Książka o Unie - Faruk Sehić - ebook

Książka o Unie ebook

Faruk Sehić

4,0
12,81 zł

lub
Opis

Debiutancka powieść Faruka Šehicia, w której pojawiają się liryczne opisy mitycznej krainy dzieciństwa, ciążące ku prozie poetyckiej, dające poczucie harmonii i jedności świata. Sielankowa wizja zostaje zaburzona wojennymi reminiscencjami, w ramach których pisarz z całą brutalnością i chłodnym dystansem rejestruje upadek świata – nie tylko w wymiarze materialnym i cielesnym, ale także ideowym. Całość spaja narracja prowadzona z perspektywy ocalonego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 207




Faruk Šehić

Książka o Unie

Przełożyła

Agnieszka Schreier

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2017

Proza 36

Faruk Šehić: Książka o Unie

Przekład: Agnieszka Schreier

Redakcja i korekta: Anna Krzywania

Na okładce: Anna Szejdewik Coxie „Bird”

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Copyright © by Faruk Šehić

Copyright © by Agnieszka Schreier, 2016

Copyright © by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

poczta@biuroliterackie.pl

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-62-2

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Spis treści

Hipnoza

Marynarze zielonej armii

Zaglądanie w ryby

Wodna republika

Jesień to jeździec z północnego mchu

Dorastam z roślinami

Bez zmartwychwstania i bez śmierci

Łowić rybę

Książę Uny, smoki, rekonstrukcja

Bogowie rzeki

Wodne katharsis

Babcia

O powstawaniu gatunku

Bitwa ostateczna

Nocna podróż

Opowieść o Garganie

Telegram z ciemnych wód

Świetliste noce

Czarny taniec

Teraz odczuwam w sobie pokłady strachu

Dwa tysiące siódmy kontra Gargano

Gdzieś na Ziemi

1992, rok zerowy

Wężowa siła

Emil

Serce

Wiosna

Potwór z Sokiony

Ballada o czarnej dziurze

Uchodźcy

Babie lato

Hymn wędkarski

Zapach rozpalonego miasta

Garbusi

Zanurzyć się w zwierciadle

Zielone nici

Znak wodny

Zimowe wybrzeże

Miłość do ruin

Plamki ślepe

Elegia dla Toshiby

Centaur

Odnowiciel Smith, znany też jako dyrygent chmur

Dom nad dwiema wodami

Początek pisania książki

Dom strachów

Nota o autorze (Agnieszka Schreier)

Niepamięć to jedna z odmian pamięci, jej mgliste podziemie, drugie, tajne oblicze monety.

Jorge Luis Borges

Mój umysł zapomina, ale moje ciało przechowuje blizny.

Ciało to krwionośna historia.

Geoffrey Hartman

Hipnoza

Jeden…

Czasami ja to nie ja, ja to Gargano. Prawdziwy ja jestem tym drugim. Tym z cienia. Tym z wody. Jasnym, kruchym,

bezsilnym. Nie pytaj mnie, kim jestem, to budzi we mnie lęk. Zapytaj mnie o coś innego, mogę ci opowiedzieć o swojej pamięci. O tym, jak świat z gęstej materii doszczętnie się ulotnił, i o tym, jak pamięć stała się ostatnim bastionem mojej osobowości, która sama omal nie uleciała pod postacią słupa pary wodnej. Kiedy skoczę w przeszłość, zrobię to w pełni świadomie, chcę być wtedy całością, tak jak większość ludzi na Ziemi. Teraz jest mi już lżej, patrzę prosto w białą ciągłą linię na modrym asfalcie, ona mnie uspokaja, bezboleśnie zapada mrok, nie odwracam się, mrok jest za mną, ale jak gdyby go nie było, jakby nie połykał ulicy, budynków i drzew. Chodzi za mną, nie śmie jednak do mnie podejść, wie przecież, że zrobiłbym wówczas użytek z papierowej tarczy ze świetlnymi słowami. I wszystko obróciłoby się wniwecz. A tego nie chciałby żaden z nas: ani Gargano, ani mrok, ani ten drugi; we właściwych słowach myślę o sobie. O astronaucie, poszukiwaczu przygód, badaczu rzek i mórz.

