Księżna Mediolanu. Dzieje Izabeli Aragońskiej, matki królowej Bony - Renata Czarnecka - darmowy ebook + audiobook

Księżna Mediolanu. Dzieje Izabeli Aragońskiej, matki królowej Bony ebook

Renata Czarnecka

4,0

Opis

XV-wieczny Mediolan — czasy Ludwika Sforzy, wojen włoskich i dzieł Leonarda da Vinci.

W 1489 roku Gian Galeazzo Sforza po raz pierwszy spotyka się z poślubioną per procura Izabelą Aragońską, wnuczką króla Neapolu. Młody książę Mediolanu z trudnością ukrywa rozczarowanie urodą małżonki. Nie bez znaczenia jest jednak posag panny młodej — niebagatelna suma stu tysięcy złotych dukatów. Izabela, nieświadoma niechęci męża, pragnie go pokochać i być dobrą żoną, ale zamiast oczekiwanej miłości poznaje smak upokorzenia i zdrady. Z czasem odkrywa także niepokojące tajemnice rodu swego małżonka.

Faktyczną władzę w Mediolanie sprawuje bowiem Ludwik Sforza, usuwając w cień swego bratanka Giana Galeazza. Do walki z regentem młoda księżna staje pozbawiona wsparcia męża. Charakter Izabeli hartuje się w walce z przeciwnościami, ale czy samotna kobieta zdoła zapewnić swym dzieciom należną im schedę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 624

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (25 ocen)
10
9
3
3
0

Popularność




Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© RICHARD JENKINS
Redakcja
MAG USŁUGI WYDAWNICZE
Korekta
JOANNA RODKIEWICZ
Skład
JAROSŁAW DANIELAK
Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-245-8184-9
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
SŁOWO WSTĘPNE

Gromadząc materiały do dziejów Bony Sforzy d’Aragona, naszej polskiej królowej, odkryłam dzieje jej matki, Izabeli Aragońskiej, wnuczki i córki królów Neapolu, późniejszej księżnej Mediolanu. Jej postać bardzo mnie zafascynowała. Uznałam, że muszę opowiedzieć o niej w odrębnym tomie.

Izabela Aragońska była typową kobietą renesansu, wykształconą, świadomą znaczenia swego rodu i roli kobiety w tym rodzie. Wiedziała, że jej małżeństwo z księciem Mediolanu Gianem Galeazzem Sforzą jest związkiem czysto politycznym. Miała to szczęście, że trafiała na człowieka w jej wieku, do tego bardzo przystojnego. Zakochała się w nim. Zdaje się jednak, że bez wzajemności. Trudny to był związek, niełatwo było mi pokazać, co tak naprawdę łączyło małżonków. Z jej strony na pewno była to miłość, szczera i gorąca. A z jego? Gdyby ją kochał, być może miłość otworzyłaby mu oczy na występki jego stryja, a wuja Izabeli, Ludwika Sforzy, zwanego Moro. W tym małżeństwie Izabela nie miała sprzymierzeńców, a sytuacja polityczna w Europie bardzo pogorszyła jej położenie. Wojny włoskie, które rozegrały się na terenie Italii w latach 1494–1559, a których celem było podbicie Królestwa Neapolu, potem także Księstwa Mediolanu, skończyły się dla Izabeli niefortunnie. Na zawsze utraciła Księstwo Mediolanu, choć później czyniła starania, by posadzić na jego tronie Bonę. Mimo tylu tragedii, jakie ją spotykały przez lata małżeństwa, a potem wdowieństwa, nic, żadne przeciwności losu jej nie złamały, lecz czyniły jeszcze bardziej zdeterminowaną i twardą w dążeniu do celu. A tym celem było zapewnienie jej jedynemu dziecku – Bonie, przyszłości godnej rodu Aragonów i Sforzów. Ale o tym już w części drugiej.

ROZDZIAŁ 1
PODRÓŻ DO KRAINY SZCZĘŚCIA

Wzburzone wody Morza Tyrreńskiego szarpały sześcioma galerami, które resztkami sił próbowały trzymać się blisko siebie i choć osłabione walką z żywiołem, uparcie dążyły do celu, jakim był port w Genui. Ulewne deszcze chłoszczące statki od czoła i silne wiatry nie dawały za wygraną. Zła pogoda jakby się sprzeciwiała matrymonialnym planom neapolitańskich Aragonów i mediolańskich Sforzów. Wilgoć i zimno przenikały kajutę, w której jedynie kilka latarni dawało znikome ciepło i rozświetlało to ponure miejsce. Na niewiele się zdały miękkie kobierce i niedźwiedzie skóry, którymi wyłożono ściany i podłogę. Z kąta kajuty dochodziło pochlipywanie, wydobywał się stamtąd tłumiony szloch i zaraz rozniósł się drżący kobiecy głos:

– Poślij po signora Hermesa Sforzę.

