Krwawy kwiat. Trylogia oporu. Tom 1 - Louise Boije af Gennäs - ebook

Krwawy kwiat. Trylogia oporu. Tom 1 ebook

Louise Boije af Gennäs

3,9
29,90 zł

lub
Opis

Pierwszy tom napisanej z rozmachem szwedzkiej Trylogii oporu.

Niepokojący thriller psychologiczny o kobiecie, która zostaje uwikłana w walkę z aparatem władzy.

Po studiach i odbyciu służby wojskowej Sara przeprowadza się do Sztokholmu. Od tajemniczego pożaru, w którym zginął jej ojciec, i brutalnego gwałtu boryka się z silnym stresem pourazowym. Podejmuje pracę w kawiarni i wynajmuje pokój w nieciekawej dzielnicy.

Pewnego dnia poznaje w knajpie Bellę, która proponuje jej pracę marzeń i wspólne mieszkanie. Świetnie się dogadują i wszystko zaczyna się układać. Jednak z czasem Sara zaczyna mieć wrażenie, że wokół dzieje się zbyt wiele dziwnych rzeczy i spotykają ją niepokojące zbiegi okoliczności.

Kiedy do biura dzwoni mężczyzna, który twierdzi, że jest jej ojcem, Sara postanawia się z nim spotkać. Czy to możliwe, że jego śmierć była tylko częścią zaplanowanej intrygi? Jakie tajemnice skrywał przed córką?

W życiu, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją, nic nie jest takie, jakim się wydaje. Szczególnie gdy wokół nie ma nikogo, komu można zaufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 533

Popularność




Ku pamięci mojego ojca, Hansa Boijego af Gennäsa

Wyobraźnia nas wyposaża, byśmy postrzegali rzeczywistość, zanim ta jeszcze w pełni się zmaterializuje.

– Mary Caroline Richards (1916–1999)

Jest to dzieło fikcyjne, które zrodziło się z wyobraźni autorki. Występujące w tekście artykuły są z kolei całkowicie autentyczne, podobnie jak niewyjaśnione „afery”, których dotyczą. Należy więc pamiętać, że fikcja i rzeczywistość występują w tej książce obok siebie.

Prolog

Ból był nie do zniesienia. Miał nawet kolor: czerwony na brzegach, biały pośrodku; zadomowił się w jego głowie. Nie mógł zrozumieć, czy całe jego ciało wciąż jest połączone z mózgiem, czy poodcinano mu poszczególne członki. Zapach krwi – jego własnej – przytłaczał go i powodował mdłości. Suche torsje, w żołądku nie miał już nic, czym mógłby wymiotować.

Tracił i odzyskiwał przytomność, głosy dookoła niego znikały i powracały. Mówiły w znanym mu języku, ale nie mógł połączyć ze sobą słów i zrozumieć ich sensu. Cel był jednak jasny: chcieli, żeby się poddał i im to przekazał. On jednak nie mógł tego zrobić.

– …Sara.

Na dźwięk imienia córki lekko podniósł głowę, a z jego gardła wydobyło się stęknięcie. Potem znów poczuł płonący na biało ból: silne uderzenie w kość skroniową. Czerwień wdarła się do środka i powoli rozlała po białym wnętrzu.

Dwaj mężczyźni w pokoju przyglądali mu się: jego palcom z wyrwanymi paznokciami, ustom, w których nie było już zębów, opuchniętym oczom, licznym małym ranom i śladom po oparzeniach. Pod stołem obok dwóch elektrod leżały jego zgniecione okulary. A na stole spoczywał on sam, nagi, w dziwnej pozycji. Nie dało się go poznać po tylu godzinach urabiania.

Mężczyźni popatrzyli na siebie i jeden z nich krótko skinął głową.

Pstryknięcie zdjęcia telefonem komórkowym.

Smród benzyny: intensywny, natarczywy. Umysł nie chciał przyjąć do siebie tej myśli, ale ciało zareagowało. To, co się jeszcze zachowało w jelitach, zostało odruchowo opróżnione na blat pod nim.

Siarczyste przekleństwo. Odgłos pustego kanistra uderzającego o bruk na podwórzu. Potem cisza.

Obrazy przelatywały mu przez głowę.

Sygnet.

Pieczęć.

Pocałunek Judasza.

Staw opór.

A potem rodzina: ręce Elisabeth, uśmiech Sary, Lina na koniu galopująca przez zamglone łąki w słoneczny jesienny poranek.

Chwilę później błysk i eksplozja – tak silna, że za jednym zamachem zmiotła cały ból, całe cierpienie i wszystkie kolory.

Z oddali płomieniom buchającym ku wczesnoletniemu, bladoniebieskiemu niebu przyglądali się ci dwaj mężczyźni. Z tyłu na prawo, tuż nad lasem, migotała Wenus – Gwiazda Wieczorna. Po kilku chwilach obserwowania w ciszy gwałtownego pożaru mężczyźni odwrócili się i ruszyli do czarnego samochodu zaparkowanego przy drodze. Za nimi dużymi susami przebiegł przez trawnik szary prążkowany kot i zniknął pod woniejącą czeremchą, której białe kwiaty połyskiwały w ciemności.

Rozdział 1

– Ach tak – powiedziała niska, pulchna kobieta i otworzyła drzwi. – Tutaj będzie pani pokój.

Zajrzałam do spartańsko urządzonej sypialni i poczułam, jak mój wymuszony dobry humor znika w mgnieniu oka. Wąski materac na nóżkach przykryty pomarańczową narzutą w paski z cienkiej bawełny – przypominała te z początku lat siedemdziesiątych, które mieliśmy w domu letniskowym. Nagle pokój w akademiku w Uppsali, zajmowany przeze mnie rok wcześniej, zaczął wydawać się szczytem luksusu.

Obok łóżka stał stolik nocny, właścicielka podeszła do niego i pociągnęła za szufladę.

– Trochę ciężko chodzi – stwierdziła. – Ale jakoś to będzie. Do łazienki wchodzi się z przedpokoju, będzie ją pani dzielić z dwoma innymi lokatorami. W środku proszę nie używać suszarki, instalacja elektryczna jest niepewna.

Kobieta – a raczej babsko – przedstawiła się jako Siv. Teraz wyszła do przedpokoju, a ja podążyłam za nią, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na sypialnię. Papierowy żyrandol, a pośrodku, tuż pod żarówką duża czarna masa – martwe muchy? Wykładzina PCV na podłodze i chodniczek koło łóżka – teraz stały na nim klatka dla kota i moja czerwona walizka. Wysiedziany fotel pod oknem i komoda z trzema szufladami. Zamykana na kluczyk szafa miała zaledwie pół metra szerokości.

Siv stanęła w otwartych drzwiach łazienki, musiałam się więc przecisnąć obok niej. Staromodna błękitna wanna z bardzo brudną rączką prysznicową. Sedes z popękaną plastikową deską, umywalka z kranem z lat siedemdziesiątych (niebieska kropka – zimna woda, czerwona – ciepła). Plastikowa krwistoczerwona wykładzina na podłodze.

Baba wskazała na kontakt bez uziemienia na ścianie.

– Jak ja to mówię, lepiej go nie używać, a pożyje się dłużej.

Uśmiechnęła się do siebie, a ja znów podążyłam za nią do przedpokoju.

– Więc pozostaje jeszcze tylko drobna sprawa zapłaty – powiedziała. – Za pokój chcę sześć i pół miesięcznie, płatne z góry gotówką.

– Nie umawiałyśmy się przypadkiem na równe sześć tysięcy koron? – spytałam.

Siv złożyła usta w ciup.

– Tak, ale ma pani kota. I trzeba się liczyć z tym, że będą szkody i utrapienia. Chcę dodatkowe pięćset za kota.

Westchnęłam i wygrzebałam z torebki kopertę, a do tego pięciusetkoronowy banknot z cienkiego portfela. Siv otworzyła kopertę i zachłannie przeliczyła pieniądze. I właśnie wtedy, właśnie tam, przy świetle jarzeniówki pod sufitem poczułam, że dotknęły mnie sztokholmskie problemy mieszkaniowe. Od kiedy tylko mogłam sobie przypomnieć, marzyłam o tym, żeby skończyć naukę, zostawić uniwersytet i małe miasteczka i przeprowadzić się do stolicy. Teraz wreszcie tutaj byłam. Właśnie zaczęła się jesień. Czekała na mnie nowa praca. Ale wszystko się sypało, wszystko było na opak; nic nie toczyło się tak, jak na to liczyłam. Ogarniało mnie poczucie bezradności.

Siv oderwała wzrok od pliku banknotów i uniosła małe złośliwe oczy.

– Zgadza się – oświadczyła. – Jak już pokazywałam, ma pani własną półkę w lodówce. Gotowanie jest dozwolone między siedemnastą a dziewiętnastą, musi się pani wtedy dzielić kuchnią z pozostałymi lokatorami. Potem chcę mieć spokój tam na dole.

– A co z wi-fi? – spytałam. – Czy jest wliczone w czynsz?

– Do dziewiątej wieczorem – odparła Siv. – Później przesył danych jest już wyłącznie dla mnie.

– W porządku – westchnęłam ciężko. – Jeszcze jedno: ma pani swisha?* Mogłabym w ten sposób przesyłać pieniądze zamiast wypłacać gotówkę.

Siv znów posłała mi ostre jak żyletka spojrzenie.

– Jeśli nie lubi pani gotówki, może pani poszukać sobie innego lokum.

– Rozumiem – odpowiedziałam.

Właścicielka zeszła po schodach do siebie. Przez okno po drugiej stronie korytarza widziałam fragment centrum Vällingby – chodnik z ułożonymi z białej kostki okręgami, które pamiętałam z dzieciństwa, kiedy odwiedzaliśmy tutaj babcię i dziadka. Program budowy osiedli A-B-C. Bruk został, programu już nie ma. Ani babci i dziadka.

Wspomnienie ze służby wojskowej: trzy godziny snu; nierówna ziemia pod cienkim posłaniem; szalony sierżant wrzeszczący głośno w namiocie o inspekcji o piątej rano. Żadnych luksusów. Dlaczego więc to, z czym mierzyłam się teraz, wydawało się tak potwornie męczące?

– Dobrze ci zrobi wyjazd do Sztokholmu – zapewniała mnie mama. – Będziesz musiała wprawdzie zacząć od wynajmu pokoju, ale świat się na tym nie kończy. Z czasem znajdziesz coś swojego, wszystko po kolei.

Wróciłam do siebie i opadłam na łóżko z pomarańczową narzutą. Przed oczami przelatywały mi wspomnienia: wieczór z dzieciństwa, kiedy tata dostał nową pracę. Miałam chyba osiem lat, Lina dwa. Nie wiedziałam zbyt dokładnie, czym się zajmuje, ale rozumiałam, że będzie pracował gdzie indziej. I tak właśnie było: tata i mama promienieli, tata wrócił do domu ze świeżym krabem na kolację, a potem siedzieliśmy w kuchni przy świecach i świętowaliśmy. Mama i tata popijali białe wino zamiast piwa, a my wznosiłyśmy toasty lemoniadą, chociaż był środek tygodnia. Tata dostał pracę w jakimś bardzo dobrym miejscu, które nazywało się SIDA – wiele lat później dowiedziałam się, że to Szwedzka Agencja Międzynarodowej Współpracy Rozwojowej – i miał dojeżdżać do Sztokholmu oraz odbywać masę podróży zagranicznych.

– Będziesz teraz ratować świat, kochanie? – spytała mama i pogładziła go po policzku.

Ratować świat – pamiętam, co wtedy pomyślałam. Oczami wyobraźni zobaczyłam przed sobą Jamesa Bonda z pistoletem i łotrów depczących mu po piętach.

– W każdym razie będę próbował – odparł tata z uśmiechem.

– Czy to bardzo niebezpieczne? – spytałam, a mama i tata parsknęli śmiechem.

Lina też się zanosiła chichotem i waliła łyżką w stół.

– Niebeśpiećne! Niebeśpiećne!

– Nie, skarbie – zapewnił mnie tata serdecznym głosem. – Nie jest to ani odrobinę niebezpieczne. Będę starał się czynić dobro, tylko tyle. Będziemy oferować pomoc rozwojową i wspierać tych, którym żyje się ciężko w innych krajach.

Brzmiało świetnie, chociaż nie rozumiałam, co to właściwie miało znaczyć. Dałam sobie spokój z pytaniami i zamiast tego zajęłam się krabem.

Przeciągłe miauknięcie zmusiło mnie do powrotu do teraźniejszości. Simåns chciał się wydostać, więc zamknęłam drzwi na korytarz i wypuściłam go z klatki.

– Jesteśmy już, Simånsie, na miejscu. Teraz będziemy tu mieszkać, ty i ja.

Simåns obszedł pokój, chłonąc obce zapachy. Potem wskoczył na łóżko i popatrzył na mnie mądrymi zielonymi oczami. Nagle ziewnął, a ja zajrzałam prosto w jego szeroko otwarty pyszczek z szorstkim językiem i ostrymi kredowymi zębami.

Drapieżnik.

– Jesteś dzikusem, Månsen – powiedziałam i podrapałam go za uchem.

Simåns przeciągnął się i pomachał ogonem. Potem zwinął się w kłębek na narzucie i zasnął.

Zle spałam w tym wąskim łóżku, światło księżyca wpadało przez szpary w żaluzjach i rozlewało się po podłodze. Jak zwykle przez ostatnie pół roku na zmianę budziłam się i przysypiałam, trudno mi było rozróżnić, co jest jawą, a co snem. Przez chwilę wydawało mi się, że drzwi cicho się otworzyły i światło z przedpokoju wpadło do środka, a ktoś stoi i mi się przygląda. Ale kiedy po kilku sekundach usiadłam na wpół przytomna, drzwi były zamknięte, a pokój pogrążony w takim samym półmroku jak wcześniej.

Następnego ranka budzik zadzwonił o siódmej. W tym samym momencie przyszedł esemes od mamy.

Jak się masz, kochanie? W porządku?

Wszystko świetnie – odpisałam. – Właśnie wstaję i idę do pracy.

Mama odpowiedziała uśmiechniętą emotką, a ja ruszyłam do łazienki, żeby wziąć prysznic. Odbiłam się jednak od zamkniętych drzwi, w środku lała się woda. Wróciłam do swojego pokoju i czekając, przygotowałam rzeczy. Kwadrans później osoba zajmująca łazienkę wciąż stała pod prysznicem, a mnie zaczynało się spieszyć. Po kolejnych pięciu minutach podeszłam do drzwi i zapukałam. Natychmiast się otworzyły i popatrzył na mnie rozjuszony trzydziestoletni facet z długimi wąsami. Wyglądał na zaspanego i skwaszonego, oczy miał wielkości szparek, a na sobie niebieski szlafrok. Na szyi wisiał mu różowy ręcznik w jasnoniebieskie słonie, przez co mimowolnie się uśmiechnęłam. Mój uśmiech nie poprawił mu jednak nastroju.

– Zawsze biorę prysznic o siódmej! – zaznaczył z naciskiem. – Mogłabyś to chyba uszanować!

– Tak, oczywiście – zapewniłam. – Przepraszam. Mam na imię Sara i właśnie się wprowadziłam, zajmuję pokój na samym końcu.

Zlustrował mnie wzrokiem od góry do dołu i to, co zobaczył, nie zrobiło na nim wrażenia.

– Jalil – odparł sztywno. – Jestem z Maroka.

– Super – powiedziałam. – Jak długo już tu mieszkasz?

Posłał mi kolejne mordercze spojrzenie przez szpary między powiekami.

– Na tyle, by wiedzieć, że nie trzeba utrzymywać kontaktów towarzyskich o siódmej rano – odparł i poczłapał w szlafroku korytarzem.

Popatrzyłam za nim – miał rację.

Autobus do Spångi przyjechał o czasie, ale pociąg do Sundbybergu był opóźniony, a na peronie wiał lodowaty wiatr. Czekało na nim jakieś dziesięć osób, wszystkie w zupełnym milczeniu. Większość słuchała muzyki albo wpatrywała się w telefony. Westchnęłam głęboko i sama przejrzałam wiadomości na stronie dziennika „Aftonbladet”.

Po kwadransie pociąg wreszcie przyjechał, wypchany po brzegi. Wcisnęliśmy się wszyscy do środka, ale i tak o mały włos spóźniłabym się do pracy pierwszego dnia. W Sundbybergu wyleciałam z wagonu i puściłam się biegiem między blokami, aż zobaczyłam kawiarnię po drugiej stronie małego rynku. Wpadłam do środka tak zdyszana, że ledwie mogłam mówić.

Dwie kobiety po pięćdziesiątce pracowały już na pełnych obrotach, jedna z nich miała włosy ufarbowane na czarno, druga na blond. Blondynka z lekką nadwagą zdawała się przeciwieństwem chudej jak patyk ciemnowłosej.

– Hmm – mruknęła ta ciemnowłosa i popatrzyła na mnie, nie przestając napełniać serwetnika na ladzie. – W branży restauracyjnej punktualność to podstawa.

– Przepraszam… – wysapałam. – Przez kwadrans… nie było pociągu.

– W tym mieście to normalne – odparła blondynka, uśmiechnęła się i pochyliła, sięgając po zmiotkę. – Trzeba zawsze wychodzić wcześniej.

Obie do mnie podeszły.

– Eva – przedstawiła się ciemnowłosa i wyciągnęła rękę.

– Gullbritt – powiedziała blondynka, a ja musiałam z sobą walczyć, żeby nie uśmiechnąć się szeroko.

No jasne, jakże inaczej mogłaby mieć na imię niż Złota Britt.

– Więc dobrze – zaczęła Eva, zawiązała sobie fartuch w pasie i rzuciła mi podobny. – Jakie masz doświadczenie w pracy w kawiarni?

– Szczerze mówiąc, żadnego – przyznałam zakłopotana. – Ale napisałam to w mailu.

– Rodzina?

– Mama i młodsza siostra. Tata zginął w zeszłym roku wiosną w wypadku w naszym domu letniskowym. Policja sądzi, że prawdopodobnie dostał udaru albo miał atak serca. I był też jakiś problem z kuchenką gazową.

Żadnej odpowiedzi, Eva patrzyła tylko na mnie ponaglająco. Poczułam się niepewnie i paplałam dalej, mimo że w zasadzie nie miałam na to ochoty.

– Wybuchł gwałtowny pożar. Cały dom spłonął, a tata… hm, nie zdążył uciec. Ale nie wiadomo, czy był już wtedy martwy, czy…

Przełknęłam ślinę.

Gullbritt popatrzyła na mnie ze współczuciem, ale Eva tylko zmrużyła oczy. Wyglądała tak, jakby nie do końca wierzyła w to, co mówię.

– To przykre – skwitowała krótko. – I jesteście pewni, że nie było to umyślne?

– Cicho bądź – syknęła do niej poirytowana Gullbritt, a potem zwróciła się do mnie: – Biedactwo!

– Czym się zajmowałaś przez te wszystkie lata, odkąd skończyłaś szkołę? – spytała Eva.

Znów przełknęłam ślinę.

– Po liceum ukończyłam unitarkę, a także szkolenie uzupełniające. Potem studiowałam w Uppsali. Politologię i ekonomię.

Eva dalej przyglądała mi się podejrzliwie.

– I co w takim razie tutaj robisz? Z takim świetnym wykształceniem?

– Daj spokój, Evo, wiesz przecież, jak straszliwie trudno jest młodym znaleźć pracę – powiedziała Gullbritt i pociągnęła mnie do kuchni. – Zaczniemy może od obierania ziemniaków.

Dwadzieścia minut później machałam na pełnych obrotach obieraczką do ziemniaków, a przede mną na blacie leżał stos obranych kartofli. Pod blatem czekał jeszcze jeden olbrzymi worek. Wyjrzałam przez okno. Między dwoma wysokimi blokami prześwitywał skrawek nieba. Było szare i pędziły po nim ciemne połacie chmur. Żeby poprawić sobie nastrój, wysłałam snapa do swojej młodszej siostry Liny – selfie z doklejonym uśmieszkiem i podniesionym kciukiem, z górą ziemniaków i ciemnoszarym niebem w tle. Work, bitch! napisałam na skos na zdjęciu.

Gullbritt wyrosła koło mnie.

– Mówiłam ci, załóż rękawiczki – przypomniała mi. – Inaczej zaraz zrobi ci się odcisk na kciuku.

Westchnęłam, wsunęłam telefon do kieszeni fartucha i postąpiłam zgodnie z jej radą. W tym momencie rozległ się za mną donośny głuchy odgłos, na który się odwróciłam. Stała tam Eva z szerokim uśmiechem, a na stole leżał kolejny wór.

– Marchewka! – powiedziała władczo. – Zajmij się nią, kiedy skończysz z ziemniakami.

Moja komórka piknęła. Odpowiedź od Liny – zdjęcie jej i kilku koleżanek z klasy z groźnymi minami. Pora na rewolucję, napisano po skosie na zdjęciu. Uśmiechnęłam się do siebie. Lina chyba wreszcie zrobiła się trochę pogodniejsza.

Tak mi minął dzień: najpierw w nieskończoność obierałam warzywa, potem gotowałam, stałam przy kasie i zmywałam gigantyczne sterty brudnych naczyń. W kuchni były podwójne zmywarki pracujące non stop przez całe popołudnie, ale wszystkie większe naczynia musiałam myć ręcznie. O szóstej wieczorem w końcu powlekłam się do domu, było już ciemno. Pracowałam zdecydowanie zbyt wiele godzin bez przerwy w porównaniu z tym, co miałam w umowie, ale wydawało mi się, że nie jest to najlepszy moment, żeby zwracać na to uwagę.

Autobus do Vällingby się spóźnił i kiedy w końcu przyjechał, nie zatrzymał się, bo nie było w nim miejsca. Dopiero o siódmej przekroczyłam próg domu, na korytarzu spotkałam Siv. Miała sukienkę w duże kwiaty i drwiący uśmiech na twarzy. Jej włosy wyglądały jak po trwałej. Może za mój pierwszy czynsz udała się do fryzjera do centrum Vällingby?

– Masz dwadzieścia minut, żeby przygotować kolację – oświadczyła. – Później chcę mieć kuchnię dla siebie!

W kuchni stał Jalil, wąsaty Marokańczyk, w intensywnie zielonej koszuli i długich, krzykliwie czerwonych spodniach. Zajmował trzy z czterech palników na kuchence i kiedy weszłam do środka, posłał mi mroczne spojrzenie.

– Zawsze robię kolację… – zaczął, ale mu przerwałam.

– Tak, tak – powiedziałam poirytowana. – Możesz się trochę przesunąć, żebym mogła nastawić wodę na makaron?

Jeszcze jedno mroczne spojrzenie, które postanowiłam zignorować. Wyjęłam garnek, nalałam do niego wody i postawiłam go na kuchence, a ogień rozkręciłam na maksa. Będzie musiało mi wystarczyć dzisiaj spaghetti z masłem i ketchupem.

Znowu.

To będzie długa jesień.

– Miałeś dziś udany dzień? – wycedziłam przez zęby do Jalila i oparłam się o blat kuchenny, czekając, aż woda zacznie się gotować.

Ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnął się do mnie szeroko i zauważyłam, że ma ładne oczy. Wbił widelec w kawałek warzywa na patelni i podał go mi.

– Przepraszam, że rano byłem taki zły – powiedział. – Po przebudzeniu mam zwykle potworny humor, to po matce. Strach się do niej odezwać przed dwunastą. Proszę, to smażona papryka z chilli i kuminem. Miej od razu w pogotowiu kromkę chleba, jest dość ostra.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Świetnie – stwierdziłam i wzięłam widelec. – Ostre to właśnie to, czego mi dzisiaj trzeba.

Jalil miał rację: było bardzo ostre. Wyjęłam chleb z szafki przy zlewozmywaku i już miałam włożyć go do ust, kiedy Jalil się do mnie odwrócił. Błyskawicznie uderzył mnie w rękę, tak że upuściłam kromkę na podłogę.

– Co robisz? – zawołałam zszokowana. – Powiedziałeś…

– Nie tego chleba! – wysyczał ze wzrokiem wlepionym w drzwi. – To starej! Inni, którzy tu mieszkają, mówią, że faszeruje go trutką na szczury i rozkłada w piwnicy. Pilnuj, żeby twój kot się tam nie zapuszczał!

Trutka na szczury. W kuchni? Co to za przeklęte miejsce?

– Moja bagietka leży na stole – powiedział Jalil. – Weź ją zamiast tego.

– Dzięki, nie trzeba – odparłam zrezygnowana. – Chyba jednak zostanę przy makaronie.

Wieczorem, kiedy zjadłam i dałam jeść Simånsowi, a potem wyszłam z nim na spacer na smyczy, zadzwoniłam do mamy. Od razu odebrała.

– Jak się masz? – spytała.

– Jako tako – odparłam i nagle poczułam, jak jestem zniechęcona i przygnębiona. – Albo… hmm, od czego by tu zacząć? Tak właściwie to wszystko wydaje się trochę dziwne. Kiedy odbierałam dyplom z wyróżnieniem, nie przypuszczałam nawet, że tak skończę.

– Żadne „tak skończę” – zaprotestowała mama. – Robisz sobie tylko przerwę! To jest różnica.

– No może.

– Zacznij od początku – poprosiła mama. – Co jest takiego dziwnego?

Opowiedziałam o pierwszym dniu w Sztokholmie, a mama na zmianę śmiała się i pojękiwała. O trutce na szczury jej nie wspomniałam – i tak się wystarczająco niepokoiła.

– Byłaś już w centrum? – spytała. – Wiem, że za tym tęskniłaś! Tylko proszę, unikaj Drottninggatan, tak jak mi obiecałaś! I żadnych słuchawek w uszach, pamiętaj!

– Mamo – powiedziałam cierpliwie. – Drottninggatan jest obecnie prawdopodobnie najbezpieczniejszą ulicą w całym mieście. Naprawdę sądzisz, że terroryści spróbowaliby dwa razy uderzyć w tym samym miejscu?

– Nie takie cuda się zdarzają – nie odpuszczała.

– Ale pamiętaj, że jestem wykwalifikowanym żołnierzem. Kapralem.

– I na co ci się to niby zda, kiedy trafi się jakiś wariat samobójca z bombą albo jadąca na oślep ciężarówka? – zaprotestowała mama.

Albo popsuta kuchenka gazowa w zupełnie normalnym domu letniskowym, mogłabym powiedzieć. Ale dałam spokój.

Usłyszałam, że ktoś włączył telewizor w pokoju obok, tak głośno, że słyszałam każde słowo. Westchnęłam i przeszłam do przeciwległego kąta pokoju. Niewiele to dało.

– Co to za hałas? – spytała mama. – Włączyłaś telewizor?

– Nie ja. Sąsiad za ścianą.

Przez chwilę milczałyśmy. Głosy w telewizji rozmawiały o rosnącym problemie alergii u dzieci. Sąsiad w pokoju obok głośno ziewnął i mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się drapie.

– A jak się czujesz psychicznie? – drążyła mama.

– Tak jak wcześniej – odpowiedziałam. – A ty?

– Nadal wydaje mi się to takie nierzeczywiste. Za tydzień mam wrócić na uniwersytet ze zwolnienia lekarskiego, ale nie wiem, czy dam radę.

Mama była bibliotekarką i zrobiła studia podyplomowe z literaturoznawstwa. Od wielu lat pracowała w bibliotece głównej w kampusie w Örebro, a czasem zastępowała któregoś z wykładowców i robiła wykłady o literaturze lub filmie. Uwielbiała czytać, szczególnie klasykę, i to ona otworzyła naszej rodzinie oczy na literaturę. Włożyła mi do rąk zarówno Charlesa Dickensa, jak i Sofi Oksanen, to dzięki niej równie chętnie jak seriale telewizyjne w rodzaju Homeland czy Współczesnej rodziny oglądaliśmy filmy Alfreda Hitchcocka i Woody’ego Allena.

– Ważne, żebyś poszła już wreszcie do pracy – powiedziałam. – Musisz wrócić do normalnego życia.

– Tak – westchnęła. – W teorii brzmi to świetnie. Ale byłam dzisiaj po zakupy w markecie ICA i nie miałam pojęcia, co ja tam właściwie robię. Wiedziałam, że chciałam kupić coś do jedzenia, ale nie mogłam znaleźć listy ani sobie przypomnieć, czego potrzebuję. Nagle przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do taty… Wtedy dotarło do mnie, że pora wracać do domu. Nie jestem pewna, czy poradzę sobie w pracy.

Sąsiad przyciszył telewizor. Wziął za to komórkę i do kogoś zadzwonił. Miałam wrażenie, jakby stał w moim pokoju. Starałam się zakrywać telefon dłonią.

– Siemanko, Tompa! – wydarł się na cały głos. – Tu Sixten…! Tak, kurwa, co nie…?

Kilka sekund ciszy.

Szybko się zastanowiłam.

– Mogę przyjechać do domu i ci pomóc – powiedziałam do mamy. – I tak nic tu po mnie.

– Nie – zaprotestowała. – Chcę, żebyś została w Sztokholmie i zrobiła coś ze swoim życiem. Po tym, co stało się wiosną, byłaś…

Zawahała się.

– Trochę wybita z rytmu… – podsunęłam jej.

– Nie no, kurwa – ciągnął Sixten – dużo się dzieje w robocie, sam wiesz, jak jest.

– Można tak powiedzieć – zgodziła się mama. – A potem jeszcze tata. Uważam, że wyjazd wyjdzie ci na dobre. Inaczej nie wygrzebiesz się z tej żałoby.

Tak samo jak ty, pomyślałam, ale zachowałam to dla siebie.

– A jak ma się Lina? – spytałam. – Jest w stadninie?

– Tak – potwierdziła mama. – To z myślą o niej i ty, i ja musimy iść dalej. Inaczej znów popadnie w depresję.

Lina, moja ukochana młodsza siostra z bzikiem na punkcie koni. Zobaczyłam ją przed sobą taką, jaka na zawsze utkwiła mi w pamięci: uroczą, psotną dwunastolatkę z dołeczkami w policzkach i jasną grzywką pod kaskiem, małą osóbkę gotową zrobić niemal wszystko, żeby ucieszyć innych – zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Miotały nią silne uczucia: radość i zwątpienie, nadzieja i desperacja, ale kiedy tylko udało się ją doprowadzić do śmiechu, niemal zawsze wracała do równowagi. Dzieliło nas sześć lat, teraz Lina przestała już być brzdącem z podstawówki – skończyła osiemnaście lat i chodziła do ostatniej klasy liceum. Wiosną zaczęła się przygotowywać do krajowych zawodów mistrzowskich – wszechstronnego konkursu konia wierzchowego 2018 i była bliska zakwalifikowania się do eliminacji, ale kiedy stało się to z tatą, przestała trenować i popadła w depresję. Teraz udało nam się znów posadzić ją na grzbiet konia – mówiąc dosłownie – więc całkowicie rozumiałam podejście mamy.

– Tak sobie pomyślałem, że to chyba, kurwa, najwyższa pora spotkać się z Tompą, wyjść na miasto i się napić! – darł się Sixten za ścianą.

Brzmiał bardzo przekonująco.

– Kto tak u ciebie krzyczy? – spytała mama. – Masz gościa?

– Nie, to sąsiad w pokoju obok – westchnęłam ciężko. – Strasznie się tu wszystko niesie.

– Niedobrze – powiedziała mama. – Jednak trochę się o ciebie martwię. Rozmawiałam z Björnem i też się niepokoi twoją sytuacją.

Björn, kolega taty, który z czasem stał się przyjacielem rodziny. Trochę playboy, ale po śmierci taty niesamowicie nam pomógł. Mimo wszystko nie podobało mi się, że mama dyskutuje z nim na mój temat.

– Dlaczego z nim o mnie rozmawiasz? – spytałam. – To nie jego sprawa.

– Björn chce tylko, żeby dobrze się wam wiodło, tobie i Linie – odparła mama. – Musisz przyznać, że wspaniale się zachował, kiedy przez to przechodziłyśmy.

Gdy tata spłonął w domu letniskowym i byłyśmy załamane, Björn wziął na siebie trudne sprawy i zajął się wszystkim: identyfikacją zwłok, kontaktami z policją i zakładem pogrzebowym, nekrologiem w gazecie, pogrzebem.

– Tak samo Fabian – ciągnęła mama. – Taka jestem wdzięczna dawnym przyjaciołom taty, że nas wspierali i teraz, gdy wszystko się skończyło, wciąż myślą o tobie i Linie. Chciałabym, żebyśmy przyjęły całą pomoc i wsparcie, jakie tylko możemy dostać!

Fabian był najlepszym przyjacielem mojego taty od czasu studiów i zdecydowanie bardziej przypominał go pod względem wyglądu i sposobu bycia niż Björn. Ułatwiło mu to zbliżenie się do nas, ponadto potrafił być też nieco bystrzejszy od Björna.

– Björn chce cię zaprosić na lunch – ciągnęła mama. – I porozmawiać o przyszłości.

– Nie – powiedziałam stanowczo. – Nie mam ochoty spotykać się z żadnym z nich.

– Ale Saro… – zaczęła mama.

– A niby czemu nie teraz?! – wydarł się Sixten. – Cholerna baba…!

Przez ścianę doleciał mnie jego głośny, zachrypnięty śmiech. Miałam wrażenie, jakby stał tuż obok mnie.

– Posłuchaj: nie musisz się o mnie martwić – zapewniłam. – Dam sobie radę! Jestem starym wojskowym, remember? Umiem załatwiać takie sprawy.

– Jakbym słyszała twojego ojca – powiedziała mama, a ja byłam pewna, że się przy tym uśmiechnęła. Sekundę później wybuchnęła jednak płaczem.

– Mamo – jęknęłam bezsilnie.

– W takim razie w środę? – ryczał Sixten. – Albo w czwartek. Powiedz jej, że to cholernie ważne!

– Nie, nie, to nic – zapewniła mnie niewyraźnie mama. – Przejdzie mi.

Nie było nic więcej do powiedzenia. Marzyłam o tym, żeby móc ją teraz przytulić.

I żeby ten cholerny Tompa zgodził się wreszcie na spotkanie z Sixtenem w czwartek, by mogli zakończyć swoją bezsensowną konwersację.

Późnym wieczorem, gdy u Sixtena nareszcie zrobiło się cicho, a ja już powoli zasypiałam, mój telefon zapikał. Esemes od mamy:

Rozmawiałam z Björnem i Fabianem – napisała. – Fabian zastanawia się, jak się miewasz i jakie masz plany na przyszłość. Powiedziałam mu o kawiarni i wydaje mi się, że wpadnie tam do ciebie w odwiedziny. To bardzo miło z jego strony!

Zaklęłam w duszy.

Nie chciałam żadnych odwiedzin w kawiarni, nie chciałam w ogóle niczyjej uwagi – do czasu, aż wreszcie uda mi się wydostać z tej dziwnej bańki, w której tkwiłam od momentu, gdy pewnego słonecznego popołudnia pod koniec maja zjawiła się u nas policja. Właściwie jeszcze na długo przed tym. Ale nie mogłam tego powiedzieć mamie. A Fabian był w każdym razie trochę lepszy niż Björn.

Świetnie – odpisałam.

A Björn chce się koniecznie spotkać z tobą na mieście – napisała na to mama. – Proszę cię, Saro. Zrobisz to dla mnie?

Leżąc na łóżku, odburknęłam coś pod nosem. Niemal identyczne mruczenie doleciało mnie zza ściany i przez kilka sekund byłam jak porażona, a potem zrozumiałam co to: Sixten chrapał.

Położyłam telefon na podłodze, przykryłam głowę poduszką i spróbowałam zasnąć.

W tej chwili trudno było mamie czegokolwiek odmówić: pojechałam więc w sobotę przed południem do miasta, żebyś spotkać się z Björnem. Po raz pierwszy mogłam się udać do centrum, a mama zdecydowanie miała rację: brakowało mi tego. Dlatego pojechałam trochę wcześniej. Mieliśmy się spotkać z Björnem o pierwszej, ale już wpół do dwunastej wysiadłam z metra i przeszłam się po Stureplanie. Betonowy grzyb na placu wyglądał jak zawsze, gdy przyjeżdżałam do Sztokholmu, lecz wszystko wydawało mi się jednak jakieś inne: teraz było to moje miasto, mieszkałam tu. Może nie dokładnie przy Stureplanie, a w Vällingby – osiemnaście stacji stąd. Ale mimo wszystko.

Stałam pod grzybem i przyglądałam się tłumowi dookoła. Wszędzie wyluzowani, dobrze ubrani, piękni ludzie. Przyszedł mi na myśl komik Jim Jefferies, który podobno zapytał kiedyś: In Sweden, do you kill all the ugly babies?

Na prawo znajdowała się restauracja Sturehof z ogródkiem, w którym nie było wolnych miejsc. Podeszłam i zerknęłam do menu. Pstrąg łososiowy gotowany na parze 320 koron. Pieczony sandacz z jeziora Melar 360 koron. Turbot kosztował 485 koron. Nie było szans, żebym mogła sobie na to pozwolić. Cicho westchnęłam i starając się wyglądać na niewzruszoną, ruszyłam dalej.

Centrum handlowe Sturegallerian ciągnęło się obok po prawej stronie. Sto metrów dalej znajdowała się modna restauracja Brillo, o której czytałam. W ogródku siedziało pełno ludzi, ze wstydu pochyliłam głowę. Stojąc plecami do restauracji, wyciągnęłam przed siebie komórkę, dopilnowałam, żeby było widać kolorowy neon TAVERNA, uśmiechnęłam się szeroko i nacisnęłam przycisk. Na ekranie pojawiło się zdjęcie – wyszło ładnie, byłam uśmiechnięta i w okularach przeciwsłonecznych przed jednym z najgorętszych lokali w Sztokholmie. Natychmiast wrzuciłam fotkę na Instagram i dodałam podpis: Wreeeeeszcie na miejscu! Sztokholm! Początek nowego życia!

Potem usiadłam przy stoliku i spróbowałam wyglądać, jakbym nigdy nie robiła nic innego, tylko popijała kawę, siedząc na słońcu w Brillo. Facet przy stoliku obok pochylił się do mnie i uśmiechnął.

– Nowa w mieście? – spytał.

– Aż tak to widać? – odparłam zakłopotana.

Podeszła kelnerka i zamówiłam filiżankę zwykłej kawy. Pod zdjęciem na Instagramie zaczęły pojawiać się lajki i komentarze: Ooo, szczęściara! przyszło od Liny, Ale jesteś cool, Sara napisała moja koleżanka Sally, a Chciałabym tam być! – Flisan. Potem nastała cisza.

Odchyliłam się na krześle. Facet, który siedział obok, już sobie poszedł, a jego miejsce zajęły dwie ładne dziewczyny. Od stóp do głów ubrane w ekskluzywne markowe ciuchy w stylu „sobota na luzie”. Spodnie dresowe Nike i bluzki z tygrysami Kenzo. Ich kurtki były z pewnością od Moncler, a na nogach miały vansy albo adidasy. Dyskretnie wsunęłam pod krzesło stopy w znoszonych conversach.

Dopadła mnie samotność. Kogo próbowałam nabrać? Moje nowe miejsce zamieszkania w Sztokholmie to pokój wynajmowany od jakiegoś okropnego babska w Vällingby, a moja pasjonująca praca to tyranie przy obieraniu ziemniaków w Sundbybergu. Starałam się, żeby moje życie wyglądało lepiej w mediach społecznościowych, niż było w rzeczywistości. Dlaczego? Nie wiedziałam. Nie chciałam przecież, żeby inni czuli się przez to gorzej, raczej sama tęskniłam za poczuciem prawdziwej wspólnoty, takiej, jakiej doświadczyłam w wojsku.

Ale tamte czasy minęły. Siedziałam teraz w Brillo w Sztokholmie pośród pięknych ludzi, którzy zapewne pracowali i mieszkali tutaj, przy Stureplanie. Ja za to miałam przed sobą filiżankę zimnej kawy i nie ważyłam się nawet poprosić kelnerki o wliczoną w cenę dolewkę.

O pierwszej stałam na schodach teatru Dramaten i czekałam na Björna. Przyszłam wcześniej, a on jak zawsze był niezmiernie punktualny. Kiedy razem pracowali, tata żartował, że patrząc na Björna, można regulować zegarki i że to jeden z powodów, dla których tak dobrze potoczyła się jego kariera w agencjach państwowych. Björn i tata poznali się na początku pracy zawodowej i od tamtego momentu cały czas utrzymywali kontakt, choć reszta rodziny nie do końca rozumiała dlaczego – uważałyśmy z mamą i Liną, że Björn i tata bardzo się od siebie różnią. Zobaczyłam go z daleka – z półdługimi stalowosiwymi włosami zaczesanymi do tyłu, jak zwykle czeszą się rekiny biznesu. Zawsze chodził dobrze ubrany: pod kamelowym płaszczem miał dżinsy i cienki sweter. Jego strój dopełniały skórzane rękawiczki.

– Witaj, Saro – powiedział i mnie objął. – Miło cię widzieć! Idziemy?

Björn próbował zaprosić mnie na lunch, ale wolałam udać się na spacer po Djurgården. Zamierzałam dość szybko zakończyć nasze spotkanie. Ruszyliśmy wolno Strandvägsallén, a potem, za mostem Djurgårdsbron, skręciliśmy w prawo. Björn uparł się, żeby iść w lewo nad wodą, a ja szybko na to przystałam, bo w duszy liczyłam, że zrzucę winę na Simånsa i wsiądę do autobusu przy Djurgårdsbrunn. Minęliśmy restaurację Ulla Winbladh i weszliśmy na żwirową ścieżkę, na której nie było aż tylu ludzi. Björn zerkał na mnie z boku.

– Jak się czujesz? – spytał.

Przybrałam niewinną minę.

– Dobrze, już mówiłam. Dopiero co o to pytałeś.

– Tak, ale chciałbym usłyszeć prawdę.

Narastała we mnie irytacja. Björn i Fabian sądzili, że świetnie się znają na ludziach i wiedzą, jak my wszyscy się „właściwie” czujemy, i zawsze mieli wielką ochotę nam o tym powiedzieć.

A może w gruncie rzeczy to ja byłam przewrażliwiona?

Zmusiłam się do uśmiechu.

– Wszystko jest u mnie w jak najlepszym porządku – zapewniłam. – A u ciebie?

Zabrzmiałam bardziej uszczypliwie, niż zamierzałam. Björn przez jakąś minutę nic nie mówił, tylko parł naprzód, a ja szłam w milczeniu obok niego, aż trochę się uspokoiłam.

– Przepraszam – powiedziałam. – Nie chciałam cię urazić.

– Wiesz, że nie chcę się narzucać – zaczął. – Ale bardzo lubiłem Lennarta i chcę mieć pewność, że u ciebie i Liny wszystko dobrze. I u Elisabeth, oczywiście. Jeśli jest coś, co można zrobić, żeby wam pomóc, zgłaszam się na ochotnika. Cokolwiek.

– To super. Ale w tej chwili nie przychodzi mi do głowy nic, w czym potrzebowałybyśmy pomocy. Jeśli tylko na coś wpadnę, z chęcią się odezwę.

Przez dłuższą chwilę szliśmy w milczeniu, starałam się wymyślić coś, co mogłabym powiedzieć. Ale kiedy już miałam otworzyć usta i zapytać Björna o jego plany wyprowadzki za granicę, nadszedł jakiś mężczyzna. Wyglądałby całkiem zwyczajnie, ubrany w kurtkę i dżinsy, gdyby nie miał na głowie czarnego kapelusza, który w ogóle nie pasował do reszty jego stroju. Zorro, pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem. Właśnie miałam powiedzieć coś zabawnego Björnowi, kiedy ten mężczyzna do nas podszedł. Björn stanął jak wryty, a potem wraz z nieznajomym odeszli na bok kilka kroków i przez chwilę cicho rozmawiali. Też się zatrzymałam, mocno zaskoczona. Kto to był i czego chciał? Czy znał się z Björnem?

Moje zdziwienie jeszcze się spotęgowało, kiedy zobaczyłam, jak mężczyzna pochyla się do Björna i kładzie mu rękę na ramieniu. Ten zazwyczaj przyjacielski gest wydał mi się nagle złowrogi. Zorro z udawaną serdecznością kilka razy ścisnął ramię Björna i lekko nim potrząsnął, a potem się uśmiechnął. Björn sprawiał z kolei wrażenie śmiertelnie poważnego, był niemalże blady.

– Miło cię widzieć, Björn – powiedział głośno mężczyzna. – W przyszłości naprawdę będziemy musieli się tobą zająć. Ufamy ci, wiesz o tym.

Björn nic nie odpowiedział. Po kilku sekundach mężczyzna puścił jego ramię, uprzejmie skinął do mnie głową i ruszył dalej. Popatrzyłam za nim zdezorientowana. Björn natomiast zrobił kilka obrotów ramieniem, jakby właśnie spadł mu z barków ogromny ciężar.

– Kto to był? – spytałam.

– Nikt – odparł Björn. – To znaczy… znajomy z pracy. Nikt ważny.

Znów zaczęliśmy iść.

– Wydajesz się trochę zestresowany – stwierdziłam po chwili. – Nie możesz mi tego wyjaśnić?

Chwilę szedł w milczeniu, potem nagle przystanął. Też się zatrzymałam i staliśmy tak, patrząc na siebie.

Björn był w wieku mojego taty, po sześćdziesiątce, ale najwyraźniej chciał sprawiać wrażenie młodszego. Wiedziałam, że jest dość zadufany w sobie, że jeździ motocyklem i niedawno się rozwiódł. Ale teraz przyglądałam mu się na chłodno: długie włosy, delikatna opalenizna – samoopalacz? – która została mu po ostatnim lecie, drogie, dobrze uszyte ubrania. Przepełniła mnie tak silna pogarda, że niemal się wstydziłam: pogarda młodej osoby dla starego człowieka, który próbuje oszukać metrykę. Zaczerwieniłam się. Kiedy stałam się tak surowa, bez cienia empatii? Czy moje zdenerwowanie wynikało z tego, że nie chciał mnie do siebie dopuścić, odpowiedzieć na moje pytania? Przecież dokładnie tak samo ja zachowywałam się w stosunku do niego.

Jednak kolejne wypowiedziane przez Björna zdanie przekreśliło wszelkie szanse na to, bym darzyła go sympatią.

– Może wiesz, że twój tata został wciągnięty w nieco podejrzane interesy? – powiedział. – W sprawy, którym warto byłoby się przyjrzeć dokładniej.

Wytrzeszczyłam na niego oczy. Potem coś we mnie pękło.

– Posłuchaj… – zaczęłam lodowato. – Jeśli ktokolwiek na tej planecie był na wskroś uczciwy, to właśnie mój tata. To, że najwyraźniej masz jakiś problem, nie jest powodem, by źle się o nim wypowiadać. A teraz, szczerze mówiąc, muszę wracać do domu, do kota!

Björn popatrzył na mnie wzrokiem pełnym sceptycyzmu. Rozbolał mnie brzuch, kiedy zerkając na niego, zaczęłam odchodzić pospiesznym krokiem w stronę Djurgårdsbrunn. Björn szybko mnie dogonił.

– Poczekaj, Saro – powiedział. – To nie tak miało wyglądać. Ja też wiem, że twój tata był bardzo porządnym człowiekiem. Ale sądzę, że został w coś wciągnięty wbrew swojej woli.

– A skąd ty to możesz wiedzieć? – spytałam, lekko sapiąc z powodu szybkiego tempa.

– Nic nie wiem – wyznał Björn. – Tak szczerze mówiąc, tylko spekuluję. Ale chciałbym pospekulować z tobą, a nie grzebać w tym sam.

Zatrzymałam się na moście.

– Wiesz co? – wycedziłam i popatrzyłam mu prosto w oczy. – Bardzo ci dziękuję za troskę, ale jeśli chodzi o mojego tatę, jesteś na złym tropie.

Nad ramieniem Björna zobaczyłam autobus numer sześćdziesiąt dziewięć.

– W porządku – odparł i uniósł ręce. – Z pewnością masz rację: musiałem coś źle zrozumieć, a teraz nie będę ci już więcej przeszkadzał.

Nie odpowiedziałam, przebiegłam przez ulicę i stanęłam na przystanku. Kątem oka widziałam, jak Björn ruszył z powrotem wzdłuż wody, tą samą drogą, którą przyszliśmy. Szedł wolno, z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie; kiedy zobaczyłam, jak znika za drzewami, odezwały się we mnie wyrzuty sumienia.

W środku nocy obudziłam się i wzdrygnęłam. Serce gwałtownie waliło mi w piersi, nie rozumiałam, co mnie wyrwało ze snu. Ale później znów to usłyszałam: przeciągłe wycie, jakby psa. Albo wilka.

Usiadłam na łóżku i zapaliłam lampkę. Zza ściany wciąż dochodziło wycie. Musiał to być Sixten.

Wstałam, włożyłam szlafrok i wyszłam na wąski korytarz. Nikogo innego nie było widać. Zawodzenie Sixtena przenikało mnie do szpiku kości. Dalej na korytarzu dostrzegłam światło przeciskające się pod drzwiami Jalila. Podeszłam i zapukałam. Wtedy światło w szczelinie zgasło. Nie było słychać ani szmeru. Nikt nie otworzył.

Zaklęłam pod nosem. Czy ludziom zupełnie brak empatii? Co, jeśli Sixten leży i umiera w swoim pokoju? Podeszłam do jego drzwi i trzy razy mocno zapukałam.

Ktoś szarpnął klamkę i w progu stanął Sixten. Widziałam go wcześniej, ale nie z tak bliska. Był dość niskim napakowanym mężczyzną po sześćdziesiątce, ubranym w żółto-czarny T-shirt z logo klubu AIK, a na brzuchu, między koszulką a spodniami od piżamy, zionęła potężna szpara. Poza tym zdawało się, że brakuje mu co najmniej kilku zębów. Teraz szeroko się uśmiechał i zmrużył oczy, jedną ręką przytrzymując drzwi, a drugą drapiąc się po brzuchu.

– Ależ witam, witam – powiedział wesoło. – Jak miło! Wejdziesz?

Wybałuszyłam na niego oczy.

– Co się dzieje? – spytałam. – Jest druga w nocy, a ty wyjesz jak postrzelony wilk!

Sixten zarechotał.

– A to dobre! – odparł zadowolony. – Postrzelony wilk. Muszę to zapamiętać!

– Halo! Obudzisz cały dom! Co ty w ogóle wyrabiasz?

Rozejrzał się teatralnie na wszystkie strony.

– Z tego, co widzę, nie ma tu nikogo poza tobą – odparł. – Czyli nie wejdziesz?

– Dlaczego ryczysz? – Nie dawałam za wygraną.

Mój sąsiad wzruszył ramionami i otworzył szeroko oczy.

– Jestem weteranem z Wietnamu? – powiedział. – A może po prostu trochę mi się nudzi?

Kilka sekund patrzyliśmy na siebie. Sixten zaśmiał się bezgłośnie. Potem obróciłam się na pięcie i ruszyłam do siebie, a Sixten zamknął za sobą drzwi.

Mój pokój okazał się zamknięty.

Mocno chwyciłam za klamkę i spróbowałam wejść do środka.

Nie dało rady. Drzwi były zamknięte na klucz. A kiedy przysunęłam się do nich, usłyszałam w pokoju mamrotanie.

Nie zastanawiając się, przeszłam korytarzem do pokoju właścicielki i ponaglająco zapukałam. Nikt nie odpowiedział, ale drzwi powoli same się otworzyły.

Siv siedziała przy toaletce z lustrem, obramowanym ciepłymi żółtymi żarówkami jak w staromodnej teatralnej garderobie. Miała na sobie jasnoróżowy puchaty szlafrok i kiedy napotkała w odbiciu mój wzrok, zaparło mi dech. Na górną część głowy miała naciągniętą obcisłą pończochę lub czapkę, a fryzura z trwałą znajdowała się na drewnianym stojaku obok niej na stole.

Nosiła perukę.

– Och, przepraszam! – zawołałam i zamknęłam z trzaskiem drzwi.

Potem kilka sekund stałam w ciemności, niepewna, co mam zrobić. Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich Siv. Wyglądała dokładnie tak jak zawsze – w swojej trwałej.

– Czego? – rzuciła szorstko. – Jest druga w nocy, chcę mieć spokój.

– Drzwi do mojego pokoju się zatrzasnęły! – wyjaśniłam. – Sixten wył jak opętany. Nie słyszała pani? Wtedy wyszłam. Ale teraz ktoś u mnie jest i zamknął się od środka.

Siv wytrzeszczyła na mnie oczy.

– O czym ty, do diabła, w ogóle gadasz?

Potem ściągnęła mały kluczyk z haczyka i ruszyła korytarzem do mojego pokoju. Kiedy już się tam znalazła, chwyciła klamkę, nie wkładając nawet klucza do zamka, i otworzyła drzwi na oścież. Nie były zamknięte, a pokój był pusty.

Przez kilka sekund przyglądała mi się, mrużąc oczy.

– Ćpasz? – spytała w końcu. – Jeśli tak, to od razu możesz się pakować.

– Ależ nie, nie biorę narkotyków! – powiedziałam zszokowana. – Słyszałam głosy dobiegające z wnętrza i drzwi były zamknięte na klucz. Od środka!

Siv skwitowała to krótkim ponurym śmiechem.

– Ale przecież nie są zamknięte – oświadczyła niepokojąco łagodnym tonem.

Potem pospiesznie wróciła do siebie i głośno trzasnęła za sobą drzwiami.

Ja zaś weszłam do pokoju i zamknęłam się na klucz, potem starannie sprawdziłam, czy niczego w nim nie brakuje ani czy nic nie zostało przestawione. Nie było najmniejszego śladu czyjejś obecności. Miałam wrażenie, że wyczuwam delikatny zapach alkoholu, ale równie dobrze mogło mi się wydawać.

Sixten tak chrapał, że nie było najmniejszych szans, abym zasnęła. Podniosłam neseser i szybko znalazłam w nim małe pudełeczko leków, które przepisał mi lekarz rodzinny.

– W zasadzie nie są to środki nasenne – wyjaśnił – tylko pomagające zasnąć. Ale mimo wszystko można być po nich trochę oszołomionym, więc proszę zażywać tylko w takich sytuacjach, w których naprawdę musi pani zasnąć.

„1–2 tabletki”, napisano na opakowaniu. Zawahałam się. Następnie włożyłam dwie sztuki do ust i popiłam je szklanką wody. Później znów runęłam na łóżko i zasnęłam.

Wysokie złociste płomienie lizały moje okno. Powoli otworzyłam oczy, na ścianie nad sobą zobaczyłam ciepłe żółte światło oraz usłyszałam dochodzące z zewnątrz trzaski.

Paliło się.

Zdawało się, że cały dom płonie, ale z jakiegoś powodu miałam w głowie sieczkę i moje ciało nie chciało mnie słuchać. Od okna dochodził taki żar, że zaczęłam się pocić; lało się ze mnie strumieniami. Kiedy zdołałam w końcu wygramolić się z łóżka, podeszłam do okna i zrozumiałam, że dom i mój pokój stoją w ogniu. Wszystko dookoła paliło się pomarańczowymi i czerwonymi płomieniami.

Czy teraz umrę? Spłonę żywcem jak tata?

Mój puls utrzymywał się na równym, spokojnym poziomie; zdenerwowanie zdawało mi się czymś niemożliwym.

Powinnam wyjść na korytarz i włączyć alarm. Powinnam ostrzec pozostałych i wezwać straż pożarną. Powinnam zadzwonić pod sto dwanaście. Nic jednak nie zrobiłam.

Tylko powlekłam się z powrotem do łóżka i spokojnie się na nim skuliłam, obserwując buchające za oknem płomienie. Potem zamknęłam oczy i znów odpłynęłam w mrok.

Tato, czy zaraz znowu cię spotkam?

Dlaczego tak dziwnie się zachowuję?

Następnego dnia, kiedy się obudziłam, uświadomiłam sobie, że musiałam mieć straszny sen. Mój pokój wyglądał dokładnie tak jak zawsze, a szyby były zupełnie czyste. Nawet dymu nie było czuć.

Za oknem wcale się nie paliło.

To wszystko było tylko snem.

Ale dlaczego tak dziwnie w nim zareagowałam?

Po południu stałam przy kasie w kawiarni i przyjmowałam zapłatę za sałatkę cezar, kiedy zadzwonił dzwonek przy drzwiach i do środka wszedł Fabian. Dostrzegłam go kącikiem oka i coś mnie ścisnęło w środku. Miał taki sam styl ubierania jak tata – cienka kurtka na workowatej koszulce, a do tego równie workowate spodnie – i podobnie jak tata był chudy i wysoki. Ukradkiem popalali nawet papierosy tej samej marki, francuskie gauloises’y, tak mocne, że „pomagały na zaparcia”. Nagle usłyszałam w głowie głos taty i zobaczyłam przed sobą jego błyszczące oczy, zwróciłam uwagę, że drżały mi ręce, kiedy podawałam klientowi paragon.

Fabian podszedł do kasy.

– Cześć, Saro – rzucił nadzwyczaj łagodnie. – Twoja mama powiedziała mi, że cię tu znajdę. Masz chwilę, żeby porozmawiać? Jeśli nie, przyjdę później, muszę załatwić kilka drobnych spraw przy rynku.

Popatrzyłam na zegarek.

– Mam przerwę za pół godziny – odparłam. – Jeśli chcesz, możemy wtedy usiąść na dwadzieścia minut.

– Chętnie – przystał na tę propozycję Fabian.

Gdy wychodził, wpatrywałam się w jego plecy – jasne, byłam poruszona tym, że chciało mu się fatygować z MSZ aż tutaj, do Sundbybergu, tylko po to, żeby odwiedzić mnie w pracy. Troszczył się o naszą rodzinę, zawsze to robił, a ja zawsze po cichu podejrzewałam, że podkochuje się w mamie. Nie miał żony ani dzieci i był najlepszym przyjacielem taty, odkąd studiowali razem na uniwersytecie jako dwudziestolatkowie. W późniejszym życiu obu zatrudniono równocześnie w SIDA, odbyli także wiele wspólnych podróży. Potem ich drogi się rozeszły. Fabian zaczął pracę w ministerstwie, a tata wolał współpracować z różnymi urzędami jako konsultant. Zawsze jednak powtarzali, że są duchowymi braćmi, mimo że potrafili się też ze sobą poważnie poróżnić. Nad tym właśnie zastanawiałam się przez ostatnie pół roku życia taty.

Dokładnie wtedy, gdy wrócił Fabian, Gullbritt wyszła z kuchni, żeby poinformować mnie o przerwie. Przedstawiłam ich sobie i Gullbritt – która pierwszego dnia dała mi jasno do zrozumienia, że personelowi nie wolno pod żadnym pozorem zjeść choćby jednego małego ciasteczka, nie zapłaciwszy za nie – szczodrze zaoferowała nam po kubku kawy.

– Jak miło poznać któregoś z przyjaciół Sary – zauważyła, nalewając kawę, a ja mogłabym przysiąc, że zatrzepotała przy tym rzęsami. – A może jesteście rodziną?

Fabian się zaśmiał.

– Chce pani powiedzieć, że wyglądam tak staro, że mógłbym być jej ojcem? Trudno zaprzeczyć – odparł. – Blisko się przyjaźniłem z tatą Sary.

– Nigdy bym tak nie pomyślała – zapewniła go zalotnie właścicielka kawiarni.

Niewiarygodne, ale prawdziwe: Gullbritt flirtowała z Fabianem. A on nie wyglądał na niezadowolonego, kiedy szedł przede mną przez kawiarnię z kubkiem kawy w ręce.

Usiedliśmy w kącie pomieszczenia pod dużą palmą.

– Jak się masz? – spytał Fabian. – Jak twoje mieszkanie?

Pokręciłam głową.

– To jakiś cholerny dom wariatów – powiedziałam. – Mam koszmary od samego przebywania tam.

– Koszmary? – zapytał Fabian, wyraźnie zainteresowany. Zmarszczył czoło, ale się uśmiechał. – Jak to?

– Nie uwierzysz.

Zaśmiał się, potem rozejrzał dookoła i upił łyczek kawy.

– Ale to w każdym razie jest przyjemne miejsce. Dobrze się tu czujesz?

Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

– Widziałeś Gullbritt w najlepszym humorze – zapewniłam go. – Kiedy saldo się nie zgadza, ma skłonności do histerycznych wybuchów. A Eva, jej koleżanka… – Zachichotałam i pokręciłam głową. – To taki typ, który z tatą określaliście jako „czysta jak łza kryptorasistka”. Każdego ranka jedzie do Rinkeby, żeby kupić tanie jedzenie, a potem karmi nas historiami o „leniwych, tępych, brudnych…”.

Fabian uniósł rękę.

– Dzięki, już wystarczy – przerwał mi. – I get the picture. Ale nie ma problemu z tym, żeby kupować od nich towar w niskiej cenie.

– Najmniejszego – zapewniłam go.

– Hipokrytka – podsumował to spokojnie Fabian. Potem mi się przyjrzał. – Dlaczego tu jesteś? Rozumiem, że wiosna i lato były dla ciebie potwornie męczące, ale kawiarnia w Sundbybergu? Kiedy ktoś ma tak fantastyczne predyspozycje jak ty?

– Cały czas szukam pracy – wyjaśniłam. – Po prostu bardzo trudno coś znaleźć.

– Daj spokój. – Fabian lekko szturchnął mnie w ramię zaciśniętą pięścią. – Co się stało z twoimi marzeniami o magisterce w London School of Economics? Albo w INSEAD?

Mój nastrój znów błyskawicznie zapikował do poziomu piwnicy. Równie dobrze mogłam wyłożyć karty na stół.

– W zasadzie nie chciałam, żebyś mnie odwiedzał – odparłam. – Podejrzewałam, że padną tego typu komentarze. A ja chcę po prostu spokoju. I nie mam nic do dodania. Tata marzył o tym, żebym poszła w jego ślady, ale ja nie mam jego talentu.

Fabian popatrzył na mnie z poważną miną.

– Oczywiście, że masz! – zapewnił. – Jesteś ogromnym skarbem dla tego kraju, nie rozumiesz?

Pokręciłam głową.

– Ledwie mogę się nauczyć, jak działa kasa – odparłam i znów pokręciłam głową. – Ja, która zawsze byłam silną, pozytywnie nastawioną i dość rozgarniętą osobą. Ale teraz… – Pokręciłam głową, a Fabian położył dłoń na mojej ręce.

– Jesteś zmęczona. Miałaś ostatnio trudny okres.

Przed nami wyrosła nagle Gullbritt.

– Ciasteczko? – spytała, przekrzywiając głowę. – Bez nich kawa nie jest równie dobra.

Postawiła przed nami spodek z ciasteczkami, a Fabian popatrzył na nią z uśmiechem.

– Gullbritt, wie pani dokładnie, czego potrzeba mężczyźnie – stwierdził i sięgnął po ciastko z cukrem.

– Robię, co mogę – odparła kokieteryjnie moja szefowa i wróciła za kasę.

Kiedy już się żegnaliśmy, Fabian mnie uściskał.

– Odpocznij trochę – powiedział. – Daj sobie kilka miesięcy. A kiedy ci się to znudzi, odezwij się do mnie, zobaczymy, czy znajdzie się dla ciebie coś w MSZ.

– Jasne – obiecałam, choć w głębi duszy wiedziałam, że ten dzień nigdy nie nadejdzie.

Wieczorem popsuła się zmywarka w kawiarni i musiałyśmy umyć wszystko ręcznie, a później autobus stał kwadrans przed szkołą Björnbodaskolan z powodu wypadku. Kiedy wróciłam do Vällingby, było dwadzieścia po siódmej i zastałam kuchnię zamkniętą na siedem spustów.

Na małym stoliku w przedpokoju leżały trzy zaadresowane do mnie listy z odmowami na moje podania o pracę. „Dziękujemy za zainteresowanie, stanowisko zostało obsadzone”, „Brak wystarczających kwalifikacji” i „Zbyt wysokie kwalifikacje”. Zgniotłam je i wrzuciłam do kosza na makulaturę. Nie było widać Siv, ale Jalil – mój współlokator – stał na piętrze przewieszony przez poręcz schodów i szczerzył się do mnie tak, że aż drżały mu wąsy. Dzisiaj miał na sobie krzykliwie niebieską koszulę z cienkiego sztruksu.

– Stara poszła do kina – obwieścił. – Zawsze wtedy zamyka kuchnię.

Dlaczego by nie postawić go teraz pod ścianą? Zrobiłam krok po schodach w jego stronę.

– Słuchaj… Sixten – zaczęłam i skinęłam w stronę pokoju swojego sąsiada. – Ten, który mieszka koło mnie. Dlaczego on się tak drze nocami? Słyszałeś go wczoraj?

Jalil otworzył szeroko oczy i skinął.

– Czy słyszałem? – odparł. – Wyłączyłem lampę i przykryłem głowę poduszką.

– Robił już tak wcześniej?

– Nie, kiedy tutaj byłem.

Wydawało mi się bez sensu wspominanie o głosach w moim pokoju. Albo o koszmarze z pożarem.

– Jak myślisz, co z nim? – spytałam zamiast tego.

– Jest najzwyczajniej porąbany? – podsunął Jalil i uniósł brwi. Potem popatrzył na mnie serdecznie. – Jesteś głodna? – spytał. – Mam u siebie trochę zimnego kuskusu z sosem jogurtowym.

– Nie, dzięki – odrzuciłam zdecydowanym głosem jego propozycję, zaraz jednak usłyszałam burczenie dochodzące z mojego brzucha. – Rozwiążę to w jakiś inny sposób. Ale mimo wszystko dzięki!

Jalil wydał mi się nagle rozkojarzony, jakby coś przyszło mu do głowy.

– Słuchaj, tak przy okazji… – powiedział. – Było tu dzisiaj kilku typków, którzy o ciebie wypytywali.

Kto to mógł być? Czyżby Fabian i Björn mnie tutaj szukali?

– Jak wyglądali? – spytałam.

– Nie wiem – odparł Jalil. – Gadali z Siv. Ale mówili jakby z obcym akcentem.

A więc nie byli to Björn i Fabian. Odsapnęłam z ulgą.

– Dzięki. Spytam Siv, czego chcieli.

Chwilę później wyszliśmy z Simånsem, żeby w budce z hot dogami w centrum Vällingby zjeść na spółkę frankfurterkę i popić ją napojem kakaowym pucko. Trzymałam Simånsa na kociej smyczy i szliśmy do podjazdu przed domem Siv, kiedy kot nagle skoczył w krzaki. Smycz się napięła, a ja usłyszałam, jak zaszeleściło w zaroślach.

– Simåns – powiedziałam zrezygnowana. – Tylko żadnych myszy, chcę coś zjeść! Wyłaź!

Jakby rozumiał, co mówię, wypadł z krzaków, bawiąc się czymś, co miał w łapkach. Przedmiot zagrzechotał przede mną na bruku. Podniosłam go. Kot wlepiał we mnie wzrok pełen oczekiwania, kiedy stałam z jego zabawką w ręku. Była to mała okrągła puszka zrobiona z aluminium, z boku namalowano na niej pomarańczowe płomienie. Pod nimi widniał napis dużymi czarnymi literami: Real Flame Gel Fuel. Danger.

Wsadziłam puszeczkę do kieszeni, wyjęłam telefon i wygooglowałam nazwę. Ach tak: Gel Fuel można używać jako rozpałki do ogniska w domu i na dworze. Płomienie ogrzewają pokój, a nawet trzeszczą. Środek może pachnieć alkoholem.

Długi rząd puszek ustawiony na gzymsie tuż pod moim oknem.

Tylko dlaczego?

Któż mógłby chcieć narazić mnie na coś tak diabelnie okrutnego?

Czy to przypadek, że puszka znalazła się tam akurat tuż po tym, jak miałam tamten koszmar? Odepchnęłam od siebie tę myśl i ruszyłam dalej z Simånsem w stronę budki z hot dogami, gdzie zamówiłam frankfurterkę i pucko. Niebo nad nami było ciemne i pełne gwiazd. Między zamkniętymi już sklepami wiał przejmujący wiatr, zapowiadając nadchodzącą zimę.

I właśnie wtedy, kiedy stałam pod budką i zgniatałam serwetkę, przełykając ostatni kęs, znów ogarnęło mnie to stare, dobrze znane nieprzyjemne uczucie – było ekstremalnie silne. Fasady budynków zaczęły się przybliżać. Mroczne cienie czaiły się w zaułkach i odwracały swoje zielone oczy w moją stronę. Narastały we mnie mdłości i przerażenie, moje wnętrzności wywracało na lewą stronę.

Ciężko oparłam się ręką o ścianę kiosku.

Wariatka, wariatka, wariatka.

Co mówiła terapeutka? „Klasycznym objawem stresu pourazowego jest poczucie utraty kontaktu z rzeczywistością. Człowieka zawodzą zmysły. Widzi rzeczy i słyszy głosy, które w gruncie rzeczy nie istnieją. Nie jest to w zasadzie oznaką szaleństwa, tylko tego, że było się poddanym silnemu stresowi”.

Przede mną stanął jakiś mężczyzna, przyglądał mi się. Jego usta się poruszały, najwyraźniej coś mówił. Ale nic nie słyszałam – ani jego słów, ani przejeżdżających za nim samochodów.

Też na niego popatrzyłam. Potem się pochyliłam, wzięłam Simånsa na ręce i ruszyłam. Dopiero przy Bergslagsvägen wrócił mi słuch.

Wtedy też odkryłam, że głośno płaczę.

Nic o tym nie wiem – powiedziała zrzędliwie Siv. – Niczego takiego sobie nie przypominam.

Stała w puszystym różowym szlafroku i wycierała blat w kuchni.

– Ale Jalil twierdzi, że słyszał, jak rozmawiała pani z dwoma mężczyznami. – Nie zamierzałam odpuścić.

Siv przestała zajmować się blatem i zamiast tego zaczęła świdrować mnie wzrokiem.

– Nie jestem chłopcem na posyłki lokatorów – wysyczała. – Sama musisz się zajmować swoimi znajomymi!

Wyciągnęłam puszkę Real Flame i pokazałam jej.

– Wydaje mi się, że ktoś rozpalił zeszłej nocy sztuczny ogień pod moim oknem – powiedziałam. – To dlatego drzwi były zamknięte. Ktoś usiłuje mnie wypłoszyć, nie rozumiem tylko dlaczego.

Siv wyrwała mi z ręki puszkę i popatrzyła na nią. Potem spojrzała na mnie.

– Z tobą jest coś nie tak – odparła. – Nie mam w zwyczaju wynajmować pokoju takim jak ty.

Nic nie mogłam na to powiedzieć, więc tylko prychnęłam. Zaczynała kipieć we mnie wściekłość.

– Czy to prawda, że trzyma tu pani trutkę na szczury? – spytałam. – Wie pani, że to zabronione, co?

Siv popatrzyła na mnie jak na wariatkę.

– Kompletnie ci odbiło? – spytała. – Trutka na szczury w kuchni?

Jej wzrok ześlizgnął się na Simånsa. I nagle wybuchnęła:

– Zabieraj mi stąd tego sierściucha! – wydarła się. – Mam tu jedzenie!

Wzięłam Simånsa, odwróciłam się i wyszłam.

W nocy nie mogłam spać, przekręcałam się tylko z boku na bok w półśnie. Nie zamierzałam brać więcej tabletek nasennych, nigdy w życiu. Mroczne cienie centrum Vällingby mogły swobodnie poruszać się po moim pokoju; przemieszczały się po podłodze między biurkiem i szafą, a potem przesuwały od progu pod łóżko. Z dołu dochodziło syczenie.

Tak jak wiele razy wcześniej moje myśli wracały do Örebro, do Mördartunneln, Tunelu Morderców, ciemniejszego i dłuższego z dwóch tuneli pod Östra bangatan. Dokładnie tak jak wtedy była zima, minęła dziesiąta wieczorem, a ja szłam na babski wieczór do Flisan na Brogatan. W reklamówce miałam butelkę wina i byłam spóźniona; gdy się już wyszykowałam, odrzuciłam jednak pomysł zamówienia taksówki, drogo by mnie to wyniosło, a poza tym miałam ochotę zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Kiedy wyszłam z domu, wysłałam Flisan wiadomość: Wyruszam z Rynninge NOW! Mam flaszkę! Odpisała: Tylko trochę się rozgrzejemy, czekając na ciebie! Plus masa emotikonek z uśmiechniętymi laskami i kieliszkami wina. Doszłam do Kasernvägen i już tam odniosłam wrażenie, że ktoś mnie śledzi, ale gdy odwracałam głowę, nikogo za mną nie było. Kiedy minęłam szkołę Olaus Petriskolan, skręciłam w Arlavägen, a potem w wąską asfaltową dróżkę prowadzącą do tuneli…

Ileż to razy pokonywałam tę trasę we wspomnieniach i snach?

Pierwszy z tuneli był krótki, oświetlony z obu stron, z groteskowym, romantycznym malunkiem przedstawiającym kwitnącą łąkę i rycerza na białym koniu. Zawsze uważałam ten tunel za obleśny. W drugim ściany były pokryte graffiti i barwnymi bazgrołami sprejem, co wydawało mi się mniej paskudne niż taki mdły romantyzm.

Idąc pierwszym z tuneli, mocno ściskałam w ręce siatkę. W środku napotkałam rowerzystę, ale tylko przemknął szybko obok. Chwilę później zobaczyłam wejście do drugiego tunelu. Wyglądało jak zawsze, ściany pokrywały graffiti, tunel był pusty.

Zadzwonił mi telefon, wyjęłam go i odebrałam. Dzwoniła Flisan, w tle było słychać kakofonię głosów plotkujących dziewczyn, ich śmiechy i krzyki.

– Kiedy będziesz?! – krzyknęła. – Brakuje nam ciebie! Czemu to tyle trwa?

– Idę pieszo – odpowiedziałam. – Jestem już przy Mördartunneln.

– Idzie pieszo! Jest przy Mördartunneln! – zawołała Flisan do pozostałych dziewczyn, które gwizdały, przekrzykiwały się i robiły okropny harmider.

– No dawaj, Sara! Masz tu przyjść, do cholery!

Rozłączyłyśmy się. Już miałam ruszyć dalej, kiedy znów spojrzałam na tunel.

Teraz panowała w nim całkowita ciemność.

Lampy nagle przestały się palić.

Rozważyłam sytuację. Tunel był dość długi, spowity ciemnością. Ale ja byłam szybka i wytrenowana: w najgorszym razie mogłam rzucić się biegiem – pokonać dystans od latarni do latarni w minutę albo dwie. Również tu, między tunelami, gdzie teraz stałam, poruszałam się jak gdyby w półmroku. Za mną słychać było szum jadących szosą samochodów. Przede mną, po drugiej stronie tunelu pod torami kolejowymi, znajdował się ciemny i nieprzyjemny odcinek rzeki Lillån, porośnięty gęstymi chaszczami i prawie w ogóle nieoświetlony. Zwolniłam. Dookoła słyszałam pojedyncze, niepokojące dźwięki: odgłos łamanych gałązek, kroki. Kiedy się obróciłam, nie zobaczyłam nikogo i przypomniało mi się to, co zawsze powtarzał tata: Saro, pamiętaj, że jesteś obdarzona bardzo bujną wyobraźnią!

W snach, tak jak na jawie, wchodziłam do mrocznego tunelu. Kiedy szłam, serce mocno mi łomotało – a potem nagle, jakby znikąd: złapały mnie czyjeś ręce, powaliły na asfalt i naciągnęły mi na głowę worek. Myślałam, że się uduszę. Te ręce, które…

Usiadłam na łóżku tak gwałtownie, że Simåns z głośnym miauknięciem spadł na podłogę. Serce waliło mi jak szalone i byłam zlana potem.

„Głęboko oddychaj – powtarzała mi przez całą wiosnę, raz za razem, psycholożka z terapii poznawczo-behawioralnej w Örebro. – Kiedy wspomnienia budzą się do życia, rób to, co robi się też w przypadku innych symptomów stresu pourazowego: skup się na oddychaniu, skup się na otaczającej cię rzeczywistości. Nie jesteś w niebezpieczeństwie. Co się stało, to się nie odstanie, twoje ciało to pamięta i będzie ci o tym jeszcze wielokrotnie przypominać. Ale ty zdołasz mu odpowiedzieć, oprzeć się wspomnieniom. Będziesz głęboko oddychać. Relaksować się. Skupisz się na otoczeniu i przypomnisz sobie, że jesteś bezpieczna. Bezpieczna!”

Oddychałam więc głęboko i koncentrowałam się na otoczeniu: małej lampce nocnej; pomarańczowej narzucie przewieszonej przez krzesło; rzeczach do pracy, które przygotowałam na komodzie. Byłam u Siv w Vällingby. Jeśli ktoś ze mną pogrywa, dowiem się dlaczego – jestem w końcu żołnierką. Nie ma wokół mnie mrocznych cieni, ani tych z zielonymi oczami, ani tych bez nich.

Mimo to całą sobą czułam, że znajduję się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie pierwszy raz płakałam do ostatków sił i w końcu udało mi się zapaść w głęboki sen. Nic mi się nie śniło.

* Swish – popularna w Szwecji aplikacja do przesyłania pieniędzy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Blodlokan

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Monika Kardasz

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce: © Velizar Ivanov, © Marten Bjork (Unsplash.com)

Blodlokan

Copyright © 2018 by Louise Boije af Gennäs

First published by Bookmark Förlag, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66520-01-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek