Księżniczka - Aniela Wilk - ebook + książka
BESTSELLER

Księżniczka ebook

Wilk Aniela

4,0

48 osób interesuje się tą książką

Opis

W życiu trzydziestoletniej psychoterapeutki, Blanki Zielińskiej, wszystko nareszcie zaczyna się układać. Osiągnęła niezależność finansową, klinika, którą prowadzi z przyjaciółką, cieszy się coraz większą renomą, a ukochany brat bliźniak właśnie się żeni.

Niestety dzień ślubu zmienia się w koszmar, a zaplanowane i poukładane życie Blanki rozsypuje się niczym domek z kart. Brat znika, a ponura rodzinna przeszłość znów staje się teraźniejszością. Ojciec, który dorobił się na gangsterce oraz dzikiej reprywatyzacji, wciąż działa poza prawem i próbuje wciągnąć Blankę w przestępczą machinę zależności. Nie cofa się przed niczym. Przekupstwem, nękaniem i zastraszaniem w końcu udaje mu się skłonić córkę do współpracy. Blanka ma pomóc Redowi, jednemu z żołnierzy mafii, który pilnie potrzebuje psychoterapii.

Rozpoczyna się dziwna, pełna napięcia gra między Redem, mężczyzną walczącym z własnymi mrocznymi demonami, a Blanką, która - choć podejrzliwa i nieufna - chce przede wszystkim dobrze wykonać swoją pracę. Stopniowo w ten zawodowy układ wkrada się fascynacja, wszystko wymyka się spod kontroli, a tajemnicze wiadomości od zaginionego brata dodatkowo komplikują i tak już niełatwą sytuację Blanki…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (204 oceny)
88
59
29
19
9
Sortuj według:
Nanoek

Nie oderwiesz się od lektury

Wszystko super , tylko ten koniec taki niesatysfakcjonujący
40
ksiazkimoimioczami

Całkiem niezła

Miała dość życia w świecie mafii i ojca gangstera. Postanowiła odciąć się od tego świata i zacząć żyć na własny rachunek. Wszystko układa się pomyślnie, osiągnęła niezależność finansową, prowadzi klinikę psychoterapeutyczną razem z przyjaciółką i świetnie sobie radzą, a pacjentów wciąż im przybywa. Wszystko się zmienia w dniu ślubu brata bliźniaka, który postanowił uciec, przez co jej życie zmienia się w chory koszmar. Jakby tego było mało, ojciec Blanki odzywa się do niej i szantażem wymusza na córce, aby pomogła jednemu z jego żołnierzy, który ma przychodzi do niej na psychoterapie. Prosty układ, ale zbyt prosty jak na świat mafii. Co się kryje za tak prostą umową. Ile razy wam się zdarzyło zawieść na książce po kuszącym opisie? Szczerze mówiąc to u mnie już niepierwszy raz ma miejsce taka wtopa. Aż przykro mi to napisać.. Jak wiecie po moim profilu, że uwielbiam mafie i nie przepuszczę żadnej książki z jej motywem. I tak było tym razem z ,, Księżniczka,, świetny opis i ta cudna, p...
10
za_czy_ta_na

Dobrze spędzony czas

Czy jedna chwila zrujnować może nasz starannie poukładany świat? Historia Blanki uświadamia, że owszem, może. Trzydziestoletnia pani psycholog w końcu osiąga finansową niezależność i staje na nogi. Wraz z przyjaciółką prowadzi klinikę, która zdobywa coraz większą renomę. Wiele włożyła w to pracy, dlatego osiągnięty wynik cieszy ją i napawa dumą podwójnie. Wszystko chrzani się w dniu ślubu brata... Przeszłość, od której się odcięła i próbowała zapomnieć znowu puka do jej drzwi. Ta przeszłość nazywa się Orłowski i jest jej ojcem. Ojcem, który dorobił się na gangsterce, a teraz za wszelką cenę chce wciągnąć w tę przestępczą machinę Blankę. Uruchamia sieć intryg, a na początek zmusza córkę, by pomogła jednemu z jego żołnierzy, który potrzebuje psychoterapii. Między Blanką a Danielem tworzy się dość silna więź. Relacja pacjent- terapeuta zostanie mocno zachwiana. Czy granice, które są jasno wyznaczone zostaną przekroczone? Rewelacja. Świetnie czytało mi się tę książkę, a to zasługa wspa...
10
MR4747