Moje wspomnienia są brudne i ohydne. Odczuwam wstręt, kiedy muszę mówić o byłym państwie i początku wojny. Tak jak wtedy, gdy chłopcy z biednych rodzin śmierdzą szczynami w szatni przed lekcją WF-u. Na widok szkolnego budynku zimny pot mnie oblewa pod swetrem, zaczynam się dusić tak bardzo, że natychmiast dostaję ataku klaustrofobii. Ratunek przed nadmiarem wojskowej dyscypliny znajdowaliśmy w szkolnej toalecie, gdzie stężenie amoniaku ścinało oddech. Nauczyciele byli sztywni i surowi, korytarze wypolerowane niczym lufy karabinów, tablica czarna, z szarymi smugami po gąbce nasączonej kredą. W muszlach toaletowych pływały niedopałki i prezerwatywy, jedyna widoczna oznaka buntu przeciw bezwzględnemu systemowi. Wszyscy nosiliśmy jednakowe niebieskie mundurki. Powietrze w korytarzach miało zapach kanapek z najtańszą kiełbasą salami o pretensjonalnej nazwie paryska. Szkolna architektura pozwala w przypadku wojny błyskawicznie przerobić budynek na koszary; jest naszpikowany oknami, z których my, mali żołnierze o zuchwałych i brudnych od sadzy twarzach, mogliśmy przy pomocy proc i drewnianych pistoletów na kamyki stawiać opór przeważającemu liczebnie, podstępnemu nieprzyjacielowi, śpiewając w przerwach pomiędzy walkami partyzanckie piosenki.

Zbutwiałe drewniane podłogi austro-węgierskich domów cuchną stęchłymi odchodami i chorobami lokatorów, miejskiego lumpenproletariatu. Ze strzybogowego gaju przejrzałej waginy wystaje szyjka półlitrowej butelki piwa Karlovačko, to kelnerka pokazuje klientom wszystko, do czego zdolny jest jej narząd. Kiedy tak leży na stole z szeroko rozrzuconymi śnieżnobiałymi udami, z czarnym błyszczącym końskim ogonem zwisającym zza głowy, na szyi wyskakuje jej żyła grubości palca. Z wysokiego stropu dochodzi skąpe światło i ci, którzy widzą słabiej, podchodzą bliżej jej kolan, aby uwierzyć w waginę połykającą przedmioty. Pod koniec performance’u zbiera pieniądze, naciąga długie białe majtki, poprawia krótką spódnicę i nalewa spragnionym obserwatorom po kieliszku. Gdyby ci przesiąknięci kiepskim koniakiem i nikotyną bajstendersi[1] czytali łacińskie księgi, wiedzieliby, że właśnie dane im było zajrzeć w speculum mundi, czy też zwierciadło świata.

Wspomnienia są tak brzydkie, że aż uniemożliwiają same siebie. Wszystko, co sobie przypominam, podpowiada mi, żebym przerwał tę zawracającą opowieść. Widzę końskie gówna parujące na asfalcie ulicy Tita. Stukot kopyt, niestrudzony, depresyjny takt, który odbiera mi odwagę. Deszcz padający całymi dniami w rytm podków. Wiem, że potrafię pokonać to uczucie mdłości i że byłbym w stanie zobaczyć świat w piękniejszych kolorach, ale wydaje mi się, że zawiódłbym wtedy swoją własną tęsknotę za bezkompromisowym spojrzeniem na przeszłość.

Ze wspomnień wynurza się trumna ze szklanym okienkiem, przez które patrzy na mnie rozzłoszczona twarz nauczyciela wychowania plastycznego w okularach o czarnych oprawkach, tak jakby te czarne oprawki już kilkadziesiąt lat wcześniej, zanim zostanie zabity, dopasowały jego twarz do wymiarów nekrologu. Następnie niekończące się partyzanckie pogrzeby, zawodzące żałosnymi nutami trąbki i puzony orkiestry dętej – wzdłuż kręgosłupa spływały mi strużką potu partyzanckie marsze, które oglądałem na drugim kanale państwowej telewizji w każdą niedzielę o dziewiątej trzydzieści rano. Tabut[2] z zawiniętym w białe płótno ciałem mojej praciotki, znoszony w dół wzgórza Hum, skąd rozpościera się widok na zielone rzeczne wysepki. Kłamstwo, którym żyliśmy naprawdę i które zostanie nam zwrócone tysiącami granatów podczas czterech lat wojny. Moja odraza mogłaby przybrać formę religii, ale nie chcę się pogrążyć w nienawiści, to byłoby, jak na mój gust, zbyt tandetne.

W słońcu jest za gorąco, w cieniu zimno i wilgotno. Śmierdzi moczem, kałem, pastą do butów. Takie są moje wspomnienia z minionego życia, te, które jako pierwsze przewijają się przed oczami. Nie wierzę, żeby kiedykolwiek udało mi się uwolnić od obrzydzenia wobec wszystkich sloganów, na których spoczywało byłe państwo. Robi mi się niedobrze na samą myśl o nich. Na szczęście istnieje mowa pośrednia i słowa o ukrytym znaczeniu. I rzeka Una.

