Kształt ruin - Juan Gabriel Vásquez - ebook

Kształt ruin ebook

Juan Gabriel Vasquez

4,3

33 osoby interesują się tą książką

Opis

„Teorie spiskowe są jak bluszcz, Vásquez, czepiają się czegokolwiek, by móc się rozrastać, i rozrastają się dopóki, dopóty nie usunie się tego, co je podtrzymuje”.

W środę 9 kwietnia 2014 roku podczas włamania do muzeum Jorge Eliecera Gaitana – kolumbijskiego męża stanu zamordowanego ponad pół wieku temu – zostaje ujęty mężczyzna. Tylko Juan Gabriel Vásquez wie, kim tak naprawdę jest zatrzymany Carlos Carballo: ogarniętym obsesją człowiekiem, który nie cofnie się przed niczym. I jednym z nielicznych, którzy znają prawdę na temat nie tylko śmierci Gaitana, lecz także morderstwa sprzed stu lat, które rozpędziło błędne koło kolumbijskiej przemocy.

Vásquez na przekór władzy, pamięci i faktom, odkrywa przed czytelnikami opowieść skrywaną w mrokach historii. Polityczne zbrodnie przeplatają się z okrutnym terrorem narcos, a rzeczywiste i urojone relacje łączą się ze sobą w skomplikowanym, wielowątkowym śledztwie. Kształt ruin to porywający thriller o poszukiwaniu prawdy, która zdaniem wielu powinna pozostać ukryta.

Juan Gabriel Vásquez – kolumbijski pisarz, dziennikarz i tłumacz urodzony w 1972 roku w Bogocie. Jego książki przetłumaczono na dwadzieścia sześć języków i wydano w czterdziestu krajach. Jest laureatem licznych wyróżnień literackich, m.in. English Pen Award 2012 za Hałas spadających rzeczy, nagrody Hiszpańskiej Akademii Królewskiej za Reputacje czy Nagrody Rogera Caillois, otrzymanej wcześniej przez m.in. Mario Vargasa Llosę, za całokształt twórczości. W 2019 roku Kształt ruin znalazł się w ścisłym finale Międzynarodowej Nagrody Bookera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 629

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
zanoki

Nie oderwiesz się od lektury

Od lat nie czytałem tak dobrej powieści. Kojarzyć się może z najlepszymi powieściami Llosy, choć Vasquez mówi własnym głosem. Autor ma świetny warsztat, oko do detalu, nie komplikuje formalnie swojej opowieści. Zarazem tworzy misterną konstrukcję bez prostych odpowiedzi. Ukłony dla tłumaczki.
00

Popularność




I

Mężczyzna, który opowiadał o nieszczęśliwych datach

Kiedy widziałem go po raz ostatni, Carlos Carballo gramolił się do policyjnej furgonetki. Ręce miał skute kajdankami na plecach, głowę zatopioną w ramionach, a napis na dole ekranu informował o powodach jego aresztowania; próbował ukraść garnitur sukienny zamordowanego polityka. Był to ulotny obraz wyłowiony przypadkiem z wieczornego wydania wiadomości, pomiędzy nachalnym gadulstwem reklam a niedługo przed wiadomościami sportowymi, i pamiętam, że pomyślałem wówczas o milionach telewidzów, którzy oglądają ze mną tę scenę, ale spośród nich wszystkich tylko ja mogłem, nie kłamiąc, powiedzieć, że nie jestem zaskoczony. Wszystko rozegrało się w starym domu Jorge Eliecera Gaitana, zamienionym obecnie w muzeum, do którego co roku pielgrzymują tłumy odwiedzających, żeby chociaż przez krótką chwilę zetknąć się pośrednio z najsłynniejszą zbrodnią polityczną w kolumbijskiej historii. Ten garnitur z sukna Gaitán miał na sobie 9 kwietnia 1948 roku, gdy Juan Roa Sierra, sympatyzujący z nazizmem młody mężczyzna, który flirtował niegdyś z sektami różokrzyżowców i miał w zwyczaju rozmawiać z Dziewicą Maryją, czekał na niego przy wyjściu z kancelarii i z odległości kilku metrów oddał cztery strzały na środku uczęszczanej ulicy, w pełnym słońcu bogotańskiego południa. Kule przeszyły marynarkę i kamizelkę, a ludzie, którzy o tym wiedzą, odwiedzają muzeum tylko po to, żeby zobaczyć ciemne dziury pustki. Carlos Carballo, można by pomyśleć, był jednym z tych odwiedzających.

Wydarzyło się to w drugą środę kwietnia 2014 roku. Ponoć Carballo wszedł do muzeum około jedenastej rano, przez wiele godzin snuł się po nim jak pogrążony w religijnym transie albo przystawał przed tomami kodeksu karnego z przechyloną głową, albo oglądał film dokumentalny ukazujący płonące tramwaje i wzburzonych ludzi z maczetami, puszczany wciąż od nowa w godzinach otwarcia dla zwiedzających. Zaczekał na odejście ostatnich uczniów w mundurkach, żeby wejść na drugie piętro, gdzie w wystawionej na publiczny widok witrynie przechowywano garnitur, który miał na sobie Gaitán w dniu śmierci, i zaczął walić w grube szkło ręką uzbrojoną w kastet. Udało mu się położyć dłoń na ramieniu marynarki granatowej jak noc, ale nie miał czasu na nic więcej, bo strażnik pilnujący porządku na drugim piętrze, zaalarmowany hałasem, już celował do niego z pistoletu. Carballo zauważył wówczas, że pokaleczył się odłamkami szkła z witryny, i zaczął oblizywać sobie knykcie jak bezpański pies. Ale nie wydawał się szczególnie zmartwiony. W telewizji młoda spikerka w białej bluzce i spódniczce w szkocką kratę podsumowała to tak:

„Jakby przyłapano go na malowaniu po murach”.

Wszystkie gazety następnego dnia informowały o niedoszłej kradzieży. Ludzie dziwili się, pełni hipokryzji, że mit Gaitana budzi podobne emocje siedemdziesiąt sześć lat po jego śmierci, niektórzy nawet po raz n-ty porównali to zabójstwo z zabójstwem Kennedy’ego sprzed ponad pięćdziesięciu lat, które wciąż nie przestawało fascynować. Przypominali, jakby była potrzeba, nieprzewidziane konsekwencje morderstwa: miasto płonące od ludowych protestów, snajperzy rozmieszczeni na dachach, strzelający do wszystkich jak leci, kraj pogrążony w wojnie przez kilka kolejnych lat. Te same informacje powtarzały się wszędzie, mniej lub bardziej szczegółowo, mniej lub bardziej melodramatycznie, mniej lub bardziej okraszone obrazami, na przykład zdjęciami tłumu, który właśnie zlinczował mordercę i ciągnie jego półnagie ciało Siódmą Aleją w kierunku Pałacu Prezydenckiego, ale żadne medium nie odważyło się na spekulację, choćby nawet całkowicie pozbawioną podstaw, na temat prawdziwych powodów, które przywiodły mężczyznę niebędącego szaleńcem do próby kradzieży podziurawionego ubrania słynnej ofiary zabójstwa. Nikt nie zadał sobie tego trudu, a potem dziennikarze zaczęli powoli zapominać o Carlosie Carballu. Kolumbijczycy przytłoczeni codzienną przemocą, nad którą nie mają nawet czasu się zafrasować, pozwolili, żeby ten niegroźny w gruncie rzeczy człowiek rozpłynął się jak cień w wieczornym mroku. Nikt więcej o nim nie myślał.

To między innymi jego historię chcę opowiedzieć. Nie twierdzę, że dobrze go znałem, ale osiągnęliśmy pewien poziom zażyłości, jaki osiągają jedynie ci, którzy pragną się nawzajem oszukać. Aby zacząć swoją opowieść (jak przeczuwam, i przegadaną, i niekompletną), muszę wspomnieć o człowieku, który nas sobie przedstawił, gdyż to, co spotkało mnie później, nabierze sensu dopiero, kiedy zrelacjonuję, w jakich okolicznościach pojawił się w moim życiu Francisco Benavides. Wczoraj spacerując po centrum Bogoty – tu rozegrała się część opisywanych przeze mnie wydarzeń – i próbując upewnić się raz jeszcze, że nic mi nie umknęło podczas bolesnej rekonstrukcji, nagle zdałem sobie sprawę, że zapytuję na głos, w jaki sposób dowiedziałem się tych rzeczy, bez których być może byłoby mi lepiej; jak to się stało, że spędziłem tyle czasu, myśląc o tamtych umarłych, z nimi dzieląc życie, rozmawiając, słuchając ich lamentów i samemu lamentując, że nie mogę zrobić nic, żeby ulżyć im w cierpieniu. I ku swojemu zdumieniu stwierdziłem, że wszystko zaczęło się od pewnych słów, rzuconych lekko przez doktora Benavidesa, kiedy zapraszał mnie do swojego domu. W tamtej chwili sądziłem, że godzę się dlatego, bo nie wypada skąpić czasu osobie, która swój poświęciła mi w trudnym momencie; spodziewałem się, że wizyta będzie czystko kurtuazyjna, okaże się jedną z tak wielu życiowych błahostek. Nie mogłem wiedzieć, jak bardzo się mylę, tej nocy bowiem została wprawiona w ruch machina przerażenia, a zatrzymać ją miała dopiero ta książka; książka napisana jako próba oczyszczenia się ze zbrodni, których wprawdzie nie popełniłem, ale które odziedziczyłem.

Francisco Benavides należał do grona cieszących się najlepszą reputacją chirurgów w naszym kraju, był miłośnikiem whisky single malt i zapalonym czytelnikiem, aczkolwiek nigdy nie omieszkał zaznaczać, że bardziej interesuje go historia niż fikcja, i jeśli przeczytał którąś z moich powieści, to tylko ze względu na sentyment, jaki żywi dla swoich pacjentów. Ja, ściśle rzecz ujmując, nie byłem jego pacjentem, ale skontaktowaliśmy się po raz pierwszy właśnie z powodu moich problemów zdrowotnych. Pewnej nocy w 1996 roku, kilka tygodni po przeprowadzce do Paryża, próbowałem rozszyfrować esej Georges’a Pereca, kiedy poczułem jakieś dziwne zgrubienie pod prawą kością szczękową. Przypominała kulkę pod skórą. Przez następnych kilka dni kulka urosła, ale ja byłem tak skupiony na zmianie w moim życiu, na zgłębianiu reguł nowego miasta i próbach znalezienia w nim swojego miejsca, że nie zwracałem na to uwagi. Minęło kilka kolejnych dni, a ja miałem tak spuchniętą śliniankę, że zniekształcała mi twarz; ludzie na ulicy patrzyli na mnie współczująco, a jedna koleżanka z roku przestała odpowiadać mi na dzień dobry z obawy przed zarażeniem się jakąś nieznaną chorobą. Zaczęły się badania, cały legion paryskich lekarzy nie zdołał postawić trafnej diagnozy, jeden z nich, którego nazwiska nie chcę sobie przypomnieć, odważył się nawet zasugerować chłoniaka. Wtedy moja rodzina zwróciła się do Benavidesa, żeby zapytać, czy to możliwe. Nie był on wprawdzie specjalistą od onkologii, ale przez ostatnie lata zajmował się chorymi w stadium terminalnym, robił to po godzinach i za darmo. I chociaż niezbyt odpowiedzialne było diagnozować kogoś, kto znalazł się po drugiej stronie oceanu, szczególnie w epoce, kiedy telefony nie przesyłały zdjęć, a komputery nie miały wbudowanych kamer, to jednak Benavides nie pożałował swego czasu, wiedzy i intuicji, a jego transoceaniczne wsparcie pomogło mi tak bardzo jak ostateczna diagnoza. „Gdyby miał pan to, czego szukają”, powiedział mi przez telefon, „już dawno by to znaleźli”. Pokrętna logika tego zdania była dla mnie jak koło ratunkowe rzucone tonącemu; ten, kto się go chwyta, nie zastanawia się, czy aby nie jest dziurawe.