Nie oderwiesz się od lektury

Hmm, ksiazke dobrze się czytało, niemniej jednak zabrakło mi dobrego zakonczenia. Czytałam już parę książek Pani Anieli i myślę, że były lepsze.
10
aleksandras1995

Z braku laku…

Ciężko się wciągnąć
00

Popularność




Projekt okładki: Marta Lisowska

Redaktor prowadzący: Agata Then

Redakcja: Beata Kostrzewska

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Przybylska, Renata Jaśtak

Zdjęcie na okładce: © Nobilior/AdobeStock

© by Aniela Wilk

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2022

ISBN 978-83-287-2255-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2022

– fragment –

Bóg ci zesłał mnie

Byś miał kogoś w noc i dzień

Bóg ci zesłał mnie

I się z tego tylko ciesz

Z woli nieba jestem tu

Z woli nieba jestem tu

Więc się do mnie módl

Renata Przemyk, Babę zesłał Bóg

PROLOG

Jestem w stanie dokładnie, co do sekundy, odtworzyć tamtą scenę, chociaż nie było mnie przy nim.

Julian tego ranka miał samodzielnie zrobić tylko jedną jedyną rzecz. Ogolić się.

Już to widzę: stoi przed lustrem, mruży swoje niesamowicie wielkie błękitne oczy. Kręci pyskiem w lewo, w prawo, podążając spojrzeniem za wyginającym się zabawnie przydługim wąsem.

Sięga po maszynkę. Każdy, ale to absolutnie każdy facet musi to zrobić. Taka natura i układ neuronów w mózgu, który w nieodpowiednim czasie może prowadzić do zwarcia. Więc skoro ma już maszynkę w dłoni, to ustawia trymer, włącza i jedzie – swoją idealną brodę w kolorze miodu zaczyna ścinać do dokładnej kopii zarostu Lemmy’ego Kilmistera[1]. Wiecie, jak to wygląda? Łyso na brodzie, gęsto na wąsie. I debil, jak go znam, śpiewa, kalecząc, jak się tylko da, Ace of Spades. Dezodorant mikrofonem, lustro kamerą, a on udaje chrypkę wokalisty.

To nie koniec!

Następnie pozbywa się resztek zarostu na brodzie i ma na pysku coś na kształt wczesnego Hulka Hogana. Kojarzycie tego zapaśnika? Jeśli nie, to kretyńską komedię z lat dziewięćdziesiątych Pan Niania już tak. Ścinamy dalej?

Oczywiście Julian jest już jak ten dzik w lesie – nie do zatrzymania. Kilka sekund i na twarzy ma nieudaną kopię barona Łonogrzmota z Czarnej Żmii. Tak – Julek uwielbia brytyjski humor i gdyby nie ja, spieprzałby teraz jak Benny Hill w finale każdego odcinka.

Od barona do seksownego Willa Turnera z Piratów z Karaibów dzieli go tylko kilka bzyknięć trymera. Na tym etapie pewnie gapił się na siebie, wydymał usta i robił zawadiackiego łotrzyka. I tu powinien był się zatrzymać. Nie iść dalej tą drogą, bo mogło być już tylko gorzej.

Szybkie spojrzenie to w lustro, to na maszynkę. I ostatnie bzzyt. I oto jest – włos przeczesany odrobinę na bok, a spod króciutkiego wąsika tuż pod nosem wychylają się zaciśnięte w kreseczkę usta. Groźna mina i – proszę państwa – mój brat parodiuje Adolfa Hitlera, hajlując do lustra i udając jego przemowę. Każdy posiada jakiś brudny sekret, na przykład to, że w wieku ponad trzydziestu lat ma humor na poziomie czternastolatka.

– Julian, koniec czasu. Natychmiast wychodź, przecież nie każesz na siebie czekać pannie młodej przed ołtarzem! – grzmi ojciec, waląc pięścią w drzwi.

– Jasne, papo – odpowiada wesoło mój skretyniały brat i nagle odkrywa, że jego maszynka do golenia przestała działać.

– O kurwa – szepce.

