Księga ras. Tom II. Bastion Gliwice - Joanna Stańczyk - ebook

Księga ras. Tom II. Bastion Gliwice ebook

Joanna Stańczyk

4,3
17,90 zł

lub
Opis

Zagadkowa śmierć Czesława Myrki w pożarze mieszkania na gliwickim osiedlu skupia uwagę Inkwizycji na mieście, które do tej pory było poza orbitą ich zainteresowania. Śledztwo prowadzone przez Śląski Pułk IHP nie przynosi rozwiązania sprawy, a zamiast odpowiedzi pojawiają się kolejne pytania. Kapituła Inkwizycji, tajne służby Watykanu, potężna międzynarodowa spółka i pracownicy Śląskiego Pułku krążą nad miastem jak sępy nad padliną, próbując nie dopuścić do katastrofy. Każdy z graczy ma inny punkt widzenia i wydaje się, że nikt nie ma pewności, o co tak naprawdę gra przeciwnik. Inkwizycja usiłuje pozyskać egzemplarz stuprocentowego człowieka, wyhodować czystą linię i raz na zawsze rozwiązać problem potworów. Watykan, który powinien mieć te same cele i przynajmniej nie przeszkadzać, z niezrozumiałych powodów utrudnia prowadzenie dochodzenia. W Gliwicach pojawiają się przedstawiciele papieża… Magiczni rozumieją, że sukces Inkwizycji, oznacza ich zagładę i zrobią wszystko, by do tego nie dopuścić, a potwory chcą po prostu przeżyć. Ale w jednej sprawie, wszyscy są zgodni. Kiedy trzeba ratować miliony: ludzi, magicznych czy potwory, śmierć jednostki nie ma żadnego znaczenia. Warto poświęcić jedno życie, by uratować świat…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 220

Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0



Joanna Stańczyk

Księga rasTOM II Bastion Gliwice

Ilustracje Kamil Ćwieląg

ISBN: 978-83-951761-1-1

https://www.facebook.com/KsiegaRas/
Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.
Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!
Kontaktwww.rozpisani.plinfo@rozpisani.pl

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

PROLOG

Watykan, Dom Świętej Marty

1 września

Poranek nad Rzymem wstał ponury i mglisty. Papież rozpoczynał dzień od mszy, ale teraz, po dziewiątej, był już po śniadaniu i miał za sobą pierwsze w tym dniu spotkanie. Jego grafik zaplanowano godzina po godzinie i zwykle sprawiało mu przyjemność odhaczanie kolejnych pozycji w kalendarzu.

Dzisiaj plan dnia przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

Jan Paweł III siedział przy wysłużonym biurku w małym prywatnym gabinecie w Domu Świętej Marty. Blat niemal całkowicie zawalony był papierami, ale uwagę mężczyzny w pełni pochłaniał jeden krótki raport. Ponad godzinę temu przyniósł go biskup Luigi Albani, podsekretarz stanu. Papież drżącymi palcami obracał kartkę w dłoniach, jakby dało się wyczytać z niej coś więcej niż te kilka krótkich zdań.

Kolejne lata jego pontyfikatu przemijały, nie odcisnąwszy żadnego trwałego śladu, i powoli nabierał pewności, że jego wielki poprzednik jednak się pomylił. Może uda mu się dotrwać do końca drogi, nie postawiwszy fałszywego kroku, i ten ciężar, pod którym zginał kark każdego dnia, spadnie na barki jego następcy?

Biskup Albani, młody, bo zaledwie czterdziestoletni, szef jednostki, nie okazał zaskoczenia ani strachu.

– To oznacza uruchomienie procedur, Wasza Świątobliwość – zakomunikował spokojnie.

A więc jednak Polak miał rację. Wszelkie działania, które podejmowali kolejni papieże przez ostatnie dziesięciolecia, prowadziły ich do tego dnia.

I nikt poza Bogiem nie miał pojęcia, jaki będzie ich finał.

*

Wszystko zmieniło się 13 maja 1981 roku. Zamach na pierwszego od wieków papieża spoza Włoch doprowadził do przebudowy układu sił, który do tej pory pozostawał w stanie delikatnej równowagi.

Stare włoskie rody, związane z inkwizycją, wydawały się rozumieć, że za działaniami IHP i decyzją o zamachu kryła się rozsądna kalkulacja. Ale nawet one burzyły się przeciwko podniesieniu ręki na biskupa Rzymu. Największa zmiana dokonała się w samym Ojcu Świętym. Po tym, jak prawie stracił życie, przestał otwarcie podważać zasadność istnienia inkwizycji i przesyłania miliardowych przelewów, które wpływały na konto tej organizacji.

Wszystkim, również jemu, wydawało się, że papież się poddał, że zapanował nad nim strach. Ograniczył się do drobnych złośliwości w stosunku do IHP, opóźniał wypłaty i żądał, by przedstawiano mu kolejne sprawozdania i raporty z działań inkwizycji.

Dopiero kiedy sam zasiadł na Tronie Piotrowym, zrozumiał, jak bardzo się pomylił. To wszystko, co tak skutecznie utrudniało czarnym życie, było jedynie zasłoną dymną, za którą Polak się ukrył.

Po zamachu, przez kolejne dwadzieścia cztery lata swojego pontyfikatu, polaczek, jak pogardliwie nazywali go oponenci, stopniowo odtwarzał struktury, które przestały istnieć wraz z końcem Państwa Kościelnego w 1870 roku.

Towarzystwo Jezusowe, Święte Przymierze, Centro d’informazione pro Deo dominikanina Morliona i SIV, czyli Watykańska Służba Informacyjna, powołana do życia w trakcie drugiej wojny światowej – jego poprzednik zebrał wszystkie okruchy i ułożył je jak puzzle w nowy obraz. Efektem tej pracy była jednostka – odrodzone służby wywiadowcze Watykanu, tak głęboko ukryte, że niektórzy teoretycy ciągle wątpili w ich istnienie. Agenci Polaka po raz pierwszy od wieków zinfiltrowali struktury IHP. Okazało się to dziecinnie proste. Organizacja, która cały wysiłek wkładała w ukrycie się i nieujawnianie swojej działalności na zewnątrz, była bezbronna, kiedy szpiedzy uderzyli od środka. Nie liczyło się to, co inkwizycja przekazywała niechętnie Watykanowi w wymuszonych sprawozdaniach. Wartość miały informacje zdobywane przez agentów umiejscowionych na różnych szczeblach IHP. Papież w swoich wytycznych nie określił dokładnie, czego mają szukać.

– Zaczęło się – powiedział – zegar już tyka. Będziecie wiedzieć, kiedy na to traficie, chociaż może przyjdzie nam czekać całe lata…

Tym sposobem Watykan wkroczył na drogę, z której nie było odwrotu. Wiedzieli, że w ciągu tysiącleci Kościół katolicki wielokrotnie zbłądził, ale nie mogli zmienić przeszłości. Pozostawała kwestia przyszłości, o ile Bóg da, ciągle nieprzesądzonej.

On i jego następcy, jeśli prawdziwie wierzyli, mogli tylko się modlić, by nie popełnić więcej błędów.

*

Polak miał rację. Kiedy to się już wydarzyło, nie było miejsca na wątpliwości. Można się było jedynie dziwić, że czarni dostrzegli tylko fragment, mały wycinek, nie obejmując całości.

Trzymał w rękach raport informujący, że do Centralnego Laboratorium IHP w Tuluzie dotarła nieoznaczona próbka. Przy jej badaniu zastosowano znacznik ludzkiego subgenotypu. Oznaczenie wykazało 100%.

Informacja, na którą czekali od lat, w końcu wypłynęła, a on poczuł się tak, jakby zimne ostrze topora dotknęło jego karku. Wszystkie dotychczasowe problemy przestały mieć znaczenie. Czuł nadchodzący przełom, bo idee uznawane za uniwersalne zużyły się ostatecznie jak sparciała szmata. W miarę upływu czasu rosła nadzieja, że może jakoś się z tego wywinie. Może uda się jeszcze przez dziesięć, dwadzieścia lat? Jak mógł być tak naiwny? W bombie odpalonej w osiemdziesiątym trzecim roku lont właśnie się dopalał.

Biskup Albani miał rację. Czas wyciągnąć tajne instrukcje. Dokładnie sto lat po objawieniach fatimskich, które takim sentymentem darzył jego wielki imiennik, nadszedł koniec istniejącego porządku.

Poczuł się kompletnie bezradny.

Wtedy w jego głowie pojawiło się skojarzenie. W tym wszystkim było coś, co dawało cień nadziei. Argument był zupełnie irracjonalny i pozbawiony logiki. Wczepił się jednak w jego umysł i nie chciał odpuścić. Próbka pochodziła z Polski. Nieoczekiwanie uśmiechnął się do swoich myśli.

Czy to zawsze muszą być Polacy? – pomyślał.

Rozdział 1

Katowice, siedziba Śląskiego Pułku IHP

2 września, godzina dziesiąta

Ayaka Ido dopiero teraz, ponad dobę po akcji na Owsianej, poczuła się wypoczęta na tyle, że mogła stawić czoło rzeczywistości. Zauważyła to już kilka lat temu. Z każdym rokiem potrzebowała więcej czasu, aby odzyskać siły. Okresy, kiedy czuła się wypoczęta, się skracały, a te, w których była zmęczona, stawały się coraz dłuższe.

Kiedyś po prostu nie odzyskam sił – pomyślała. – Położę się wieczorem i rano już nie wstanę z łóżka.

Ale jeszcze nie dzisiaj. Po przespaniu kilkunastu godzin i lekkim śniadaniu znów była jak brzytwa. Szła korytarzem w kierunku gabinetu kapitana Marca, kiedy jej uwagę przyciągnęło dwóch młodych ludzi pilnujących wpółotwartych drzwi. Nie byłaby sobą, gdyby nie zajrzała do środka. Strażnicy jej tego nie zabronili. Musieli doskonale wiedzieć, kim była. W małym, pozbawionym okna pokoju stały tylko biurko i krzesło, na którym siedział przykuty za jeden nadgarstek starszy, łysiejący mężczyzna. Na biurku stała plastikowa butelka z wodą. W kącie pomieszczenia czuwał trzeci strażnik. Od razu się domyśliła, kim był ten człowiek. Ojciec Gawła Bartkowiaka noc musiał spędzić w areszcie, bo wyglądał na mocno sponiewieranego.

– Zostaw nas samych – poleciła funkcjonariuszowi.

– Mam rozkaz nie spuszczać aresztanta z oka.

– To mnie nie dotyczy. Wiesz dobrze, kim jestem…

– Rozkaz był wyraźny. Pod żadnym pozorem nie zostawiać go samego. Nie został jeszcze przesłuchany. Nie będę słuchał tego, co chce mu pani powiedzieć. – Chłopak wyciągnął z kieszeni słuchawki i wsadził je demonstracyjnie do uszu. – Ale muszę patrzeć – dodał.

Stary człowiek skulił się na krześle, zaniepokojony rozmową w języku francuskim. Odkąd wczoraj wyciągnęli go z domu, nie usłyszał żadnych wyjaśnień i mimo że zadbano o to, aby się wyspał i najadł, był mocno przestraszony obojętnością otaczających go ludzi. Na początku się awanturował i żądał adwokata. Po ponad dwudziestu czterech godzinach marzył tylko o tym, by powiedzieli, że to nieporozumienie, i go wypuścili.

– Nie wyjdziesz? – upewniła się po raz ostatni Ido. – Jestem członkiem kapituły… A ty odmawiasz wykonania mojego rozkazu.

– Przykro mi, ale nie.

Wyszła z pokoju przesłuchań. Dowiedziała się już tego, co chciała. Pozostało jeszcze wszystko sformalizować, zanim wróci do Tuluzy z nie najlepszymi wieściami.

*

Kapitan Piotr Marzec był szczęśliwy. To nie on odpowiadał za wtopę na Owsianej.

Akcją dowodził Jean-Jacques de Bocquel, a nadzór sprawowała Ayaka Ido. Szwadron wilków z Francji, członek kapituły z Tuluzy… I co?! Gówno! Następny trup do kolekcji.

Japonka siedziała przy jego biurku i nie zwracała najmniejszej uwagi na otoczenie. Po mniej więcej piętnastu minutach, kiedy poczuł, że zaczyna się pocić, oderwała się od czyichś akt osobowych, na które pieczołowicie nanosiła notatki.

– Proszę wezwać de Bocquela i Kamińskiego.

Pierwszy do gabinetu wsunął się wilk. Marzec miał dość czekania.

– Możemy zaczynać, przekażę młodszemu funkcjonariuszowi Kamińskiemu istotne szczegóły…

Ayaka Ido nie uznała za stosowne odpowiedzieć. Mężczyźni wymienili między sobą zdumione spojrzenia. Minęły kolejne długie minuty, zanim rozległo się pukanie.

– Wejść! – warknął Marzec.

– Przepraszam, byłem w Krakowie, w laboratorium, zależy mi, żeby jak najszybciej dokonali analizy śladów z Owsianej… Telefon szefa złapał mnie na autostradzie…

– Potrafią to zrobić? – Ido z impetem zamknęła teczkę.

– Może być problem. Postarają się, ale to nie jest priorytetem, mają wiele innych zleceń z całego kraju…

Japonka sięgnęła do skórzanej aktówki, trzymanej pod nogami, i wpakowała do niej szarą teczkę, która zaprzątała jej uwagę przez ostatnie pół godziny. Pogrzebała chwilę w dokumentach i tym razem położyła na biurku kopertę formatu A4. Wyjęła z niej cienki plik kartek.

– Zacznijmy od ciebie… – zwróciła się do de Bocquela. – Jesteś zawieszony – powiedziała, wręczając mu dokument.

JJ potoczył wokół zszokowanym spojrzeniem.

– On wyciągnął broń! Działałem w obronie własnej! Miałem dać się zastrzelić?

To było pytanie retoryczne, ale jednocześnie tak bezdennie głupie, że dwie osoby z trzech nie wytrzymały.

– Tak! – odpowiedział mu zgodny chór złożony z Ido i Kamińskiego.

Ayaka się roześmiała, prezentując wszystkim garnitur żółtych zębów.

– Niestety nie dałeś się zastrzelić, a my być może straciliśmy ostatniego świadka w tej sprawie. Nie wiemy, kim jest obiekt, a ty się zachowujesz, jakbyś był na strzelnicy! To prawdziwe zadanie, a nie ćwiczenia! Dałeś dupy i zostajesz zawieszony do odwołania, czy to jest jasne?!

– Tak jest…

– Ten wasz wilk… jak mu tam… Zawadzki?

Adam Kamiński zmrużył oczy.

– Tak, Seba Zawadzki.

– Obejmie dowództwo nad szwadronem.

– Zabiera pani Sebę do Tuluzy? – Dowódca śląskiego pułku nie mógł zrozumieć, po chuja centrali jakiś szeregowy wilk z lokalnego pierdziszewa.

Ayaka Ido przyglądała mu się z uwagą, jaką poświęca się upośledzonemu dziecku.

– Szwadron pozostaje w Gliwicach. W tym momencie nie jestem w stanie określić, czy nasi ludzie będą tu potrzebni, czy nie.

– To nie jest dobry pomysł. Jeśli ktoś, kto dostał błogosławieństwo kapituły, nie był w stanie prawidłowo określić priorytetów, to nie może pani wymagać tego od Seby Zawadzkiego.

– Czy to pan wydawał ostatnio rozkazy Zawadzkiemu, kapitanie?

– Nie wydawałem mu żadnych rozkazów, do cholery! Moi ludzie byli odsunięci od akcji na Owsianej. Spieprzyliście to we własnym zakresie…

Japonka skinęła głową.

– Właśnie. To nie pan wydał rozkazy Sebie Zawadzkiemu. Jakieś pół godziny temu przechodziłam obok pokoju przesłuchań. Ojca Bartkowiaka pilnują ludzie Zawadzkiego. Chciałam porozmawiać z nim sam na sam i wydałam im rozkaz, żeby opuścili pomieszczenie. Nie wykonali go.

Kapitan Piotr Marzec na chwilę się zapowietrzył.

– Co?! Jak to nie wykonali? Może nie wiedzieli, kim pani jest… Zajmę się tym…

– Nie! Naprawdę pan tego nie ogarnia? Ci ludzie otrzymali polecenie, że mają nie spuszczać go z oka. To na razie nasz jedyny ślad i oni o tym doskonale wiedzą. Rozumieją to lepiej niż pan i mój kapitan wilków. Seba Zawadzki otrzymał rozkaz, który dotarł do niego przez pośrednika. I wykonał go co do joty. Nie zawaham się przekazać pod jego dowództwo szwadronu wilków. Ma odpowiednio ustawione priorytety…

– To naruszenie hierarchii służbowej – bąknął Marzec, ale nie włożył w swój protest zbyt dużo zapału. Zawadzki ciągle mu podlegał.

– Tak, i to poważne naruszenie – zgodziła się nieoczekiwanie Ido. – Dlatego poleciłam przygotować wszystko na piśmie. Wylatuję za kilka godzin, muszę zdać sprawozdanie pozostałym członkom kapituły.

– No nie aż tak poważne… – krygował się Marzec.

– Jednak tak. Sprawę pod moją nieobecność prowadzi Adam Kamiński. I żeby była jasność: nie z ramienia śląskiego pułku, ale z ramienia kapituły. To, mam nadzieję, rozwiąże wszelkie dylematy, które pojawią się w kwestii zależności służbowej.

Ayaka Ido podała Marcowi i Kamińskiemu te same dokumenty.

– Nie szalej, młody człowieku. Masz po prostu zebrać wszystkie fakty i wyciągnąć, co się da, z ojca Bartkowiaka. Żadnych samodzielnych akcji do mojego powrotu. Musimy ustalić, gdzie jest obiekt. Minęło tyle czasu, że może być wszędzie.

– Dlaczego pani zakłada, że ona tu nie wróci? – Kamiński nie wytrzymał.

– Zapamiętaj sobie raz na zawsze: ja niczego nie zakładam.

W tym momencie dotarło do nich, dlaczego w Gliwicach pozostaje szwadron wilków. Sześćdziesięciu gotowych na wszystko morderców…

– Rozumiesz, co jest najważniejsze, prawda?

Adam Kamiński skinął głową z powagą.

– Tak, wiem. Ma przeżyć. Potem długo, długo nic. A dopiero później mogę ją złapać.

*

W pokoju przesłuchań panowała nieznośna duchota. Wyłączony klimatyzator najbardziej dawał się we znaki staremu mężczyźnie. Po drugiej stronie biurka przed aresztantem rozsiadł się Adam Kamiński. Naprzeciw niego, za plecami Bartkowiaka, stanęła Magda Czajkowska.

Żmij uśmiechnął się uspokajająco.

– Proszę się nie niepokoić. Chcieliśmy z panem tylko porozmawiać. W toku prowadzonego przez nas śledztwa okazało się, że może pan mieć jakieś użyteczne dla nas informacje…

Mężczyzna nerwowo przełknął ślinę.

– Żądam adwokata! Trzymacie mnie tutaj od wczoraj i nie przedstawiono mi żadnych zarzutów…

Kamiński westchnął, ale nie odpowiedział. Bartkowiak wytrzymał jakąś minutę i poruszył się nerwowo na krześle, grzechocząc metalową bransoletką.

– Mam prawo do adwokata…

Magda Czajkowska zasugerowała delikatnie, że może lepiej byłoby się nie upierać. W końcu chodzi tylko o kilka zupełnie nieistotnych informacji.

– Nie dostaniesz adwokata. Nie masz żadnych praw! Jesteś świadkiem w sprawie o terroryzm. Możesz odpowiedzieć na nasze pytania i iść do domu albo tu zostać.

Mężczyzna sięgnął lewą ręką po stojącą na biurku butelkę z wodą, ale jej nie odkręcił.

– Proszę pytać – wyszeptał.

– Mamy kilka pytań dotyczących twojego syna. Nie bój się, nie chodzi o niego… Interesuje nas bardziej otoczenie, w którym się obraca…

– Ja… niewiele będę mógł wam pomóc. Syn zerwał ze mną kontakt kilkanaście lat temu. Nie wiem nic o jego znajomych.

– Opowiedz nam o tym. Pokłóciliście się?

Bartkowiak pochylił głowę. Widać było, że nie chce wracać myślami do tych wydarzeń.

– Pokłóciliśmy? To za mało powiedziane – zaczął. – Widzicie, ja i żona wiązaliśmy z nim ogromne nadzieje. Nasza starsza córka, Bożenka, zmarła, kiedy miała kilka miesięcy. Został nam tylko Gaweł. Był zdolny, bez problemu dostał się na architekturę… Ja wtedy prowadziłem pracownię architektoniczną, mój ojciec, też architekt, jeszcze przedwojenna lwowska szkoła, wycofał się z interesu. Pracowni potrzebna była młoda, świeża krew, a on zrezygnował ze studiów po czwartym roku. Wtedy nie wytrzymałem…

– O co się pokłóciliście?

– No… zdarzył się wypadek. Syn pojechał ze swoją dziewczyną na krótki wypad do lasu. To był weekend majowy, piękna pogoda, słońce… No i tam, w lesie, użądliła ją osa. Nikt, nawet jej matka, nie wiedział, że była uczulona na jad. Dostała wstrząsu, minęło mnóstwo czasu, zanim Gawłowi udało się wezwać pogotowie i trafiła do szpitala… Syn się obwiniał. Wyglądało na to, że dziewczyna już nie odzyska przytomności i będzie warzywem. Nie myślałem, że… ja…

Adam Kamiński pozwolił staremu ciągnąć rozpoczęty wątek. Wszystko, co dotyczyło Gawła Bartkowiaka, mogło mieć znaczenie.

– Ty też uważałeś, że to była jego wina? – zachęcił go do dalszych zwierzeń.

– Nie! O to właśnie poszło. Nie przypuszczaliśmy, że ona jest dla syna taka ważna! Zareagował na ten wypadek zupełnie niedorzecznie. Ta dziewczyna po kilku dniach odzyskała przytomność, ale całkiem jej odbiło. Miała jakieś omamy, majaczyła… Myśleliśmy, że Gaweł wtedy odpuści, ona musiała zostać w szpitalu, a zbliżała się sesja. Nie mógł przecież ciągle przy niej siedzieć!

– Ale siedział?

– Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że to nie jego wina, że trudno, stało się, jest młody, zapomni o niej szybciej, niż myśli, a Bożka potrzebuje po wypadku stałej specjalistycznej opieki. Wtedy się wściekł. Powiedział, że powinien się nią opiekować i zawiódł, ale teraz zrobi wszystko, żeby jej to wynagrodzić. Że ma gdzieś architekturę, bo dla niego ważna jest tylko Bożka…

– Zdenerwował się pan? – Teraz, kiedy stary się przełamał i zaczął mówić, Kamiński wrócił do grzeczniejszej formy.

– Puściły mi nerwy. Nawrzeszczałem na niego, powiedziałem mu wprost, że zmarnuje sobie życie. Tej dziewczynie po wypadku zupełnie odbiło. Zdiagnozowano u niej chyba psychozę, ale skonsultowaliśmy się ze znajomym neurologiem. Powiedział, że przy wstrząsie anafilaktycznym, przy tak długim bezdechu jak u niej, musiało dojść do nieodwracalnych zmian w mózgu. Kiedy przywieźli ją do szpitala, było tak źle, że nikt nie dawał jej szans na przeżycie…

Adam Kamiński gorączkowo się zastanawiał. Czy to możliwe, że Bartkowiak od początku mówi o ich obiekcie? Bożka, Bożena…

– Wywiązała się wtedy między nami naprawdę koszmarna awantura… Moja żona to odchorowała, a syn się wyprowadził. Kiedy już się uspokoiłem, szukaliśmy go, próbowaliśmy namówić na powrót do domu i na studia. Rok przepadł, ale to jeszcze nie była jakaś nieodwracalna tragedia. Jednak Gaweł nie chciał nawet z nami rozmawiać. Zupełnie jakbyśmy zrobili coś niewybaczalnego…

– Proszę opowiedzieć nam coś więcej o Bożce.

Bartkowiak wzruszył ramionami.

– Właściwie niewiele o niej wiem. Nigdy specjalnie nie interesowałem się dziewczynami syna. Sporo ich było i nie mogłem zrozumieć, dlaczego akurat ta… Była kilka lat młodsza od Gawła, nawet niespecjalnie ładna, taka szara mysz… Gdybym wiedział, jak to się skończy, odgryzłbym sobie język. Wie pan, przez następne lata wielokrotnie próbowałem się z nim skontaktować… dzwoniłem do jego firmy, ale nigdy nie podszedł do telefonu ani nie oddzwonił. Mogłem rozmawiać tylko z sekretarką… Zawsze mówiła, że przekazała prezesowi, że dzwoniłem… Nie było go nawet na pogrzebie matki.

– Został z Bożką, tak?

– Tak. I zapewnił jej najlepszą opiekę. Po wypadku wykrzyczał, że tylko ona się liczy, i naprawdę tak było. Nie rozumiem… To znaczy bardzo kochałem swoją żonę, ale nie wiem, co bym zrobił, gdybym znalazł się na jego miejscu. Gaweł potrafił wszystko poświęcić dla Bożki. BOSTAL to naprawdę potężna firma o międzynarodowym zasięgu, ale on nigdy nie wyjeżdżał na dłużej z Gliwic… Ze względu na nią…

Bartkowiak skulił się w fotelu i nieoczekiwanie zaszlochał.

– Mam podobno dwie wnuczki. Nigdy ich nie widziałem. To przecież była jedna kłótnia! Tylko jedna kłótnia, ale on nigdy nie dał mi szansy, żebym mógł przeprosić…

– Jak nazywała się Bożka?

– Nie pamiętam… Jakieś takie literackie nazwisko… Zresztą imię też miała dziwaczne, takie staropolskie. Gaweł zawsze mówił Bożka…

– Kiedy dokładnie zdarzył się ten wypadek?

– W dwa tysiące drugim roku. Zabrał ją na wycieczkę na początku weekendu majowego. To mógł być pierwszy albo drugi…

– Pamięta pan, w którym szpitalu leżała?

– Na Radiowej, w Gliwicach.

– Co jeszcze może nam pan powiedzieć o tej dziewczynie?

– Czy ja wiem? Wychowywała ją matka, ojciec chorował… Matka była dość wiekowa, to zapamiętałem, bo policzyliśmy z żoną, że musiała mieć pod pięćdziesiątkę, kiedy urodziła Bożkę. Moja żona wtedy powiedziała, że to raczej wiek na wnuki, a nie pierwsze dziecko. Dziewczyna chciała zdawać na architekturę, dlatego w klasie maturalnej zapisała się na kurs rysunku. Tak się z Gawłem poznali, na wydziale. Syn śmiał się, że gdyby nie pomógł jej znaleźć sali, do końca semestru błąkałaby się po korytarzu…

– Poznał pan kogoś z jej rodziny?

– Nie, nigdy aż tak nie interesowaliśmy się dziewczynami Gawła. One często się zmieniały, właściwie dopiero z Bożką został na dłużej. Widzieliśmy ją kilka razy, to wszystko… Gaweł mówił, że jej matka jest dużo starsza od nas, kiedyś opowiedział, jak się poznali, i to chyba tyle…

Adam Kamiński z zadowoleniem skinął głową.

– Dobrze, na dzisiaj wystarczy.

Skierował się do drzwi i ruchem ręki wezwał funkcjonariusza.

– Odprowadźcie go do celi. Jeszcze z nim nie skończyłem, więc nie spuszczajcie go z oka, jasne?

– Tak jest.

Bartkowiak wyglądał na zdezorientowanego.

– Do celi? Dlaczego do celi? Powiedziałem wszystko, co wiem. Czy Gaweł ma jakieś kłopoty? Mieliście mnie puścić!

Kamiński popatrzył na niego obojętnie.

– Zostaniesz tu jeszcze jakiś czas.

Stary człowiek szarpnął się bezsilnie, kiedy został odpięty od krzesła i poderwany. Jego protesty powoli milkły na korytarzu.

– Zjesz dzisiaj ze mną kolację? – zwrócił się nieoczekiwanie Adam do czarodziejki.

– Kolację?

To było coś zaskakującego. Czajkowskiej przyszło do głowy pytanie, gdzie się podział JJ po tym, jak wybiegł wściekły z gabinetu Marca. Kolacja miała być u Kamińskiego? Zamierzał schować kochanka pod łóżko czy zakłada, że już go nie będzie, kiedy wróci wieczorem do domu? Ugryzła się w język.

– Będziemy mieli do omówienia kilka spraw.

– Chętnie – odpowiedziała, starając się za pomocą tonu głosu maksymalnie zdystansować od jego propozycji.

– Świetnie, przyjadę po ciebie o dwudziestej… Nie będziesz mi już teraz potrzebna – dorzucił i wyszedł z pokoju przesłuchań, nie zwróciwszy na nią więcej uwagi.

*

Magda Czajkowska musiała oddać mu sprawiedliwość. Naprawdę zadał sobie sporo trudu. Nie chodziło nawet o to, że Kamiński wybrał jedną z najlepszych knajp w województwie. Zarezerwował prywatną salkę w Czardaszu, a ona zawsze miała słabość do węgierskiej kuchni. Wybrał wina, złożyli zamówienie i zostali sami. Kelner starannie zamknął za sobą drzwi.

– Ciągle jesteś na mnie wkurwiona, prawda? – zapytał bez żadnych wstępów.

Obydwoje wiedzieli, że to prawda. Nie zaprzeczyła. Sączyła powoli wino, zostawiając swojemu towarzyszowi trud prowadzenia konwersacji.

– Co byś zrobiła na moim miejscu, Magda?

Roześmiała się cicho.

– Na szczęście nie jestem na twoim miejscu… – odparła.

Miał trochę racji. Kiedy pojawiła się bariera, sytuacja zrobiła się mało ciekawa. O jej istnieniu zaświadczyć mogli tylko magiczni. Na to, że próbują ją rozbroić, Kamiński miał tylko ich słowo. Właściwie po zastanowieniu musiała przyznać obiektywnie, że nie naciskał na nią tak mocno, jak powinien.

– Masz pod sobą wszystkich magicznych i w zasadzie oni uznają twój autorytet. To już samo w sobie jest dziwne, a dla mnie musi być szczególnie niepokojące. Z mojego punktu widzenia to ty zarządzasz tymi wszystkimi, którzy potwierdzają, że bariera naprawdę istniała…

Tak, tak to wyglądało. Nie była w stanie udowodnić, że to nie ona stoi za ich kłopotami w Gliwicach.

– Dobrze wiesz, że powinienem przeciągnąć cię przez centrum miasta, patrząc, jak rzygasz i jak powoli zaczyna ci się gotować krew w żyłach… Dopiero wtedy mógłbym być pewny, że to nie nasi magiczni stoją za tym gównem. Ja tylko powiedziałem, że to zrobię… Sama przyznasz, że to spora różnica…

Zamiast niej zabił dwójkę słabych magicznych. Doskonale rozumiała, że w tej sytuacji nie można było uniknąć ofiar. Dziwne było tylko to, że ona ciągle żyła.

– Wierzysz, że bariera naprawdę istniała? Ido podobno miała wątpliwości…

Tym razem roześmiał się Kamiński.

– Dziwisz się jej? Przyjechała do Gliwic i bariera przeszła do historii.

Rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. Kelner wtoczył do pomieszczenia wózek z przystawkami.

– A co tam u przystojnego Irlandczyka? – Adam przeszedł na swobodny plotkarski ton.

Magda zmarszczyła brwi.

– A chuj go wie… Zapytaj go, jeśli naprawdę cię to interesuje…

– Myślałem, że wy… No wiesz… Magiczni podobno bardzo cenią sobie związki we własnym gronie…

– Czy to takie dziwne? – zapytała.

– Nie wiem, nie jestem magiczny. Ale przypuszczam, że związki ze zwykłymi ludźmi, na których można wywierać wpływ, robią się z czasem nudne… Nie ma mowy o pogoni za króliczkiem.

– Niektórych rajcuje taka pełna kontrola nad drugą stroną. Ale masz rację. Dla większości taki układ to jak seks z kozą. Mnie to znudziło jakieś sto lat temu. – Magda celowo podkreśliła swój wiek. Rozmowa zaczęła zbaczać na zbyt prywatne tory.

Kamiński zrozumiał aluzję, ale nie zamierzał porzucić tematu.

– Więc dlaczego nie Liam?

Popatrzyła na niego z irytacją.

– Bo woli posuwać skandynawską blond gwiazdę.

– Poważnie?? Woli ją od… – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Co za kretyn!

Adam powiedział to bez zastanowienia i czarodziejka nie potrafiła powstrzymać lekkiego przypływu sympatii do niego. Nie zamierzała jednak kontynuować tematu. Czas wrócić do spraw służbowych. W końcu po to się tutaj spotkali.

– Udało się coś ustalić na Radiowej?

– Całkiem sporo… Pierwszego maja dwa tysiące drugiego roku na izbę trafiła dziewczyna we wstrząsie po ukąszeniu osy. Jej stan był bardzo ciężki. Śpiączka, brak oddechu, objawy wskazujące na nieodwracalne uszkodzenie pnia mózgu… – zaczął.

– Wszystko się zgadza…

– Nie do końca. Z dokumentów wynika, że zmarła trzeciego maja. Wystawiono świadectwo zgonu.

– Naprawdę? Taak… W zasadzie pasuje nawet bardziej, niż gdyby przeżyła.

Kamiński popatrzył na rozmówczynię z zastanowieniem.

– Tak uważasz? – zapytał.

– Mamy Bożenę Bartkowiak, a właściwie kobietę, która się pod nią podszywa. Jej dowód wydano w czerwcu dwa tysiące drugiego roku. Wcześniej nie pozostawiła po sobie żadnych śladów.

– Bo tak naprawdę zmarła, mając kilka miesięcy – dopowiedział Adam. – Narodziła się po raz drugi w dwa tysiące drugim roku.

– Otóż to. Ten dowód był dla dziewczyny, którą przewieziono do szpitala pierwszego maja. Zresztą stary Bartkowiak powiedział wyraźnie: Bożka przeżyła… – Magda Czajkowska poprawiła się na krześle i odsunęła talerz, straciwszy zainteresowanie jedzeniem. – No dobra, nie jestem już na ciebie wkurzona! Dawaj, do cholery!

Adam Kamiński powoli i ze skupieniem przeżuwał kolejny kawałek mięsa. W końcu przełknął.

– Stary miał rację. Imię dali jej zupełnie idiotyczne. Bożygniewa, wyobrażasz sobie? Dziewczyna, która zmarła na Radiowej, nazywała się Bożygniewa Paradowska. Masz pojęcie, kiedy się urodziła?

Magda syknęła z irytacją.

– Znając nasze szczęście, pewnie tuż przed wprowadzeniem badań przesiewowych…

– No nie, nie ma z tobą żadnej zabawy! Ale masz rację. W Polsce noworodki zaczęliśmy badać pierwszego stycznia osiemdziesiątego czwartego. Bożka urodziła się niecały tydzień wcześniej…

Czajkowska wystukała zadbanymi paznokciami niespokojny rytm na stole.

– Wiemy już coś więcej?

– Niewiele. Ojciec zmarł dwa lata po jej wypadku, a z matki raczej nic nie wyciągniemy. Bartkowiak umieścił ją w ekskluzywnym domu opieki pod Gliwicami. Wiesz, tylko kilkoro pacjentów, pielęgniarki, lekarz dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ma zaawansowaną demencję, będziemy próbować, może poślę tam jakąś dziewczynę… Ona nie pamięta nawet, że ma córkę…

– Znajomi?

– Brak. W miejscu, gdzie mieszkali, nie pozostał nikt ze starych lokatorów, ludzie z jej klasy w liceum porozjeżdżali się w zasadzie po całym świecie.

– Myślisz, że jej dzieciństwo i młodość mają dla nas znaczenie?

– Nie mam pojęcia, co myśleć, Magda. Musimy wiedzieć o niej jak najwięcej. Nie jest potworem, ale jest z nią coś bardzo nie tak… W jakiś sposób manipuluje ludźmi. W porządku, przyjąłem do wiadomości, że to nie jest związane z jej subgenotypem, ale ty też potrafisz zmusić owce, żeby robiły, co zechcesz…

– Nie jest magiczna. Nawet jeśli mi nie ufasz, powie ci to każdy obdarzony mocą…

Kamiński popatrzył na nią z rozbawieniem.

– Ach, tak… – mruknęła.

– Nie traktuj tego osobiście. Musiałem mieć pewność…

– Rozumiem.

– Magda… popatrz, jak to wygląda. To nie cechy związane z rasą. Ty twierdzisz, że to nie magia. Jest tak potężna, że wygenerowała barierę, której nawet silni magiczni nie potrafili ruszyć… Co nam pozostaje? Skończyły mi się pomysły. Pytasz, czy jej dzieciństwo ma znaczenie… Ja po prostu próbuję znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. Jeśli nie rozgryziemy, co w niej siedzi, nigdy jej nie dorwiemy…

Czajkowska wybijała opuszkami palców rytm na stojącym przed nią kieliszku. Zauważył to już wcześniej. Robiła tak, kiedy intensywnie się nad czymś zastanawiała. Miała piękne dłonie. Adam patrzył z przyjemnością na długie, szczupłe palce i zadbane, różowe paznokcie.

W końcu się odezwała.

– Masz rację. Ale z drugiej strony, jeśli dziesięć czy dwadzieścia lat temu w Gliwicach wydarzyłoby się coś równie spektakularnego jak zarąbanie kilku osób, to raczej byśmy o tym wiedzieli, nie?

Skinął głową.

– Jeśli tak, powinniśmy trafić na nią wcześniej…

– Właśnie. Nie wypłynęła przy żadnej sprawie. A później ten wypadek…

– Tu mamy Bartkowiaka. Przeżyła, ale on w jakiś sposób zdobył świadectwo zgonu.

– Pomyśl, Adam, to wcale nie było takie proste… On przecież nie miał jeszcze wtedy kasy i wpływów, był zwykłym studentem…

– Masz rację. Musimy sprawdzić dokładniej szpital. I lekarza.

– Wiemy już, co się z nią później działo? – zapytała Magda.

– W zasadzie nie i nie sądzę, by cokolwiek udało się nam ustalić. Tu na scenę wkracza Gaweł Bartkowiak. Nie mam pojęcia, jaka była jego rola. Zrobił wszystko, żeby ukryć ją przed światem. Pozostaje pytanie: po co?

– Gdyby żył…

– Nie mów do mnie na ten temat! – warknął Kamiński. – Jak sobie pomyślę o tym idiocie, to do teraz krew mnie zalewa…

– Bożygniewa Paradowska – powiedziała powoli Magda. – Bożygniewa Paradowska…