Po kilku tygodniach (spędziłem je zawieszony w jakimś bezczasie, rozmyślając ciągle o bardzo konkretnej możliwości, że moje życie dobiegnie końca po zaledwie dwudziestu trzech latach, a jednocześnie tak ogłuszony tym ciosem, że nie zdołałem poczuć prawdziwego strachu ani prawdziwego smutku) pewien internista – przypadkiem poznałem go w Belgii – członek Lekarzy bez Granic, świeżo po powrocie z ogarniętego koszmarem Afganistanu, rzucił okiem i rozpoznał u mnie postać gruźlicy atakującej węzły chłonne, niewystępującą już w Europie, ale wciąż spotykaną (jak mi powiedziano bez cudzysłowu, którego użyję teraz) w „trzecim świecie”. Przyjęto mnie do szpitala w Liege, zamknięto w ciemnej sali, zrobiono badanie, od którego paliła mnie krew, znieczulono mnie, otworzono prawą stronę twarzy pod kością szczękową, żeby pobrać próbkę węzła chłonnego i zostawić do hodowli; po tygodniu laboratorium potwierdziło diagnozę, którą przybyły z Afganistanu lekarz postawił bez tak kosztownych badań. Przez dziewięć miesięcy przyjmowałem trzy antybiotyki, które barwiły mój mocz na kolor jaskrawopomarańczowy; opuchnięty węzeł powoli się zmniejszał, aż pewnego ranka poczułem wilgoć na poduszce i uświadomiłem sobie, że guz pękł. Potem rysy mojej twarzy powróciły do normalności (z wyjątkiem dwóch blizn, jednej dyskretnej i tej po zabiegu chirurgicznym, bardziej rzucającej się w oczy) i w końcu mogłem zostawić ten epizod za sobą, chociaż przez wszystkie minione lata nie zdołałem zapomnieć o nim całkowicie, gdyż blizny nieustannie każą mi wracać do niego pamięcią. Poczucie wdzięczności dla doktora Benavidesa towarzyszyło mi od tamtej pory. A kiedy dziewięć lat później spotkaliśmy się po raz pierwszy, od razu przyszło mi do głowy, że nie podziękowałem mu tak, jak powinienem. Być może z tego powodu tak szybko zaakceptowałem jego pojawienie się w moim życiu.

Spotkaliśmy się przypadkiem w kawiarni kliniki Santa Fe. Moja żona leżała tu od piętnastu dni, staraliśmy się stawić czoło okolicznościom, które zmusiły nas do przedłużenia pobytu w Bogocie. Wylądowaliśmy w stolicy na początku lipca, dzień po Święcie Niepodległości, z zamiarem spędzenia europejskich letnich wakacji z rodzinami i powrotu do Barcelony odpowiednio wcześnie przed przewidzianą datą porodu. Ciąża do dwudziestego czwartego tygodnia przebiegała podręcznikowo, za co byliśmy wdzięczni każdego dnia; wiedzieliśmy bowiem, że ciąża bliźniacza z definicji przypisywana jest do kategorii wysokiego ryzyka. Ta normalność skończyła się pewnej niedzieli, kiedy po nocy dziwnych dolegliwości i bólów odwiedziliśmy doktora Ricarda Ruedę, specjalistę od leczenia niepłodności, który pomagał nam od początku. Po dokładnym badaniu USG przekazał nam wiadomość.

„Niech pan pojedzie do domu po rzeczy”, powiedział. „Pańska żona na razie tu zostaje”.

Wyjaśnił nam, co się dzieje, tonem i słowami osoby, która ogłasza wiadomość o pożarze w sali kinowej; nie może zlekceważyć powagi sytuacji, ale musi zachować umiar, żeby ludzie nie pozabijali się, uciekając w popłochu. Opowiedział szczegółowo, na czym polega niewydolność szyjki macicy, zapytał M, czy miała skurcze, a na koniec oznajmił, że konieczny będzie pilny zabieg, żeby opóźnić nieodwracalny proces, który bez naszej wiedzy już się rozpoczął. Potem dodał – lokalizując ogień, starając się zapobiec wybuchowi paniki – że musimy się pogodzić z perspektywą przedwczesnego porodu; teraz chodziło o to, żeby w tej niekorzystnej sytuacji opóźnić go jak najbardziej, od tego, ile czasu uda się zyskać, zależą szanse na przeżycie naszych córek. Jednym słowem zaczęliśmy wyścig z kalendarzem, wiedzieliśmy, że nie możemy go przegrać, bo porażki tego kalibru rujnują życie. Od tej chwili wszystkie działania miały na celu opóźnić poród. Kiedy nadszedł wrzesień, M spędziła już dwa miesiące w sali na pierwszym piętrze kliniki, miała zakaz wstawania z łóżka i codziennie poddawana była badaniom, które wystawiały na próbę naszą wytrzymałość, odwagę i nasze nerwy.

Codziennym rytuałem stały się zastrzyki z kortyzonu, mające przyspieszyć dojrzewanie płuc naszych nienarodzonych córek, pobrania krwi tak częste, że żona miała pokłute całe ręce, niekończące się USG, niekiedy nawet dwugodzinne, mające ustalić stan mózgów, kręgosłupów, dwóch serc bijących szybciutko, ale nigdy w jednym rytmie. Noce nie były spokojniejsze. Pielęgniarki wchodziły co chwilę, notowały coś na karcie pacjenta, zadawały pytania, a ciągłe niewyspanie i napięcie, w którym żyliśmy, sprawiały, że czuliśmy się nieustannie zirytowani. M zaczęła mieć skurcze, których jeszcze nie czuła; żeby je zmniejszyć (nigdy nie dowiedziałem się, czy chodziło o ich częstotliwość czy o siłę), podawano jej lek o nazwie Adalat, którego działanie uboczne polegało na uderzeniach gorąca, zmuszających mnie do otwierania na oścież okna sali i spania w lodowatym zimnie bogotańskich nocy. Czasami kiedy chłód albo ciągłe wizyty pielęgniarek skutecznie przepłaszały sen, szedłem przespacerować się po wyludnionej klinice; jeśli znajdowałem jakiś oświetlony kącik, czytałem kilka stron Lolity w wydaniu, z którego okładki patrzył na mnie Jeremy Irons, albo snułem się korytarzami pogrążonymi w półmroku – o tej porze gaszono połowę neonowych lamp – szedłem z naszej sali na oddział neonatologii, a potem do poczekalni na oddziale chirurgii jednego dnia. Podczas tych nocnych przechadzek białymi korytarzami próbowałem sobie przypomnieć ostatnie wyjaśnienia lekarzy i ustalić ryzyko, na jakie narażone byłyby dziewczynki, gdyby urodziły się w tej chwili; potem próbowałem policzyć, jak dużo przybrały na wadze w ciągu ostatnich dni i czas, w jakim osiągną minimalną wagę konieczną do przeżycia, i dziwiłem się, że mój stan ducha zależy wyłącznie od tych, pracowicie zliczanych, przybywających gramów. Nigdy jednak nie oddalałem się zbytnio od sali żony i przez cały czas miałem telefon w ręku, nie w kieszeni, żeby być pewnym, że go usłyszę. I patrzyłem na niego często: żeby sprawdzić, czy mam zasięg, że sygnał jest dobry, że córki nie urodzą się pod moją nieobecność przez brak czterech kreseczek na małym szarym firmamencie ciekłokrystalicznego wyświetlacza.

Podczas jednej z tych nocnych wycieczek natknąłem się na doktora Benavidesa, choć właściwie to on mnie rozpoznał. Mieszałem znużony moją drugą kawę z mlekiem, siedząc w głębi otwartego non stop baru, z daleka od grupy studentów robiących sobie chyba przerwę w trakcie nocnego dyżuru (na którym w moim mieście, pełnym drobniejszych i poważniejszych aktów przemocy, zawsze jest duży ruch), w czytanej książce Lolita i Humbert Humbert zaczynali swoją podróż po Stanach Zjednoczonych, z motelu do motelu, znacząc kolejne parkingi łzami i zakazaną miłością, wprawiając w ruch geografię. To on do mnie podszedł, przedstawił się skromnie i zapytał o dwie rzeczy: czy go pamiętam i jak skończyła się historia moich węzłów chłonnych. Zanim zdążyłem mu odpowiedzieć, przysiadł się z własnym kubkiem kawy, trzymał go mocno, jakby się bał, że ktoś mu go nagle wyrwie. Nie był to jeden z tych plastikowych kubków z obozu dla uchodźców, jakie dawali nam, ale solidny ceramiczny kubek pomalowany w ciemnoniebieskie wzory: logo uniwersytetu wyłaniało się nieco rozpaczliwie spod małych dłoni, spod rozczapierzonych palców.

„I co pan tu robi o tej porze?”, zapytał.

Zdałem mu lakoniczną relację: zagrożenie przedwczesnym porodem, tydzień ciąży, rokowania. Ale szybko zorientowałem się, że nie ma ochoty rozmawiać na ten temat, więc odpowiedziałem pytaniem na pytanie: „A pan?”.

„Odwiedzałem pacjenta”, odparł.

„A co dolega pańskiemu pacjentowi?”

„Trudny do zniesienia ból”, odpowiedział bez owijania w bawełnę. „Przyszedłem zobaczyć, czy mogę coś dla niego zrobić”. A potem zmienił temat, ale nie miałem wrażenia, że unika odpowiedzi. Benavides nie był osobą unikającą rozmów o bólu. „Czytałem pana książkę, tę o Niemcach” powiedział. „Kto by pomyślał, że mój pacjent wyrośnie na pisarza”.

„Kto by pomyślał”.

„A w dodatku pisze rzeczy dla staruszków”.

„Rzeczy dla staruszków?”

„O latach czterdziestych. O drugiej wojnie światowej. O dziewiątym kwietnia, o tym wszystkim”.

Mówił o książce, którą wydałem rok wcześniej. Pomysł na nią powstał w 1999 roku, kiedy poznałem Ruth de Frank, niemiecką Żydówkę, która uciekła przed piekłem nadciągającym nad Europę i znalazła się w Kolumbii w 1938 roku; była świadkiem tego, jak kolumbijski rząd, aliant aliantów, zerwał stosunki dyplomatyczne z państwami Osi i zaczął zamykać obywateli wrogich państw – propagandzistów albo sympatyków europejskich faszyzmów – w luksusowych wiejskich hotelikach zmienionych w obozy odosobnienia. Podczas trzech dni intensywnych wywiadów miałem przyjemność i przywilej wysłuchania tej kobiety obdarzonej niepospolitą pamięcią, która opowiedziała mi prawie całe swoje życie, a ja zanotowałem to na zbyt małych kartkach notesu, jedynego, jaki mogłem dostać w prowincjonalnym hoteliku, gdzie się poznaliśmy. W całym pasjonującym chaosie życia Ruth, płynącego przez siedemdziesiąt lat na dwóch kontynentach, najbardziej szokująca okazała się dla mnie jedna anegdota, chwila, kiedy jej żydowska rodzina uciekinierów – jeden z tych ironicznych zakrętów historii – stała się ofiarą prześladowań także w Kolumbii, tylko dlatego że miała n i e m i e c k i e   o b y w a t e l s t wo. To nieporozumienie (tak, wiem, „nieporozumienie” jest słowem nieodpowiednim i nazbyt frywolnym) stało się pierwszym impulsem do napisania powieści, którą zatytułowałem Los informantes, a życie i wspomnienia Ruth de Frank zmieniły się, zniekształcone, jak to zwykle w fikcji bywa, w najważniejszą postać tej powieści, coś w rodzaju moralnego kompasu tego fikcyjnego świata – Sarę Guterman.

Ale owa powieść poruszała również wiele innych kwestii. Rozgrywała się zasadniczo w latach czterdziestych i nieuniknione było, że historia albo jej bohaterowie natkną się na wydarzenia z 9 kwietnia 1948 roku. Postacie Los informantes rozmawiają o tym tragicznym dniu; ojciec narratora, wykładowca retoryki, wspomina z podziwem cudowne przemówienia Gaitana, jest również opis na dwóch krótkich stroniczkach, jak narrator udaje się do centrum Bogoty, żeby odwiedzić miejsce zbrodni, jak sam czyniłem to wielokrotnie, a Sara Guterman, towarzysząca mu tego dnia, schyla się, żeby dotknąć szyn, po których w latach czterdziestych jeździły jeszcze tramwaje. W białej ciszy nocy w szpitalnym barze, nad kubkiem kawy, doktor wyznał mi, że właśnie ta scena – starsza kobieta wychodząca na ulicę, na której Gaitán upadł postrzelony, i dotykająca torów, po których już od dawna nie jeżdżą tramwaje, jakby sprawdzała puls zranionego zwierzęcia – sprawiła, że postanowił mnie odszukać. „Bo ja też to zrobiłem”, powiedział.

„Co takiego?”

„Pojechałem do centrum. Zatrzymałem się przed tablicami. A nawet dotknąłem torów”. Zawiesił głos. Po chwili zapytał: „A pan od kiedy się tym interesuje?”

„Nie wiem”, przyznałem. „Chyba od zawsze. Jedno z moich pierwszych opowiadań było o dziewiątym kwietnia. Na szczęście nigdy go nie opublikowano. Pamiętam tylko, że pod koniec padał śnieg”.

„W Bogocie?”

„Tak, w Bogocie. Na ciało Gaitana. I na tory”.

„Rozumiem”, powiedział. „To dlatego nie lubię czytać zmyślonych historii”.