Po południu sprawa jest na tyle opanowana, że spokojnie mogę dopalić cienkiego L&M z tyłu kościoła, między wyjściem z zakrystii a plebanią. Na twarzy czuję ciepłe promienie słońca, które z trudem przebija się przez wiekową lipę. Pachnie latem, kadzidłem i starą cegłą, z której wzniesiono świątynię. Wszystko jest odrealnione, zupełnie jak sen albo wyjątkowo przyjemny haj. Czuję mrowienie w koniuszkach palców, a w gardle tkwi dziwna, niepokojąca gula – jakby zaraz miało się wydarzyć coś wielkiego.

Zerkam na zegarek. Dochodzi czwarta. Za piętnaście. Dokładnie o czwartej zabiją w dzwony, organista da popis gry na rozstrojonych organach i zacznie się cyrk. Zbyt długo w nim tkwiłam, aby mnie to teraz w ogóle bawiło. Poza tym oglądanie cierpienia zwierząt cyrkowych jest samo w sobie moralnie złe, niepoprawne i archaiczne. Niemniej większość współpracowników ojca uważam właśnie za tresowane, głupie małpy, agresywne goryle lub groźne tygrysy z powyłamywanymi kłami i obciętymi pazurami.

Tam w środku kotłuje się jak w ulu. Rodzina, znajomi, przyjaciele, szare eminencje półświatka, byli i obecni gangsterzy, lojalni współpracownicy. Same zaufane szychy, na liście gości nie mogło być nikogo przypadkowego. Jak znam ojca, to kazał swoim kundlom nawet grzebać w śmieciach każdej kumpeli, którą zaprosiła Pola, w obawie, że na uroczystość mógłby się dostać ktoś niepowołany i powiązany z jakimikolwiek służbami. A świadkowa z jej strony pewnie miała robioną nawet kolonoskopię, bo przecież mogłaby mieć podsłuch w dupie.

W końcu nie co dzień żeni się książę, prawda? Ja w tej szopce gram wyklętą księżniczkę, która w odpowiednim momencie pokazała fakacza tym ludziom. I dobrze. Mam spokój. To naprawdę błogosławiony stan, w którym nie muszę obawiać się o własne życie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że Julek musiał się grubo namęczyć, aby ojciec się zgodził, bym mogła się tutaj zjawić. Wyklęta, zdradzająca czarna owca. Dokładnie taką cenę zapłaciłam – świadomie – aby móc być normalną kobietą. Jestem tutaj dla brata, wyłącznie dla niego. Moja przyszła bratowa to podstępna żmija. Liczy się tylko Julian.

Dopalam papierosa, podeszwą czerwonych szpilek depczę niedopałek na jasnej kostce brukowej i sięgam do torebki, aby wyjąć flakonik perfum.

– Szczęść Boże! – mówię do siostry zakonnej, która raźno tupta w kierunku dzwonnicy. Kobieta jest mocno po sześćdziesiątce, a jednak bije od niej świeżość i radość. Kiwa mi głową i pędzi dalej niczym mały czarny motorek.

Wiem, że muszę już iść. Jestem świadkową. Przed Bogiem, ludźmi i wszystkimi diabłami, jakie w tym momencie przebywają w kościele, muszę zaświadczyć, że nieistniejąca miłość między Julkiem a Polą będzie trwać, póki śmierć ich nie rozłączy. Niezły dowcip. Ale takie reguły obowiązują w świecie, w którym życie wybrał mój brat.

Widzę go, kiedy odwracam się w stronę świątyni. Z powodu oślepiającego słońca mrużę oczy. I nie jestem pewna, czy nie robią mi one teraz jakiegoś dowcipu. Pan młody zmierza w moją stronę. Uśmiecha się szeroko. W jego tęczówkach widzę obłęd, przywodzą na myśl burzę i jednocześnie szalejący sztorm. Jest spięty, krok ma sztywny, jakby wstrzymywał się przed… biegiem?

– Zapomniałeś się wyspowiadać? – pytam z udawaną wesołością.

