż za Wilsonem zamkną się drzwi.

– Agencie Johnson, proszę ją zawołać.

Siedziała na samotnym krześle naprzeciw Dupreego, kątem lewego oka widząc Johnsona i Tucker, prawego zaś – Emersona. Jedynie mężczyzna przy drzwiach, którego nazwiska nie znała, bo ich sobie nie przedstawiono, pozostawał poza zasięgiem jej wzroku. Dupree nie podał jej ręki ani nie zniżył się do powitania. Przeglądał leżący na stole wydruk, który natychmiast rozpoznała dzięki wystającym z niego tu i ówdzie kolorowym karteczkom. Odezwał się tak nagle, że aż podskoczyła.

– Wczoraj dostali państwo od agentki Tucker dokumentację rzeczywistego śledztwa, na podstawie której należało opracować trzy profile: behawioralny, geograficzny i wiktymologiczny. – Wskazał zegar za swoimi plecami. Była za kwadrans dziesiąta. – I choć instruktorka dała państwu czas do południa dnia dzisiejszego, pani przyniosła pracę jako pierwsza, po zaledwie trzech godzinach od zajęć. – Uniósł wzrok znad raportu. – Moglibyśmy mówić o rekordzie, gdyby nie fakt, że oddała nam pani praktycznie ten sam materiał, który od nas dostała, wzbogacony o pół tuzina kolorowych zakładek i tyleż lakonicznych notatek.

– Jeśli mogę… – zaczęła Amaia.

Dupree przerwał jej uniesieniem ręki.

– Pierwsza notatka głosi: „Brak danych o trzeciej sprawie”. – Obrzucił ją badawczym spojrzeniem. – Skąd pomysł, że jest jakaś trzecia sprawa?

Przełknęła ślinę.

– Zasugerowała to podczas prezentacji agentka Tucker.

Agent specjalny pytająco uniósł brwi, a Tucker na dźwięk swego nazwiska wyprostowała się jak struna.

– W pewnym momencie, mając na myśli mordercę, powiedziała: „Zważywszy na rozległą przestrzeń, na jakiej się porusza”. Cóż, dla Greka czy Włocha cztery godziny jazdy samochodem dzielące Teksas od Oklahomy mogłyby uchodzić za rozległą przestrzeń, ale dla Amerykanina raczej nie. Słowa agentki Tucker dawały więc do zrozumienia, że toczy się jeszcze jedno śledztwo, do którego nas nie dopuszczono.

– Czyż nie informowano państwa, że otrzymają dostęp do wszystkich danych, jakimi dysponujemy? – zapytał Dupree.

– Wydaje się oczywiste, że FBI nie ujawniłoby wszystkich szczegółów toczącego się śledztwa jedynie w celach ćwiczebnych – stwierdziła rzeczowo Amaia.

Agentka Tucker zrobiła krok do przodu, by przesłuchiwana mogła spojrzeć jej w twarz.

– Przy założeniu, że otrzymali państwo pełne dossier, przekazany materiał całkowicie wystarcza do realizacji zadania.

Lekko sceptyczna mina Amai nie uszła uwagi Dupreego.

– Ale pani nie wychodzi z takiego założenia. – Agent zachęcił ją, by kontynuowała.

– Wychodzę z założenia, że wszystko wskazuje na istnienie jeszcze jednej sprawy. Przynajmniej jednej.

Odchylił się w fotelu i przez kilka sekund, które Amai zdawały się wiecznością, przyglądał się jej.

– Prawdą jest, że nie byłoby śledztwa, gdyby nie zeznania chłopca uwięzionego pod szczątkami kurnika Jonesów. Nawet jeśli nie rozumie różnicy między kompozytorem a dyrygentem, opisał nam model działania sprawcy i wzbudził w nas podejrzenie, że tamto zabójstwo nie było pierwszym. Jeden z naszych agentów skojarzył niespotykane podobieństwo scenerii, więc postaraliśmy się o zgodę na ekshumację Masonów, którzy zginęli na swoim ranczu miesiąc wcześniej. Wówczas odkryliśmy coś, czego nie zdradziliśmy państwu w ramach ćwiczenia. Nie wiem, czy dysponuje pani wiedzą na temat procesu balsamowania zwłok. Szybkie upuszczenie krwi i zastąpienie jej płynem konserwującym w pierwszej fazie może uniemożliwić wykrycie pewnych śladów, lecz z czasem zasinienia stają się doskonale widoczne w świetle ultrafioletowym. Wszystkie zbadane ciała, w tym ciało ojca, nosiły ślady po więzach.

Amaia nie miała odwagi się poruszyć. Dupree pochylił się nad jej raportem i przewracał kartki.

– W drugiej notatce – rzekł, unosząc do oczu karteczkę przyklejoną do palca wskazującego – pisze pani: „Ratuje ich przed unicestwieniem”, „On jest ich zbawcą”, „Przychodzi, kiedy najbardziej go potrzebują”.

Wzięła głęboki, głośny, nerwowy oddech.

– Dzięki świadkowi… – Jej głos był ochrypły i zdławiony niczym głos zdyszanej po biegu dziewczynki. Odchrząknęła i znów przełknęła ślinę. – Dzięki świadkowi wiemy, że morderca przybywa do domu po kataklizmie. Zjawia się na miejscu przed ratownikami, policją czy strażą pożarną. Rodzina przeżyła, lecz targają nią silne emocje wywołane odkryciem, że straciła dorobek życia. Nieznajomy pozuje na kogoś, kto przybywa z pomocą; kogoś, kto niesie im wybawienie, a może i zbawienie. Tylko to wyjaśnia, dlaczego rodzina złożona z trojga dorosłych i trojga nastolatków nie potrafi się obronić przed jednym człowiekiem. Który prawdopodobnie przybywa na miejsce nieuzbrojony, bo w obu przypadkach do popełnienia zbrodni użył broni ojca rodziny. Musi być przystępny, miły i wzbudzać takie zaufanie, że jesteśmy gotowi oddać mu własny rewolwer.

– Nie powiedziała pani nic odkrywczego – wtrącił Emerson. – Wystarczy przeczytać sprawozdanie ze śledztwa, by wiedzieć, że bierzemy pod uwagę przynależność sprawcy do służb ratunkowych. Według świadka Kompozytor miał walizeczkę i odznakę, co może wskazywać na strażaka lub ratownika…

Dupree wskazał kolejną karteczkę przyklejoną do raportu.

– W trzeciej notatce, w odniesieniu do sposobu ułożenia ciał, nie wiedząc, że ofiary zostały związane ani że leżały z głowami skierowanymi ku północy, napisała pani: „Po zabiciu z wielką troską układa ciała. To element jego misji, który wymaga ukrywania zbrodni i wymykania się schwytaniu. Nie chodzi mu o to, by pozostawać w cieniu, lecz by przydać martwym godności”.

Prawie z każdym czytanym przez niego słowem Emerson kręcił głową, jakby chciał je zanegować. Na głos zrobił to jednak ktoś inny. Spokojnym, mentorskim i uczonym tonem, niczym profesor pouczający studenta, agent Johnson oznajmił:

– Ta opinia do mnie nie przemawia. Człowiek, którego szukamy, jest skryty i chce pozostać w cieniu, by dalej spokojnie polować. Uważamy, że zacieranie śladów zbrodni nie ma nic wspólnego z ofiarami. Zabójca robi to dla siebie, by pozostawać niezauważony. Udało mu się w przypadku Masonów, a gdyby nie świadek, podobnie byłoby z Jonesami.

Dupree podniósł wzrok znad raportu i podbródkiem dał znak Amai, by odparła atak.

– W tym przypadku ukrywanie sposobu, w jaki zginęli, moim zdaniem służy czemu innemu. Sądzę, że sam morderca uważa swój czyn za niegodny, więc w przewrotny sposób próbuje nadać mu jakiś sens, a śmierć ofiar uwznioślić. By uniknąć ich ośmieszenia czy zawstydzenia, udaje, że tragedia była wynikiem przypadku, woli bożej, albo nawet uważa, że sam dokańcza to, czego nie dokończył zesłany przez Boga kataklizm. Całkiem sporo osób wciąż wierzy, że klęski żywiołowe to kara boska i sposób, w jaki Stwórca pokazuje człowiekowi jego kruchość wobec potęgi wszechświata oraz swoją władzę nad nim. Moim zdaniem za faktem, że morderca zabija w następstwie katastrof naturalnych, nie stoi wyłącznie chęć ukrycia własnych zbrodni, ale też pragnienie powiązania ich z gniewem bożym.

Tucker i Johnson wymienili spojrzenia z Dupreem. Agent specjalny wziął głęboki oddech.

– Jeszcze nie wiem, czy mogę przyznać pani rację. Na razie skupiamy się na badaniu rytualnych zachowań typu mordercy zwanego likwidatorem rodzin. Muszę jednak przyznać, że pani hipoteza jest równie oryginalna jak sposób sporządzania raportów.

Westchnęła i położyła dłoń na kolanie, by powstrzymać jego drżenie. Nie mogła dać się zbić z tropu. Wiedziała przecież, co robi, gdy decydowała się przedstawić swoje wnioski w taki sposób. Chciała zostać zauważona i teraz musiała sobie z tym poradzić.