Książki zbójeckie - Wojciech Karpiński - ebook

Książki zbójeckie ebook

Wojciech Karpiński

0,0

Opis

Najważniejsza polska książka o znaczeniu literatury dla wolności, wolności zarówno poszczególnych ludzi, jak i całego społeczeństwa. „Książki zbójeckie” są prywatną historią literatury, zapisem kształtowania odrębnego głosu, poszukiwania wolności. Wskazują najmocniejsze strony polskiej poezji i prozy. Pozwalają odnaleźć wśród książek to, co prawdziwie bliskie.

„Wielkim szczęściem w moim życiu – pisze Wojciech Karpiński – były spotkania z pisarzami zbójeckimi. Nazywam tak tych, którzy przyszli mi z pomocą u progu młodości. Otrzymałem od nich zasadniczą lekcję, ważną do dzisiaj. Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Gustaw Herling-Grudziński, Józef Czapski, Konstanty Jeleński, Aleksander Wat, Jerzy Stempowski – dane mi było rozmawiać z każdym z nich, ale zasadnicze znaczenie miały spotkania z ich dziełami, o tym mówią «Książki zbójeckie». Chciałem dać świadectwo temu niezwykłemu doświadczeniu, tak jak się rysowało w mojej wrażliwości wtedy, w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, gdy zaczynało się Polskie Odrodzenie. [...]
Spotkanie z tymi pisarzami było dla mnie najpoważniejszą przygodą duchową nie tylko młodości, lecz całego życia. Wcześnie miałem to przeświadczenie, które pozwalało mi się czuć bogatszym i swobodniejszym: że jestem świadkiem jednego z trzech najważniejszych okresów w całej literaturze polskiej, w moim odczuciu – najważniejszego” – fragment ebooka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Na okładce:

Józef Czapski, Krajobraz z domem i drogą (Maisons-Laffitte), ok. 1957

Muzeum Narodowe, Warszawa

Copyright © by Wojciech Karpiński

ISBN 978-83-64648-47-2

WOJCIECH KAPRIŃSKI

Spis rzeczy

Od Autora

Broń ostatnia

Swobodne głosy

Czytając Stempowskiego

O Józefie Czapskim — Portrety i olśnienia

O Józefie Czapskim — Słowa i widzenie

Aleksander Wat — Krajobrazy poezji

Aleksander Wat — Klucz i hak

Gombrowiczowska przestrzeń

Styl Gombrowicza

Głos Gombrowicza

Powrót Czesława Miłosza

Rozmowy z Miłoszem

Mapy Czesława Miłosza

Proza Herlinga-Grudzińskiego

Lustro „Innego świata”

Szkice Jeleńskiego

Noty o życiu i twórczości

Strona redakcyjna

[...] książki zbójeckie!

Adam Mickiewicz, Dziady

[...] wybieram parę książek, tak bardzo różnych

światopoglądem, klimatem, a tak bliskich

w czymś najważniejszym, w widzeniu najbardziej

generalnych

Od Autora

Do wydania rozszerzonego i uzupełnionego— Warszawa 2009

Wielkim szczęściem w moim życiu były spotkania z pisarzami zbójeckimi. Nazywam tak tych, którzy przyszli mi z pomocą u progu młodości. Otrzymałem od nich zasadniczą lekcję, ważną do dzisiaj. Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Gustaw Herling-Grudziński, Józef Czapski, Konstanty Jeleński, Aleksander Wat, Jerzy Stempowski — dane mi było rozmawiać z każdym z nich, ale zasadnicze znaczenie miały spotkania z ich dziełami, o tym mówią Książki zbójeckie. Chciałem dać świadectwo temu niezwykłemu doświadczeniu, tak jak się rysowało w mojej wrażliwości wtedy, w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, gdy zaczynało się Polskie Odrodzenie.

Obecne wydanie jest pierwszym, które ukazuje się, gdy nie ma już wśród nas żadnego z tych twórców. W sierpniu 2004 roku zmarł Czesław Miłosz. Zadziwiał do końca nowymi publikacjami. Z jego odejściem zamknął się ten wielki rozdział w historii polskiej literatury, w historii kultury europejskiej. Dlatego obecne wydanie uważam za definitywne. Przyjdzie może jeszcze uzupełniać dane o twórczości pisarzy zbójeckich informacjami o publikacjach rękopisów czy listów, ale ich dzieło się dopełniło.

Obecne wydanie jest też pierwszym, które ukazuje się w Wolnej Polsce, będącej pełnoprawnym i suwerennym członkiem Unii Europejskiej. Wprawdzie z pisarzy zbójeckich tylko Czesław Miłosz w ostatnich paru miesiącach swego długiego życia doczekał tego niezwykłego wydarzenia, ale przecież dla nich wszystkich ideałem było suwerenne obywatelstwo niepodległego kraju, będącego częścią Wolnej i Zjednoczonej Europy.

Postulat swobodnego i sensownego głosu był ideą przewodnią tych pisarzy. Ich teksty stanowiły obronę przed duszącą i paraliżującą ideologią rasy, klasy, narodu, wyznania. Na tym opierało się Polskie Odrodzenie, którego byli zwiastunami i współtwórcami: na odzyskaniu suwerenności i wolności, jednostkowej i grupowej. Ci pisarze umożliwiali docieranie do rzeczywistości, ożywiali, uaktywniali wrażliwość, wzbogacali przez otwieranie na świat i otwieranie na siebie samego. Każdy z nich na swój sposób bronił przed duchowym zobojętnieniem, wewnętrznym skwaśnieniem, ale też przed zaślepieniem resentymentami, przed ideologicznym zaczadzeniem.

Minęło pół wieku, odkąd czytam pisarzy zbójeckich; minęło czterdzieści lat od napisania pierwszego fragmentu tej książki; mija lat dwadzieścia, odkąd ich dzieła można swobodnie drukować i czytać w Warszawie. Spotkanie z tymi pisarzami było dla mnie najpoważniejszą przygodą duchową nie tylko młodości, lecz całego życia. Wcześnie miałem to przeświadczenie, które pozwalało mi się czuć bogatszym i swobodniejszym, suwerennym nie tylko w szarej Warszawie komunistycznych rządów Gomułki i jego następców, lecz także w czasie wyjazdów na Zachód: byłem świadomy, że współcześnie istnieje i rozwija się swobodna i silna literatura polska (wprawdzie zakazana w ojczyźnie, ale przez to tym cenniejsza, tym mocniej zaspokajająca głód rzeczywistości); wiedziałem, że usłyszeć można suwerenny polski głos; czułem, że jestem świadkiem jednego z trzech najważniejszych okresów w całej literaturze polskiej, w moim odczuciu — najważniejszego. Starałem się dać temu przekonaniu wyraz, dlatego ta książka narastała warstwami, przez lata; jej forma, powstawanie w różnych okresach, stanowi także istotne świadectwo.

Napisałem w szkicu Swobodne głosy: „tak czyta się tylko raz”. Chciałem w ten sposób oddać to wyjątkowe natężenie, gdy świat pod wpływem czyichś słów zmienia się w naszych oczach; chciałem też utrwalić smak owocu zakazanego, Zniewolonego umysłu Miłosza czyInnego świata Herlinga-Grudzińskiego czytanych w komunistycznej Warszawie; chciałem zatrzymać coś z tego uczucia świetlistości, haustu świeżego, upajającego powietrza, jakie odczuwałem, gdy pochłaniałem w numerach „Kultury” nowy fragment z Dziennika Gombrowicza. A przecież tak czytam pisarzy zbójeckich od lat: wiersze Miłosza stanowią nadal wyjątkowe złączenie wyobraźni i pamięci, uderzają siłą głosu; Dziennik Gombrowicza pozostaje niezastąpioną lekcją dystansu i rzeczywistości, powracam do niego stale, a tradycyjnie w noc sylwestrową odczytuję jego fragmenty, i kilku innych najbliższych pisarzy, aby przemyć sobie oczy, odnowić widzenie, uzyskać pełniejszy dostęp do siebie i do świata.

Mógłbym powiedzieć, że urodziłem się wówczas, w wieku lat kilkunastu czy dwudziestu paru, gdy czytając wiersze Miłosza, prozę Gombrowicza, szkice Czapskiego i Jeleńskiego, uczyłem się mówić, szukałem języka zarazem indywidualnego, ale i pozwalającego rozumieć uwarunkowania polityczne i społeczne, w których przyszło mi żyć. Uderzała mnie w ich tekstach umiejętność mówienia o rzeczywistości, były lekcją pamięci i wyobraźni, lekcją swobodnego i sensownego głosu. Pozostają nią do dziś.

Kto by dziś zwątpił o nadal żywej wyzwalającej sile zawartej w ich pismach, mógł znaleźć jej potwierdzenie w fakcie, że w kilkunastomiesięcznym okresie oficjalnych i nieoficjalnych prób retrogradacji polskiego głosu, w owym okresie — chwilowego i miejmy nadzieję już całkiem przezwyciężonego — zaćmienia Polskiego Odrodzenia, chciano usunąć Gombrowicza ze szkół, widząc w nim zagrożenie dla kontroli nad przeszłością, wyzwanie dla narzucanej moralnej, politycznej, narodowej ortodoksji; a wreszcie starano się, daremnie na szczęście, sparaliżować działanie europejskich mechanizmów, podważając obecność Wolnej Polski w Zjednoczonej Europie. Gdy czytało się, co wypisywali i wygadywali (czynią to nadal) nowi radykałowie z lewa, a jeszcze bardziej z prawa, rozumie się, jakim szczęściem było pojawienie się pisarzy zbójeckich, którzy stanowili rodzaj szczepionki przeciw tym formom umysłowego zaczadzenia. Wielcy pisarze czwartej polszczyzny okazali się zagrożeniem dla ideologów IV Rzeczy­pospolitej i stanowią ciągle ważną i żywotną obronę Wolnej Polski  (bez samozwańczej numeracji).

Paryż, kwiecień 2009

Do wydania rozszerzonego — Lublin 2002

Opowiadam o odkrywaniu  k s i ą ż e k   z b ó j e c k i c h, tych książek, które otwierają szerzej oczy, pozwalają dostrzec rzeczywistość, usłyszeć żywy głos, mówiący do nas, tu i teraz, o dniu wczorajszym, dzisiejszym, jutrzejszym.

Każde pokolenie, każda literatura może mieć swoich autorów zbójeckich. Spotkanie z nimi jest skarbem. Odkrywanie tego skarbu jest zawsze dokonaniem indywidualnym. Ale dlatego też lekcja wyniesiona od polskich pisarzy zbójeckich, tworzących w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku w Europie Zachodniej, w obu Amerykach, może być lekcją ważną dla każdego, kto chciałby, gdziekolwiek i kiedykolwiek, nauczyć się patrzeć na siebie i na innych własnymi oczami, kto zechce mówić własnym, swobodnym głosem, w jakimkolwiek to będzie czasie, w jakimkolwiek wyrazi się języku. Nie tylko dla zainteresowanych polską literaturą emigracyjną jest ta książka. Myślę, że może ona przemówić do każdego, kto interesuje się sensownym, swobodnym i trafnym słowem.

W Książkach zbójeckich odnaleźć można kilka nakładających się na siebie warstw. Pierwsza z nich ukazuje historyczne tło problematyki emigracyjnej w kulturze polskiej, druga opowiada o moich młodzieńczych lekturach, trzecia przedstawia twórczość siedmiu wybranych pisarzy polskich, czwarta wreszcie informuje o ich dziele i życiu. Jako całość książka stanowi wprowadzenie do polskiej literatury współczesnej, opowiadając o jej wybranych znakomitych przedstawicielach, o tych, którzy zapisali się we wdzięcznej młodzieńczej pamięci. Ich teksty, czytane na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, były dla mnie otwarciem na rzeczywistość, dostarczały mi języka, którym mogłem myśleć o świecie.

To ci twórcy sprawdzili się w owym wielkim egzaminie, jakim jest dla piszących czas. To w ich dziełach spełnia się   z a r y s  c z w a r t e j  p o l s z c z y z n y. Nazywam tak — rozwijając myśl Miłosza wyrażoną w Ogrodzie nauk — czwarty, zasadniczy etap „ustawiania głosu” w literaturze polskiej (po mitycznych początkach, po Kochanowskim w okresie renesansu, po Mickiewiczu w czasach romantyzmu). W dziełach omawianych przeze mnie pisarzy — Gombrowicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Czapski, Wat, Stempowski, Jeleński — polski głos osiągnął żywą równowagę, to znaczy potrafił się skutecznie zmagać z wyzwaniami rzeczywistości. W prozie było to dokonanie bardziej godne podziwu niż w poezji, bo w poezji literatura polska ma bogatą tradycję nawet w okresach ubogich, zaś proza polska nie miała dobrze ustawionego głosu nawet w czasach względnego rozkwitu. O tych kwestiach nie usiłuję pisać teoretycznie, z natury rzeczy nie można linii rozwojowych literatury uchwycić w teorii — pozostają wówczas martwe schematy.

Za symbolicznie powojenny początek czwartej polszczyzny przyjmuję numer paryskiej „Kultury” z maja 1951 roku, gdy po raz pierw­szy ukazali się na tych łamach Gombrowicz i Miłosz; za moment jej dojrzałości — letnie numery „Kultury” z 1963 roku, gdy został opublikowany Dziennik transatlantycki Gombrowicza, Gucio zaczarowany Miłosza. Ich słowa przemówiły do mnie z uderzającą siłą. Opisując przygodę zbójeckich lektur, chciałem wyrazić wdzię­czność dla sekretnych mistrzów mojej młodości. Dotąd słyszę ich głos. To jest najważniejsza lekcja polskiego, polskiej literatury, jaką otrzymałem. Książki zbójeckie opowiadają o tej lekcji.

Pisałem Książki zbójeckie z nadzieją, że posłużą jako wprowadzenie w lektury zbójeckie dla innych. Dodany do obecnego wydania rozdział Głos Gombrowicza wykłada chyba jasno mój punkt widzenia. Staram się w tym szkicu wyjaśnić, dlaczego uważam Dziennik za najważniejsze dzieło napisane kiedykolwiek prozą po polsku. Inne rozdziały książki przygotowują do tego wywodu, łagodzą jego kategoryczność, umieszczając go w kontekście.

Książka pokazuje więc nie tylko, czym jest literatura emigracyjna w polskiej tradycji i dlaczego emigracja XX wieku zasługuje w tej dziedzinie nie mniej od swej świetnej poprzedniczki z XIX wieku na nazwę wielkiej, lecz również (i przede wszystkim) dlaczego niektóre dzieła powstałe na wygnaniu zachowują ważność w momencie, gdy po roku 1989, po upadku komunizmu i odzyskaniu suwerenności narodowej i duchowej, społeczne i polityczne przesłanki emigracji utraciły znaczenie. Piszę bowiem o książkach zbójeckich, czyli otwierających oczy, serce i umysł, umożliwiających mówienie swobodnym głosem, nie zaś o socjologii literatury, nie o emigracji jako formacji politycznej, a więc nie o adresie autorów czy wydawców, lecz o treści i stylu dzieł, o swobodnym głosie autorów. Książka opowiada o przygodzie lektur zbójeckich, która dana była kilku polskim pokoleniom. Ta przygoda należy już do przeszłości w swej formie kanonicznej, ale opowieść o niej stanowi zaproszenie do nowych lektur zbójeckich, do otwarcia się na żywą literaturę.

Obecne wydanie Książek zbójeckich ukazuje się po śmierci Jerzego Giedroycia (zmarł 14 września 2000 roku w Maisons-Laffitte), wielkiego redaktora pisarzy zbójeckich, i po ukazaniu się ostatniego numeru „Kultury”, pisma, w którym wszyscy ci twórcy publikowali. Ale dokonania Giedroycia nie są kartą zamkniętą, należącą do przeszłości. Przeciwnie, żyć będą tak długo, jak długo trwać będzie zainteresowanie polskim słowem. To przecież on wydawał najważniejsze utwory literatury polskiej XX wieku, te, które wyznaczają jej silny nurt.

Paryż, marzec 2002

Do pierwszego wydania krajowego — Warszawa 1996

Pisząc Książki zbójeckie, chciałem podziękować autorom i wydawcom, którzy umożliwili mi w młodości „zbójeckie lektury”. Pierwsze wydanie krajowe ukazuje się w momencie, gdy takie podziękowania wydają mi się szczególnie na czasie. W roku 1996 mija pół wieku od założenia Instytutu Literackiego. Temu wydawnictwu zawdzięczam większość „zbójeckich lektur”. W tymże roku upływa setna rocznica urodzin Józefa Czapskiego. Dla swobodnego głosu i swobodnego spojrzenia zrobił on niewypowiedzianie wiele.

Przygotowując wydanieKsiążek zbójeckich przez Bibliotekę Narodową w Warszawie, mieszczącą się obecnie przy alei Niepodległości, chciałbym wspomnieć o bardziej osobistych zbiegach okoliczności. Mija czterdzieści lat, gdy, dwunastolatek, na pobliskiej ulicy Narbutta czytałem przez ramię starszemu bratu, Jakubowi, Zniewolony umysł. Mija lat trzydzieści pięć, gdy, uczeń maturalnej klasy, chodziłem codziennie do pobliskiej Biblioteki Narodowej, mieszczącej się wówczas na ulicy Rakowieckiej przy alei Niepodległości, naprzeciw więzienia, aby czytać utwory zakazanych autorów. Powróciłem do Zniewolonego umysłu. Sięgnąłem po inne „książki zbójeckie”. Po dwóch tygodniach powiedziano mi, że to lektury nie dla mnie. Zachowuję jednak we wdzięcznej pamięci Bibliotekę Narodową i tamte dni. Mija lat trzydzieści, gdy, student z Warszawy, po raz pierwszy przekroczyłem próg Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte. Minęło lat dwadzieścia pięć, gdy w więzieniu na Rakowieckiej miałem widzenie z Jakubem oskarżanym o kontakty z Instytutem Literackim i czekającym na proces. Przedtem w domu przeprowadzono rewizję w poszukiwaniu „książek zbójeckich”.

Dzisiaj książki te są dostępne coraz szerzej w polskich księgarniach i bibliotekach. Trzeba tylko chcieć i móc po nie sięgnąć. Latem 1988 roku zakończyłem wstęp do londyńskiego wydania Książek zbójeckich słowami: „Polska literatura emigracyjna stanowi doświadczenie otwarte. «Czwarta polszczyzna» rozwija się na naszych oczach”. Kilkanaście miesięcy później zawalił się system komunistyczny w Polsce i zniknęła cenzura, jeden z jego filarów. Polska literatura emigracyjna jako zjawisko socjologiczne i polityczne stanowi już doświadczenie zamknięte. Straciła rację bytu i przestała istnieć. Swobodne polskie słowo może być wypowiadane bez przeszkód w Polsce. Tym większa dziś rola pisarzy, którzy sięgali do fundamentów i pozwalali umocnić suwerenność głosu. „Czwarta polszczyzna”, jak ją widzę, literatura swobodnego głosu i nowego spojrzenia, zarazem mocno osadzona w tradycji, w jej silnym nurcie, wyznacza drogi na przyszłość, zachowuje całe swoje znaczenie, na dziś i na jutro.

Paryż, październik 1995

Do pierwszego wydania — Londyn 1988

Zacząłem układać książkę o pisarzach emigracyjnych pamiętną jesienią 1980 roku. Do czasu „Solidarności” wymienianie drukiem choćby nazwisk wielu bliskich mi twórców spotykało się z zakazem cenzury. Ich dzieła nie istniały — często nie istnieją do dziś — w oficjalnym obiegu. Dopiero powstanie tego wielkiego ruchu społecznego i związane z nim Polskie Odrodzenie przyczyniło się do zmiany sytuacji.

Chciałem wywiązać się z długu wdzięczności wobec tych, którzy naznaczyli młodzieńczą wrażliwość i nadal są mi szczególnie bliscy. Narzucało się siedem nazwisk: Jerzy Stempowski, Józef Czapski, Aleksander Wat, Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Konstanty Jeleński. Układam ich, tutaj i w rozdziałach książki, w kolejności dat urodzenia, nie zaś moich spotkań z ich dziełami czy siły ich oddziaływania.

Gdy we wrześniu 1981 wylatywałem do Stanów Zjednoczonych, sądziłem, że pozostaje jeszcze parę rozdziałów, z którymi po powrocie do Warszawy zdołam się uporać w kilka tygodni, najwyżej kilka miesięcy. Okazałem się naiwny niczym Hans Castorp. Zmieniały się miejsca postoju, punkty obserwacyjne. Kontynuowałem pracę w Paryżu.

Daty powstania poszczególnych rozdziałów wydają mi się znaczące, zostawiam je pod tekstami. Gdy zaczynałem pisać Książki zbójeckie, nie były jeszcze wydane Zbiegi okoliczności Jeleńskiego aniŚwiat na haku i pod kluczem i Dziennik bez samogłosek Wata, aniTumult i widma i Dzienniki, wspomnienia, relacje Czapskiego, ani trzeci tom Dziennika pisanego nocą Herlinga-Grudzińskiego, gdy to piszę, nie ukazał się jeszcze tom czwarty. Nie istniały wówczas ani Nieobjęta ziemia, aniKroniki Miłosza, a przecież już pojawiają się nowe jego dzieła. Polska literatura emigracyjna stanowi doświadczenie otwarte. „Czwarta polszczyzna” rozwija się na naszych oczach.

Paryż, lipiec 1988

Broń ostatnia

Jerzy Stempowski marzył o ułożeniu antologii ukazującej blaski i nędze emigracji. Wciąż wracał do tego tematu, zwłaszcza w korespondencji z przyjaciółmi wychodźcami. Harwardzka Houghton Library posiada zbiór jego listów do Józefa Wittlina, które stanowią zarys planowanej książki. Stempowski zamierzał zacząć od epoki rzymskiej, prześledzić rolę wygnańców do czasów współczesnych. Sądził, że w dwudziestowiecznej Europie jest to problem ważny. Kondycja politycznego tułacza obejmuje coraz szersze kręgi. Rządy autorytarne rozpowszechniają wizję emigrantów jako ludzi wyrzuconych na śmietnik historii, wyjałowionych wewnętrznie, pozbawionych zewnętrznego znaczenia, kondotierów gotowych do służby każdemu panu za każde pieniądze. Społeczeństwa demokratyczne przyjmują te wizje i traktują wygnańców jako przykry ciężar, potencjalne bądź realne zagrożenie. Projektowana antologia miałaby pomóc w przywróceniu właściwych proporcji, stanowiłaby odpowiedź na skierowaną przeciw wygnańcom propagandę, ułatwiałaby im samym znalezienie miejsca przez przypomnienie wysiłków (klęsk czy osiągnięć) uprzednich. Tułacze, zanurzeni w obcym żywiole, odcięci od ojczyzny, szybko pogrążają się w niepamięć.

Stempowski nie ułożył planowanej antologii. A był wyjątkowo predestynowany do wypełnienia tego zadania: niewiarygodna erudycja, polityczna świadomość, uwrażliwienie na historię, dystans wobec sporów, znakomita umiejętność syntezy i literacki talent bez literackich pretensji czyniły z niego idealnego historiografa i historiozofa emigracji. Podobnymi przesłankami kierował się Józef Wittlin, gdy w pięknym szkicu o Blaskach i cieniach wygnania analizował kondycję pisarza tworzącego poza granicami ojczyzny. Idąc śladami tych świetnych artystów i myślicieli, chciałbym zastanowić się nad odmiennym trochę problemem: jak w doświadczeniu polskim, dziewiętnastowiecznym i współczesnym, swobodne umysły widziały rolę emigracji.

Polskie doświadczenie emigracyjne ma chyba szczególną noś­ność. Trwa ono — ze zmienną intensywnością — dwa stulecia. Jeżeli w obrębie innych kultur na wygnaniu powstały  p e w n e   d z i e ł a   o istotnym znaczeniu, to w Polsce   k a n o n  t r a d y c j i  uformowany został na emigracji. W odstępie miesięcy pojawiły się w Paryżu Pan Tadeusz, Powstanie narodu polskiego, Nie-Boska komedia, to znaczy wzór języka, wzór politycznej analizy, wzór refleksji społecznej; mitologia indywidualna i narodowa. Przecież polski hymn jest pieśnią wygnańców; opowiada o ich przyszłym złączeniu się z narodem.

Emigracja polistopadowa później nazwana zostanie Wielką przede wszystkim ze względu na niezwykłe dokonania duchowe. Wówczas wydawała się też wielka liczebnie. Zbliżała się do 10 tysięcy. W porównaniu z emigracjami dwudziestowiecznymi nie była duża. Ale w jej skład wchodziła elita ludzi polityki i kultury. Tak się też widzieli, choć nie potrafili dokładnie określić swojej roli. Wysiłek intelektualny kierował się zresztą nie ku autoanalizie, lecz ku przemyśleniu przyczyn klęsk i wyszukiwaniu dróg wybicia się na niepodległość. Doświadczenie wygnania było nowe i szokujące. Wymykało się nie tylko teoriom, ale nawet nazwom. Doskonale określił tę sytuację Mickiewicz w zdaniach otwierających Księgi pielgrzymstwa polskiego:

„Duszą narodu polskiego jest pielgrzymstwo polskie.

A każdy Polak w pielgrzymstwie nie nazywa się tułaczem, bo tułacz jest człowiek błądzący bez celu; ani wygnańcem, bo wygnańcem jest człowiek wygnany wyrokiem urzędu, a Polaka nie wygnał urząd jego.

Polak w pielgrzymstwie nie ma jeszcze imienia swego, ale będzie mu to imię potem nadane, jako wyznawcom CHRYSTUSA imię ich potem nadane było.

A tymczasem Polak nazywa się pielgrzymem, iż uczynił ślub wędrówki do Ziemi Świętej, Ojczyzny wolnej, ślubował wędrować póty, aż ją znajdzie.

Ale naród polski nie jest bóstwem jak CHRYSTUS, więc dusza jego, pielgrzymując po otchłani, zbłądzić może, i byłby odwleczony powrót jej do ciała i zmartwychwstanie”.

Słowa Mickiewicza celnie ujmują zasadnicze problemy polistopadowych emigrantów, przyświecające im wartości i grożące pokusy: jaki ma być ich stosunek do kraju, który opuścili, i do krajów, które ich otaczają? Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego ukazały się w Paryżu w grudniu 1832 roku. Miały stanowić „katechizm pielgrzymstwa polskiego”, przypomnienie prawd pierwszych i oczywistych. Polistopadowe „pielgrzymowanie do wolności” dopiero się rozpoczęło, emigracja jeszcze szukała po omacku dróg i celów. Bano się roztopienia w obcym żywiole, utraty wiary w sensowność działania; reakcją było zamknięcie się w sobie, szukanie w ojczystych dziejach uzasadnień i własnej misji — nie tylko wobec rodzimego kraju, lecz wobec całej Europy.

Zarys tej postawy, która znajdzie duchową kulminację w mesjanizmie, a polityczne wcielenie w nieliczących się z rzeczywistością spiskach, dostrzec już można w pewnych fragmentach Ksiąg narodu i ksiąg pielgrzymstwa. Celem wychodźców jest ratowanie ojczyzny, ale rodacy w kraju pozbawieni są wolności; ci, którzy wyszli za granicę, powinni mówić i działać za tych, którzy zostali, niemi, bezsilni. „Pielgrzym polski powiada: Kto idzie za Wolnością, niech opuści Ojczyznę i odważy życie swoje. Bo kto siedzi w Ojczyźnie i cierpi niewolę, aby zachował życie, ten straci Ojczyznę i życie; a kto opuści Ojczyznę, aby bronić Wolności z narażeniem życia swego, ten obroni Ojczyznę i będzie żyć wiecznie”.

Wychodźcy po powstaniu listopadowym przyjęci byli za granicą zrazu entuzjastycznie: manifestacje ludności, zbiórki pieniężne, przynoszące olbrzymie sumy, Polenlieder. Sytuacja szybko się zmieniła. Emigranci popadali w rozgoryczenie i zwątpienie. Mickiewicz wznosił obronny mur między nimi a otaczającymi ich społecznościami: „Zaprawdę powiadam Wam, iż cała Europa musi nauczyć się od Was, kogo nazwać mądrym. Bo teraz urzędy w Europie hańbą są, a nauka Europy głupstwem jest. [...] Nieraz mówią Wam, iż jesteście wpośród narodów ucywilizowanych i macie od nich uczyć się cywilizacji, ale wiedzcie, że ci, którzy Wam mówią o cywilizacji, sami nie rozumieją, co mówią”.

Podobnemu zaślepieniu ulegał Maurycy Mochnacki, czasami przecież zadziwiająco przenikliwy obserwator sceny politycznej, gdy w artykule O charakterze polskiej emigracji pisał w lecie 1832 roku: „Z uśmiechem, z dumą niechaj pogląda Polak na wszystkie rady zachodnich społeczeństw, na wszystkie wymysły teraźniejszych polityków. Wszystko to nasi przodkowie albo przeczuli, albo rozplenili w swej rzeczy społecznej i we własnym umyśle wynaleźli”.

Po latach Stanisław Brzozowski w Legendzie Młodej Polski tak określił dylematy polistopadowych wygnańców: „Muszą oni w polskiej tradycji, polskiej historii szukać właściwości, które pozwoliłyby im wierzyć, że   d z i e j e   p o l s k i e   i   i c h   w y n i k   s t a n o w i ą   o d p o w i e d ź   n a   n i e p o k o j ą c e   E u r o p ę   n a j i s t o t n i e j s z e   p r o b l e m y. Europa stawia tu zagadnienia, dzieje Polski muszą na nie odpowiedzieć: takie jest założenie duchowe całej pracy duchowej naszej emigracji”. Wygnańcy uczyli się prawdy o swojej roli metodą prób i błędów; próbowali uczestnictwa w europejskiej konspiracji, organizowali spiski w kraju; za błędy ciężko płacili. Nie tylko oni, także społeczeństwo w kraju. Wiedzy o złożonych i delikatnych związkach między losami wychodźstwa a rodzimą zbiorowością dochodzono w zażartych sporach. Mickiewicz mówi o „potępieńczych swarach”. Dyskusje w grupach zamkniętych, jaką jest każda emigracja, cechuje wysoka temperatura, bywają dotkliwe dla uczestników, ale są przecież zasadniczym elementem budowania świadomości obywatelskiej, z nich wykuwa się lekcja wygnania, samoświadomość tułaczy.

Najciekawszy może głos o roli polistopadowego wychodźstwa należy do działacza krajowego, ale został spisany i wydrukowany za granicą. Henryk Kamieński bacznie przyglądał się emigracyjnym poczynaniom, starał się śledzić ważniejsze publikacje polskie na Zachodzie. Skorzystał z pobytu w Berlinie w 1843 roku, aby sformułować swoje poglądy. O prawdach żywotnych narodu polskiego wydał w Brukseli pod pseudonimem, a dedykował emigracyjnemu Towarzystwu Demokratycznemu. Kamieński miał dobry punkt obserwacyjny do oceny wychodźstwa: znajomość realiów krajowych, kontakt z emigracją, oddalenie od sporów personalnych, pasja polityczna, umiejętność analizowania procesów społecznych, skłonność do uogólnień systemowych.

Zasadniczy rozdział poświęcił Stanowisku i powołaniu emigracji w narodowości polskiej. Bogaty w doświadczenie historyczne podkreśla — wbrew doktrynerskim tendencjom, obecnym wyraźnie i w jego dziele — odmienność i komplementarność ról: inne są zadania kraju, inne emigracji. Docenia znaczenie wychodźstwa, a zarazem wskazuje na niebezpieczeństwo jego roszczeń do kierownictwa krajem. Klęska powstania sugerowała szukanie ratunku w stworzeniu silnego ośrodka decyzyjnego tam, gdzie jest to możliwe, za granicą. Klęska spisków kompromitowała tę drogę. Emigracja może swobodnie mówić, dyskutować nad sytuacją, podsuwać rozwiązania. Nie powinna podejmować się ich politycznej realizacji.

Rozważania Kamieńskiego przywracają „potępieńczym swarom” właściwą perspektywę. Stawiany radykalnie dylemat „kraj czy emigracja” fałszywie ujmuje sytuację. Cel działania jest wspólny, drogi są i powinny być odmienne. „Emigracja z natury rzeczy innymi środkami niż kraj dążyć musi do wielkich celów niepodleg­łości ojczyzny. Jedyna cząstka naszego narodu głos wolny wznosić mogąca, a odcięta od kraju, który istotną siłę w sobie zawiera, ma z natury rzeczy wskazane sobie powołanie kształcenia narodowej myśli, wznoszenia naszej duchowej potęgi, za którą materialna idzie”. W dziedzinie politycznej refleksji Kamieński przyznaje pierwszeństwo wychodźcom. „Emigracja z natury rzeczy przewodniczy krajowi, bo ma wszystko po temu, aby myśl ojczystą rozwijać, a myśl przodem iść musi. Słuszny jest tedy ten urok, jaki na kraj wywiera, chciwy jej pism, chwytający je z największym interesem”.

Narzędziem emigracji, podkreśla Kamieński, jest słowo głoszone jawnie, nie tajna działalność na terenie kraju; w niej nie mogą brać wychodźcy czynnego udziału. „Przesąd przeciwny zdaniu, które dopiero co wyrzekliśmy, bywa tak częsty i w tułactwie, i w Polsce, że niejeden z zadziwieniem zupełnym się zapyta: jak to, czyż emigracja nie ma brać udziału w urządzaniu przyszłego powstania Polski ani mieszać się do jego przygotowań? Odpowiadamy śmiało: nie, tysiąc razy nie, emigracja tym sposobem wdawałaby się w nie swoje rzeczy, w czynności, którym zadośćuczynić nigdy nie może, gdzie by zawsze więcej zawadzała jak pomogła”.

Mijały lata, przynosiły ze sobą kolejne nadzieje i rozczarowania, a także kolejne fale wygnańców. W napiętej atmosferze powstawały dodatkowe konflikty: linia podziałów przebiegała nie tylko między obozami, ale i generacjami. Tę sytuację zanalizował najprzenik­liwiej Cyprian Norwid. Głos młodego emigranta przyjmowano zrazu z uznaniem, z biegiem czasu odstręczał zawiłością. Teksty Norwida wymagały wysiłku. Walczył z formułami. Jakby bronił się w ten sposób przed popadnięciem w schematy. I rzeczywiście — jego wypowiedzi nie tylko wymykają się dogmatycznej alternatywie „kraj albo emigracja”, ale stanowią też ostrzeżenie przed ideologicznymi pułapkami mesjanizmu, nacjonalizmu, reakcjonizmu, komunizmu, w które popadano zarówno w kraju, jak i na emigracji.

W Listach o emigracji z 1849 roku Norwid stwierdzał, że emigracja jest z definicji stanem nienormalnym. Starał się określić „normalność tej anormalności, historyczność tej niehistoryczności”. Przestrzegał przed egzaltacją kondycji wygnańczej. Zastanawiał się, „dlaczego zazwyczaj emigracja   w i e   t y l k o   t o,  c o   t r z e b a? — a czemu  n a r ó d   jeden może wiedzieć, co  m o ż n a?”. Przypominał, że nie wypełniły się dzieje. Kto chce, pominąwszy naród, zajmować się ludzkością, ten jest ślepym na historię doktrynerem, a historia wbrew niemu powróci drogami fatalnymi jak w terrorze Rewolucji Francuskiej. Kto w narodzie widzi tylko rasę lub plemię, ten działa czysto negatywnie, popada w fałszywy i niebezpieczny mistycyzm, zapoznana historia przeciw niemu także się obróci. Teksty Norwida uderzają trzeźwością i wieloplanowością spojrzenia, niepodatnością na mesjanizmy narodowe czy klasowe. Także otwartą wizją emigracji.

Przypominał: nie ma „starej” i „młodej” emigracji, są tylko młodsi wygnańcy kontynuujący w zmienionych warunkach pracę dla tego „wielkiego, zbiorowego obowiązku”, jakim jest ojczyzna. Przestrzegał przed mylącymi podziałami. Jego Słowo zgody z 1851 roku, odpowiedź na jałowe polemiki Juliana Kłaczki, jest jednym z najważniejszych polskich tekstów dotyczących roli emigracji:

„Bo  p i e r w s z a  jest emigracja w kopalniach i na całej stronie azjatyckiej, gdzie duch polski   b e z p o ś r e d n i o   p r z e d   B o g i e m   sprawie służy, lubo nie przestaje on należeć do narodowego organizmu.

D r u g a  jest na Zachodzie, gdzie  n a r ó d   p o l s k i   w   o b l i c z u   l u d z k o ś c i   p o s t a w i o n y   i ta jest   p o l i t y c z n ą.

T r z e c i a  jest w kraju, gdzie zarówno każdy patriota jest pod pewnym względem emigrantem, i dlatego to mówim:  N a r ó d   p o l s k i   w pielgrzymstwie lub na tułaczce jest.

Każda z tych emigracji inne oblicze ma, lubo całość stanowią wzięte razem, jak trzy strony kryształu narodowej istoty”.

Ze wszystkich wielkich artystów słowa w epoce polskiego romantyzmu Norwid, samotny, hermetyczny, niezrozumiany, wydaje się najbliższy rzeczywistości. Był otwarty na świat i umiał się uczyć z wydarzeń. Ciężko doświadczony przez życie, w myśleniu wolny był od pychy i rezygnacji (w stopniu, w jakim jest to dla wygnańca osiągalne). W narzucaniu rzeczywistości ideologicznych schematów widział groźbę zniewolenia umysłowego i politycznego: „[...] tylko będą  u b e z w ł a d n i o n e   d u m ą   d u c h y   i   u b e z w ł a d n i o n e   s t r a c h e m   d u s z e. A tym samym płacz będzie i uciśnienie, i boleści — a potem może  b u n t, którego jest owocem  n i e w o l a!”.

Jak frazes powtarza się Norwidowe słowa, że Polacy to zbiorowość najlichsza jako społeczeństwo, a najwspanialsza jako naród, że każdy czyn przychodzi tu za wcześnie, a każda książka za późno — i w ustach niezliczonych „podnorwidków” (jak ich określał Lechoń) te słowa stały się frazesem. W jego ustach miały znaczenie zarówno teoretyczne, uwierzytelnione i rozwinięte przez całe dzieło, jak i praktyczne. Wskazywał na konkretne potrzeby emigracji.

„Trzy są rzeczy główne, poza którymi nie można mówić serio o rzeczach ojczystych: 1. C e n t r a l i z a c j a   w naturalnych jej granicach; 2. Bank pożyczalny dla pracujących; 3. Dziennik na   p o t r z e b a c h — s p o ł e c z n y c h   u z a s a d n i o n y”.

Oglądając się na dokonania emigracji, wymieniał trzy grupy, które wypełniły swój obowiązek: prostych żołnierzy, poetów oraz rodzinę książąt Czartoryskich. Zwłaszcza poeci spełnili swą rolę; powrócili do źródeł języka i nadali mu nową siłę. Ale, ostrzega Norwid (także siebie), gdy słowo zawisa w próżni, gdy oderwane jest zbyt długo od rzeczywistości, wówczas grożą wynaturzenia: „Zagmatwa się wyobraźnia, która wielką jest siłą, jeśli w czas jest czynem sprzeciw-ważona. A jak się tak zagmatwa nie rozgałęzione czynem   s ł o w o   narodowe — to cóż zostanie?... wszakże słowa to nasza broń ostatnia”.

*

Minęły lata i nowe kataklizmy wyłoniły nową emigrację. „Broń ostatnia” okazywała się znów zasadniczą bronią. Od kiedy liczyć należy początek Drugiej Wielkiej Emigracji, liczebnie wielekroć przewyższającej swoją poprzedniczkę? Od dnia wybuchu wojny 1 września 1939, od 17 września, daty wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie polskie i opuszczenia ich przez władze Rzeczypospolitej? Wyznaczanie precyzyjnej daty nie jest tu konieczne. Bez wątpienia momentem przełomowym było dotarcie do społecznej świadomości sensu układów jałtańskich: wojna światowa, rozpoczęta naruszeniem niepodległości Polski, nie zakończy się jej pełnym przywróceniem, rząd i armia nie wrócą bezpiecznie z Zachodu. Moskiewskie rozmowy na temat utworzenia tymczasowego rządu jedności narodowej toczyły się równocześnie z procesem 16 przywódców Polski podziemnej. „Przed nami mrok. — Pisał w lipcu 1945 roku Adam Ciołkosz. — Przyszłość najbliższa rysuje się niepewnie i mglisto”.

Setki tysięcy pozostały poza granicami lub opuszczały kraj: politycy, żołnierze, pisarze. Liczyli, jak ci sprzed wieku, na interwencję rządów, na pomoc ludów, na zmianę. Analogie są uderzające, byli ich świadomi, dostrzegali też różnice. Gdy kierowany przez Jerzego Giedroycia Instytut Literacki rozpoczynał działalność w 1946 roku, zaczął od wznowienia książeczki Mickiewicza poprzedzonej zasadniczym wstępem Gustawa Herlinga-Grudziń­skiego: „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego” na nowej emigracji. Herling-Grudziński zastanawia się nad znaczeniem wskazań Mickiewicza; przestrzega przed czterema niebezpieczeństwami, których nowa emigracja za każdą cenę powinna się wystrzegać. Po pierwsze, indywidualizm romantyczny traktowany nie jako poszanowanie praw jednostki, lecz jako apologia egoizmu i pychy. Po drugie, megalomania narodowa, przekonanie, że męczeństwo uszlachetnia i zbawia, nadzieje „odcinania kuponów z zamrożonego kapitału cierpienia”. Po trzecie, „rewolucyjność alkowianą”, branie osobistych marzeń i utrapień za polityczne działanie o społecznych skutkach. Po czwarte, „czar wawelski, czyli mediumiczne zapatrzenie w dawną świetność, w groby królewskie, w wypłowiałe pamiątki narodowe”.

Wyjściem z romantycznych zasadzek jest uspołecznienie narodu, jego unowocześnienie i zespolenie. Doświadczenia wojenne za cenę ofiar przyczyniły się do ewolucji Polski w tym kierunku, wyłoni się z nich „naród poczuwający się do odpowiedzialności za losy państwa, świadomy swego krwawego trybutu na rzecz wolności europejskiej, zahartowany w solidarności społecznej, wyleczony z mitów i przerostów elitaryzmu politycznego”. Nowej emigracji, podkreśla Herling-Grudziński, przyświeca „prosta i w prostocie swej mickiewiczowska wiara, że zjednoczenie Europy może się dokonać na dwóch podstawach: antyhumanistycznego totalizmu politycznego albo humanistycznej demokracji ludów, które na naszych oczach stają się narodami, nauczonymi nareszcie przez wszystkie imperializmy świata solidarności europejskiej”.

Wcielanie w życie solidarności europejskiej okazało się w nowych warunkach politycznych i cywilizacyjnych niezwykle trudne. „Wojna powszechna za wolność ludów”, o którą modlił się Mickiewicz i której czekało wielu nowych emigrantów, w obliczu podziału świata gwarantowanego po obu stronach bronią atomową nie mogła przynieść wyzwolenia. A zresztą w pamięci kraju i emigracji tkwiło traumatyczne doświadczenie Powstania Warszawskiego. Podejmowane mimo wszystko próby konspiracyjnego działania na kraj zakończyły się infiltracją przez władze bezpieczeństwa i ofiarami ludzkiego życia. Ostateczną kompromitacją tej drogi było wyjawienie afery Bergu: emigracyjni politycy zawarli tajną umowę z wywiadem amerykańskim; otrzymywali fundusze na działalność w kraju w zamian za raporty o sytuacji w Polsce. Gdy Stanisław Cat-Mackiewicz został w 1954 roku premierem londyńskiego rządu na wygnaniu (wkrótce miał zresztą wrócić do kraju), dobrze chyba określił sytuację: primum non nocere, pierwszym obowiązkiem jest nie szkodzić. To ważne stwierdzenie: nie oznaczało ono bynajmniej końca roli emigracji, lecz zrozumienie faktu, że zmieniły się metody i drogi działania.

Nowa sytuacja, odwilż, a później Październik, wymagała nowej taktyki. Dyskutowano o tym na emigracji, ale odzywały się też głosy z kraju, nieśmiałe i nieufne. Z początkiem roku 1955 redaktor „Kultury” tak określał wzajemne stosunki: „Jeżeli chodzi o kraj, obecnej sytuacji nie można porównywać z sytuacją sprzed pierwszej wojny światowej. [...] Dziś nie ma ani ugodowców, ani lojalistów. Można obiektywnie przyjąć, że 98% Polaków w kraju — choć z podziwu godnym uporem i żywotnością rozbudowuje byt narodu we wszystkich dostępnych dziedzinach — nienawidzi zarówno Rosji, jak i reżimu. Nie ma żadnych różnic pomiędzy koncepcją polityczną Kraju a Emigracji; walczymy przeciw temu samemu wrogowi, choć różnymi metodami”.

We wrześniu 1957 roku Juliusz Mieroszewski w zmienionej popaździernikowej sytuacji precyzował diagnozę artykułem Dwa fortepiany. Wrócił do tej problematyki później w dyskusji z Adamem Bromke na temat granic ugody i roli emigracji. „Narody w niewoli grają zawsze na dwóch fortepianach — mają zarówno ugodowców, jak i niepodległościowców. Ugodowcy spełniają swoje zadanie w perspektywie narodowej, jeżeli współpracy z zaborcą nie traktują za drabinę do osobistej kariery, lecz starają się uratować to, co jest do uratowania, i rozbudować to, co jest do rozbudowania. Politykę ugodową można realizować tylko w Kraju i jeżeli ktoś uważa, że w okresie najbliższych dziesięcioleci tylko na tej drodze można służyć Polsce — powinien wrócić do Kraju. Ugodowcy mają prawo do swych poglądów i nie wszyscy ugodowcy będą potępieni przez Historię. Natomiast ugodowcy nie mają prawa przedstawiania swej polityki jako jednego z programów polityki niepodległościowej”.

Mieroszewski wraca do problemu podziału ról i stwierdza, że emigracja nie jest wynikiem przypadku czy dowodem zaślepionego uporu. „Z doktryny «gry na dwóch fortepianach» wynika jasno, że emigracja winna głosić i reprezentować postulaty, których w Kraju ani reprezentować, ani głosić nie wolno. [...] Każdy ustrój totalistyczny — prawicowy czy lewicowy — produkuje emigrację polityczną [...]. Emigracja polityczna dobiegnie kresu, gdy wygaś­nie na nią «zamówienie społeczne». Gdy Polska odzyska prawo do samostanowienia — gdy w Kraju będziemy mieli ustrój oparty na zasadach demokratycznych — wówczas nikt nie będzie wybierał wolności, ponieważ wolności będzie pod dostatkiem nad Wisłą. Oczywiście Polacy i wtedy będą emigrowali — na studia lub w nadziei wyższego zarobku. Lecz to nie będzie emigracja polityczna”.

W kraju z natury rzeczy trudno było publicznie formułować opinie na temat roli emigracji. Targowica leży nad Atlantykiem, Na podstawie martwej wizy, Emigranda to wyrazy kampanii propagandowej. Za czasów stalinowskich brali w niej udział ludzie o znanych nazwiskach, a niedawni przybysze z emigracji odznaczali się szczególną gorliwością. Nie były to jednak przejawy myśli politycznej. Po Październiku Antoni Gołubiew ogłosił w „Tygodniku Powszechnym” artykuł o programowym tytule Polska leży nad Wisłą. Zarówno nazwisko autora, jak i miejsce publikacji nadawały tekstowi wiarygodność. Gołubiew także nie mógł mówić pełnym głosem, jego wystąpienie grało głównie podtekstami: tutaj, nad Wisłą, decyduje się nasz los; emigracja stanowi marnowanie energii narodowej, grozi popadnięciem w niebezpieczne iluzje. W innych warunkach teza Gołubiewa byłaby upraszczającym banałem: Polska leży także nad Odrą i Wartą, a leżała kiedyś również nad Wilią, Niemnem, Prypecią, Dniestrem. Ale w sytuacji polskiej słowa Gołubiewa znaczyły: naprawdę istotne prace dokonują się tutaj, w kraju, nie na emigracji. Dziwna to wypowiedź w ustach pisarza, zwłaszcza jeśli zważyć, że największy twórca naszej literatury nigdy nie był nad Wisłą, a jego zasadnicze dzieła powstały nad Łabą, nad Sekwaną, nad Jeziorem Genewskim.

Tezy Gołubiewa zostały podjęte i rozwinięte w „artykule dyskusyjnym” Propozycje dla emigracji, ogłoszonym w „Tygodniku Powszechnym” w październiku 1961 roku. Miała to być „próba sformułowania programu politycznego dla emigracji, którego jej brak”. Autor tego tekstu, Tadeusz Myślik, w późniejszych latach opuści redakcję „Tygodnika Powszechnego”, a jeszcze później stanie się działaczem PRON. Wypowiadał w formie karykaturalnej pewne tendencje obecne także wśród niezależnych umysłów w kraju, zmęczonych przeciągającym się status quo, a także pewne nadzieje rządzących, posługujących się mniej brutalnymi metodami niż za czasów stalinowskich, dążących nie do unicestwienia emigracji (nieosiągalnego), lecz do jej wyjałowienia. Emigracja powinna pełnić rolę usługową, współdziałać z władzami PRL w tych sprawach, w których może pomóc. Jej zadaniem jest więc, po pierwsze, występowanie w obronie granicy zachodniej na Odrze i Nysie, po drugie, popieranie na forum międzynarodowym takich propozycji polskich władz, jak projekt utworzenia w Europie strefy bezatomowej, po trzecie, propaganda polskiej kultury i popieranie polskiego eksportu. Jednym słowem, był to projekt likwidacji emigracji i przemienienia jej w Polonię czy diasporę, jak powie później Adam Bromke, wysuwający analogiczne propozycje, które spotkały się z ostrą i zasadniczą ripostą Juliusza Mieroszewskiego.

Na wystąpienie Gołubiewa zareagował w londyńskim „Robotniku” w lutym 1958 roku Adam Ciołkosz. „O tym, że Polska leży nad Wisłą i że stolicą jej jest Warszawa, wiedzieliśmy i mówiliśmy zawsze, także wtedy, gdy przywódcy Komunistycznej Partii Polski głosili, że ojczyzna proletariatu polskiego leży nad Wołgą i że stolicą jej jest Moskwa. O tym, że w Polsce sprawuje władzę rząd komunistyczny, wiemy dobrze, bo to jest przyczyną, dla której od lat trzynastu żyjemy życiem wygnańców. O tym, że w obecnej sytuacji światowej i naszej tylko komuniści mogą Polską rządzić, wiemy od chwili, gdy sowieckie kolumny pancerne przystąpiły do miażdżenia wolności Węgier i od chwili, gdy Gomułka ogłosił, iż skreślanie kandydatów komunistycznych z kart wyborczych równa się skreślaniu Polski z mapy państw europejskich”. Ciołkosz podsumowywał sytuację: „Niemożliwy jest podział ról i koegzystencja między emigracją a reżimem dyktatury komunistycznej, możliwy i konieczny jest podział ról między emigracją a społeczeństwem w kraju. W tym niepisanym podziale zadań emigracja winna służyć krajowi jako jego wielka ambasada w wolnym świecie. Nie ma potrzeby tworzenia w tym celu nowych form ustrojowych na emigracji, bo te formy już istnieją i na ogół dobrze zdały w ostatnich latach swój egzamin. Zadaniem chwili jest aktywizacja, wzmożenie działalności politycznej emigracji”.

*

Jakże słuszne są zdania Ciołkosza o  n i e p i s a n y m  podziale zadań: nie może taki program zostać jednoznacznie ustalony, nie tylko i nie przede wszystkim ze względu na wymagania konspiracji. Zmienia się sytuacja w kraju, na emigracji, położenie międzynarodowe, zmieniać się też powinny metody działania, „formy ustrojowe emigracji” (jeśli o czymś takim w ogóle można mówić). Przypominał już przed laty Norwid, że pretensje legalistyczne nawet największych autorytetów politycznych są wątpliwe. Tych, którzy naprawdę zostali wyłonieni przez swobodne mechanizmy w kraju, jest coraz mniej. I nie kłótnie o stanowiska mają znaczenie, lecz spór o idee. Słowa są „bronią ostatnią”. Ten sąd w dwudziestym wieku, gdy sposoby tradycyjnej walki orężnej stały się w dobie atomowego podziału świata anachronizmem, wydaje się jeszcze głębszy niż wówczas, gdy go Norwid wypowiadał.

Nie od razu doszło do świadomości społecznej, jak ważną bronią powojennej emigracji jest słowo. Wymagało to suwerennego podejścia. Ciśnienie polityczne utrudniało taką postawę, a zarazem czyniło ją bardziej niż kiedykolwiek potrzebną. Dylemat, jaki stał przed krajem i emigracją, znakomicie sformułowała Maria Dąbrowska, choć konkluzje jej wywodów są co najmniej dyskusyjne. W Szkicach z podróży, ogłoszonych w 1956 roku, opisując uroczystości schillerowskie w Weimarze, notowała z myślą trochę o Tomaszu Mannie, ale bardziej o polskiej emigracji: „Gdy naród i państwo spotyka klęska, trzy wyjścia znajduje «syn podbitego narodu». Podbitego z zewnątrz czy z wewnątrz. Ginie w walce; uchodzi na emigrację, by się ocalić dla lepszych czasów lub o nie na obczyźnie walczyć; zostaje z narodem, by dzielić z nim to, co wszyscy cierpieć muszą. I żaden z tych wyborów nie ma prawa wynosić się nad inne. Dopiero wielki sędzia — czas — pokazuje, kto wybrał drogę właściwą. Lub raczej, kto na wybranej drodze spełnił swój wobec ojczyzny obowiązek, bo w każdym z tych wypadków można go w jakiś sposób wypełnić lub nie wypełnić. Ale nieuchronnie zjawia się natrętna myśl, że słuszność lub niesłuszność emigracji politycznej mierzy się między innymi wielkością powstałych na emigracji dzieł”.

Dąbrowska powątpiewała, czy emigracja wypełniała swoje zadanie wobec Polski. Później wycieniowała ten osąd, o czym świadczy korespondencja z Kazimierzem Wierzyńskim i Jerzym Stempowskim. Nie ona jedna nie doceniała roli literatury emigracyjnej. Tymon Terlecki i Maria Danilewicz-Zielińska, których nazwiska złączone są z dwiema najpoważniejszymi próbami syntezy tego piśmiennictwa, szukają usprawiedliwienia działalności powojennego wychodźstwa w materialnym wysiłku („emigracja paczkowa”) i nie widzą wśród współczesnych twórców nikogo godnego zestawienia z duchowymi przywódcami Wielkiej Emigracji. Przecież nawet Miłosz oceniał zrazu emigrację jako samounicestwienie. Część wygnańców zachowała się wobec niego brutalnie, wypowiadała niesprawiedliwie sądy, ale ileż niesprawiedliwości było w jego spojrzeniu na emigrację, na konkretne zbiorowisko ludzi i na sytuację egzystencjalną. W pierwszym ogłoszonym w „Kulturze” artykule wyznawał: „Samobójstwo, koniec literackiej kariery (a czymże innym jest dla poety stracić ojczyznę) — niech będzie”. W listach do Melchiora Wańkowicza z tego okresu znaleźć można przejmującą mieszaninę rozpaczy i zaślepienia.

Znajdujący się w trudniejszej sytuacji materialnej Gombrowicz trzeźwiej oceniał położenie twórcy na wygnaniu. Z czasem i Miłosz precyzyjniej dostrzeże — często przez konfrontację z dziełem Gombrowicza — rolę emigracji i jej dorobku. Gombrowicz, odpowiadając na wywody Ciorana, będące spiętrzeniem błyskotliwych i brutalnych alternatyw, wprowadzał do dyskusji uderzający rozsądek i sprawiedliwość w rozłożeniu blasków i cieni. Pisał Cioran: los wygnańca to onanizm i suchoty; może się posługiwać tylko poezją, bo proza wymaga długiej tradycji i zróżnicowanego odniesienia społecznego, poezję zaś tworzą bądź troglodyci, bądź esteci; emigracja jest chorobą, prowadzi do pogrążenia się w duchowym lenistwie, jest szkołą szaleństwa — ale ułatwionego.

Odpowiadał Gombrowicz: te wywody są zbyt małostkowe i pośpieszne. O kim w nich mowa? „Adam Mickiewicz pisał książki i książki pisze pan X., owszem, wcale poprawne, a nawet poczytne, obaj są «pisarzami» i nota bene, pisarzami na wygnaniu... ale na tym kończy się wszelkie między nimi podobieństwo. Rimbaud? Norwid? Kafka? Słowacki?... (rozmaite bywają wygnania). Sądzę, że żaden z nich nie przeraziłby się zbytnio tym właśnie gatunkiem piekła. Przykrą jest rzeczą nie mieć czytelników — bardzo nieprzyjemnie nie móc wydawać swoich utworów — wcale nie jest słodkie być nieznanym — wysoce niemiłe jest widzieć się pozbawionym pomocy tego mechanizmu, który wypycha na wierzch, robi propagandę i organizuje sławę... ale sztuka naładowana jest pierwiastkami samotności i samowystarczalności, znajduje ona swoje zadowolenie i swoją rację bytu w sobie samej. Ojczyzna? Przecież każdy z tych wybitnych, wskutek po prostu wybitności swojej, był cudzoziemcem nawet u siebie w domu. Czytelnicy? Przecież nigdy nie pisali oni «dla» czytelników, zawsze «przeciw» czytelnikom”.

Cioran opisywał śmierć pisarza oderwanego od ojczyzny. Ale — precyzuje Gombrowicz — ten pisarz nigdy naprawdę nie istniał, to był embrion pisarza; emigracja powinna teoretycznie, jeśli tylko przezwyciężone zostaną materialne przeszkody, stanowić szansę dla twórców. Elita kraju znalazła się za granicą. Uzyskuje dystans, swobodę duchową. Jednostka może być bardziej sobą, nic jej nie ogranicza, zniknęły sztuczne podpory. Wydawałoby się — cóż za szansa. A jednak trudno z wolności korzystać. Sztuka wymaga porządku, hierarchii. Trzeba ją zbudować, stworzyć włas­ną rzeczywistość. Nadmiar wolności przeraża. Wygnańcy, zagrożeni światem i własnym osamotnieniem, czepiają się kurczowo przeszłości. Każda zmiana wydaje się powiększeniem dystansu wobec utraconej ojczyzny. Boją się nowego spojrzenia. Narzucają sobie ślepotę. A przecież tylko swobodna myśl może im pomóc w odbudowie domu.

Gombrowicz kontynuował temat emigracji w dyskusji z Miłoszem — sam podkreślał: nie z Miłoszem pisarzem „absolutnym”, lecz z Miłoszem porażonym przez Historię, przez deterministyczną wizję polityki. Pisarz powinien iść własnym tropem, mówić o swoim świecie, ale w nim zdobyć się na „wolę rzeczywistości”, odwagę spojrzenia. Takie wyzwolenie twórcy będzie wyzwalającym przykładem dla czytelników. Swoboda duchowa, otwarcie na rzeczywistość i lojalność wobec niej, odarta ze złudzeń samotność — oto potencjalne atuty wygnańca. Jak jednak uzyskać kontakt z rzeczywistością za granicami ojczyzny? Schodząc w głąb siebie, odpowiada Gombrowicz, mówiąc o własnej wolności i jej zagrożeniach. „Gdyż komunizm to coś, co podporządkowuje człowieka zbiorowości ludzkiej, z czego wniosek, że najesencjonalniejszym sposobem walki z komunizmem jest wzmocnienie jednostki przeciw masie. [...] W tym sensie jedna strona Montaigne’a, jeden wiersz Verlai­ne’a, jedno zdanie Prousta są bardziej «antykomunistyczne» niż oskarżający chór, jaki stanowicie. Są swobodne — są wyzwalające”.

Polemizując z jednym z wcieleń Miłosza, Gombrowicz podejmuje na poziomie fundamentalnym dyskusję o roli wolnego słowa. „Nie domagam się ani sztuki stosowanej, ani czystej — domagam się twórczości «naturalnej», takiej, która jest niepremedytowanym urzeczywistnieniem się człowieka. Lecz on mówi: — Lękam się... i lękam się tego, że gdy oddalę się od Historii (to znaczy od truizmów doby obecnej), będę samotny. Na co ja powiem: — Ten lęk jest nieprzyzwoity, co gorzej, urojony. Nieprzyzwoity, gdyż jest rezygnacją z jedynego — chyba — heroizmu, który stanowi dumę, siłę, żywotność literatury. Ten, kto się boi ludzkiej wzgardy i osamotnienia wśród ludzi, niech milczy. Ale lęk ten jest także urojony — albowiem popularność, którą zdobywa się na służbie czytelnika i prądów epoki, oznacza jedynie duże nakłady — i nic, nic więcej, a tylko ten, kto zdołał wyodrębnić się z ludzi i zaistnieć jako człowiek osobny, a dopiero potem zdobywa sobie dwóch, trzech, dziesięciu wyznawców, braci, ten tylko wydobył się z samotności w granicach sztuce dozwolonych”.

Miłosz, poruszając się po odmiennych szlakach, zmagając się z silniejszymi zapewne pokusami, dochodził do podobnego widzenia wygnania i pisarskich obowiązków. Emigracja może być szkołą nierzeczywistości, uciekaniem w fikcję — tak nie tylko widzą ją przeciwnicy, ale i ci jej obrońcy, których poraziła Historia (miniona bądź projektowana). Czasami jednak wygnanie bywa lekcją rzeczywistości i wówczas staje się bronią przeciw zniewoleniu. To rozumienie emigracji, bliskie wywodom Norwida, znalazło znakomite rozwinięcie w Mowie Noblowskiej Miłosza. Definiował tam wysiłek twórczy jako poszukiwanie rzeczywistości. „Wygnanie poety jest dziś prostą funkcją względnie niedawnego odkrycia: że kto posiada władzę, może też kontrolować język, i to nie tylko przez zakazy cenzury, ale przez zmienianie sensu słów. Osobliwym zjawiskiem jest język społeczności nie-wolnej, nabywającej pewnych stałych przyzwyczajeń: całe strefy rzeczywistości przestają istnieć po prostu dlatego, że nie mają nazwy. [...] Tylko jeżeli przyjmiemy, że poeta stale dąży do wyzwalania się od stylów zapożyczonych, bo szuka rzeczywistości, jest niebezpieczny”.

Miłosz widział w Gombrowiczu pisarza mężnie zmagającego się z rzeczywistością — duchowa dzielność była jego największą cnotą; dzięki niej zarazem wprowadzał ład we własne życie i osiągał maksymalną suwerenność duchową. „Cała zresztą twórczość Gombrowicza zdaje się być dowodem, że istnieją stałe powołania poszczególnych literatur i że powołaniem polskiej jest, niestety, emigracja. Tamta emigracja otrzymała nazwę Wielkiej. Ale przecież politycznie była mała i śmieszna. To parę nazwisk przesłoniło jej śmieszność i małość. Ażeby potwierdziła się raz jeszcze prawidłowość przebiegu, Gombrowicz dla emigracyjnych czytelników, z nielicznymi wyjątkami, był pyszałkiem, megalomanem czy wręcz wariatem”.

W XX wieku słowo podlega w reżimach ideologicznych nieporównanie bardziej rozbudowanej kontroli, niż miało to miejsce w Polsce pod zaborami, dlatego rola swobodnego słowa jest tak olbrzymia i tak potężne środki zostały zainwestowane w jego niszczenie, ale też ono samo stało się zasadniczą bronią w zmaganiach o wolność. Gustaw Herling-Grudziński w artykule napisanym u progu powojennej emigracji w 1947 roku nazwał toczące się zmagania „bojem napowietrznym”. Proroczy tytuł. Walka o swobodne słowo toczyła się na różnych poziomach i różnymi środkami. Zarówno w duszy pisarzy rozrzuconych po świecie, jak i na falach radiowych. W kontakcie między krajem a emigracją wielką rolę odgrywały nowoczesne możliwości komunikacyjne. Ale te środki były tylko wtedy skuteczne, gdy wymykały się ideologicznym schematom, wzmacniały suwerenność jednostki. Jan Nowak, dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, tak formułował zasady przyświecające mu przy organizacji tej placówki: — Będzie to rozgłośnia polska, Polacy będą mówili do Polaków bez cenzury prewencyjnej. Nie będą usiłowali sprawować rządu dusz w Polsce. Emigracja jest częścią narodu, ale nie może nim kierować. Może informować o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie, walczyć z propagandą i fałszami. Musi powodować się troską o bezpieczeństwo ludzi w kraju. Radio powinno być odbiciem różnorodnych, a nawet sprzecznych opinii i ocen. Przy zachowaniu solidarności w sprawach zasadniczych, takich jak niepodległość, demokracja, każdy ma prawo do swoich poglądów.

Realizacja takich dyrektyw natrafia na trudności nawet w społeczeństwach najbardziej otwartych. Rozwiązywanie powstających wówczas konfliktów jest szkołą demokracji. W społeczności poddanej szczególnemu ciśnieniu, jaką jest emigracja, konflikty owe stają się szczególnie trudne, ale ich rozwiązywanie nabiera dodatkowego znaczenia. Z natury rzeczy te napięcia znajdują ostry wyraz wśród ludzi posługujących się słowem — wśród pisarzy. Wskazywał na to Józef Wittlin, gdy analizował Blaski i cienie wygnania: „Pisarz wygnaniec żyje w społeczności zwężonej, w której niełatwo jest tworzyć, a tym bardziej ogłaszać dzieła rewoltujące. Taka zwężona społeczność najchętniej daje posłuch temu, co już od dawna zna. Od artysty wymaga przeważnie potwierdzenia włas­nych smaków i przyzwyczajeń. Toteż ciężko jest pisarzowi na wygnaniu narzucić emigracji swój smak i swoją nowość. Biada mu, jeśli ulegnie. Bo jeśli w normalnym społeczeństwie każdemu artyście grozi największy jego wróg, którym jest chęć podobania się, niebezpieczeństwo od strony tego wroga jest stokroć większe w społeczności zwężonej, ghettowej, skazanej na własne siły i zasoby. Na emigracji prawie z reguły następuje pomieszanie pojęć i kryteriów, powstają nieprawdopodobne hierarchie, nie ma bowiem istotnych mierników prawdziwej wartości pisarza”.

Czy takie kryteria w ogóle istnieją? Różnie je można interpretować. Paweł Hertz porównał kiedyś literaturę okresu Wielkiej Emigracji do zastępczego parlamentu: społeczność pozbawiona swobodnych instytucji precyzowała ustami pisarzy prawdy żywotne narodu polskiego. I dzisiaj ta formuła pozostaje chyba aktualna, choć wymaga poszerzenia. W latach siedemdziesiątych, w okresie odrodzenia społeczeństwa obywatelskiego w kraju, nastąpił wzrost zainteresowania emigracją, oba nurty polskiego życia zbliżyły się. Stefan Kisielewski zresztą już w latach siedemdziesiątych wskazywał na cztery nurty polskiego piśmiennictwa: literaci krajowi drukujący w wydawnictwach oficjalnych, w wydawnictwa nieoficjalnych, w wydawnictwach zachodnich, wreszcie literaci emigracyjni. Od tego czasu sytuacja uległa dalszemu skomplikowaniu: pisarze emigracyjni drukują w prasie niezależnej, ich utwory ukazują się również w obiegu oficjalnym. Wrócić trzeba znów do słów Norwida o trzech emigracjach, granice między nimi są obecnie — na szczęście — bardziej niż kiedykolwiek płynne. Przypisywanie sobie wyłączności, préséances, przewag związanych z pochodzeniem, stanowi zajęcie jałowe. Zdumiewające dzieło Adama Michnika, tak pięknie rozwijające się na naszych oczach, pisane w więzieniu, a publikowane czasem w kraju, czasem za granicą, należy do wszystkich trzech emigracji.

Te trzy emigracje składają się na współczesny polski parlament. Jak określić jego skład? Jest faktem godnym zastanowienia, co z dorobku emigracji powojennej w okresie zwiększonych kontaktów okazało się inspirujące dla ludzi w kraju, co przynosiło pomoc i otuchę, co stawało się tematem dyskusji. Nie spory instytucjonalne, nie kwestia legalizmu i rządu, nie dyrektywy czy programy polityczne, ale wolne słowo — pozostaje ono „bronią ostatnią”. Dwaj pisarze odlegli od bezpośrednich sporów o taktykę polityczną, interesujący się przede wszystkim wolnością jednostki, jej fundamentami, jej zagrożeniami, Gombrowicz i Miłosz, wzbudzali największe zainteresowanie w kraju. Czyż nie jest to współczesna odpowiedź na pytanie o legalizm — o to, kto reprezentuje społeczność pozbawioną swobody głosu? Trzeba pamiętać, że mandat nie jest dawany raz na zawsze; każdy ma prawo wybierać swoich przedstawicieli i prawodawców, odwoływać ich i zmieniać. Wybory odbywają się „z przyszłościowym zakładem”. Doświadczenie obu Wielkich Emigracji zdaje się wskazywać, że ostaną się ci, którzy głębiej pochylą się nad człowiekiem, w odważny, odkrywczy i trwały sposób zajmą się jego prawami i jego serwitutami, twórczo odnowią silny nurt tradycji. Nikt nie może z góry przewidzieć rezultatów i nigdy nie są one ostateczne. Te wybory są zarazem demokratyczne i elitarne. Literatura z natury rzeczy wymyka się regułom; literatura emigracyjna, mówi o tym polskie doświadczenie dwóch ostatnich stuleci, nie poddaje się politycznym kodyfikacjom; zyskuje polityczne znaczenie wówczas, gdy uczy wewnętrznej swobody. Bój napowietrzny toczy się nie tylko i nie przede wszystkim między zwolennikami ideologii, partii czy obozów, istotny jest również ten, który w powojennej polskiej kulturze rozegrał się między Gombrowiczem a Miłoszem, w duszy każdego z nich, w umyśle każdego człowieka broniącego swojej wolności, gdziekolwiek by on przebywał, w kraju czy na emigracji.

1986