Julek zatrzymuje się obok mnie. Blisko, bardzo blisko. Czuję jego letnie perfumy, pachnące morzem i lasem. Przytula mnie mocno i całuje w czubek głowy. Mimo że jesteśmy bliźniętami, jest sporo ode mnie wyższy. Potężniejszy. Trochę typ surfera z LA – blondyn, przydługie włosy, zawadiacki uśmiech. Zawsze podobał się kobietom, między innymi dlatego od początku nie uwierzyłam w jego nagłe nawrócenie się i ślub, nawet jeśli za tą szopką stały potężne pieniądze, układy i lojalność.

Po tym uścisku i pocałunku jestem już pewna, że nie przyszedł tutaj, bo czegoś zapomniał albo mnie szukał.

On właśnie spieprza z własnego ślubu.

– Nie mogę inaczej, sis – chrypi ze ściśniętym gardłem.

– Rozumiem. Tylko się nie rozpłacz. To nie twoja bajka.

Na serio go rozumiem. Julek nie jest typem, który absolutnie wszystko robi pod czyjeś dyktando. Książę to wolny duch i nawet rozkazy despotycznego ojca muszą mieć jakieś granice. Szkoda tylko, że nie mógł tego ogłosić wcześniej. Pola wydała majątek na kieckę, a on w ogólnym rozrachunku będzie miał przejebane.

– Opóźnisz ich trochę?

– Na tyle, ile mi uwierzą. Nie powiesz, gdzie jedziesz?

– Nie.

– Ktoś na ciebie czeka?

Uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Żegnaj, siostra. – Na koniec ponownie całuje mnie w czoło.

Tracę właśnie jedynego tak bliskiego mi człowieka. Jeśli ucieknie przed aranżowanym małżeństwem, skłóci ze sobą dwie bardzo wpływowe rodziny. Poleje się krew. Będzie nieprzyjemnie. Z czasem może się poukłada, a może pozostanie mu tylko rodzaj wiecznej banicji. Ciężko wyrokować poziom wkurwienia ojca i jego skutki. Mnie przed laty się upiekło, ale ja nie byłam w połowie tak szalona jak Julek.

– Leć, młody. Postaram się coś naściemniać, kiedy zaczną się za tobą rozglądać.

Siedem minut i trzynaście sekund. Mój brat właśnie znika mi z pola widzenia, przeskakując niski murek za plebanią. Dalej ma przed sobą pola, lasy, pewnie jeziora, w końcu ślub jest na Mazurach. Chyba nie ma zamiaru uciekać na przełaj przez tę całą przyrodę? Gdzieś z oddali dobiega mnie charakterystyczny terkot silnika Diesla. Czyli młody miał wszystko zaplanowane.

Spoglądam na świątynię. Jakby nic się nie wydarzyło, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Błogosławiona cisza przed burzą.

ROZDZIAŁ 1

Energicznie wycieram włosy w puchaty ręcznik. Temperatura przekracza dziś dwadzieścia pięć stopni w cieniu, więc równie dobrze mogę sobie odpuścić. Jednak w ten sposób daję upust frustracji. Jak on śmiał mi to powiedzieć? Po tylu latach, jak gdyby nigdy nic. „Córeczko, musimy w tej sytuacji poważnie porozmawiać”. Jasna dupa! Zmieniłam nazwisko zaraz po tym, jak osiągnęłam pełnoletność, aby nigdy nie być z nim kojarzona, nie utrzymujemy kontaktu latami, a ten nagle wyjeżdża mi z „córeczką”.

Oczywiście, że było to podyktowane szokiem, jaki zafundował wszystkim mój brat – wolny duch, książę spieprzania sprzed ołtarza, uciekający pan młody rodem z taniej komedii romantycznej. Tamtego wieczoru liczyłam jednak, że ów szok potrwa u wszystkich na tyle długo, że zdążę spokojnie wrócić do domu, zaszyć się w pracy i udawać, że jestem zbyt zajęta, aby odebrać którykolwiek z miliona telefonów, maili i pewnie gołębi pocztowych, które szanowny wysyłałby do mnie w ilości przemysłowej.

