Krüger II. Tygrys - Marcin Ciszewski - ebook

Krüger II. Tygrys ebook

Marcin Ciszewski

4,2

Opis

Marcin Ciszewski, autor bestsellerowego cyklu Wojna.pl (WWW) przedstawia Wilhelma Krügera.

 

Stworzono go, by zadziwiał Świat, lecz on ten Świat postanowił podbić.

Inteligentny, bezwzględny, drapieżny. Złodziej.

Doskonale przystosowany do czasów, w których przyszło mu żyć.

 

Rok 1919 na Ukrainie to był dziwny rok. Zmieniały się rządy, Ukraińców wypierali bolszewicy, tych - Biali Denikina,

potem Biali uciekali a do władzy ponownie dochodzili bolszewicy...

Krüger, uwikłany w sprawy rodzinne stara się uciec od polityki. Zostaje jednak zmuszony do opowiedzenia się po jednej ze stron.

W efekcie staje naprzeciw najbardziej złowrogiej i bezwzględnej organizacji policyjnej na świecie - wszechwładnej Czeka... 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




MARCIN CISZEWSKI

Krüger II Ty­grys

 

 

© 2016 Marcin Ciszewski

© 2016 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta: Zuzanna Guty

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-64523-68-7

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

I

To nie­spra­wie­dli­we, my­ślę.

On wie wszyst­ko, zna każ­dy mój ruch, każ­dy gest i za­miar. Ja nie wiem ni­cze­go.

Po co tu je­stem? Z ja­kie­go po­wo­du opo­wia­dam na­wet o ta­kich wy­da­rze­niach, o któ­rych za wszel­ką cenę chciał­bym nie pa­mię­tać? Kim jest mój roz­mów­ca? Wę­drow­cem, jak ja? Prze­zna­cze­niem? Klucz­ni­kiem do in­ne­go świa­ta?

Sta­rzec pa­trzy w pło­mie­nie. Drew­no trza­ska su­cho. Gdy­by nie to, ci­sza by­ła­by nie­mal ab­so­lut­na. Nie sły­chać naj­cich­sze­go szme­ru. Je­stem ni­g­dzie. I wszę­dzie. Poza cza­sem i prze­strze­nią.

– Na­sza wy­pra­wa od po­cząt­ku wy­da­wa­ła mi się po­zba­wio­na sen­su – mó­wię pół­gło­sem. Nie przy­cho­dzi mi to ła­two.

Sta­rzec na­dal wy­da­je się za­fa­scy­no­wa­ny ogniem. Nic nie wska­zu­je, by do­ce­niał mój wy­si­łek. Cze­ka. Za­czy­nam czuć złość, choć przez całe ży­cie chlu­bi­łem się tym, że nie­ła­two wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wa­gi.

– Nie dla­te­go, że Ewe­li­na nie za­słu­gi­wa­ła na po­moc – kon­ty­nu­uję, tym ra­zem nie­co gło­śniej. Może wy­rwę go z le­tar­gu. Może pój­dę na skró­ty i skoń­czę szyb­ciej tę spo­wiedź. Za­czy­na mnie ona mę­czyć. Dziw­ne, zwa­żyw­szy, że ni­g­dzie nie po­win­no mi się spie­szyć. – Prze­ciw­nie. Była człon­kiem ze­spo­łu.

– Więc cze­mu? – pyta, na­dal na mnie nie pa­trząc. Pło­mień strze­la iskra­mi. Noc jest głę­bo­ka i czar­na. Sie­dzi­my tu już wie­le go­dzin, a nie są­dzę, by mia­ła skoń­czyć się pręd­ko.

– Przede wszyst­kim dla­te­go, że ob­li­cza­łem szan­se od­zy­ska­nia dziew­czy­ny jako mi­ni­mal­ne. Ukra­ina jest wiel­ka, Ro­sja wie­lo­krot­nie więk­sza. Je­śli ktoś chce się scho­wać, znik­nie i nie znaj­dzie go nikt. Koń­czy­ła się wiel­ka woj­na, roz­pa­la­ła woj­na do­mo­wa, masy ludz­kie prze­miesz­cza­ły się ze wscho­du na za­chód i z za­cho­du na wschód. Dwo­je lu­dzi w tym sto­gu sia­na na­wet nie przy­po­mi­na­ło igły. Byli może jak sam jej czu­bek, tak mi­kro­sko­pij­ny, że wła­ści­wie nie do za­uwa­że­nia, dro­bin­ka ku­rzu po­rwa­na przez hu­ra­gan.

– Krüger zda­wał so­bie spra­wę z two­jej nie­lo­jal­no­ści?

– Nie by­łem nie­lo­jal­ny – pro­te­stu­ję, sta­ra­jąc się nie oka­zać, jak bar­dzo boli mnie to okre­śle­nie. – Bez wa­ha­nia za­ofe­ro­wa­łem mu po­moc. Uru­cho­mi­łem wszyst­kie kon­tak­ty.

– Ale w ser­cu czu­łeś żal.

Przez chwi­lę w mil­cze­niu prze­żu­wam złość. Mu­szę się opa­no­wać, co nie jest ła­twe. Z per­spek­ty­wy ta­kiej nocy jak dzi­siej­sza pew­ne, na­wet od­le­głe spra­wy wi­dać ze szcze­gól­ną ostro­ścią. Czy nie o to cho­dzi temu dziw­ne­mu czło­wie­ko­wi, któ­ry na­gle sta­nął na mej dro­dze, gdy zdez­o­rien­to­wa­ny i zroz­pa­czo­ny błą­dzi­łem w ciem­no­ści?

– Nie wiem dla­cze­go – przy­zna­ję.

– Wpa­dłeś na to póź­niej?

– Dużo póź­niej, choć sam nie wiem kie­dy do­kład­nie. Czu­łem po pro­stu, że Krüger wy­my­ka mi się z rąk. Szu­kał­by Ewe­li­ny ze mną czy beze mnie. Po­dej­mo­wał­by ta­kie de­cy­zje, ja­kie tyl­ko on uzna­wał za sto­sow­ne.

– To oczy­wi­ste.

– W tej sy­tu­acji być może. W in­nych nie.

– Do­ro­ślał. A ty nie uła­twi­łeś mu spra­wy, opo­wia­da­jąc o ro­dzi­cach.

– By­łem mu to win­ny.

– Nie to mam na my­śli. Wy­ja­śnie­nia mu się na­le­ża­ły. Ale nada­ły inny sens jego ży­ciu. Mu­siał za­cząć się okre­ślać w no­wych oko­licz­no­ściach. Mu­siał za­cząć my­śleć o rze­czach, któ­re do­tych­czas na­wet nie przy­cho­dzi­ły mu do gło­wy. Od mo­men­tu po­rwa­nia Ewe­li­ny i two­jej opo­wie­ści o ro­dzi­cach był zmu­szo­ny do wy­my­śle­nia się na nowo. A to ni­g­dy nie przy­cho­dzi bez bólu.

Za­sta­na­wiam się. A Sta­rzec, nie­ty­po­wo, nie cze­ka, aż skoń­czę.

– Czu­łeś bez­sens po­szu­ki­wań – mówi. – I mia­łeś nie­wiel­ką ocho­tę na po­dróż w to­wa­rzy­stwie czło­wie­ka, któ­ry po­ka­zy­wał ci swą nową twarz. Tra­ci­łeś kon­tro­lę, a na to nie by­łeś przy­go­to­wa­ny.

– To nie tak. Nie­zbyt wie­rzy­łem w sku­tecz­ność po­szu­ki­wań, po pro­stu, ale ru­szy­łem w dro­gę i sta­ra­łem się ze wszyst­kich sił. Moż­na dzia­łać na­wet bez wia­ry w suk­ces.

– Moż­na. – Kiwa gło­wą. Nie musi do­da­wać, że uwa­ża ta­kie dzia­ła­nie za sztu­kę dla sztu­ki. – Tyl­ko za­sad­ne po­zo­sta­je wte­dy py­ta­nie, kto wo­bec kogo był nie­lo­jal­ny, praw­da? ■

Część 1. DROGA

Je­cha­li przez Ruś.

Śmier­tel­nie ran­ną, a za­ra­zem do­cho­dzą­cą do zdro­wia, wy­zwa­la­ją­cą się z oko­wów sta­re­go re­żi­mu i wpa­da­ją­cą w nową nie­wo­lę, nie­spo­koj­ną i siel­ską, wsty­dli­wą i dum­ną Ukra­inę. Nie­bez­piecz­ny kraj, chcą­cy za­bić i chcą­cy oca­lić, pra­gną­cy nie­ba przy­chy­lić swo­im oby­wa­te­lom, a jed­no­cze­śnie mor­du­ją­cy z zim­ną krwią pol­skich zie­mian, Ży­dów, bol­sze­wi­ków i bia­łych, ob­szar­ni­ków, re­ak­cjo­ni­stów, chło­pów i in­te­li­gen­tów. Kraj bia­ły, czer­wo­ny i czar­ny, kraj bu­dze­nia się su­mień i przyj­ścia na świat naj­strasz­niej­szych ludz­kich de­mo­nów. Kraj wie­lu ję­zy­ków, wie­lu na­ro­do­wo­ści i trzech wiel­kich re­li­gii, za­pie­kłe­go kon­ser­wa­ty­zmu i naj­bar­dziej sza­lo­ne­go po­stę­pu.

Ukra­ina póź­ną je­sie­nią 1918 roku była oce­anem wy­peł­nio­nym nie­na­wi­ścią i krwią. Prze­bi­ja­nie się przez ów oce­an przy­po­mi­na­ło wy­sił­ki pły­wa­ka, któ­ry sta­ra się zdą­żać pro­stą li­nią do celu, lecz prąd, wiatr i od­pływ spy­cha­ją go z wy­ty­czo­ne­go szla­ku. Kol­cow aż nad­to do­brze zda­wał so­bie spra­wę, że ma­jąc u boku dziew­czy­nę, któ­rej uro­dy ni­g­dy do koń­ca nie ma­sko­wa­ła po­tar­ga­na fry­zu­ra, brud i zbyt ob­szer­ny ubiór, na­ra­żał sie­bie i to­wa­rzysz­kę na śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo. Pal dia­bli jego wła­sne: nie oba­wiał się śmier­ci od kuli, sza­bli czy ba­gne­tu, szyb­kiej śmier­ci, w któ­rej ból nie zdo­ła na­wet za­ata­ko­wać zmy­słów. Gdy jed­nak my­ślał, co mo­gło­by się przy­tra­fić Ewe­li­nie, na ja­kie męki by­ła­by wy­sta­wio­na, zna­la­zł­szy się na ła­sce roz­pa­sa­ne­go tłu­mu, wy­zwo­lo­ne­go z na­wy­ków dys­cy­pli­ny spo­łecz­nej zwią­za­nej ze sta­rym po­rząd­kiem, ro­bi­ło mu się zim­no; jego ser­ce prze­szy­wał wte­dy nie­mal fi­zycz­ny ból. Ogar­niał go bez­wład i ja­kaś dziw­na nie­moc: mu­siał siłą na­rzu­cić so­bie umie­jęt­ność opa­no­wa­nia jej. Ogrom­nym wy­sił­kiem woli sta­rał się prze­kształ­cać po­nu­re my­śli w ener­gię i po­my­sło­wość ko­niecz­ną do prze­trwa­nia.

Cel: Ki­jów.

Nocą i za dnia, po­cią­giem, kon­no, na pie­cho­tę, chłop­ską fur­man­ką czy dwor­ską brycz­ką – chwy­tał się każ­de­go sku­tecz­ne­go spo­so­bu jaz­dy i środ­ka ko­mu­ni­ka­cji. Sta­rał się uni­kać lu­dzi, a zwłasz­cza chło­pów we wsiach. Do mia­ste­czek rów­nież nie za­glą­dał: naj­czę­ściej pa­no­wa­ły tam re­wo­lu­cyj­ne po­rząd­ki. Wła­dzę przej­mo­wa­ły rew­ko­my i – na ogół przy­sła­ni z Mo­skwy – ko­mi­sa­rze. Za­trzy­my­wał się po la­sach, cier­piąc zim­no i nie­wy­go­dy, albo w sto­ją­cych na ubo­czu, sa­mot­nych chłop­skich cha­tach, gdzie mógł spo­koj­nie wy­tłu­ma­czyć, że nie są ni­kim god­nym uwa­gi, za­pła­cić kil­ka ko­pie­jek za noc­leg, a ran­kiem ru­szyć w dal­szą dro­gę.

Te­raz, po kil­ku ty­go­dniach po­dró­ży od­by­wa­nej zyg­za­kiem przez po­łu­dnio­wy skra­wek Wo­ły­nia i Po­do­le, po­zo­stał im koń­co­wy, choć naj­dłuż­szy od­ci­nek. Od jed­ne­go z na­po­tka­nych po dro­dze ukra­iń­skich ko­le­ja­rzy, wy­jąt­ko­wo jak na owe cza­sy życz­li­we­go i skłon­ne­go do po­mo­cy – a tak­że naj­wy­raź­niej nie­zbyt przy­chyl­ne­go pa­nu­ją­cej wo­kół re­wo­lu­cyj­nej anar­chii – do­wie­dział się, że w od­le­głej o go­dzi­nę dro­gi Sze­pe­tów­ce moż­na zła­pać po­ciąg ja­dą­cy do Ki­jo­wa. Ow­szem, Iwan wie­dział, że mia­stecz­ko sta­no­wi­ło duży wę­zeł ko­le­jo­wy, ale sama wia­do­mość wy­da­ła mu się dziw­na. Dróż­nik wy­ja­śnił jed­nak, że rząd Ukra­iń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej, chcąc wyjść na­prze­ciw licz­nym żą­da­niom Po­la­ków i umoż­li­wić im wy­jazd do nowo od­ra­dza­ją­cej się oj­czy­zny (a w rze­czy­wi­sto­ści po­zbyć się ich na do­bre), zor­ga­ni­zo­wał sze­reg po­cią­gów ja­dą­cych na za­chód. Je­śli Iwa­no­wi i jego to­wa­rzysz­ce do­pi­sze szczę­ście, może za­bio­rą się jed­nym z po­wrot­nych kur­sów?

Taka per­spek­ty­wa nie­zwy­kle Kol­co­wa ucie­szy­ła. Obo­je byli nie­ludz­ko zmę­cze­ni, wy­głod­nia­li i prze­mar­z­nię­ci. Moż­li­wość po­ko­na­nia ostat­nich stu pięć­dzie­się­ciu wiorst w cią­gu kil­ku go­dzin wy­da­ła się nie­mal da­rem nie­bios.

Mia­sto było już o krok, wi­dzie­li jego bla­de świa­tła, kie­dy Ewe­li­na ci­chym gło­sem po­pro­si­ła o dzie­sięć mi­nut od­po­czyn­ku. Kol­cow, nie­mal wy­czu­wa­ją­cy cie­płe wnę­trze dwor­ca, wo­lał­by ostat­ni od­ci­nek dro­gi prze­być jak naj­szyb­ciej, ale dziew­czy­na wy­glą­da­ła na cał­ko­wi­cie wy­czer­pa­ną. Zim­no prze­ni­ka­ło do szpi­ku ko­ści, ostat­ni po­si­łek je­dli rano, i cóż to był za po­si­łek: odro­bi­na su­szo­ne­go mię­sa po­pi­ta zim­ną, lu­ro­wa­tą kawą. Po­ru­sza­li się wol­no: cią­gną­ca san­ki, ku­pio­na kil­ka dni temu od chło­pa za­bie­dzo­na cha­be­ta szła wła­ści­wie wy­łącz­nie stę­pa; ogól­nie spra­wia­ła wra­że­nie do­bie­ga­ją­cej kre­su ży­wo­ta.

Ewe­li­na przez całą dro­gę mil­cza­ła, po­grą­żo­na w my­ślach.

Kol­cow zmu­sił ko­nia do zje­cha­nia ze szla­ku. Za­trzy­ma­li się w ra­chi­tycz­nym za­gaj­ni­ku. Dziew­czy­na wy­sia­dła z sań i, ba­da­jąc prze­strzeń dłu­gim na metr ki­jem, znik­nę­ła w ciem­no­ści. Mrok miał atra­men­to­wą bar­wę, śnieg mdło lśnił w świe­tle gwiazd. Mróz tę­żał.

Kol­cow przy­piął ko­by­le wo­rek z ob­ro­kiem, a po­tem się­gnął do kie­sze­ni. Wy­cią­gnął z niej kart­kę. Tekst, za­pi­sa­ny rów­nym, ka­li­gra­ficz­nym pi­smem, roił się od skre­śleń i po­pra­wek. Ciem­ność nie po­zwa­la­ła roz­róż­nić li­ter, ale Iwan nie miał za­mia­ru czy­tać. Znał każ­de sło­wo na pa­mięć. Był to brud­no­pis li­stu na­pi­sa­ne­go wie­le dni temu, na jed­nym z po­sto­jów.

Dro­ga Anno Ja­no­wi­czow­na,

pi­szę do Cie­bie, po­nie­waż nie zo­ba­czy­my się już wię­cej. Pod­ją­łem de­cy­zję, któ­ra w za­sad­ni­czy spo­sób zmie­ni­ła moje ży­cie.

Nie rób so­bie wy­rzu­tów: to nie Two­ja wina. Zda­ję so­bie spra­wę, że nie by­łem dla Cie­bie ła­twym to­wa­rzy­szem ży­cia; speł­nie­nie mo­ich wy­ma­gań kosz­to­wa­ło Cię z pew­no­ścią dużo wy­sił­ku i dys­cy­pli­ny, do któ­rej – je­stem w peł­ni świa­dom – nie­ła­two było Ci się wdro­żyć. Ja ze swej stro­ny nie da­wa­łem Ci tego, co każ­dy mąż ma obo­wią­zek da­wać; na­dziei ma­cie­rzyń­stwa. Nie jest to moją winą. Naj­wyż­szy w tej ma­te­rii po­ską­pił mi nie­ste­ty swej ła­ski, co w ża­den spo­sób nie zmie­nia sy­tu­acji. Za­wio­dłem Cię, wiem o tym.

Nie mo­głem da­lej tak żyć; w nie swo­im kra­ju, uży­wa­jąc nie swo­jej mowy, z dala od Ma­tusz­ki Ro­sji, bez celu i sen­su. Czym­że bo­wiem jest bo­gac­two ma­te­rial­ne, gdy nie wy­peł­nia go du­cho­wa treść? Po­zło­tą, ni­czym wię­cej. Wy­dmusz­ką, umi­la­ją­cą ży­cie, ale go­to­wą pęk­nąć przy byle ob­ro­cie for­tu­ny.

Po­sta­no­wi­łem więc wy­rzec się Cie­bie i roz­po­cząć nowe ży­cie. Wy­bacz mi; zmil­czę o szcze­gó­łach mego pla­nu. By jed­nak nie fol­go­wać so­bie i ewen­tu­al­nym przy­szłym sła­bo­ściom, zde­cy­do­wa­łem rów­nież o po­zby­ciu się ma­jąt­ku; wkrót­ce przy­stą­pię do re­ali­za­cji tego za­mie­rze­nia. Nie chcąc jed­nak zo­sta­wiać Cię bez środ­ków do ży­cia w tych nie­ła­twych prze­cież cza­sach, za­pi­su­ję Ci w ca­ło­ści na­sze wspól­ne miesz­ka­nie oraz dzie­sięć ty­się­cy ru­bli w zło­cie, zde­po­no­wa­nych w Ban­ku Za­chod­nim. Upew­ni­łem się, że wa­lo­ry te nie wpa­dły w ręce oprysz­ków, któ­rzy na­pa­dli na ów bank w ostat­nich dniach paź­dzier­ni­ka, cze­go obo­je by­li­śmy świad­ka­mi. Wy­sła­łem już do ban­ku od­po­wied­nie upo­waż­nie­nie wy­sta­wio­ne na Twe na­zwi­sko.

Szcze­rze ży­czę Ci, byś była szczę­śli­wa. Je­śli po­ja­wi się w Twym ży­ciu od­po­wied­ni męż­czy­zna, wiedz, że nie je­stem temu prze­ciw­ny.

Szcze­rze od­da­ny,

Iwan

 

Kol­cow osta­tecz­nie wy­słał list do­pie­ro wczo­raj, nie ma­jąc żad­nej gwa­ran­cji, że do­trze do ad­re­sat­ki. Wcze­śniej wie­lo­krot­nie miał oka­zję to zro­bić w znacz­nie bez­piecz­niej­szy spo­sób, udo­wad­niał so­bie wsze­la­ko, że oka­zje nie są wy­star­cza­ją­co pew­ne. Pocz­ta dzia­ła­ła nie­re­gu­lar­nie, cza­sa­mi nie dzia­ła­ła wca­le. Gdzieś w głę­bi du­cha czuł jed­nak, że się oszu­ku­je; cho­dzi­ło o coś zu­peł­nie in­ne­go.

Po­moc­nik nie uła­twiał pod­ję­cia de­cy­zji.

– Nie chcesz spa­lić wszyst­kich mo­stów, do­pó­ki nie upew­nisz się, że two­je nowe ży­cie ma sens – ma­wiał, gdy Iwan na po­sto­jach ob­ra­cał w rę­kach za­kle­jo­ną ko­per­tę. Jego nie­zno­śna, peł­na wyż­szo­ści pew­ność sie­bie do­pro­wa­dza­ła nie­raz Kol­co­wa do sza­łu. Po­moc­nik nie przej­mo­wał się prze­ja­wa­mi złe­go hu­mo­ru swe­go in­ter­lo­ku­to­ra. Sia­dy­wał, w za­leż­no­ści od oka­zji, na krze­śle lub skra­ju bar­ło­gu, jak za­wsze nie­ska­zi­tel­nie ele­ganc­ki i wy­twor­ny, hoł­du­ją­cy do­brym ma­nie­rom, pre­cy­zyj­ny i bez­li­to­śnie lo­gicz­ny. I punk­to­wał, bez wy­sił­ku znaj­du­jąc luki w ro­zu­mo­wa­niu Iwa­na.

– Nie­praw­da.

– Szko­da cza­su na wy­krę­ty, Iwa­nie. – Po­moc­nik spra­wiał wra­że­nie nie­zmier­nie zde­gu­sto­wa­ne­go. – An­drie­jew za­nę­cił cię per­spek­ty­wa­mi no­we­go ży­cia i no­wych wy­zwań, ale wca­le nie je­steś pe­wien, czy ta pro­po­zy­cja ci od­po­wia­da. W grun­cie rze­czy nie­zły z cie­bie kunk­ta­tor. Za­wsze idziesz na pew­nia­ka.

– Bred­nie – de­ner­wo­wał się Kol­cow. – Tłu­kę się przez pół Ukra­iny z nie­wi­do­mą dziew­czy­ną, zo­sta­wia­jąc za sobą całe moje do­tych­cza­so­we ży­cie, żonę, ma­ją­tek, wy­go­dy i roz­le­głe zna­jo­mo­ści. Zmie­rzam do Ki­jo­wa wła­śnie po to, by roz­po­cząć nowe ży­cie. Chcę ze­rwać z Anną, cze­go list jest do­wo­dem. I ty to na­zy­wasz kunk­ta­tor­stwem?

– Och, z Ki­jo­wa do War­sza­wy wca­le nie jest tak da­le­ko. Za­wsze moż­na wró­cić – par­skał lek­ce­wa­żą­co Po­moc­nik. – Za­brać dziew­czy­nę, albo i nie, je­śli uznasz, że ci się znu­dzi­ła, i po­je­chać do War­sza­wy, wprost w cie­peł­ko go­to­we­go miesz­czań­skie­go gniazd­ka. Co in­ne­go, gdy­byś wy­słał ten list. Wte­dy po­wrót nie był­by moż­li­wy, przy­naj­mniej bez utra­ty twa­rzy. A na to ni­g­dy so­bie nie po­zwo­lisz. Anna mimo wszyst­kich two­ich wąt­pli­wo­ści była sta­łym punk­tem ży­cia, pew­ni­kiem, nad któ­rym spra­wo­wa­łeś peł­ną kon­tro­lę. Gdy ode­tniesz tę pę­po­wi­nę i rze­czy­wi­ście po­weź­miesz de­cy­zję, by roz­dać ma­ją­tek, gdy za­mel­du­jesz się u An­drie­je­wa i roz­pocz­niesz współ­pra­cę z nim, uznam, że rze­czy­wi­ście chcesz zmian.

– De­cy­zja zo­sta­ła pod­ję­ta.

– Chciał­byś dać Panu Bogu świecz­kę i dia­błu oga­rek, Iwa­nie, ot co. – Nie da­wał się prze­ko­nać Po­moc­nik. – Do­brze. Po­wiedz­my, że ci wie­rzę. Roz­sta­niesz się z Anną, po­zbę­dziesz ma­jąt­ku i za­mel­du­jesz u An­drie­je­wa. Mo­żesz mi po­wie­dzieć, w jaki spo­sób za­mie­rzasz po­świę­cić się no­wym za­da­niom, jed­no­cze­śnie pil­nu­jąc dziew­czy­ny?

– To nie bę­dzie sta­no­wi­ło pro­ble­mu – od­parł Iwan, po­waż­nie­jąc. Po­moc­nik na­wet nie zwró­cił uwa­gi na tward­sze nuty w jego gło­sie.

– Od­wrot­nie. Bę­dzie sta­no­wi­ło, i to po­waż­ny. Pa­mię­tasz, jak An­drie­jew mó­wił, że do rze­ki re­wo­lu­cji moż­na wejść tyl­ko raz? Nie wy­glą­dał na żar­tow­ni­sia. Bę­dzie wy­ma­gał od cie­bie peł­ne­go po­świę­ce­nia. A tak­że twe­go cza­su. Bę­dziesz mu­siał za­nu­rzyć się w no­wej pra­cy aż po czu­bek gło­wy. Nie zo­sta­nie miej­sca na nic in­ne­go. A ona? Jej nie tyl­ko trze­ba pil­no­wać. Nią trze­ba się rów­nież opie­ko­wać. Niań­czyć ją. Jest bar­dziej bez­rad­na niż pię­cio­let­nie dziec­ko.

– Nie.

– Co: nie? W któ­rym punk­cie się ze mną nie zga­dzasz? Jest nie­wi­do­ma? Jest. Zwra­ca na sie­bie uwa­gę? Oczy­wi­ście. A przez to na cie­bie rów­nież. Tra­cisz przy niej gło­wę? Jak ni­g­dy przy ni­kim. Wcze­śniej nie wi­dzia­łem cię tak roz­ko­ja­rzo­ne­go. Do tej pory mia­łem do czy­nie­nia z czło­wie­kiem od­zna­cza­ją­cym się by­strym umy­słem i peł­ną roz­wa­gą w dzia­ła­niu. By­łeś nie­mal po nie­miec­ku do­kład­ny, nie­kie­dy na­wet prze­sad­nie. Te­raz to pieśń prze­szło­ści. Obok cie­bie mógł­by prze­je­chać bi­ją­cy w bęb­ny pułk ka­wa­le­rii i ty, wpa­trzo­ny w tę dzie­wi­czą pięk­ność, na­wet byś tego nie za­uwa­żył.

– Prze­sa­dzasz.

– Po­zbądź się jej, Iwa­nie, do­brze ci ra­dzę. Obo­jęt­nie – wró­cisz do Anny czy za­mel­du­jesz się u An­drie­je­wa – ta dziew­czy­na jest wy­łącz­nie zbęd­nym ba­la­stem, mo­gą­cym na do­da­tek cię po­grą­żyć.

– Nie.

Po­moc­nik za­milkł, ale w gło­sie Iwa­na po raz pierw­szy od opusz­cze­nia Lwo­wa za­bra­kło sta­now­czo­ści. Sta­lo­wy upór znikł. Iwan Kol­cow za­czął zda­wać so­bie spra­wę, że Po­moc­nik ma ra­cję.

Ewe­li­na, ci­cha i ule­gła, ma­ło­mów­na i za­mknię­ta w so­bie, bez­rad­na, ale w pe­wien spo­sób jed­nak twar­da jak głaz, fa­scy­no­wa­ła go co­raz bar­dziej. Kol­cow był zmu­szo­ny przy­znać, że ni­g­dy w swo­im trzy­dzie­sto­let­nim ży­ciu nie spo­tkał ni­ko­go, kto choć odro­bi­nę przy­po­mi­nał­by to­wa­rzysz­kę po­dró­ży. Jej oso­bo­wość i uro­da cał­ko­wi­cie go opa­no­wa­ły. Po­moc­nik miał ra­cję: sta­no­wi­ła prze­szko­dę w zre­ali­zo­wa­niu celu. Je­śli miał się jej po­zbyć, mu­siał zro­bić to te­raz, nim spra­wy za­brną za da­le­ko.

Tak czy nie?

Pod­jął de­cy­zję.

– Bra­wo – po­wie­dział Po­moc­nik.

– Nie ma się z cze­go cie­szyć.

– Jest. Wra­ca sta­ry Iwan.

I wte­dy Kol­cow usły­szał krzyk.

***

Od pierw­szej se­kun­dy tej dziw­nej i strasz­nej za­ra­zem po­dró­ży Ewe­li­na od­ga­dy­wa­ła w swym cie­mię­ży­cie­lu nie­zwy­kłe na­pię­cie, da­ją­ce się od­czuć zwłasz­cza wte­dy, gdy męż­czy­zna znaj­do­wał się bli­sko niej. Kil­ka­krot­nie chciał jej do­tknąć, ale co­fał rękę w ostat­niej chwi­li. Może za­mie­rzał ją po­gła­dzić po twa­rzy, mu­snąć po­li­czek; może na­wet po­ca­ło­wać. Na pew­no nie chciał zro­bić jej krzyw­dy. Dziew­czy­na czu­ła, że nie­zna­jo­my czę­sto i dłu­go jej się przy­glą­da. Od­no­si­ła nie­ja­sne wra­że­nie, że za­czy­na ich łą­czyć więź, któ­rej nie ro­zu­mia­ła i któ­ra, szcze­rze mó­wiąc, prze­ra­ża­ła ją bar­dziej niż samo po­rwa­nie i po­dróż w nie­zna­ne.

Nie­zna­jo­my, w tych rzad­kich mo­men­tach, kie­dy zo­sta­wiał ją samą, dbał o to, by mia­ła bar­dzo ogra­ni­czo­ną swo­bo­dę ru­chów. W po­ko­jach, któ­re wy­naj­mo­wał na noc, krę­po­wał ją, kne­blo­wał i przy­wią­zy­wał do sto­łu czy sza­fy. Jed­no­cze­śnie dbał, by wię­zy i kne­bel w ża­den spo­sób nie były do­kucz­li­we. Za­wsze też kładł się spać po­mię­dzy nią a drzwia­mi czy oknem.

Te­raz, gdy po raz pierw­szy zo­sta­ła sama bez krę­pu­ją­cych ją wię­zów, po­czu­ła się za­gu­bio­na.

Prze­śla­dow­ca, pro­szą­cy, by na­zy­wać go Iwa­nem, twier­dził, że zmie­rza­ją do Ki­jo­wa, ale tyl­ko do tego ogra­ni­czył wy­ja­śnie­nia. Nie zdra­dził ani po­wo­du tej cią­gną­cej się po­nad sto ki­lo­me­trów po­dró­ży, ani dal­szych za­mia­rów. Za­kła­dał jej na noc wię­zy, ale poza tym trak­to­wał do­brze, ani razu nie po­su­wa­jąc się do pod­no­sze­nia gło­su, o uży­ciu siły nie wspo­mi­na­jąc.

Ewe­li­na szła po­wo­li, ostroż­nie sta­wia­jąc sto­py i ba­da­jąc prze­strzeń po­zba­wio­nym sę­ków ki­jem. Mimo to dwu­krot­nie omal nie wpa­dła na drze­wo. Choć pra­gnę­ła być sama, nie chcia­ła za bar­dzo od­da­lać się od miej­sca, w któ­rym po­zo­sta­wi­ła Iwa­na.

Za­trzy­ma­ła się i za­czę­ła roz­pi­nać płaszcz. Zbyt póź­no usły­sza­ła trzask ła­ma­nych ga­łę­zi.

Po­czu­ła, że czy­jeś sil­ne ręce ła­pią ją wpół i oba­la­ją na zie­mię.

Krzyk­nę­ła.

***

Głu­cho huk­nął da­le­ki ar­mat­ni wy­strzał. Po­tem dru­gi i trze­ci.

Chwi­lę póź­niej za­grzmia­ły eks­plo­zje, cał­kiem bli­sko, może na są­sied­niej uli­cy. Po­dmuch za­trząsł bu­dyn­kiem. Z su­fi­tu celi po­sy­pał się mo­kry od szro­nu kurz.

Krüger pod­niósł gło­wę. Wie­dział, że nie­mal całe mia­sto znaj­do­wa­ło się w za­się­gu ukra­iń­skiej ar­ty­le­rii, a ob­lę­że­nie trwa­ło od mo­men­tu wyj­ścia ze Lwo­wa ru­siń­skich wojsk. Po­la­kom uda­ło się utrzy­mać w swo­ich rę­kach li­nię ko­le­jo­wą Lwów – Prze­myśl, o któ­rą to­czy­ły się krwa­we i za­cię­te wal­ki. Oprócz tego jed­ne­go wy­ło­mu pier­ścień okrą­że­nia był szczel­ny.

Wszyst­kie­go tego do­wie­dział się od znu­dzo­ne­go, a przez to ga­da­tli­we­go straż­ni­ka. Czło­wiek ów, wiecz­nie nie­ogo­lo­ny typ w śred­nim wie­ku, po­cząt­ko­wo trak­to­wał więź­nia z za­wo­do­wą obo­jęt­no­ścią; po­nie­waż jed­nak areszt świe­cił pust­ka­mi, a aresz­tant stop­nio­wo do­cho­dził do zdro­wia, straż­nik co­raz czę­ściej da­wał się wcią­gać w roz­mo­wę.

– Cho­le­ra by ich wzię­ła, skur­wy­sy­nów – mó­wił. – Wczo­raj dwa po­ci­ski spa­dły na uli­cę tuż koło uni­wer­sy­te­tu. Dwo­je dzie­ci zgi­nę­ło, a ich mat­ka zo­sta­ła cięż­ko ran­na.

Albo:

– Cały dach ka­mie­ni­cy przy Pa­sa­żu Mi­ku­la­scha się za­padł. Czte­ry ro­dzi­ny nie mają gdzie miesz­kać, uwa­żasz pan? A mróz tęgi. Gdzie oni się po­dzie­ją?

Krüger słu­chał tych no­win chci­wie, nie tyl­ko dla­te­go, że nie chciał obo­jęt­no­ścią zra­żać do sie­bie straż­ni­ka. Sta­no­wił jego je­dy­ny kon­takt ze świa­tem.

Kie­dy jed­nak Wil­helm sta­rał się de­li­kat­nie na­pro­wa­dzać klucz­ni­ka na swo­je spra­wy, ten ro­bił się ostroż­ny i nie­uf­ny. O kwe­stiach do­ty­czą­cych więź­nia mó­wić nie chciał.

– Ka­za­li pil­no­wać, to pil­nu­ję. W ja­kim ter­mi­nie sta­nie przed są­dem, ja tam nie wiem, pa­nie. Nie mó­wi­li i zresz­tą na­wet jak­bym wie­dział, to i tak by się ode mnie nie do­wie­dział. Jak po­rucz­nik ga­dał, że przed są­dem sta­nie, to sta­nie. Ale pew­nie te­raz waż­niej­sze spra­wy mają.

Temu ostat­nie­mu ar­gu­men­to­wi trud­no było od­mó­wić słusz­no­ści. Krüger nie na­ci­skał. Za­in­te­re­so­wa­nie ze stro­ny władz było ostat­nią rze­czą, ja­kiej mógł­by so­bie ży­czyć.

Pięt­na­ście dni temu, tuż po tym, gdy uśmiech­nię­ty i pew­ny sie­bie Beł­żec­ki po­in­for­mo­wał go o po­sta­wio­nych mu za­rzu­tach, Krüger ze­mdlał. Za­da­na ukra­iń­skim ba­gne­tem rana, za­bliź­nio­na pod­czas re­kon­wa­le­scen­cji od­by­tej pod czu­łym okiem Ja­dwi­gi Bro­chwicz, otwar­ła się pod­czas upad­ku. Prze­mę­czo­ny le­karz, dzień i noc za­ję­ty ra­to­wa­niem ży­cia i zdro­wia ran­nych na­pły­wa­ją­cych z fron­tu, zna­lazł czas tyl­ko na dwie krót­kie wi­zy­ty u aresz­tan­ta. Za­ta­mo­wał krwo­tok, po­now­nie za­ło­żył szwy, po czym ka­zał poić, mo­dlić się do Boga i cze­kać. Wię­zień przez ko­lej­ne dwa ty­go­dnie go­rącz­ko­wał i tyl­ko oka­zjo­nal­nie od­zy­ski­wał przy­tom­ność.

Osta­tecz­nie osiem­na­sto­let­ni, że­la­zny or­ga­nizm zwy­cię­żył.

Gdy Krüger obu­dził się na do­bre, stwier­dził, że jest za­ro­śnię­ty, brud­ny i sła­by jak dziec­ko. Szyb­ko po­czuł głód: na tej pod­sta­wie wy­wnio­sko­wał, że do­cho­dzi do zdro­wia. Go­rącz­ka spa­dła, był w sta­nie przejść celę w po­przek bez za­wro­tów gło­wy; od­zy­skał też, choć nie bez kło­po­tów, zdol­ność my­śle­nia.

Usły­szał zgrzyt klu­cza w zam­ku.

Straż­nik wszedł do środ­ka, trzy­ma­jąc mi­skę z zupą. Po celi roz­szedł się aro­mat kar­to­flan­ki. Krüger usły­szał, że bur­czy mu w brzu­chu. Straż­nik po­sta­wił mi­skę na sto­li­ku.

– Dzię­ku­ję – mruk­nął wię­zień, bio­rąc w garść łyż­kę. Zupa była go­rą­ca, co sta­no­wi­ło jej głów­ną za­le­tę. Ale to na ra­zie wy­star­czy­ło. Oprócz wil­cze­go ape­ty­tu od­czu­wał do­tkli­we zim­no. Sto­ją­cy w ką­cie że­liw­ny piec wy­glą­dał na nie­uży­wa­ny od cza­sów ce­sa­rza Fran­cisz­ka Jó­ze­fa.

– Niech je na zdro­wie.

– Bar­dzo do­bre – po­wie­dział Krüger. Na­gle coś mu przy­szło do gło­wy. Pod­niósł wzrok. – Któ­ry dzi­siaj jest?

– Ósmy. Ósmy grud­nia.

– Mój Boże. – Krüger na­gle stra­cił ape­tyt. Li­cha stal łyż­ki stuk­nę­ła o blat. – Dwa ty­go­dnie tu je­stem?

– Tak ja­koś. – Straż­nik wzru­szył ra­mio­na­mi. – Dłu­go le­żał i spał.

– I... – wię­zień za­wa­hał się – ...nikt nie py­tał o mnie?

– A kto miał py­tać?

Krüger nie od­po­wie­dział.

Rze­czy­wi­ście. Któż mógł py­tać?

Cy­gan?

Krüger stra­cił go z oczu, gdy wy­bu­chła strze­la­ni­na na tym cho­ler­nym polu. Nie miał pew­no­ści, co sta­ło się da­lej z jego to­wa­rzy­szem. Praw­do­po­do­bień­stwo, że tra­fi­ła go któ­raś z la­ta­ją­cych w po­wie­trzu kul, było duże. Zresz­tą – na­wet je­śli nie, po­szu­ki­wa­nia Krüge­ra by­ły­by cał­ko­wi­cie nie­zgod­ne z za­ło­żo­nym i przy­ję­tym pla­nem. Cel wy­pra­wy był je­den: od­na­le­zie­nie Ewe­li­ny, a umo­wa na­der pro­sta: gdy je­den pad­nie lub za­gi­nie, dru­gi ma za wszel­ką cenę kon­ty­nu­ować po­szu­ki­wa­nia.

Nie. Cy­gan nie py­tał­by o nie­go.

Men­tor? To bar­dziej praw­do­po­dob­ne, choć na nie­ko­rzyść tego przy­pusz­cze­nia dzia­łał fakt, że Men­tor nie ma po­ję­cia, co się wy­da­rzy­ło. Od­kąd obaj pod­opiecz­ni opu­ści­li pro­gi jego miesz­ka­nia, nie miał od nich żad­nych wia­do­mo­ści. Nie spo­dzie­wał się ich zresz­tą przed upły­wem kil­ku ty­go­dni. Trud­no wy­obra­zić so­bie po­wód, dla któ­re­go miał­by wsz­czy­nać po­szu­ki­wa­nia. Strze­la­ni­na na ro­gat­kach mia­sta, na­wet je­śli nie umknę­ła jego uwa­dze, nie mo­gła da­wać po­wo­dów do po­dej­rzeń; wal­ki, nie­jed­no­krot­nie ostre i za­cię­te, były w tych dniach na po­rząd­ku dzien­nym.

Ja­dwi­ga?

O tak, Ja­dwi­ga z pew­no­ścią szu­ka go ener­gicz­nie i wy­trwa­le. Opu­ścił ją bez sło­wa po­że­gna­nia. Ja­dwi­ga, za­uro­czo­na swym go­ściem, mo­gła po­dej­rze­wać, że Krüger od­da­lił się, by tak rzec, w ce­lach służ­bo­wych, wy­peł­nia­jąc mi­sję, o któ­rej tak czę­sto na­po­my­kał. Ja­dwi­ga twier­dzi­ła sta­now­czo, że gość wy­ma­ga dal­szej, dłu­go­trwa­łej re­ha­bi­li­ta­cji, jego przed­wcze­sne wyj­ście mo­gła więc po­trak­to­wać nie tyle jako uciecz­kę, ile lek­ko­myśl­ną bra­wu­rę; we­dług niej Krüger po­trze­bo­wał dal­szej po­mo­cy i opie­ki. Tak, zde­cy­do­wa­nie, Ja­dwi­dze wy­star­czy de­ter­mi­na­cji, by go szu­kać.

Czy jed­nak tego chciał? Sta­now­czo nie.

Jego orien­ta­cja w de­li­kat­nej tek­to­ni­ce ko­bie­cych uczuć była na­der mgli­sta, wy­star­cza­ją­ca jed­nak, by oce­nić, że dziew­czy­na była nim za­uro­czo­na, a on wy­ko­rzy­stał ją wy­łącz­nie dla cie­le­snej ucie­chy. Jej cia­ło da­wa­ło peł­ną sa­tys­fak­cję, sama oso­ba po­zo­sta­wa­ła wię­cej niż obo­jęt­na. Wie­dzia­ła o tym? Do­my­śli­ła się?

Naj­praw­do­po­dob­niej.

Straż­nik po­stał jesz­cze przez chwi­lę, ale do­szedł­szy do wnio­sku, że wię­zień stra­cił ocho­tę do dal­szej kon­wer­sa­cji, po­pra­wił pas i wy­szedł.

Drzwi huk­nę­ły po­nu­ro.

***

Krzyk i lo­do­wa­ty strach zmo­bi­li­zo­wa­ły go do sza­leń­cze­go bie­gu.

Do tej pory tyl­ko raz zo­sta­li za­cze­pie­ni; ty­dzień temu gro­ma­da chło­pów chcia­ła wie­dzieć, do­kąd zmie­rza­ją i po co. Na szczę­ście dali się prze­ko­nać, że Iwan sta­ra się prze­do­stać z cho­rą cór­ką do szpi­ta­la w Ki­jo­wie. Poza tą sy­tu­acją, dzię­ki do­świad­cze­niu i prze­zor­no­ści Kol­co­wa, uda­ło się im unik­nąć nie­bez­pie­czeń­stwa i nie na­tknąć na któ­rąś ze stron kon­flik­tu, luź­no cho­dzą­cych ma­ru­de­rów czy w koń­cu zwy­kłych ban­dy­tów, któ­rych ni­g­dy nie brak na te­re­nach ogar­nię­tych woj­ną i roz­pa­dem struk­tur do­tych­cza­so­wej wła­dzy. Kol­cow taki stan rze­czy po­czy­ty­wał za cud.

Te­raz biegł i miał stu­pro­cen­to­wą pew­ność, że do­bry los się od­wró­cił. Ser­ce jak osza­la­łe pom­po­wa­ło krew, a on z roz­pa­czą my­ślał, jak bę­dzie się czuł, gdy Ewe­li­nie sta­nie się coś złe­go. Nie­daw­ny za­miar nie tyl­ko od­szedł precz, te­raz wy­da­wał się ab­sur­dal­ny, rów­nie roz­pacz­li­wy i bez sen­su, co sa­mo­bój­czy. Jak mógł choć przez chwi­lę po­waż­nie roz­wa­żać po­zby­cie się ko­bie­ty, któ­rą ko­chał?

Na­gant sam wsko­czył w dłoń. So­lid­ny cię­żar bro­ni nie­co uspo­ka­jał i do­da­wał skrzy­deł.

Krzyk roz­legł się po­now­nie, tuż obok, na wy­cią­gnię­cie ręki.

Kol­cow wy­padł z za­gaj­ni­ka i zna­lazł się na nie­wiel­kiej, po­kry­tej śnie­giem po­lan­ce, osło­nię­tej drze­wa­mi ze wszyst­kich stron. Ewe­li­na le­ża­ła na ple­cach, a klę­czą­cy u jej boku drab zdzie­rał z niej płaszcz. Dwaj inni trzy­ma­li ją za ręce i nogi. Noc była ciem­na, chmur­na, Iwan wi­dział pra­wie tyle, co nic. De­zer­te­rzy, ma­ru­de­rzy, de­kow­ni­cy – je­den czort.

Na­past­ni­cy byli pew­ni sie­bie, we trzech, ofia­ra sama i bez­bron­na – bar­dziej bez­bron­na, niż śmie­li przy­pusz­czać – co spro­wa­dza­ło ich za­mia­ry do po­zio­mu hien, uf­nych w prze­wa­gę li­czeb­ną nad po­je­dyn­czym, sła­bym prze­ciw­ni­kiem.

Kol­cow za­trzy­mał się i pod­niósł broń. Syl­wet­ka naj­bliż­sze­go gwał­ci­cie­la ma­ja­czy­ła nie­wy­raź­nie w ciem­no­ści. Pierw­szy strzał roz­darł ci­szę i sta­no­wił dla agre­so­rów szok. Po­cisk chy­bił jed­nak. Dru­gi, wy­sła­ny se­kun­dę po pierw­szym, był cel­niej­szy. Kula ugo­dzi­ła na­past­ni­ka w bok klat­ki pier­sio­wej, od­rzu­ca­jąc go od Ewe­li­ny. Kol­cow uwa­żał ten re­zul­tat za tym­cza­so­wo wy­star­cza­ją­cy – męż­czy­zna prze­stał sta­no­wić bez­po­śred­nie za­gro­że­nie. Prze­su­nął lufę w lewo, nie­ja­sno zda­jąc so­bie spra­wę, że po­twor­nie ry­zy­ku­je. Gdy­by po­my­lił się, o co w po­śpie­chu, w stre­sie i ciem­no­ści prze­cież nie­trud­no, gdy­by strzał po­szedł za ni­sko, on, Iwan Pio­tro­wicz Kol­cow, z obroń­cy stał­by się za­bój­cą. Po­szedł­by w śla­dy ojca, za­bój­cy mat­ki tej dziew­czy­ny.

Wy­mie­rzył nie­co sta­ran­niej i dwu­krot­nie na­ci­snął spust. Uwa­żał się za do­bre­go strzel­ca, jed­nak, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, do­ko­nał wy­czy­nu nie lada. Obie kule były cel­ne, roz­bi­ja­jąc gło­wę ko­lej­ne­go na­past­ni­ka ni­czym mło­tek spa­da­ją­cy na doj­rza­ły me­lon. Krew try­snę­ła czar­ną smu­gą i męż­czy­zna w cał­ko­wi­tej ci­szy wy­wró­cił się na ple­cy.

Trze­ci opry­szek zdo­łał w tym cza­sie wstać. Kol­cow mógł­by się za­ło­żyć, że męż­czy­zna jest uzbro­jo­ny, pod ubra­niem było dość miej­sca dla ca­łe­go ar­se­na­łu, ale na­wet nie pró­bo­wał opo­ru. Wy­cią­gnął przed sie­bie w obron­nym ge­ście dło­nie, jak­by chciał po­wstrzy­mać kule.

– Pra­sz­czaj! – krzyk­nął. – Nie strie­laj!

Kol­cow uznał ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź za zbęd­ną. Cel stał nie­ru­cho­mo, był duży i od­da­lo­ny naj­wy­żej o czte­ry me­try. Jego ży­cie nie było war­te na­wet splu­nię­cia. Iwan pod­niósł broń na wy­so­kość oczu. Ręka nie drża­ła. Czuł za­dzi­wia­ją­cy spo­kój. Zo­sta­ły mu trzy kule.

W tych wa­run­kach aż nad­to. Po­cią­gnął za spust.

Strzał wy­dał mu się cich­szy od po­przed­nich. Kula ugo­dzi­ła trze­cie­go męż­czy­znę pro­sto w śro­dek czo­ła. Cia­ło upa­dło w śnieg i znie­ru­cho­mia­ło.

Opu­ścił broń.

Klęk­nął.

Gdy roz­le­gły się pierw­sze strza­ły i naj­bar­dziej agre­syw­ny z na­past­ni­ków ru­nął na zie­mię, Ewe­li­na prze­tur­la­ła się i za­sty­gła, le­żąc na boku, z pod­kur­czo­ny­mi ko­la­na­mi i rę­ko­ma za­kry­wa­ją­cy­mi gło­wę, po­dob­na do dziec­ka ucie­ka­ją­ce­go przed kło­po­ta­mi pod opie­kę mamy, w na­iw­nej, pier­wot­nej wie­rze, iż po­zo­sta­nie w bez­ru­chu po­zwo­li nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi na­past­ni­ków.

Kie­dy wszyst­ko uci­chło, usły­sza­ła po­skrzy­py­wa­nie śnie­gu. Ktoś ukląkł obok niej.

– Ma­leń­ka – po­wie­dział Kol­cow. Głos drżał w za­pa­dłej na­gle ci­szy. – Co oni ci zro­bi­li?

Ewe­li­na le­ża­ła w bez­ru­chu.

Iwan do­tknął jej.

Po­ru­szy­ła się. A po­tem otwo­rzy­ła oczy.

Iwan za­czął pła­kać.

***

Beł­żec­ki pa­mię­tał Ja­dwi­gę Bro­chwicz jako uro­dzi­we­go i wiecz­nie ro­ze­śmia­ne­go pod­lot­ka. Te­raz sta­ła przed nim mło­da ko­bie­ta, pięk­na i dum­na, pa­trzą­ca mu wprost w oczy i żą­da­ją­ca jed­no­znacz­nych od­po­wie­dzi na swe py­ta­nia.

– Nie mogę. – Po­rucz­nik po­krę­cił gło­wą. Było mu nie­mal wstyd. – Re­gu­la­min nie po­zwa­la. Ja na­wet nie po­wi­nie­nem mó­wić ci, gdzie on jest.

– Po­wi­nie­neś. I do­brze zro­bi­łeś. Nie je­stem po­stron­ną oso­bą. Wal­czę o Pol­skę, tak jak ty.

– Wiem, oczy­wi­ście, wiem. Ty i twój oj­ciec...

– Ojca w to nie mie­szaj­my. Dzia­łam na wła­sną od­po­wie­dzial­ność.

Beł­żec­ki zdu­miał się. Dzie­więć osób na dzie­sięć w tej sy­tu­acji po­wo­ły­wa­ło­by się na wpły­wy usto­sun­ko­wa­ne­go ro­dzi­cie­la. Ona chcia­ła za­ła­twić spra­wę po swo­je­mu. Czu­jąc, że za­le­wa go fala cie­pła, i sta­ra­jąc się, by głos nie drżał mu z emo­cji, po­wie­dział:

– Co wła­ści­wie chcesz uzy­skać, Ja­dwi­go?

Ja­dwi­ga po­stą­pi­ła o krok do przo­du. Sta­ła na­praw­dę bli­sko. Gdy­by się ośmie­lił, mógł­by ją wziąć w ra­mio­na.

Tym­cza­sem to ona wy­ko­na­ła pierw­szy gest. Po­ło­ży­ła mu rękę na ra­mie­niu. Czuł, że falę cie­pła za­stę­pu­je ogień.

– On ucie­kał, tak? Ucie­kał z mia­sta. Mógł wy­do­stać się ko­le­ją, ale z ja­kichś po­wo­dów wo­lał tego nie ro­bić. Z ja­kich? To pro­ste: nie chciał się rzu­cać w oczy. Miał coś do ukry­cia. Nie masz ocho­ty od­kryć co? Nie chciał­byś wie­dzieć, kim on jest na­praw­dę i dla ja­kiej spra­wy pra­cu­je?

Beł­żec­ki już otwie­rał usta, by za­pro­te­sto­wać, ale za­mknął je na po­wrót. Ja­dwi­ga mia­ła ra­cję. Wy­rok, jaki zo­sta­nie wy­da­ny na po­sie­dze­niu sądu po­lo­we­go, był ła­twy do prze­wi­dze­nia. Sąd ska­że ucie­ki­nie­ra, a plu­ton go roz­strze­la. Na tym spra­wa się skoń­czy. Nic bar­dziej oczy­wi­ste­go pod słoń­cem. Czy jed­nak nie war­to by zaj­rzeć za za­sło­nę ta­jem­ni­cy? Do­wie­dzieć się, cze­go szu­kał Krüger, co chciał osią­gnąć, co było jego ce­lem? Skło­nić, by przed śmier­cią zło­żył ze­zna­nie?

Czy w ten spo­sób on i Ja­dwi­ga nie przy­słu­ży­li­by się Pol­sce bar­dziej?

– Do­brze, za­ła­twię ci wi­dze­nie – po­wie­dział, sta­ra­jąc się, by głos za­brzmiał nor­mal­nie.

– Sam na sam.

Beł­żec­ki po­krę­cił gło­wą.

– To zbyt nie­bez­piecz­ne.

– Nie dla mnie. Do­brze go znam. Nie skrzyw­dzi mnie. Mogę go skło­nić do szcze­ro­ści pod wa­run­kiem, że roz­mo­wa od­bę­dzie się bez świad­ków. On wo­bec mnie się otwo­rzy. Nie zro­bi tego wo­bec ni­ko­go in­ne­go.

Ale się wko­pa­łem. Na nią nie ma siły, po­my­ślał Beł­żec­ki.

Kiw­nął gło­wą.

– Bądź w go­to­wo­ści – mruk­nął.

Na­dal czuł na ra­mie­niu cie­pło jej dło­ni. Ma­jąc na­dzie­ję, że nie wy­glą­da jak czte­ro­let­ni chło­piec, któ­re­mu obie­ca­no lody, do­dał:

– Ode­zwę się wkrót­ce.

***

Iwan wstał.

– Do ro­bo­ty – po­wie­dział Po­moc­nik. – Po­zby­łeś się oprysz­ków. Na­ro­bi­łeś ha­ła­su na całą oko­li­cę. Zrób szyb­ko, co po­wi­nie­neś, i zmy­kaj. Oni na pew­no mają kom­pa­nów. Tacy lu­dzie są za­wsze czę­ścią więk­szej gru­py. Za­raz bę­dziesz ich miał na kar­ku.

Kol­cow od­wró­cił się. Po­moc­nik pa­trzył na nie­go przez ciem­ność.

– Je­steś dur­niem – po­wie­dział Iwan. – Nie tyl­ko jej nie za­bi­ję, ale w Ki­jo­wie ubła­gam, by przy­ję­ła moje oświad­czy­ny.

– Iwa­nie, Iwa­nie. – Po­moc­nik pu­ścił znie­wa­gę mimo uszu. Uznał, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem bę­dzie ła­god­na per­swa­zja. – Po pierw­sze, je­steś już żo­na­ty...

Ale Kol­cow nie miał za­mia­ru słu­chać żad­nych per­swa­zji.

– Je­steś dur­niem, po­wia­dam – mruk­nął, po czym po­mógł wstać dziew­czy­nie. De­li­kat­ny­mi ru­cha­mi otrze­pał ze śnie­gu jej płaszcz. – Roz­wio­dę się z Anną. Pad­nę do nóg Ewe­li­nie i będę ją bła­gał do­tąd, aż zgo­dzi się zo­stać moją żoną.

Po­moc­nik na­brał od­de­chu, ale Kol­cow mach­nął ręką.

– Ko­niec dys­ku­sji – po­wie­dział lo­do­wa­tym to­nem. – I tak zbyt dłu­go słu­cha­łem two­ich rad.

I wte­dy usły­szał krzyk, szum pi­ja­nych gło­sów, krzy­żu­ją­ce się w po­wie­trzu prze­kleń­stwa.

A po­tem tu­pot wie­lu nóg.

***

Tej sa­mej nocy za­wle­kli bez­wład­ne cia­ło do sto­do­ły, dwa ki­lo­me­try za li­nią po­ste­run­ków. To był pry­wat­ny azyl, któ­ry, choć daw­no po­rzu­co­ny przez wła­ści­cie­li i dziu­ra­wy jak rze­szo­to, z ich punk­tu wi­dze­nia miał pew­ne za­le­ty: da­wał ja­kąś ilu­zję da­chu nad gło­wą i ochro­ny przed mro­zem i śnie­giem. W szcze­gól­nie mroź­ne noce roz­pa­la­li po­środ­ku nie­wiel­kie ogni­sko i na wpół du­sząc się w dy­mie, su­szy­li ubra­nia, grza­li ręce i wa­rzy­li stra­wę. Nikt o kry­jów­ce nie wie­dział; do­wódz­two nie in­te­re­so­wa­ło się ni­czym, co nie na­le­ża­ło do służ­by.

Rzu­ci­li zdo­bycz na kle­pi­sko i sta­li nad nią krę­giem, dy­sząc.

Wię­zień po­ru­szył się, a po­tem jęk­nął.

– Ty, My­ko­ła, co z nim chcesz ro­bić? – za­py­tał je­den z na­past­ni­ków, naj­niż­szy i naj­bar­dziej za­ro­śnię­ty.

Żoł­nierz na­zwa­ny My­ko­łą, naj­star­szy z Ukra­iń­ców, trą­cił le­żą­ce na zie­mi cia­ło czub­kiem buta. Wię­zień jęk­nął po­now­nie i otwo­rzył oczy.

– Obu­dzi­ła się pta­szy­na, za­raz śpie­wać za­cznie – po­wie­dział Ru­sin i za­śmiał się chra­pli­wie. Trzej to­wa­rzy­sze za­wtó­ro­wa­li mu ocho­czo. Byli zde­ner­wo­wa­ni strze­la­ni­ną, ale pod­nie­ca­ła ich moż­li­wość szyb­kie­go za­rob­ku. – Chcę, by nam opo­wie­dzia­ła wszyst­ko, co wie.

Cy­gan za­mru­gał. Gło­wa pul­so­wa­ła bó­lem, miał trud­no­ści ze sku­pie­niem wzro­ku, czuł się odrę­twia­ły i prze­gra­ny.

Bili, po­my­ślał. Mu­sie­li bić. Ina­czej nie upodob­nił­bym się do tru­pa. Po­tem przy­po­mniał so­bie parę wcze­śniej­szych wy­da­rzeń: li­nię fron­tu, Krüge­ra czoł­ga­ją­ce­go się przez śnieg, strze­la­ni­nę...

Co to za lu­dzie? Ach tak, Ukra­iń­cy. Obie­ca­łem im coś. Co mia­no­wi­cie? Pie­nią­dze. Ja­sne. Pie­nią­dze każ­dy chęt­nie weź­mie, na­wet jak nie jego i na­wet je­śli nie za­słu­żył.

Po­ru­szył się. Wię­zy głę­bo­ko wrzy­na­ły się w cia­ło, krę­pu­jąc za­rów­no ręce, jak i nogi. Ból pchnął ostrą igłą umiesz­czo­ną po­środ­ku czo­ła. Cy­gan syk­nął. Myśl o zu­chwa­łej uciecz­ce na­le­ża­ło prze­ło­żyć na bar­dziej sprzy­ja­ją­cy mo­ment.

– Cze­go chce­cie? – za­py­tał. Sam się zdzi­wił, jak bar­dzo schryp­nię­ty i nie­wy­raź­ny beł­kot opu­ścił jego gar­dło. W in­nych oko­licz­no­ściach by­ło­by to na­wet śmiesz­ne.

Ale czte­rech ota­cza­ją­cych go męż­czyzn naj­wy­raź­niej bez pro­ble­mu zro­zu­mia­ło py­ta­nie.

– Ach ty, La­chu, nie pa­mię­tasz – za­śmiał się My­ko­ła – jak opo­wia­da­łeś o ma­jąt­ku w Skni­ło­wie?

– W Skni­ło­wie? – Cy­gan zmarsz­czył brwi. Coś ta­kie­go. Spo­dzie­wał się róż­nych rze­czy, ale nie tego, do dia­bła. Co to jest Skni­łów?

– Nu, tak. Ty le­piej przy­po­mnij so­bie szyb­ko, bo u nas cza­su nie ma. Chce­my pie­nię­dzy, wte­dy może prze­ży­jesz.

Cy­gan nie zwra­cał uwa­gi ani na iro­nicz­ny ton Ukra­iń­ca, ani na zgod­ny re­chot to­wa­rzy­szy, uba­wio­nych naj­wy­raź­niej na­iw­no­ścią więź­nia, któ­ry może choć przez chwi­lę wie­rzyć, że kto­kol­wiek po­waż­nie roz­wa­ża pusz­cze­nie go wol­no.

Przy­po­mniał so­bie.

Ci lu­dzie zła­pa­li go pod­czas pró­by opusz­cze­nia mia­sta, gdy obaj z Krüge­rem wy­ru­szy­li na po­szu­ki­wa­nia Ewe­li­ny. Wpadł w ich ręce, zna­leź­li pie­nią­dze i broń, a on ich za­pew­nił, że ma wię­cej, ukry­tych w Skni­ło­wie. To była pierw­sza na­zwa, jaka mu przy­szła do gło­wy. Małe mia­stecz­ko, kil­ka ki­lo­me­trów na za­chód od Lwo­wa. Buj­da, ale na ra­zie efek­tyw­na. Żył, a to nie było byle co. Myśl o Ewe­li­nie spo­wo­do­wa­ła, że za­po­mniał o bólu i skon­cen­tro­wał się jesz­cze moc­niej. To ona była naj­waż­niej­szym ce­lem, a nie ja­kaś roz­gryw­ka z czte­re­ma dur­ny­mi i śmier­dzą­cy­mi chło­pa­mi uda­ją­cy­mi żoł­nie­rzy, któ­rym naj­wy­raź­niej chci­wość prze­sło­ni­ła świat. Nie było waż­niej­szej rze­czy niż uwol­nie­nie się z rąk tych lu­dzi i po­wrót do pier­wot­ne­go pla­nu.

No cóż, sprawdź­my w ta­kim ra­zie, jak wy­glą­da rze­czy­wi­sty roz­kład sił.

– Wy mnie do­wód­cy od­da­cie? – za­py­tał.

– A co ty taki cie­ka­wy? – od­pa­ro­wał My­ko­ła. Jego ostry ton świad­czył o cel­no­ści py­ta­nia. My­ko­ła miał pro­blem. Wie­dział, że wkrót­ce bę­dzie mu­siał za­mel­do­wać się w od­dzia­le. Cy­gan wy­czuł to, ni­czym le­cą­cy ki­lo­metr nad zie­mią orzeł wy­czu­wa bie­gną­cą wśród tra­wy mysz.

– Nie, nie. – Bę­dąc w wię­zach, trud­no jest wzru­szyć ra­mio­na­mi, ale więź­nio­wi uda­ła się ta sztu­ka. – Ja też bym wo­lał nie ga­dać z do­wód­cą. Po co mie­szać wła­dze w na­sze spra­wy, jak moż­na do­ga­dać się mię­dzy sobą?

– Nu tak, do­ga­dać się. Ty nam po­wiedz, gdzie pie­nią­dze masz. My pój­dzie­my i jak tam będą pie­nią­dze, my tu po cie­bie wró­ci­my i pu­ści­my wol­no.

Tym ra­zem Cy­gan się za­śmiał. Mu­siał wło­żyć spo­ro wy­sił­ku w to, by śmiech za­brzmiał bez­tro­sko.

– Ja ci coś po­wiem. Ja tam, w tym Skni­ło­wie, na­praw­dę dużo pie­nię­dzy mam. Jak wam zdra­dzę miej­sce, wy pój­dzie­cie, wy­gar­nie­cie wszyst­ko, a po­tem za­po­mni­cie, że tu je­stem. Na­wet nie mu­si­cie mnie za­bi­jać. Dzień na tym mro­zie i będę tru­pem.

– Ty się nie tar­guj, ty mów.

– Chcę żyć.

– My chce­my two­je pie­nią­dze.

– Pój­dę z wami i po­ka­żę. Pu­ści­cie mnie od razu na miej­scu, jak wam wska­żę kry­jów­kę.

– Ty uciec chcesz.

– Tam jest sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy ko­ron i sztab­ka zło­ta sze­ro­ka na trzy pal­ce.

My­ko­ła za­milkł i z na­głą uwa­gą za­czął przy­pa­try­wać się więź­nio­wi, jak­by zo­ba­czył go po raz pierw­szy. Trzej po­zo­sta­li Ukra­iń­cy jak na ko­men­dę roz­dzia­wi­li usta w bez­gra­nicz­nym zdu­mie­niu. Jesz­cze dwie go­dzi­ny temu o czymś ta­kim nie śmie­li ma­rzyć na­wet w snach. Taka for­tu­na po­zwa­la­ła czło­wie­ko­wi żyć po kró­lew­sku do koń­ca swych dni.

Nie­świa­do­mie po­su­nę­li się o pół kro­ku do przo­du. My­ko­ła pod­niósł wład­czo dłoń. Żoł­nie­rze za­trzy­ma­li się.

– Sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy ko­ron i zło­to? – upew­nił się My­ko­ła.

– Nie ina­czej. – Cy­gan spoj­rzał na nie­go zna­czą­co, jak czło­wiek, któ­ry uwa­ża, że wszyst­ko da się spro­wa­dzić do nor­mal­nych ne­go­cja­cji han­dlo­wych. – My, lu­dzie in­te­re­su, po­win­ni­śmy się za­wsze umieć do­ga­dać, praw­da?

– I ty wszyst­ko chcesz nam dać, tak?

– Jak mnie pu­ści­cie, dam wam wszyst­ko.

– A ja my­ślę, że łżesz.

Je­den z żoł­nie­rzy, ten naj­brud­niej­szy, po­ło­żył rękę na ra­mie­niu przy­wód­cy.

– My­ko­ła, cze­mu ty mu nie wie­rzysz? Pój­dzie­my i spraw­dzi­my.

My­ko­ła strzą­snął dłoń, a po­tem z ca­łej siły kop­nął le­żą­ce na zie­mi cia­ło.

– Ty swo­łocz! – ryk­nął, ko­piąc po raz ko­lej­ny. – Ty my­ślisz, że ja uwie­rzę, że taki brud­ny śmieć ma tyle pie­nię­dzy? Ty my­ślisz, że jak ja chłop, to głu­pi?

Jesz­cze przed chwi­lą Cy­gan, po­dob­nie zresz­tą jak kom­pa­ni My­ko­ły, my­ślał, że spra­wy idą w do­brym kie­run­ku. I po­dob­nie jak oni był za­sko­czo­ny sa­mym ata­kiem, a tak­że jego gwał­tow­no­ścią.

Pró­bo­wał osło­nić gło­wę, ale nie zdą­żył. Trze­cie kop­nię­cie tra­fi­ło go w skroń.

Po raz dru­gi w cią­gu ostat­nich dwóch go­dzin stra­cił przy­tom­ność.

***

Krüger prze­wró­cił się na dru­gi bok. Pry­cza była twar­da, cie­niut­ki sien­nik, wy­tar­ty set­ka­mi ple­ców pod­czas ty­się­cy nocy, sta­no­wił wła­ści­wie dziu­ra­wą mie­sza­ni­nę spar­cia­łe­go lnu i star­tej na pro­szek sło­my. Rana ćmi­ła rów­nym, tę­pym bó­lem; wię­zień szczę­kał zę­ba­mi z zim­na. Cela, opa­la­na nocą tyl­ko dzię­ki życz­li­wo­ści straż­ni­ka, w dzień przy­po­mi­na­ła chłod­nię. Wię­zień przy­wy­kał po­ma­łu do za­mar­z­nię­tych stru­mycz­ków wody ukła­da­ją­cych się na ścia­nach w fan­ta­zyj­ne mo­zai­ki.

Sta­rał się nie zwra­cać uwa­gi na ból i zim­no.

My­ślał o sło­wach Men­to­ra, ostat­nich sło­wach przed wy­ru­sze­niem w po­ścig za po­ry­wa­czem Ewe­li­ny. Mia­ły wy­ja­śnić mu ta­jem­ni­cę po­cho­dze­nia. Czy wy­ja­śni­ły? Nie wie­dział.

Kim był?

Ży­dem po mat­ce i Niem­cem po ojcu. Czło­wie­kiem uro­dzo­nym na Li­twie, na co dzień po­słu­gu­ją­cym się ję­zy­kiem pol­skim. Po pol­sku my­ślał, ale czy czuł się Po­la­kiem? To był tyl­ko ję­zyk, plat­for­ma ko­mu­ni­ka­cji, nic wię­cej. Nie­mal rów­nie do­brze mó­wił po nie­miec­ku i ro­syj­sku, lata na­uki i wro­dzo­ne zdol­no­ści po­zwo­li­ły opa­no­wać oba te ję­zy­ki w stop­niu nie­mal do­sko­na­łym. Men­to­ro­wi bar­dzo na tym za­le­ża­ło, opła­cał naj­lep­szych gu­wer­ne­rów i wiel­ką wagę przy­kła­dał do po­stę­pów w na­uce. Ni­g­dy nie wiesz, gdzie rzu­ci cię los, ma­wiał. I mu­sisz być przy­go­to­wa­ny. Mu­sisz umieć znik­nąć na­wet w nie­przy­ja­znym, ob­cym te­re­nie, wśród ob­cych lu­dzi. Je­że­li bę­dziesz bie­gle mó­wił ich ję­zy­kiem, sta­nie się to ła­twiej­sze.

Ra­cja. Tyl­ko co z tego wy­ni­ka?

Nic.

Jest czło­wie­kiem bez ro­dzi­ny, cho­ry psy­chicz­nie mor­der­ca za­dbał bo­wiem o to, by go osie­ro­cić. Jest rów­nież miesz­kań­cem Lwo­wa, pol­skie­go mia­sta, do któ­re­go rosz­czą so­bie pra­wa Ukra­iń­cy, a do któ­re­go on nie ma żad­ne­go sto­sun­ku emo­cjo­nal­ne­go. Ot, miej­sce za­miesz­ka­nia i to wszyst­ko. Po­wsta­ją­ca z gru­zów Rzecz­po­spo­li­ta rów­nież nic go nie ob­cho­dzi­ła, choć Men­tor czę­sto wie­czo­ra­mi o Pol­sce opo­wia­dał i wy­raź­nie mu za­le­ża­ło, by Krüger po­dzie­lał jego mi­łość do tego nie­ist­nie­ją­ce­go kra­ju. Ow­szem, czy­tał Try­lo­gię i Pana Ta­de­usza i na­wet mu się po­do­ba­ło. I co z tego?

Wró­cił my­śla­mi do mat­ki, pięk­nej, ciem­no­wło­sej ko­bie­ty o wy­ra­zi­stych oczach. Była tak nie­zwy­kle po­dob­na do Ewe­li­ny, że po­ko­chał ją od pierw­sze­go wej­rze­nia, tak jak ko­chał swą nie­wi­do­mą sio­strę. Czuł, że to sen­ty­men­ta­lizm, być może eg­zal­ta­cja, bo jak moż­na za­ko­chać się w fo­to­gra­fii? Ko­bie­ta ze zdję­cia nie żyła od osiem­na­stu lat, ale to, zda­niem Krüge­ra, ni­cze­go nie zmie­nia­ło. Ko­chał ją. I tym więk­szy od­czu­wał żal, że jej z nim nie ma, że kula mor­der­cy po­zba­wi­ła go szan­sy przy­tu­la­nia się do niej, słu­cha­nia jej gło­su, kie­ro­wa­nia się jej wska­zów­ka­mi. Był prze­ko­na­ny, że zaj­mo­wa­ła­by się nim naj­lep­sza mat­ka na świe­cie.

Po­stać ojca mniej go zaj­mo­wa­ła. Do­my­ślał się, że jak każ­dy czło­wiek suk­ce­su, i to osią­gnię­te­go w ob­cym kra­ju, mu­siał być sta­now­czym, upar­tym męż­czy­zną, kon­se­kwent­nie dą­żą­cym do celu. Czy był­by do­brym oj­cem? Czy umiał­by prze­ka­zać sy­no­wi to, co waż­ne, na­uczyć go, jak po­ko­ny­wać prze­szko­dy, jak iść do przo­du, dzia­łać sku­tecz­nie i z po­żyt­kiem dla ro­dzi­ny? Za­pew­ne tak, choć Krüger pew­no­ści nie miał. O mat­ce zda­wał się wie­dzieć wszyst­ko, o ojcu tyl­ko tyle, ile wy­wnio­sko­wał ze słów Men­to­ra.

Ow­szem, oni by­li­by dla nie­go do­brzy. Czy jed­nak on był­by do­bry dla nich? Czy, gdy­by żyli, ro­bił­by to, co robi? Nie, za­pew­ne nie, nie tra­fił­by prze­cież w ręce Zda­now­skie­go, a po­tem Szum­skie­go. Nie upra­wiał­by więc zło­dziej­skie­go fa­chu, nie miał­by przy­go­to­wa­nia cyr­ko­we­go, nie za­bi­jał­by lu­dzi, przy­naj­mniej nie w złych in­ten­cjach. Czy jego dro­ga ży­cio­wa była zde­ter­mi­no­wa­na śmier­cią ro­dzi­ców? Tak. Czy za­tem, gdy­by nie sta­ry, osza­la­ły Kol­cow, nie zo­stał­by prze­stęp­cą? Po­now­nie tak.

Zbrod­nia pchnę­ła go, po­tom­ka za­moż­ne­go ban­kie­ra, na prze­stęp­czą dro­gę. Uczy­ni­ła go ban­dy­tą bez dro­gi od­wro­tu. Czy ża­ło­wał? Nie umiał od­po­wie­dzieć. Z pew­no­ścią chciał­by, by żyła mat­ka. By mógł słu­chać jej śmie­chu i pła­czu, wspie­rać ją w trud­nych chwi­lach i cie­szyć się jej szczę­ściem w ra­do­snych mo­men­tach. Czy był­by do­brym ban­kie­rem? Wąt­pił. Czuł się do­brze w tym, co ro­bił, choć nie miał złu­dzeń co do swej kon­dy­cji mo­ral­nej. Nie od­czu­wał wy­rzu­tów su­mie­nia, du­chy ofiar nie śni­ły mu się po no­cach.

„Opo­wie­dzia­łem ci tę hi­sto­rię nie po to, by wzbu­dzić w to­bie prag­nie­nie ze­msty i za­dość­uczy­nie­nia, cho­ciaż do­sko­na­le ro­zu­miem te uczu­cia. Chcia­łem, byś wy­ru­sza­jąc w po­dróż, wie­dział o so­bie tyle, ile ja o to­bie wiem”, po­wie­dział Men­tor. Krüger po­dej­rze­wał, że były to szcze­re sło­wa. Ro­zu­miał je. Do­ce­niał.

Ale nie miał za­mia­ru wy­rzec się ze­msty.

Zo­stał ogra­bio­ny z dzie­ciń­stwa, ma­jąt­ku i mat­czy­nej mi­ło­ści. Obie­cał so­bie, że je­śli ja­kimś cu­dem unik­nie plu­to­nu eg­ze­ku­cyj­ne­go, je­śli uda mu się wyjść z wię­zie­nia i od­zy­skać wol­ność, uwol­ni Ewe­li­nę, a po­tem przy­wró­ci so­bie sa­me­mu po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści.

Mor­der­ca skrył się za pa­ra­wa­nem śmier­ci, ale żył jego syn, po­to­mek i spad­ko­bier­ca, uzur­pa­tor nie­na­leż­ne­go ma­jąt­ku.

I on miał za­pła­cić za wszyst­ko.

Zgrzyt­nął klucz i Krüger do­strzegł ze zdu­mie­niem, że w celi jest cał­kiem ja­sno. Po­grą­żo­ny w my­ślach, prze­le­żał nie­mal pół nocy, za­po­mi­na­jąc o upły­wie cza­su, gło­dzie i zim­nie.

Straż­nik sta­nął w drzwiach. Miał w ręku mi­skę z dwo­ma paj­da­mi chle­ba gru­bo po­sma­ro­wa­ne­go smal­cem. Jed­nak nie cer­ber i nie po­si­łek przy­ku­ły uwa­gę więź­nia.

Zza ple­ców straż­ni­ka pa­trzy­ła na nie­go Ja­dwi­ga.

– Go­ścia ma – oznaj­mił straż­nik, sta­wia­jąc na sto­li­ku na­czy­nie. – Dzie­sięć mi­nut może roz­ma­wiać i tyl­ko dla­te­go, że pa­nien­ka bar­dzo pro­si­ła.

Krüger ze­rwał się z pry­czy, igno­ru­jąc strzyk­nię­cie bólu w zra­nio­nym boku. Przy­wo­łał na twarz pro­mien­ny uśmiech.

– Ja­dwi­go! – za­wo­łał.

Dziew­czy­na mia­ła chmur­ną, za­cię­tą minę, do­sko­na­le współ­gra­ją­cą z jej czar­nym stro­jem po­zba­wio­nym wszel­kich ozdób. We­szła w mil­cze­niu do celi i sta­nę­ła pod ścia­ną, po czym spoj­rza­ła na straż­ni­ka.

– Dzie­sięć mi­nut – po­wtó­rzył cer­ber, po czym wy­szedł. Gło­śno szczęk­nę­ła za­su­wa.

Krüger spo­waż­niał. Wie­dział, że żad­ne uśmie­chy nic tu nie po­mo­gą.

– Ja­dwi­go... – po­wie­dział, po czym za­milkł. Chciał się tłu­ma­czyć, uspra­wie­dli­wić, prze­pro­sić. Nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wied­nich słów. Umiał pierw­szo­rzęd­nie kła­mać, ale te­raz czuł, że kłam­stwo nie przej­dzie mu przez gar­dło.

– Dla­cze­go? – za­py­ta­ła dziew­czy­na.

– Dla­cze­go co?

– Dla­cze­go opu­ści­łeś mój dom bez po­że­gna­nia, na­wet bez za­po­wie­dzi?

– Ja­dwi­go, ja...

– Czy oka­za­łam ci nie dość sta­ran­ną tro­skę? Czy masz coś do za­rzu­ce­nia go­ścin­no­ści mo­jej albo mo­je­go ojca? Czy zby­wa­ło ci na je­dze­niu? Po­wiedz.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie.

– Więc słu­cham. Dla­cze­go?

– Dla two­je­go bez­pie­czeń­stwa.

– Cie­ka­we.

– Mu­sia­łem. Wiesz, że mam za­da­nie do wy­ko­na­nia.

– Nie. Wca­le nie wiem. Szcze­rze mó­wiąc, my­ślę, że kła­miesz.

– Nie kła­mię. Po pro­stu nie mogę po­wie­dzieć wszyst­kie­go.

Ja­dwi­ga wy­dę­ła po­gar­dli­wie war­gi. Od­kąd Krüger wi­dział ją po raz ostat­ni, bar­dzo się zmie­ni­ła. Nie cho­dzi­ło o zmia­ny fi­zycz­ne. Była ja­kaś po­waż­niej­sza, bar­dziej doj­rza­ła. Mia­ła w gło­sie sta­now­czość i upór, któ­rych Krüger do tej pory u niej nie do­strze­gał.

– Po­wiem ci, co my­ślę – po­wie­dzia­ła. – By­łam głu­pia. Do­pie­ro te­raz to zro­zu­mia­łam. Nie było to pro­ste, bo uświa­do­mie­nie so­bie swo­jej głu­po­ty ni­g­dy nie jest pro­ste. Wy­da­wa­ło mi się, że świat jest czar­no-bia­ły, moż­na stać albo po stro­nie do­bra, albo jest się po pro­stu złym czło­wie­kiem. Dla mnie każ­dy pa­trio­ta wal­czą­cy o Pol­skę, zwłasz­cza wal­czą­cy z bro­nią w ręku, jest kimś do­brym. Dla­te­go gdy zo­ba­czy­łam, jak wal­czysz z Ukra­iń­ca­mi, jak sta­jesz sam prze­ciw ta­kiej ma­sie żoł­nie­rzy, by­łam peł­na po­dzi­wu. Pie­lę­gno­wa­łam cię, bo uwa­ża­łam, że tak trze­ba, a ty da­wa­łeś do zro­zu­mie­nia, że je­steś nie tyl­ko żoł­nie­rzem, ale rów­nież kon­spi­ra­to­rem, kimś waż­nym, kimś dla Pol­ski nie­zbęd­nym. Do­sko­na­le wy­ko­rzy­sta­łeś moją na­iw­ność. Owi­ną­łeś mnie wo­kół pal­ca i uwio­dłeś. Tak, nie za­prze­czaj – do­da­ła szyb­ko, wi­dząc unie­sio­ną dłoń Krüge­ra. – Uwio­dłeś. A ja ci to uła­twi­łam. By­łam głu­pia i za­ko­cha­na. To nędz­ne wy­tłu­ma­cze­nie, sama to wi­dzę.

Krüger zdu­miał się. Gdy tyl­ko dziew­czy­na za­czę­ła mó­wić, do­my­ślił się, ja­kie mniej wię­cej sło­wa zo­sta­ną wy­po­wie­dzia­ne, ale szcze­rość ostat­niej de­kla­ra­cji za­sko­czy­ła go. Ja­dwi­ga zmie­ni­ła się. Py­ta­nie, czy ta zmia­na jest dla nie­go szan­są, czy za­gro­że­niem więk­szym niż cał­kiem re­al­na per­spek­ty­wa sta­nię­cia przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym.

Od­po­wiedź przy­szła bar­dzo szyb­ko.

– My­śla­łam, że przyj­dę tu i skło­nię cię do szcze­ro­ści, może na­wet po­wiesz coś, co mnie prze­ko­na, że się mylę, ale wi­dzę, że nie­po­trzeb­nie się tru­dzi­łam. Nie wiem, na co li­czy­łam. Je­steś do­kład­nie taki, jaki my­ślę, że je­steś. Po­wiem ci coś jesz­cze: nie będę mia­ła z tego sa­tys­fak­cji, ale ze spo­ko­jem przyj­mę wia­do­mość o two­jej śmier­ci. Nie chcę wie­dzieć, co na­praw­dę ukry­wasz za ma­ską fał­szy­we­go uśmie­chu i kłam­stwa. Wy­star­czy mi świa­do­mość, że po­nie­siesz karę. Nie za to, co zro­bi­łeś mnie, ale za to, co zro­bi­łeś Pol­sce.

Krüger od pew­ne­go cza­su już wła­ści­wie nie słu­chał. My­ślał, co po­wi­nien zro­bić.

Szyb­ko do­szedł do wnio­sku, że dys­ku­sja nie ma żad­ne­go sen­su. Ja­dwi­ga nie przy­szła tu roz­wie­wać wąt­pli­wo­ści ani da­wać mu dru­giej szan­sy. Chcia­ła wy­gło­sić pro­ce­so­wą mowę koń­co­wą, do­ko­nać eks­pia­cji, a po­tem pa­trzeć, jak kat wy­ry­wa ska­zań­co­wi sto­łek spod nóg.

Usły­szał cięż­kie kro­ki straż­ni­ka i po­brzę­ki­wa­nie klu­czy.

***

Sznur?

Za­ci­śnię­ta na szyi pę­tla i świat ga­sną­cy przed ocza­mi? Wol­no, prze­raź­li­wie wol­no, tak, że my­śli zdą­żą jesz­cze w pa­ni­ce roz­biec się na wszyst­kie stro­ny i ostat­nie chwi­le będą po pro­stu skła­da­ły się ze stra­chu?

Skok z okna?

Se­kun­do­wy lot, pod­czas któ­re­go umy­słem za­wład­ną de­mo­ny prze­szło­ści, pa­ni­ka i roz­pacz? Ból upa­da­nia trwa­ją­cy uła­mek se­kun­dy, ale cią­gną­cy się przez wiecz­ność?

Rzu­ce­nie się pod po­ciąg?

A gdy w ostat­niej chwi­li in­stynkt cof­nie roz­kaz wy­da­ny mięś­niom i nie do koń­ca uda się za­trzy­mać nada­ny już cia­łu ruch? Gdy pę­dzą­ca na spo­tka­nie ma­szy­na, błysz­cząc re­flek­to­ra­mi, za­cznie wyć prze­raź­li­we w bez­rad­nej pró­bie za­trzy­ma­nia ty­siąc­to­no­we­go cię­ża­ru, a na to­rze znaj­dą się tyl­ko nogi? I gdy przyj­dzie nie tyl­ko nie po­że­gnać się ze świa­tem, ale spę­dzić resz­tę ży­cia przy­ku­tą do łóż­ka, ska­za­ną na po­moc in­nych, z wiecz­nym pięt­nem sa­mo­bój­czy­ni?

Anna Kol­co­wa no­si­ła się z tą my­ślą już od pew­ne­go cza­su, nie umia­ła jed­nak pod­jąć de­cy­zji. Nie po­tra­fi­ła do­ko­nać wy­bo­ru.

Dziś, gdy za­pu­kał li­sto­nosz i na ko­per­cie roz­po­zna­ła pi­smo męża, a po­tem ze ska­mie­nia­łą twa­rzą prze­czy­ta­ła sło­wa na­pi­sa­ne przez Iwa­na, zde­cy­do­wa­ła się osta­tecz­nie.

Przy­go­to­wa­nia czy­ni­ła od rana. Naj­pierw na­pi­sa­ła dłu­gi, czte­ro­stro­ni­co­wy list do ojca. Sta­ra­ła się po­wścią­gnąć emo­cje i sku­pić na su­chym wy­ja­śnie­niu mo­ty­wów swej de­cy­zji. Sta­wia­ła kształt­ne, rów­ne li­te­ry, pi­sa­ła wol­no, sta­ran­nie, ale gdy skoń­czy­ła, nie była wca­le pew­na, czy uda­ło jej się prze­lać na pa­pier to, co za­mie­rza­ła. Zresz­tą – jak na czte­rech stro­nach za­wrzeć bez­sens zmar­no­wa­ne­go ży­cia i mo­tyw czy­nu, któ­re­go nie­ba­wem za­mie­rza­ła do­ko­nać?

Mimo to nie po­pra­wia­ła ni­cze­go. Wło­ży­ła list do ko­per­ty, za­kle­iła ją, opi­sa­ła imie­niem i na­zwi­skiem ojca, po czym po­ło­ży­ła po­środ­ku pu­ste­go sto­łu w sa­lo­nie.

Prze­szła do ła­zien­ki. Na­peł­ni­ła wan­nę, a po­tem ro­ze­bra­ła się po­wo­li, sta­ran­nie ukła­da­jąc czę­ści gar­de­ro­by na sto­ją­cym obok krze­śle. Gdy wcho­dzi­ła do cie­płej, pach­ną­cej la­wen­dą wody, prze­lot­nie rzu­ci­ła okiem na swą od­bi­ja­ją­cą się w lu­strze syl­wet­kę. Mia­ła dwa­dzie­ścia sie­dem lat i fi­gu­rę osiem­na­sto­lat­ki, była ko­bie­tą atrak­cyj­ną, in­te­li­gent­ną, ob­da­rzo­ną ser­cem go­to­wym do wiel­kie­go uczu­cia. No cóż... Wi­dać nie było jej dane za­znać męż­czy­zny, mi­ło­ści i szczę­ścia ma­cie­rzyń­stwa.

Za­nu­rzy­ła się po szy­ję. Brzy­twa Iwa­na le­ża­ła tuż obok, na kra­wę­dzi wan­ny. Wy­po­le­ro­wa­na stal lśni­ła w bla­sku lam­py.

„Chodź”, zda­wa­ła się mó­wić. „Za­pew­nię ci to, cze­go nie za­zna­łaś w do­tych­cza­so­wym ży­ciu”.

Anna wzię­ła na­rzę­dzie do ręki. Rę­ko­jeść była chłod­na, w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób do­da­wa­ła od­wa­gi. Do­tknę­ła ostrzem nad­garst­ka. Dziw­ne, ale nie po­czu­ła ni­cze­go szcze­gól­ne­go. Le­ciut­ki do­tyk zda­wał się nie mieć naj­mniej­sze­go zna­cze­nia.

Na­ci­snę­ła moc­niej. Skó­ra ugię­ła się. Ostrze we­szło w głąb cia­ła na pół mi­li­me­tra. Pierw­sze kro­ple krwi od­bi­ja­ły się od sta­li jak w lu­strze. Na­dal nie czu­ła nic.

Na­ci­snę­ła moc­niej. Krew po­pły­nę­ła wą­skim stru­mycz­kiem.

Po­czu­ła lek­kie pie­cze­nie.

I cie­pło.

– Nie – po­wie­dzia­ła.

***

Gdy straż­nik wszedł do celi, zdu­mie­nie ode­bra­ło mu mowę.

Na­prze­ciw, nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki, uj­rzał Ja­dwi­gę Broch­wicz sto­ją­cą twa­rzą do drzwi. Mia­ła czer­wo­ną twarz, tym ro­dza­jem czer­wie­ni, któ­ra zna­mio­nu­je ogrom­ne wzbu­rze­nie, nie­mal bli­skie apo­plek­sji. Jej szy­ję opla­ta­ło pra­we ra­mię więź­nia. Krüger stał tuż za nią, przy­tu­lo­ny klat­ką pier­sio­wą do jej ple­ców. Pa­trzył wprost na straż­ni­ka.

– Nic nie mów, nie krzycz, nie wy­ko­nuj żad­nych ner­wo­wych ru­chów – po­wie­dział. – Ro­zu­miesz? Jed­no sło­wo, a ta ko­bie­ta umrze.

Męż­czy­zna nie po­wie­dział nic, na­to­miast po­ru­szy­ła się Ja­dwi­ga. Chrząk­nę­ła ochry­ple i szarp­nę­ła się. Krüger wzmoc­nił na­cisk. Tak do­brze zna­ne cia­ło znie­ru­cho­mia­ło.

– Ty rów­nież nic nie mów. Nie broń się – szep­nął pro­sto w go­rą­ce, czer­wo­ne ucho. – Za­raz bę­dzie po wszyst­kim.

Straż­nik wy­ko­nał ruch, jak­by szy­ko­wał się do sko­ku, więc Krüger nie tra­cił cza­su.

– Jej nie­wie­le bra­ku­je – po­wie­dział naj­spo­koj­niej­szym to­nem, na jaki mógł się zdo­być. – Ja może nie unik­nę kary, ale ty bę­dziesz mu­siał się moc­no tłu­ma­czyć, dla­cze­go do­pu­ści­łeś do śmier­ci tej pa­nien­ki.

Klucz­nik nie wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry na­dą­ża za roz­wo­jem wy­pad­ków. Po­de­rwał pra­wą rękę do szyi i za­czął szar­pać za koł­nie­rzyk mun­du­ro­wej ko­szu­li, jak­by w celi na­gle za­bra­kło po­wie­trza.

– Po­wiem ci, co zro­bi­my – kon­ty­nu­ował Krüger, od­li­cza­jąc se­kun­dy. Miał świa­do­mość, że dziew­czy­nie nie zo­sta­ło wie­le cza­su. Ale prze­cież nie mógł po­lu­zo­wać chwy­tu. – Ode­pniesz klu­cze i dasz mi do ręki. Wyj­miesz po­wo­li pi­sto­let z ka­bu­ry i po­dasz mi go rów­nież. Pa­mię­taj, że ona za chwi­lę się udu­si.

Straż­nik me­dy­to­wał chwi­lę. Krüger miał wra­że­nie, że pró­bu­je coś wy­my­ślić, zna­leźć ja­kieś wyj­ście, może usły­szeć na ko­ry­ta­rzu kro­ki zwia­stu­ją­ce na­dej­ście po­mo­cy. Po­tem jego ra­mio­na nie­znacz­nie opa­dły. Nie wy­my­ślił ani nie usły­szał ni­cze­go.

Zgod­nie z po­le­ce­niem od­piął klu­cze od pasa i wy­cią­gnął rękę. Krüger prze­jął je, po czym, chcąc za­cho­wać swo­bo­dę ru­chu, wrzu­cił do kie­sze­ni. Chwi­lę mo­co­wa­li się wzro­kiem. Straż­nik po­wo­li się­gnął do ka­bu­ry i po­wtó­rzył gest. Czu­jąc w dło­ni chłod­ną stal pi­sto­le­tu, Krüger nie­mal na głos wes­tchnął z ulgą. Brow­ning. Do­bra, cięż­ka broń.

Uczy­nił pierw­szy krok.

Pora na dru­gi.

Na dwie se­kun­dy za­ci­snął pra­we ra­mię. Ja­dwi­ga szarp­nę­ła się, po czym jej cia­ło zwiot­cza­ło. Nie spusz­cza­jąc wzro­ku ze straż­ni­ka, naj­sta­ran­niej, jak mógł, za­mor­ty­zo­wał upa­dek dziew­czy­ny.

Pod­niósł broń na wy­so­kość oczu. Na ko­ry­ta­rzu w dal­szym cią­gu pa­no­wa­ła ci­sza. Krüger nie mógł uwie­rzyć, że wszyst­ko idzie tak gład­ko.

– Kto jest w bu­dyn­ku? – za­py­tał.

– Sze­ściu więź­niów – od­parł straż­nik.

– Więź­nio­wie mnie nie in­te­re­su­ją. Kto z war­ty?

– W stró­żów­ce dwóch. Przy bra­mie na­stęp­nych dwóch.

– To wszyst­ko?

– Tak.

– Je­śli kła­miesz, wró­cę po cie­bie – po­wie­dział Krüger, po czym wy­ko­nał bły­ska­wicz­ny krok do przo­du i rę­ko­je­ścią pi­sto­le­tu moc­no ude­rzył straż­ni­ka w skroń. Ko­lej­ne cia­ło za­ście­li­ło pod­ło­gę, ale tym ra­zem Krüger nie za­wra­cał so­bie gło­wy ła­go­dze­niem skut­ków upad­ku.

Oce­nił, że za­rów­no Ja­dwi­ga, jak i straż­nik będą nie­przy­tom­ni przez co naj­mniej dzie­sięć mi­nut. Je­że­li w tym cza­sie nie zdo­ła wy­do­stać się z bu­dyn­ku, wsz­czę­cie przez któ­reś z nich alar­mu nie bę­dzie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia.

Prze­szu­kał kie­sze­nie straż­ni­ka, ale poza za­pa­so­wym ma­ga­zyn­kiem, któ­ry oczy­wi­ście za­brał, nie zna­lazł ni­cze­go in­te­re­su­ją­ce­go. Wyj­rzał ostroż­nie na ko­ry­tarz. Pu­sto.

Szyb­ko za­czął się roz­bie­rać.

Gdy kil­ka mi­nut póź­niej wy­szedł z celi, nie róż­nił się zbyt­nio od straż­ni­ka. Na­wet sta­rał się po­dob­nie gar­bić. Mun­dur le­żał na nim do­brze, buty były o nu­mer za cia­sne, ale nie zwra­cał na to uwa­gi. Za­trza­snął drzwi celi, prze­krę­cił klucz i za­su­wę, po czym wol­nym kro­kiem po­ko­nał ko­ry­tarz.

Mo­men­tu, gdy go tu przy­wie­zio­no, nie pa­mię­tał zbyt do­brze, więc po­sia­dał tyl­ko mgli­ste po­ję­cie o to­po­gra­fii wię­zie­nia. Przyj­mo­wał, że straż­nik okła­mał go i aresz­tu pil­nu­je wię­cej lu­dzi niż tyl­ko pię­ciu.

Nie miał do­kład­ne­go pla­nu. Je­śli zo­sta­nie zmu­szo­ny do im­pro­wi­za­cji, bę­dzie im­pro­wi­zo­wał.

***

Kol­cow jed­nym szarp­nię­ciem po­de­rwał Ewe­li­nę na nogi, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwa­gi na jej prze­ra­żo­ną, zdez­o­rien­to­wa­ną minę. Czuł, że strach i ad­re­na­li­na pod­no­szą mu wło­sy na gło­wie. Ich ży­cie za­le­ża­ło od tego, jak szyb­ko mo­gli biec.

– Ucie­ka­my! – krzyk­nął. – Mu­sisz ze­brać wszyst­kie siły, ja­kie jesz­cze masz.

Ru­szy­ła przed sie­bie. Zła­pał ją za rękę i za­czę­li prze­dzie­rać się przez za­gaj­nik. Brnął przez śnieg, wła­ści­wie cią­gnąc dziew­czy­nę za sobą. Wy­pa­dli z la­sku tuż koło sa­nek. Nie­mal wrzu­cił Ewe­li­nę do środ­ka, jed­nym ru­chem ze­rwał ko­by­le z py­ska wo­rek z ob­ro­kiem i od­rzu­cił go precz. Szarp­nął za wę­dzi­dło, koń za­re­ago­wał par­sk­nię­ciem. Zmu­sił zwie­rzę do cof­nię­cia się.

San­ki wy­je­cha­ły ty­łem na dro­gę.

Kol­cow wsko­czył na ko­zioł i zła­pał lej­ce. Rze­mień chla­snął po wy­chu­dzo­nych bo­kach. Klacz po­de­rwa­ła się do bie­gu.

Ryk ochry­płych gło­sów i tu­pot wie­lu nóg przy­bli­ży­ły się znacz­nie. Ban­da, czu­jąc krew i dy­sząc pra­gnie­niem ze­msty, nie mia­ła za­mia­ru re­zy­gno­wać. Kie­ro­wa­na pier­wot­nym in­stynk­tem łow­ców ru­szy­ła śla­dem sań.

Od­je­cha­li kil­ka­na­ście me­trów, gdy huk­nął pierw­szy strzał. Kol­cow schy­lił gło­wę i spoj­rzał przez ra­mię. Pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia po­sta­ci bie­gło trak­tem, kil­ka na­stęp­nych wy­nu­rza­ło się z lasu.

Na­past­ni­cy mie­li to­wa­rzy­szy, któ­rzy nie za­mie­rza­li re­zy­gno­wać z ze­msty. I na­gro­dy.

Za­grzmia­ła pi­sto­le­to­wa i ka­ra­bi­no­wa pal­ba. Kol­cow usły­szał po­nu­ry świst kuli, a po­tem, jesz­cze bli­żej, ko­lej­ny. Ude­rzył ko­nia lej­ca­mi w zad, zmu­sza­jąc go do szyb­sze­go bie­gu. Dro­ga, po­kry­ta śnie­giem i lo­dem, była nie­rów­na i za­bój­czo śli­ska. Ko­by­ła kil­ka­krot­nie po­tknę­ła się, san­ka­mi szarp­nę­ło, Ewe­li­na krzyk­nę­ła, ude­rza­jąc moc­no bar­kiem w drew­nia­ną bur­tę. Za­kra­wa­ło na cud, że ucie­ka­li na­dal, że jesz­cze żyją, że koń nie upadł, grze­biąc ja­ką­kol­wiek na­dzie­ję.

Kol­cow wy­szarp­nął spod ko­żu­cha dru­gi re­wol­wer i od­wró­cił się.

– Na pod­ło­gę! – krzyk­nął. – Gło­wa jak naj­ni­żej!

Nie spraw­dza­jąc, czy dziew­czy­na wy­ko­na­ła po­le­ce­nie, wy­ciąg­nął broń przed sie­bie. Nie mo­gło być mowy o ce­lo­wa­niu, san­ka­mi szar­pa­ło na wszyst­kie stro­ny, pod­sko­ki i ko­ły­sa­nie unie­moż­li­wia­ły na­wet po­rząd­ne unie­ru­cho­mie­nie bro­ni. Skie­ro­wał lufę w stro­nę ciem­nej, po­ru­sza­ją­cej się, bły­ska­ją­cej ogni­ka­mi wy­strza­łów masy i na­ci­snął spust.

Sie­dem kul opu­ści­ło bę­be­nek jed­na po dru­giej.

Prze­le­cia­ły krót­ki dy­stans dzie­lą­cy san­ki od po­go­ni; trzy od­na­la­zły cel. Ryk bólu i za­sko­cze­nia tar­gnął po­wie­trzem z siłą nie mniej­szą od huku wy­strza­łów. Tra­fie­ni ru­nę­li w śnieg; rów­nież resz­ta ban­dy pa­dła na zie­mię, sta­ra­jąc się skryć przed ostrza­łem. Nim na­past­ni­cy pod­nie­śli się i kon­ty­nu­owa­li po­ścig, san­ki od­da­li­ły się o ko­lej­ne trzy­dzie­ści me­trów i znik­nę­ły w ciem­no­ści.

***

Gmach ko­men­dy po­li­cji spra­wiał po­nu­re wra­że­nie. Gład­kie ka­mien­ne mury i ja­kaś nie­uchwyt­na at­mos­fe­ra nie­szczę­ścia, prze­mo­cy i zbrod­ni wy­da­ły się An­nie Kol­co­wej do­brze pa­so­wać nie tyl­ko do tego miej­sca, ale rów­nież do jej na­stro­ju. Nie wzru­sza­ło jej to. Gdy te­raz, po kil­ku go­dzi­nach od wyj­ścia z wan­ny i opa­trze­niu rany nad­garst­ka, po­my­śla­ła o mo­ty­wach swe­go czy­nu, czu­ła tyl­ko wstyd. Ow­szem, Iwan wy­je­chał bez sło­wa wy­ja­śnie­nia, ow­szem, czu­ła się sa­mot­na i opusz­czo­na, a w jej ży­ciu do­mi­no­wa­ły nuda i pust­ka. Już ja­kiś czas temu za­czę­ła do­pusz­czać do sie­bie myśl, że wię­cej nie uj­rzy męża. Kie­dyś ją to prze­ra­ża­ło, ale te­raz, po otrzy­ma­niu li­stu, gdy wszyst­ko sta­ło się ja­sne? Czy nie moż­na od­czy­tać jego kro­ku jako szan­sy na nowe ży­cie? Była mło­da, sil­na i mą­dra. Mia­ła ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców. Czy nie sta­no­wi­ło to wy­star­cza­ją­ce­go ka­pi­ta­łu na przy­szłość? Czy musi być za­leż­na od męża? Czy wcze­śniej czu­ła się szczę­śli­wa?

I w koń­cu: czy wia­ra, któ­rą wy­zna­wa­ła, nie pięt­nu­je sa­mo­bój­ców?

Anna Kol­co­wa we­szła po scho­dach i pchnę­ła drzwi wej­ścio­we. Sto­ją­cy w nie­wiel­kim holu funk­cjo­na­riusz ob­rzu­cił ją cie­ka­wym spoj­rze­niem.

– Sza­now­na pani do kogo? – za­py­tał.

Anna za­wa­ha­ła się. Py­ta­nie w grun­cie rze­czy za­sko­czy­ło ją. Nie mia­ła żad­ne­go po­my­słu, jak za­ła­twić spra­wę, z któ­rą przy­szła. Nie była na­wet pew­na, czy w ogó­le po­win­na tu przy­cho­dzić.

– Ja... – za­wa­ha­ła się – w spra­wie tych za­gi­nio­nych dziew­cząt...

Po­li­cjant spoj­rzał na nią z nie­co więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Pani jest świad­kiem?

– Słu­cham...? Świad­kiem? Nie, ra­czej nie.

– A więc? W ja­kiej spra­wie?

Annę na­gle ogar­nę­ła złość. Nie po to odło­ży­ła naj­waż­niej­szą de­cy­zję w do­tych­cza­so­wym ży­ciu, przez cały ra­nek mo­co­wa­ła się z my­śla­mi, a po­tem pół go­dzi­ny brnę­ła przez wzma­ga­ją­cą się z każ­dym kwa­dran­sem za­dym­kę, by te­raz zre­zy­gno­wać przy pierw­szej prze­szko­dzie.

– Chcę roz­ma­wiać z po­li­cjan­tem, któ­ry zaj­mu­je się spra­wą tych za­gi­nio­nych dziew­cząt. Bo prze­cież po­li­cja ich szu­ka, praw­da?

– Pani wie, gdzie one są?

– Pro­szę pana – Anna na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że nie­mal krzy­czy – czy pan się zaj­mu­je tą spra­wą? W holu wej­ścio­wym?

Po­li­cjant nie­co się zmie­szał.

– Nie – od­parł. – Z tym to naj­le­piej do ko­mi­sa­rza Wa­li­gó­ry.

– No to niech pan pro­wa­dzi – po­wie­dzia­ła Anna. Jej zde­ner­wo­wa­nie nie zma­la­ło, ale sta­ra­ła się mó­wić spo­koj­niej.

– Jak? Do ko­mi­sa­rza? Tak bez za­po­wie­dzi?

– Albo pan po­wie, któ­ry po­kój. Sama tra­fię.

Po­li­cjant raz jesz­cze przyj­rzał się An­nie. Wa­riat­ka? Czy rze­czy­wi­ście coś wie? Wzru­szył ra­mio­na­mi. W ra­zie gdy­by oka­za­ło się to pierw­sze, ko­mi­sarz nie­źle na­trze mu uszu. Ale gdy­by praw­dzi­wa oka­za­ła się dru­ga wer­sja, a on nie do­pro­wa­dził­by waż­ne­go świad­ka...

– Pani pój­dzie za mną.

Ru­szył przed sie­bie. Ob­ca­sy bu­ci­ków Anny stu­ka­ły ostro w dud­nią­cej aku­sty­ce ko­ry­ta­rza. W mil­cze­niu wspię­li się na pię­tro. Ob­szer­ny hol był na­wet więk­szy niż na par­te­rze. Po­li­cjant pod­szedł do drzwi znaj­du­ją­cych się po pra­wej stro­nie.

Za­pu­kał, po czym, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wszedł do po­ko­ju. Po pół mi­nu­cie był z po­wro­tem.

– Ko­mi­sarz cze­ka na pa­nią. Le­piej, żeby to było coś waż­ne­go.

Anna Kol­co­wa ostat­niej uwa­gi na­wet nie usły­sza­ła. Na­dal nie mo­gąc po­zbyć się uczu­cia roz­pacz­li­we­go wa­ha­nia, prze­stą­pi­ła próg. Drzwi za­trza­snę­ły się za nią.

Sie­dzą­cy za biur­kiem męż­czy­zna był w śred­nim wie­ku i wzbu­dzał za­ufa­nie. Po­dziel się ze mną tym, co wiesz, mó­wi­ły jego oczy, a wspól­nie za­sta­no­wi­my się, co z tym zro­bić.

Jak­by wbrew tej za­chę­cie jej do­tych­cza­so­wa, i tak nie­wiel­ka pew­ność sie­bie opu­ści­ła ją zu­peł­nie.

Go­spo­darz ga­bi­ne­tu wstał. Mun­dur urzęd­ni­ka nie­miec­kiej służ­by pań­stwo­wej le­żał na nim bar­dzo do­brze, je­dy­nym dy­so­nan­sem był owi­nię­ty wo­kół szyi bia­ły weł­nia­ny szal, zgo­ła nie­pa­su­ją­cy do uni­for­mu, ale ja­koś do­da­ją­cy go­spo­da­rzo­wi uro­ku.

Do­brze mu w tym sza­lu, ale po co szal, gdy w po­ko­ju jest cał­kiem cie­pło? – po­my­śla­ła Anna.

– Pro­szę, niech pani sia­da – po­wie­dział nie­co schryp­nię­tym, ale cał­kiem mi­łym ba­ry­to­nem, wska­zu­jąc sto­ją­ce przed biur­kiem krze­sło.

– Ja...

– Na­pi­je się pani her­ba­ty?

– Nie. Ja... dzię­ku­ję – wy­szep­ta­ła, czu­jąc, że co­raz moc­niej bije jej ser­ce.

Cze­góż ona chce od tego męż­czy­zny? Cze­go chce od sa­mej sie­bie?

– Na­zy­wam się Anna Kol­co­wa.

– Ko­mi­sarz Wa­li­gó­ra.

Usia­dła.

Nie czu­ła się ani odro­bi­nę pew­niej. Zbyt prze­ra­ża­ło ją to, co za­mie­rza­ła opo­wie­dzieć temu ob­ce­mu męż­czyź­nie, by do­strzec, jak wy­po­wie­dzia­ne przez nią sło­wa zmie­ni­ły jego na­sta­wie­nie z uprzej­me­go znu­dze­nia na ostroż­ne, ale wy­raź­ne ocze­ki­wa­nie.

– Tak? – za­py­tał Wa­li­gó­ra po dłuż­szej chwi­li.

– By­łam... – za­wa­ha­ła się. – Je­stem żoną Iwa­na Kol­co­wa.

– Świet­nie pani mówi po pol­sku – po­wie­dział ko­mi­sarz.

– Je­stem Po­lką – od­par­ła szyb­ko.

– Ach tak.

– Iwan był... – Zno­wu wa­ha­nie. Dłu­gie, roz­pacz­li­we, jak­by od­szu­ka­nie wła­ści­wych słów prze­kra­cza­ło moż­li­wo­ści Anny. – Jest Ro­sja­ni­nem, ale do wie­lu lat miesz­ka w War­sza­wie. Mówi po pol­sku rów­nie do­brze jak ja – do­da­ła nie­co bez związ­ku.

Wiem, chciał po­wie­dzieć Wa­li­gó­ra, ale w ostat­niej chwi­li ugryzł się w ję­zyk.

– Dla­cze­go pani mówi: „był”? – za­py­tał.

– On wy­je­chał...

Zno­wu za­mil­kła. Wa­li­gó­ra wes­tchnął, po czym spoj­rzał na pię­trzą­cy się na biur­ku stos pa­pie­rów. Pol­ska od­zy­ski­wa­ła byt pań­stwo­wy, ale spraw od tego nie uby­ło, prze­ciw­nie, ko­mi­sarz miał nie­od­par­te wra­że­nie, że jest ich znacz­nie wię­cej niż choć­by przed trze­ma mie­sią­ca­mi. A lu­dzi do ro­bo­ty bra­ko­wa­ło, w każ­dym ra­zie ta­kich, któ­rzy wy­ka­zy­wa­li­by się czym­kol­wiek poza za­pa­łem. Wszyst­ko to­nę­ło w or­ga­ni­za­cyj­nym ba­ła­ga­nie i tym­cza­so­wo­ści.

– Chcia­ła mi pani coś po­wie­dzieć o tych za­gi­nio­nych dziew­czę­tach.

– Tak. Iwan był... – zno­wu pau­za. Jak to ująć w sło­wa? – Nie­dy­spo­no­wa­ny.

– Nie­dy­spo­no­wa­ny? – za­py­tał Wa­li­gó­ra i po­czuł, że za­czy­na ogar­niać go iry­ta­cja. O czym, do dia­bła, ta ko­bie­ta o bla­dym jak u tru­pa ob­li­czu chce z nim roz­ma­wiać?

– Jako męż­czy­zna – po­wie­dzia­ła ci­cho, a Wa­li­gó­ra za­uwa­żył, że upior­na bla­dość ustę­pu­je miej­sca czer­wie­ni, ogar­nia­ją­cej ko­bie­tę od na­sa­dy wło­sów aż do krań­ców płyt­kie­go de­kol­tu.

Wa­li­gó­ra do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, jak bar­dzo za­am­ba­ra­so­wa­na musi być jego roz­mów­czy­ni. Pod­jął spo­ry wy­si­łek, by na twa­rzy nie drgnął na­wet je­den mię­sień, by ona nie wy­czy­ta­ła z jego spoj­rze­nia cze­goś, co mo­gła wziąć za iro­nię lub zło­śli­wość.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział. – To dla pani na pew­no trud­ne.

Nie spra­wia­ła wra­że­nia, jak­by go sły­sza­ła.

– On żą­dał ode mnie cał­ko­wi­te­go po­słu­szeń­stwa. Dy­ry­go­wał mną, urzą­dzał mi ży­cie...

– Nie­któ­rzy męż­czyź­ni uwa­ża­ją, że tak wła­śnie na­le­ży po­stę­po­wać.

– Twier­dził, że mnie ko­cha, do­ma­gał się ode mnie de­kla­ra­cji mi­ło­ści. Ale nie da­wał nic w za­mian. Tyl­ko roz­ka­zy, na­ka­zy i re­gu­la­min. Jak w woj­sku. Każ­de od­stęp­stwo ka­rał. Był zresz­tą kie­dyś żoł­nie­rzem, ar­ty­le­rzy­stą.

– Był?

– Od­szedł ze służ­by. Jesz­cze przed woj­ną.

– Ro­zu­miem. Czy to dla­te­go nie wy­co­fał się z woj­skiem w pięt­na­stym?

– Ar­mia go... po­rzu­ci­ła. Tak twier­dził. Miał wy­pa­dek na po­li­go­nie. Dłu­go do­cho­dził do zdro­wia, po­tem chciał wró­cić, lecz wła­dze się nie zgo­dzi­ły. Iwan oku­lał. Nie od­zy­skał peł­ni sił, ale twier­dził, że po­ra­dził­by so­bie na daw­nym sta­no­wi­sku. Był bar­dzo roz­go­ry­czo­ny, gdy oka­za­ło się, że nic z tego nie bę­dzie.

– Więc dla­te­go zo­stał?

– Moż­li­we. Ale nie o tym chcę roz­ma­wiać.

– Chce pani coś po­wie­dzieć o za­gi­nio­nych dziew­czę­tach.

– O jed­nej. Mo­jej słu­żą­cej.

– To bar­dzo in­te­re­su­ją­ce.

– Przed ślu­bem mój oj­ciec przy­spo­so­bił nam jako słu­żą­cą dziew­czy­nę ze wsi, Ma­ry­się... Bal­ce­rek... tak chy­ba się na­zy­wa­ła. Ma­ria Bal­ce­rek. Iwan za­trud­nił ją, bo uznał, że po­trze­bu­je­my słu­żą­cej. Miła dziew­czy­na, ro­bot­na. I parę dni po na­szym ślu­bie, na­wet ty­go­dnia nie było, znik­nę­ła.

– Znik­nę­ła? Co pani ma my­śli?

– Po pro­stu. Wy­je­cha­łam na kil­ka dni do ro­dzi­ców, po tym, gdy oka­za­ło się, że w pierw­szą noc po ślu­bie mój mąż...

Umil­kła.

Opo­wieść, jak­kol­wiek cha­otycz­na i po­zba­wio­na okre­ślo­ne­go kie­run­ku, wy­da­ła się Wa­li­gó­rze in­te­re­su­ją­ca.

– Pani Anno, ja do­sko­na­le ro­zu­miem, ja­kie to dla pani trud­ne. Musi pani zwie­rzać się ob­ce­mu męż­czyź­nie...

Pod­nio­sła gło­wę. Bla­dość wró­ci­ła, choć może nie tak głę­bo­ka jak przed­tem.

– Nie mu­szę. Chcę. Uzna­łam, że je­stem to win­na... – Urwa­ła, nie pre­cy­zu­jąc, o kogo do­kład­nie cho­dzi. Ale Wa­li­gó­ra uznał, że może obejść się bez tej in­for­ma­cji.

– Jest pani bar­dzo od­waż­ną ko­bie­tą.

– Pro­blem po­wtó­rzył się noc póź­niej i po­tem jesz­cze raz. W tym cza­sie Iwan bar­dzo się zmie­nił. Zro­bił się jesz­cze bar­dziej su­ro­wy niż za­zwy­czaj.

– Dla pani?

– Słu­cham? Nie, nie tyl­ko dla mnie. Mam wra­że­nie, że przede wszyst­kim dla sie­bie.

Wa­li­gó­ra pró­bo­wał to so­bie wy­obra­zić. Nie miał ni­g­dy tego typu pro­ble­mów. Jego wy­obraź­nia nie się­ga­ła aż tak da­le­ko, choć wie­dział z prak­ty­ki, do­kąd ura­żo­na duma może za­pro­wa­dzić męż­czy­znę.

– Niech pani mówi da­lej.

– Gdy wró­ci­łam, Ma­ry­si już nie było. Iwan oznaj­mił mi, że od­da­lił ją, po­nie­waż wy­pa­li­ła dziu­rę w dy­wa­nie. Rze­czy­wi­ście, mie­li­śmy w sa­lo­nie dy­wan, któ­ry Iwan bar­dzo lu­bił. Znik­nął i dy­wan, i słu­żą­ca.

– To jesz­cze o ni­czym nie świad­czy.

– Być może. Kil­ka dni póź­niej przy­pad­kiem roz­ma­wia­łam z do­zor­cą na­szej ka­mie­ni­cy. Nie sły­szał nic o żad­nym dy­wa­nie. Iwan ani nie pro­sił go o po­moc przy zre­pe­ro­wa­niu, ani nie ka­zał mu go wy­rzu­cić. A prze­cież ze znacz­nie mniej­szy­mi spra­wa­mi za­wsze zwra­cał się do do­zor­cy. Na­wet czę­sto da­wał mu pie­nią­dze, był bar­dzo za­do­wo­lo­ny z jego usług. Je­śli dy­wan uległ­by uszko­dze­niu, do­zor­ca po­wi­nien o tym wie­dzieć.

– No do­brze. Znik­nął dy­wan i słu­żą­ca. Na­dal nie wi­dzę związ­ku z za­gi­nio­ny­mi dziew­czę­ta­mi.

– Po moim po­wro­cie Iwan zro­bił się bar­dzo su­ro­wy, ale spra­wiał wra­że­nie... po­go­dzo­ne­go z lo­sem. Na­wet nie tyl­ko: spra­wiał wra­że­nie, jak­by był speł­nio­ny. Może na­wet, pa­ra­dok­sal­nie, za­do­wo­lo­ny. Jak­by pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści coś się wy­da­rzy­ło, co po­zwo­li­ło mu zmie­nić swo­je ży­cie. Nie po­dej­mo­wał żad­nych prób zbli­że­nia się do mnie, ale prze­sta­ło mu to prze­szka­dzać. Może je­stem na­iw­na, ale czy męż­czyź­ni tak ła­two go­dzą się z tym, że są nie­peł­no­war­to­ścio­wi? Że ni­g­dy nie będą mo­gli do­cze­kać się po­tom­ka i prze­dłu­żyć rodu?

Wa­li­gó­ra przyj­rzał się uważ­nej go­ścio­wi. W pierw­szej chwi­li Anna Kol­co­wa wy­da­ła mu się oso­bą ogra­ni­czo­ną, prze­stra­szo­ną; ty­po­wą żoną sil­ne­go męża, nie­przy­zwy­cza­jo­ną do for­mu­ło­wa­nia wła­snych po­glą­dów, a już na pew­no do wy­gła­sza­nia ich pu­blicz­nie. Te­raz za­czął zmie­niać zda­nie: sie­dzia­ła przed nim oso­ba sil­na i dum­na. I bar­dzo od­waż­na. Jej lo­gi­ce nie moż­na było wie­le za­rzu­cić.

– Za­pew­ne nie – po­wie­dział po chwi­li.

– Wła­śnie. Ale to tyl­ko taka ogól­na ob­ser­wa­cja – od­par­ła nie­co pew­niej­szym to­nem. – Waż­niej­sze jest co in­ne­go. Pan so­bie zda­je spra­wę, że od tej pory nie dzie­li­li­śmy nie tyl­ko łoża, ale na­wet sy­pial­ni? Iwan przy­go­to­wał so­bie od­ręb­ny po­kój i wy­pro­wa­dził się do nie­go kil­ka dni po tym... fia­sku.

– Ro­zu­miem.

– Ale ja mam dość lek­ki sen. Sły­szę, co się dzie­je w miesz­ka­niu. Czę­sto się bu­dzę w nocy.

– To uciąż­li­we.

– Ow­szem. Ale w tym wy­pad­ku oka­za­ło się uży­tecz­ne.

– W jaki spo­sób?

– Iwan za­czął zni­kać.

– Słu­cham?

– Te­raz wi­dzę to wy­raź­nie – po­wie­dzia­ła Anna Kol­co­wa. Wa­li­gó­ra na­brał prze­ko­na­nia, że ko­bie­ta za­pew­ne nie sły­szy jego wtrę­tów. Uznał, że po pro­stu po­zwo­li jej mó­wić. – Pew­ne rze­czy się po­wta­rza­ły. Naj­pierw Iwan ro­bił się... nie­spo­koj­ny. Tak, chy­ba „nie­spo­koj­ny” bę­dzie naj­lep­szym okre­śle­niem. Był na­pię­ty, no­si­ło go z kąta w kąt, za­my­ślał się, roz­ma­wia­jąc ze mną, cze­go zresz­tą nie czy­nił spe­cjal­nie czę­sto, po­tra­fił prze­rwać w pół zda­nia i po­tem nie pa­mię­tać, o czym mó­wił. Sły­sza­łam, że w ła­zien­ce czy w swo­jej sy­pial­ni mru­czy do sie­bie. Nie ro­zu­mia­łam co, zresz­tą nie mam zwy­cza­ju pod­słu­chi­wać. To trwa­ło kil­ka dni. A po­tem zni­kał na całą noc.

– Zni­kał? – wy­rwa­ło się Wa­li­gó­rze.

– Tak jak mó­wi­łam, lek­ko śpię. Bu­dzi mnie na­wet skrzyp­nię­cie za­wia­sów czy sprę­żyn łóż­ka. Gdy nad­cho­dzi­ła ta noc, wie­czo­rem Iwan za­my­kał po­kój na klucz. A oko­ło je­de­na­stej wy­cho­dził. Po ci­chu, przy zga­szo­nym świe­tle, jak zło­dziej. Wra­cał tuż przed świ­tem.

– To fa­scy­nu­ją­ce – po­wie­dział Wa­li­gó­ra. Już wie­dział, o co py­tać. – Jak czę­sto?

– Co: jak czę­sto?

– Ile razy znik­nął?

– Pod­czas mo­je­go mał­żeń­stwa, a trwa ono nie­co po­nad czte­ry lata, kil­ka­na­ście razy. Nie wiem do­kład­nie, po­nie­waż za­kła­dam, że kil­ka pierw­szych przy­pad­ków mo­gło mi umknąć. Wie pan, do­pie­ro po ja­kimś cza­sie do­pa­trzy­łam się pew­nej re­gu­lar­no­ści w jego po­czy­na­niach.

– To sza­le­nie in­te­re­su­ją­ce. Ja­kieś kon­kret­ne daty?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Nie no­to­wa­łam tego.

– A w przy­bli­że­niu?

Anna Kol­co­wa za­sta­no­wi­ła się.

– Ostat­ni raz miał miej­sce cał­kiem nie­daw­no.

Wa­li­gó­ra nad­sta­wił uszu.

***

Mknę­li jesz­cze przez kil­ka mi­nut, po­tem za­czę­li zwal­niać.

Ewe­li­na sły­sza­ła świst wia­tru, chra­pli­we stę­ka­nie bie­gną­ce­go kłu­sem ko­nia i rzu­ca­ne pod no­sem prze­kleń­stwa to­wa­rzy­szą­ce­go jej męż­czy­zny. Strza­ły re­wol­we­ro­we, od­da­ne szyb­ko je­den po dru­gim, jesz­cze brzmia­ły jej w uszach. W le­sie, pchnię­ta bru­tal­nie w śnieg, znie­wo­lo­na, owio­nię­ta smro­dli­wym od­de­chem na­past­ni­ków, czu­ła się bez­wol­na, choć wal­czy­ła od­ru­cho­wo, jak za­go­nio­ne w mat­nię zwie­rzę. Dzię­ki in­ter­wen­cji Kol­co­wa zo­sta­ła uwol­nio­na z rąk prze­śla­dow­ców – trzech, każ­de­go sły­sza­ła wy­raź­nie. Co da­lej? Co z nią, jej ży­ciem, wol­no­ścią?

– Co te­raz? – za­py­ta­ła ci­cho. Na­wet we wła­snych uszach brzmia­ła jak ktoś sto­ją­cy na kra­wę­dzi gro­bu.

– Po­sta­ra­my się wsiąść do po­cią­gu.

– Ach tak. Po­ciąg. Lu­dzie.

Przez cia­ło Iwa­na prze­szedł dreszcz. Mu­siał szyb­ko wy­bić jej z gło­wy myśl, że pa­sa­że­ro­wie mogą sta­no­wić ja­kąś de­skę ra­tun­ku.

– Słu­chaj – rzekł z na­ci­skiem. – To nie zmie­nia na­szej sy­tu­acji. Two­jej i mo­jej. Wiesz, co masz mó­wić. Wiedz, że za­wsze zdą­żę...

– Wiem – prze­rwa­ła mu.

***

Krüger był za­sko­czo­ny ci­szą. Bu­dy­nek wię­zie­nia ni­g­dy nie spra­wiał wra­że­nia przy­byt­ku tęt­nią­ce­go ży­ciem, nie­mniej aż taki bez­ruch zdu­miał go i, szcze­rze mó­wiąc, nie­co zde­pry­mo­wał. Każ­dy krok, każ­de stuk­nię­cie ob­ca­sa na be­to­no­wej po­sadz­ce wy­da­wa­ło mu się ar­mat­nim wy­strza­łem. Sta­rał się za­cho­wać ci­szę, zda­wał so­bie bo­wiem spra­wę, że mun­dur sta­no­wi na­der pro­sty do od­szy­fro­wa­nia ka­mu­flaż; straż­ni­cy prze­cież do­brze się zna­li.

Nie­zau­wa­żo­ny zdo­łał przejść przez cały ko­ry­tarz. Po­ko­nał jed­nym sko­kiem kil­ka schod­ków w dół i zna­lazł się przy wej­ściu na od­dział. We­dług straż­ni­ka tu po­win­na znaj­do­wać się służ­bów­ka. Istot­nie, po pra­wej Krüger do­strzegł na wpół otwar­te drzwi. Pod­szedł do nich i za­czął na­słu­chi­wać. Dwa gło­sy; ci­chy, nie­śmia­ły oraz znacz­nie gło­śniej­szy, ochry­pły, na­le­żą­cy nie­wąt­pli­wie do ko­goś znacz­nie star­sze­go. Krüger miał ocho­tę po pro­stu za­trza­snąć drzwi, po­de­przeć je czymś i uciec. Czuł, że po­mi­mo chło­du pot ciek­nie mu po ple­cach stru­mie­niem. Nie wie­dział jed­nak, czy straż­ni­cy nie mie­li w po­ko­ju te­le­fo­nu; za­kła­dał, że mają go ra­czej na pew­no. Wy­cią­gnął pi­sto­let, wpro­wa­dził na­bój do lufy, kop­nię­ciem otwo­rzył drzwi na oścież i wpadł do po­miesz­cze­nia.

– Ręce do góry! – krzyk­nął.

Obaj straż­ni­cy sie­dzie­li przy sto­le i gra­li w kar­ty. Mie­li miny wska­zu­ją­ce, że prę­dzej spo­dzie­wa­li się dmą­ce­go w trą­bę ar­cha­nio­ła Ga­brie­la niż więź­nia w mun­du­rze straż­ni­ka i z po­ły­sku­ją­cym me­ta­licz­nie Brow­nin­giem w ręku. Strach i za­sko­cze­nie nie po­zwo­li­ły im za­re­ago­wać do­sta­tecz­nie szyb­ko. Ża­den z nich nie po­słu­chał po­le­ce­nia Krüge­ra, ale nie zdo­był się rów­nież na gest opo­ru. Obaj sie­dzie­li po pro­stu z kar­ta­mi w dło­niach i pa­trzy­li na na­past­ni­ka, mru­ga­jąc bez­rad­nie oczy­ma.

Krüger do­sto­so­wał się do sy­tu­acji. Mięk­kim sko­kiem (oku­pio­nym igieł­ką bólu w zra­nio­nym boku) do­stał się w po­bli­że straż­ni­ka znaj­du­ją­ce­go się przed nim. Pa­trząc w oczy czło­wie­ko­wi sie­dzą­ce­mu po dru­giej stro­nie sto­łu, ude­rzył moc­no kol­bą w skroń pierw­sze­go męż­czy­zny. Ten stęk­nął głu­cho i za­chwiał się. Krüger po­pra­wił cios, moc­niej. Cia­ło z ło­mo­tem zwa­li­ło się na zie­mię i znie­ru­cho­mia­ło.

Dru­gi straż­nik w koń­cu wy­do­był się ze stu­po­ru. Rzu­cił kar­ty na blat, po czym szyb­kim ru­chem się­gnął do ka­bu­ry. Dzie­li­ła go od Krüge­ra sze­ro­kość sto­łu. Jego plan był w grun­cie rze­czy głu­pi; męż­czy­zna nie miał naj­mniej­szych szans wy­do­być pi­sto­le­tu, nim na­past­nik otwo­rzy ogień. Dwa me­try nie sta­no­wi­ły dla kuli god­ne­go uwa­gi dy­stan­su, a prze­ciw­nik trzy­mał prze­cież w ręku go­to­wą do uży­cia broń.

Tyle tyl­ko, że Krüger nie miał za­mia­ru na­ci­skać na spust.