Kobieca postać, kołysząc się w rytm szalejącego morza, weszła w bijący od latarni blask światła, który rozświetlił jej zmęczoną twarz i czerwienią zabarwił oklapnięte od wilgoci włosy. Zbliżyła się do łóżka, z którego wydobyły się owe żałosne dźwięki.

– Najjaśniejsza pani – odezwała się z troską księżna Eleonora Amalfi.

Spod niedźwiedziej skóry błysnęły oczy pełne łez. Izabela Aragońska, córka księcia Kalabrii Alfonsa i wnuczka króla Neapolu Ferdynanda, drżała z zimna, szczękała zębami i pociągała nosem. Z rozpaczą wpatrywała się w swoją damę dworu, która towarzyszyła jej w tej morderczej podróży. Księżna Amalfi chciała powiedzieć jakieś pocieszające słowa, gdy Izabela stanowczo rozkazała:

– Idź po niego, nie zwlekaj! Muszę z nim mówić.

Dama narzuciła na głowę obramowany futrem kaptur i pchnęła drzwi kajuty. Natychmiast deszcz i wiatr wdarły się do środka, potęgując chłód. Przez tę chwilę, podczas której Izabela oczekiwała na przybycie signora Sforzy, przez jej głowę przewinęły się świeże jeszcze obrazy.

Osiemnaście dni temu, trzydziestego grudnia tysiąc czterysta osiemdziesiątego ósmego roku, przy niezłej pogodzie, księżniczka z uśmiechem wchodziła na pokład statku, który cumował w Zatoce Neapolitańskiej. W sercu unosiła miłe wspomnienia, w uszach nieustannie pobrzmiewała wesoła muzyka z Castel Capuano, siedziby jej ojca, księcia Kalabrii. Przed oczami roiły się obrazy radosnych zabaw i turniejów z okazji jej ślubu per procura. Tylko wspomnienie śmierci jej matki, Hipolity Sforzy, w upalny sierpniowy dzień, powracało w jej pamięci, powodując chwilę zadumy i na krótko wypierając z serca radość. Opuszczała rodzinny dom otoczona licznym orszakiem i zbytkiem. Pięć towarzyszących jej galer unosiło na pokładzie damy dworu, karlice i służbę, sprzęty i pierwszą ratę posagu młodej księżnej Mediolanu – osiemnaście tysięcy złotych dukatów ukrytych w ogromnych kutych skrzyniach. Zabierała ze sobą nie tylko wspomnienia, lecz także coś bardziej cennego – portret młodzieńca o złocistych włosach i melancholijnym spojrzeniu błękitnych oczu. Konterfekt młodego księcia Mediolanu Giana Galeazza Sforzy przywiózł na dwór neapolitański Agostino Calco, dworzanin Ludwika Sforzy, księcia Bari. Gdy ujrzała podobiznę przyszłego męża, od pierwszej chwili zakochała się w nim bez pamięci i przysięgła sobie, że uczyni wszystko, by i on pokochał ją równie gorąco. Postawiła portret na stoliku i każdego dnia podróży z miłością się w niego wpatrywała. Dolegliwości związane z chorobą morską i przenikliwym zimnem osładzała jej jedynie myśl o tym młodzieńcu, który czeka na nią gdzieś tam, na północy Italii, i zapewne niecierpliwi się każdym dniem zwłoki. Znosiła niewygody z zaciśniętymi zębami, nabierając sił podczas krótkich nielicznych postojów na lądzie. Od kilku dni podróży na morzu czuła się coraz gorzej. Wycieńczona torsjami i zimnem już nawet nie miała siły podnieść się z łóżka.

