Kroniki Drugiego Kręgu 4. Piołun i miód - Ewa Białołęcka - ebook

Kroniki Drugiego Kręgu 4. Piołun i miód ebook

Ewa Białołęcka

4,6

Opis

 

Magowie z Drugiego Kręgu rozdzielili się. Pożeracz Chmur, Gryf, Jagoda oraz rodzina Nocnego Śpiewaka postanowili zaznać spokoju i stabilności w ojczyźnie hajgów. Reszta chłopców wyruszyła w dalszą drogę, by wypełnić misję powierzoną im przez Matkę Świata. Przyjaciele trafili do kraju ogarniętego wojną, w którym słowo „magia” wywoływało mieszaninę strachu i szacunku. Zostali przyjęci przez króla Northlandu, który stara się jak najlepiej wykorzystać umiejętności swych niespodziewanych gości. Magowie również zdają sobie sprawę, że nie trafili na dwór bez powodu – Matka Świata nieustannie daje im sygnały. Czy będą potrafili dobrze je odczytać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Bogna Gawrońska

PROJEKT OKŁADKI: Magdalena Zawadzka/Aureusart

REDAKCJA: Paweł Gabryś-Kurowski

KOREKTA: Danuta Szczepańska

SKŁAD I ŁAMANIE: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

Copyright © Ewa Białołęcka 2018

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-715-1

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

MIASTO NA DRZEWACH

El Koret Korin ostrożnie zmienił pozycję. Legowisko z brudnych worków i zeschłych gałązek zachrzęściło cicho. Mężczyzna zmiął w ustach przekleństwo. Sądząc po kolejnym ognisku bólu, dorobił się następnego wrzodu na plecach. Nic dziwnego – od prawie trzydziestu dni nie zdejmował ubrania, nie mógł się umyć ani uczesać. Oblazło go robactwo i drapał się już nawet przez sen, rozdzierając skórę połamanymi paznokciami. Głód nie dokuczał mu tak dojmująco, jak na początku niewoli. Żołądek skurczył się i tylko ciążył mu w brzuchu jak kamień, a Koret starał się nie myśleć o jedzeniu. Myślał o śmierci. Pogodził się z tym, że umrze. Skoro nie mógł żyć, śmierć wydawała się naturalną koleją rzeczy. Nie umierał jednak, trwał tylko w zawieszeniu między oboma tymi stanami, aż czasem miał ochotę krzyczeć i przeklinać swych ciemiężycieli. Żądać, aby wreszcie zakończyli tę okrutną zabawę i zabili go, by mógł odpocząć.

Próbował uciekać. Oczywiście, że próbował… Na samym początku, kiedy byli jeszcze na to dość silni. On, Kewiar i Mess – z osiemnastu ludzi tylko trzech przetrwało atak z zasadzki. Reszta poległa, wystrzelana z łuków jak przepiórki, pozarzynana z zaskoczenia. Kewiar zginął później, przy próbie ucieczki. Mess… biedny, umęczony chłopak. Do tej pory Koret miał w uszach jego krzyki, gdy  t a m c i  wyrywali mu paznokcie. „Powiedziałem, och el… powiedziałem… nie wszystko, nie…” szeptał bezładnie młodziutki łowca, sztywno rozkładając ociekające krwią palce. Łzy spływały mu po ściągniętej cierpieniem twarzy. „Wiedzą gdzie… jak dojść… nie znają haseł… pułapek… powiedziałem, żeś ty jest el… oszczędzą cię na razie… tak… będziesz żył, el… nie wiedzą ilu ludzi do obrony, myślą że dużo… kłamałem… będą układy…”. Potem okaleczone ręce zaczęły puchnąć i sinieć. Mess długo jęczał, majaczył, aż jeden z bandytów dobił go, rozdrażniony ciągłym mamrotaniem chorego. Koret został sam. Dręczyło go poczucie winy – zakatowany myśliwy przekazał oprawcom fałszywe wiadomości i odroczył w ten sposób wyrok na leśne miasto. W ten sposób został większym bohaterem niż jego przywódca, leżący teraz na kupie liści z nogami uwięzionymi w kłodzie i czekający na swój koniec.

Z początku więzy były ze zwykłego rzemienia. Zdołał je namoczyć w deszczówce spływającej po ścianie ruiny służącej za więzienie, rozciągnęły się i udało mu się uwolnić ręce. A potem pomóc towarzyszom. To był jedyny sukces. Wartownicy okazali się zbyt czujni. Rozszczepiony pień młodej brzozy zamknął jego nogi w drewnianych kleszczach. Luzu było akurat tyle, by powoli, niezdarnie przestawiać nogi. Wgłębienia niedbale obrobiono siekierą i zadziory zdążyły już pozdzierać elowi skórę. Zwłaszcza, że już pierwszego dnia jednemu ze zbirów spodobały się buty Koreta. Więzień owinął stopy i narażone na otarcia kostki szmatami, ale niewiele to pomagało.

Koret jeszcze raz policzył kreski wydrapane na brudnym murze zrujnowanej wieży. Było ich dwadzieścia osiem. Nie do wiary, że aż tyle dni minęło. Grasanci musieli wiązać z nim pewne nadzieje, skoro nadal pozostawał przy życiu. Zdołał ich policzyć, kiedy wychodził pod strażą za potrzebą. Czternastu dorosłych mężczyzn, dwóch wyrostków. Z podsłuchanych urywków rozmów wnioskował, że czekają na inną, liczniejszą bandę. Czterdziestu chłopa obecnie mogło bez większego kłopotu zająć tę dużą osadę, jaką była eliga Koreta i urządzić się tam wygodnie, przemieniając ją w zbójeckie gniazdo. Gdyby wiedzieli, że teraz większość mieszkańców Bukowiny stanowią kobiety, dzieci i starcy, nie wahaliby się nawet chwili. Co prawda, mieszkanki Miasta Na Drzewach radziły sobie z łukami, ale jak długo zdołałyby się opierać? Bohaterstwo Messa okazało się zbawienne przede wszystkim dla leśnego miasta. Tymczasem za przedłużenie życia ela Bukowiny mieszkańcy płacili żywnością i paszą dla koni. Sam Koret wiedział, że nie może to trwać wiecznie. Napisał już trzy listy do żony, na znak, że żyje. W zamian za nie grasanci otrzymywali worki mąki i fasolę. Niedawno postanowił, że nie napisze czwartego pisma. Nie napisze… i umrze. Przynajmniej to wszystko się skończy.

W mieście został Yuron, więc będzie miał kto objąć stanowisko ela po jego śmierci. Yuron jest silny i ma dużo zdrowego rozsądku. Może myśli trochę wolno, ale lepsze to niż za gorąca głowa. Będzie dobrym elem, zaopiekuje się Bukowiną i będzie dobry dla el-len, wdowy po swoim poprzedniku. Może nawet ożeni się z nią. Dobrze by było… Została Lija z trójką dzieci własnych, a jeszcze jest przecież sierota po bracie – Messil. Koret nawet nie zastanowił się nad faktem, że myśli już o sobie jak o martwym.

Jego więzieniem była prastara ruina, zagubiona wśród puszczy na wysoczyźnie. Dawno, dawno temu stała tu potężna wieża strażnicza, sięgająca ponad korony drzew. Strzegła szlaku handlowego przez góry, a na jej wierzchołku nocami rozpalano ognie sygnalizacyjne lub dawano znaki lustrem za dnia. Szlak jednak podupadł, a wieżę opuszczono. Czy to fundamenty były niedobre, czy też wzgórze zaczęło się zapadać – budowla przechylała się z latami coraz bardziej, aż przełamała się na dwie części. Dwie trzecie konstrukcji legło u podnóża urwiska w postaci kupy kamieni i pokruszonych cegieł, które stworzyły przypadkową zaporę na strumieniu. Pozostałość sterczała, smętnie przechylona, jak ostatni wypróchniały ząb w szczęce staruchy. Mury chroniły przed wiatrem, a pochylenie trochę osłaniało przed deszczem. Jednak było to prawie nic. Bandyci pomieszkiwali w szałasach z choiny i pewnie było tam znacznie zaciszniej.

Z zamyślenia wyrwały Koreta głosy na zewnątrz.

– Patrzaj no, com ułowił!

– Po coś go przywłóczył? Ubić trza było i się nie babrać!

– Głupiś, patrzaj na niego. Obcy je, Gardziel go zechce zobaczyć.

– Gardziel na trakt poszedł. Rozeznać się.

– Już on ta się dużo porozeznaje. Na pluchy kupcom nie pora. Chyba że branka idzie, a co komu po brance? A ten tu szczurek po lesie przepatruje i węszy. Jak mu paluchy obłuskam albo uszy obetnę, to zaraz będzie śpiewać na co i po co.

– A może by tak po gardle i do dołu? Na co ci to gówno? Mało roboty masz?

– Nie mądruj się, bo Gardzieli powiem, że się migasz.

Koret pojął, że zbóje mówią o człowieku. Zdjęty trwogą, że w ich łapy dostał się następny mieszkaniec Bukowiny, podczołgał się do szczeliny w murze i wyjrzał na zewnątrz. Niewiele widział, więc zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, by podciągnąć się wyżej i zyskać lepszy widok. Dwóch mężczyzn pochylało się nad nieruchomym kształtem, leżącym na ziemi. Trzeci przyglądał się zdobyczy, wsparty rękami pod boki w buńczucznej postawie. Czwarty podnosił właśnie coś w wyciągniętej ręce.

– Pies?

– A co? Jak ci się sarny zachciewa, to se złów. Tłusty jest, na polewkę dobry.

– Ale pies…?

– Jak głód był, to żeśmy z braćmi nietopyrze na strychach spod belek wybierali, a tobie, smarku, pies śmierdzi?

Jeden z pochylonych wyprostował się i wzruszył ramionami.

– Ciężko grabę masz, Wagun. Ubić go na miejscu żeś chciał? Ledwo dycha.

– Ee, trochę się tam szarpał, to mu przylepiłem ździebko – odpowiedzi udzielono lekceważącym tonem.

Koret przygryzł wargę z gniewem. Jeśli nawet nieczuły zbir zwracał uwagę na stan ofiary, to musiała być nieludzko skatowana. Wagun nie miał sobie równych. To on właśnie torturował Messa, a potem dźgnął nożem w serce równie obojętnie, jakby skracał życie zwierzęcia.

– Do wieży?

– Do wieży. Dobra ta wieża, nie?

Koret szybko wycofał się na stare miejsce. Po chwili pojawiło się dwóch bandytów, dźwigających bezwładne ciało. Rzucili je niedbale na pochyłe klepisko wewnątrz ruiny, aż nowy więzień przetoczył się niżej. Tam, gdzie spływająca wilgoć tworzyła małą kałużę. Odeszli, a Koret natychmiast przyciągnął nieprzytomnego na swój nędzny barłóg. Tu przynajmniej było w miarę sucho. El od razu zorientował się, dlaczego bandyci nie zadali sobie trudu, by związać jeńca. Był w takim stanie, że nie tylko nie mógłby uciec, ale nawet utrzymać się na nogach. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to zmasakrowana prawa strona twarzy – Wagun był mańkutem, co el ustalił na samym początku niewoli. Koret delikatnie obmacał obrażenia, próbując dojść, czy brutalne ciosy nie naruszyły kości. Sądząc po rozległości krwiaków i opuchlizny, to było całkiem możliwe. Nie ulegało za to wątpliwości, że ranny ma złamaną rękę przynajmniej w dwóch miejscach – zasinienie sięgnęło już palców, a przy poruszeniu ramieniem słychać było cichy chrobot przesuwających się kości. Ranny zajęczał. Oddychał bardzo płytko. Koret był prawie całkowicie pewien, że ma także połamane żebra. Bestia Wagun musiał długo kopać leżącego, rozkoszując się jego bólem, póki chłopak nie stracił przytomności. Właśnie – chłopak. El poznał, że nie ma do czynienia z całkowicie dojrzałym mężczyzną. Z zaciekawieniem przyjrzał się uważniej nowemu towarzyszowi niedoli. Na pewno nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat. Nie pochodził z leśnego miasta – tam el znał wszystkich. Nie był nawet mieszkańcem Ogorantu. Pod burą opończą chłopak nosił bluzę z delikatnej, koziej wełny, tkanej splotem właściwym dla hajgońskich wyrobów. Wysokie buty na solidnej podeszwie także wyszły spod ręki szewca z gór. Spodnie z grubego samodziału były równie bezosobowe jak płaszcz i mogły należeć do każdego, bez względu na stan oraz narodowość. Ostatnie wątpliwości znikały, gdy przyjrzeć się bliżej tej szczupłej fizjonomii – jedno oko znikło w wałkach obrzęku, lecz kącik drugiego subtelnym łukiem unosił się ku skroni. Włosy jeńca prezentowały się równie zdradliwie – smoliście czarny „jeżyk”, gęsty i sztywny jak ściernisko. Zbyt wielu Koret widział w życiu legalnych kupców i przemytników przemierzających szlaki przez Góry Zwierciadlane, by nie rozpoznać znajomych cech.

– Co tu robi Lengorijen, i to samotnie? – szepnął sam do siebie.

Tknięty pewną myślą, odwrócił dłoń chłopca wnętrzem do góry. Nie, ten młody człowiek nigdy ciężko nie pracował. Zaintrygowany jeszcze bardziej el zaczął przetrząsać jego odzież. Oczywiście kieszenie zostały już opróżnione przez złodziei, lecz Koret miał nadzieję znaleźć cokolwiek, co powiedziałoby mu coś więcej o przybyszu z Południa. Odkrył tylko, że bluza chłopca została ozdobiona na ramionach bursztynowymi paciorkami i jedwabną wstążką, przeplecioną misternie przez wełnę. Był zatem kimś majętniejszym od zwykłego wędrownego rzemieślnika. Ale czemu podróżował samotnie? A może właśnie przeciwnie…?

Koret zamoczył w obtłuczonym dzbanku kawałek gałgana, zaczął wycierać z twarzy chłopaka ślady krwi i błota. Zapewne pod wpływem tego dotyku ten zaczął odzyskiwać zmysły. Ciemne oko otwarło się, chłopiec poruszył głową i znów jęknął głucho.

– Ja mówić lengore – odezwał się Koret szeptem. – Trochę. Ty rozumieć?

Ranny miał problem z otwarciem ust. Koret pomyślał, że Wagun chyba jednak złamał mu szczękę.

– Yhm…

– Ty być cicho. Tu niebezpiecznie.

– Yhm… – Spojrzenie bystrzejsze i zarazem pełne obawy.

Koret usilnie szperał w pamięci, szukając lengorchiańskich słów. Miał kłopoty z odmianą i określaniem czasu, ale tamten powinien zrozumieć, jeśli tylko el będzie mówił prosto i wyuczonymi na pamięć zwrotami.

– Ty być kupiec?

Tym razem chłopiec zaprzeczył ruchem ręki.

– Ty być bogaty człowiek?

Znów zaprzeczenie.

– Źle – zmartwił się mężczyzna. – Ty umrzeć. Oni zabić ciebie. Ty być sam, bez przyjaciel? Niedobrze. Musi być pieniądz. Zabójcy kochać pieniądz. Być pieniądz, wtedy ty żyć.

To legło u podstaw pomysłu Koreta, by przedłużyć życie młodego Lengorchianina. Przekonać wodza grasantów, że można spróbować wymienić chłopca za spory okup. Tylko kto miałby go zapłacić? Niedobrze. Skąd wziął się ten młody kruk i co teraz z nim będzie?

– Kto za ciebie zapłaci? – powiedział w ojczystym języku, patrząc smutno na chłopca.

Lengorchianin spróbował coś powiedzieć. Przez zęby, z trudem poruszając wargami, wykrztusił w northlanie:

– Jest ktoś…

Koret natychmiast zawisł wzrokiem na jego ustach.

– Mówisz w moim języku?

Lengorchianin pokazał dwa palce oddalone od siebie na małą odległość: trochę. Koret nabrał nieco otuchy. Każdy trochę, a ta mieszanina lengore i northlanu da im szansę porozumienia i może razem coś wymyślą. Ranny lewą, zdrową ręką niezdarnie próbował rozpiąć bluzę. El pomógł mu, a chłopak obciągał tkaninę coraz niżej i niżej, aż odsłonił górną część piersi, gdzie widniało niewielkie, zielono-czarne kółko z zawiłym symbolem wewnątrz. Przez moment Koret niczego z tym nie kojarzył, a potem aż syknął.

– Oszszsz… zaraza!

Czym prędzej zapiął chłopcu ubranie i nawet podciągnął skraj opończy aż pod szyję. Pochylił się nisko, prawie dotykając nosem skroni tamtego.

– Nic nie widziałem – wyszeptał gorączkowo do ucha Lengorchianina. – Nic! Masz być cicho. Masz spać. Kiedy źli ludzie przyjdą, masz spać!

Chłopak mruknął na znak zgody. El uspokoił się trochę. Pomyślał, że ranny może być spragniony. Duże naczynie z wodą było nieporęczne, więc spróbował ostrożnie napoić chłopca ze złączonych dłoni. Ten przełknął łyk wody i nie chciał więcej. Potem leżał cicho, nieruchomo – drzemał lub znów popadł w omdlenie. Koret przygryzał paznokieć, ponuro rozmyślając nad niespodzianką, którą sprawił mu los. Czarownik! A niech to… Chyba nie tak znów potężny, skoro Wagun dał mu radę. Coś się tu kroi. Powiedział wyraźnie: „jest ktoś”. To znaczy, że nie jest sam. Dwóch ich? Paru? A może stu? Na północy wojna, w puszczy bandy, a tu Lengorchianie przekraczają granicę. I to nie zwykli Hajgowie śmierdzący baranem, a przybysze z dalekiego Południa, zza gór. Może nawet z samej Zaklętej Twierdzy, co ponoć stoi na wodzie zbudowana.

„Jeden wróg w granicach, a drugi po sąsiedzku nóż w plecy wbija” – pomyślał el z goryczą. Ogorant od zawsze był terenem spornym. Rościł sobie prawa do niego zarówno cesarz Ogniwo, jak i król Northlandu. Żyli tu ludzie mówiący zarówno w skundlonej odmianie lengore, jak i używający w miarę czystego northlanu. Jedni ciemnowłosi o drobnej kości, innych można by wziąć za Hajgów, gdyby nie ich język. Ogorant był garnkiem, w którym warzyła się przedziwna wielorasowa polewka i właściwie przynależność narodowa zależała od zapatrywań konkretnego ela. Koret opowiadał się za królem Ataelem. Skoro w granicach Ogorantu pojawili się czystej krwi Lengorchianie, mogło to znaczyć, że Ogniwo postanowił skorzystać z okazji, jaką były walki na północy Northlandu i przejąć Ogorant.

Przez króciutką chwilę Koreta kusiło, by zacisnąć palce na szczupłej szyi rannego chłopaka. Byłoby jednego mniej. Jednego mniej twórcy „żywych pochodni”, potwora miażdżącego jednym zaklęciem całe regimenty zbrojnych, czarownika zdolnego powołać do życia upiory, bestie i jadowite gady, by pozbawiały życia rodaków Koreta. O tym wszystkim opowiadał mu dziad, który widział wojnę z Lengorchią. A teraz el miał takiego skośnookiego barbarzyńcę przed sobą. Wystarczyłoby na dłużej przycisnąć tę pulsującą żyłę na szyi, albo po prostu rzec słowo jednemu ze zbirów… Koret przetarł oczy palcami. O czym on właściwie myśli, na Łaskę Pana? O zamordowaniu bezbronnego?! Gdyby ten biedny chłopak miał jakiekolwiek nadprzyrodzone moce, to nie leżałby tutaj.

Po pewnym czasie do ułomka wieży zajrzał zbójecki terminator. Szczerząc zęby, postawił na ziemi parującą miskę, wypełnioną nieapetyczną paćką. Sądząc z zapachu, istotnym składnikiem potrawy była stara rzepa, ale przez odór przebijała się także nuta odmiennego zapachu.

– Znaj pana – odezwał się wyrostek. – Dziś mięso.

Koret uniósł brwi w mimowolnym zdumieniu.

– Mięso? – powtórzył.

– Psina – wyjaśnił opryszek i zarechotał szyderczo. – Dobry piesek, dobry… hau hau…!

Poszedł sobie, wciąż rżąc głupio. Koret nie miał nic przeciwko zjedzeniu psa, a nawet czegoś gorszego. Głód był mu nieodłącznym towarzyszem od wielu dni. Zobaczył jednak wyraz twarzy lengorchiańskiego chłopaka, który wpatrywał się w przyniesione naczynie, jakby wił się w nim pęk jadowitych żmij.

– To mięso – odezwał się el, podnosząc miskę. – Ty chory – przeszedł na łamany lengore. – Ty jeść. Potrzeba być silny. Potrzeba być żywy.

Chłopak z niespodzianą energią zamachnął się i omal nie wytrącił Koretowi naczynia z rąk. Twarz wykrzywił mu okropny grymas. Próbował coś powiedzieć, ale zmieniło się to w niezrozumiały bełkot. Koret odsunął się, wyłowił palcami z miski kość z całkiem sporym kęsem mięsa. Mimo wygłodzenia był gotów oddać go chłopcu, jeśli tamten zdoła to przeżuć. Młody czarownik krzyknął rozpaczliwie, zakrył twarz ramieniem. Przewrócił się na bok, tyłem do Koreta i tak już pozostał, jęcząc cichutko. Zdezorientowany el zjadł posiłek samotnie. Pies był całkiem niezły. Czemu chłopak nie chciał spróbować? Może tam, w Lengorchii brzydzono się psami, jak na Północy wężem lub szczurem? Zresztą, z poranionymi ustami pewnie i tak nie mógłby niczego pogryźć. Dopiero po jakimś czasie przyszło elowi do głowy, że do zbójeckiej jamy chłopak i pies przybyli jednocześnie. Możliwe, że zwierzę należało do młodego czarodzieja. Przykre. Bardzo przykre, ale cóż… tak to bywa w tym parszywym życiu.

Chłopiec i jego pies. Ciekawe, jak tu trafili.

Było ich siedmiu: Kamyk, Myszka, Promień, Stalowy, Wężownik, Winograd i Koniec. Trzej pierwsi opuścili góry z powodu tego, że Hajgowie uwielbiali cuda, ale woleli takie, które nie spełniały się na ich oczach. Stalowego wymiotły z Pierścienia wyrzuty sumienia. Choć doszedł do jakiej takiej równowagi, bardzo chciał się na coś przydać. Motywy Końca i Winograda były niejasne. Możliwe, że martwili się o przyjaciół i nie chcieli ich opuszczać w potrzebie, a może zwyczajnie nie odpowiadały im Góry Zwierciadlane – coraz bardziej zimne i mgliste. Wężownik natomiast postanowił zobaczyć większy kawałek świata, skoro nadarzyła się okazja. Nocny Śpiewak bardzo poważnie podchodził do swego obowiązku opieki nad rodziną. W Pierścieniu podobało mu się i miał zamiar zostać na dłużej (może na zawsze) wśród Hajgów. Srebrzanka naturalną koleją rzeczy trzymała się męża. Ona także tęskniła do czegoś stałego. Gryf był zmęczony włóczęgą i wbrew spodziewaniom postanowił zaczekać na powrót zwiadowców. W dodatku hajgońskie dziewczyny były aż nadto łaskawe dla przystojnego Obserwatora. Wiatr Na Szczycie postawił sprawę twardo – on był w domu, wśród swoich i zostanie tam, choćby to miało go zabić! Jagoda nie odzywała się zbyt wiele po zajściach w czasie Strzyży. Omijali się z Kamykiem tak starannie, jakby jedno było ogniem, a drugie beczułką prochu. Czuło się na odległość, że coś niedobrego między nimi zaszło. Było pewne, że nie wybierze się w podróż z grupą, w której znajdzie się Tkacz Iluzji. Pożeracz Chmur wpierw nie mógł się zdecydować, a potem nagle postanowił zostać. Znalazł w Zwierciadlanych Górach znakomite tereny łowieckie. W taki to sposób siedmiu podróżnych znalazło się w imponującej, choć wilgotnej puszczy Ogorantu.

– No i masz ten swój większy kawałek świata. Coś niesamowitego – odezwał się Myszka do Wężownika, z upodobaniem rozglądając się wokoło.

– Pięknie – przyznał starszy z Wędrowców. – Warto było tu skoczyć.

Dokoła nich rozciągała się niewiarygodna dekoracja w kolorach złocistym i purpurowym. Co jakiś czas nadciągał lekki podmuch wiatru, a wtedy z koron drzew sypał się deszcz liści. Cała okolica zasłana była brązowo-złotym dywanem, z którego wyrastały srebrzystoszare pnie buków. Gdzieniegdzie, jak rdzawo łuszcząca się kolumna, tkwiła osamotniona sosna. Tak jakby natura postawiła ją tam tylko w tym celu, by dołem złamać inną barwą jednostajną kompozycję, a w górze podkreślić żałobną purpurę za pomocą zieleni igieł.

– Tak to wygląda, jakby cały świat płonął na stosie – powiedział Myszka.

– Masz teraz dziwnie pogrzebowe skojarzenia – odezwał się Winograd. Dokładał właśnie drewna do ogniska, nad którym gotowała się w kociołku woda na zupę. Uważał przy tym, by gałęzie były podsuszone i nie dymiło się nadmiernie. Szczeniak bawił się liściem u jego boku.

– Dziwisz się? – spytał Promień za jego plecami. Obdzierał ze skóry ubitego zająca, więc Bestiar przezornie wolał się nie oglądać. – Zresztą jesteśmy właśnie w kraju, gdzie pali się magów na stosach!

– Naprawdę?! – Myszka zrobił wielkie oczy.

– Nie słuchaj go. Gada byle co, jakby w Lengorchii nie paliło się nikogo na stosie. W tym magów.

– Ale tutaj PRZED śmiercią, a nie PO – zadrwił Promień i z chlupnięciem wrzucił oderżnięte zajęcze skoki do kociołka.

Winograd odwrócił się z krzykiem:

– Co ty robisz?! Gdzie wrzucasz te zwłoki?! Ja też mam to jeść!

– Niech to…! Zapomniałem. Nie ciskaj się. Raz mógłbyś zjeść to, co wszyscy!

– Daruj sobie. Zeżryj i moją część, ludożerco.

– Szczurzy kochanek! Idź modlić się do fasolki!

– Przynajmniej się modlę, a ty wcale! Bezbożnik i ścierwojad do tego!

Promień z pasją rzucił mięsem o ziemię. Winograd nastroszył się. Był głodny, a nieprzemyślany postępek Iskry pozbawił go obiadu.

– Czego?! Twój pies mięso żre, tak?! A mnie nie wolno?! – warknął Promień.

– Z w i e r z ę t a  zjadają się nawzajem! Taka ich  n a t u r a.

– To może i ja jestem zwierzę, tłumoku!

– Zwierzęta są lepsze od ciebie, Promień! One myślą, czują i okazują to, a ty nie masz pojęcia o uczuciach wyższych! Dla ciebie zwierzę to tylko mięso! Zeżarłbyś własnego brata, gdybyś go miał!

Promień aż spurpurowiał. Myszka próbował załagodzić spór, ale nikt go nie słuchał.

– Nie będziesz mi tu robił wykładów z filozofii, głąbie kapuściany! Ani tykał mojej rodziny. Jarzynki, jarzynki…! A mleko pijesz, co? A jajka..?

– Co mają jajka do rzeczy?

– To, że jesteś hipokrytą, szczurzy pyszczku. Jajko to taki kurczak, któremu się nie powiodło. No pomyśl, ile to życia poczętego pochłonąłeś od chwili, kiedy mamka cię odstawiła od cycka?

Winograd zesztywniał. Spojrzenie, jakim zmierzył Promienia, wyraźnie dawało do zrozumienia, co o nim sądzi.

– Nie odzywaj się do mnie – wycedził. – Mam cię powyżej uszu. Obyś się kością zadławił!

Odwrócił się na pięcie i ruszył w las. Po drodze podniósł szczura i posadził go sobie na ramieniu. Pies jak wierny cień podążył za Bestiarem.

– Hej, dokąd idziesz?! – zawołał zaniepokojony Wężownik.

Winograd machnął ręką, nie oglądając się za siebie.

– Skoro nie ma dla mnie zupy, to idę poszukać orzechów. Może jeszcze jakieś znajdę.

Gdy tylko zniknął kolegom z oczu, Winograd poczuł ulgę. Lubił ich, ale podczas posiłków stanowili męczące towarzystwo. W gospodarstwie, gdzie dorastał, nigdy nie dostał do jedzenia niczego, co przedtem oddychało. Jego talent nie tolerował nawet wywaru z ryby. A potem, w Zamku, skrzętnie przygotowywano Mówcom Zwierząt posiłki całkowicie pozbawione wszelkich zwierzęcych elementów. Jadali też przy zupełnie osobnym stole. Gdyby ktoś podstępem zmusił Bestiara do spożycia kawałka mięsa, skończyłoby się to ciężkim rozstrojem żołądka na tle nerwowym. Tylko ktoś tak pozbawiony wrażliwości jak Promień, nie potrafił zrozumieć, że zwykłe pieczenie kury było dla Bestiara równie potworne, jak dla innych smażenie dziecka. Jeśli chodziło o samego Promienia, Winograd był przekonany, że Iskra kochał zabijać. Gdyby w grę wchodziło jedynie zaspokojenie głodu, Winograd postawiłby go w jednym rzędzie z drapieżnikami takimi jak tygrys, wilk czy pantera… Albo smok. Promień jednak uwielbiał łucznictwo, a polowanie było dla niego doskonałą rozrywką. Mordował zwierzęta nawet wtedy, gdy jego towarzysze mieli inną żywność i lubił chwalić się celnymi strzałami. W dodatku miał chyba rację co do jajek i Winograd był naprawdę wściekły z tego powodu. Pił mleko, lubił śmietanę, jajka jadał odkąd sięgał pamięcią, nie kojarząc ich jakoś z kurą oraz jej sprawami rodzinnymi. Były takie… bezosobowe. A tu – życie poczęte! Niech to! Od tej chwili będzie mu się wydawało, że każde jajko na twardo zawiera ugotowanego żywcem kurczaka. Koszmar! Już zaczynało go mdlić.

Czerwono-złoty las tchnął jednak spokojem i zaczął on udzielać się także Winogradowi. Szedł tak bez pośpiechu, ze szczeniakiem u nogi. Od czasu do czasu sięgał talentem do umysłu psa, a wtedy razem z nim wyczuwał setki fascynujących zapachów. Szczur kręcił się na ramieniu młodego Bestiara, łaskotał go wąsami w ucho. W płytkim parowie kłębiły się kolczaste pędy. Winograd znalazł dwa ostatnie owoce pod zwiędłym liściem i dał je szczurowi, choć nie był pewien, czy są jadalne. Wiedział doskonale, że Niuchacz nie tknie trucizny, ostrzeżony instynktem. Zwierzątko zjadło, po czym dało znać, że chętnie wrzuciłoby do brzucha coś jeszcze. Winograd podrapał szczura po wąskim łbie i karku.

– Cierpliwości. Znajdziemy leszczynę, zjemy orzeszków.

Winograd nie był pewien, czy rozpozna zarośla leszczyny w tym powszechnym zalewie żółci i rudości. W pamięci zapisany miał kształt liści, lecz  z i e l o n y c h.  Trafił na coś, co było ogromnie podobne do leszczyny z kształtu gałęzi, lecz orzecha nie znalazł ani jednego. Może zaopiekowały się nimi zaradne wiewiórki. Poszli więc dalej. Szczur chciał zejść na ziemię, chłopiec posadził go wśród brązoworudych, wrzecionowatych liści. Niuchacz natychmiast zaczął w nich gmerać. Wygrzebał duże nasiono w kształcie spiczastego grotu i zaczął je obgryzać. Winograd rozgarnął liście za przykładem szczura, znalazł więcej nasion. Brązowe, lśniące łuski dawały się łatwo obierać. Wnętrze było całkiem smaczne. Lekko cierpkie, trochę oleiste, ale niewątpliwie jadalne. I pochodziło z rośliny, co dla Winograda było najważniejsze. Szczur szeleścił wśród liści, pies kręcił się dokoła, ze szczenięcą ciekawością chłonąc świat. Czasem grzebał łapą tuż przy rękach Winograda, chcąc pomóc i przeszkadzając oczywiście z dużym talentem. Winograd zjadł garść bukowych orzeszków. Napełnił nimi kieszeń na zapas. Potem położył się na szeleszczącym kobiercu i patrzył z zachwytem na taniec spadających liści. To było to, co nazywano „nothlandzką złotą jesienią”. Słyszał o niej, ale nawet nie wyobrażał sobie, że może być tak wspaniała. Las wydawał się bezmierną komnatą balową, wyłożoną drogocennymi tkaninami.

Późna jesień w Lengorchii była beznadziejną porą słot, błota i mgieł. Drzewa na południu zrzucały liście, ale robiły to raczej w najgorętszej fazie lata, dla oszczędności na czas suszy. W dodatku każdy gatunek preferował inną porę. Na jesieni wszystkie rośliny pęczniały w deszczu jak gąbki. Listowie było przerzedzone, smętnie oklapłe, ale w ogromnej przewadze zielone. A tutaj wszystkie drzewa naraz, jakby się umówiły, wykładały na pokaz wszelkie wspaniałości w ekstatycznym ataku rozrzutności.

– Jak tu pięknie… – wyszeptał Winograd w podziwie.

Niuchacz wspiął się na jego pierś, a Tajfun wpasował w zgięcie łokcia. Chłopiec pogłaskał szczura, pieścił miękkie uszy psa i był w tej chwili doskonale szczęśliwy. Głupią kłótnię z Promieniem zepchnął na skraj umysłu. To nie wina Iskry, że jest taki. Po prostu nie potrafi być inny. We krwi ma tę arogancję i porywczość. A co tam…

Po chropawym pniu, głową w dół zsunęła się wiewiórka. Tak samo ruda i złota jak otoczenie. Różniła się od krewnych z gór i zza gór. Tamte były bure albo ciemnobrązowe, miały krótsze ogonki, za to większe uszy. Przysiadła między korzeniami buka, zawinęła puchatą kitę ogona nad czołem, patrzy. Winograd uśmiechnął się. Zabawna cwaniara. Nie boi się, tylko ciekawa jest, co to za przybysze wygniatają ziemię pod jej domem. Bestiar powstrzymał chęć, by zespolić się z drobną iskierką jaźni zwierzątka. Mały rudzielec byłby zdezorientowany, może chciałby się poufalić, a to nie było dla niego bezpieczne. Dzikie stworzenia powinny zostawać dzikie. Wiewiórka wygrzebała coś spod opadłego listowia, wpakowała pod policzek i smyrgnęła z powrotem w górę pnia jak rdzawa błyskawica. Tajfun odprowadził ją wzrokiem, a potem kichnął, jakby podkreślając ważność zdarzenia.

– No proszę, jak taki malec sobie tu radzi, to chyba i my nie zginiemy, co pieseczku? – mruknął Winograd, a szczeniak trącił go nosem, domagając się nowych pieszczot.

Po jakimś czasie Winograd zziębnął. Po skromnym posiłku z buczyny zachciało mu się pić. Postanowił przejść jeszcze kawałek, szukając dolnego biegu strumyczka, w górze którego magowie rozbili obóz, a potem wrócić wzdłuż brzegu. Obrany kierunek okazał się dobry. Woda wpływała czystym, wartkim nurtem wprost do jaru o stromych zboczach. Opadłe liście żeglowały na powierzchni strumienia jak maleńkie łódeczki. Gdzie je zaniesie? Jak daleko? Winograd przyklęknął na brzegu i zanurzył dłoń w zimnej wodzie. Z przeciwległego brzegu poderwał się do lotu kruk z głośnym krakaniem. Wiatr znów wpadł między gałęzie i otrząsał z nich liście złotym deszczem. W tym szumie Winograd ledwo dosłyszał głośniejszy szelest za plecami, jednocześnie pies zawarczał i obnażył zęby. Chłopiec poderwał się, obrócił, odruchowo zasłaniając głowę ramieniem. Cios pałki, który miał go ogłuszyć, spadł na rękę. Trzasnęła kość, gorąca fala bólu przebiegła aż do barku. Następne uderzenie trafiło go w twarz. Oszołomiony, upadł na plecy. Tajfun rzucił się z ujadaniem na napastnika, chcąc bronić pana. Tamten mężczyzna jednak bardzo sprawnie posługiwał się kijem. Ogłuszył szczeniaka niewiarygodnie łatwo – szybkim, oszczędnym ruchem, jakby miał do czynienia z kupką liści. Płynnie zmienił kierunek uderzenia i następny cios dosięgnął chłopca. To, co nastąpiło potem, Winograd odebrał jako jedno pasmo udręki. Razy spadały jeden za drugim, a każdy z siłą łamiącą kości. Nie mógł bronić się, ani uciekać. Napastnik katował go z dziką uciechą, roześmiany, jakby świetnie się bawił. Winograd zwijał się jak robak, instynktownie chroniąc brzuch i krocze przed kopniakami. Czuł, jak pękają mu żebra. Ostatnim widokiem, zanim litościwa Bogini zesłała na niego omdlenie, był jego pies leżący bez ruchu z rozbitą głową.

Stalowy, Koniec i Kamyk znaleźli w lesie ślady ludzkiej obecności, więc tym bardziej zaniepokoili się, gdy powrócili na miejsce popasu i nie zastali tam Winograda. Nieszczęsna zupa na zającu – przedmiot sporu – dogotowała się już jakiś czas temu, więc zaczęto jeść. Chłopcy czekali, a Bestiar nie wracał.

– Może to właśnie jego tropy znaleźliście? – wysunął przypuszczenie Wężownik.

Stalowy pokręcił przecząco głową.

– Ktoś wyciął siekierą kilka młodych drzewek. Na pewno nie Winograd.

Koniec przeczesywał talentem najbliższą okolicę.

– Nie wyczuwam go nigdzie. Niedobrze. Za to jest tu paru innych… hmm… nie podobają mi się ich myśli.

Promień skończył jeść. Sięgnął po swój łuk i kołczan.

– Pójdę poszukać tego miłośnika zwierzątek.

– Jeszcze czego! A jak i ty się zgubisz?

– Nie będziemy mieli tyle szczęścia – mruknął pod nosem Wężownik i dodał głośno:

– A jak trafisz na tamtych nieprzyjemnych, których odkrył Koniec?

– To będą mieli pecha – rzekł dobitnie Promień.

Trudno było nie przyznać mu racji. Był Iskrą i do tego lepszym tropicielem od całej reszty. Z pewnością samotna włóczęga po lesie nie groziła mu niczym niebezpiecznym.

Wrócił po niecałej godzinie. Bez Winograda. Już z daleka było po nim widać, że przynosi złe wieści.

– Niedaleko stąd, w dół strumienia. Ślady na ziemi, rozrzucone liście, krople krwi – zameldował krótko. – Odciski stóp i kopyt. I to…

Sięgnął pod kurtkę, skąd wydobył ciałko szczura. Zwierzątko zwisało z jego dłoni jak łachman. Jeszcze żyło, lecz widać było, że koniec jest bliski. Stalowy dotknął szczura.

– Nic się nie da zrobić. Ma przetrącony grzbiet.

– To chyba trzeba go dobić – powiedział Promień, a w jego głosie zabrzmiało niezdecydowanie. – Tylko jak? To taki drobiazg…

Wężownik bez słowa wziął od niego dogorywającego szczura i odszedł na chwilę. Wrócił z pustymi rękami.

– A co z Winogradem?! – zawołał Myszka niespokojnie.

– Jego nie znalazłem. Ale te końskie ślady prowadzą w dół, na północny zachód. Koniec, poszukaj tam.

Wyglądało to na tymczasowy obóz w środku lasu. Wzgórze zarośnięte częściowo świerczyną, wśród drzew rozrzucone luźno szałasy. Sądząc z ich liczby – zamieszkiwało tu sporo ludzi. Niespodziewanym elementem okazała się dziwaczna ruina, przechylona w niepewnej pozycji na szczycie pagórka. Nie dalej jak pikę od muru wzgórze kończyło się nagle bardzo stromym stokiem, u stóp którego płynął potoczek, omywający kupy gruzu. Było to korzystne dla obozu ze względu na obronność, ale też wygodne dla młodych magów, gdyż z tej strony pilnowano leśnego siedliska wyjątkowo niedbale.

Niemniej Wężownik, który wyprawił się na szczyt na przeszpiegi, wrócił blady jak papier.

– Trafiłem na jednego! – oświadczył dramatycznym szeptem, wślizgując się do kryjówki między zaroślami na dnie parowu.

– Wartownik?

– A czy ja wiem? Prawie wleźliśmy na siebie. Chyba zwyczajnie chciał się odlać z urwiska. Wyciągnął nóż…

– Widział cię?

– Musiałby być ślepy. Ale już nic nie powie. Posłałem go na rybki.

– Jeden mniej – szepnął Stalowy. – Ilu jeszcze? Koniec, ty jesteś lepszy „czytacz” ode mnie.

– Kilku w obozie, więcej w lesie. Trudno policzyć, bo są rozproszeni. A tego pechowca zaczną pewnie niedługo szukać. Winograd jest w ruinie. Nie reaguje. Pewnie nieprzytomny, ale żyje. Jeden go pilnuje. Trudno mi wszystko zrozumieć, bo myślą po nortlandzku.

Myszka zadarł głowę, spoglądając między gałęziami na wierzchołek wzgórza.

– Można tam skoczyć w jednej chwili, zabrać Winograda i uciec. Kamyk może tam wejść nawet teraz, w iluzji niewidzialności, i wynieść go na plecach. Nic trudnego.

– Jest ranny – powiedział Koniec. – Co z nim zrobimy? Z powrotem w góry? Trzeba się zastanowić.

– Tylko szybko, bo w każdej chwili jakiś zbir może poderżnąć mu gardło.

Promień po raz kolejny pociągnął nosem. Węszył już od pewnego czasu.

– Co tu tak śmierdzi? – odezwał się z rozdrażnieniem.

– Nie masz innych problemów? – syknął Wężownik. – Twoje sumienie cuchnie. Nie trzeba było drażnić Winograda. Poszedł sam w las i nie wrócił. To twoja wina!

– Zamknij się!

– Zamknijcie się obaj! – zażądał Koniec zduszonym szeptem. – Jak dzieci! Zacznijcie śpiewać, tamci prędzej usłyszą!

Promień wycofał się ostrożnie między młodymi drzewkami. Nos prowadził go nieomylnie. Źródło niepokojącego, słodkawego odoru padliny musiało znajdować się bardzo blisko. Rzeczywiście, trafił doń bez większego trudu. Rozgarnął zarośla, spojrzał, a następnie zacisnął powieki i dłuższą chwilę walczył z podchodzącym do gardła żołądkiem. Ciało, które znalazł, musiało leżeć w zaroślach od wielu dni. Napoczęły je lisy, a rozkład posunął się już znacznie. Zakrywając nos i usta rękawem, Promień przyjrzał się dokładniej zwłokom. Mężczyzna o młodzieńczej sylwetce, być może faktycznie bardzo młody. Spoczywał w bardzo nienaturalnej pozycji. Twarzą do dołu, tak, że Promień widział tylko tył jego głowy (czego zupełnie nie żałował). Jedno ramię zaplątane było w gałęziach, drugie sztywno wyciągnięte na ziemi. Biodra i nogi celowały skośnie w niebo – podparte przygiętymi nieco krzewami. Brak było śladów walki i Promień był pewien, że nie tutaj dokonano zabójstwa. Trup miał na sobie tylko podartą, zaplamioną koszulę i spodnie. Był bosy. Ktoś, kto zabił tego człowieka, ograbił zwłoki, a potem usunął je, nie zadając sobie trudu najprostszego pogrzebu. Sądząc z ułożenia ciała, najprawdopodobniej zrzucono je z urwiska i nie zaprzątano sobie nim więcej głowy. Ponure znalezisko trzeba było pokazać towarzyszom. Promień po krótkim namyśle wytypował Końca, którego zawsze uważał za opokę ich małej grupki, i Kamyka, gdyż ten miał pewną wiedzę medyczną wyniesioną z domu, a poza tym potrafił wziąć do ręki najobrzydliwszego robala w tropikalnej dżungli. Lepiej, żeby nie widział nieboszczyka Myszka, bo wpadnie w histerię i będą mieli dodatkowy kłopot, jakby Los mało ich jeszcze doświadczył.

Sprowadzony na miejsce Koniec dokonał dodatkowego odkrycia: z obu rąk ofiary zerwano wszystkie paznokcie. Śmierć poprzedziły tortury. Zdecydował się odwrócić zwłoki i wtedy ujrzał najgorsze – twarz zabitego była sina i nabrzmiała. Znaleźli jeszcze jedną ranę na piersi – podłużny, wąski ślad po sztylecie.

Prosto w serce – wypisał w powietrzu Kamyk. – Koniec, co to za ludzie?

Rozłożył bezradnie ręce.

Jak tak można? Umęczony, zabity, a potem wyrzucony jak śmieć… Kto jest zdolny do takich rzeczy?

Końcowi przeszło przez głowę, że zna paru takich ludzi, ale nie podzielił się tą myślą.

– To nie są ludzie, ci na górze – szepnął Promień gorączkowo. – To bestie. Mordercy, kaci… śmietnisko dusz. Słuchaj, Koniec, tak nie może być. Ja tego nie daruję. Winograd…

Koniec przyłożył palec do ust, więc Promień zamilkł, ale widać było, że gotuje się w środku.

Naradzali się w bezpiecznej odległości od fatalnego jaru. Odkrycie Promienia zmieniło rangę problemu. Nie mieli do czynienia ze zwykłymi „nieprzyjemnymi ludźmi”, jak to określił przedtem Koniec. Najwyraźniej Winograd wpadł w łapy zbójców i jego życie wisiało na bardzo cienkiej nici. Oni sami też byli zagrożeni.

Możemy go stamtąd zabrać, to nie problem. A potem znów uciekać. Jak zwykle uciekać. Nie wiem jak wy, ale ja mam dość uciekania. Nie chcę wciąż oglądać się przez ramię, czy ktoś nie czai się za moimi plecami. Choć raz bądźmy mężczyznami.

– Mamy walczyć? – spytał niepewnie Wężownik, a Stalowy powtórzył jego słowa Kamykowi w mentalnym przekazie.

A czemu nie? Robiłeś to już. Nad Enite, na drodze w Lengorchii i tutaj też. Nawet pół godziny nie minęło, jak wysłałeś jednego zbira w nicość.

– Dobrze, ale ja nie umiem tak po prostu podejść do kogoś i go zabić! – zdenerwował się Wężownik.

– Ani ja – powiedział cicho Stalowy z zakłopotaniem. – Jak to właściwie sobie wyobrażacie? Mamy tam wkroczyć, zrobić jatkę, a potem może jeszcze spokojnie zjeść kolację?

Myszka siedział z boku, milcząc jak zaklęty. Nawet nie podnosił wzroku. Było absolutnie zrozumiałe, że ze wszystkich on najmniej nadawał się do tego rodzaju rzeczy.

– Mnie też wcale nie sprawi przyjemności zabijanie kogokolwiek – powiedział Promień z żarem. – Ale, Stalowy, idź tam, zobacz sam tego człowieka. Mógłby być naszym starszym bratem. Umarł w mękach. A my tu mamy moralne dylematy? Jakbyś spotkał wściekłego psa, to zastanawiałbyś się, czy go zabić?

– Nie o to chodzi, czy chcę. Ja chcę. Ja tylko nie wiem… Nie jestem pewien… czy będę potrafił.

Promień postukał się palcem w czoło.

– Kamyk ma rację, że tym razem nie powinniśmy uciekać. Ale to nie są baranki. To kupa uzbrojonych mężczyzn. Bardzo silnych i bardzo złych. Tylko talenty dają nam przewagę. Bądź pewien, że jak się zacznie, to będziesz się tylko zastanawiał jak przeżyć.

Koniec, który od dłuższej chwili naradzał się w myślach z Kamykiem, rzucił propozycję:

– Niedługo będzie zmierzchać. Wszyscy bandyci wrócą do obozowiska. Najlepszy jest zawsze atak z zaskoczenia. Niech zjedzą, z pełnym brzuchem gorzej się będą bić. Myszka, ty skoczysz wprost do wnętrza tego rumowiska i będziesz chronił Winograda.

Myszka uniósł zwieszony smętnie nos.

– W ciemno? A jak tam są jakieś ściany w środku?

– Nie ma – stanowczo zaprzeczył Mówca.

– A jak tamten Northlandczyk się na mnie rzuci?

– To go „przerzucisz” gdzieś dalej. Myszo, nie marudź.

Myszka tylko westchnął.

Przydałaby się nam jakaś dodatkowa przewaga. Ich tam jest kilkunastu. Stalowy, czy jest coś, co pozwala widzieć w ciemnościach? – Kamyk skierował pytanie do Stworzyciela. –Może coś z tych twoich smakołyków.

Stalowy zaniemówił na moment, błękitne oczy omal nie wyskoczyły mu z orbit.

– Nie!!! Absolutnie! Mało ci było?! Skończyłem z tym…

Przeszedł w kontakt mentalny:

„Oszalałeś? ONA mi zakazała! Wiesz, co może mi zrobić?! Mam już niebieskie oczy, cały mam się zrobić niebieski?! Dzięki za ten bal! Ja wychodzę!”.

Na Kamyku nie zrobiło to szczególnego wrażenia.

„Nikt ci nie każe znów tego używać. Chcę dla siebie. Tylko poradź: co?”.

„Krew Bohaterów rozszerza źrenice. I daje kopa. Ale tylko małe dawki”.

„Wiem. Potrafisz to zsyntetyzować?”.

„Umiem, ale nie chcę!”.

Tym razem Kamyk uciekł się do iluzyjnego dźwięku.

– Sssstaaalooowyyy! – zabrzmiało to złowróżbnie, zwłaszcza, że Tkacz Iluzji nawet nie otworzył ust.

„Jesteś opętany! Nie biorę za nic odpowiedzialności! Powiedz to przy okazji JEJ!”. – Stworzyciel ugiął się, ale widać było, że jest o wiele bardziej przerażony planowanym nieposłuszeństwem wobec Bogini niż nadchodzącą bitwą.

Gardziel wrócił tuż przez zmrokiem. Od razu przyszedł obejrzeć łup Waguna. Stał nad chłopcem, założywszy ramiona na piersiach, i poświstywał przez zęby. Z jego nieruchomej twarzy nie można było niczego wyczytać. Koret milczał przezornie. Odzywanie się do Gardzieli sprowadzało kłopoty, tego już zdążył się nauczyć. Gardziel był najtwardszy ze wszystkich. Półżartem mówiono, że czerwona blizna na szyi, od której wziął przydomek, powstała wtedy, gdy ostrze obsunęło się na kamieniu pod skórą herszta.

– Wasz? – spytał Gardziel krótko, kierując wzrok na ela.

Koret miał ogromną ochotę potwierdzić. Jednak kłamstwo byłoby zbyt oczywiste.

– Nie.

Gardziel wyciągnął nóż, przykucnął i płazem poklepał policzek chłopaka. Nie doczekał się żadnej reakcji. Przyłożył mu sztych do wgłębienia tuż poniżej krtani. Koret przełknął ślinę. Lengorchianin nie dawał znaku życia już od pewnego czasu. Gardziel z pewnością doszedł do wniosku, że nie będzie z niego żadnego pożytku, i chce się go pozbyć.

– Wagun go niepotrzebnie oprawił – odezwał się el, stawiając wszystko na ten jeden rozpaczliwy pomysł, który błysnął mu w chwili natchnienia. – Chłopak z lepszej rodziny, to widać. Mógłby być okup za niego.

Gardziel cofnął nóż.

– No..?

Koret pokazał mu to, co sam odkrył wcześniej: delikatne ręce chłopca i ozdoby na ubraniu.

– Nigdy w życiu nie robił za pługiem. To ręka do pióra. A tu prawdziwy bursztyn. Aż znad Morza Syren. Sporo wart. Miał też złoto…

– Złoto? – Oczy Gardzieli błysnęły złowrogo.

– Wagun nie oddał? Przy mnie wytrząsał chłopakowi kieszenie. Była jedna złota moneta i kilka srebrnych.

Gardziel wstał i oddalił się wielkimi krokami. Koret usłyszał jego ryk:

– Waguuun!

Potem nastąpiła gwałtowna kłótnia, a po niej odgłosy kilku uderzeń, których Koret słuchał z niekłamaną przyjemnością. Gardziel karał samowolnego podwładnego, usiłując wyciągnąć od niego złoto, które wcale nie istniało. Gardziel rzeczywiście musiał niewiele zyskać na gościńcu, co tym bardziej wprawiało go w gniew. Wojna dawała się odczuć nawet tutaj. Handel z Południem osłabł. Ruch na tym rzadko uczęszczanym szlaku kupieckim zamarł zupełnie. Zbójcy rekrutujący się z wyrzutków, zbiegów spod katowskiego topora lub zwyczajnych obiboków i chciwców, nie tylko nie opływali w bogactwa, ale wręcz walczyli z głodem. Użeranie się o parę worków mąki z tak ubogim elostwem jak Bukowina, świadczyło że sięgnęli dna.

Zapadła noc. Zbójom nie było do pogwarek przy ogniskach. Prędko porozchodzili się do swoich legowisk. Wygaszono ogień. Wystawiono warty. Zwykle strażnicy lenili się, jak mogli – komu by się chciało w taki czas ganiać zbójów po lasach? Król miał większe kłopoty w północnych granicach. Tym razem jednak Gardziel nakazał większą czujność. Zapodział się gdzieś jeden ze starszych. Zniknął bez śladu, jakby rozwiał się w powietrzu. Być może opryszek wróci nazajutrz, ale należało mieć się na baczności. Nieraz jakaś banda była zdradzana dla złota i ułaskawienia.

Niebawem wzgórze oblało srebrne światło wschodzącego księżyca i okolica zapełniła się tajemniczymi, ruchliwymi cieniami. Jeden z takich cieni oderwał się od pnia, zbliżył się cicho do jednego z wartowników od tyłu. Coś błysnęło w księżycowej poświacie, zataczając płaski łuk w powietrzu. Bezgłowe ciało bluznęło ciemną krwią z kikuta szyi, po czym padło na ziemię z głuchym tąpnięciem.

W przeciwległym końcu obozowiska inny strażnik usłyszał ten odgłos, lecz uspokoił się, widząc podnoszącą się z ziemi postać machającą ręką. Pomyślał, że tamten potknął się tylko. To była jego ostatnia myśl w życiu. Czyjaś dłoń zamknęła się mocno na jego ustach, a ostrze noża wbiło głęboko między żebra. Umarł bardzo cicho.

Koniec wciągnął głębiej w krzaki martwe ciało. Krew zabitego pachniała oszałamiająco, aż miał ochotę oblizać pokrytą nią rękę. Księżyc świecił bardzo jasno. Spojrzał w górę, blask Giganta odbił się w jego powiększonych źrenicach, zamieniając je na moment w dwie srebrne monety. Koniec wyszczerzył do niego zęby.

„Jestem wilkołakiem, zabijam pod księżycem”, pomyślał i ta myśl szalenie go rozbawiła. Zatykając usta kułakiem, by nie śmiać się głośno, chyłkiem udał się na dalsze polowanie. Okazja była tuż – mroczne wnętrze szałasu, w którym słychać było sapanie śpiących. Wewnątrzwidzenie Mówcy ukazywało ich sny – niewyraźne, mgliste widma klujące się jeszcze na pograniczu jawy. Koniec bezszelestnie wśliznął się między śpiących. Przez chwilę sycił się widokiem iskierek ich żywotów. Nocne ciemności w środku szałasu dla jego rozszerzonych źrenic były zaledwie półmrokiem, odbierającym otoczeniu barwy i ostrość konturu. Zacisnął mocno jedną dłonią usta śpiącego na wznak, a kantem drugiej natychmiast zadał silny cios w nasadę nosa. Trzasnęła łamana kość. Uderzony drgnął gwałtownie i przeszedł przez Bramę, zanim jeszcze jego mięśnie się rozluźniły. Jego sąsiad wybełkotał coś przez sen, przewrócił się na brzuch. Kolano zabójcy, wciśnięte nagle w krzyże, odebrało mu oddech, a gwałtowne szarpnięcie za głowę złamało kark. Koniec przekręcał głowę trupa tak długo, aż ścięgna zerwały się, a martwe oczy spojrzały prosto w górę. Dopiero wtedy Mówca uznał, że to wystarczy. Gdy wyczołgał się na zewnątrz, trafił prosto na jednego ze strażników. Wciąż na czworakach, zawarczał głucho. Zbójca przez chwilę był jeszcze niepewny, czy nie ma przed sobą wygłupiającego się kompana. Pochylił jednak oszczep i nabrał powietrza, by zaalarmować obóz. Z ciemnego wału zarośli wyleciała z cichym świstem strzała. Wbiła się prosto w szyję wartownika, zduszając jego krzyk do krótkiego charknięcia. W następnej chwili zniknął, zanim zdążył upaść na ziemię. Zza nieforemnego garbu szałasu wyłoniła się przygięta sylwetka. Koniec rozpoznał płomyk jaźni Wężownika.

– To już wszystkie warty – prychnął mu prosto w ucho Wędrowiec, dusząc się od tłumionego chichotu. – Czterech było. Jednego dorwałem przedtem. A teraz patrz.

Koniec spojrzał za palcem Wężownika. Najbliższy szałas raptem rozsypał się w drobiazgi, ścięty w połowie talentem maga. Trzech mężczyzn zbudziło się nagle, gdy poleciały na nich szczątki drągów i gałęzi. Rozespani, zaskoczeni i źli, zaczęli gramolić się pośród tego pobojowiska. Wężownik pstryknął palcami, po czym trzy bezgłowe ciała padły z powrotem w rozgrzebane barłogi, zalewając je posoką. Koniec nie zdzierżył i ryknął śmiechem.

Czyjś śmiech wyrwał Koreta z pierwszego snu. Ktoś na zewnątrz wieży zanosił się szaleńczym rechotem, jakby postradał zmysły. Elowi ścierpła skóra. Tak mógł śmiać się upiór lub demon. Usiadł gwałtownie, odruchowo zaciskając na piersiach poły złachmanionego koca i zamarł. W niższej części ruiny, częściowo oświetlone księżycową poświatą, stało dziecko. Srebrne światło kładło się lśniącą plamą na jego włosach i wypukłości czoła, malowało srebrny prążek na wierzchu nosa… Głębokie cienie legły w zagłębieniach koło oczu, pod brodą i w dołku tuż poniżej ust. Szczuplutki chłopiec (o ile Koret się nie mylił co do płci) zdawał się być figurką wyciętą z czarnej kory oraz srebrnej blachy. Stał tak sobie – bez ruchu, bez słowa i Koret tylko czuł na sobie uważne spojrzenie tego niesamowitego przybysza. Nagle przyszło mu do głowy, że Pan czasem objawia się pod postacią dziecka. Co prawda, nie mógł pojąć, czym miałby zasłużyć na podobny zaszczyt, lecz… Niezdarnie podwinął spętane nogi, by uklęknąć, po czym dotknął czołem ziemi w pokornej postawie. Potem podniósł wzrok, czekając na słowa łaski lub potępienia. Chłopiec przestąpił z nogi na nogę, cofnął się nieco. Koret ze zdumieniem rozpoznał oznaki zmieszania i niepewności. Nie, to nie mogło być żadne bóstwo. Bogowie zawsze byli nieomylni, zawsze pewni siebie. W końcu od tego byli bogami.

Wreszcie dzieciak podszedł ostrożnie, bokiem do młodego czarodzieja. Pochylił się nad nim i dotknął jego ręki.

– Fail’ess? Fail’ess, seva nin tar?

Nie doczekał się odpowiedzi.

– Fail’ess, tar awen Sori… Ekeri, Hevela’, Ano… ofan-wa do gon.

El słuchał obcej mowy, w której kolejne słowa toczyły się szybko jak drewniane paciorki po gładkim stole. Czasem tylko dźwięczne „r” odzywało się nagle, niczym krótkie przeciągnięcie piły w kłodzie. Rozumiał tylko pojedyncze, oderwane od siebie słowa. Kolejny Lengorijen, na pewno przyjaciel rannego. Jeden z tych, którzy mieli „zapłacić”. Tknięty nagłą myślą, Koret poczołgał się ku szczelinie w murze – swemu okienku na obozowisko. Nie dalej jak przed chwilą właśnie stamtąd dobiegał ów przerażający śmiech, a teraz dały się słyszeć niewyraźne krzyki. Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył piekło.

Koniec nie był w stanie się opanować. Uczynek Wężownika wydał mu się niewiarygodnie zabawny. Zupełnie jak na komediowym przedstawieniu – ryms, ciach i łubudu…! Niestety, odgłosy dobrej zabawy wywabiły z legowisk pozostałych zbójów. Jeden wypadł z szałasu z bronią w ręku, głośno wzywając do ataku. Nie zdążył zrobić nawet dwóch kroków, gdy zarył twarzą w zwiędłą trawę, całkiem jakby ktoś podstawił mu nogę. Koniec z Wężownikiem płakali ze śmiechu. Nad ciałem powalonego na moment ujawniła się wysoka postać Kamyka. Tkacz Iluzji przyszpilił go sztychem do ziemi, po czym znów zniknął pod zasłoną niewidzialności. Następny spotkany zbój zginął, nie wiedząc nawet, co go zabiło. Z wstrętnym mlaśnięciem otworzyła się w jego brzuchu długa poprzeczna rana i wylały się z niej wnętrzności. Nie zdążył upaść, a już następny cios rozrąbał mu czoło. Jeden z szałasów stanął w ogniu. Wężownik w świetle pożaru ujrzał szamoczącego się w panice obcego, na którym zajęło się ubranie, i unieszkodliwił go, przenosząc jego głowę nieco dalej od reszty ciała. Tymczasem poprzednia ofiara Tkacza Iluzji podniosła się, przyciskając rękę do rany na piersi. Krew lejąca się spomiędzy palców wydawała się zupełnie czarna w zwodniczym oświetleniu. Zanim obaj magowie zdążyli zrobić cokolwiek, kolejna strzała Promienia definitywnie zakończyła życie rannego. Ktoś usiłował umknąć w zarośla. Trafił na Stalowego i jego nadzieje, by unieść całą skórę z nagłego pogromu, okazały się płonne. Stworzyciel, który już przedtem cicho, bez niepotrzebnego hałasu, unieszkodliwił dwóch chrapiących beztrosko zbójców, zjawił się w kręgu światła, otrząsając krople krwi z klingi.

Raptem okazało się, że to już koniec. Nie ocalał nikt ze zbójeckiego gniazda. Magowie ściągali w jedno miejsce, obok palących się resztek szałasu. Stalowy wyrwał z ogniska płonący drąg i z zaimprowizowaną pochodnią skierował się do ruiny.

– Tam został jeden – powiedział. – Co robi Mysz? Już powinien tu być.

Wśród spękanych murów Stworzyciel zobaczył w świetle żagwi jedynego ocalałego Northlandczyka i od razu zorientował się, dlaczego ten nie brał udziału w walce, ani też nie uciekał – nogi mężczyzny tkwiły w solidnie wyglądających dybach. Więzień z obawą patrzył na Stalowego i pałasz w jego ręku. Przyciskał się plecami do muru, czekając w milczeniu na cios. Stalowy wyminął go, nie poświęcając mu więcej uwagi. Podszedł do Myszki, który klęczał u boku leżącego bez ruchu Winograda.

– Jest źle – powiedział cicho mały Wędrowiec, gdy światło padło na nich. – On mnie wcale nie słyszy. Jest strasznie pobity.

Trudno było się nie zgodzić ze zdaniem Myszki. Stworzyciel przesuwał dłonią po ciele Bestiara, oceniając talentem obrażenia. Połamane kości, rozległe wylewy pod skórą… Na szczęście żadnych obrażeń brzucha, które mogłyby zabić Winograda w ciągu paru godzin. Wyglądało to trochę tak, jakby chłopak chronił wnętrzności kosztem pleców i głowy. Skądinąd słusznie.

– Myszko, tam jest pełno trupów – odezwał się Stalowy. – Lepiej będzie, jak on tutaj zostanie. Przypilnuj go.

Zdjął opończę i przykrył nią rannego.

– Jak się rozwidni, to spróbuję pospajać mu kości. Na razie tam jest jedna jatka i musimy posprzątać. Ten tutaj to więzień, chyba niegroźny.

Myszka kiwnął głową na znak zgody. Zajął znów miejsce u boku chorego Bestiara, jak małe bóstewko opiekuńcze.

Stalowy wrócił na pole walki i zaklął na niespodziany widok, który ukazał się jego oczom. Reszta jego kolegów padła pokotem, tak jak stali, zasypiając kamiennym snem ponarkotycznym. Postronny obserwator nie odróżniłby ich od trupów. Wyczerpane organizmy zażądały raptem odpoczynku i nikt im się nie sprzeciwiał. Stalowy westchnął z głębi serca. Odciągnął najbliższe zwłoki nieco dalej. Następnie przysiadł na kłodzie, obejmując, chcąc nie chcąc, całonocną wartę.

Blade poranne słońce oświetliło smętne pobojowisko. Leżący najbliżej Stalowego Promień zaledwie uniósł głowę, a natychmiast opadła z powrotem. Oczy Iskry miały dziwnie szkliste spojrzenie, drgał mu mięsień na policzku. Dopiero po dłuższej chwili oprzytomniał na tyle, by przekręcić się na bok i splunąć z niesmakiem gęstą śliną.

– I jak tam po nocce? Miałeś jakieś nowe wizje, książę? – spytał Stalowy, po czym ziewnął głośno. Był rozpaczliwie niewyspany.

Promień przycisnął ręką żołądek i skrzywił się.

– Do ust już nie wezmę tego paskudztwa. W głowie mi się kręci, niedobrze mi… ohyda.

Z wolna budzili się pozostali – zziębnięci i rozbici po nocy spędzonej na gołej ziemi. Wszyscy ledwo powłóczyli nogami. Widok trupów wywoływał mdłości, a wspomnienie tego, co zrobili pod wpływem Krwi Bohaterów – niepokój sumienia i wstręt.

– Krew Bohaterów… – mruknął Koniec z goryczą. – Rzeczywiście! To świństwo zupełnie odbiera instynkt obronny i moralność. Można zrobić najgorszą rzecz ze śpiewem na ustach.

– Ale potem się budzisz – dodał Wężownik, masując zdrętwiały kark. – Czy ja się mylę, czy też naprawdę wykończyłem czterech ludzi?

– O trzech wiem na pewno, ale chyba ich będzie więcej. Policz tych, którzy nie mają głów.

Wędrowiec tylko jęknął. Dzień zapowiadał się bardzo przykro.

Promień zajrzał z ciekawością do szałasu, z którego sterczały dwie pary stóp w zniszczonych skórzniach. Gdy się odwrócił, nerwowo przełykał ślinę i był nieco bledszy, niż przedtem.

– Który z was był tutaj? Ciekawa rzecz – chłop tak ma szyję wykręconą, że własne plecy sobie ogląda.

– Ja – przyznał się Koniec ponuro.

– Jak ty to zrobiłeś? – spytał oszołomiony Promień.

– Rękami.

– Drugiego też rękami?

– Też – mruknął Koniec niechętnie.

– Ale jak? Skąd ty to umiesz?

– Brat mnie nauczył – uciął Koniec, odwrócił się na pięcie i odszedł na drugi kraniec obozu, by uniknąć dalszych pytań. Jedno pytanie pociągnęłoby za sobą drugie, to – następne, a Koniec nie miał absolutnie ochoty objaśniać, czemu brat uczył go ciosów wbijających odłamki kości w mózg ofiary, łamania karku i paru innych sztuczek. Ani też tego, dlaczego jego starsze rodzeństwo miało takie umiejętności.

Koret usiłował w nocy uwolnić się od kłody, korzystając z tego, że mały czarownik zasnął. Nic nie zdziałał prócz tego, że połamał sobie do reszty paznokcie. Poza murami wszczął się ruch i el w każdej chwili oczekiwał swego końca. Dlaczego przybysze z Lengorchii mieliby go oszczędzić? Był dla nich zupełnie obcy i stanowił obciążenie. Jednak nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Skonsternowany Koret obserwował, jak Lengorchianie wchodzą i wychodzą. Oglądali go mimochodem, lecz znakomitą większość uwagi poświęcali rannemu. Zabrali go na rozpostartym płaszczu. Coś działo się na zewnątrz, poza zasięgiem wzroku Koreta. Śmierdziało spalenizną. Słyszał wyłącznie obcą, szybką mowę, z której nie mógł wyłowić żadnego sensu. Nie przeżył chyba nikt prócz niego samego. Po pewnym czasie jeden z czarowników przyniósł mu dzbanek z wodą, chleb i płat wędzonej słoniny, po czym natychmiast oddalił się w swoich sprawach. To przynajmniej znaczyło, że nie mają zamiaru go zabić – nikomu nie opłacałoby się żywić trupa. Zjadł pospiesznie, dławiąc się prawie, zanim zmienią zdanie. A potem czekał. I czekał.

Wreszcie przyszedł do niego jeden z przybyszów. Przysiadł na kamieniu, taksując wzrokiem więźnia. Koret poczuł się jeszcze bardziej nędznie.

– No i cóż się tak gapi? – mruknął pod nosem z rozdrażnieniem. – Czaruje, czy co?

– Nie czaruje – odparł tamten w bezbłędnym northlanie. – Patrzy i zastanawia się, ile tu siedzisz.

Koret bezwiednie spojrzał na wydrapane kreski.

– Dwadzieścia dziewięć dni – odpowiedział, dodając dzień bieżący.

Przybysz pokiwał głową, jakby stan ela zgadzał się w zupełności z jego osądem.

– Jesteś stąd? – indagował „Lengorijen”.

– Stąd. Tutejszy. A ty?

– Stamtąd – odparł sucho rozmówca, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Czarownik?

– Mag. Mówi się „mag”.

Zamilkli obaj. Rozmowa nie kleiła się. Oceniali się wzajemnie, obserwując spod oka. Koret nigdy by nie przypuszczał, że ma przed sobą czarodzieja… to jest maga, gdyby ten sam tak się nie przedstawił. Chłopak był równie młody jak ofiara Waguna. Długie czarne włosy związał na karku. Spod jego opończy o brudnozielonym kolorze wyglądała bluza z cienkiej skórki. Przeguby chłopaka owinięte były rzemieniami, jakby dla ochrony przed uderzeniami cięciwy. Koret byłby przysiągł, że ma przed sobą myśliwego.

– Dobrze strzelasz z łuku? – spytał bez namysłu. Chłopak mrugnął, zaskoczony.

– Dobrze – odrzekł.

– Ilu was jest?

– Za dużo chcesz wiedzieć! – rozzłościł się młody mag. – Siedź tu i ciesz się, że nie na tobie próbowałem celności!

– Czy ktoś z tamtych przeżył?

– Nikt.

– Świetnie. A co ze mną?

Mag nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. Pewno jeszcze nie zdecydowali.

– Tych szesnastu tutaj to nie wszyscy. Czekali na resztę – odezwał się el.

Oczy chłopaka błysnęły czujnie.

– Ilu? – spytał krótko.

– Nie wiem. Może drugie tyle, może więcej.

Mag łowca natychmiast wstał i odszedł, by podzielić się nowiną z towarzyszami, a Koret miał nadzieję, że właśnie kupił sobie jeszcze trochę czasu.

Chyba miał rację, bo jeszcze przed zmrokiem wrócił jego rozmówca z dwoma innymi magami. El ze zdumieniem przekonał się, że nie są chyba starsi od myśliwego i chłopaka o skośnych oczach. Przypomniał sobie dziecko widziane w nocy i nie mógł już powstrzymać ciekawości. Mag władający językiem northlandzkim osadził go krótko:

– Wystarczająco dorośli, by radzić sobie z bandytami… i myć się samodzielnie. Zdejmuj te szmaty. I niech ci do głowy nie przychodzi nic głupiego.

Postawił na ziemi parujący kubeł. Upokorzony Koret zorientował się, że ma się rozebrać do naga na oczach obcych. Jeden z magów gołymi rękami, pozornie bez żadnego wysiłku, uwolnił jego nogi. Trzasnęło tylko pękające drewno. Wstrząśnięty mężczyzna już bez protestu i wahań zdjął ubranie, odrywając przy tym koszulę od ran na plecach. Mył się w ciepłej wodzie, po raz pierwszy od miesiąca, starając się przy tym zapomnieć, że patrzą na niego trzy pary oczu. Było to dla niego ogromnie poniżające, zwłaszcza, że mógł sobie wyobrazić jak wygląda – koszmarnie brudny, zawszony, wychudzony, z poranionymi nogami i czyrakami na karku. Skóra piekła go od ługu. Tymczasem jego strażnicy traktowali sytuację równie obojętnie, jakby wśród nich stało zwierzę – w końcu nikt nie może rzec, że krowa czy koza są nagie. Koret sam już nie wiedział, czy drży bardziej z zimna, czy ze wstydu. Jego łachmany spłonęły natychmiast w rozpalonym magicznie ogniu. Wysoki mag ocenił stan jego ran, nałożył na nie jakąś maść i kawałki płótna. Dopiero wtedy el dostał świeże ubranie. Nie chciał się zastanawiać, do kogo przedtem należało. Ważne, że było czyste. Dostał nawet buty – za duże, ale to nawet lepiej, bo w ten sposób nie urażały pokrytych strupami kostek.

– Chodź – polecił Koretowi jego poprzedni rozmówca.

Nie miał innego wyjścia.

Na zewnątrz, przy pochylonym murze zrujnowanej wieży usłyszał:

– Stój.

Miał ochotę zaprotestować, że nie jest koniem, którego się tresuje, ale ugryzł się w język. Coś objęło jego szyję od tyłu. Poczuł zimne dotknięcie i usłyszał brzęk metalu. Dopiero wtedy zorientował się, że znów go uwięziono. Z wściekłością szarpnął łańcuch, który jednym końcem przymocowany był do cienkiej obręczy, otaczającej luźno jego szyję, a drugim do muru. Koret wybuchnął gejzerem przekleństw, zacinając się chwilami ze złości. Opryszki pod wodzą Gardzieli przynajmniej w jakiś sposób uznawały jego, Koreta, pozycję i urodzenie. Tymczasem trzej magowie spokojnie poszli sobie, uwiązawszy go przedtem jak psa! El pociągnął łańcuch, próbując jego osadzenia między kamieniami. Długowłosy mag, który został nieco z tyłu, odezwał się, widząc jego wysiłki:

– Bezcelowe. Sab’lan zrobił dobrą robotę i łatwiej będzie ci obciąć sobie łeb, niż rozerwać ogniwa.

– Jestem elem! – ryknął Koret. – Jestem wysoko urodzony, ty barbarzyńco! Dlaczego po prostu mnie nie zastrzelisz?!

Mag zastanowił się, wydymając wargi.

– Wyczerpaliśmy limit zabójstw na najbliższy tydzień – powiedział. – Idź spać do szopy i nie przeszkadzaj.

W najbliższym sąsiedztwie stał szałas, a łańcuch był na tyle długi, by Koret miał dość dużą swobodę ruchów. Próbował jeszcze raz wyrwać łańcuch ze ściany. Owinął go kilka razy wokół ramienia, zaparł się nogą o mur, ale skobel nawet nie drgnął, jakby stanowił monolit z kamieniem. Koret marnował tylko siły. W końcu usiadł pod murem, owinąwszy się derką i obserwował, co porabiają magowie.

Porządkowali obozowisko, krzątając się sprawnie – dobrze zorganizowani, jak mały oddział wojska. Wydawało się, że każdy wie, co ma robić. Ciała zabitych zniknęły, być może strącone ze stoku albo już zakopane. Wyrzucali też stosy śmieci i palili w osobnym ognisku zapchlone szmaty. Nad ogniem piekła się sarna, a w żarze z boku parował kociołek z zupą. Koret policzył Lengorchian. Było ich sześciu. Przypomniał sobie rannego – siedmiu. Próbował ustalić, jak się nazywają, ale nie potrafił. Dziki obyczaj Południa, by nadawać ludziom imiona od przedmiotów, zwierząt lub zjawisk, utrudniał zadanie. Jeden z magów nazywał się Sab’lan, co znaczyło chyba Żelazny. Reszta była jedną siekaniną pojedynczych słów, które el ledwo umiał przetłumaczyć.

Dostrzegł rannego chłopca, którego jeden z towarzyszy podtrzymał troskliwie, sadzając wygodnie na stosie futer pod świerkiem. Chory odpoczywał, przyglądając się zajęciom innych. Czasem ktoś zamienił z nim kilka zdań. W pewnej chwili mały czarodziej, wyraźnie na prośbę skośnookiego chłopca, pomógł mu dojść do ruin i usadowił tak, by mógł oprzeć się plecami o mur. Koret przyjrzał się niespodzianemu gościowi. Wyglądał lepiej niż poprzedniego dnia. Widział na oboje oczu, choć obrzęk nie zszedł do końca, a cały oczodół wraz z policzkiem pokrywały wszystkie odcienie fioletu. Był osłabiony, lecz nie widać było po nim oznak bólu. Złamana ręka spoczywała w wygodnej kołysce z szerokiego szala, ale Koret zauważył, że chłopak może nią trochę poruszać.

– Ty – odezwał się chłopiec. – Ja dziękuję. Ty jesteś dobry człowiek.

Zaskoczony el nie wiedział, co odpowiedzieć. Zamiast tego spytał w łamanym lengore:

– Ręka. Nie boli?

Chłopak poruszył palcami.

– Nie. Niedługo zdrowa. Dobrze.

– Czary?

Chłopak przekrzywił głowę jak ptak, wsłuchując się w brzmienie obcej mowy.

– Cza-ry? – powtórzył.

– Czary. Cudowna rzecz. Praca czarodzieja… – wymieniał el określenia, niezadowolony, że tak źle sobie radzi.

– Czary… – powiedział chłopiec. – Tak. Czary. Misstiyr’… Cza-ry. Jego praca. –Pokazał palcem wysokiego, przystojnego chłopaka, który przedtem założył Koretowi łańcuch. – On jest… simni’ar. Robi różne rzeczy. Dobre rzeczy.

Wyglądało na to, że mag imieniem Sab’lan wyleczył rannego, wyciągając go ze stanu bliskiego śmierci. To były te „dobre rzeczy”. Łańcuch na szyi ela był gorszą rzeczą. Skoro jednak nadarzała się okazja, Koret postanowił dowiedzieć się jak najwięcej o przybyszach. Ten chłopak był bardziej chętny do rozmów niż oschły łowca.

– Kto on jest? – spytał Koret, robiąc ruch, jakby strzelał z łuku.

Chłopak zrozumiał.

– Hevela’ – odpowiedział. – Ogień.

– On się nazywa Ogień?

– Nie, on robi ogień.

Koret poczuł mimowolnie ucisk w dołku. Magów Podpalaczy zawsze bano się najbardziej. Potoczył wzrokiem po obozowisku. Młodzi magowie nie wyglądali jednak groźnie. Zwłaszcza ten obok, o łagodnym głosie i smutnym spojrzeniu. Wkrótce dowiedział się nieco więcej. Chłopak nazywał się Fail’ess, co chyba miało coś wspólnego z winem. Najmłodszy z nich nosił imię Sori. Koret wiedział, że słowo „sore” oznacza „mysz”. Kto to widział, żeby dzieciaka nazywać Myszka? Naprawdę, ci za górami mają pokręcone w głowie. Był jeszcze Ekeri, co stanowiło zdrobnienie od „eker”, czyli „kamienia”. Grubawy młodzieniec długo pozostawał nierozpoznany, póki el nie przyjął do wiadomości, że istotnie ktoś może nazywać się Zakończenie.

– A twoje czary? – zapytał Koret.

Chłopiec przymknął oczy, opierając głowę o ścianę. Wyglądał na zmęczonego. Wyciągnął przed siebie zdrową rękę, zacmokał cicho przez zęby. Po chwili gdzieś spomiędzy gałązek sfrunął szyszkojad i usiadł mu na kciuku. Koret patrzył okrągłymi ze zdumienia oczami na to cudowne zjawisko. Mały ptaszek bez najmniejszej obawy przyglądał się młodemu czarodziejowi to jednym, to drugim paciorkowatym oczkiem, wytarł energicznie dziób o jego palce, po czym odleciał między zielone igły świerkowe. Więc takie były czary Fail’essa – obłaskawianie zwierząt. Koret z przykrością przypomniał sobie zjedzonego psa. Gdyby wtedy wiedział to, co teraz, powstrzymałby się, mimo głodu. Dobrze, że chłopak nie ma mu za złe.

–  Co z nim zrobimy? – spytał Promień podczas posiłku, gdy wszyscy delektowali się sarniną.

– Z kim? – spytał Koniec z roztargnieniem. Myślami błądził gdzie indziej. Kamyk przygotował dla Winograda specjalną zupę według przepisu Płowego, tylko bez śladu rosołu. Tymczasem Bestiar wmusił w siebie cztery łyżki i dostał torsji, co osłabiło go jeszcze bardziej.

– Z tym tubylcem. Jak mu tam… Koretem – wyjaśnił Promień.

– Wypuść go.

– Akurat. Jesteśmy na obcym terenie. Sprowadzi nam na głowę innych „nieprzyjemnych”.

– To weź nóż i poderznij mu gardło. O! Właśnie… czy ktoś zadbał o tego biedaka z parowu?

– Wężownik umieścił go pod ziemią. Tutaj zakopuje się zmarłych. Co z więźniem?

– Daj mi spokój! – rozzłościł się Koniec. – Na razie nie mam do tego głowy.

– On pewnie chciałby wrócić do domu – odezwał się Myszka. – To przecież nie żaden bandyta, tylko tutejszy myśliwy albo rolnik. Winograd mówi, że on dbał o niego, dzielił się jedzeniem… Porządny człowiek, nie możemy go trzymać na łańcuchu.

– Ot, naiwna Myszka – rzekł Promień z przekąsem. – I co będziesz miał z tej szlachetności? Puścimy go, a za dzień lub dwa będziemy go mieć z powrotem. Z dziesiątką uzbrojonych wieśniaków, których będziemy mieć potem na sumieniu.

– Może masz rację. Ale Bogini oczekuje wielkoduszności – powiedział cicho Myszka.

Promień zmarszczył się i nie odezwał już więcej. Właśnie on nie mógł poskarżyć się ani słowem na brak wielkoduszności z JEJ strony. Jedno zdanie z ust Myszki do reszty zepsuło mu nastrój.

Następnego dnia Winograd nadal nie jadł. Stalowy połatał największe obrażenia Bestiara, ale nie był specjalistą chirurgiem, więc chory organizm musiał radzić sobie sam z całą resztą, a do tego potrzebował energii. Winograd tymczasem zwracał każdy kęs i słabł coraz bardziej, co poważnie zaniepokoiło już wszystkich. Nawet northlandzki więzień przechadzał się na tyle blisko, na ile pozwalał mu łańcuch i popatrywał z troską na chłopca, który nie miał siły wstać. Promień z ponurą miną kręcił się w pobliżu Bestiara, jakby dręczyły go wyrzuty sumienia. W końcu zdecydował się podejść.

– Nie chciałem aż tak ci dokuczać, Winograd – powiedział cicho, by nie dotarło to do innych. – Z tymi jajkami to bujda. Tak tylko plotłem.

Bestiar spojrzał na niego z zaskoczeniem.

– Wiem.

– To dlaczego nie jesz?

– Nie mogę. Po prostu nie mogę.

– Wykończysz się.

– Może. Nie wiem. To nie jest łatwe… zetknąć się z takim okrucieństwem.

Promień potrząsnął głową.

– Nie można tak się poddać. Wiesz, że ja… Mnie próbowali zabić. Sam zabijałem. Umarłem w końcu i wróciłem. I dalej chcę żyć, mimo wszystko.

– Ty jesteś silny, Promień. A ja nie. Ja tak nie umiem. Czasem ci zazdroszczę, że jesteś taki… twardy.

Promień przygryzł wargę i spuścił oczy.

– Gdybym cię nie drażnił, nie poszedłbyś w las i nikt by cię nie napadł.

– Nie obwiniaj się. Jeśli ktoś tu jest winny, to ten potwór, który zabił mojego szczeniaka i próbował dać mi jego ciało do zjedzenia. Wiesz, co to znaczy dla nas, Bestiarów. Nikt by tego nie wytrzymał. A teraz ciągle wydaje mi się, że wszystko czuć mięsem. Pójdę za moimi zwierzętami, Promień. Tak mi się wydaje.

– To nie ma sensu.

– Dla mnie ma. Ciągle mam w uszach skowyt Tajfuna. Kiedy umrę, przynajmniej przestanę go słyszeć.

Promień zerwał się nagle i odszedł, jeszcze bardziej przygnębiony. Więc to tak, Winograd po prostu miał zamiar zamorzyć się głodem. Nie… po prostu zagładzał się, niezależnie od woli. Tak czy owak, skutek będzie ten sam – stos rozpalony gdzieś na obcej ziemi i ból po stracie towarzysza.

O zmroku Promień sam zgłosił się na pierwszą wartę. Chciał choć trochę pobyć sam. Zaczekał, aż wszyscy pójdą spać. Wdrapał się po stromym murze aż na jego wyszczerbioną krawędź. Usiadł, spuszczając w dół nogi i uniósł oczy ku niebu.

– Słyszysz mnie? – szepnął. – Nie umiem się modlić. Ale wiem, że mnie słyszysz. Na pewno patrzysz na mnie i świetnie się bawisz. Co cię obchodzi jakiś tam pies i jakiś tam chłopaczek… To tylko pionki w grze, prawda?

Niebo nie dało odpowiedzi – zasnute strzępami chmur, z kilkoma bladymi gwiazdami, które wyglądały jak gwoździe niedbale wbite w ciemne obicie. Księżyce jeszcze nie wzeszły i las tonął w ciemnościach.

– Dlaczego to robisz? – spytał Promień. – Po co? Mam mieć wyrzuty sumienia? Mam je, do cholery. Zazdrościłem Winogradowi psa, ale nigdy nie chciałem, żeby go stracił, wiesz o tym dobrze. Więc dlaczego? Może jednak się pofatygujesz i odpowiesz na to pytanie? Dlaczego pozwalasz, żeby Winograd umierał taką straszną śmiercią?

Chłopiec wyjął nóż z pochwy i przeciął sobie dłoń. Krople krwi spadły w dół, na ziemię.

– Składam ofiarę, widzisz? A może to za mało? – Ciął jeszcze raz. – Nie wiem, co może cię zadowolić. Myszka mówi, że jesteś wielkoduszna.  P r o s z ę  cię, Matko, spraw, żeby Winograd wyzdrowiał.

Oczekiwał z napięciem jakiegoś znaku, lecz nic się nie działo. Tylko gdzieś w lesie odezwało się wycie wilka, a u podnóża ruiny więzień zabrzęczał łańcuchem. Chłopak siedział tak bardzo długo, aż krew na jego ręku zaschła. Płomień wiary i nadziei przygasł w nim do małej iskierki. Brzęknięcie łańcucha ozwało się znowu, a po nim ciche szepty. Promień zjechał na siedzeniu po stromiźnie muru i wylądował tuż koło szałasu więźnia, gdzie prawie wpadł na Myszkę.

– Co tu się dzieje?! – syknął groźnie.

Myszka, który w pierwszym przestrachu zasłonił głowę ramieniem, opuścił rękę i wyjaśnił szeptem:

– Wypuszczam go.

– Oszalałeś?

– A może ty oszalałeś? Ile chcesz go tutaj trzymać? To nie pies łańcuchowy.

Mężczyzna stał tuż obok, zbierając ogniwa w ręku z cichym pobrzękiwaniem.

– Chcesz wracać do domu? – spytał Promień opryskliwym tonem w northlanie.

– Chcę – potwierdził więzień i dodał szybko: – Mam żonę i troje dzieci. Czekają… – W jego głosie pojawiła się nadzieja.

– Dobrze – przerwał mu Promień i zwrócił się do małego Wędrowca:

– Zdejmij mu to żelastwo.

Myszka namacał stalową obrożę na szyi mężczyzny. Dało się słyszeć ciche trzaśnięcie, a potem dźwięczne „pling” kawałka metalu, który upadł na kamienie. Uwolniony przesunął obiema rękami po szyi, jakby nie wierząc, że łańcuch opadł. Promień obrócił go w odpowiednim kierunku.

– Idź tam, a znajdziesz konie, które zostały po zbójach. Wracaj do żonki.

– Dziękuję…

– Idź i nie dziękuj, bo się rozmyślę! Wynocha! – warknął Iskra. – Mysz, spać! Pożałujemy tego jeszcze, zobaczysz!

Były więzień rozpłynął się w mroku. Myszka, zanim odszedł, zwrócił się jeszcze do Promienia.

– Ty jednak jesteś przyzwoitym człowiekiem. Tylko rzadko to widać.

– Wynocha, gryzoniu! Spać! Obudzę cię na następną wartę!

Podenerwowany