Patrzę w lustro i widzę młodą kobietę. Kilka lat temu odebrałam dyplom, a od dwóch z powodzeniem rozkręcam własną klinikę. Kliniczkę. Nie ma fajerwerków, bo jako samodzielna psychoterapeutka, bez pleców w postaci rodziców w zawodzie albo rodziny lekarskiej ewentualnego męża, muszę sama budować swoją pozycję na rynku. Mam plan, dokładny, mam siły. Brakuje mi tylko funduszy, aby wszystko dopiąć i myśleć jedynie o rozwoju biznesu, niemniej nie jest źle. Kto w tym kraju zaczyna własną praktykę medyczną, musi posiadać stalowe jaja i nerwy, a ja, proszę państwa, mam oprócz tego jeszcze całkiem dobry zmysł do interesów. Jestem skupiona na sobie – sto procent mocy przerobowych ukierunkowanych na karierę i rozwój. I teraz to „córeczko, musimy porozmawiać”. Wkurzona rzucam ręcznik na podłogę. Oddycham głęboko, spokojnie odliczając od dziesięciu do zera. Przymykam oczy i czekam, aż fala wkurwienia ze mnie zejdzie.

Biorę kolejny ręcznik i okręcam go na swoich platynowych blond włosach jak turban. Wklepuję w twarz odrobinę kremu. Oczy mi błyszczą, a frustracja mimo wszystko podchodzi aż do gardła. Wkładam biały szlafrok i energicznie przewiązuję go w pasie.

Wychodzę z łazienki i mój nos atakuje zapach sosu bolońskiego. Diego szura garami w kuchni. Słyszę, że pogwizduje.

– Myłaś głowę? – pyta, wychylając się zza kuchennej wyspy.

Chryste, tuz intelektu!

– Nie, miałam bezpośredni lot z Indii do mojej łazienki – odpowiadam mu, jednocześnie siląc się na lekki, pojednawczy uśmiech.

Mój kochanek nie łapie żartu. Unosi brew i czeka, aż go oświecę. Nic z tego, nie mam sił na rozmowę z nim. W ogóle sama rozmowa nie wychodzi nam od kilku tygodni, a to znak, że nasz romans – jakże płomienny – dobiega końca. To zdrowa relacja, kilka tygodni zabawy, mnóstwo seksu, brak dialogu. Rozmowa jest czymś, co rokuje na przyszłość, a ten facet od dawna nie ma mi nic do powiedzenia, zresztą – od samego początku go o to nie podejrzewałam.

Świetny sportowiec, miał poważne szanse na mistrzostwach świata w lekkiej. Byli sponsorzy, a ministerstwo sportu przyznało mu swojego czasu nawet potężny grant na rozwój. Obozy szkoleniowe, treningowe. Całe jego życie kręciło się wokół treningów i sportu. Kiedy zbliżały się mistrzostwa, Diego nie miał jeszcze polskiego obywatelstwa, więc jego menedżer podobno poruszył niebo, ziemię, piekło i wszelkie urzędy, aby przyznać mu papierek i by mógł reprezentować kraj jako genialny młody talent. Miał zrobić karierę. Miał być tym, którego oglądamy na olimpiadach i za którego trzymamy kciuki, a on przywozi kolejne medale i puchary.

Chłopak z historią: syn emigrantów wychowany na łódzkich podwórkach. Dzieciak, który wyrósł z biedy i patogennego środowiska i przez swój talent stał się niesamowitym sportowcem. Zapowiadała się piękna kariera, jak z bajki, gotowy scenariusz na film.

Niestety Diego, mimo geniuszu sportowego, był też całkiem zwyczajnym życiowym półmózgiem. Jakiś kumpel mu powiedział, że skoro ma obywatelstwo i jutro jedzie na zgrupowanie przed odlotem na mistrzostwa świata, to ma cheat day. Uwierzył, że wolno mu wszystko: dragi, alko, fajki i węglowodany, że jest nietykalny. No i kretyn zapalił skręta, bo podobno musiał się wyluzować. Na dzień przed wylotem na imprezę, na której wszyscy są testowani na doping i dragi z każdej możliwej strony. Cheat day! Karierę szlag trafił. Czterdziestomilionowy naród zrobił zgodnie face­palm. Skandal ciągnął się przez kolejny rok. Sponsorzy się wycofali, a on jeszcze przez lata miał się tłumaczyć z nielegalnego posiadania zielska. I ministerstwo w odpowiedzi zaostrzyło regulacje antydopingowe i antynarkotykowe – regulacja imienia Diega! Tyle jego, że wystąpił w jednym talk-show jako gość, który rozczarował w chuj ludzi i nie do końca łapie dlaczego.