Dwa…

Jak twierdzą dziennikarze polihistorzy, eksperci od wszystkiego: tu chodzi o siłę wyższą, pewne tektoniczne zaburzenia historii, białe dziury w mgławicach Asteriona i wahania podprzestrzenne wewnątrz ciemnej materii, krach ostatniej utopii xx wiekuitakdalej, runął na nas Mur Berliński, nadszedł więc czas, aby upuścić gdzieś trochę krwi. Tyle że ja nie byłem drobną monetą służącą do wyrównywania rachunków z kosmicznymi siłami; jako prawdziwy człowiek, ukształtowana osobowość, miałem jeden prywatny obowiązek: fizyczne przetrwanie. Dlaczego ja miałbym wierzyć tym, którzy na swojej skórze nigdy nie poczuli smrodu prochu, niedającego się zmyć żadnym detergentem, skoro oni sami mi nie wierzą. Jeżeli było mi czegoś trzeba, po prostu robiłem to, chwyciłem przeznaczenie w swoje ręce, nie czekając, aż ktoś zapuka do moich drzwi, by prosto z łóżka odprowadzić mnie, rozespanego, do podmokłego rowu, w którym zostanę rozstrzelany. Za bierność zawsze płaciło się własną głową, a ja miałem ochotę żyć. Nie przyszła mi wówczas na myśl Katica Cvetko, właścicielka mieszkania na osiedlu Święta Klara, położonym na przedmieściach Zagrzebia, gigantyczna staruszka z Zagórza, która w 1990 roku oznajmiła mi i współlokatorowi:

– Serby ubiją was wszystkich w Bośni.

Co z tego mogliśmy pojąć wtedy my, wyrobnicy o delikatnych dłoniach, zakochani w filmie i literaturze.

Analitycy post scriptum mają trudności ze zrozumieniem walki o przeżycie, ponieważ uwielbiają tracić czas na nieczytelne metafory i tłumaczyć mój los przy pomocy jakichś ogólnoświatowych procesów, wydarzeń decydującej wagi, fałszywych wydarzeń, które nigdy nie będą mogły wyjaśnić, czym jest żywioł. Nurt krwii bezwzględności, chrzęst gąsienic czołgu T-55, od którego w promieniu dwóch kilometrów krzepnie krew. Nie mam zamiaru wyliczać wam fascynujących obrazów grozy, jakich byłem świadkiem, to by wymagało książki dwa razy grubszej od tej, a efekt byłby jednakowy: ten, kto nie rozumie, niech pozostanie w błogosławionym mroku niewiedzy.

Mój życiorys to pasmo przypadków, wiele z nich wybrałem ja sam, niektóre przypadki wybierały zaś mnie. W gruncie rzeczy, gdybym się sobie potrafił objaśnić, wykopałbym grób i położył się w nim cały i zdrowy, bo życie nie miałoby sensu. Moja biografia to ciało i krew, a nie entertainment. Tu, gdzieś pomiędzy, istnieję ja. Jestem jeden, a są nas tysiące. Niezłomnych i złamanych.

Ludzie, muszę się przyznać, zabiłem człowieka, i to nie tylko jednego. Kiedy strzelasz, nie jesteś niczym obciążony. Co prawda nie każda kula trafia, ale niektóre z pewnością dosięgają celu. Kiedy strzelasz, jesteś lekki jak piórko i z tego zadowolenia mógłbyś w okamgnieniu oderwać się od ziemi, wznieść się, ale przecież właśnie się kryjesz, całym ciężarem ciała napierasz brzuchem na rozgrzebaną ziemię, podeptaną trawę, mokre liście, bo tak podpowiada ci instynkt. Kiedy strzelam, czuję się jak Dżizas Anty-Chryst. Doręczam jedynie przeciwieństwo miłosierdzia. Wyrzuty sumienia nie istnieją i nikt ci nie szepnie na ucho: nieprzyjaciel to też istota ludzka. Na froncie sprawy przedstawiają się inaczej: nieprzyjaciel to nieprzyjaciel. On nie może być istotą ludzką. Musi być lepkim od śluzu owadem błonkoskrzydłym, mieć też rogi i świńskie racice, dlatego strzelaj i nie zadręczaj się głupstwami, którymi zajmują się tchórze i filozofowie. Zabiłem wiele wrogich okazów, walcząc z nimi pierś w pierś, z tego powodu unikają mnie mieszkańcy mego miasta i kiedy idę ulicą, przechodzą na drugą stronę. Potrafię wyczuć ich strach. Śmierdzi odrazą, Heglo-Kantem, uniwersalnym sensem życia ludzi we wszechświecie, tak zwaną ludzką dobrocią, co zasługuje na moją kompletną pogardę.