Deszcz znowu zaciął i wicher wbił się niczym klin w kajutę, zgasił jedną z latarni kołyszących się pod sufitem. Kajuta pogrążyła się w mroku rozpraszanym jedyną świecą, której światło odbiło się od poczerwieniałej z zimna twarzy Hermesa Sforzy. Młodzieniec rozejrzał się po kajucie i zatrzymał spojrzenie na łóżku, w którym tkwiła żona jego starszego brata, Giana Galeazza. Zbliżył się do niej i skłonił. Kosmyki brązowych włosów opadły mu na oczy, a gdy się prostował, jego cień spowił ją jeszcze większym mrokiem. Izabela skuliła się w sobie i bardziej naciągnęła na siebie niedźwiedzie futro.

– Signore, każ dobić do najbliższego portu. Muszę nabrać sił do dalszej drogi. Jestem wycieńczona, potrzebuję odpoczynku. – Jej głos zabrzmiał żałośnie, jak błagalna prośba. Była pewna, że markiz Tortony spełni jej życzenie.

– Najbliższy port jest w Genui. Nic nie może wstrzymać dalszej podróży – odparł zdecydowanie.

– Nie może? Jestem, panie, pod twoją opieką. Twoim obowiązkiem jest mi służyć i słuchać mych rozkazów.

Ta zuchwałość go rozbawiła, gdyż uśmiech przemknął przez jego posiniałe z zimna usta, ale wnet jego oblicze ochłodło i powiedział głosem cierpkim i stanowczym:

– Jestem pod komendą księcia Ludwika Sforzy, nie twoją, pani.

Patrzyła na jego mokre od deszczu włosy, na czoło, po którym spływały strugi wody, na przemoczone odzienie. W jego szarych oczach zobaczyła upór. Zastanawiała się, czy jego brat Gian Galeazzo jest równie nieustępliwy? Być może, ale z pewnością Hermes nie jest tak piękny jak książę Mediolanu.

– Przetrzymałaś, donno Izabelo, wiele dni podróży – powiedział na osłodę.

– Mordęgi – poprawiła go.

Zbył milczeniem tę uwagę i oświadczył:

– Jutro dopłyniemy do Genui. Musisz, pani, być cierpliwa.

– Czyż jestem za mało cierpliwa? Po raz pierwszy uskarżam się na swoje położenie i nie proszę o nic więcej jak tylko o kilka dni odpoczynku.

Jej głos złagodniał, już nie rozkazywała, lecz prosiła. Była bezsilna, krucha i zdana na niego. Uznała, że łagodnością więcej wskóra niż stanowczością. Na chwilę oczy Hermesa się ociepliły, ale rzekł stanowczo:

– Będzie, jak postanowiłem.

Nie czekał na pozwolenie odejścia. Skłonił się i opuścił kajutę.

– Zapal świece, Eleonoro, chcę, by tu było jasno jak za dnia – powiedziała Izabela do księżnej Amalfi, która wślizgnęła się do izby tuż za markizem Tortony, uciekając przed przenikliwym zimnem.

Chwilę potem mocne światło rozproszyło mrok i teraz widać było nędzne wyposażenie kajuty, w której podróżowała księżniczka Kalabrii i wnuczka króla Neapolu. Zaledwie łóżko, stół i kilka zydli wypełniało tę klitkę. Po kątach ustawiono skrzynie z garderobą neapolitanki.

– Signor Hermes zapewnia, że jutro dotrzemy do Genui – powiedziała Izabela.

– O tak, pani. On wie, co mówi. A więc trzeba się cieszyć, nie płakać, nasza niedola dobiega końca – powiedziała dama dworu.

– Tylko jak znieść kolejną noc na wzburzonym morzu – odparła Aragonka, nie oczekując odpowiedzi, po czym, jakby wyrwana z letargu, spojrzała na księżnę i wyciągnęła do niej dłonie.

– Usiądź przy mnie.

Dama usiadła na brzegu łóżka, a wtedy Izabela wtuliła się w nią i poczuła bijące od niej ciepło. Woń fiołków, jaką roztaczała skóra i szaty księżnej Amalfi, przywołała miłe wspomnienia, ciepło słońca, lazur neapolitańskiego nieba i letni wiatr, który nie chłostał zimnem, lecz przyjemną rześkością rozpraszał gorąco. Zatęskniła za tym wszystkim, co zostało daleko za nią i odtąd stanowiło przeszłość, do której nie będzie powrotu.

– Tak bardzo tęsknię za słońcem, moja droga Eleonoro – powiedziała cicho Izabela. Jej głos zabrzmiał jak żałosna skarga. Dni na morzu przygasiły w niej radość i entuzjazm, z jakimi opuszczała rodzinny dom, by wyruszyć na spotkanie z księciem Gianem Galeazzem. Księżna Amalfi rzekła jej na pociechę:

– Pomyśl, pani, jak wiele słonecznych poranków czeka cię w Mediolanie, gdy będziesz budzić się w ramionach twego męża.

Wzrok Izabeli pobiegł w stronę konterfektu, jakby wizerunek małżonka był dla niej najmilszą osłodą. Jednak tym razem coś zmąciło ten idealny obraz młodzieńca. Księżna Mediolanu odsunęła się od damy dworu i spoglądając na nią, spytała:

– Sądzisz, że w istocie jest tak piękny jak na tym obrazie?

– Dlaczegóż by nie? – odparła Eleonora ze zdziwieniem.

– A może to ręce mistrza nadały jego obliczu tak czarujący wyraz? Może w rzeczywistości jest odpychający i brzydki? Nawet szkaradny.

– Po cóż miałby to robić, na Boga? – Księżna Amalfi była wyraźnie rozbawiona uwagą swej pani i nie mogła powstrzymać śmiechu.

– Każdy woli pokazać się z lepszej strony – oświadczyła Izabela bez namysłu.

– W to nie wątpię, lecz czy wtedy twoje uczucie do księcia, by ochłodło?

Izabela zamyśliła się, po czym rzekła:

– Zostaliśmy zaręczeni w dzieciństwie, gdy miałam ledwie rok. Zdaje mi się, że od najmłodszych lat zaszczepiano we mnie uczucie do niego, a szacunek dla księcia i ciekawość jego osoby rosły z każdym rokiem. Gdy przywieziono mi jego podobiznę, jeszcze bardziej go pokochałam. A może mi się zdaje? Może to tylko zauroczenie?

– Pani, będziesz to wiedzieć, gdy go ujrzysz. Jeśli twoje serce zabije mocniej w chwili waszego spotkania, wtedy nie będziesz już miała żadnych wątpliwości, że to miłość.

– A czy jego serce dla mnie zabije mocniej? – spytała.

– Jestem tego pewna, jak i tego, że czeka cię pomyślna przyszłość u boku twego małżonka. Zważ, że wielkim orędownikiem twojego mariażu z księciem Gianem Galeazzem był twój wuj, messer Ludwik. Czyż nie rokuje to najlepiej waszemu związkowi?

– Ludwik nie zrobił tego bezinteresownie, a gdy dostał to, czego chciał, dość długo odwlekał uroczystości ślubne – zauważyła Izabela. – I tylko stanowczość mojego dziadka zmusiła go do wypełnienia złożonej mu obietnicy. W tym roku skończę dziewiętnaście lat, to chyba najwyższa pora, by wyjść za mąż.

– Co do tego muszę się zgodzić z tobą, pani, lecz należy wierzyć, że messer Ludwikowi przyświecały czyste intencje.

– Tak. Ale jakiekolwiek by one były, teraz to nie ma znaczenia. Jestem żoną tego, który był mi przeznaczony. Nikt i nic tego nie odmieni – rzekła z dumą.

Statek kołysał się rytmicznie, a rozmowa coraz bardziej męczyła Izabelę, w końcu księżna usnęła. Eleonora, także wycieńczona podróżą, zwiesiła głowę i pogrążyła się w drzemce.

Skrzypnęły drzwi, budząc księżnę Amalfi oraz Izabelę. Do kajuty wlał się potok światła, a w jego blasku stanęła hrabina Potenzy, za którą wślizgnęło się kilka dam dworu.

– Wkrótce dobijemy do Genui – oznajmiła hrabina. – Signor Sforza prosi, by najjaśniejsza pani przygotowała się do spotkania z gubernatorem, który pragnie cię powitać.

Tak jej dobrze było w tych pieleszach. Gdy wysunęła ramię spod ciepłych futer, natychmiast przeniknął ją chłód. Pragnęła, by statek jak najszybciej zawinął do portu. Pocieszała ją myśl, że ostatni odcinek drogi będzie przemierzać lądem. Wyszła z łóżka, zimno przeniknęło każdą część jej ciała. Damy dworu zaczęły ubierać swą panią. Skostniałe ciało znikało pod kolejnymi ubiorami, a z każdą nową warstwą robiło jej się cieplej. Aksamity i jedwabie otulały ją miłą pieszczotą. Duże bufiaste rękawy ozdobione złocistymi tasiemkami i szeroka spódnica powodowały, że postać Izabeli zdała się tonąć w miękkich tkaninach. Damy dworu szybko dostrzegły, że suknia na niej źle leży. Przez tę męczącą i przeciągającą się podróż na morzu Izabela bardzo schudła. Poprosiła o lustro swą ulubioną karlicę, Dolores. Pucołowata dwunastolatka o włosach białych jak śnieg natychmiast podbiegła do skrzyni. Wesołością i ciętym językiem karlica zyskała sobie sympatię swej pani. Nie pozwoliła nikomu zająć swego miejsca, o które walczyła, odkąd pojawiła się w Neapolu kilka lat temu. Uwielbiała figle, potrafiła ładnie grać na mandoli, ale głosu do śpiewu nie miała. Dolores wyciągnęła owalne zwierciadło i podała je Izabeli. Po drugiej stronie lustra spoglądały na nią wyblakłe, pozbawione blasku źrenice. Jej cera była szara, oczy podkrążone, jakby od wielu dni nie zaznały snu. Nawet klejnoty, jakimi była obwieszona, nie potrafiły wydobyć z niej choćby iskry blasku. Na kwadratowym dekolcie sukni obramowanym niebieskim aksamitem lśniły perły. W związku z zejściem na ląd ubrano ją w jedną z najkosztowniejszych sukien, której ciężar ją przytłaczał. Jej włosy kołysały się swobodnie, a czoło przepasała złota opaska wysadzana białymi perłami.

– I taką ma mnie ujrzeć mój małżonek? – rzekła zniechęcona.

– Najjaśniejsza pani, cynober[1] ociepli twarz, nada kolor bladym policzkom – przekonywała ją hrabina Potenzy, która sięgnęła do skrzyni po puzdro z barwnikiem.

Izabela nie oponowała. Gotowa była zrobić wszystko, byle jej małżonek ujrzał ją w korzystniejszym świetle. Choć czuła się bardzo słaba, usiadła na łóżku i oddała się w ręce swej damy dworu. Poczuła zimne palce hrabiny rozcierające barwnik na policzkach. Constanza de Cardona, hrabina Potenzy, dobiegała czterdziestki, lecz mimo niemłodego już wieku ubierała się w jasne suknie i obwieszała klejnotami, pragnąc podobać się mężczyznom. Pierwsze siwe nitki srebrzyły jej skronie. Szare wyłupiaste oczy nadawały jej twarzy wyraz nieustannego zdziwienia.

Hrabina skończyła upiększać księżnę Mediolanu. Chwilę potem Izabela z ulgą wtuliła głowę w miękkie poduszki.

– Obudźcie mnie, gdy zawiniemy do portu – powiedziała.

W tym momencie wniesiono sute śniadanie, na które księżna Mediolanu spojrzała z niechęcią. Zapach suszonych ryb podrażnił nozdrza nieprzyjemną wonią.

– Zabierzcie to! Nie jestem w stanie przełknąć ani kęsa, dopóki nie stanę na lądzie – rozkazała.

Słudzy oddalili się posłusznie. Tymczasem znowu zmorzył ją sen. Nie miała siły przed nim się bronić. Eleonora, widząc skuloną postać Izabeli, podeszła do niej i nakryła ją białym futrem, po czym odprawiła damy dworu i poradziła hrabinie Potenzy:

– I ty, pani, skorzystaj z tego czasu, by chwilę odpocząć. Ja zostanę przy jej wysokości.

Hrabina spojrzała w stronę Izabeli Aragońskiej, westchnęła ciężko i wyszeptała:

– Żal mi jej.

– Niepotrzebnie – skwitowała księżna Amalfi. – Gdy podróż dobiegnie końca, szybko stanie na nogi, zobaczysz, pani. W imię miłości do męża gotowa jest na każdą ofiarę.

– Co, mam nadzieję, książę Mediolanu doceni – powiedziała Constanza.

Te słowa zaniepokoiły księżnę Amalfi, jakby kryło się pod nimi głębsze znaczenie. Podeszła do hrabiny i ująwszy ją pod ramię, wraz z nią się oddaliła.

– Wątpisz w miłość księcia do naszej pani? – spytała Eleonora.

– Nie, księżno. Ale czemuż od dnia, gdy opuściłyśmy Neapol, słyszę chichot za plecami? Gdy pada imię księcia Giana Galeazza, ironiczne uśmieszki przemykają po twarzach dworaków księcia Bari, a gdy pada imię messer Ludwika, ich oblicza bledną.