Dziś Diego jest trenerem personalnym w jednym z lepszych klubów w mieście. Ma wianuszek oddanych fanek. Prowadzi swój kanał na IG, YT i niedługo pewnie na Onlyfans, jeśli będzie mu się to kalkulowało. Facet bez zahamowań, z wątpliwym lub szczątkowym kręgosłupem moralnym. Upadła gwiazda sportu, ale nadal za takową się uważa.

Łączy nas jedynie zabawa. Chyba.

– Co gotujesz? – pytam.

– Sos boloński.

– Będziemy jeść makaron? – Patrzę na niego rozbawiona, z uniesioną brwią. Ten facet nie spożywa węglowodanów, bo to śmierć, kiła i mogiła.

– Wyglądasz na spiętą, chciałem ci poprawić humor – mruczy seksownie i podchodzi do mnie. Ma na sobie jasne dżinsy bez paska, które nisko opinają jego biodra. Idealnie wyrzeźbione ciało, każdy mięsień tak wyeksponowany, że można by się tu uczyć anatomii.

Nie mogę jednak oderwać wzroku od czarnego fartuszka, który założył na nagi tors. Głupiutki napis głosi, że właściciel „lubi dużo pieprzyć”.

Jeszcze siedem minut temu byłam przekonana, że muszę natychmiast z nim porozmawiać o zakończeniu tej zabawy w związek. Teraz jednak mam najwyższą ochotę zwyczajnie z tego faceta skorzystać.

– I zrobisz to samym makaronem? – Uśmiecham się zawadiacko, nie spuszczając wzroku z jego wesołych oczu. Jest mało inteligentny, zapatrzony w siebie, bywa bufonem i zupełnie do siebie nie pasujemy, ale seks z nim to czysty ogień.

– Nie. – Oddaje mi uśmiech i bez uprzedzenia całuje mnie mocno.

Ma kłujący kilkudniowy zarost, który uwielbiam czuć na swojej skórze. Niesamowicie dobrze całuje, teraz czuję od niego smak pasty pomidorowej i odrobiny wina. Unosi mnie i sadza na marmurowym blacie, tuż obok pustych puszek po passacie i nieotwartej jeszcze paczki makaronu.

Mruczę mu prosto w usta, domagając się coraz mocniejszej pieszczoty. Zanurzam palce w jego włosach i lekko przejeżdżam paznokciami po karku. Diegiem wstrząsa dreszcz. Rozchyla mój szlafrok, w którym wyszłam z łazienki. Na temat turbanu nic więcej nie mówi, sam spada z włosów na kuchenny blat.

Chcę mieć tego mężczyznę teraz, natychmiast, oczekiwanie w tym momencie jest prawie bolesne. Ściśle obejmuję go udami w pasie i czuję, jak ociera się o mnie biodrami. Sunie wargami tuż pod moim uchem i zjeżdża niżej, hacząc zębami delikatną skórę, a ja prawie odlatuję z nadmiaru bodźców. Ściska moje piersi, mocno, prawie boleśnie, bawi się kolczykami w sutkach Jestem bardziej niż gotowa.

– Zróbmy to, pieprz się ze mną – szepczę. Mój głos brzmi dziwnie wibrująco. Najwyraźniej nagła fala podniecenia ścisnęła mi też struny głosowe, a nie tylko umysł.

Ktoś dzwoni do drzwi. Diego zamiera. Mam ochotę go udusić. Ze zniecierpliwienia poruszam biodrami na blacie, ocierając się o jego erekcję. Jestem gotowa błagać o tego kutasa.

– Olej to – mruczę i odchylam się na tyle, że jestem w stanie zdjąć mu przez głowę głupiutki fartuszek i rozpiąć dżinsy.

Znów ktoś dzwoni. Dwa razy. Trzeci. Potem już się dobija, i to całkiem manualnie, bo wali pięścią o drewno.

Jestem wściekła.

– Szlag – syczę, zsuwając się z mebla. Jestem wkurzona tak na maksa.

– Może ja pójdę otworzyć? – proponuje mój czasem nad wyraz trzeźwo myślący kochanek. Pomysł wydaje mi się świetny. Może bym się jakoś bardziej nad tym zastanowiła, gdyby nie fakt, że ktoś o mało co nie wywala właśnie drzwi z futryny.