Tak zaczęliśmy rozmawiać o 9 kwietnia. Zwróciło moją uwagę, że w odniesieniu do tamtych wydarzeń Benavides nie używał słowa B o g o t a zo, górnolotnego przezwiska, jakim ochrzciliśmy tak dawno temu ów legendarny dzień. Nie, Benavides zawsze podawał datę, czasem nawet kompletną, wraz z rokiem, jakby chodziło o podanie imienia i nazwiska osoby, która zasługuje na szacunek, albo jakby używanie przydomka było niegrzecznym spoufalaniem się; w końcu trudno kumplować się z fascynującymi nas wydarzeniami z przeszłości. Zaczął sypać anegdotami, ja starałem się odpłacić mu tym samym. Opowiedział mi o inspektorach Scotland Yardu wynajętych przez rząd do nadzorowania śledztwa i o swojej krótkiej wymianie korespondencji z jednym z nich: bardzo uprzejmym mężczyzną, który z całkiem świeżym oburzeniem wspominał dni swojego pobytu w Kolumbii, kiedy to rząd domagał się codziennych raportów z postępów w śledztwie, rzucając mu jednocześnie kłody pod nogi. Ja z kolei opowiedziałem mu o swojej rozmowie z Leticią González, ciotką mojej żony, której męża Juana Roę Cervantesa goniła grupka liberałów z maczetami, gdyż pomylili go z zabójcą o tym samym imieniu i nazwisku; kiedy poznałem Roę Cervantesa osobiście, sam opowiedział mi o tych dniach zamętu, ale tym, co pamiętał najwyraźniej (i wspominając wydarzenie, z trudem powstrzymywał łzy), była kara wymierzona mu przez zwolenników Gaitana – spalili jego bibliotekę.

„No tak, niezła historia, mieć takie imię i nazwisko”, przyznał Benavides i się uśmiechnął.

Wówczas opowiedział mi o relacji Hernanda de la Esprielli, pacjenta z wybrzeża, który znalazł się w Bogocie podczas zamieszek i spędził pierwszą noc pod stosem trupów, unikając w ten sposób śmierci; ja z kolei opisałem mu swoją wizytę w domu Gaitana po tym, jak urządzono tam muzeum i wystawiono na manekinie bez głowy, w szklanej witrynie, jego granatowy jak noc garnitur z dziurami po kulach w suknie (nie pamiętałem dwiema czy trzema), żeby mogli to zobaczyć wszyscy zwiedzający. Dyżurujący studenci już sobie poszli, a my jeszcze przez piętnaście, może dwadzieścia minut siedzieliśmy w barze, wymieniając się anegdotami z zapałem chłopców zdobywających nowe karty do albumów z piłkarzami. Ale doktor Benavides musiał w pewnym momencie pomyśleć, że zakłóca mi chwilę ciszy. Takie przynajmniej miałem wrażenie; jak wszyscy lekarze przyzwyczajeni do cudzego bólu i troski wiedział, że pacjenci i ich bliscy potrzebują chwil samotności, kiedy nikt ich nie zagaduje i nie muszą z nikim rozmawiać. I wtedy się ze mną pożegnał.

„Mieszkam niedaleko”, powiedział, ściskając mi dłoń. „Kiedy będzie pan miał ochotę pogawędzić o dziewiątym kwietnia, niech pan do mnie zajrzy. Napijemy się whisky, opowiem panu kilka rzeczy. Na ten temat mogę rozmawiać bez końca”.

Przez chwilę myślałem o tym, że są w Kolumbii ludzie, dla których rozmawianie o 9 kwietnia jest jak gra w szachy czy w karty, jak dzierganie na szydełku albo zbieranie znaczków. Nie ma ich już, prawdę mówiąc, zbyt wielu; odchodzili, nie pozostawiając spadkobierców ani nie tworząc szkoły, zwyciężeni przez bezwzględną amnezję gnębiącą nieustannie ten biedny kraj. A jednak wciąż istnieją, bo zamordowanie Gaitana – adwokata wywodzącego się z klas ludowych, który dotarł na szczyty kariery politycznej, powołanego, by uwolnić Kolumbię od jej bezlitosnych elit; błyskotliwego mówcy potrafiącego przemieszać w swoich przemówieniach na pozór niemożliwe do pogodzenia wpływy Marksa i Mussoliniego – jest częścią naszej narodowej mitologii, podobnie jak zabójstwo Kennedy’ego dla mieszkańca Stanów Zjednoczonych, a dla Hiszpana zamach stanu 23 lutego. Jak wszyscy Kolumbijczycy dorastałem, słysząc a to, że Gaitana zabili konserwatyści, a to, że liberałowie, że zabili go komuniści, że zagraniczni szpiedzy, że zabiła go klasa robotnicza, bo poczuła się zdradzona, że zabiła go oligarchia, bo poczuła się zagrożona, i szybko przyjąłem do wiadomości, jak wszyscy zrozumieliśmy to z czasem, że Juan Roa Sierra był tylko zbrojnym ramieniem spisku z powodzeniem utrzymanego w tajemnicy. Może to właśnie jest przyczyną mojej obsesji na punkcie tego dnia; nigdy nie darzyłem postaci Gaitana bezkrytycznym podziwem, jaki zauważam w stosunku do niego u innych, wydaje mi się, że ma ona więcej cieni, niż jesteśmy skłonni przyznać, wiem jednak, że mój kraj byłby lepszym miejscem, gdyby nie zamordowano tego polityka, a przede wszystkim mógłbym spoglądać spokojniej w lustro, gdyby to zabójstwo tyle lat później wciąż nie pozostawało bezkarne.

Dziewiąty kwietnia jest w kolumbijskiej historii przepaścią. Ale jest też czymś więcej: samotnym czynem, który pogrążył cały kraj w krwawej wojnie, zbiorową neurozą, która sprawiła, że na ponad pół wieku przestaliśmy sobie ufać. Przez cały ten czas od chwili zbrodni, my, Kolumbijczycy, staraliśmy się – bezskutecznie – zrozumieć, co wydarzyło się w ów piątek 1948 roku. Dla wielu stało się to mniej lub bardziej poważnym hobby, pochłaniającym naszą energię. Wiem, że istnieją obywatele Stanów Zjednoczonych – sam znam takich kilku – rozmawiający przez całe życie o zabójstwie Kennedy’ego, o najdrobniejszych szczegółach, najtrudniejszych do ustalenia detalach; wiedzą oni, jakiej firmy buty miała na sobie tego dnia Jackie Kennedy, cytują z pamięci akapity raportu komisji Warrena. I są również Hiszpanie – nie znam wprawdzie wielu, ale jednego owszem i to mi wystarczy – ciągle dyskutujący nad nieudanym zamachem stanu 23 lutego 1981 roku w madryckim Kongresie Deputowanych, potrafiący z zamkniętymi oczami znaleźć ślady po strzałach na suficie sali obrad. Są tacy ludzie na całym świecie, tak sobie przynajmniej wyobrażam, odpowiadający w ten sposób na spiskowe teorie dziejów swoich krajów: zmieniają je w opowieść powtarzaną wciąż od nowa, jak powtarza się dzieciom baśnie, a także w miejsce pamięci i wyobraźni, wirtualne miejsce turystycznych wycieczek, podczas których ożywiamy na nowo nasze nostalgie albo próbujemy znaleźć coś, co nam zaginęło. Doktor, jak wydało mi się wówczas, należał do takich osób. Czy ja również się do nich zaliczałem? Benavides zapytał mnie,o d   k i e d y   s i ę   t y m   i n t e r e s u ję, ja zaś napomknąłem mu o opowiadaniu napisanym w czasach studenckich. Ale nie zdradziłem jego genezy ani nie wspomniałem o chwili, w której powstało. Nie sięgałem do tego pamięcią już od dawna i zaskoczyło mnie, że właśnie wtedy, pośród groźnej teraźniejszości, wspomnienia postanowiły powrócić.

Były to gorące dni 1991 roku. Od kwietnia 1984, kiedy to boss narkotykowy Pablo Escobar kazał zabić ministra sprawiedliwości Rodriga Larę Bonillę, wojna między kartelem z Medellín a państwem kolumbijskim zdążyła wziąć szturmem moje miasto czy też zmienić je w teren swoich manewrów. Bomby wybuchały w miejscach starannie wybieranych przez narcos tak, żeby zabić anonimowych obywateli niebędących w tej wojnie stroną (chociaż wszyscy byliśmy w tej wojnie stroną, a wiara, że jest inaczej, równała się niewinności, a może wręcz naiwności). W dwóch zamachach – żeby podać przykład – zorganizowanych przed Dniem Matki w centrach handlowych zginęło dwadzieścia jeden osób; kiedy indziej bomba podłożona na arenie walki z bykami w Medellín zabiła dwadzieścia dwie osoby. Kolejne eksplozje, kolejne krzyżyki w kalendarzu. Z upływem miesięcy zaczynaliśmy rozumieć, że nie jesteśmy wolni od zagrożenia – nikt z nas nie jest – bo każdego w każdym miejscu i o każdej porze może zaskoczyć bomba. Miejsca zamachów z jakichś atawistycznych powodów, które nie bardzo potrafiliśmy zrozumieć, odgradzano taśmami i nie było tam wstępu. Fragmenty miasta zostały nam odebrane, zamienione, każde z osobna, w memento mori z kamienia i cegieł, a jednocześnie docierało do nas nieśmiałe jeszcze poczucie, że oto nowy rodzaj losu (losu oddzielającego nas od śmierci, który wraz z losem decydującym o miłości są najważniejsze i najbardziej aroganckie) pojawił się w naszym życiu niewidoczny i przede wszystkim nieprzewidywalny jak fala uderzeniowa.

Tymczasem zacząłem studia na wydziale prawa mieszczącym się w centrum Bogoty, w starym, służącym niegdyś za więzienie dla bojowników o niepodległość, siedemnastowiecznym klasztorze, po którego schodach niejeden zszedł wprost na szubienicę; aule o grubych murach wydały zaś na świat wielu prezydentów, niemało poetów, a w niektórych niefortunnych przypadkach także poetów prezydentów. W salach wykładowych nie rozmawiano wcale o tym, co działo się poza nimi: debatowaliśmy raczej nad tym, czy grupa speleologów uwięziona w jaskini ma prawo pozjadać się nawzajem; debatowaliśmy nad tym, czy Shylock w Kupcu weneckim miał prawo żądać od Antonia funta jego ciała i czy tani kruczek prawny Porcji był rzeczywiście legalny. Na innych zajęciach (znakomitej ich części) nudziłem się w sposób niemal fizyczny, odczuwałem coś w rodzaju dygotu w klatce piersiowej, przypominającego lekki atak paniki. Podczas śmiertelnie nudnych wykładów z prawa formalnego i prawa majątkowego siadywałem w ostatnich ławkach i tam, osłaniany przez wielokolorowy mur pleców kolegów, wyjmowałem na pulpit książki Borgesa albo Vargasa Llosy, albo Flauberta, o którym czytałem u Vargasa Llosy, albo Stevensona i Kafki, wspominanych przez Borgesa. Szybko doszedłem do wniosku, że nie ma sensu chodzić na zajęcia tylko po to, żeby inscenizować tę akademicką uzurpację; zacząłem wagarować, tracić czas na grę w bilard i dyskusje o literaturze, słuchać w sali skórzanych sof Casa Silva nagrań Leona de Greiffa albo Pabla Nerudy czytających swoje wiersze albo włóczyłem się po okolicach uniwersytetu, bez żadnej ustalonej trasy ani zwyczajowych ścieżek, z placu, na którym przesiadywali pucybuci, szedłem do kawiarni na placyku z fontanną Queveda, z uczęszczanych ławek w parku Santander na ustronne i spokojniejsze w parku Palomar del Príncipe, z księgarni Centro Cultural del Libro, z ich lokalami o powierzchni metra kwadratowego i zaangażowanymi księgarzami, którzy potrafili zdobyć każdą powieść latynoamerykańskiego boomu, do Świątyni Idei, trzypiętrowej willi mieszczącej księgarnię i warsztat introligatorski; można tu było usiąść na schodach i pośród jazgotu maszyn, wdychając odurzający zapach kleju, poczytać cudze książki. Zacząłem pisać abstrakcyjne opowiadania, jak Sto lat samotności pełne poetyckich ekscesów, i inne, w których naśladowałem interpunkcję saksofonisty podpatrzoną u Cortazara w Bestiariuszu czy dajmy na to w Circe. Pod koniec drugiego roku studiów zrozumiałem coś, co wykluwało się we mnie od kilku miesięcy: że prawo mnie nie interesuje i nie jest mi do niczego potrzebne, bo moją jedyną obsesją jest czytanie fikcji, z czasem chciałem się też nauczyć ją tworzyć.

Pewnego dnia coś się wydarzyło.

Podczas zajęć z historii idei politycznych rozmawialiśmy o Hobbesie albo o Locke’u, albo o Monteskiuszu, kiedy z ulicy doszły nas echa wystrzałów. Nasza sala znajdowała się na ósmym piętrze gmachu przy Siódmej Alei, z okien mieliśmy doskonały widok na jezdnię i zachodni chodnik. Siedziałem w ostatnim rzędzie oparty plecami o ścianę i jako pierwszy podniosłem się, żeby wyjrzeć przez okno: i tam, na chodniku przed witrynami sklepu papierniczego Panamericana leżała postrzelona osoba, która wykrwawiała się na oczach gapiów. Poszukałem wzrokiem strzelca, bezskutecznie: nikt nie miał w ręku pistoletu, nikt nie biegł, żeby zniknąć za zbawiennym rogiem ulicy, nie zauważyłem też żadnych głów odwracających się w kierunku uciekającego ani ciekawskich spojrzeń, wyciągniętych w jego kierunku palców – bogotanie bowiem nauczyli się już nie wtrącać w nie swoje sprawy. Ranny był w garniturze, niczym urzędnik, nie miał jednak krawata, spod rozpiętej dzianinowej marynarki widziałem białą koszulę poplamioną krwią. Nie ruszał się. Pomyślałem: nie żyje. Wówczas przechodnie unieśli ciało na rękach, ktoś zatrzymał biały samochód dostawczy z otwartą przyczepą. Ułożyli ciało na przyczepie i jeden z tych, którzy go przenieśli, wskoczył do niej. Zastanawiałem się, czy go znał, a może rozpoznał w tamtej chwili, czy był obok, kiedy padły strzały (może to jego wspólnik mający rozeznanie w nie do końca bezpiecznych interesach), czy też powodowały nim po prostu solidarność i zaraźliwe współczucie. Nie czekając, aż światło w alei Jimeneza zmieni się na zielone, biały wóz dostawczy uciekł z korka, skręcając gwałtownie w lewo (domyśliłem się, że wiozą go do szpitala San José) i zniknął mi z oczu.

Gdy zajęcia dobiegły końca, zszedłem z ósmego piętra na dziedziniec uniwersytecki, udałem się na placyk Rosario, gdzie wznosił się pomnik założyciela miasta don Gonzala Jimeneza de Quesady, którego zbroja i miecz zachowały się na zawsze w mojej pamięci skąpane w gównie gołębi. Przespacerowałem się wąską Czternastą Ulicą, zawsze chłodną, gdyż promienie słońca docierają tu tylko wczesnym rankiem, nigdy po dziewiątej, i przeszedłem przez Siódmą Aleję na wysokości sklepu papierniczego Panamericana. Plama krwi lśniła na chodniku jak jakiś zgubiony przedmiot; przechodnie obchodzili ją, wymijali i można było nawet uwierzyć, że to krew zranionego w wypadku człowieka i że okoliczni mieszkańcy, oglądając ją od niepamiętnych czasów, przyzwyczaili się do niej, nauczyli, jak w nią nie wdepnąć. Plama była wielkości otwartej dłoni. Podszedłem tak blisko, że miałem ją między stopami, jakbym chciał ją uchronić przed rozdeptaniem, i wówczas sam właśnie to zrobiłem: wdepnąłem w nią.

Zrobiłem to ostrożnie, zaledwie czubkiem mojego buta, jak wkłada się palce do wody, żeby sprawdzić jej temperaturę. Zepsułem czysty, dobrze zaznaczony obrys plamy. Musiałem wtedy poczuć nagły przypływ wstydu, gdyż uniosłem głowę, żeby zobaczyć, czy nikt mnie nie obserwuje i po cichu nie potępia mojego zachowania (które miało w sobie coś z braku szacunku, a nawet profanacji), i oddaliłem się stamtąd, próbując nie wykonywać ruchów zwracających czyjąkolwiek uwagę. Kilka kroków dalej znajdowały się marmurowe płyty upamiętniające Jorge Eliecera Gaitana. Przystanąłem, żeby je przeczytać, a raczej udawałem, że je czytam, potem przeciąłem Siódmą Aleję, idąc chodnikiem alei Jimeneza, skręciłem za róg, wszedłem do Café Pasaje, zamówiłem kieliszek czerwonego wina i użyłem serwetki, żeby oczyścić czubek buta. Mógłbym zostawić tam serwetkę, na stoliku kawiarni, pod porcelanowym spodeczkiem, ale wolałem zabrać ją ze sobą, uważając, żeby nie dotknąć gołą ręką krwi tego człowieka. Wyrzuciłem serwetkę do pierwszego napotkanego kosza na śmieci. Nikomu o tym nie opowiedziałem, ani tego dnia, ani później.

Następnego ranka wróciłem na ten sam chodnik. Plamy już nie było, został po niej zaledwie słabo widoczny ślad na szarym betonie. Zastanawiałem się, co mogło się stać z rannym mężczyzną, czy przeżył wypadek, czy wraca do zdrowia w towarzystwie żony i dzieci, czy też umarł i teraz w jakimś zakątku tego rozjuszonego miasta dobiega właśnie końca czuwanie przy nim. Podobnie jak poprzedniego dnia, poszedłem kilka kroków w stronę alei Jimeneza, zatrzymałem się przy marmurowych tablicach, ale tym razem przeczytałem od początku do końca wszystkie napisy na każdej z nich i uświadomiłem sobie, że nigdy wcześniej tego nie zrobiłem. Gaitán, człowiek, o którym w mojej rodzinie rozmawiało się, odkąd sięgam pamięcią, wciąż był niemal obcą mi osobą, niewyraźną postacią przechadzającą się po moich mglistych wyobrażeniach o historii Kolumbii. Tego samego dnia zaczekałem na profesora Francisca Herrerę, aż skończy swoje lekcje retoryki, i zapytałem, czy mogę zaprosić go na piwo, żeby opowiedział mi o 9 kwietnia.

„Lepiej na kawę z mlekiem”, odparł. „Wracam potem do domu, nie chcę śmierdzieć piwem”.

Francisco Herrera – dla przyjaciół Pacho – był szczupłym mężczyzną w dużych okularach w czarnych plastikowych oprawkach, otoczonym sławą ekscentryka. Mówił barytonem, co nie przeszkadzało mu imitować któregokolwiek z naszych polityków. Podstawowym wykładanym przez niego przedmiotem była filozofia prawa, ale jego znajomość retoryki i talent do naśladownictwa pozwoliły mu zorganizować popołudniowe zajęcia, na których można było posłuchać wielkich przemówień z historii polityki, od mowy Antoniusza w Juliuszu Cezarze do przemówienia Martina Luthera Kinga, i rozebrać je na czynniki pierwsze. Nierzadko zajęcia były tylko prologiem; chodziliśmy z Herrerą potem do pobliskiej knajpy, gdzie zapraszaliśmy go na kieliszeczek likieru, a on w zamian prezentował nam swoje najlepsze imitacje słynnych mów, wzbudzając ciekawość, rozbawienie, a czasem prowokując sarkastyczne komentarze przy sąsiednich stolikach. Naśladowanie wystąpień Gaitana szło mu szczególnie dobrze, orli nos i zaczesane na brylantynę włosy tworzyły iluzję podobieństwa, ale najważniejsze były znajomość jego życia i dzieła, dzięki którym opublikował krótką biografię polityka w wydawnictwie uniwersyteckim; to wszystko przepełniało każde z wypowiadanych przez niego zdań takim autentyzmem, że przypominał wręcz medium podczas seansu spirytystycznego, a w jego wystąpieniach Gaitán powracał do żywych. Kiedyś mu o tym powiedziałem; gdy wygłaszał jego mowy, miało się wrażenie, że Gaitán go opętał. Uśmiechnął się jak ktoś, kto poświęcił całe życie jakiejś ekstrawagancji i nagle z niemałym zdumieniem zdał sobie sprawę, że nie stracił czasu.

W drzwiach Café Pasaje – zatrzymaliśmy się, żeby wypuścić pucybuta z drewnianą skrzynką pod pachą – zapytał mnie, o czym konkretnie chcę porozmawiać.

„Chciałbym wiedzieć, jak to dokładnie było”, odrzekłem. „Jak wyglądało zabójstwo Gaitana”.

„A, to w takim razie nawet nie będziemy siadać. Niech pan pójdzie ze mną, za róg ulicy”.

Tak też zrobiliśmy, ruszyliśmy tam bez słowa, milczeliśmy, schodząc po schodach na placyk od alei Jimeneza, dotarliśmy na róg i zaczekali chwilę, żeby móc przeciąć Siódmą Aleję. Pacho poruszał się jakby z pośpiechem, a ja starałem się dotrzymać mu kroku. Zachowywał się jak starszy brat, który wyjechał z domu, a teraz młodszego oprowadza po swoim nowym mieście. Minęliśmy marmurowe tablice, zaskoczyło mnie trochę, że Pacho nie zatrzymał się, żeby na nie spojrzeć, nawet nie pokazał mi ich wyciągniętą ręką ani skinieniem głowy. Doszliśmy do miejsca, gdzie w 1948 roku stał budynek Agustína Nieta (uświadomiłem sobie, że znaleźliśmy się tylko kilka kroków od miejsca, gdzie jeszcze wczoraj była plama krwi, dziś zostały po niej tylko niewyraźny cień i wspomnienie), i Pacho zaprowadził mnie do przeszklonych drzwi lokalu komercyjnego.

„Proszę ich dotknąć”, powiedział.

Przez chwilę nie rozumiałem, o co mu chodzi.

„Mam dotknąć drzwi?”

„Tak, niech pan ich dotknie”, nalegał, a ja posłuchałem. „Bo przez te właśnie drzwi wyszedł Gaitán dziewiątego kwietnia”, ciągnął. „Oczywiście nie są to dokładnie te same drzwi, bo budynek też nie jest ten sam, niedawno wyburzono gmach Agustína Nieta i postawiono ten na jego miejscu. Ale umówmy się, że w tej chwili, dla nas, to są właśnie drzwi, przez które wyszedł Gaitán, a pan ich dotyka. Była mniej więcej pierwsza po południu i Gaitán szedł na obiad z dwoma przyjaciółmi. Był w dobrym humorze. A wie pan, dlaczego był w dobrym humorze?”

„Nie, Pacho”, odpowiedziałem. Z budynku wyszła jakaś para, przez chwilę patrzyli na nas dziwnie. „Niech mi pan wyjaśni dlaczego”.

„Bo poprzedniego popołudnia wygrał sprawę w sądzie. Dlatego się cieszył”.

Obronę porucznika Cortesa oskarżonego o zastrzelenie dziennikarza Eudora Galarzy Ossy należałoby potraktować nie w kategorii wygranego procesu, ale uznać za cud. Gaitán wygłosił poruszającą mowę obrończą, przyznając, że porucznik zabił wprawdzie dziennikarza, ale uczynił to w sprawiedliwej obronie własnego honoru. Zbrodnia miała miejsce przed dziesięciu laty. Dziennikarz, redaktor naczelny gazety codziennej z Manizales, pozwolił na opublikowanie artykułu krytykującego znęcanie się porucznika nad swoimi żołnierzami; kiedy redaktor Galarza stanął w obronie swojego reportera, który nie zrobił nic innego, jak tylko powiedział prawdę, porucznik wyjął pistolet i oddał dwa strzały. Tak wyglądało zdarzenie. Ale Gaitán sięgnął po swój najwspanialszy retoryczny arsenał, żeby poruszyć kwestię ludzkich namiętności, honoru wojskowego, poczucia obowiązku, obronny wartości patriotycznych, proporcjonalności między zniewagą a obroną, pewnych okoliczności będących ujmą na honorze wojskowego, w przeciwieństwie do cywila, i tego, jak żołnierz, broniąc swojego honoru, broni zarazem całego społeczeństwa. Nie zaskoczyło mnie wcale, że Pacho zna na pamięć finał tej mowy. Zobaczyłem, jak niespiesznie przemienia się w Gaitana, co zdarzyło mi się obserwować wcześniej wiele razy, usłyszałem jego zmieniony głos, niebędący już niskim aksamitnym głosem Francisca Herrery, ale wyższym Gaitana, naśladował nie tylko jego barwę, lecz także głęboki oddech metronomu, starannie zaznaczone spółgłoski i podniosłe rytmy:

„Poruczniku Cortés, nie wiem, co zadecyduje ława przysięgłych, ale tłumy czekają niecierpliwie na tę decyzję! Poruczniku Cortés, nie potrzebuje pan mojej obrony. Pańskie szlachetne życie, pańskie pełne bólu życie może wyciągnąć do mnie rękę, a uścisnę ją, wiedząc, że ściskam dłoń człowieka honoru, pełnego szlachetności i dobroci!”

„Szlachetności i dobroci”, powtórzyłem.

„Paradne, prawda?” – zapytał Pacho. „Bałamutna manipulacja, ale przy tym majstersztyk. Majstersztyk w ł a ś n i e   d l a t e go, że jest bałamutną manipulacją”.

„Bałamutna, ale skuteczna”, powiedziałem.

„No właśnie”.

„Jeśli o to chodzi, Gaitán był prawdziwym czarodziejem”.

„Zgadzam się, był czarodziejem”, potwierdził Pacho. „Był obrońcą wolności, ale ocalił od więzienia zabójcę dziennikarza. I nikt nawet nie widział w tym sprzeczności. Morał: nigdy nie należy ufać wielkim mówcom”.

Tłum zgotował mu owację, a potem wyniósł Gaitana na ramionach niczym toreadora. Była pierwsza dziesięć w nocy. Gaitán, zmęczony ale zadowolony, zgodził się na obowiązkowe świętowanie, wznosił toasty ze znajomymi i obcymi i dotarł do domu o czwartej nad ranem. Pięć godzin później był już z powrotem w swojej kancelarii, uczesany i nieskazitelnie ubrany w trzyczęściowy garnitur, ciemnogranatowy, prawie czarny w cieniutkie białe prążki. Przyjął jakiegoś klienta, odebrał kilka telefonów od dziennikarzy. Około pierwszej w gabinecie zjawiło się kilku przyjaciół, chcieli mu tylko pogratulować – byli tam między innymi Pedro Eliseo Cruz, Alejandro Vallejo, Jorge Padilla. Jeden z nich, Plinio Mendoza Neira, zaprosił wszystkich obecnych na obiad, gdyż sukces poprzedniej nocy należało odpowiednio uczcić.

„Zgoda”, powiedział Gaitán, śmiejąc się głośno. „Ale ostrzegam, Pliniu, że nie jestem tani”.

„Zjechali windą, która znajdowała się mniej więcej tutaj”, wyjaśnił Pacho, wskazując na wejście do budynku (tego nowego). „Winda nie zawsze tam działała, bo czasem brakowało prądu. Tego dnia był. Tędy wyszli, niech pan spojrzy”. Spojrzałem. „Znaleźli się na ulicy. Plinio Mendoza wziął Gaitana pod ramię, o tak”. Pacho ujął mnie pod ramię i prowadził od drzwi na chodnik Siódmej Alei. Teraz musiał podnieść głos, gdyż nie osłaniała nas już ściana gmachu i przeszkadzał mu szum samochodów i gwar przechodniów. „Tam, po drugiej stronie ulicy, na kinie Faenza wisiał afisz. Wyświetlali Rzym, miasto otwarte Rosselliniego. Gaitán studiował w Rzymie i niewykluczone, że plakat przykuł jego uwagę przez proste skojarzenie faktów. Ale nigdy się tego nie dowiemy, zawsze pozostanie tajemnicą, co dzieje się w umyśle człowieka na chwilę przed śmiercią, jakie wspomnienia wracają z odmętów pamięci, jakie skojarzenia. Tak czy owak, myśląc o Rzymie czy nie, myśląc o Rossellinim czy nie, poczuł, że Plinio Mendoza odciąga go parę kroków na bok. Jakby chciał z nim przedyskutować coś poufnego. I wie pan co? Być może chciał.

«Mam dla ciebie pewną wiadomość, bardzo krótką», powiedział Mendoza.

Wtedy zobaczył, jak Gaitan staje jak wryty, potem zaczyna się cofać w kierunku budynku, zasłaniając sobie twarz dłońmi, jakby chciał się ochronić. Rozległy się – jeden po drugim – trzy strzały; po upływie sekundy padł czwarty. Gaitán runął na plecy.

«Co się stało, Jorge?», zapytał Mendoza.

Co za głupie pytanie”, stwierdził Pacho. „Ale ciekawe, czy komuś w takiej chwili przyszłoby do głowy coś oryginalniejszego”.

„Nikomu”, przyznałem.

„Mendoza dostrzegł zabójcę”, ciągnął Pacho, „i chciał się na niego rzucić. Ale ten wycelował do niego z pistoletu, więc musiał się cofnąć. Bał się, że też zostanie postrzelony, i próbował wrócić do budynku, do drzwi, żeby się schronić”.

Pacho znów wziął mnie pod ramię. Wróciliśmy pod nieistniejące drzwi gmachu Agustína Nieta. Odwróciliśmy się, spoglądając na ruch na Siódmej Alei, i Pacho podniósł rękę, żeby pokazać mi miejsce na chodniku, gdzie leżał Gaitán. Z jego głowy ciekła strużka krwi. „Tu stał Juan Roa Sierra, zabójca. Czekał na Gaitana przy wejściu do gmachu Agustína Nieta. To oczywiście tylko przypuszczenia. Po zbrodni świadkowie twierdzili, że widzieli, jak wszedł do budynku, jak jeździł windą w górę i na dół, co było zachowaniem dość podejrzanym. Zwrócili na niego uwagę. Ale nie można brać ich zeznań za pewnik, po tak ważnym wydarzeniu ludziom zaczyna się wydawać, że widzieli rzeczy podejrzane. Niektórzy twierdzili potem, że Roa miał na sobie szary garnitur w prążki, bardzo stary i zniszczony. Inni, że garnitur był w prążki, ale koloru kawy. Jeszcze inni, że nie było żadnych prążków. Trzeba wyobrazić sobie zamieszanie, krzyki świadków, ludzi biegających w kółko. Tak czy owak, Mendoza widział mordercę z miejsca, gdzie teraz stoimy. Zobaczył, jak unosi broń i znów celuje do Gaitana, jakby zamierzał go dobić. Ale według Mendozy Roa nie oddał kolejnego strzału. Inny świadek stwierdził, że owszem, strzelił, kula odbiła się rykoszetem od bruku i o mało co nie zabiła Mendozy. Tam na rogu – Pacho wskazał w kierunku alei Jimeneza – stał policjant. Mendoza zobaczył, że waha się przez chwilę, a potem wyjmuje pistolet i strzela do Roy Sierry. Roa zaczął uciekać na północ, o tam, proszę spojrzeć”.

„Patrzę”.

„Potem odwrócił się, jakby chciał przestraszyć tych, co towarzyszyli Gaitanowi, nie wiem, czy pan mnie rozumie, jakby próbował asekurować się podczas ucieczki. I wtedy rzucili się na niego przechodnie. Jedni mówią, że pobiegł za nim też policjant, ten, który miał strzelać, a może inny. Niektórzy, że policjant zaszedł go od tyłu, wówczas Roa uniósł ręce do góry i wtedy ludzie się na niego rzucili. Jeszcze inni twierdzą, że próbował przebiec na drugą stronę Siódmej Alei, kierując się na wschód. Dopadli go tutaj, na krawędzi chodnika, zanim zdążył to zrobić. Kiedy przyjaciele Gaitana zobaczyli, że zabójca został schwytany, wrócili do rannego, żeby sprawdzić, czy mogą mu jakoś pomóc. Kapelusz spadł mu z głowy i znalazł się o krok od ciała, które leżało w tej pozycji”, wyjaśnił Pacho, kreśląc w powietrzu poziome linie. „Równolegle do jezdni. Ale zamieszanie było tak wielkie, że każdy z przyjaciół opowiedział potem swoją wersję wydarzeń. Jedni, że głowa Gaitana wskazywała południe, a stopy północ, inni, że było odwrotnie. Zgadzali się co do jednego: miał otwarte, przerażająco spokojne oczy. Ktoś, chyba Vallejo, zauważył, że z ust płynie mu krew. Ktoś inny krzyknął, żeby przynieść wody. Na parterze budynku znajdował się bar El Gato Negro, wyszła z niego kelnerka ze szklanką wody. Podobno krzyczała: «Zabili nam Gaitancita». Ludzie pochylali się nad nim, chcieli go dotknąć jak świętego: jego ubrania, włosów. Wtedy nadszedł Pedro Eliseo Cruz, lekarz, przykucnął i spróbował zmierzyć mu puls.

«Żyje?», zapytał Alejandro Vallejo.

«Ty po prostu zatrzymaj taksówkę», odparł Cruz.

Ale taksówka, czarna taksówka podjechała sama, zanim ktokolwiek zdążył ją zawołać”, ciągnął Pacho. „Ludzie przepychali się, żeby móc podnieść Gaitana i włożyć go do samochodu. Zanim to się stało, Cruz podszedł i zauważył ranę w tyle głowy. Próbował jej się przyjrzeć, ale kiedy obrócił lekko głowę Gaitana, ten zwymiotował krwią. Ktoś zapytał, jak to widzi.

«Jest zgubiony», odparł Cruz.

Gaitán wydusił z siebie kilka skarg”, powiedział Pacho. „A właściwie jęków skargi”.

„Więc jeszcze żył”, zauważyłem.

„Wtedy jeszcze tak”, potwierdził Pacho. „Kelnerka z innej, znajdującej się nieopodal kawiarni El Moilino albo El Inca, przysięgała później, że słyszała, jak mówi: «Nie dajcie mi umrzeć». Ale ja w to nie wierzę. Wierzę raczej w to, co mówił Cruz, że nie było już dla Gaitana ratunku. Wtedy zjawił się człowiek z aparatem i zaczął robić mu zdjęcia”.

„Jak to, Pacho?”, zapytałem. „Więc są zdjęcia postrzelonego Gaitana?”

„Tak słyszałem, owszem. Sam ich nie widziałem, ale podobno są. Inna rzecz, czy przetrwały do dziś. Trudno sobie teraz wyobrazić, że coś tak ważnego mogłoby się zagubić, przepaść, dajmy na to, na jakimś strychu. Ale bardzo prawdopodobne, że tak właśnie się stało. Bo jeśli było inaczej, dlaczego ich nie znamy? Oczywiście możliwe również, że ktoś je zniszczył. Te dni owiane są tak wielką tajemnicą… No więc mniej więcej tak to się wszystko odbyło. Fotograf przecisnął się przez tłum, torując sobie drogę łokciami, i zaczął robić zdjęcia Gaitanowi.

Jeden ze świadków zdarzenia się oburzył: «Po co fotografować zabitego», powiedział. «Niech pan lepiej zrobi zdjęcie mordercy».

Ale fotograf tego nie zrobił”, ciągnął Pacho. „Ludzie nieśli już Gaitana do taksówki. Cruz wsiadł razem z nim, a do innej taksówki, która nadjechała zaraz po niej, wsiadła cała reszta. I ruszyli na południe, do kliniki Central. Podobno w tamtej chwili wiele osób wyjęło swoje chusteczki, pochyliło się nad miejscem, gdzie wcześniej leżało ciało, i zaczęło ścierać krew Gaitana. Ponoć później nadbiegł ktoś z kolumbijską flagą i zrobił to samo”.

„A Roa Sierra?”, – zapytałem.

„Roę Sierrę złapał policjant, pamięta pan?”

„Tak, tutaj, niedaleko budynku”.

„Prawie na rogu. Roa Sierra cofał się w kierunku alei Jimeneza, kiedy policjant zaszedł go od tyłu i przystawił mu lufę do pleców.

«Niech pan mnie nie zabija, sierżancie», poprosił Roa.

Tym sierżantem okazał się podoficer wracający ze służby (wyjął mu z ręki niklowany pistolet i wsunął go sobie do kieszeni spodni). Potem złapał go za ramię.

Nazywał się Jiménez”, powiedział Pacho. „Sierżant Jiménez patrolujący aleję Jimeneza; niekiedy wydaje mi się, że historii czasem brakuje wyobraźni. No więc sierżant prowadził Roę Sierrę, ale jakiś facet go dopadł i pobił, nie wiem, czy pięścią, czy jakąś skrzynką. Popchnął go tak, że Roa Sierra uderzył o witrynę sklepu, który znajdował się tutaj”. Pacho pokazał drzwi budynku przylegającego niegdyś do gmachu Agustína Nieta. „Nazywał się Faux, o ile dobrze pamiętam, i tu była witryna, która się rozbiła, chyba mieścił się tu sklep Kodaka, ale nie jestem tego pewien. Nie wiadomo, czy z powodu pobicia, czy zderzenia z witryną Roa zaczął krwawić z nosa.

Widząc napierających na nich ludzi, sierżant Jiménez zaczął się rozglądać za kryjówką. Szedł na południe, przy fasadzie budynku. «To on», krzyczał tłum, «to zabójca mecenasa Gaitana». Sierżant, ciągnąc za ramię Roę, skierował się ku wejściu do apteki Granada, ale podczas tej krótkiej drogi pucybuci dopadli mordercę ze swoimi ciężkimi drewnianymi skrzynkami.

Roa umierał ze strachu”, opowiadał Pacho. „Ludzie, którzy widzieli, jak strzelał, Vallejo i Mendoza, mówili później, że dostrzegli na jego twarzy przeraźliwy grymas nienawiści, nienawiści, jaką żywią fanatycy. Wszyscy twierdzili również, że w chwili, kiedy oddawał strzały, Roa zachowywał się, jakby całkowicie nad sobą panował. Ale później, kiedy otoczyli go wściekli pucybuci, kiedy sypały się na niego ciosy i myślał – tak przynajmniej sobie wyobrażam – że tłum chce go zlinczować, wtedy cały fanatyzm i panowanie nad sobą wyparowały. Został tylko strach. Zmiana była tak zaskakująca, że niektórzy świadkowie myśleli, że było dwóch zabójców: fanatyk i tchórz.

Morderca Gaitana był blady. Miał oliwkową skórę i wyraziste rysy twarzy, długie włosy, dawno nieobcinane, kilkudniowy zarost pokrywający jego twarz cienistymi plamami. Wszystko to upodabniało go do bezpańskiego psa. Inni świadkowie twierdzili, że wyglądał jak mechanik albo rzemieślnik, jeden z nich upierał się nawet, że widział plamę oleju na rękawie garnituru. «Zlinczować zabójcę!», krzyknął ktoś. Z nosem złamanym od jednego z ciosów Roa dał się wepchnąć do apteki Granada. Pascal del Vecchio, przyjaciel Gaitana, poprosił, żeby ukryć zabójcę, bo inaczej tłum go zlinczuje. Wepchnęli tam Roę, który wydawał się pogodzony z losem i nie stawiał oporu, zobaczyli, jak przycupnął w kącie, żeby nie być widzianym z ulicy. Ktoś opuścił metalowe żaluzje. Jeden z pracowników apteki podszedł do niego.

«Czemu zabiłeś doktora Gaitana?», zapytał.

«Ach, proszę pana», odparł Roa, «to potężne sprawy, nie mogę mówić».

Próbowali rozwalić żaluzję”, ciągnął Pacho. „Właściciel przestraszył się, że zdemolują mu lokal, i sam otworzył.

«Ludzie pana zabiją», nalegał pracownik. «Niech pan mi powie, kto panu kazał».

«Nie mogę», odparł Roa.

Roa próbował schować się za kontuarem, ale złapali go, zanim zdołał przez niego przeskoczyć”, tłumaczył Pacho. „Dopadli go pucybuci i wywlekli na ulicę. Ale jeszcze zanim to się stało, ktoś znalazł wózek transportowy, wie pan, taki do przewożenia towarów. Więc ktoś chwycił ten wózek i rzucił go na Roę. Ja zawsze sądziłem, że już w tym momencie Roa stracił przytomność. Na chodniku bili go nadal: pięściami, skrzynkami, kopali go w krocze. Podobno nawet ktoś kilka razy wbił w niego pióro. Zaczęli go ciągnąć na południe, do Pałacu Prezydenckiego. Jest zdjęcie, to słynne zdjęcie, które zrobił ktoś z górnego piętra, kiedy ciżba była trochę dalej, mniej więcej na placu Bolivara. Widać na nim ludzi wlokących Roę, i widać Roę, a raczej jego martwe ciało. Kiedy go wlekli, spadły z niego ubrania i został prawie nagi. To jedna z najbardziej makabrycznych fotografii z tego makabrycznego dnia. Roa już na niej nie żyje, co oznacza, że zmarł w jakimś punkcie trasy prowadzącej od apteki Granada. Czasem myślę o tym, że Roa skonał w tym samym momencie co Gaitán. Wie pan, o której dokładnie godzinie zmarł Gaitán? O pierwszej pięćdziesiąt pięć. Za pięć druga. To niewykluczone, że umarł w tej samej chwili, co jego zabójca, prawda? Nie wiem, dlaczego to ważne, a raczej wiem, że to nieważne, ale czasami o tym myślę. Stąd powlekli Roę Sierrę. Tu znajdowała się apteka Granada i stąd go zabrali. Być może, kiedy znajdował się w miejscu, gdzie teraz stoimy, już nie żył. Może umarł później. Nie wiemy i nigdy się tego nie dowiemy”.

Pacho zamilkł. Otworzył dłoń, spojrzał w niebo.

„Cholera, zaczyna kropić”, powiedział. „Chce pan wiedzieć coś jeszcze?”

Znaleźliśmy się kilka kroków od miejsca, gdzie postrzelono nie tak dawno anonimowego mężczyznę. Zastanawiałem się, czy Pacho wiedział o strzelaninie, ale potem wydało mi się to informacją nieznaczącą, pustą, a pytanie o to wręcz brakiem szacunku dla człowieka, który tak hojnie podzielił się ze mną swoją wiedzą. Pomyślałem, że to byli bardzo różni zmarli, Gaitán i ten anonimowy mężczyzna, w dodatku ich śmierć dzieliło wiele lat, a jednak ich dwie plamy krwi, ta, którą zebrali ludzie swoimi chusteczkami w 1948 roku, i ta, która poplamiła czubek mojego buta w roku 1991, w gruncie rzeczy nie różniły się tak bardzo. Nie łączyło ich nic poza moją chorobliwą fascynacją, ale to wystarczyło, gdyż ta chorobliwa fascynacja była równie silna jak płynąca mi prosto z serca niezgoda na to miasto tamtych lat, miasto mordercę, miasto cmentarz, miasto, w którym każdy róg ma swoich poległych. To właśnie odkryłem w sobie, nie bez przerażenia; owo mroczne zaciekawienie umarłymi krążącymi po ulicach Bogoty, tymi zabitymi teraz i tymi zabitymi kiedyś. Mieszkałem w rozjuszonym mieście, odwiedzałem miejsca pewnych zbrodni właśnie dlatego, że mnie przerażały, śledziłem duchy zmarłych gwałtowną śmiercią właśnie dlatego, że bałem się, iż sam padnę jej ofiarą. Niełatwo było to wyjaśnić, nawet takiemu człowiekowi jak Pacho Herrera.

„Nie, to już wszystko”, powiedziałem. „Bardzo panu dziękuję”.

I patrzyłem za nim, póki nie zniknął w tłumie.

Tej nocy wróciłem do domu i ciurkiem napisałem siedem stron opowiadania, w którym relacjonowałem, a może starałem się zrelacjonować to, co usłyszałem od Pacha Herrery, gdy spacerowaliśmy Siódmą Aleją, tym samym chodnikiem, na którym historia mojego kraju doznała potężnego wstrząsu. Nie sądzę, żebym wtedy był świadom, jak bardzo opowieść Pacha zawładnęła moją wyobraźnią, nie zdawałem sobie również sprawy, że w ciągu ostatnich trzydziestu czterech lat to samo przydarzyło się tysiącom Kolumbijczyków. Opowiadanie nie było dobre, ale było moje; nie zostało napisane głosem zapożyczonym od Garcíi Marqueza ani Cortazara, ani Borgesa, jak wiele innych tekstów, które popełniłem lub miałem popełnić w tym czasie, lecz zachowywało w swoim tonie i spojrzeniu coś, co po raz pierwszy wydało mi się moje własne. Pokazałem je Pachowi – jak młodzieniec, który szuka aprobaty kogoś bardziej doświadczonego – i od tamtej pory zacząłem z nim nową relację, zupełnie inną, bardziej poufałą, opartą na koleżeństwie, a nie na autorytecie. Kilka dni później zapytał, czy chcę odwiedzić z nim dom Gaitana.

„Dom Gaitana?”

„Dom, w którym mieszkał, kiedy go zabito”, wyjaśnił Pacho. „Teraz oczywiście mieści się w nim muzeum”.

Zjawiliśmy się więc pewnego słonecznego popołudnia w tym dużym dwupiętrowym gmachu, do którego od tamtej pory nie wróciłem, otoczonym zielenią (pamiętam niewielki trawnik i drzewo), zamieszkanym nieustannie przez ducha Gaitana. Na dole znajdował się stary telewizor, na którym wyświetlano w kółko dokument poświęcony jego życiu, dalej były głośniki wypluwające nagrania z jego przemówień, na górze zaś, u szczytu szerokich schodów, witryna, w której wystawiano garnitur granatowy jak noc. Obszedłem witrynę, szukając w tkaninie śladów po kulach, a kiedy je odnalazłem, ciarki przeszły mi po plecach. Później udałem się do ogrodu na grób polityka i stałem tam przez chwilę, przypominając sobie wszystko, co opowiedział mi Pacho, unosiłem głowę i patrzyłem na poruszane przez wiatr liście, i czułem na włosach ciepło bogotańskiego popołudnia. Wtedy Pacho wyszedł, nie dając mi czasu na pożegnanie, i zatrzymał taksówkę. Widziałem, jak zamyka drzwi, jak porusza ustami, podając adres, i zdejmuje okulary, jak czynimy to, żeby wyjąć paproszek, który wpadł nam do oka, uwierającą rzęsę, łzę, która mgli nam wzrok.

Wizyta u doktora Benavidesa miała miejsce kilka dni po naszej rozmowie w klinice. W sobotę spędziłem dwie godziny na piętrze z restauracjami i barami pobliskiego centrum handlowego, żeby odmienić choć trochę rutynę posiłków w szpitalnej stołówce, potem przedłużyłem sobie nieco wychodne i udałem się do księgarni Librería Nacional, gdzie znalazłem książkę José Avellanosa, uznałem bowiem, że może okazać się przydatna do powieści, którą właśnie pisałem. Była to pikarejska i kapryśna historia o możliwej wizycie Josepha Conrada w Panamie, z każdym kolejnym zdaniem rozumiałem coraz lepiej, że pisanie jej miało tylko jeden cel – odwrócić moją uwagę od zdrowotnych lęków, sprawić, żebym chociaż chwilami o nich zapomniał. Kiedy wróciłem do sali, M właśnie poddawano badaniu częstotliwości jej niewyczuwalnych skurczów; do brzucha przyczepiono elektrody, z ustawionej przy łóżku maszyny sączył się elektryczny szum, a w tym szumie słychać było delikatny a zarazem frenetyczny taniec rysika po papierze milimetrowym. Z każdym skurczem zapis zmieniał się, linie podskakiwały jak obudzone nagle zwierzę. „Właśnie miała pani skurcz”, oznajmiła jedna z pielęgniarek. „Poczuła go pani?”

A M musiała przyznać, że nie, że i tym razem go nie poczuła; była tym zmartwiona, jakby w jakiś absurdalny sposób ją to irytowało. Dla mnie natomiast ten pokreślony papier był jednym z pierwszych śladów, jakie zostawiały na świecie moje córki, i zastanawiałem się nawet, czy nie poprosić pielęgniarek, żeby pozwoliły mi zrobić kopię. Ale wtedy pomyślałem: a jeśli wszystko pójdzie nie tak? Jeśli poród się nie uda, dziewczynki nie przeżyją albo przeżyją, ale nie będą zdrowe i w przyszłości nie będzie czego upamiętniać, a przede wszystkim czego świętować? Ta możliwość ciągle jeszcze nie straciła aktualności; ani lekarze, ani badania nie wykluczyły jej ostatecznie. Pielęgniarki odeszły, a ja o nic ich nie poprosiłem.

{: ._idGenObjectAttribute-1} —

„Jak wyszło badanie?”, zapytałem.

„Jak zwykle”, odparła M, uśmiechając się smutno. „Uparły się, że chcą już wyjść, jakby umówiły się na randkę”. Po chwili dodała: „Ktoś coś dla ciebie zostawił. Tam, na stoliku”.

Była to pocztówka, którą rozpoznałem natychmiast, a właściwie fotografia rozmiaru pocztówkowego z napisaną na odwrocie wiadomością. Autorem zdjęcia był Sady González, nie tylko jeden z wielkich fotografów XX wieku, ale również par excellence świadek el Bogotazo. To było jedno z jego najbardziej znanych zdjęć. González zrobił je w klinice Central, gdzie przewieziono Gaitana, by ratować mu życie. Kiedy je robił, było już wiadomo, że wysiłki lekarzy poszły na marne, stwierdzono zgon rannego, trochę podszykowano zwłoki i wpuszczono do środka obcych, dlatego Gaitán spowity jest prześcieradłem – nieskazitelnie, niepokojąco białym – i otoczony ludźmi. Niektórzy z nich to lekarze: jeden położył na prześcieradle lewą dłoń z wielkim pierścieniem na palcu, jakby chciał nie dopuścić, żeby ciało spadło, inny, być może Pedro Eliseo Cruz, patrzy w głąb, chyba na policjanta, który usiłuje znaleźć się w kadrze (widać przeczuwał ważkość chwili). Na lewo od krawędzi stoi doktor Antonio Arias, z profilu, patrzy w pustkę i na jego twarzy maluje się szczególne przygnębienie, a może tylko mnie się wydaje szczególne, bo doktor Arias jest jedynym, który nie spogląda na fotografa, autentyczny smutek nie pozwala mu dostrzec tego, co dzieje się w sali. Między nimi leży Gaitán, ktoś unosi mu delikatnie głowę – jego pozycja nie jest naturalna – żeby był dobrze widoczny na zdjęciu, które zrobiono właśnie po to, żeby zaświadczyć o śmierci caudilla, ja jednak sądzę, że udało się na nim osiągnąć znacznie więcej, gdyż na twarzy Gaitana można dostrzec, jak mówi wiersz, który lubię, pospolitą anonimowość bólu. Nie wiem, ile razy oglądałem to zdjęcie wcześniej, ale tam, w sali kliniki, obok mojej żony leżącej w łóżku, pomyślałem, że nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na dziewczynkę stojącą za Gaitanem, teraz wydawało mi się, że to ona podtrzymuje głowę zmarłego. Pokazałem M zdjęcie, a ona uznała, że nie mam racji, że robi to mężczyzna w okularach, bo dziewczynka ma zaciśnięte palce, a rękę trzyma pod takim kątem, że nie mogłaby niczego podtrzymać. Chciałem wierzyć, że M się nie myli, ale nie mogłem; patrzyłem na dłoń dziewczynki i widziałem, jak podpiera głowę Gaitana, która zdawała się unosić nad białym prześcieradłem, i bardzo mnie to niepokoiło.

Na odwrocie fotografii doktor Benavides napisał długopisem żelowym (żeby litery nie rozmazały się na pokrytej folią powierzchni):

Szanowny Pacjencie!

Jutro, w niedzielę, urządzam kolację. Petit comité, jak to mówią; piszę po francusku, żeby sprawić wrażenie bardziej uczonego. Czekam na Pana o 8, z wielką ochotą porozmawiam z Panem o rzeczach, które dziś już nikogo nie obchodzą. Wiem, że jest Pan zajęty ważniejszymi sprawami, ale obiecuję, postaram się, żeby nie żałował Pan tej decyzji. Choćby ze względu na whisky.

Z serdecznością

FB

I tak oto następnego dnia, a był to 11 września, wyruszyłem na północ Bogoty, tam gdzie miasto zaczyna się pruć, ustępując miejsca chaotycznej naprzemiennej sekwencji grodzonych osiedli i centrów handlowych, a potem, bez uprzedzenia, wielkim pustym połaciom, gdzieniegdzie wykwitają na nich pojedyncze budowle, na które raczej nikt nie wydał pozwolenia. W radiu mówiono o Nowym Jorku i zamachach terrorystycznych z 2001 roku, a dziennikarze i ich rozmówcy robili to, co miało stać się zwyczajem podczas kolejnych rocznic – wspominali, gdzie byli tego dnia. A ja, gdzie byłem cztery lata wcześniej? W Barcelonie, kończyłem właśnie jeść obiad. Nie miałem wtedy telewizora, więc nie wiedziałem o niczym, dopóki nie zadzwonił Enrique de Hériz: „Przyjdź do mnie, pospiesz się”, powiedział. „Świat się wali”. Teraz jechałem Dziewiątą Aleją na północ, a rozgłośnia powtarzała audycje z tamtego dnia; transmitowane na żywo opowieści o tym, co się dzieje, pełne zdumienia i wściekłości deklaracje tuż po zawaleniu się pierwszej wieży, reakcje polityków niezdolnych wyrazić prawdziwego oburzenia nawet w tak dramatycznej sytuacji. Jeden z komentatorów stwierdził, że sobie na to zasłużyli. „Kto?”, zapytał inny, równie zaskoczony jak ja. „Stany Zjednoczone”, odpowiedział pierwszy. „Za dekady imperializmu i poniżania innych. Wreszcie ktoś odpłacił im pięknym za nadobne”. W tej chwili dojeżdżałem na miejsce, ale nie myślałem już o adresie, który podał mi Benavides, lecz o mojej wizycie w Nowym Jorku osiem miesięcy po zamachu, o rozmowach z ludźmi, którzy stracili wtedy kogoś bliskiego, o tym, jak doświadczyłem bólu miasta, które odpowiedziało na ataki dzielnie i solidarnie. Mówca ciągnął dalej swoją tyradę, a mnie cisnęła się na usta masa chaotycznych odpowiedzi, ale zdołałem powiedzieć tylko – na głos i do nikogo – „Biedny skurwysyn”.

Doktor już czekał, jego sylwetka wypełniała drzwi. Chociaż był wyższy ode mnie zaledwie o pół głowy, miałem wrażenie, że należy do ludzi, którzy się garbią, żeby nie uderzyć głową o nadproże. Miał okulary w aluminiowych oprawkach, chyba z tych, których szkła zmieniają odcień w zależności od tego, jak intensywne jest światło, wtedy w progu, pod chmurami, które przemykały szybko nad naszymi głowami, przypominał mi szpiega z jakiejś powieści, kogoś w rodzaju Smileya, tylko nieco bardziej korpulentnego, a przede wszystkim bardziej melancholijnego. Mimo że miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat, Benavides, w rozpiętym swetrze, który nie chronił go zbyt dobrze przed chłodem bogotańskich wieczorów, wywarł na mnie wrażenie człowieka zmęczonego. Cudzy ból wycieńcza nas w mniej lub bardziej subtelny sposób; Benavides przez wiele lat swojego życia musiał z nim obcować, dzielić z pacjentami ich cierpienia i lęki, to współczucie wypompowało z niego energię. Często wydaje się nam, że ludzie starzeją się szybciej, kiedy rezygnują z pracy, czasem przypisujemy winę za to pierwszej rzeczy, jaka akurat przyjdzie nam do głowy; temu, co wiemy o ich życiu, obserwowanemu z daleka nieszczęściu, chorobie, o której ktoś nam opowiedział. Albo, jak w przypadku Benavidesa, specyfice jego zawodu, którą znałem na tyle dobrze, żeby go podziwiać, a raczej podziwiać jego oddanie innym, i ubolewać nad tym, że nie jestem taki jak on.

„Wcześnie pan przyjechał” powiedział doktor. Zaprowadził mnie na wewnętrzne patio, przez którego świetlik sączyło się jeszcze ukośnie wieczorne światło; po kilku minutach ożywionej rozmowy znów powrócił do mojej powieści, zapytał o żonę, jak się czuje, jakie imiona chcemy nadać naszym córkom, powiedział, że on sam ma dwoje dwudziestoletnich już dzieci, córkę i syna; następnie wyjaśnił, że ławeczka, na której siedzę, była kiedyś podkładem kolejowym i on sam dorobił jej nogi, potem pokazał kołki w ścianie i powiedział, że służyły kiedyś za śruby (nie znam ich technicznej nazwy), którymi przymocowano ten podkład. On zaś, ciągnął, siedział na krześle pochodzącym z hotelu w Popayán, który zawalił się podczas trzęsienia ziemi w 1983 roku, a jedyna ozdoba na stojącym na środku stoliku służyła kiedyś za śrubę okrętową statku towarowego. „Wciąż nie rozumiem, dlaczego wybaczają mi te dziwactwa, no ale wybaczają”, wyjaśnił. Dopiero później pomyślałem, że doktor wystawiał mnie na próbę: sprawdzał, czy podzielam jego irracjonalne zainteresowanie przedmiotami z przeszłości, owymi milczącymi duchami.

„No dobrze, chodźmy do środka, straszna tu wilgoć”, rzekł, a jego rysy twarzy to rozmywały się, to chwilami całkiem nikły w półmroku. „Chyba goście wreszcie zaczęli się schodzić”.

Rzeczony petit comité nie okazał się wcale taki mały. Niewielki dom pełen był gości, większość z nich mniej więcej w wieku gospodarza; pomyślałem, nie mając ku temu żadnych przesłanek, że to jego koledzy. Ludzie tłoczyli się przy stole w jadalni, każdy z talerzem w ręku, próbowali utrzymać chwiejną równowagę, nakładając sobie mięsa na zimno czy sałatkę ziemniaczaną, albo starali się przyszpilić niesforne szparagi, uparcie ześlizgujące się z widelców. Z niewidocznych głośników sączył się głos Billy Holiday, a może była to Aretha Franklin. Benavides przedstawił mnie swojej żonie: Estela była niewysoką kościstą kobietą o arabskim nosie, a jej szczery uśmiech łagodził nieco ironię nieustannie obecną w jej spojrzeniu. Potem obeszliśmy pokój (powietrze przesiąkło już zapachem dymu), Benavides chciał bowiem przedstawić mi parę osób. Zaczął od mężczyzny w okularach z grubymi szkłami bardzo podobnego, przemknęło mi przez myśl, do tego, który podtrzymywał głowę Gaitana na fotografii, i drugiego, niskiego łysego wąsacza, który z trudem wyrwał rękę z ręki swojej żony o pofarbowanych włosach, żeby się ze mną przywitać. „Mój pacjent”, mówił Benavides, przedstawiając mnie, i miałem wrażenie, że bawi go powtarzanie tego niewinnego kłamstewka. Ja tymczasem poczułem się nieswojo, ogarnął mnie niepokój i bez trudu odkryłem jego przyczynę: jakaś część mojej świadomości pochłonięta była tym, co też dzieje się u mojej – wciąż jeszcze przyszłej – rodziny, u dziewczynek, które, na przekór niebezpieczeństwu, rosły w brzuchu żony. I tak, przechadzając się po domu Benavidesa, doznałem zupełnie nowego lęku; rozmyślałem, czy na tym właśnie – na takiej niespodziewanej samotności, na zabobonnym przekonaniu, że najgorsze dzieje się pod naszą nieobecność – polega ojcostwo, pożałowałem, że prowadzę tu banalne rozmowy, zamiast posiedzieć przy M i pomóc jej w czymkolwiek, czego by potrzebowała. Za moimi plecami ktoś recytował wiersz:

Ta róża zaświadczyć może

miłość nie miłość, a przecież

Inną nie będzie miłością.

Ta róża zaświadczyć może,

o chwili, gdy stałaś się moją.

To był najgorszy wiersz Leona de Greiffa, w każdym razie mnie wydawał się najbardziej niegodny jego fantastycznego dorobku, ale znają go na pamięć wszyscy Kolumbijczycy i nieuchronnie wykwita – nomen omen – na pewnego rodzaju spotkaniach towarzyskich. To w domu Benavidesa było właśnie jednym z nich. I znów pożałowałem, że przyjąłem zaproszenie. Pod wiszącą paprotką obok przesuwanych drzwi do ogrodu, teraz już ciemnego, stały dwie przeszklone szafki, na które natychmiast zwróciłem uwagę, gdyż przedmioty w nich przypominały eksponaty muzealne. Zatrzymałem się przed nimi, patrzyłem nieobecnym wzrokiem; z początku powodowała mną chęć ucieczki od towarzyskich obowiązków, potem jednak zawartość tych szafek wzbudziła moją ciekawość. Co to było?

„To miedziany kalejdoskop”, wyjaśnił Benavides. Podszedł do mnie bezszelestnie i chyba czytał mi w myślach, a może po prostu przywykł do tego, że goście odwiedzający go po raz pierwszy stają przed szafkami i zadają pytania. „A to jest prawdziwy kolec skorpiona z Amazonii. To rewolwer Le-Mat z tysiąc osiemset pięćdziesiątego szóstego roku. Szkielet grzechotnika. Był wprawdzie mały, ale wie pan przecież, że to nie rozmiar się liczy”.

„Ma pan prywatne muzeum”, powiedziałem.

Spojrzał na mnie z wyraźnym zadowoleniem.„Mniej więcej”, przyznał. „Zbieram te rzeczy od dawna”.

„Nie, mówię o całym domu. Cały ten dom jest pańskim muzeum”.

Benavides uśmiechnął się szeroko i wskazał na ścianę: zdobiły ją dwie ramki (chociaż nie wiem, czy w tym wypadku powinienem mówić o ozdobach, bo nie wywieszono ich tam, żeby pełniły funkcję estetyczną). „To okładka płyty Sydneya Becheta”, powiedział. Bechet złożył na niej podpis pod datą 2 maja 1959 roku. „A to”, wskazał na niewielki mebel przysunięty do szafki i niemal niewidoczny, „jest waga, którą kiedyś przywieziono mi z Chin”.

„Oryginalna?”, zapytałem głupio.

„Co do najmniejszej części”, odparł Benavides. Urządzenie było przepiękne: na podstawie z rzeźbionego drewna, w kształcie litery T, z której ramion zwisały dwie szalki. „Widzi pan to zalakowane pudełko? Są w nim ołowiane odważniki, najładniejsze na świecie. Poza tym chciałbym pana z kimś poznać”.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie jest sam. Za moim gospodarzem stał – jakby ukrywając się nieśmiało – mężczyzna o bladej cerze, w lewej ręce trzymał szklankę wody gazowanej. Miał sińce pod oczami, ale nie wydawał się starszy od Benavidesa. A jeśli o jego dziwny strój chodzi – brązowa marynarka, koszula z wysokim krochmalonym kołnierzykiem – uwagę zwracał czerwony fular, intensywnie czerwony, prawie lśniący, w odcieniu płachty toreadora. Mężczyzna w czerwonym fularze wyciągnął miękką wilgotną dłoń i przedstawił się cichutko, może niepewnie, może w sposób nieco zniewieściały, tym tonem głosu, który zmusza rozmówcę do nachylenia się nad mówiącym, żeby cokolwiek zrozumieć.

„Carlos Carballo”, powiedział, wyraźnie wymawiając pierwsze litery imienia i nazwiska. „Do usług”.

„Carlos to przyjaciel rodziny”, oświadczył Benavides. „Stary, bardzo stary. Nie pamiętam czasów, kiedy go nie było”.

„Bo najpierw byłem przyjacielem twojego taty”, odparł mężczyzna.

„Najpierw studentem, potem przyjacielem”, uściślił Benavides. „Odziedziczyłem cię w spadku. Jak parę butów”.

„Studentem? Studentem czego?”

„Mój ojciec wykładał na Uniwersytecie Narodowym”, wyjaśnił Benavides. „Uczył przyszłych prawników medycyny sądowej. Kiedyś panu opowiem, Vásquez. Zapamiętałem kilka świetnych anegdot”.

„O tak”, potwierdził Carballo. „Był najlepszym wykładowcą na świecie. Wielu z nas odmienił życie”. Mówił to z poważną miną, miałem nawet wrażenie, że się wyprostował. „Wspaniały umysł”.

„Kiedy umarł?”, zapytałem.

„W osiemdziesiątym siódmym”, odpowiedział Benavides.

„Dwadzieścia lat temu”, westchnął Carballo. „Jak ten czas leci”.

Zdziwiło mnie, że ktoś, kto wkłada tego typu fular – prowokację z wykwintnego jedwabiu – przemawia jednocześnie utartymi zwrotami pełnymi frazesów. Ale Carballo był w sposób oczywisty typem nieprzewidywalnym, dlatego chyba zainteresował mnie bardziej niż pozostali goście, nie unikałem więc jego towarzystwa, nie wymyślałem wymówek, żeby się wymknąć. Wyjąłem z kieszeni telefon, potwierdziłem, że dwie czarne kreseczki są odpowiednio długie, że nie mam nieodebranych połączeń, a potem schowałem go z powrotem. Ktoś zawołał Benavidesa. Spojrzałem w tym samym kierunku co on i dostrzegłem Estelę machającą rękami (rękawy jej luźnej bluzki opadły i ukazywały ramiona blade jak brzuch żaby). „Zaraz wracam”, powiedział Benavides. „Jedno z dwojga: albo moja małżonka się dusi, albo trzeba przynieść więcej lodu”. Carballo opowiadał o tym, jak bardzo brakuje mu mistrza – tak teraz o nim mówił, per mistrz, być może w jego głowie słowo to zapisane zostało wielką literą – zwłaszcza w chwilach, kiedy człowiek potrzebuje, żeby ktoś nauczył go czytać prawdę zawartą w rzeczywistości. To zdanie wydało mi się klejnotem znalezionym w błocie, czymś, co wreszcie pasowało do fularu.

„Czytać prawdę zawartą w rzeczywistości?”, zapytałem. „Co właściwie ma pan na myśli?”

„Oj, ciągle mam z tym problem”, powiedział Carballo. „A pan nie?”

„Ale z czym?”

„Nie wiem, co myśleć. Potrzebuję kogoś, kto mnie ukierunkuje. Na przykład dziś. W samochodzie słuchałem radia, wie pan, popołudniowe audycje. Mówili o jedenastym września”.

„Tak, też tego słuchałem po drodze”.

„A ja myślałem: jak bardzo przydałby się nam mistrz Benavides. Żeby pokazać nam prawdę ukrytą pod politycznymi manipulacjami, za kryminalną współodpowiedzialnością mediów. On nie przełknąłby tych bajeczek. Umiałby odkryć oszustwo”.

„Jakie oszustwo?”.

„Wszystko jest oszustwem, niech mi pan nie wmawia, że pan tego nie widzi. Te bajeczki o Al-Kaidzie. O bin Ladenie. To zwykłe gówno, za przeproszeniem. Takie rzeczy nie dzieją się w ten sposób. Czy ktoś naprawdę sądzi, że taki budynek jak bliźniacze wieże może się zawalić, bo uderzy w nie samolot? Nie, to była robota zrobiona od środka, kontrolowane wyburzenie. Mistrz Benavides od razu by to zauważył”.

„Jak to?”, nie wiem, czy kierowała mną ciekawość, czy chorobliwa fascynacja takimi teoriami. „Niech pan mi wyjaśni, o co chodzi z tym wyburzeniem”.

„To bardzo łatwe. Takie budynki jak te, zupełnie proste, zawalają się tak, jak zawaliły się wieże World Trade Center, tylko wtedy, jeśli ktoś podłoży na dole ładunek wybuchowy. Trzeba zaatakować w nogi, nie w głowę. Prawa fizyki to prawa fizyki. Widział pan kiedyś, żeby drzewo upadło, kiedy utnie mu się koronę?”

„Ale budynek to nie to samo, co drzewo. Samoloty się rozbiły, wybuchł pożar, naruszył strukturę budynku, który spłonął. Nie było tak?”

„No cóż”, westchnął Carballo. „Jeśli pan naprawdę chce w to wierzyć”. Upił łyk wody. „Ale to niemożliwe, żeby budynek tego typu zapadł się cały. To było jak scena z filmu, nie zaprzeczy pan”.

„To jeszcze o niczym nie świadczy”.

„Jasne. O niczym nie świadczy, jeśli ktoś się uprze, żeby niczego nie dostrzec. Rzeczywiście najgorszym ślepcem jest ten, kto nie chce zobaczyć”.

„Niech mi pan tu nie przytacza głupich przysłów”, obruszyłem się. Nie wiem, dlaczego potraktowałem go tak niegrzecznie. Irytuje mnie irracjonalność z wyboru, nie cierpię ludzi zasłaniających się słowami, zwłaszcza uciekających się do jednej z miliona sztuczek językowych, wymyślonych po to, żeby uzasadnić wiarę niepopartą dowodami. Staram się jednak panować nad swoimi najgorszymi impulsami, tak zrobiłem i wówczas. „Dam się przekonać, jeśli przedstawi mi pan argumenty, bo na razie nie przekonał mnie pan do niczego”.

„A panu to wszystko nie wydaje się dziwne?”

„Dlaczego miałoby wydawać mi się dziwne? Dlatego że wieże runęły tak, a nie inaczej? Nie jestem inżynierem, nie umiałbym…”

„Nie tylko o to chodzi. Dlaczego akurat właśnie tego poranka siły powietrzne nie były gotowe? Że dokładnie tego dnia system obrony powietrznej został wyłączony? Że ataki doprowadziły bezpośrednio do wojny tak wówczas potrzebnej, żeby zachować status quo?”

„Ale to zupełnie różne rzeczy, panie Carlosie, chyba nie muszę tego wyjaśniać”, powiedziałem. – „Oczywiście, że Bush posłużył się zamachem jako pretekstem do rozpoczęcia wojny, którą planował już od jakiegoś czasu. Ale stąd do wniosku, że mógłby poświęcić życie trzech tysięcy cywilów, jeszcze daleka droga”.

„Tak się tylko wydaje. Że to dwie różne sprawy. To wielki tryumf tych ludzi. Zdołali nas przekonać, że rzeczy powiązane nie mają ze sobą nic wspólnego. Dziś tylko naiwni sądzą, że księżna Diana zginęła w wypadku”.

„Księżna Diana? A co ona ma do tego…”

„Tylko naiwniak może sądzić, że nie ma podobieństw między jej śmiercią a śmiercią Marylin. Niektórzy z nas je dostrzegają”.

„Aj, niech pan nie gada bzdur”, żachnąłem się. „To gorsze niż jasnowidztwo, to mi zakrawa na paranoję”.

W tym momencie podszedł do nas Benavides, który usłyszał ostatnie zdanie. Zrobiło mi się wstyd, ale nie znalazłem słów, żeby przeprosić. Oczywiście zdenerwowałem się za bardzo i nie było dla mnie jasne dlaczego; to, że nigdy nie miałem cierpliwości do ludzi czytających cały świat przez pryzmat teorii spiskowych, nie usprawiedliwiało niegrzeczności. Przypomniałem sobie powieść Ricarda Piglii, w której pisze on, że nawet paranoicy mają nieprzyjaciół. Kontakt z urojeniami innych, które mogą przybierać różne kształty i kryją się pod fasadą najspokojniejszych osobowości, ma na nas wpływ, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę i jeśli stracimy czujność, możemy ugrzęznąć w głupich dyskusjach z ludźmi, którzy poświęcają swoje życie na szerzenie nieodpowiedzialnych hipotez. A może potraktowałem Carballa niesprawiedliwie: może był tylko wprawnym recytatorem informacji wyłowionych z internetowych kloak, nieświadomie uzależnionym od mniej lub bardziej subtelnych prowokacji, skandalizowania ludzi skłonnych im ulec. A może to wszystko jeszcze prostsze: Carballo był człowiekiem złamanym, a jego teorie stanowiły mechanizm zabezpieczający przed tym, co nieprzewidywalne w życiu, które w jakiś niewiadomy dla mnie sposób wyrządziło mu krzywdę.

Benavides od razu się zorientował, że atmosfera zrobiła się napięta, a moja chamska odpowiedź mogła jeszcze pogorszyć sytuację. Podał mi szklankę whisky. „Tyle czasu zabrało mi przejście przez cały dom, że serwetka już jest mokra”, powiedział przepraszającym tonem. Wziąłem szklankę w milczeniu i natychmiast poczułem w dłoni jej ciężar i twarde żłobienia w szkle. Carballo też się nie odzywał, wbił wzrok w podłogę. Po chwili bardzo krępującej ciszy Benavides powiedział: „Carlosie, nie zgadniesz, czyim wnukiem jest Vásquez”.

Carballo z wyraźną niechęcią dał się wciągnąć w tę zabawę.

„Czyim?”, zapytał.

„José Maríi Villarreala”, odparł Benavides.

Wydawało mi się, że oczy Carballa na chwilę rozbłysły. Nie mogę powiedzieć, że otworzyły się szeroko, co uznajemy powszechnie za oznakę zaskoczenia albo podziwu, ale było w nich coś, co mnie zaintrygowało, nie przez to, co pokazywały, czuję się w obowiązku wyjaśnić, ale ze względu na to, co ewidentnie starały się ukryć.

„José María Villarreal był pańskim dziadkiem?”, powtórzył Carballo. Znów zrobił się niespokojny, jak wtedy, gdy mówił o bliźniaczych wieżach, ja tymczasem zastanawiałem się, skąd Benavides wiedział o tym, że jesteśmy spokrewnieni. Nie dziwiło mnie to zbytnio, gdyż mój dziadek José María Villarreal był ważnym członkiem Partii Konserwatywnej, w kolumbijskiej polityce wszyscy wszystkich znają. W każdym razie mogłem, a nawet powinienem napomknąć o tym podczas naszej pierwszej rozmowy w szpitalnej stołówce. Czemu Benavides wcześniej o tym nie wspomniał? Dlaczego tak bardzo zainteresowało to Carballa? Wtedy nie mogłem tego wiedzieć. Oczywiste było jednak, że Benavides wspomniał o nim, żeby zneutralizować wrogość, jaką wyczuł między nami. I również oczywiste wydało mi się, że osiągnął to natychmiast.

„I znaliście się?”, zapytał Carballo. „Pan i dziadek. Znał go pan dobrze?”

„Gorzej, niżbym chciał”, odparłem. „Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy umarł”.

„Na co umarł?”

„Nie wiem. Śmiercią naturalną”. Spojrzałem na Benavidesa. „A jak to się stało, że panowie go znają?”

„Jak moglibyśmy go nie znać”, odrzekł Carballo. Już się nie garbił, jego głos odzyskał poprzednią żywiołowość, jakby nasza kłótnia nigdy nie miała miejsca. „Francisco, przynieś książkę, pokażemy mu”.

„No nie, nie teraz. Jesteśmy na przyjęciu”.

„Przynieś ją, proszę. Zrób to dla mnie”.

„Jaką książkę?”, zapytałem.

„Przynieś, pokażemy mu fragment”.