Eleonora zamarła. Oblał ją zimny pot. Zmarszczyła brwi w wielkim niepokoju i rzekła szeptem:

– Czyżby książę Mediolanu miał kochankę? Jak to możliwe, że szpiedzy króla Ferdynanda nie donieśli mu o tym? – rzekła Eleonora.

– Nic mi o tym nie wiadomo, pani – odparła hrabina. – Ale jeśli tak jest w istocie, należy zażądać jej odprawienia.

– Tak się stanie – powiedziała księżna Amalfi. – Lecz o tym nikomu ani słowa.

Wkrótce się rozstały, lecz Eleonora nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nieustannie rozpamiętywała słowa Constanzy. A jeśli to inna kobieta była przyczyną zwłoki ze strony Giana Galeazza, by dopełnił warunków ślubnego kontraktu zawartego jeszcze przez jego ojca, Galeazza, a potem po jego śmierci odnowionego przez stryja Ludwika Sforzę? Może to rozwiązłe życie młodego księcia jest powodem rozbawienia dworaków? I tylko biedna księżna Izabela nic nie wie o jego poczynaniach. Gdy mediolańczycy przybyli po Izabelę, Eleonora dyskretnie, ale bacznie im się przypatrywała. Już tam, w Neapolu, zdawało jej się, że gonią ją prześmiewcze głosy, że widzi pełne rozbawienia spojrzenia dworzan. Cała ta swawolna gromada doskonale bawiła się przez kilka tygodni pobytu w Neapolu, nie skąpiąc sobie najlepszych win i jadła, uwodząc damy neapolitańskiego dworu prawie na oczach ich mężów. Czyż młody książę mógłby zachowywać się inaczej? Czyż małżeństwo z Izabelą Aragońską zdoła stępić ową swawolę? Czy dla małżonki Gian Galeazzo porzuci złe przyzwyczajenia, nieszkodliwe miłostki, do których jako władca ma prawo, lecz które jednocześnie zabolą jego żonę? Przyjdzie czas, by także o tym pomyśleć i znaleźć rozwiązanie – postanowiła.

Przez noc pogoda się zmieniła. Wiatr się uspokoił, a niebo przetarło. Galera łagodnie kołysała się w rytm morskich fal, kierując się ku Genui. Już z oddali oczom podróżników ukazały się górujące nad miastem kopuły kościołów i masywna sylwetka uniwersytetu. W porcie unosiły się na wodzie przycumowane statki, a na brzegu uwijali żeglarze i rybacy. Izabela wytężyła wzrok i dostrzegła barwny orszak spoglądający w jej stronę. Pośród tych ludzi miała ujrzeć swego małżonka. Patrzyła w dal wyraźnie podekscytowana. Czuła, jak policzki czerwienieją jej z emocji. Po niedawnej słabości spowodowanej ciężką podróżą nie było śladu. Wstąpiła w nią siła, jakiej nie odczuła od chwili, gdy weszła na pokład galery. Teraz pewnym krokiem zeszła na ląd, prowadzona przez szwagra Hermesa Sforzę oraz kilkunastu mediolańskich szlachciców z najlepszych rodzin i otoczona własnym licznym dworem. Przebiegła wzrokiem po oczekujących na nią panach, a jej oczy coraz bardziej nerwowo skakały po ich twarzach w poszukiwaniu tego jedynego, jej męża, księcia Giana Galeazza. Żaden z nich nie był do niego podobny, w jej duszę wstąpiły niepewność i rozterki. Może jego portret tak bardzo odbiega od prawdziwego wizerunku, że nie potrafi go rozpoznać? Dlaczegóż jej serce przepełnione miłością do męża nie wskazało jej ukochanego? A może małżonek umyślnie skrył się pośród tych ludzi, by jej się przyjrzeć z boku? Świta księżnej się zatrzymała, dalej Izabela szła sama, z głową uniesioną dumnie i z wyniosłym spojrzeniem. Gdy stanęła, lekki uśmiech ozdobił jej twarz, a pierwsze wrażenie nieprzystępności znikło. Dostojnicy ubrani w połyskujące szaty i z przypasanymi mieczami ukłonili się księżnej. Naraz spośród nich wysunął się naprzód młody mężczyzna w szatach z zielonego aksamitu podbitego gronostajowym futrem. Skłonił się Izabeli i przemówił:

[...]

Przypisy
[1] Chiński barwnik używany jako róż do policzków.