– Powiedz, że mnie nie ma. I nie będzie – warczę, zawiązując mocno szlafrok w pasie i osłaniając piersi. Wrażliwa skóra na sutkach praktycznie boli, gdy styka się z bawełną. Potrzebuję zaspokojenia seksualnego w biologicznym, czysto praktycznym sensie. Orgazm obniża poziom kortyzolu, a podbija ilość hormonów szczęścia, do tego reguluje ciśnienie, pracę serca, trenuje układ nerwowy. I istnieje spora szansa, że po szybkim numerku nie miałabym ochoty zamordować z zimną krwią tego, kto właśnie próbuje wyważyć mi drzwi.

Nalewam sobie szklankę soku pomarańczowego i słyszę, jak Diego podchodzi do wejścia. Głośny dźwięk znów się powtarza, a po chwili Diego coś mówi tym swoim seksownym basem. Obstawiam, że sąsiad ma kolejną sprawę niecierpiącą zwłoki albo znów policja szuka świadków jakiegoś włamu, a przy okazji odstrasza od siebie obywateli.

Słyszę jednak…

Szamotaninę? Najpierw podniesiony ton, potem warknięcia. Ewidentne użycie siły, obcy męski głos krzyczy przekleństwa.

Diego wpada do kuchni zalany krwią. Nie wierzę w to, co widzę. Z nagiego torsu mojego kochanka cieknie krew, on sam zasłania twarz dłonią.

– Pani Blanka Orłowska? – pyta mnie jakiś facet, wchodząc do mojej kuchni jak do siebie.

Jestem w szoku i z wrażenia nie mogę zamknąć ust. Szklanka soku wypada mi z ręki i rozbija się na panelach.

Obcy ma na polówce marynarkę w kolorową pepitkę, na jego ręku widzę gigantyczny zegarek. Do tego nie pokusił się nawet, żeby zdjąć z twarzy lustrzane raybany. Pozer, ktoś bez reputacji, ale właśnie chce na nią zapracować. Za nim wchodzi jeszcze jeden, ubrany legitnie, w dresik adidasa, swojski koleś ze Śródmieścia. Jestem pewna, że widzę ich pierwszy raz w życiu. Robi mi się niedobrze, kiedy na nich patrzę. Zaciskam dłoń w pięść i boję się ruszyć, aby nie prowokować ataku.

Dresiarz żuje gumę, mlaszcząc, i bezczelnie oblepia mnie wzrokiem.

– Nie – odpowiadam, unosząc głowę. Nie będzie byle obijmorda przypominała mi nazwiska, którego pozbyłam się w sposób urzędowy. Blanka Orłowska nie żyje, nie istnieje, wycięłam ją z chirurgiczną precyzją.

Diego pluje nad zlewem i stara się wsadzić pół twarzy pod strumień zimnej wody. Do tego przeklina wyjątkowo głośno i brzydko. Za głośno. Drażni tym ludzi, którzy rozkwasili mu nos magazynkiem pistoletu. Powinnam mu pomóc, facet jest zdenerwowany, nie chcę jednak niepotrzebnego zamieszania; kiedy masz w domu jadowitą żmiję, nie spuszczasz jej z oka choćby na sekundę.

– Czemu zawdzięczam tę wizytę?

– Pójdzie pani z nami.

– Chyba śnisz, synek. Wiesz właściwie, jak bardzo masz przejebane w tym momencie? – syczę, udając wściekłość i zarazem pewność siebie. Jak Agnieszka Dygant u Vegi! Dajcie mi piłę, przerżnę skurwielowi kolana.

Diego sapie. Widzę, że coś w nim buzuje. Siłowniany samiec alfa chyba zrozumiał, że nie może poddać tej walki. Prosty rachunek zysków i strat oraz jedyny możliwy wynik tych rozmyślań: jego ego nie może ucierpieć. Rzuca się na nich, ale ubiega go dresiarz. Podcina i popycha Diega tak, że ten głową mocno przydzwania w gotujący się sos boloński.

– Nalegam jednak – mówi typ w marynarce.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Lemmy Kilmister – brytyjski piosenkarz, autor tekstów i muzyk.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz