Kruso - Lutz Seiler - ebook

Kruso ebook

Lutz Seiler

0,0
30,73 zł

lub
Opis

Robinson Crusoe ponad 300 lat później, z niemieckim akcentem oraz w rzeczywistości bliższej nam zarówno geograficznie, jak i historycznie, to debiutancka powieść utytułowanego poety Lutza Seilera.

 

Czytając Kruso, nie wyrusza się w podróż na bezludną wyspę. Razem z głównym bohaterem, Edem, docieramy do Hiddensse położonej na morzu zdecydowanie zimniejszym niż karaibskie. Bałtycki kurort, rozsławiony przez artystów jako najbardziej magiczne ze wszystkich niemieckich kąpielisk, staje się miejscem, w którym rozgrywają się przełomowe wydarzenia w życiu Eda. Seiler nieprzypadkowo wybiera mityczną „oazę wolności NRD”, aby ukazać w niej przygody zatrudnionych w zmywalni U Klausnera – jako pracownik sezonowy spędził tam lato 1989 roku i od tego momentu uznaje ją za najpiękniejszą wyspę na świecie.

Niezwykle lirycznym i zmysłowym językiem poeta potwierdza swoje zdanie na temat Hiddensee; skutecznie rozbudowuje jej legendę, czyniąc z miejsca akcji symbol wolności i przemian. Ponadto, zaprasza na wyspę całą śmietankę literacką - kelnera Rimbauda, lodziarza Rilkego, duńskiego archiwistę cytującego Heinego oraz innych bohaterów mówiących Nietzschem czy Dostojewskim. Wszechobecna intertekstualność, a także różnorodność sposobów prowadzenia narracji, nie tylko mnoży konteksty interpretacyjne, ale również sprawia, że każdy czytelnik odnajdzie w Kruso coś dla siebie.

Ed znajduje na wyspie Krusa, z którym zaprzyjaźnia się, który staje się jego mentorem i który wtajemnicza go w życie wspólnoty „rozbitków”, czyli ludzi migrujących w poszukiwaniu wolności.

Na Wschodzie zabiera ją ustrój komunistyczny, na Zachodzie postępująca cywilizacja, a wewnętrznie - ograniczenia mentalne.

Kruso można porównać do latarni morskiej, toteż nieprzypadkowo znajdziemy ją na okładce. Jest to książka, która naprowadza na różnorodne tematy i porusza wiele przemilczanych kwestii i robi to w sposób zgodny z tradycyjnie pojmowaną uczciwością intelektualną. Swoim światłem nie tylko przywołuje inne dzieła, ale przede wszystkim przypomina, że każdy z nas ma w sobie coś z „rozbitka” i powinien znaleźć własną „wyspę wolności”.

 

Powieść Lutza Seilera to jedna z piękniejszych i smutniejszych narracji, jakie w ostatnim czasie czytałem. „Kruso” wydobywa się z niedomówień i tajemnic tak jak wyspa, gdzie toczyć będzie się akcja książki, wyłania się z nieprzyjaznej toni Bałtyku. Tego Bałtyku, który pochłonął tak wiele ofiar – uciekinierów z NRD marzących o lepszym świecie dla siebie.

Jarosław Czechowicz, Blog Krytycznym Okiem

 

Debiut prozatorski Lutza Seilera to pierwsza wybitna powieść poświęcona Niemcom Wschodnim. Dobrze wpisuje się w tradycję uczciwości intelektualnej spod znaku Sebalda i Bölla, nie będąc przy tym jednak prostacką samokrytyką.

Krzysztof Cieślik, Tygodnik Plus Minus

 

Jeśli jakąkolwiek książkę mogłabym porównać do muzyki, bez zastanowienia wskazałabym "Kruso" Lutza Seilera. Lektura powieści tego niemieckiego pisarza jest jak wsłuchiwanie się w dźwięki symfonii. Pięknej, sensualnej, aczkolwiek smutnej i niespiesznej opowieści o podróży w głąb siebie, do natury, do głosu serca, w poszukiwaniu ukrytej wewnątrz nas wolności.z

Marta Pyznar, BlogCuddle up with a good book

 

Lutz Seiler urodził się w 1963 roku w Gerze w Turyngii, mieszka w Wilhelmshorst i w Sztokholmie. Zdobył kwalifikacje robotnika budowlanego, pracował jako cieśla i murarz. W roku 1990 ukończył germanistykę w Berlinie. Seiler zyskał rozgłos dzięki swoim utworom poetyckim. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę im. Ingeborgi Bachmann, Bremeńską Nagrodę Literacką i Nagrodę im. Theodora Fontane. Wydana w 2014 roku pierwsza powieść „Kruso” została niezwykle przychylnie przyjęta przez czytelników i krytyków literackich. Otrzymała także Niemiecką Nagrodę Literacką.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 623




Seriaz Żurawiem

Projekt okładkiMałgorzata Flis

Redaktor przekładuMagdalena Kurkowska

Autor: Lutz SeilerTytuł oryginału: KrusoCopyright © Suhrkamp Verlag Berlin 2014All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

© Copyright for the Polish Translation by S. Fischer Stiftung, Hamburg© Copyright for Polish Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoWydanie I, Kraków 2017All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

Książka ukazuje się w ramach serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej KROKI / SCHRITTE. Seria, zapoczątkowana w 2005roku przez Fundację S. Fischer Stiftung i Pełnomocnika Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Kultury i Mediów, kontynuowana jest od 2008roku wspólnie przez Fundację S. Fischer Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemiec-kieji Fundację Kulturalną Pro Helvetia. Redaktorami serii są Jacek St. Buras (Warszawa) i Dietrich Si

mon (Berlin).

Tłumaczka dziękuje fundacji S. Fischer Stiftung za wsparcie w ramach programu KROKI /SCHRITTE oraz fundacji Robert Bosch Stiftung za stypendium na pobyt w domu pracy twórczej Künstlerhaus Lukas w Ahrenshoop (Niemcy).

ISBN 978-83-233-4227-4

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu JagiellońskiegoRedakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31—126 Krakówtel. 12-663-23-81, tel./fax 12-663-23-83Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.plKonto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Spis treści

Mały księżyc 9

Trakl 13

Matthew 16

Wolfstrasse 19

Hotel przy Dworcu 23

Wyspa 28

U Klausnera 32

Pokój 41

Cebula 45

Dziennik 49

Kruso 53

Nad morze 60

Śniadanie 63

Boża sosenka 70

Czemu księżyc i człowiek suną ku morzu 72

Płaz 79

Viola 85

Na cyplu Enddorn 90

RozbitkowieI 96

Recytowanie Trakla 102

Graal 108

Kamikadze 114

Coś w rodzaju małej altanki 117

Mapa prawdy 123

Czarne kwatery 129

Marszrutaw dni wolne od pracy 138

Trzy niedźwiedzie 147

Wargi 157

Przemiana 163

Energia Krusa 168

Koncert 172

Marén-Kobold 179

Rozbitkowie II 184

Grit 187

Dostojewski 191

Uszy 197

Korzenie 201

Dzień Wyspy 205

Bursztynowa legenda 216

Pierwszy pokój 222

Zimne dłonie 224

Czajkowski 229

W podróży po okolicach tęsknoty 233

Rommstedt 235

Stare życie 242

Własny ton 244

Krew wypłynie później 250

Pan 254

Maszyna 259

Exodos 266

Deutschlandfunk 273

Siedmiu Samurajów 275

Jesień, jesień 277

Dobranoc 286

Bez przemocy! 287

Czarna wstążka 291

Ostatni przydział 296

Baśnie życia 298

Ostatni espezet 305

Miłość 308

Ostańce 313

Zadanie Wschodu 320

Sprowadzenie do domu 327

Zmartwychwstanie 333

Epilog. Wydział Nieobecnych (relacja Edgara) 343

Podziękowanie 379

Dla Charlotty

A wracając do mojego nowego towarzysza, to nadzwyczaj go sobie upodobałem.Daniel Defoe, Robinson Crusoe

Mały księżyc

Odkąd Ed wyruszył w drogę, był w stanie nadmiernej czujności, która nie dawała mu zmrużyć oka w pociągu. Przed Dworcem Wschodnim – w nowym rozkładzie jazdy nazwano go Dworcem Głównym – stały dwie latarnie: jedna naprzeciw po przekątnej przy budynku poczty i kolejna przed wejściem, gdzie stał zaparkowany samochód dostawczy, z włączonym silnikiem. Pustka tej nocy kłóciła się z tym, jak wyobrażał sobie Berlin, ale jakie też on miał pojęcie o tym mieście. Zaraz wrócił do hali kasowej i schował się na jednym z szerokich parapetów. W środku było tak cicho, że ze swojego miejsca mógł usłyszeć terkot odjeżdżającej ciężarówki.

Śniła mu się pustynia. Na horyzoncie wielbłąd. Podchodził coraz bliżej. Unosił się w powietrzu, przytrzymywany, zdaje się z pewnym wysiłkiem, przez czterech czy pięciu beduinów. Beduini nosili okulary przeciwsłoneczne, nie zwracali na Eda uwagi. Gdy otworzył oczy, zobaczył błyszczącą od kremu twarz jakiegoś mężczyzny, tak blisko, że najpierw nie zorientował się w sytuacji. Mężczyzna był stary, usta ściągnął w dzióbek, jakby chciał zagwizdać – albo właśnie kogoś pocałował. Ed natychmiast się wzdrygnął, a całuśnik podniósł tułów do góry.

– Och, przepraszam, przepraszam, bardzo mi przykro, naprawdę nie chciałbym… przeszkadzać, młody człowieku.

Ed potarł czoło, wilgotne w dotyku, i zebrał swoje rzeczy. Poczuł zapach kremu Florena, brązowe włosy starego, zaczesane do tyłu, tworzyły sztywny błyszczący łuk.

– Rzecz w tym – zaszczebiotał – że właśnie jestem w trakcie przeprowadzki, dużej przeprowadzki, a teraz jest już noc, północ, o wiele za późno, głupia sprawa, został mi jeszcze jeden mebel, szafa, naprawdę dobra, naprawdę duża szafa, na zewnątrz, na ulicy…

Ed podniósł się, a mężczyzna wskazał na wyjście z dworca. – Mieszkam tu blisko, całkiem niedaleko, bez obaw, tylko pięć, sześć minut stąd, proszę, dziękuję, młody człowieku.

Przez moment Ed wziął prośbę starego na serio. Ten zaś szarpał Eda za przydługi rękaw swetra, jakby chciał go tam zaprowadzić. – No, chodź pan, proszę! – Przy tym zaczął wolno marszczyć i podwijać wełnę, jego ruchy były ledwo zauważalne, nie przekraczały promienia jego miękkich jak łój opuszek palców, aż w końcu Ed poczuł na pulsie łagodne, eliptyczne tarcie. – Przecież chcesz pójść ze mną…

Ed o mały włos, a by przewrócił i staranował starego, w każdym razie odepchnął go zbyt gwałtownie.

– A co, chyba można się spytać?! – zaskrzeczał całuśnik, ale nie głośno, bardziej szeptem, prawie bezdźwięcznie. Również to jego zataczanie się wyglądało na grę, na jakiś prosty, wyuczony taniec. Włosy zsunęły mu się na kark, w pierwszej chwili Ed nie zrozumiał, jak to się stało, i przeraził się na widok nagle łysej czaszki, która w panującym w hali dworca półmroku unosiła się niczym mały, nieznany księżyc.

– Niestety, nie mam teraz czasu – Ed powtórzył „nie mam czasu”. Przecinając pośpiesznie halę, odkrył w każdym rogu jakieś zahukane postaci, które próbowały zwrócić na siebie uwagę, wysyłając nieznaczne sygnały, a zarazem wydawały się czynić wysiłki, by zatuszować swoją obecność. Jeden facet podniósł w górę brązowy worek z dederonu, pokazał na niego i kiwnął głową w kierunku Eda. Wyraz jego twarzy był tak serdeczny, jak świętego Mikołaja przed rozdaniem gwiazdkowych prezentów.

W bufecie Mitropy czuć było swąd przypalonego tłuszczu. Delikatne, śpiewne brzęczenie jarzeniówek dobiegało z witryny, która świeciła pustkami z wyjątkiem kilku miseczek solanki na podgrzewaczu. Z pokrytej bladoszarą membraną zupy gdzieniegdzie wystawały niczym klify tłustawe kawałki kiełbasy i ogórka, które wraz z nieustannie napływającymi falami gorąca lekko unosiły się i opadały, przypominając pracę organów wewnętrznych albo – jak pomyślał Ed – puls na krótko przedtem, zanim serce przestanie bić. Mimowolnie dotknął czoła: a może jednak skoczył i to wszystko dzieje się w ostatnich sekundach?

Do bufetu weszła policja kolejowa. Krótkie, półokrągłe daszki ich czapek, do tego chabrowy kolor ich mundurów. Mieli ze sobą psa, który spuścił łeb, jakby wstydził się swojej roli. – Bilety, dowody do kontroli. – Kto nie miał przy sobie dokumentów na dalszą podróż, musiał natychmiast opuścić restaurację. Szuranie nóg, przesuwanie krzeseł, kilku cierpliwych pijaków wytoczyło się na zewnątrz, bez słowa, jakby czuli się w obowiązku czekać tylko na to ostatnie wezwanie. Do godziny drugiej Mitropa straciła prawie wszystkich gości.

Ed wiedział, że tak nie można, ale teraz wstał i sięgnął po jeden z pełnych do połowy kieliszków. Wypił go do dna jeszcze na stojąco, jednym haustem. Zadowolony wrócił do swojego stolika. To pierwszy krok, pomyślał Ed, podróżowanie dobrze mi służy. Wtulił głowę w ramiona, w stęchły zapach starej skórzanej kurtki, i natychmiast zasnął. Beduini wciąż jeszcze męczyli się z wielbłądem; tylko nie ciągnęli go już w jednym kierunku, lecz szarpali we wszystkie strony, i sprawiali wrażenie, że się ze sobą w ogóle nie zgadzają.

Podniesiony worek z dederonu – Ed nie rozumiał, co miało to znaczyć, ale też pierwszy raz w życiu spędzał noc na dworcu. Choć tymczasem mógł być niemal pewny, że szafa starego tak naprawdę nie istniała, to jednak miał w oczach mebel stojący na środku ulicy, i zrobiło mu się żal – nie tyle mężczyzny, ile tego, co odtąd będzie się z nim wiązało: zapach kremu Florena i mały bezwłosy księżyc. Zobaczył starego człapiącego z powrotem do swojej szafy, otwierającego ją i włażącego do jej środka, żeby ułożyć się do snu, i przez chwilę Ed poczuł, jak zwija się w kłębek i odwraca od świata, tak mocno, że najchętniej położyłby się obok.

– Bilet proszę.

Sprawdzali go po raz drugi. Może z powodu długich włosów, a może ubrania: ciężkiej skórzanej kurtki, którą Ed odziedziczył po wujku. Był to strój z lat pięćdziesiątych do jazdy motocyklem, imponujący okaz z ogromnym kołnierzem, miękką podszewką i dużymi guzikami ze skóry, znawcy nazywali go kurtką Thälmanna (używano tego określenia nie w znaczeniu pejoratywnym, lecz wprost przeciwnie – mitycznym), może dlatego, że we wszystkich historycznych nagraniach filmowych przywódca robotników występował w bardzo podobnym okryciu. Ed zapamiętał: dziwne drgania tłumu, Thälmann na podium, jego tułów, chyboczący się w przód i w tył, pięść trzepocząca w powietrzu, za każdym razem wzruszał się bardzo, gdy oglądał te stare filmy, nic nie mógł na to poradzić, że w którymś momencie zaczynały mu płynąć łzy…

Z trudem wyciągnął mały, zmięty świstek papieru. Pod nagłówkiem DEUTSCHE REICHSBAHN w różnych obwiedzionych cienką linią ramkach wydrukowano stację docelową, dzień, cenę i liczbę kilometrów. Jego pociąg odjeżdżał o godzinie 3.28.

– Po co pan jedzie nad Bałtyk?

– Żeby odwiedzić kolegę – powtórzył Ed. – Na wakacje – dodał, bo policjant tym razem nie zareagował. Bądź co bądź mówił mocnym głosem (Thälmanna), chociaż ta jego odpowiedź „na wakacje” w tej samej chwili wydała się mu zupełnie niezadowalająca i niewiarygodna, wręcz prostacka.

– Wakacje, wakacje – zawtórował policjant.

Mówił to głosem takim, jakby coś dyktował, i natychmiast cicho zatrzeszczał szary, prostokątny radiotelefon, który miał przymocowany skórzanym paskiem po lewej stronie na piersi.

– Wakacje, wakacje.

Najwidoczniej wystarczyło to jedno słowo; zawierało wszystko, co należało o nim wiedzieć. Wszystko o jego słabości i zakłamaniu. Wszystko o G., jego lęku i jego nieszczęściu, wszystko o dwudziestu drewnianych wierszach, które napisał, trzynaście razy na sto lat rozpoczynając pisanie, i wszystko o rzeczywistych powodach tej podróży, z których Ed jak dotąd sam ledwie zdawał sobie sprawę. Zobaczył centralę, biuro policji kolejowej, gdzieś daleko w górze, ponad stalową konstrukcją tej czerwcowej nocy, chabrowa kapsuła, oszklona i starannie wyłożona linoleum, która przemierzała bezkresną przestrzeń jego nieczystego sumienia.

Ed poczuł się bardzo zmęczony i po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że ucieka.

Trakl

Minęły zaledwie trzy tygodnie, odkąd dr Z. zapytał go, czy nie byłby skłonny (użył właśnie tego sformułowania) napisać pracy dyplomowej o ekspresjonistycznym poecie Georgu Traklu. – Może wyniknie z tego coś więcej – dodał Z., dumny ze swojej atrakcyjnej oferty, która najwyraźniej nie miała wiązać się z innymi warunkami. Żadnych dodatkowych tonów w jego głosie, żadnego gestu współczucia, które nieraz Edowi odbierało mowę. Dla dr. Z. Ed był przede wszystkim tym studentem, który wszystkie omawiane teksty potrafił wyrecytować z pamięci. Nawet jeśli schował się w najdalszym rogu sali i zakrył twarz ciemnymi włosami do ramion, to przecież w którymś momencie zaczynał mówić, pośpiesznie, długimi i starannie ułożonymi zdaniami.

Dwie noce Ed prawie nie zmrużył oka, żeby przeczytać o Traklu wszystko, co zgromadzono w bibliotece instytutu. Opracowania na jego temat stały w ostatnim z wąskich pomieszczeń w amfiladzie, gdzie z reguły był sam i miał niezmącony spokój. Zajmował stolik pod oknem wychodzącym na maleńki ogródek i nieforemną, oplecioną pajęczynami altankę na wewnętrznym podwórzu, gdzie za dnia zaszywał się dozorca zatrudniony przez instytut. Tam też prawdopodobnie mieszkał; o tym człowieku krążyły najróżniejsze opowieści.

Książki o Traklu mieściły się bardzo wysoko, niemal pod sufitem, trzeba było wziąć drabinę. Kiedyś Ed wdrapał się po niej na górę, ale nie podsunął jej pod literę T i Tr. Niezdarnie wychylił się w bok i zaczął wyjmować z regału książkę po książce. Drabina zakołysała się niespokojnie, stalowe haki ostrzegawczo brzęknęły o szynę, na której była zawieszona, co Eda jednak nie skłoniło do ostrożności, wprost przeciwnie. Wychylił tułów jeszcze kawałek dalej w kierunku Trakla, potem jeszcze kawałek, i jeszcze trochę. I w tym momencie poczuł to, po raz pierwszy.

Wieczorem, przy biurku, półgłosem deklamował sobie wiersze. Każde wypowiedziane słowo wiązało się z wyobrażeniem rozległego, chłodnego krajobrazu, który go całkowicie zniewalał: biel, brąz, błękit, jedna wielka tajemnica. Twórczość i życie Georga Trakla – studenta farmacji, aptekarza wojskowego, morfinisty i amatora opium. Obok Eda, w fotelu przykrytym prześcieradłem leżał Matthew i spał. Co jakiś czas kot nastawiał ucho w jego kierunku, chwilami ucho drgało, gwałtownie i kilkakrotnie raz za razem, tak jakby stary fotel był pod napięciem.

Matthew – tak go nazwała G. Znalazła zwierzątko w przeszklonym szybie na podwórzu, maleńkie, miauczące, kłębuszek, niewiele większy od tenisowej piłeczki. Dwie lub trzy godziny siedziała w kucki pod szybem, w końcu wywabiła go stamtąd i zaniosła na górę. Do dziś nie wiedział, jak G. przyszło do głowy to imię, i nigdy się tego nie dowie, chyba że kot mu to powie, pewnego dnia.

Ed stronił od wszelkich propozycji pomocy. Chodził na seminaria i zdawał egzaminy, z których kierownik instytutu, profesor H., chętnie by go zwolnił: pełne zrozumienia pochylenie jego wielkiej czaszki, dobrotliwie pofalowane włosy, białe i lśniące, i ręka na ramieniu Eda, kiedy na schodach instytutu wziął go raz na stronę, a przede wszystkim ten aksamitny głos, któremu Ed najchętniej by się oddał całkowicie… Ale przyswojenie wiedzy nie było dla niego problemem. Ani egzaminy.

Wszystko, co Ed czytał w tym czasie, zostawało mu w pamięci, jakby samoistnie i z dokładnością co do literki, słowo w słowo, każdy wiersz i każdy komentarz, wszystko, co mu się nawinęło przed oczy, gdy siedział sam w domu czy przy stoliku w ostatnim pomieszczeniu biblioteki, ze wzrokiem wbitym w altanę dozorcy. Życie bez G. – to była niemal swego rodzaju hipnoza. Gdy się z niej wynurzał po upływie jakiegoś czasu, przeczytane słowa szumiały mu w czaszce. Studia działały jak uspokajający narkotyk. Czytał, pisał, cytował i recytował, i w którymś momencie wyrazy współczucia ustały, propozycje pomocy ucichły, zatroskanie w oczach znikło bez śladu. A przecież Ed nikomu nie opowiadał ani o G., ani o swojej sytuacji. Gadał tylko w domu, bez przerwy mamrotał coś pod nosem, i oczywiście rozmawiał z Matthew.

Po pierwszych dniach, spędzonych z Traklem, Ed uczęszczał tylko jeszcze na zajęcia dr. Z. Poezja baroku, romantyzmu, ekspresjonizmu. Nie było to zgodne z jego planem studiów. Wymagano przecież obecności i wpisów do indeksu. Rzeczywistość, od której nawet dr Z. nie mógł na dłuższą metę uciec. W pewien sposób Ed nadal zdawał się mieć zapewnioną ochronę. Nieczęsto zdarzało się, żeby któryś z kolegów, a nie on zabierał głos. Woleli go słuchać, onieśmieleni, a zarazem zafascynowani, jakby Ed był jakimś egzotycznym stworzeniem z zoo ludzkiego nieszczęścia, otoczonym fosą szacunku z wyraźną nutą bojaźni.

Po czterech latach na tym samym kierunku studiów wszyscy mieli w głowach te obrazy: G. i Ed codziennie rano trzymający się za ręce na parkingu przed instytutem; G. i Ed w długim, czułym, niesłabnącym objęciu, podczas gdy sala wykładowa zapełniała się powoli; G. i Ed , i sceny, jakie urządzali wieczorem w kawiarni Corso (najpierw szło o coś, a następnie o wszystko), a potem, późną nocą, wylewne pojednania, na zewnątrz na ulicy, na przystanku tramwajowym. Ale dopiero wtedy, gdy odjechał ostatni tramwaj i musieli pieszo wracać do domu, trzy stacje do Rannischer Platz i stamtąd jeszcze kawałek na piechotę do swoich drzwi. Tymczasem tramwaj pokonywał ostatnie zakręty w trakcie swojej ostatniej jazdy przez miasto, a wtedy piekielny jęk i zgrzytanie stalowego podwozia wypełniało noc wiszącą nad Halle niczym posłaniec zapowiadający Sąd Ostateczny.

Ed, tak mówiła do niego G., czasem również Edż albo Ede.

Niekiedy (coraz częściej) Ed wspinał się na drabinę tylko po to, by to poczuć. Nazywał to narkotykiem pilotów. Najpierw drżące uderzenia haków. Potem odurzający strumień, dreszcz, który przenikał go aż do szpiku kości, do lędźwi – napięcie słabło. Zamykał oczy i oddychał głęboko. Był pilotem w kapsule, wisiał w powietrzu, na włosku.

Przy altanie dozorcy od kilku dni kwitł lilak. Krzaki czarnego bzu wylewały się wprost spod progu pod drzwiami. Pajęczyny we framudze drzwi były pozrywane, ich strzępy kołysały się na wietrze. Facet jest w domu, pomyślał Ed. Czasem widywał go, jak przemykał przez zdziczały ogród lub stał bez ruchu, być może nasłuchując. Wchodził do altany bardzo ostrożnie, z rozłożonymi ramionami. Mimo to zaraz przy pierwszym kroku rozlegał się brzęk, podłogę zalewało morze butelek.

O dozorcy krążyła pogłoska, że ma habilitację i pracował kiedyś za granicą, a nawet, jak się mówiło, za twardą walutę. Teraz należał do kasty wyrzutków, żyjących własnym życiem, ogród z altaną stanowił część innego świata. Ed próbował sobie wyobrazić, co mężczyzna je na śniadanie. Żaden obraz nie przychodził mu do głowy, aż kiedyś zobaczył niewielki camembert (z Rugii, o nazwie „Chłopiec w kąpieli”), który dozorca kroił na wysłużonej desce na małe, zgrabne ćwiartki. Nadziewał porcje sera na czubek noża i wkładał je sobie do ust, kawałek po kawałku. Innym trudno sobie wyobrazić, że samotni ludzie w ogóle cokolwiek jedzą, pomyślał. Natomiast dla niego dozorca był w tym czasie jedynym rzeczywistym człowiekiem, samotnym i opuszczonym jak on sam. W chwili zamętu wydawało się Edowi niejasne, czy nie byłoby dla niego lepiej poszukać opieki u dozorcy w jego altanie niż chronić się pod skrzydłami dr. Z.

Bibliotekę instytutu zamykano o godzinie 19.00. Zaraz po powrocie do domu Ed karmił kota. Dawał mu chleb, pokrojoną w plasterki kiełbaskę i trochę mleka. Kiedyś zajmowała się tym G. Jakkolwiek Ed odpowiedzialnie troszczył się o Matthew, to ciągle jednak nie mógł zrozumieć, że koty do życia potrzebują nie mleka, lecz wody. Dlatego dziwił się, że gdy tylko wychodził z pokoju, zwierzę zaraz czmychało do cytryny w hydroponicznej donicy i zaczynało w niej grzebać. Stawał wtedy jak wryty w kuchni i nasłuchiwał. Grzechot kamyczków, które z donicy spadały na szafkę, a stamtąd na deski podłogi. Nie mógł nic innego zrobić, jak tylko zamienić się w słuch. Nie mógł uwierzyć, że takie rzeczy stały się jego udziałem – że właśnie jemu to wszystko się przydarzyło.

Matthew

Potem, dzień przed dwudziestymi czwartymi urodzinami Eda, Matthew znikł. Do późnej nocy Ed czytał Bartholda Heinricha Brockesa, przygotowując się na seminarium u dr. Z.: „Przechadzając się to tu, to tam / W cieniu tego drzewa…”. W pewnym momencie zasnął przy stole. Rano poszedł do instytutu, drogą przez Rannischer Platz do rynku i dalej ulicą Barfüßerstrasse w kierunku uniwersytetu. Przy tej ciasnej, ciemnej ulicy mieścił się lokal Merseburger Hof, gdzie przed zajęciami Ed chodził na kawę. Zatłuszczony tekst na odwrocie karty dań (być może wyjątek z dawnej kroniki) ujawniał, że Barfüßerstrasse, ulica Braci Bosych, nazywała się kiedyś ulicą Braci, potem Braci Mniejszych, a następnie Braci Bosych – przedziwna równia pochyła w dół, to przez nią Ed poczuł się solidarny z ulicą.

Po południu kota nadal nie było, i Ed zaczął go nawoływać. Najpierw z dołu na podwórku, potem z okna, ale nie usłyszał krótkiego mruknięcia, pełnego wyrzutów, jakim zwierzę zwykle odpowiadało.

– Matthew!

Zapach podwórza – jakby się wdychało dawne, spleśniałe już zmartwienie. Zmartwienie ze stęchlizny i węgla, gnieżdżące się w szeregu zapadniętych szop naprzeciwko, nieustannie unosiło się nad zasypanymi tam, na zawsze pogrzebanymi rzeczami. W domu mieszkali głównie bunowcy, robotnicy z zakładów chemicznych Buna-Werke, położonych na południe od miasta. Bunowcy – Ed przypomniał sobie, że robotnicy mówili tak sami o sobie; używali tego słowa w sposób oczywisty i nie bez dumy, jak ktoś, kto chce podkreślić swoją przynależność do jakiegoś narodu o znanej historii, jak członkowie jakiegoś plemienia, do którego włączono ich przez urodzenie i co do którego można mieć pewność, że będzie jeszcze długo, długo istniało.

– Matthew!

Ed postał chwilę przy otwartym oknie, przysłuchując się szczurom. Pomyślał ‘urodziny, moje urodziny’ i zaczął ponownie nawoływać: „Matthew!” Zgasił światło, żeby go nikt nie widział. Na przeciwległej skarpie stał niski, podłużny ceglany budynek domu opieki. Kiedy nawoływał kota, pensjonariusze zaludnili okna baraku. Zobaczył sprane koszule i rozpinane, zrobione na drutach swetry, siwe czaszki, błyszczące w świetle neonu – staruszkowie interesowali się wszystkim na podwórzu, szczególnie nocą. Często trwało kilka sekund, zanim wyłączyli lampy wiszące u sufitu. Ed zauważył liliowe światło jeszcze jarzącego się neonu i wyobraził sobie staruszków stojących tam w ciemności, ciasno stłoczonych, ci z tyłu musieli wydychać nieświeże, zgniłe powietrze na karki stojących przed nimi. Może któryś z nich widział Matthew? I może teraz dyskutowali cicho (najpierw cicho, potem burzliwiej, to znów przyciszając głosy, żeby nie alarmować personelu), czy i jak dostarczyć gryps.

Dwa dni później ciągle jeszcze wołał kota. Na początku krępował się robić to głośno, a teraz nie mógł z tym skończyć. Co godzina przez chwilę krzyczał w studnię podwórza, mechanicznie, prawie nieprzytomnie, z twarzą zziębniętą od nocnego powietrza, jak maska, która wrosła mu pod cebulki włosów. Współczucie mieszkańców kamienicy wyczerpało się całkowicie. Otwierano i zatrzaskiwano okna, rzucano przekleństwa, po hallecku lub bunowsku. Dzwoniono do niego lub walono w jego drzwi.

– Matthew! Kiełbaska, pyszne mleczko!

– A wsadź sobie gdzieś tę kiełbaskę, ty menelu, to wtedy będzie można spać!

Czerwcowy wieczór był chłodny, ale teraz Ed zostawił otwarte okno. Nawet nie zauważył, jak wychylił się najpierw lekko do przodu, a potem jeszcze bardziej przez niski gzyms okienny, podniesiony ze względów bezpieczeństwa za pomocą żelaznej sztaby. Obiema rękami uchwycił jak przyrząd gimnastyczny zardzewiały pręt i powoli zawiesił tułów nad podwórzem:

– Matthew!

Głos przybrał na sile, ton stał się klarowniejszy i bardziej donośny, rozległo się ciemne, czyste „u”:

– Matth--ew!

W środku, gdzieś daleko z tyłu za nim, tańczyły po linoleum czubki palców jego stóp, a do ostatnich wyrostków kręgosłupa zaczął napływać strumień narkotykupilotów, w zupełnie nieznanym, nieporównywalnym stopniu. Ogarnęła go przyjemna sztywność, nie, to było coś więcej, rozkosz, która sprawiła, że zastygł w bezruchu, od stóp do głów.

– Matth- - - - -ew!

Jego ciało płynęło lub unosiło się w powietrzu. Napawał się ciepłą, miękką jak aksamit barwą dźwięku – echo na dnie, nie było w nim ani śladu obcości. Jeszcze raz, ostrożnie, zaczerpnął powietrza i zawołał, z łatwością trafił w ton, który związał podwórze, ciemność i świat wokół Halle nad Soławą w pełną miękką, wibrującą jednię, w którą był skłonny, a w końcu też całkowicie gotowy się zanurzyć.

– Matthew!

Nagle Edem rzuciło z powrotem do pokoju, jakby ktoś go ugodził. Dał radę zrobić jeszcze dwa kroki, potem kolana mu się ugięły i runął na podłogę. To był Matthew, miauczenie obrażonego Matthew. Pomruk czy pisk, odgłos nienaoliwionych zawiasów, drzwi między tym a tamtym światem, które zatrzasnęły się z hukiem. Wyprowadziło go to z lotu w dół ku górze – pierwsze, drugie, trzecie piętro – i cisnęło z powrotem na ziemię. Pociemniało mu w oczach; musiał wciągać powietrze i znów je wydmuchiwać, niepostrzeżenie, jakby nie oddychał naprawdę, jakby właściwie nie oddychał już wcale.

Po chwili udało mu się oderwać ręce od twarzy. Jego wzrok padł na otwarte okno.

Kot był bardzo cicho.

Nie było go wcale.

Gdy zasypiał, G. pochyliła się nad nim. Była całkiem blisko; palcem pokazała na swoje rozchylone usta. Rozszerzyła wargi i przycisnęła koniuszek swojego małego, błyszczącego języka z tyłu do przednich zębów, lekko skrzywionych niczym lemiesz w pługu śnieżnym: „Matthew, niech pan powie: Matthew”.

Próbował się wymigać i spytał, czy wszystkie nauczycielki angielskiego mają w ustach taki mały śnieżny pług, do którego język może tak ładnie przylgnąć.

G. potrząsnęła głową i wsunęła mu palec wskazujący do ust.

– Edgar Bendler, czy tak się pan nazywa? Edgar Bendler, dwadzieścia cztery lata? Co panu dolega, Ed? Jak pan uważa, czy pańskie upośledzenie jest wrodzone? W takim razie proszę powiedzieć thanks.

– Thanks.

– Niech pan powie: both of us.

– Both of us.

Palec w jego ustach wolno się poruszał i wyjaśniał mu wszystko. Wszystkie jego niedoskonałości.

– A teraz jeszcze raz: both of us, a potem, proszę, tyle razy, ile pan zdoła.

– Both, both…

Matthew usiadł obok łóżka sztywno jak mały, czarny sfinks i przez chwilę przyglądał się, jak Ed powoli, bardzo powoli, wchodził w G., tak jak lubiła najbardziej, milimetr po milimetrze.

-before: always }

WolfstraSSe

Ściśle biorąc, jego pobyt na Wolfstrasse 18 nie był całkiem legalny. W tym budynku z cegły, poszarzałym od codziennych wyziewów z obu wielkich zakładów chemicznych, mieszkał tylko jako sublokator u jakiejś sublokatorki, a więc jako ktoś w rodzaju subsublokatora. W stuletniej co najmniej historii tego mieszkania z pewnością były również jeszcze inne podnajmy, wskazywały na to luźne umowy własnego pomysłu, spisane często tylko odręcznie, wraz ze spisami inwentarza lub porozumieniami o użytkowaniu piwnicy czy z wiążącymi ustaleniami w sprawie korzystania z toalety, której nie pamiętali najstarsi mieszkańcy. Z dala od urzędów kwaterunkowych i ich procedur centralnego przydziału mieszkań wyrastały przez lata całe drzewa genealogiczne takiego podnajmu, ale już po dwóch pokoleniach lokatorów zaczynano tracić z oczu wcześniejszych mieszkańców. Wkrótce pamiętano tylko ich nazwiska, zgromadziły się one na skrzynkach pocztowych i drzwiach niczym wyblakłe i porysowane herby odległych miast na walizce, z którą zjeździło się kawał świata. Tak to jest, myślał Ed, po świecie podróżuje się tylko z mieszkania do mieszkania, niczym starzejący się bagaż.

Przez cały dzień błądził półprzytomny po mieście. W głowie huczało mu jeszcze z przerażenia, czuł wstyd, który wiązał się jakoś z pytaniem, czy skoczył czy nie.

Ciągle jeszcze stał pod swoimi drzwiami, na pokrytym szarą farbą drewnie widać było tłoczące się stadko plastikowych i mosiężnych szyldów. Przyszła mu na myśl laska, z którą jego dziadek wędrował, od rączki do ziemi obita srebrnymi lub połyskującymi złociście blaszkami z obcych miejsc. Później laska służyła mu za kulę. Kiedy Ed był dzieckiem, jeszcze zanim poszedł do szkoły, a więc w okresie największych wypraw odkrywczych, odczuwał czystą przyjemność, gdy przesuwał palcem po małych, błyszczących blaszkach, od szpica laski po rączkę i z powrotem, bezustannie, wte i wewte. Dotykał chłodnych herbów i, głaszcząc obce miejscowości, sylabizował ich nazwy, jak potrafił, a dziadek go poprawiał:

– A-a-kwii-kwii. Akwii!

– M-mm-me-me-c, Mec.

– Sz-sz-szt-szsztuuu, sztuutt, sztuutt…

– K-K-Kooop-en-Koopeen-…

Nazwy Akwizgran czy Kopenhaga brzmiały tak, jakby miejscowości te leżały w jakichś zaświatach, a w każdym razie w dziwnej oddali, jakby co najmniej kwestionowano ich egzystencję; Ed, mimo że teraz miał lepsze rozeznanie, o dziwo, ciągle jeszcze wątpił w ich istnienie. W końcu blaszki sprawiły, że dziadek z bliskiej osoby stał się kimś obcym, a nawet samego staruszka zepchnęły w nieokreśloną dal, w prehistorię, której nie dało się już powiązać z teraźniejszością. Podobnie działo się z nazwiskami: Stengel, Kolpacki, Augenlos i Rust – tak brzmiały te, które jeszcze można było odczytać na drzwiach Edgara. Jego własne widniało na kartce naklejonej na drzwiach nad gałką. Nazwisko pod spodem, wytarte wprawdzie dokładnie gumką, pozostało dla niego nadal widoczne, nawet w całkowitej ciemności, nawet bez papieru i bez drzwi. Swoje napisał wtedy ołówkiem, a papier, który tymczasem się pofalował i pożółkł na brzegach, nalepił starannie na drzwi.

– Moje drzwi-obieżyświaty – szepnął Ed i przekręcił klucz w zamku.

Z jednej strony panowała wszechmoc urzędów, używających ostrego instrumentu władzy, jaką była CentralnaGospodarka Lokalami Mieszkalnymi, z drugiej nikt w domu nie wiedział, gdzie mogli się podziać Stengel, Kolpacki, Augenlos i Rust, ani czy oni w ogóle jeszcze istnieli – co Ed zaczął uważać za dobry omen.

W kuchni otworzył szafkę i przejrzał swoje nędzne zapasy. Większość wyrzucił do śmieci. Jakby pod wpływem natchnienia odkręcił drzwiczki pieca. Chwycił notatki zrobione na seminarium w ostatnich tygodniach, wrzucił je przez otwór do pieca i podsunął płonącą zapałkę. Skoroszyt dobrze się palił. Sięgnął po drugi, i jeszcze jeden, brał kolejne jak popadło. W pokoju szybko zrobiło się ciepło, trzaskały cegły szamotowe. Wyjął z regału szarą, marmurkową teczkę ze swoimi pisarskimi wprawkami i rozłożył na blasze pieca. Po chwili odłożył ją na półkę i otworzył okno. To była próba.

Cały dzień spędził na sprzątaniu mieszkania, sortowaniu książek, skoroszytów i kartek, starając się zaprowadzić jakiś ład, jakby chodziło o jego spuściznę. Zauważył, oczywiście, że do niektórych rzeczy był przywiązany, „ale tylko dlatego, że chcesz stąd odejść”, szeptał Ed. Odczuwał ulgę, gdy co jakiś czas dokładał do żaru gałązki cicho wypowiadanych półzdań, aby wątły płomyk jego obecności całkowicie nie wygasł.

Brakowało Matthew.

Matthew.

Nazajutrz rano zaniósł do śmietnika pojemnik z popiołem z pieca, nakryty szmatą, żeby drobny, czarnolistny popiół nie rozwiał się na wszystkie strony – tak go nauczył ojciec. Odkąd skończył dziesięć lat, sam wracał wczesnym popołudniem ze szkoły do domu, z kluczem na szyi, i miał za zadanie napalić w piecu kaflowym. Piec, a także utrzymanie porządku w piwnicy i wycieranie naczyń należały do jego „obowiązeczków” – jak określała to matka. Prawie zawsze w odniesieniu do niego używała zdrobnień: „obowiązeczki”, „zainteresowanka”, „ty i twoja koleżaneczka”. Takie rzeczy tłukły się Edowi po głowie (i czuł gorączkę i zamęt), aż zdecydował się naprawdę nikomu o niczym nie mówić. Edgar Bendler postanowił zniknąć – zdanie jak z powieści.

Ukląkł i pozamiatał wokół pieca. Starł na mokro podłogę, zmatowiały czerwonawy brąz nabrał blasku. Poczerniały od wilgoci wydeptane kanty progów i gołe, wychodzone miejsca. Czarne plamy rodziły pytania. Dlaczego nie skoczyłeś? Co masz jeszcze do stracenia? No co? Co? Ed starał się o nic nie zawadzić wiadrem i ostrożnie je odstawił. Już teraz czuł się jak intruz, obcy w dawnym, kiedyś własnym życiu, jak człowiek bez ziemi. Usłyszał kroki pod drzwiami, wstrzymał oddech. Przemknął do kuchni, wyjął z szafki Megalac i wypił. Środek, rodzaj płynnego wapna, od razu pobielił mu błony śluzowe: od wczesnej młodości miał po prostu za dużo kwasu solnego w żołądku.

Dopiero późnym popołudniem mógł zacząć się pakować. Wybrał kilka książek, wziął poza tym swój za duży, brązowy notatnik, który sporadycznie spełniał funkcję swego rodzaju dziennika. Nieporęczny, niepraktyczny, ale za to prezent od G. Kocyk i cuchnącą miskę kota zniósł na podwórze. Stłuczona szyba, chwila wahania, potem cisnął wszystko razem w mrok szopy zmartwień.

W pudełku po butach, gdzie trzymał pocztówki i plany miast, znalazł starą mapę wybrzeża Bałtyku. Ktoś podkreślił linijką nazwy niektórych miejscowości i pociągnął linię brzegową niebieskim atramentem. – Możliwe, całkiem możliwe, Ed, że ty to zrobiłeś – mruczał pod nosem. W rzeczywistości nie mógłby nawet powiedzieć, skąd ta mapa znalazła się w jego zbiorach, może z archiwaliów ojca.

Na pożegnanie chciał nastawić muzykę, cicho, bardzo cicho. Przez chwilę stał jak nieprzytomny przy kuchence, zanim dotarło do niego, że płyty nie można odtworzyć na płycie kuchennej. Że to nie jest talerz adaptera.

Zanim Ed opuścił mieszkanie na Wolfstrasse, wykręcił jeszcze bezpieczniki ze skrzynki rozdzielczej i ustawił je w jednym rządku na liczniku: jeden cenny, automatyczny, z przyciskiem oraz dwa ceramiczne, starsze i już poszarzałe. Przez kilka sekund skupił uwagę na lśniącej tarczy licznika. Ponieważ miała ona drobne, hipnotyzujące rowki, nigdy nie można było mieć pewności, czy rzeczywiście przestała się obracać. Przypomniał sobie, jak matka posłała go, wówczas trzynasto-czy czternastolatka, pierwszy raz na klatkę schodową, żeby sam wymienił bezpiecznik. Dźwięki w domu i ich głuche odgłosy, szmer rozmów dobiegający z sąsiedniego mieszkania, z góry kaszlnięcie, brzęk naczyń – ten świat oddalił się o wieczność, gdy wykręcił i odłożył na bok stary bezpiecznik, a lęk przybrał postać nieodpartej pokusy. Zobaczył, jak powoli, ale niepowstrzymanie wyciąga palec wskazujący i wtyka go w pustą, błyszczącą oprawę bezpiecznika. Po raz pierwszy dostrzegł to tak jasno i wyraźnie: pod powierzchnią, do pewnego stopnia za zasłoną życia, istniała nieustająca pokusa, nęciła jakaś propozycja, niemająca sobie równych. Trzeba było determinacji, żeby się odwrócić, i właśnie tak zdecydował Ed tego dnia.

Wsunął klucz pod wycieraczkę, blaszka skrzynki pocztowej była tylko przymknięta; w razie zagrożenia należało zdać się na bunowców.

Hotel przy Dworcu

Poczuł morze, zanim jeszcze wysiadł. Hotel przy Dworcu pamiętał jeszcze z dzieciństwa (wspomnienia z jedynej wyprawy nad Bałtyk). Znajdował się dokładnie naprzeciwko dworca, duży, ładny, kuszący budynek, z wykuszami w kształcie okrągłych wież i wiatrowskazem, blaszaną chorągiewką, w której wykruszały się cyfry dat rocznych.

Przepuścił kilka samochodów i jeszcze się wahał. To niemądre, zwłaszcza gdy w grę wchodzą pieniądze – takie miał zastrzeżenie. Poza tym byłoby bez sensu wylądować na wyspie dopiero po południu, bo wtedy prawdopodobnie nie będzie dosyć czasu na znalezienie noclegu – o ile w ogóle się uda. Miał przy sobie jakieś sto pięćdziesiąt marek, jeśli będzie nimi oszczędnie gospodarował, da sobie radę przez trzy, a może nawet cztery tygodnie. Na swoim koncie zostawił dziewięćdziesiąt marek na opłacenie czynszu, ta kwota wystarczy do września. Jeśli będzie miał szczęście, nikt się nawet nie zaniepokoi z powodu jego zniknięcia. Mógł przecież zachorować. Za trzy tygodnie zaczną się ferie semestralne. Rodzicom napisał kartkę. Wersja dla nich: jest w Polsce, w Katowicach, uczestniczy w tak zwanym Międzynarodowym Lecie Studenckim, tak samo jak w zeszłym roku.

Recepcja była wyjątkowo wysoka i pusta jak wymiótł: żadnych dokumentów, żadnych kluczy. Ale też jakie Ed miał pojęcie o hotelach. Dopiero w ostatniej chwili wynurzyły się głowy trzech kobiet, przemieszczały się niby tłoki silnika czterosuwowego, w którym nie zapaliła się czwarta świeca. Nie sposób było ustalić, z jakich głębi recepcjonistki nagle wypłynęły na powierzchnię; może wysoki pulpit łączył się z jakimś pokojem na zapleczu albo kobiety po prostu od lat przyzwyczaiły się, by jak najdłużej pozostać w ukryciu, siedzieć po cichu, zajmować się same sobą za tą barierką oklejoną ciemnym fornirem.

– Dzień dobry, ja…

Głos Eda zdradzał zmęczenie. Mimo że jechał w przedziale sam, znów nie mógł spać. Patrol wojskowy, prawdopodobnie rodzaj wysuniętej straży granicznej, skonfiskował mu mapę Bałtyku. Pociąg zatrzymał się na dłużej w Anklam, pewnie wtedy się dosiedli. Żałował, że nie wymyślił nic mądrzejszego poza tym, że to właściwie nie jego mapa… Stąd też nie może wiedzieć, dlaczego pewne miejscowości podkreślono, a linie brzegowe pociągnięto atramentem. Raptem głos uwiązł mu w gardle, tym donośniej rozlegał się szum w czaszce, Brockes, Eichendorff i raz po raz Trakl, który najbardziej nieubłaganie szeleścił wersami z pożółkłych i brunatnych liści, aż Ed musiał chwycić się za głowę. Nagły gest – jeden z żołnierzy odruchowo podniósł karabin maszynowy.

Na koniec Ed mógł chyba mówić o szczęściu, bo pozwolili mu zostać w przedziale. – Dziwny typ – szepnął żołnierz z kałasznikowem już korytarzu. Pot wystąpił Edowi na czoło, pola przesuwały się mu przed oczami, czarne trawy, wzdłuż nasypu kolejowego.

– Czy ma pan rezerwację?

Po raz pierwszy w życiu Ed wynajął pokój w hotelu. To cud, że się udało. Dostał do wypełnienia obszerny formularz na szorstkim papierze, poproszono go o dowód osobisty. Kiedy z trudem przesuwał łokieć po wysokiej barierce i ręką ze sztywnym nadgarstkiem wypełniał formularz, recepcjonistki na zmianę kartkowały jego dowód w formie książeczki. W jakimś niedorzecznym momencie Ed zaczął się obawiać, że jego potajemny wyjazd po drodze automatycznie wpisał się, na samym końcu, na jednej z pustych stron, pod wizami i pieczątkami z podróży. Samowolne opuszczenie jednostki – już podczas jego służby wojskowej używano takiego małego, złowieszczego stempla, który sprowadzał na niego najróżniejsze kary.

– Przepraszam, robię to pierwszy raz – odezwał się Ed.

– Co? – spytała konsjerżka.

Ed podniósł głowę i usiłował się uśmiechnąć, ale nie udało się przerzucić na drugą stronę pomostu. Dostał klucz z lakierowaną drewnianą kostką na krótkim sznureczku. Zamknął ją w dłoni i wyczuł numer swojego pokoju. Cyfra była starannie wypalona. Przez chwilę zobaczył dozorcę zatrudnionego w hotelu, jak siedzi w warsztacie w piwnicy nad niekończącym się rzędem klocków, z trudem przyciętych do odpowiednich wymiarów i wygładzonych papierem ściernym, i przykłada do nich kolejno żarzący się grot lutownicy – cyfrę za cyfrą, pokój za pokojem. Ed też był kiedyś robotnikiem i jakaś cząstka jego samego wciąż jeszcze czuła się zadomowiona w warsztatach, w tych jaskiniach ludu pracującego, w owych pomocniczych przestrzeniach świata, w których rzeczy zachowały swoje jasne, namacalne kontury.

– Drugie piętro, schody po lewej, młody człowieku.

Nad obitymi mosiądzem drzwiami obok schodów połyskiwało słowo Moccastube. Na pierwszym podeście Ed odwrócił się raz jeszcze; dwie z trzech głów kobiecych znowu zniknęły, trzecia recepcjonistka rozmawiała przez telefon i śledziła go przy tym wzrokiem.

Gdy się obudził, było już po szesnastej. W nogach podwójnego łóżka stała bieliźniarka. Telewizor w kącie, na chromowanym stelażu. Nad sedesem wisiał żeliwny, pokryty cząsteczkami skroplonej pary wodnej rezerwuar, który zapewne pochodził z zamierzchłych czasów. Koniec drążka uruchamiającego spłuczkę imitował dwa skaczące delfiny. Podczas gdy zwierzęta powoli wracały do pozycji wyjściowej, do sedesu płynął niekończący się potok wody. Ed z przyjemnością słuchał tego szumu i czuł się zaprzyjaźniony z delfinami.

To, że można było wejść do hotelu, poprosić o pokój i go dostać (do pewnego stopnia bez problemu), należało zaliczyć do tych niewielu cudów, które jeszcze się zdarzały. – Po-mi-mo wszy-stko i wbrew wszystkie-mu – gulgotał Ed, oblewając się strumieniem wody z prysznica. Z czasem po prostu się zapomina, że one jeszcze istnieją, w gruncie rzeczy nikt już nie wierzy w nie, ba, nawet w ogóle zapominano, że życie może być dobre. Tak lub podobnie myślał Ed. Miał ochotę się poonanizować, ale zabrakło mu koncentracji.

Na prawo od hotelu było jezioro z fontanną, z której słup wody miarowo tryskał ku niebu, to znów załamywał się i znikał na kilka sekund. Para zakochanych powoli sunęła na rowerze wodnym ku tańczącym strumieniom wody. Nagle, przy przechodzeniu przez ulicę prowadzącą w kierunku jeziora, Eda ogarnęło dobre przeczucie. To wszystko jest początkiem czegoś. Ktoś, kto ma już niejedno za sobą, jest nagle w stanie… W tym miejscu urwał zdanie. Uświadomił sobie, że to spóźniona wyprawa. Poczuł ból. Jakby dopiero teraz budził się po znieczuleniu, powoli, milimetr po milimetrze.

Brukowana ulica w lewo nazywała się Przy Bielarniach. Minął kilka zaniedbanych willi z ogrodami zimowymi, podwórzami i garażami. Podszedł do jednej z tabliczek z nazwiskiem przy dzwonku, by rzucić okiem na trasę podróży, jaką dotychczas odbył ten dom. Niewielkie, śmiałe światełko wewnątrz płyty z przyciskami dzwonków pozwalało odczytać również kilka poprzednich nazwisk, pozaklejanych już dawno, może nawet przed laty. Idąc dalej, Ed próbował dostosować się do rytmu tych nazwisk: Schiele, Dahme, Glambeck, Krieger… Mamrotanie zawiodło go na kładkę na jeziorze, a jego kroki wybijane o drewno pomostu były rodzajem metronomu. Ci-któ-rzy-już- u-mar-li – szeptał Ed i mimowolnie dotknął ręką twarzy – … patrzą na wszystko innymi oczami? Oto wyłoniły się stare mury miejskie, łuk bramy i kawiarnia Dom Strażnika Bramy.

Przeszedł przez Stare Miasto, dotarł do portu i sprawdził, kiedy odpływa prom. W okienku Białej Floty kupił bilet na rejs w następnym dniu. Widok statków wprawił go w euforię. Stopnie prowadzące do nabrzeża, jasnoszary beton, a potem: morze.

Chciał tanio zjeść, więc wrócił na dworzec. Czuł się wypoczęty i zastanawiał się, jakie ma szanse. Kryjówka na wyspie, na ukrytym morzu, Hiddensee… Znał opowieści o tej wyspie. Obmywały ją nieustające szepty.

Ed przeżuwał powoli i popijał kawę maleńkimi łyczkami. Najpierw nie będzie łatwo dostać się na statek. Potem okaże się prawie niemożliwe znalezienie jakiejś kwatery, ale inny cel wewnątrz tych granic był nierealny. Oczywiście, słyszał opinie ekspertów, że Hiddensee w gruncie rzeczy leży już poza, eksterytorialnie, że to wyspa szczęśliwych, marzycieli i fantastów, ludzi przegranych i wykluczonych. Inni nazywali ją Capri Północy, wszystkie miejsca zarezerwowane na dziesiątki lat naprzód.

W Halle Ed poznał pewnego historyka, który zimą obsługiwał gości w winiarni Offenbach-Stuben, gdzie kilka razy Ed usiadł z G. przy barze. Co wiosnę, na początku sezonu, historyk (tak go wciąż jeszcze nazywano) wracał na wyspę. – Nareszcie, nareszcie! – lubił wołać do swoich gości, którzy wyrozumiale przytakiwali, gdy rozpoczynał któryś z kolei panegiryk, zwracając się zwykle do publiczności w winiarni „Kochani!”. – Wyspa, kochani, ma wszystko, czego mi trzeba, czego zawsze szukałem, i kiedy już wyłania się na horyzoncie, staje się widoczna z parowca, jej wąski, kruchy kształt, delikatny kontur, a za plecami jeszcze ostatni szary koguci grzebień lądu, Stralsund z wieżami, tereny za nim z tym całym brudem, wiecie, kochani, o czym mówię, kochani, wyspa wyłania się i w jednej chwili zapominacie o wszystkim, bo teraz ona leży przed wami, i zaczyna się coś nowego, a nawet, już się zaczęło, na parowcu! – rozpływał się w zachwytach mężczyzna, siwowłosy czterdziestoparolatek, pożegnał się z pracą na uniwersytecie, dobrowolnie, jak mówiono, za to tym głębiej zatopił się w marzeniach; podobnie jak wielu myślicieli w tym kraju, nosił rodzaj zarostu nazywanego bródką Marksa. – Wolność, kochani, polega w istocie na tym, by w ramach istniejących praw tworzyć własne reguły gry, być przedmiotem, a zarazem podmiotem ustawodawstwa, to główna cecha charakteryzująca życie tam na północy. – W ten oto sposób podsumował rzecz historyk z Offenbach-Stuben, niosąc przed sobą tacę pełną kwart wina.

Najważniejsza dla Eda była wiadomość, że również w sezonie mogły nagle zwolnić się miejsca. Nieraz z dnia na dzień poszukiwano kelnerów, zmywaczy czy pomocy kuchennych. Pracownicy sezonowi znikali niespodziewanie przez noc, z najrozmaitszych powodów. Z reguły miejscowi pokrywali tę kwestię milczeniem i rzucali okiem na swojego rozmówcę, aby potem, zależnie od okoliczności, snuć dalej swoją opowieść, zmierzając w kierunku możliwym lub niemożliwym do przyjęcia: – Zawsze oczywiście znajdą się ludzie, którzy rezygnują, wracają na ląd, którzy po prostu nie są do tego stworzeni. Albo: – Wiesz jak to jest, nagle przyjdzie zezwolenie na wyjazd z kraju, w samym środku lata… Albo: – Tak, to nie do wiary, pięćdziesiąt kilometrów, ale dobrych pływaków nigdy nie brakowało… Na końcu tych wszystkich opowieści Hiddensee wydawała się wąskim kawałkiem lądu, opromienionym mitycznym blaskiem, ostatnim, jedynym miejscem na ziemi, wyspą, którą znosiło coraz dalej, poza zasięg wzroku – i ten, kto chciał jeszcze zdążyć się zabrać, musiał się śpieszyć.

Po posiłku Ed wrócił do hotelu. Ktoś szperał w jego rzeczach, ale niczego nie wziął. Podszedł do okna i popatrzył na dworzec po drugiej stronie ulicy. W łóżku – nawrót – znów zaczął nawoływać Matthew. Ale tym razem cichutko i tylko po to, by przed snem usłyszeć swój głos. Nie, nie skoczył.

Wyspa

Odmowę najczęściej dostawał natychmiast. Ktoś, przechodząc, rzucał: „Wszystko zajęte!”, kilka podniesionych głów, gdy Ed dziękował półgłosem i jak najszybciej się oddalał, z pięścią zaciśniętą na przepoconym rzemieniu torby ze skaju.

Zszedł na ląd na północy i wędrował na południe, po jakichś sześciu kilometrach pokonał tę trasę jeszcze raz w odwrotnym kierunku. Wyspa była miejscami tak wąska, że po obu stronach widać było wodę. Po lewej morze ze srebra, po prawej zalew, granatowe szkło, prawie czarne. Chmury zdawały się płynąć niżej niż zwykle, i przez chwilę Ed przyglądał się ich dziwnie wydłużonym kształtom. Podczas gdy horyzontu przybywało, odległość do nieba malała, jeden wymiar wypierał drugi. Pod koniec dnia, kiedy zaczął już tracić nadzieję, było mu prawie wszystko jedno, gdy po raz kolejny zadawał pytanie: „Czy może znalazłoby się jakieś zajęcie dla mnie? Ale potrzebuję też pokoju”.

W lokalu o nazwie Norderende zaproponowano mu 1,40 marki za godzinę, za wszelkiego rodzaju prace, jak się zwykło mówić, „ale bez noclegu”. Trochę dalej na uboczu stało kilka wycofanych z użytku koszy plażowych. Edowi spodobał się wyblakły błękit markiz, był to kolor lenistwa, lipiec, słońce na twarzy. Podczas gdy kierownik, wyraźnie w złym humorze, wymienił z nim kilka zdań (pierwsza rozmowa Eda na wyspie), obok nich przemknęło dwóch mężczyzn, ze zwieszonymi głowami, jakby obawiali się utraty pracy. Przez chwilę Ed trwał jeszcze w bezruchu między kubłami śmieci a skrzynkami z napojami. Nawet nie zauważył, jak przyjął korną postawę żebraka.

Ruszył dalej, a wtedy jeden z pracowników zawołał coś za nim przez przymknięte drzwi magazynu, tak że Ed nie mógł rozpoznać mężczyzny. Wszystko, co zrozumiał, to słowo „Klausner”, a potem „Crusoe, Crusoe- - - -”, jakby przekazywał Edowi jakąś tajną wiadomość. Prawdopodobniejsze było jednak to, że mężczyzna chciał sobie z niego zakpić tą starą opowieścią o rozbitku.

Zapadł już zmierzch i w domach zapaliły się światła. Pod ciężarem bagażu Ed musiał iść stale nieco skrzywiony. Pasek torby, o wiele za wąski, wrzynał mu się w ciało, sztuczna skóra była popękana. Zastanawiał się, czy nie odstawić gdzieś torby, albo jeszcze lepiej: ukryć ją w którymś z przydrożnych krzaków rokitnika. Z pewnością źle pytał o pracę, źle i głupio, jakby nie należał do tego samego społeczeństwa. Tutaj miało się pracę, nikt o nią nie musiał prosić, a już na pewno chodząc od domu do domu, ze zniszczoną torbą na ramieniu. Pracą jak dowodem osobistym trzeba było się w każdej chwili móc wylegitymować; jej brak był sprzeczny z prawem, a więc podlegał karze. Ed domyślił się, że na tak zadane pytanie nikt nie mógł odpowiedzieć przychylnie, wprost przeciwnie – uznawano je za prowokację. I człapiąc dalej przed siebie, z o wiele za ciężką torbą, ułożył sobie to pytanie na nowo:

Czy może potrzebna jest państwu jeszcze jakaś dodatkowa pomoc w tym sezonie?

Wszystko zależało od doboru słów.

Przechodząc przez miejscowość o nazwie Kloster, najbardziej wysuniętą na północ wieś na wyspie, natknął się na kilku urlopowiczów. Od razu poprosił ich o nocleg. Zaśmiali się, jak z niezłego żartu, i na drogę pożyczyli mu „wszelkiego szczęścia, jakie tylko istnieje na tym świecie”. Mijał właśnie szereg ładnych, starych domów z drewna. Mężczyzna w wieku jego ojca zwymyślał go z balkonu, kilkakrotnie wznosząc butelkę piwa w powietrze gwałtownym szarpnięciem. Najwidoczniej był tak pijany, żeby bez problemu rozpoznać przybłędę.

Czy nie potrzebuje pan może kogoś do pomocy w kuchni? Mam akurat trochę czasu.

Od kelnera z winiarni Offenbach-Stuben (wszędzie rozglądał się za bródką à la Marks) wiedział, że spanie na plaży może być niebezpieczne ze względu na patrole graniczne. Znajdą go pogrążonego we śnie, poświecą mu latarką punktową w twarz i wypytają o plan ucieczki. Pobyt w strefie przygranicznej bez przepustki i noclegu był zabroniony. Kontrolerzy na parowcu nie zawracali sobie tym specjalnie głowy, pasażerów jadących na wyspę porannym promem uznawali za jednodniowych turystów. Ważne było, żeby w razie pytań mieć przygotowaną jakąś historyjkę, podać jakieś nazwisko, jakiś adres. Naturalista Gerhard Hauptmann twierdził, że wszyscy ludzie na wyspie nazywają się albo Schluck, albo Jau, że właściwie żyją tu tylko te dwie rodziny: Schluck i Jau. Ed nie ufał tym nazwiskom, sprawiały wrażenie niewiarygodnych, zmyślonych. Tak, w literaturze może były prawdopodobne, ale nie w życiu. W porcie w Stralsundzie zajrzał do książki telefonicznej, wybrał nazwisko Weidner i nabazgrał je na kartce, którą, dokładnie złożoną, nosił przy sobie: rodzina Weidnerów, Kloster nr 42.

– Czy przypadkiem nie znajdzie się jakaś praca w zakładzie gastronomicznym?

Zdanie jak z drewna.

I prawdopodobnie widać było po nim, że tylko chciał się ukryć, tylko zniknąć jak kamień w wodę, że w gruncie rzeczy przeżył życiowy krach, osiadł na mieliźnie, wrak, dopiero dwadzieścia cztery lata, a już wrak.

Nocleg na plaży nie wchodził w grę, ani też nie mógł do spania wykorzystać resztek bunkra na brzegu morza. Nękały go dziecinne lęki: ktoś mógłby mu we śnie nadepnąć na głowę, niechcący. Woda mogłaby nagle wezbrać i go zatopić. A może w bunkrze grasowały szczury.

Z nastaniem zmroku Ed dotarł do północnego krańca wyspy. Wszystkie trzy wsie: Neuendorf, Vitte i Kloster przemierzył już dwukrotnie. Na tablicy widzianej w porcie (dziwne uczucie znaleźć się w tym samym miejscu, gdzie zszedł na ląd przed południem, przed laty, jak się zdawało) okolica za miejscowością nazywała się Bessiner Haken – rezerwat ptaków.

Noc pod gołym niebem stanie się teraz częścią jego życia, tego Ed był pewny, i dobrze, że tak się to zaczęło, mimo jego lęków. Przy drodze na końcu miejscowości stał zniszczony od podmuchów wiatru drogowskaz z napisem „Instytut Radiologiczny”. Na wzgórzu w oddali, zza topoli prześwitywały zarysy jakiegoś większego budynku. Minął ogromną szopę i szedł dalej wzdłuż płotów, pomalowanych olejem odpadowym. Przy drodze szumiała trzcina, wyższa od niego, stracił więc z oczu wodę; w powietrzu rozlegały się wieczorne krzyki jakichś gęsi. Ostatni dom, porośnięty mchem trzcinowy dach. Warzywny ogródek przypominał Edowi ten jego babci: ziemniaki, kalarepa i astry. Droga z płyt ze zbrojonego betonu, niedbale położonych, nikła w bagnistej łące.

Pierwsza ambona myśliwska wyglądała jak kabina, domek na drzewie, doskonała kryjówka, niestety zaryglowana na trzy spusty. Druga, mniejsza, była otwarta i tak chybotała się na wszystkie strony, że Ed miał wątpliwości, czy jeszcze jej używano. Z trudem wtaszczył torbę na górę. Starał się poruszać jak najciszej. Zebrał trochę drewna, żeby prowizorycznie zabarykadować wejście na platformę na końcu drabiny. Gdy wspiął się tam z kilkoma spróchniałymi konarami, musnęła go smuga światła. Jak rażony gromem Ed rzucił się na ziemię i uderzył czołem o ławeczkę. Leżał jakiś czas bez ruchu. Ciężko oddychał, czuł zapach drewna i piekący ból na czole. Niewielkie rozmiary ambony nie pozwalały na wyciągnięcie nóg. Na myśl przyszła mu Gorączka złota w Klondike, mężczyzna na śnieżnym pustkowiu, któremu w ostatniej sekundzie udaje się rozpalić ogień, ostatnią zapałką, ale potem… Światło po chwili wróciło. Ed podniósł się z wolna i powitał latarnię morską jak starą przyjaciółkę, którą tylko na chwilę stracił z oczu.

– No, a może potrzebujesz jeszcze kogoś?

Snop światła z latarni jednym szarpnięciem rozwinął się i znów zwinął w wachlarz – prawdopodobnie oznaczało to „nie”. Zadziwiające, jak ten pryzmatyczny palec światła potrafił gwałtownie przyśpieszyć, by w następnym momencie zatrzymać się w bezruchu, jakby natknął się na coś, co było ważniejsze niż to nieustanne obracanie się w kółko.

– Tylko tak pytam, czy potrzebna pomoc, na ten sezon? – mamrotał Ed.

Zrezygnował ze swojego planu, żeby jeszcze raz pójść do miejscowości i zjeść coś w jednej z knajp. Jeszcze nie był też w ogóle na plaży. Ale sam fakt, że znalazł się tu, na wyspie… Przez chwilę wsłuchiwał się w mrok dżungli wokół, potem narzucił sweter i kurtkę. Resztę rzeczy, na ile się dało, rozłożył na deskach ambony. Tej nocy było zimno.

U Klausnera

13 czerwca. Ambona tonęła jeszcze w ciemności, gdy podniósł się ogłuszający hałas. W rezerwacie ptaki obudziły się i żądały nadejścia dnia, harmider głosów wrzących oburzeniem i długotrwałych, powtarzanych w nieskończoność narzekań. Jeszcze przed wschodem słońca Ed opuścił swoją kryjówkę i pokłusował w głąb lądu, twarz miał pogryzioną przez insekty, czoło nadal go piekło.

Jego najpilniejszym zadaniem miało być rozpoznanie terenu, przede wszystkim wytropienie lepszego schronienia albo przynajmniej jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł w ciągu dnia bezpiecznie schować swoje rzeczy (ciężką kurtkę Thälmanna, sweter). Poza bajkami i mitami krążącymi na stałym lądzie Ed niewiele wiedział o wyspie, o jej geografii czy o cyklach, w jakich kompania straży granicznej robiła obchód po wyspie. Najpierw wszystko wydawało się przejrzyste: łąki, wrzosowisko i jedna jedyna ulica, w miarę utwardzona betonowymi płytami – to nie był krajobraz obfitujący w kryjówki. Za to kusił las, i wyżyna na północy.

Następnej nocy Ed wczołgał się do jednego z wysokich skalnych wgłębień u podnóża klifu. Jego pieczara przypominała szerokie, świeże pęknięcie w ścianie; urwisty stok rozwarł się, by go przyjąć. Nie było tu komarów, ale z gliny kapały mu na kark krople wody. Morze było czarne i prawie nieme, poza powracającymi w równych odstępach odgłosami fal, które wrzały w żwirze między przybrzeżnymi kamieniami – jakby ktoś lał wodę na rozżarzoną płytę kuchenną. W jaskini Eda słychać było całą gamę dźwięków, których źródła nie potrafił rozpoznać. Coś szeleściło nad nim, ale też wglinie. Chwilami słychać było czyjś oddech lub ciche westchnięcie. Z zasobu zapamiętanych wierszy odezwało się kilka wersów, szumiących o tym, jak mała, niemrawa fala Bałtyku naśladuje szept zmarłych. Te poszumy zniechęciły Eda; jeśli chciał potraktować na serio swoją wyprawę (i rozpocząć życie na nowo), będzie musiał z tym walczyć, postanowił więc jeszcze raz zawierzyć własnym myślom.

Zamknął oczy, i po chwili zobaczył człowieka wynurzającego się z fal Bałtyku. Wysokiego, pochylonego dozorcę z instytutu. Czerpał z morza wodę i gasił nią ognisko na plaży. Para buchała, dym się unosił, tymczasem dozorca stawał się coraz cieńszy i bardziej przeźroczysty. Na końcu pozostała już tylko jego twarz. Uśmiechała się z piasku do Eda, odsłaniając zepsute uzębienie, multum omułków, smoły i glonów, i powiedziała: – Moja obecność się wyczerpała.

Rano rzeczy Eda były przemoczone, strużka wody wyżłobiła na plaży małą deltę. Uformowała glinę, tworząc z niej błyszczące skiby, po których można było wspaniale chodzić. W niektórych miejscach rzeczka się spiętrzała. Ed próbował się napić wody: najpierw klęknął niezdarnie (jak jakieś zwierzę z podniesionym zadem i wysuniętą do przodu głową), a potem rozpłaszczył się na ziemi. Mimo że tuż po wschodzie słońca nie spodziewał się nikogo na plaży, czuł się obserwowany. Jedną ręką odgarnął do tyłu włosy, sięgające mu do ramienia, drugą trzymał w pewnej odległości kamienie, żeby nie wrzynały mu się między żebra. – Życie to nie bajka, tak jest – wymamrotał Ed, naśladując głos swojego ojca, i musiał z tego powodu zachichotać. Udało mu się przeżyć tu drugą noc.

Woda miała smak mydła i skisły zapach. Śledził strumień od delty do szczeliny znajdującej się tuż obok jego legowiska. Jakieś zwierzę wbiło w niego wzrok. Był to lis. Strzegł źródła i prawdopodobnie obserwował Eda od dłuższego czasu.

– Aleś mnie przestraszył, ty mały łobuzie – szepnął Ed.

Lis nic nie powiedział ani się nie ruszył. Głowę położył na przednich łapach, jak pies; wzrokiem wybiegał w morze. Wyrwany z korzeniami krzew rokitnika rzucał cień na jego sierść, która miała bardzo świeży i żywy wygląd.

– Ładne miejsce sobie tutaj znalazłeś, stary łobuzie, świetna kryjówka. Bez komarów, świeża woda… Tak czy inaczej, bystrzak z ciebie, co?

Ed rozłożył rzeczy na kamieniach, żeby wyschły, ale zabrakło mu cierpliwości, więc zebrał je z powrotem. Był głodny, w ustach czuł zgniły smak. Bułka, którą kupił w Kloster u piekarza o nazwisku Kasten, zamieniła się w papkę. Ulepił z niej kilka kulek, wyciskając przy tym z ciasta ciecz przypominającą spermę. Żuł je powoli i łykał. Energia, z jaką wyruszył w drogę, zużyła się, za oczami poczuł jakiś kurcz. Nie był to właściwie ból, tylko wspomnienie obgryzionych paznokci. Zapalenie ich łożysk i włóknisty, postrzępiony plaster – palce G. Zastanawiał się, jak długo będzie tak żył. Na ile starczy mu jeszcze sił. Kiedy będzie musiał zawrócić.

– To nie miałoby już żadnego sensu, stary łobuzie.

Strome, zniszczone wybrzeże – nigdy przedtem czegoś podobnego nie widział. Urwiska i nawisy, rodzaj krajobrazu polodowcowego, ogromne zawijane języki gliny na drodze ku morzu. Partie porośnięte roślinnością i gołe, pełne pęknięć i bruzd, szare, gliniaste ściany, miejscami wystawała z nich pochylona głowa cyklopa, który spoglądał na Eda z pogardą. Tyle że on prawie w ogóle nie patrzył w górę, nie obchodzili go cyklopi czy też to, za co należało uznać te kamienne bryły. Ze spuszczoną głową szedł wzdłuż plaży i usiłował podtrzymać małe ognisko rozmowy z samym sobą, podkładając do niego słowa otuchy i dobre argumenty. Własne słowa.

Kawałek dalej na północ nadmorskie zarośla rozstąpiły się, odsłaniając nagle schody. Jakiś metr nad ziemią wisiały w powietrzu betonowe kloce, którymi próbowano umocować w piasku stalową konstrukcję. Gdy Ed kołysał się na pierwszym stopniu, rozległ się wysoki, metaliczny dźwięk. – Jakby stalowa blacha tonącego statku zaczęła cicho dźwięczeć – wyszeptał Ed i przystanął na chwilę; zardzewiałe żelazo zachwiało się groźnie. W końcu doliczył się prawie trzystu stopni (co trzeci zmurszały lub połamany), rozrzuconych na różnych odcinkach i podestach wysokiego na pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt metrów klifu.

Zza sosen przeświecał jasny budynek ze szczytem wyłożonym drewnem. Na pierwszy rzut oka przypominał parowiec na Missisipi, osiadły na mieliźnie, z napędem łopatkowym, który próbował przedzierać się przez las ku otwartemu morzu. Wokół zakotwiczyło kilka mniejszych drewnianych domków letniskowych, otaczających macierzysty statek niczym szalupy ratunkowe.

Żeby ten widok nie znikł, Ed starał się go zatrzymać w pamięci: od statku aż niemal pod samą krawędź urwiska ciągnął się brukowany taras ze stołami i krzesłami, takimi jakie zwykle stoją w ogródku piwnym. Zewnętrzne rzędy stołów zadaszono, przypominały one paśniki dla zwierząt w lesie. Na łupkowej tablicy obok wejścia było coś napisane zamaszystym pismem, ale Ed stał jeszcze za daleko. Na lewo od wejścia, nad jednym z podnośnych okien drewnianej przybudówki, należącej do skrzyni kołowej parowca, wisiała mała, sztywna chorągiewka z napisem LODY. Na prawo przymocowano śrubami do środkowej ściany przybudówki ręcznie wykonany szyld: U KLAUSNERA.

„U” było kunsztownie zdobione i przez chwilę Edowi stanął w oczach malarz tego szyldu; zobaczył, jak dostaje on zlecenie, jak notuje sobie nazwę statku i termin jego chrztu. Ed aż po cebulki włosów czuł wysiłek, jaki malarz musiał włożyć w wykonanie tej pierwszej litery, i nagle spłynęło na niego uczucie dojmującej daremności.

Aby się przekonać, czy istnieje trzeci wymiar, Ed powoli okrążył budynek. Był to statek w stylu leśniczówki. Szczyty nabrały koloru zielonego mchu, zaś podmurówka kwitła kryształkami saletry. Za pierwszym domem znajdował się drugi, trochę nowocześniejszy, pomiędzy nimi podwórze, a z tyłu las. To założenie architektoniczne składało się z grubsza z trzech koncentrycznych kręgów. W samym środku podwórze z dwoma głównymi budynkami i drugim małym tarasem ze zgrają krzeseł kawiarnianych, białych i pordzewiałych, z kutego żelaza. W drugim kręgu znajdowały się drewniane domki letniskowe, poza tym dwie szopy i drewutnia z pniakiem do rąbania drewna. Na północy podwórze otwierało się na polanę, korzenistą łąkę, która łagodnym zboczem wznosiła się pod skraj lasu, i na ścieżkę, prowadzącą zapewne do latarni, jego starej przyjaciółki. Pośrodku łąki urządzono plac zabaw z grzybkiem muchomorkiem do wspinania się, huśtawką, piaskownicą i betonowym stołem do ping-ponga. Ed nie mógł wyjść ze zdumienia, że ten występujący w całym kraju, typowy plac zabaw znalazł się nawet w takim bajecznym miejscu, wysoko nad morską kipielą. Trzecie, najbardziej zewnętrzne koło zakreślała niewielka palisada, a właściwie coś w rodzaju ogrodzenia z obumarłych konarów, starannie wplecionych między pnie pierwszych drzew w lasie. Cały teren gęsto otaczały sosny i buki.

Ed przeszedł spacerowym krokiem polanę aż do krawędzi stromego zbocza i popatrzył na morze. Wilgoć poranka niosła miękki strumień słodyczy, upajającą mieszaninę lasu i morza. Mleczna mgła rozmyła horyzont, którym można było oddychać, jeśli tylko dość głęboko zaczerpnęło się powietrza. Jestem tutaj, a zarazem tam na pełnym morzu, pomyślał Ed.

Na wzgórzu powyżej placu zabaw leżał nieruchomo mężczyzna, martwy albo śpiący. Kiedy Ed podszedł bliżej, usłyszał, że mówi coś cicho ku niebu. Może się modli, pomyślał Ed, choć brzmiało to raczej jak mowa węża, coś jak syk, i po chwili zrozumiał:

– Sssssspie……., sssssspieprz…, ssssspieprzaj…

Tak naprawdę była dopiero godzina szósta rano. Ed usiadł w jednym z paśników i postanowił zaczekać. Zmarzł, skręcało go z głodu, przez ostatnie noce prawie nie zmrużył oka. Skóra telmanówki cała nasiąkła wilgocią, kurtka była teraz cięższa niż zbroja. Ale ławka, stół i daszek dodawały mu otuchy – jakby przez całe tygodnie był już gdzieś daleko i właśnie w tej chwili wrócił z głuszy. Otworzył torbę, żeby uszła z niej wilgoć. Wyjął kilka rzeczy, książek i rozłożył je, żeby wyschły.

Okna przybudówki, za którą pewnie znajdowała się restauracja, zasłonięte były grubymi, siatkowymi firankami, które po siódmej wyraźnie poruszyły się kilka razy. Ed starał się siedzieć prosto i zarazem sprawiać wrażenie, że jest na luzie. Dmuchnął wiatr od morza. Drzwi się otworzyły z impetem, ich skrzydła zostały hakami przytwierdzone do przybudówki; wykonujący te czynności mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi. Miał olśniewająco białą koszulę. Edowi mignęły przez chwilę owalne okulary w metalowej oprawie i duże, czarne krzaczaste wąsy. Mężczyzna podszedł do tablicy, starł „stek au four” z poprzedniego dnia i w ciemną, jeszcze wilgotną lukę wpisał kredą słowo „zupa ogonowa”.

– Rimbaud!

Ktoś zawołał, a Ed natychmiast zerwał się z miejsca, żeby wyrecytować wiersz, nastąpiło to automatycznie, nic na to nie mógł poradzić, przynajmniej w pierwszej chwili, w czaszce tłukł mu się jego wierszostan: Statek pijany… – Rimbaud! – rozległo się jeszcze raz z głębi Klausnera, i wtedy Ed zrozumiał, że chodzi o wąsatego kelnera.

Minęła prawie godzina, zanim w drzwiach pojawił się inny, mniejszy mężczyzna, który przez chwilę bez ruchu na niego patrzył. Twarz mężczyzny przysłaniał cień. Coś w jego postawie zdradzało, że nie przekroczy progu. Po chwili podniósł dłoń w niezdefiniowany sposób, tylko do połowy, jakby chciał przywitać przybysza albo machnąć na niego ręką. Ed podniósł się z ławki. Dzieliło go od drzwi zaledwie kilka stołów, mimo to mężczyzna zaczął mówić tak głośno, jakby na zewnątrz na tarasie zebrało się z pół setki ludzi, dla których ważne było to, by od początku dobrze go rozumieć.

– Nazywam się Krombach, Werner Krombach, dyrektor Zakładowego Ośrodka Wypoczynkowego „U Klausnera”.

– Edgar Bendler – odpowiedział natychmiast, ale jego słowa trafiły już w plecy szybko idącego przed nim dyrektora, więc i on wydłużył krok. Przecięli salę restauracyjną, mężczyzna miał wysportowaną i krępą sylwetkę, błyszczące jajo małej wypielęgnowanej łysiny kończyło się aż z tyłu głowy, skronie były posiwiałe i krótko przystrzyżone. Kątem oka Ed dostrzegł bufet i żeliwną kasę. Weszli do maleńkiego kantorku, dyrektor zręcznie przecisnął się za biurko, przyjął oficjalną pozę i podał mu rękę.

– Proszę, niech pan usiądzie.

W jego zachowaniu nie było ani cienia nieufności czy pogardy. Wziął dowód Eda do ręki, otworzył go i chwilę przerzucał kartki, przesuwając przy tym wielokrotnie ręką po wysokim czole, jakby tego, co zobaczył w dowodzie, było w gruncie rzeczy dla niego za wiele, i w końcu zapytał, czy jest zdrowy.

Na biurku Krombacha stała przedpotopowa maszyna do pisania marki Torpedo, obok szary telefon i zdjęcie, które przedstawiało jego samego przed wejściem do dużego, połyskującego miedzią budynku; był to owiany legendą Palasthotel – wzniesiony przez Szwedów, ilekroć była o nim mowa, zawsze ktoś szeptem puszczał w obieg tę wiadomość „przez Szwedów…”. Na zdjęciu dyrektora otaczał tłum kobiet i mężczyzn w strojach kelnerów czy hotelowych uniformach, tylko Krombach miał na sobie prawie to samo, co tego dnia: bladoróżową letnią koszulę z bordowymi spinkami do mankietów, lekką marynarkę w jasnobrązową kratkę, a na szyi apaszkę, pewnie z jedwabiu. Brakowało tylko krawatu.

– Nie ma chorób, żadnych? – Ed podniósł wzrok, Krombach patrzył na niego uważnie i badawczo.

Możliwe, że Ed nie zrozumiał dobrze pytania. Nie miał pojęcia, do czego Krombach zmierza, i przezornie milczał. Postanowił, że musi się nadawać do każdej zaproponowanej pracy. Skąd Ed pochodzi i co do tej pory robił – Krombach rzucał pytania mimochodem, jakby tylko spełniał wymogi jakiegoś protokołu, który jego samego zbytnio nie obchodził. Częścią życiorysu zawodowego Eda było przygotowanie do pracy na stanowisku murarza, wspomniał więc o tym. – A więc wykwalifikowany robotnik budowlany – poprawił go Krombach. – Prace tynkarskie, murarskie, beton i szalunek, i tak dalej, potem poszedł pan na germanistykę i historię, pewnie na kierunek nauczycielski, normalny tok kształcenia, a potem to, co zwykle?

Jeszcze zanim Ed zdążył odpowiedzieć, Krombach już się rozgadał o wyspie i swojej restauracji. Jego głos zmienił się, mówił cicho i wydawał się jakby nieobecny. – Mamy tu na górze szczególne położenie, wyjątkowe warunki, pod każdym względem, ale z tego zdaje sobie pan zapewne sprawę, panie Bendler, inaczej, jak sądzę, nie znalazłby się pan tutaj. Najpierw prądy morskie. Ciągła abrazja i powolne dryfowanie klifu, na którym kiedyś wzniesiono tę restaurację, prawie osiemdziesiąt lat temu, na kamieniach dawnego eremu, na fundamentach, które pozostawił nam pustelnik…

Przechodząc z opowieści o powolnym, nieuniknionym znikaniu wyspy w bezkresie morza do historii Klausnera, dyrektor jakby zdawał się zapominać o obecności Eda. Dłużej mówił o człowieku nazwiskiem Ettersberg czy Ettenburg, którego określał pieszczotliwie mianem prapustelnika, o mężczyźnie w długich szatach, „kursującym ciągle między turniejami a tusculum, kąpielą a książkami…”.