Kruk - Katarzyna Mieszczanin - ebook + książka

Opis

Jedna niewinna rozmowa odmieniła życie pewnej młodej kobiety. A ściślej rzecz biorąc –zakończyła je. Kiedy rok później znaleziono w lesie nad jeziorem jej nagie ciało, pytań było znacznie więcej niż odpowiedzi. Co oznaczają rękawiczki, jedyna część garderoby, jaką miała na sobie ofiara? Czy zwłoki dziecka odkryte po drugiej stronie jeziora mogą mieć coś wspólnego z tą sprawą? I czy to możliwe, by morderca zaplanował zbrodnię idealną?
Dwaj przyjaciele, komisarz Piotr Kruk i podkomisarz Marcin Kołodziej, będą musieli zbadać każdą dostępną poszlakę, by spróbować rozwikłać tę wyjątkowo trudną zagadkę kryminalną. Wygląda bowiem na to, że przestępca jest obdarzony wyjątkowym sprytem i inteligencją...

Zastanawiał się, kto zadał sobie tyle trudu, żeby przynieść tutaj jej ciało. Przecież to miejsce znajdowało się bardzo daleko od głównej szosy. W pobliżu nie znaleziono żadnych śladów opon, przynajmniej tak twierdził technik policyjny. Zabezpieczono jedynie ślady butów bardzo znanej, popularnej marki. Z rozmyślań wyrwał go głos patologa:
– Jest coś jeszcze.
– Dawaj.
– Jestem prawie pewien, że ta kobieta niedawno urodziła dziecko. Ale tak jak mówiłem: stuprocentową pewność będę miał dopiero po dokładnym zbadaniu zwłok.
– Byłby to jakiś punkt zaczepienia – zauważył komisarz Kruk.
W tym samym czasie Kołodziej przepytywał dwóch mężczyzn, którzy znaleźli ciało. Oczywiście nie widzieli niczego ani nikogo podejrzanego. Nie mijali się z nikim podczas grzybobrania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 88

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (26 ocen)
6
8
2
8
2

Popularność




Prolog

Pierwsze promienie wschodzącego słońca próbowały się przebić przez gęste konary drzew. Dziś nie docierają jeszcze do samego końca, lecz wkrótce wszystkie liście opadną i blask słońca dotrze dalej, tworząc piękną złotą poświatę na pożółkłych liściach leżących na ziemi. Niebo tego poranka było zupełnie czyste, a tafla jeziora srebrzyła się pięknie w blasku słońca. Obrazek iście malowniczy. W powietrzu dało się wyczuć lekki podmuch wiatru.

Wiatru, który owiewał jej bezwładne martwe ciało, porzucone w pośpiechu pod osłoną nocy przez potwora.

Czy zrobił to ten sam mężczyzna, który był w niej szaleńczo zakochany?

Czy od początku wszystko miał zaplanowane co do najdrobniejszego szczegółu? A może z zimną krwią zamordował ją zazdrosny kolega z pracy? A ona? Była taka ufna, taka zakochana. Myślała, że to sam anioł zszedł na ziemię, żeby być bliżej i dać jej to, o czym tylko jej się zamarzy. A jeśli był ktoś trzeci, zupełnie jej obcy, i odebrał to, co dla człowieka najcenniejsze?

1.

Wczesnym rankiem pięknie zapowiadającego się dnia na jednym ze śląskich komisariatów było prawie pusto. Większość zatrudnionych tam osób albo przychodziła do pracy później, albo była już w terenie. Komisarz Piotr Kruk wszedł do budynku, przywitał się z dyżurnym i ociężałym krokiem poszedł do swojego biura. Pierwsze, co zrobił, to nastawił wodę na kawę. Migrena rozsadzała mu prawą połowę czaszki. Nie mógł w nocy spać przez ten potworny ból, a leki przepisane przez lekarza w ogóle nie pomagały. Za każdym razem kiedy tak cierpiał, obiecywał sobie, że ostatni raz pił alkohol. Do świeżo zaparzonej mocnej kawy wcisnął sok z połowy cytryny. Domowy sposób jego ojca na potężny ból migrenowy. W połączeniu z odpowiednią dawką leków przeważnie pomagał. Kruk liczył na to, że i tym razem poczuje ulgę. Z kubkiem w ręku podszedł do okna, otworzył je na oścież, żeby wpuścić świeże powietrze, następnie usiadł przy biurku i odpalił komputer.

Komisarz był typem człowieka, co to woli chodzić własnymi ścieżkami, ale w tym zawodzie było to raczej niemożliwe. Skuteczny śledczy dla dobra badanej sprawy powinien współpracować ze wszystkimi, którym tak samo jak jemu zależy na jak najszybszym złapaniu przestępcy. Kruk lubił dostawać trudne sprawy; dopiero wtedy był w swoim żywiole i widział sens tego, co robił. Oddawał się pracy bez reszty i nic poza tym go nie interesowało. Może właśnie dlatego pomimo swoich czterdziestu lat nie miał jeszcze ani żony, ani dzieci. W przeciwieństwie do jego partnera. Podkomisarz Marcin Kołodziej był ułożonym, nadzwyczaj spokojnym mężczyzną. Człowiekiem bardzo rodzinnym. Kochająca żona, dwoje wspaniałych dzieci, święta spędzane zawsze u teściów, niedzielne obiadki u mamy i raz w roku wczasy. Najlepiej w górach. Uwielbiali całą rodziną poznawać nowe szlaki. W pracy Kołodziej był jednak równie skuteczny jak jego partner. Po trupach do celu. Tego nauczył się w Stanach na stażu, który załatwił mu wuj, emerytowany policjant Franciszek Kołodziej, który po śmierci swojego brata pomagał bratowej wychowywać syna. Bardzo umiejętnie przekazał mu wzorce prawdziwego mężczyzny, który z szacunkiem powinien traktować drugiego człowieka, podtrzymywać więzy rodzinne i przekazywane z pokolenia na pokolenie tradycje. W pracy natomiast ma polegać wyłącznie na sobie i swoich umiejętnościach.

„Utrzymanie rodziny to podstawa” – takie słowa Marcin słyszał od wuja od najmłodszych lat.

Jego matka często powtarzała, że gdyby nie pomoc szwagra, to nie wiadomo, co by wyrosło z jej jedynego syna. Chłopak potrzebował męskiego wzorca, kogoś, kogo mógłby się poradzić i na kogo w razie potrzeby mógłby liczyć. Takim kimś był właśnie jego wuj.

Prywatnie Piotr Kruk i Marcin Kołodziej byli dobrymi przyjaciółmi. Znali się jak łyse konie i wiedzieli, że mogą na sobie polegać w każdej sytuacji. Nie tylko w pracy.

– No cześć, stary. Nieźle wyglądasz po wczorajszej imprezie – przywitał swojego partnera podkomisarz.

– Odwal się. Za dziesięć minut u starego – odburknął Piotr, wychodząc z pokoju i trzaskając drzwiami.

– Ciekawe, co go ugryzło? – zastanawiał się Marcin. Zaparzył sobie mocnej kawy i z kubkiem parującego napoju poszedł do szefa.

W gabinecie u naczelnika Zygmunt Grom i Piotr Kruk, czekając na podkomisarza Kołodzieja, rozmawiali o niedawno rozwiązanej sprawie morderstwa młodego mężczyzny. Szef był z nich bardzo dumny, że tak sprawnie poszło im znalezienie sprawcy. Oni sami przyznawali jednak, że gdyby nie pewne wiadomości wyciągnięte od informatora, śledztwo trwałoby pewnie do dziś.

Ich rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Kołodziej, nie czekając na odpowiedź, wszedł do biura, przywitał się i usiadł na wolnym krześle.

– Skoro już jesteśmy w komplecie, mam dla was kolejną sprawę – powiedział naczelnik, podając im teczkę z aktami. – W lesie, obok jeziora, przypadkowy przechodzień znalazł zwłoki brutalnie zamordowanej młodej kobiety. Technicy są już na miejscu. Nie bez powodu oddaję to śledztwo wam. Liczę na taki sam sukces jak w poprzedniej sprawie. Szybko i skutecznie.

– Tak jest, szefie – odpowiedzieli równocześnie.

– No to do roboty. Na co jeszcze czekacie?

Zarówno komisarz Kruk, jak i podkomisarz Kołodziej uwielbiali tę adrenalinę tuż przed przyjazdem na miejsce zbrodni. Oznaczało to dla nich początek czegoś nowego. Nowych tropów, nowych przesłuchań i szukania dowodów. Przewrotność losu polegała jednak na tym, że coś, co zaczynało się dla jednych, dla kogoś innego oznaczało definitywny koniec. Koniec marzeń, planów, niedokończone sprawy, cierpienie najbliższych. Koniec ziemskiego życia.

W drodze na miejsce zbrodni Marcin próbował podpytać Piotra, co go ugryzło, ale ten początkowo nie chciał powiedzieć, o co chodzi. W końcu, kiedy miał już dość tego samego pytania, zadawanego w coraz to innej formie, odburknął:

– Nigdy więcej nie próbuj mnie swatać z żadną dupą. Dotarło to do ciebie?! – zapytał, prawie wrzeszcząc.

– Jezu, stary, wyluzuj. Po pierwsze to nie żadna dupa, tylko siostra mojej żony, a po drugie nie zamierzałem cię swatać. Chciałem tylko, żebyś się dobrze bawił. Myślałem, że Danka ci się podoba.

– To źle myślałeś i daruj sobie na przyszłość takie podchody. Jak będę chciał i miał na to ochotę, to sam sobie kogoś znajdę. Jasne?!

– Jasne – odpowiedział krótko Marcin. – Nie musisz od razu wrzeszczeć.

– OK. Sorry, poniosło mnie.

– Nie ma sprawy.

Miejsce przestępstwa znaleźli bez problemu. Pełno tam było krzątających się policjantów, zaparkowanych radiowozów, taśm policyjnych wyznaczających granicę miejsca zbrodni, głównie dla osób postronnych i gapiów oczywiście. Ci ostatni jakoś dziwnie potrafili się zmyć, kiedy któryś z policjantów próbował ich o coś podpytać.

Zwłoki kobiety leżały przykryte gałęziami i liśćmi. Było to zrobione niedokładnie, więc albo ktoś się spieszył, albo nie zależało mu aż tak na ukryciu ciała. Ofiara leżała na brzuchu, jej ręce były skrępowane z tyłu, była całkiem naga. Jedynie na dłoniach miała rękawiczki. Porządne, skórzane, brązowe rękawiczki. W zasięgu wzroku nie było żadnych ubrań ani rzeczy, które mogłyby do niej należeć.

– Cześć – przywitał się Piotr z patologiem pracującym na miejscu i nie czekając na odpowiedź, zapytał: – Co już wiemy o tej zbrodni?

– Cześć. Kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat. Prawdopodobnie została uduszona. Żadnych dokumentów ani innych rzeczy oso­bistych.

– Zgwałcona?

– Raczej nie, ale muszę ją zbadać u siebie.

– Zginęła tutaj? – zapytał podkomisarz Kołodziej.

– Nie sądzę. Plamy opadowe wskazują, że została zamordowana w innym miejscu.

– Kiedy mógł nastąpić zgon?

– Jakieś dwanaście do szesnastu godzin temu – odparł patolog Bończyk, sprawdzając stan paznokci ofiary.

– Kto znalazł ciało? – zapytał komisarz Kruk jednego z policjantów.

– Dwóch grzybiarzy, którzy tędy przechodzili. Czekają w radiowozie – odpowiedział natychmiast funkcjonariusz.

Marcin i Piotr popatrzyli równocześnie w kierunku samochodu, w którym czekali świadkowie.

– Pójdę z nimi pogadać – oznajmił Marcin, i nie czekając na reakcję partnera, skierował swoje kroki prosto do radiowozu.

Piotr z kolei starał się obejrzeć dokładnie miejsce, gdzie leżała ofiara. Zastanawiał się, kto zadał sobie tyle trudu, żeby przynieść tutaj jej ciało. Przecież to miejsce znajdowało się bardzo daleko od głównej szosy. W pobliżu nie znaleziono żadnych śladów opon, przynajmniej tak twierdził technik policyjny. Zabezpieczono jedynie ślady butów bardzo znanej, popularnej marki. Z rozmyślań wyrwał go głos patologa:

– Jest coś jeszcze.

– Dawaj.

– Jestem prawie pewien, że ta kobieta niedawno urodziła dziecko. Ale tak jak mówiłem: stuprocentową pewność będę miał dopiero po dokładnym zbadaniu zwłok.

– Byłby to jakiś punkt zaczepienia – zauważył komisarz Kruk.

W tym samym czasie Kołodziej przepytywał dwóch mężczyzn, którzy znaleźli ciało. Oczywiście nie widzieli niczego ani nikogo podejrzanego. Nie mijali się z nikim podczas grzybobrania. Nie słyszeli warkotu silnika ani trzaśnięcia drzwiami samochodu. Zapewnili również podkomisarza, że niczego nie ruszali, a gdy tylko znaleźli zwłoki, od razu zadzwonili na policję. Marcin Kołodziej zapisał wszystko w swoim notatniku, łącznie z danymi obu mężczyzn, i wrócił na miejsce znalezienia zwłok.

– Nic tu po nas. Reszta należy do techników, a my musimy sprawdzić najbliższe porodówki. Podobno ta kobieta niedawno urodziła – poinformował partnera komisarz Kruk.

– To jedźmy. Od tych dwóch niczego ciekawego się nie dowiedziałem. Klasyczne znalezienie ciała. Żadnych podejrzanych nie widzieli. To co robimy? Czekamy, aż będzie to pewna informacja, czy działamy?

– Bończyk to doświadczony patolog. Myślę, że możemy zaufać jego wiedzy i działać od razu.

2.

Do sprawdzenia mieli w okolicy trzy porodówki.

Postanowili się nie rozdzielać, tylko razem popytać o ofiarę. Po cichu liczyli na to, że w którymś ze szpitali lekarz albo położna rozpozna zamordowaną kobietę. Bądź co bądź zdjęcie było dobrej jakości, więc nie mogło być mowy o pomyłce. Niestety, w żadnym z odwiedzonych szpitali ofiara nie urodziła swojego dziecka. Kiedy wyjeżdżali z parkingu trzeciej placówki, do komisarza Kruka zadzwonił patolog.

Potwierdził, że denatka urodziła, i to całkiem niedawno.

– Cholera, ciekawe, gdzie jest teraz jej dziecko? – zastanawiał się głośno podkomisarz Ko­łodziej.

– Żebyśmy chociaż znali jej tożsamość. Jestem prawie pewien, że komuś bardzo zależało na tym, żebyśmy się szybko nie dowiedzieli – odparł komisarz Kruk.

– Trzeba będzie dać ogłoszenie do mediów. Może ktoś ją rozpozna.

– W obecnej sytuacji to chyba jedyne wyjście. Porozmawiam o tym ze starym, jak tylko wrócimy do firmy. No chyba że wcześniej ktoś zgłosi zaginięcie młodej kobiety. Ale teraz muszę coś zjeść – oznajmił Piotr.

Podczas posiłku podkomisarz odebrał telefon z komendy, że mają jak najszybciej wracać. Zapłacili i nie kończąc obiadu, pospiesznie wyszli z baru.

– Ciekawe, o co chodzi? – spytał Marcin.

– Może ktoś się zgłosił w sprawie ofiary – odpowiedział Piotr.

Ledwie wsiedli do auta, zadzwonił jego telefon. Komisarz porozmawiał chwilę z kimś z komendy i zawrócił samochód.

– Co jest?

– Wracamy na miejsce zbrodni.

– Po co? – zdziwił się Marcin.

– Niedaleko tego miejsca ktoś znalazł zwłoki niemowlaka.

– O cholera. Myślisz, że to jej dziecko?

– Wiele na to wskazuje – odpowiedział Piotr. Dalszą część drogi pokonali w milczeniu.

Żaden z nich nie znał kolegi po fachu, którego by w ogóle nie poruszyła sprawa morderstwa dziecka. Za każdym razem kiedy komuś przychodzi prowadzić tego typu śledztwo, zostawia to w jego pamięci trwały ślad.

Miejsce, gdzie