Zabiłem trzy osoby, i jednego autonomistę. To działa podobnie jak narkotyk, który najpierw ścina cię z nóg, potem nagle unosi z siłą pocisku rakietowego, a kiedy już cię wyrzuci, masz wrażenie, że znalazłeś się na dachu świata. Żywe ciała przemieniałem w cienie. W cienie nocnych motyli, czyli w nic. Jestem poetą i żołnierzem, a także, gdzieś w głębi duszy, sufickim mnichem. Świętym człowiekiem według Baudelaire’a. Zabijałem na frontach o zapomnianych i mało znaczących nazwach, we wszystkich warunkach pogodowych: gdy pada mokry śnieg, krew jest czerwona jak w filmie Doktor Żywago, jedna kropla i trochę śniegu wystarczą, abyś mógł namalować palcem kwiat gerbery.

Czasami zastanawiałem się: dlaczego?, po co zabijać? Teraz znam już odpowiedź i jest mi to całkiem obojętne. Nie gryzie mnie sumienie z powodu tych ludzi, których teraz wyobrażam sobie jako widmowe portrety na fotografiach, bez wyciętych nożyczkami głów. Jeszcze chwila i z mojej pamięci osuną się w ciemność. Na żadnym froncie, naprawdę nigdy i nigdzie nie zauważyłem papieża Wojtyły, chociaż nadrzewne liszaje przypominały kolorem piegi na jego dłoniach. Na wojnie wszystko jest takie jasne i proste. Z wyjątkiem krwi wchodzącej ci pod paznokcie, ciężko jest ją zmyć, bo zastyga i pozostaje tam jeszcze przez wiele dni.

Zabijałem, ponieważ chciałem istnieć dłużej niż Chaos. A także dlatego, ponieważ nie znałem innego sposobu na ocalenie, honor nie pozwalał mi przecież spędzić wojny w jakimś oddziale na zapleczu. Niektórzy zachowywali się inaczej: błagali boga, aby dosięgła ich kula, chcieli zginąć, bo byli pełni werwy i siły, i właśnie to ich dławiło, lęk przed pozostaniem przy życiu z tą przerażającą energią w sobie. Nie mieliby pojęcia, co z nią zrobić. Dlatego ruszali do natarcia z otwartymi oczami i z czystym sercem, nie obawiając się miejsca, w które zmierzali. Musieli atakować, bo ileż w nich było życia, zdumiewającego i większego od śmierci. Ja byłem spokojny, wiedziałem, co robię. Na linii frontu ani razu pijany, ani razu pod wpływem narkotyków, zawsze skoncentrowany. Dzięki temu mogę wam teraz o wszystkim opowiedzieć. Sami wiecie, że martwe usta nie są w stanie przemówić. Nie jestem pozbawiony uczuć – jeżeli tak właśnie pomyśleliście – lecz po prostu szczery. W pewnym sensie jestem jak nazista, lubię słuchać Bacha granego na pile silnikowej firmy Stihl. Ewentualnie Black&Decker, taką wersją również bym nie pogardził.

Trzy…

Lasy są turkusowe, z drzewami kołyszącymi się łagodnie to w prawo, to w lewo jak macki morskiego anemonu. Był sobie kiedyś taki obraz w oddali, na skraju horyzontu, widoczny przez zamgloną szybę, poprzez tęczowy filtr – w ten sposób ćwiczyłem wyobraźnię. Drzewa były właściwie nagie, popielatoszare, nakrapiane liszajami, gdzieniegdzie z samotną kulistą jemiołą, której zieleń nie miała żadnego związku z powszechnym niedoborem chlorofilu, zarówno w przyrodzie, jak i w ludzkich duszach, ponieważ kolory zostały wysłane na zwiady niby agenci zachodniego świata, niosły zaduch luksusu oraz dobrobytu, i z tego powodu należało je wygnać z naszego życia. Po tej stronie szyby byłem władcą domowej jawy. Na zewnątrz, na ulicy, większą wartość posiadały inne historie. Na dole pod balkonem leżało miasto, którego nie mogłem jeszcze doświadczać jako coś własnego, byłem za młody na taką miłość; miasto rozmiękłe jak ciepłe rzygowiny w pełnym słońcu. Państwo wydawało mi się wtedy sferą równie daleką, co te z Atlasu ciał niebieskich. Później zrośnie się z moim sercem, bez względu na to, jak bardzo wyczuwalne było nieziemskie dążenie, aby wszystkie różnice między nami zakryć prostą historią o tym, że jesteśmy braćmi i że u nas wszystko jest najlepsze, a po obu stronach Muru Berlińskiego kwitną jedynie nędza, zepsucie i rozpusta. Jakież to piękne słowo: rozpusta. W naszym mieście poczułem się obco, kiedy pojąłem, że nie jesteśmy braćmi, i to nie dlatego, że ja sobie tego nie życzę, tylko dlatego, że większość mieszkańców obu narodowości nie przejawia w tej kwestii dobrej woli. Nie wspominając o tym, jak w JNA[3] zarówno Serbowie, jak i Chorwaci namawiali mnie, żebym się zadeklarował jako muzułmanin, Jugosłowianie przecież nie istnieli. Posiadałem tożsamość stanowiącą mniejszość w państwie, które właśnie od tej tożsamości wzięło swoją nazwę. Największy szok przeżyłem, dowiedziawszy się, że w Jugosławii mieszka najmniejsza statystycznie liczba osób deklarujących się jako Jugosłowianie. Kiedy poszedłem do wojska, mama poradziła mi, żebym się właśnie tak zadeklarował, bo według niej inni żołnierze kpiliby sobie ze mnie, gdybym przyznał, że jestem muzułmaninem. Ponieważ byłem zakochany w hiszpańskiej wojnie domowej, żadna z tych sugestii nie odpowiadała prawdzie. Było mi przykro, że nie mogłem przenieść się wehikułem czasu do Hiszpanii i zginąć za wolność. Jedynie tam, przez ten krótki okres, istniała moja nacja.

– Za koo-goooooo? – wydziera się pod moim balkonem umęczone gardło, a za nim ciągnie się kolumna młodzieżowej brygady

pracy. Głos wiodący holował za sobą wszystkie pozostałe jak nurek, który stalową linką wyławia topielca z wezbranej rzeki.

– Za Tiii-taaaaa! – odpowiadała echem setka gardeł.

– Za koo-gooooo?

– Za Naaaaaa-róóód!

– Za koo-gooooo?

– Za Parr-tięęęęę!

Rozpoznaję twarze z pierwszych szeregów, i widzę na nich czysty automatyzm, a także ślinę na myśl o obfitej porcji żołnierskiej fasoli z kotła. Tu wypaliłby się chyba najwznioślejszy nawet ideał rewolucji w toku. Głos piął się w górę rynku, w kierunku szpitala, a potem zamierał, staranowany klaksonami i donośnym pokrzykiwaniem ulicznych pijaków, wśród których wyróżniał się Jup Młodszy, pulchny niezgrabny człowiek podobny do pączka; gdy zabrakłoby mu wody ognistej, przypominał tłustego i zrzędliwego gryzonia. Jego ojciec, Jup Starszy, o drobnej ptasiej budowie, ze złotym sygnetem na palcu i włosami zawsze staromodnie przylizanymi brylantyną, zalewał się, jak przystało na alkoholowego hrabiego, powoli i po wielkopańsku. Skojewczyk[4], którego usta wykrzykiwały pytania o odpowiedziach równie niepodważalnych jak kwestia posiadania drugiego rogu przez jednorożca, miał na policzku, pod okiem, wytatuowaną łzę w kolorze indygo – order z zakładu poprawczego w Zenicy.

Gdzieś tu, w rejestrze odpychania i przyciągania, w każdy poniedziałek końca lat osiemdziesiątych, na miejskim targu, wśród tłumów śmierdzących potem i świeżym krowim serem, znajdowało się również nosowe zawodzenie niewidomego Cygana o pomiętej twarzy i czarnych zlepionych włosach.

–Proszę o pomoc, panie, towarzysze, młodzieży…

proszę o pomoc, Bóg niech was da-rzyyy zdroo-wieeem…

Bóg niech ma wasze dzieci w o-pieeceee…

Stał tak ten ludowy Homer nieopodal ulicy, nieruchomy jak posąg, i wyśpiewywał swoją modlitwę, w której komunizm pojednał się z islamem. Wcześnie rano krewni przyprowadzali go na miejsce żebrów i pozostawiali tam, by pracował. Gdy targ dobiegał końca, zabierali go niczym robota Sony z zardzewiałą motoryką. Tuż przed wojną Homer odszedł wraz z jaskółkami na Południe. Przysiągłbym, że cztery lata później nie można już było zobaczyć ani jednej jaskółki.

Nie mogłem strząsnąć z siebie wrażenia, że opętał mnie demon perwersji, że jednocześnie pociąga mnie to, czym się brzydzę. To jak uczucie, kiedy gapisz się na coś z balkonu i przyciąga cię otchłań, a jednak nie stawiasz tego odprężonego kroku w powietrze – tak postąpiłby samobójca – nad przylegającym do budynku parkingiem. Albo kiedy rozmyślasz o swoim żołądku, trzymając w ręce długi kuchenny nóż… I ten właśnie demon perwersji dopada mnie, kiedy pomyślę o życiu w byłej ojczyźnie i o jej rozpadzie.

Cztery…

Od wpatrywania się w nurt rzeki nie zakręci ci się w głowie. Jeśli zaczniesz coś mówić, wkrótce zgubisz wątek opowieści, pochłonie cię woda i wypuścisz słowa, które chciałeś wypowiedzieć, a w uszach rozbrzmiewać ci będzie Enjoy the Silence Depeche Mode. Przyjemnie było obserwować Unę przepływającą to szybko, to opieszale, jej niespokojną powierzchnię, szerzącą pokój wszędzie wokół siebie.

Nasza brygada unikała rocznic, nie interesowały nas uroczyste akademie w duchu poprzedniego reżimu, wciąż się unoszącego, wciąż niedobitego, na wpół martwego niczym podmiejskie zakłady przemysłowe, z których ktoś zaczął już zdejmować przydatne jeszcze blaszane płaty. Trupy fabryk i serbskich domów należało rozebrać do końca, ogołocić do ostatniej cegły. Kto pamięta te dziwaczne zgony, betonowe płyty osamotnionych domów miażdżące nieszczęśników, którzy kruszyli pod nimi cegły… Począwszy od września 1995 roku, miesiącami, a może prawie i przez cały rok, miastem przechodziły w głąb kraju karawany traktorów, ciężarówek, końskich zaprzęgów wypełnionych przedmiotami zrabowanymi z wiosek u podnóża gór Grmeč. Pożądanie cudzej własności to dziwna i powszechna dolegliwość.

W dzień naszej brygady spotkaliśmy się, zamierzając świętować z wielu powodów, których nikt z nas nie chciał nazwać po imieniu. Wznosiliśmy wesołe zen-toasty, bez trącania się butelkami i bez zbędnych okrzyków. Zaliczając po kolei ulubione przystanki naszego alkoholowego tournée, nieuchronnie natykaliśmy się na przyczepę barową w cieniu japońskich śliw – do tego celu nogi niosły nas same. Chłód był doskonały, napoje zresztą też, a rozmowa odwiodła nas gdzieś daleko od rzeczywistości. Potem ktoś zaproponował, żebyśmy weszli do świeżo wyremontowanej sali domu kultury, przepadaliśmy bowiem za budynkami nietkniętymi przez ogień – są one jak bezpośrednie, fizyczne dotknięcie naszej przeszłości. Zerknęliśmy za ciężkie brokatowe zasłony, za którymi pokazywano niegdyś filmowe iluzje. Tam, gdzie w powietrzu wilgotnym od westchnień i łez namacalny się stawał smutek King Konga z powodu niemożliwej miłości do kobiety.

Nie miałem pojęcia, dlaczego z naszej trójki fakir wybrał właśnie mnie. Ale oto siedziałem już wygodnie rozparty na obitym skórą krześle pośrodku pustej sali kinowej domu kultury. Poza blizną, przecinającą ukośnie moją twarz, nie wyróżniałem się żadnymi znakami szczególnymi.

Tego wieczoru odbywał się show latającego cyrku Ramajana z Indii. Hipnotyzer zażyczył sobie królika doświadczalnego do próby scenicznej. Z nieba niespodziewanie spadłem mu ja, początkujący poeta i weteran naszej miłej wojny. Moje najbardziej przejrzyste wspomnienia z kina to wizyty włoskich magików w późnych latach siedemdziesiątych. Włosi dyrygowali kobrami, przebijali szablami drewniany sześcian, z którego następnie, ku ogólnemu zachwytowi łatwowiernej publiczności, wyskakiwała żywa i wesoła lilipucia kobieta w kąpielowym trykocie. Czynili poza tym liczne mniejsze i większe cuda, jak podczas seansu zbiorowej hipnozy, kiedy to po stojącej w powietrzu linie wspinał się chłopiec albo gdy fakir siekał chłopca maczetą i umieszczał jego szczątki w koszyku, skąd następnie wyjmował go zdrowego i niepokiereszowanego.

Przed wojną sala mogła w swych składanych fotelach pomieścić siedmiuset widzów, a kiedy pokazywano King Konga, Godzillę albo Bruce’a Lee, ludzie siedzieli nawet na podłodze. Nie udało mi się dojrzeć środkowych drzwi wejściowych ani podium z brokatową kurtyną. Na zewnątrz zostało słońce oraz śpiew ptaków w jabłoniach i obfitych koronach gorzkich pomarańczy. Dwóch znajomych przyprowadziło mnie tu pod oszukańczym pretekstem pokazania odnowionej sali kinowej. Tak naprawdę mieli nadzieję zobaczyć cyrkowe zwierzęta, a zwłaszcza taniec pijanych małp.

– Na stadionie piłkarskim w Banja Luce występował ostatnio, to znaczy tuż po wojnie, jakiś cyrk, opowiadał mi jeden człowiek, który to oglądał, że widział magika z młodą małpą na łańcuchu, pawianem albo szympansem, i ten magik zaczął wywijać łańcuchem z małpą, małpa oderwała się od ziemi i poleciała, zataczała kręgi nad głową magika przed pięcioma tysiącami ludzi, i wiesz, co zrobiła?

– Nie wiem, co? – zapytałem kolegę.

– Chwyciła się z całej siły łapami za łańcuch, jakby była człowiekiem – odpowiedział, zanosząc się chichotem palacza.

Trzymając w rękach butelki z piwem, weszliśmy w boczne drzwi ewakuacyjne, gdzie natknęliśmy się na fakira z latarką. Widok brodatego człowieka, stojącego tam w długiej sukience i wnikliwie się nam przypatrującego, nie należał do przyjemnych. Wyglądało na to, że nas oczekuje, nie był bowiem zaskoczony naszą obecnością. Wywiązała się pomiędzy nami kurtuazyjna rozmowa o wiarygodności zbiorowej hipnozy, po czym fakir wskazał na mnie palcem, zgasił latarkę i zniknął w czarnym jak węgiel mroku. Serce zaczęło mi rytmicznie łomotać. Niecodzienne wyzwania przyjmowałem zawsze z zadowoleniem. Im bardziej szalone, tym lepiej.

Światło uciekło ze swoją słynną prędkością przez wąską szczelinę w drzwiach, którymi ulotnili się moi towarzysze. Zdążyłem zaledwie opaść na dopiero co odnalezione krzesło, gdy na podium zapalił się reflektor. Butelkę z piwem wepchnąłem pod nogi. Jak już wiecie, oś czasu pomiędzy przed- i powojennym życiem pękła, ponad tą nieciągłością należało przerzucić most. Będę musiał zostać podróżnikiem w czasie i wyruszyć wstecz. Przelecieć nad wojną, chociaż to niemożliwe, i przezwyciężyć własne mdłości. Odnaleźć oś czasu i połączyć ją z obecnym momentem. Ponieważ pragnę być całością, choćby tylko we własnej pamięci. Byłem zadowolony ze sposobu, w który wykorzystywałem sytuację. Utile et dulce, jak by powiedział Horacy. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu opłaciło mi się mieć bliznę na twarzy. Jeśli przyciągam nią obłąkane, neurotyczne kobiety i półszalonych mężczyzn, czy ja sam też taki jestem?, naznaczony okaleczonym cieniem, kawałeczkiem mrocznej aureoli nad głową? Odpowiedź jest twierdząca. Taki magnetyzm to żadne szczęście. Blizna była biletem wstępu, którym zapłaciłem za spektakl.

Pięć…

Na scenę wkracza hipnotyzer, na głowie ma turban pełen syczących zobojętniale żmijek, w tej samej chwili mgła podchodzi pod moje kolana. Zza jego pleców, z głośników ustawionych pionowo jeden na drugim, dobiega wiatr znad zamarzłego pustkowia, gruchoczący wszystko na swojej drodze. A ja wyobraziłem sobie zapamiętany z ulic głównego miasta ryk elektrycznych pluszowych słoników, sprzedawanych zabieganemu światu przez wiecznych nierobów. „Nasz czas zniknął”, przemknęło mi przez myśl, podczas gdy moje spojrzenie przeniosło się z sufitu auli na zeskrobane ze ściany nad sceną litery, którymi wypisano niegdyś święte slogany o Ticie, narodzie, partii i obiecanej wszystkim wieczności. Ponieważ nie posiadałem ani jednego przedwojennego zdjęcia, nie byłem w stanie rozmyślać o swojej przeszłości inaczej niż jako o czymś, czego po prostu nie ma. Zamknąłem oczy i pod powiekami puściłem sobie cudowny czarno-biały teledysk Wonderful Life grupy Black. Ten właśnie teledysk załączę jako ostatni dowód na istnienie mojego intymnego świata przeszłego, chociaż nawet ja sam czasem uważałem, że moja pamięć to jedynie mój wymysł. Odgłosy wiatru oddalały się powoli, przytłumione trzaskami płyty gramofonowej, powtarzającej hipnotycznie jeden i ten sam dźwięk. Jestem na jakimś urojonym przesłuchaniu.

No need to run and hide

it’s a wonderful, wonderful life…

Za każdym razem, kiedy wypowiadał cyfrę, tsunami myśli układałem w sensowne całości, przerabiane następnie na zdania spowiedzi. Miałem wierną publiczność, której mogłem godzinami opowiadać o wszystkim i o niczym, ale to było doświadczenie innego rodzaju. Jestem jak pokrętło na urządzeniu do odgadywania ludzkich losów, trzeba mnie tylko przełączyć, jestem lunetą natury, okularem, tubą i lupą skrzyżowaną z długoszyim storczykiem. Przez jego trąbkę będę wyrzucał historie.

Muzykę wybrano nietypową, do wprowadzenia w hipnozę wykorzystuje się bowiem przeważnie relaksujący podkład. Białobrody fakir stoi na podium, wyprostowany niczym świeca, oświetlony przez krąg reflektorów. Ma lodowato szare oczy, twarz niejasną jak błoto. Skończywszy odliczanie, oznajmił mi, kalecząc nasz język:

– A teraz wrócisz się w konkretna przeszłości, czajldhud, O.K., głowa jest przytomna i zimna.

– Ile masz ci jest lat?

– Trzynaście – odpowiadam.

– Jesteście pewien?

– Tak, mam trzynaście lat i właśnie wyruszyłem na ryby. W kaloszach na nogach, z wędką w ręce i rybacką torbą na ramieniu. Trzciny pachną rybim śluzem. Ryb jest tak dużo, że nie możesz nimi zbyt prędko nakarmić oczu, podobnie jak bogacz, który pieści swoje złoto i nigdy mu nie dość. Sprawdzam spławik, czy jest jak należy do połowy wypełniony wodą, a sztuczne muszki nacieram smarem, który utrzyma je na powierzchni. Zarzucam wędkę daleko w kierunku drugiego brzegu, spławik opada na miękką piaszczystą ziemię pokrytą trawą wodną. Wygląda to tak, jakby zsunął się na zieloną poduszkę. Powoli naprężam żyłkę, by spławik wrócił wreszcie do wody, jakiś metr, dwa w dół rzeki czeka pstrąg miarówka, ma pewnie ze trzydzieści centymetrów, a miara wynosi dwadzieścia cztery. Przeczuwam, że ta walka potrwa długo. Czubkiem wędki rozprostowuję żyłkę, na którą nawleczone są muszki, ostatnią z nich, przeznaczoną dla pstrąga, ustawiam tak, aby przeszła tuż nad szczękami wielkiej ryby. Wpatruję się w muszkę i wstrzymuję oddech, ryba błyskawicznie podpływa pod powierzchnię, omija przynętę, tworząc wokół niej kapeluszowaty krąg, ja zaś w tej samej chwili, jak jakiś rewolwerowiec, podrywam wędkę z wody, jej uchwyt mam tuż przy prawym biodrze, spławik z muszkami ląduje prosto w trawie pod moimi nogami. To dzieje się tak szybko, że widzę tylko jej biały brzuch i usta próbujące schwycić muchę. Trzeba się uspokoić i ponownie zarzucić wędkę na zieloną poduszkę, i znów wszystko od początku. Jestem tak podniecony, że nawet nie zauważam ludzi na szczycie brzegu, kibicujących i wędkarzowi, i rybie…

Sztuczna mgła połyka mnie z zawrotną prędkością. Zapadałem się w czas jak w miękki torf. Osuwając się w lśniącą czerń i różowy połysk mułu, pod nogami wyczuwałem, jak domy wyrastają z ziemi aż po wijące się z kominów spirale, sygnał, że życie będzie mogło zapuścić korzenie nad rzeką Uną. Drzewa w miejskim parku są szczupłe w talii, a miasto błyszczy nowością. Nie wiem, kto bardziej przybliżał się do kogo, ja do miasta czy ono do mnie, ale w którąkolwiek stronę bym się nie odwrócił, miasto było tu, na wyciągnięcie ręki. Mogłem do woli zmieniać lata i dekady. Spostrzegłem dom babci, wiedziałem, że tu muszę przystanąć. Stąd rozpoczyna się i tu zatoczy swój krąg podróż, która nigdy nie dobiegnie końca. Mgła spowiła mnie od nóg po szyję, zatrzymując się na wysokości kołnierzyka. Powiem wszystko, nawet to, o co fakir nie zapyta.

[1]   Z ang. bystander – widz, obserwator, naoczny świadek. [Wszystkie przypisy

pochodzą od tłumaczki].

[2]   Tabut – rodzaj tradycyjnej muzułmańskiej trumny.

[3]   jna (Jugoslovenska narodna armija) – Jugosłowiańska Armia Ludowa.

[4]   Skojewczyk – członek młodzieżowej organizacji skoj (Savez komunističke omladine Jugoslavije – Związek Komunistycznej Młodzieży Jugosławii).

Marynarze zielonej armii

W powietrzu coś błysnęło, uroczyście eksplodowało, cyrk przyrody zapowiedział pyłek w kwiatach, triumf zieleni w miejskim parku. Nieuleczalna wiosenna tęsknota zajmowała każdą myśl, każdą kępkę trawy, zakłócając rozkład jazdy latających owadów, zderzających się w powietrznych alejach. Pijaństwo na ziemi i na niebie dawało początek czemuś nadzwyczajnemu. Wiosna to cud, który nadchodzi, który się spełnia, jak sztuczne ognie na niebie. Wtedy gdy sylwetka każdej dziewczyny i każdej dojrzałej kobiety zamienia się w hormonalny magnes, a mały Krakatau w majtkach dąży do erupcji.

Uszczypnąłem się, aby potwierdzić własną śmiertelność, jesteśmy przecież stworzeni na obraz pana boga, pomyślałem więc przez chwilę, że z tej rozkoszy staję się bezcielesny.