Królowa Śniegu nie żyje - Iwona Banach - ebook + książka

Królowa Śniegu nie żyje ebook

Iwona Banach

4,2

17 osób interesuje się tą książką

Opis

W luksusowym ośrodku wypoczynkowym w Zmorzynie trwają gorączkowe przygotowania do Bożego Narodzenia. Wśród gości, spodziewanych i niespodziewanych, znajdują się znana i zamożna pisarka wraz ze swoją świtą, para młodych ludzi na tropie miejscowego oszusta matrymonialnego oraz ich nad wyraz energiczne babcie w obstawie podstarzałego kolekcjonera broni.

Nie jest im jednak dane zakosztować magicznej świątecznej atmosfery. W wigilijny wieczór ekscentryczna autorka zostaje odnaleziona martwa u stóp… to znaczy kopyt plastikowego renifera. Nóż porzucony w saniach mikołaja nie pozostawia wątpliwości, że było to morderstwo. Kto zabił? Pracownicy pisarki, którzy nie dostali wolnego nawet w Boże Narodzenie? Prawdopodobnie niewierny mąż? Zazdrosna siostra? A może w zbrodni maczały palce siły nadprzyrodzone?

W końcu w święta może się wydarzyć wszystko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (34 oceny)
18
8
5
2
1
Sortuj według:
Jocher1949

Nie oderwiesz się od lektury

Niby kryminał ale uśmiałam się serdecznie. Polecam na poprawę humoru.
00
Samag7405

Nie oderwiesz się od lektury

Najdziwniejsza i mocno zwariowana historia kryminalna. Dawno się tak nie uśmiałam.
00
MonikaD1975

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja!Świetnie się czyta, doskonałe poczucie humoru.
00

Popularność




Redakcja: Agnieszka Pietrzak

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Skład: Robert Kupisz

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com © Artem_Graf, © HstrongART, © world of vector (front); Grzegorz Matoryn (zdjęcie autorki)

 

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

 

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2021

 

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

 

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

 

ISBN 978-83-8172-910-9

 

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

 

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

 

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

Było pięknie i to chyba było w tym wszystkim najgorsze. Spodziewali się jakiegoś taniego koszmaru: zagrzybionych domków, zepsutych kominków, wypaczonych okien, wszystkiego, ale nie tego, co tu zastali.

Zresztą, prawdę powiedziawszy, bardzo chcieli koszmaru.

Dałby im możliwość uwolnienia się z tej sytuacji albo choć poproszenia o dodatkowe pieniądze, na przykład za rozłąkowe, może też dosadnego wyrażenia swojego niezadowolenia, a tu nic.

Niestety, to, co zobaczyli, to była po prostu bajka. Bajka jak z reklamy albo z amerykańskiego filmu świątecznego. Śnieg, choinki, kolorowe ozdoby, oświetlone okna domków… Brakowało tylko kolędujących chórków.

Kiedy wjechali na teren ośrodka, zatkało ich z wrażenia. O ile na drodze dojazdowej wszystko było zwyczajne, takie trochę szarawe, gdzieniegdzie posypane śniegiem (który w tym roku jakimś cudem jednak się pojawił, choć w niewielkich ilościach), o tyle tu panowała przepiękna zima. Oczywiście była to zima na życzenie, zaopatrzona w śnieg przez sprzęty naśnieżające, które działały dyskretnie i posypywały białym puchem drzewa, krzewy oraz dachy domków.

Same domki z pięknymi wieńcami na drzwiach i czapami śniegu na dachach wyglądały tak ślicznie, że aż zapierało dech w piersiach.

Ten olśniewający widok bardzo kontrastował z tym, co działo się w duszach wysiadających z samochodów ludzi. Tylko na twarzy jednej kobiety dało się zauważyć wyraz satysfakcji, ale było też wyraźnie widać, że tę satysfakcję powodują nie zimowe cuda, a skwaszone miny współtowarzyszy.

– No, wysiadajcie, szybko. Do roboty! – rzuciła, poprawiając długie, białe, rozkloszowane futro à la królowa śniegu. – Nie będę tu na mrozie czekać. Wyładujcie co trzeba i idźcie do siebie, zaraz kolacja. Spodziewam się, że będzie dobra! – oświadczyła.

To ostatnie stwierdzenie podziałało na jedną z kobiet jak groźba, bo natychmiast chwyciła za telefon i chciała gdzieś zadzwonić, ale Królowa Śniegu jej to uniemożliwiła.

– Zostaw! Skoro do teraz tego nie załatwiłaś, to nie masz co kombinować!

Było jasne, że między Królową Śniegu a całą resztą funkcjonuje pewien układ zależności. To ona rozdawała karty.

Sam pomysł wyjazdu integracyjnego w okresie świątecznym – wyjazdu całkowicie służbowego, odrywającego ludzi od rodzin w ten magiczny i przecież rodzinny czas – zrodził się w jej głowie z nudów. Nie miała ochoty siedzieć w domu z mężem i wgapiać się w telewizor, nie miała ochoty gotować, kombinować, sprzątać ani ubierać durnej choinki. Miała ochotę się rozerwać. Wyjazd sam w sobie był pomysłem genialnym, ale ona nie umiała obyć się bez swojej świty, to byłoby do niczego, potrzebowała ich wszystkich.

Zresztą płaciła im, i to dobrze, więc uważała, że ma prawo wymagać.

I wymagała.

W czasach, kiedy praca naprawdę nie leżała na ulicy, zwłaszcza taka, za którą można przeżyć, i dająca spory prestiż (choć jej świta z pewnością tego nie doceniała), Królowa Śniegu czuła się bardziej dobroczyńcą niż pracodawcą, była zatem przekonana, że wolno jej wiele, a może nawet wszystko.

– Dobra, to rozpakujcie mnie, potem wrzućcie swoje bagaże do domków i idziemy na kolację. Ciemno już. I przebierzcie się jakoś na tę okazję! Nalegam.

Zapadła zimowa noc.

Dookoła biel aż się skrzyła, ta ładna, nie rozdeptana i brejowata, w światłach latarenek migotał prószący z nieba… to znaczy z ustawionych pomiędzy drzewami lanc sztuczny śnieg, mieszając się z tym prawdziwym, który też zaczął trochę padać.

Latarenki rzucały kolorowe światła, barwiąc okolicę na magiczne kolory.

Z oddali słychać było cichutkie Last Christmas na zmianę z Jingle Bells, a z kominów domków snuł się dym.

– Jezu, ale cudnie! – westchnęła Królowa Śniegu.

– O ja pierdolę – jęknął jeden z mężczyzn taszczących jej walizkę z samochodu do domku i właściwie nie było pewne, czego dotyczyło to, co powiedział, bo na pewno nie magicznej atmosfery.

Ta działała na każdego.

– Słuchaj, ja chyba zwariuję! Ciotka naprawdę oszalała! Znowu wysłała mu pieniądze! – zawołała Zuzanna od wejścia.

Rozebrała się w przedpokoju, wpadła do pokoju i osunęła się spektakularnie na fotel, zasłaniając oczy rękami.

Chciała zrobić piorunujące wrażenie. Nawet jej się to udało.

Takie efekty specjalne działały doskonale i ona to wiedziała.

Siedziała tak przez chwilę, czekając na rezultaty swojego wejścia, i nie przeliczyła się. Znali się od tak dawna, że nie mogła się przeliczyć.

W chwilę potem chłopak postawił przed nią szklankę i butelkę piwa. Zuzanna westchnęła, nalała sobie odrobinę, poczekała, aż piana opadnie, i wypiła duszkiem.

– No i co ty na to? – zapytała ciekawa jego reakcji, ale nie uzyskała dokładnie takiego efektu, jakiego się spodziewała.

– Daj sobie siana! – burknął, bo szczerze mówiąc, nie miał ochoty na kolejną dyskusję na temat ciotki i jej eksperymentów miłosnych. Wiele już ich przeprowadzili (rozmów, nie eksperymentów na szczęście), bo Zuzanna traktowała swoją pięćdziesięcioletnią ciotkę Malwinę trochę jak niedorobioną nastolatkę. – Jej pieniądze. Jej życie! – stwierdził sentencjonalnie.

Nic innego nie mógł powiedzieć, bo to była prawda: ciotka była dorosła, facet też. Kobieta miała prawo robić ze swoimi pieniędzmi, co jej się podobało.

– Jasne przecież, że nie moje, ale ona daje się skubać jak gęś na Wielkanoc! – odburknęła dziewczyna z nieszczęśliwą miną. Za wszelką cenę chciała chronić ciotkę przed nią samą.

– Skoro tak lubi?

Zuzanna popatrzyła na chłopaka wściekłym wzrokiem i to wystarczyło.

On się zamknął, ona się rozpłakała.

Naprawdę nie wiedziała, co robić. Kochała swoją ciotkę, ba, nie tylko kochała, nawet lubiła, a to w rodzinie o wiele rzadziej się zdarza. Niestety ciotka… ciotka miała tendencje do bardzo naiwnych zachowań.

Od lat nagminnie wpadała w sidła amerykańskich generałów, oczywiście tych z Facebooka, pięknych jak śnieg na Boże Narodzenie, napakowanych jak siatki z Biedronki i uśmiechniętych jak słoneczka na dziecięcych rysunkach. Generałów, którzy mieli dziwny zwyczaj natychmiast się w niej zakochiwać i jej oświadczać, a ona, spragniona jakiegoś życia rodzinnego, od razu odwzajemniała ich uczucie w dwójnasób i godziła się na wszystko.

Ileż w tym było radości! I to pewnie z obu stron, choć jedna liczyła na zyski, druga na miłość.

Początkowo ciotka chwaliła się Zuzannie swoimi internetowymi podbojami i dzięki temu dziewczynie udało się jakoś ją odwieść od szeregu nierozsądnych kroków, tak jak odwiodła ją od sprzedaży domu, żeby wysłać Johnowi, Martinowi czy innemu Francisowi ogromną sumę pieniędzy, które były mu potrzebne po to, by przetransportować do Polski z Afganistanu dużą ilość złota.

Dziwne, że ciotka w to uwierzyła, bo nie była głupia, ale jak wiadomo, miłość oślepia, ogłusza, a często też pozbawia zdrowego rozsądku…

No i ciotka Malwina była chyba po prostu naiwna.

Innym razem Zuzanna powstrzymała ciotkę przed wysłaniem dwustu tysięcy złotych jakiemuś amerykańskiemu lekarzowi wojskowemu (też z Afganistanu), którego okradli, przez co nie miał pieniędzy na lekarstwa dla córki. Ten męski ideał był wdowcem, a swoją córkę kochał nad życie. (Tak właśnie napisał w pierwszym liście, choć może nie dokładnie tak. Napisał: Ja córka mają nie pracuje, jest w schooli kochać do serca bardzo, ona. No, ale to przecież to samo!) Amerykańscy oszuści matrymonialni… o, przepraszam, generałowie i lekarze często łapią naiwne kobiety właśnie na córki, bo to wygląda lepiej niż posiadanie kota albo syna. Chłopak, zwłaszcza nastolatek, to jednak inna bajka. Może sprawiać kłopoty, kraść, brać narkotyki, a córka zawsze jest słodkim dzieckiem. Córka to jakby zaświadczenie, że delikwent kocha rodzinę, dba o dziecko, jest odpowiedzialny. I do wzięcia.

Szczególnie kiedy dodaje: Kobiece rąk mi nam, potrzebować, różowa sukienka, okres, matka kaput. I zakochana kobieta już czuje się niezbędna, wybrana, kochana. Ona się tą córką zajmie!

Nawet nie znając języka.

Niestety takie córki czasami da się wypożyczyć. Można też ukraść. Nie, nie córkę jako taką, wystarczy jakieś zdjęcie z internetu – nic nie kosztuje, a wygląda świetnie, szczególnie przerobione w Photoshopie.

Gdyby kobiety dokładniej oglądały podesłane przez facetów zdjęcia, z pewnością zauważałyby rzeczy, które powinny je zainteresować albo choć zdziwić. Na własne nieszczęście naiwnie biorą wszystko za dobrą monetę. Uwierzą nawet w tyranozaura na trawniku albo królową angielską przy wspólnym stole. Patrzą i nie widzą bądź po prostu interpretują to, co widzą, na korzyść podejrzanego. Królowa angielska mogła przecież przechodzić ulicą i wpaść po przyjacielsku na herbatkę, a tyranozaur to jakaś wyrośnięta jaszczurka. W końcu Afganistan jest egzotycznym krajem. Tam wszystko jest możliwe.

I ciotka Malwina była właśnie taką kobietą. Ciągle trzeba było jej pilnować.

Zuzanna robiła wszystko, żeby ciotkę uratować przed nią samą: kilkakrotnie pokazała jej na zdjęciach jakieś dodatkowe ręce i nogi, innym razem odradziła jakąś dziwaczną inwestycję, jak na przykład podwodna hodowla jedwabników, wyjaś­niła, jak działają przekręty internetowe.

Starała się bardzo. Ciotka niestety też.

W sumie tych amerykańskich naciągaczy dało się łatwo wyeliminować. Zazwyczaj wysyłali jakieś kradzione zdjęcia i wystarczył moment, żeby pokazać ciotce, że jej ukochany John sfotografowany na tle flagi Stanów Zjednoczonych nie jest żadnym Johnem, ale dopiero co zmarłym senatorem czy innym notablem, ma na imię Max albo Peter i od trzydziestu lat jest żonaty. Trochę gorzej było z amerykańskimi lekarzami pracującymi w Afganistanie, bo fotografowali się w maseczkach chirurgicznych. Ich zdjęć niestety nie dawało się z niczym porównać ani znaleźć na googielku.

Ciotka nie znała angielskiego, a listy tłumaczone przez internetowy translator bywały naprawdę dziwaczne.

Ja ty kochać na bardzo swoimi córka na odcinkach szkolnych tęsknimy, emerytura to dobrze aby otworzyć dom i szpital i pracować, zamożność posiadać potem.

Kiedy jednak Zuzanna, znająca język, proponowała temu czy innemu rozmowę w imieniu ciotki, „narzeczony” natychmiast dostawał zapalenia gardła, zaniku łącza albo ataku całkowitej amnezji.

I tak rok po roku, miesiąc po miesiącu Zuzanna ratowała ciotkę z opresji, a ciotka stawała się coraz bardziej uparta w swoich matrymonialnych dążeniach i coraz ostrożniejsza. Nie, nie w stosunku do generałów, a w stosunku do Zuzanny. Po prostu przestała ją informować o swoich podbojach miłos­nych i zaczęła wpadać w coraz to dziwniejsze sidła.

Ostatnio poznała kolejnego faceta i znów przepadła w jego błękitnych oczach. Tym razem wybranek był Polakiem z malowniczej miejscowości o nazwie Zmorzyn. Oświadczył się, a nawet zaczął remontować dom, żeby mogli razem zamieszkać.

No i można by powiedzieć, że układało im się doskonale, bo ciotka była szczęśliwa. Namiętnie i natrętnie udowadniała wszystkim dookoła, że poważne i trwałe internetowe związki istnieją, że takie wirtualne znajomości mogą przerodzić się w miłość na całe życie i zakończyć małżeństwem.

O tym, że czasami kończą się morderstwem przy użyciu tępego narzędzia, słuchać ani słyszeć nie chciała.

I było całkiem miło. Ciotka cała w skowronkach czekała, aż jej ukochany wyremontuje im gniazdko.

Problem w tym, że remont wlókł się niemiłosiernie i pochłaniał coraz większe ilości ciocinej gotówki, a do spotkania jakoś nie dochodziło. Za każdym razem coś mu stawało na przeszkodzie.

On nie mógł przyjechać, ale też robił wszystko, żeby ciotka do niego nie przyjeżdżała.

Wciąż następowały jakieś kataklizmy. A to jego matka zachorowała, a przecież jest dobrym synem i nie może zostawić staruszki, a to rura pękła, a to tynk odpadł. Było to możliwe, ale jakoś nie do końca wiarygodne. Kiedy tylko ze strony ciotki padała propozycja spotkania, jemu nagle zdarzała się kolejna spektakularna katastrofa.

Facet o imieniu Amadeusz – co bardzo niepokoiło Zuzannę i jej zdrowy rozsądek – był przystojnym pięćdziesięciolatkiem, któremu różnica wieku (ciotka Malwina była tuż po pięćdziesiątce) zupełnie nie przeszkadzała. On ją kochał. Ciotkę, nie różnicę.

I to Zuzannę też martwiło. Poważnie. Kiedy jednak dowiedziała się, że ciotka wpakowała w swoją nową miłość (z którą z pewnością nawet jeszcze nie rozmawiała przez telefon) już dwadzieścia tysięcy złotych, zmartwiła się nie na żarty.

W te wielkie miłości internetowe nie za bardzo wierzyła. Owszem, słyszała o takich przypadkach, a właściwie o jednym, znajomej znajomej koleżanki kuzynki, która podobno swojego chłopa przez komputer poznała i w sumie to byli szczęśliwi. Co prawda, zabiła go kilka miesięcy po ślubie, ale tylko dlatego, że ciągle cuchnął czosnkiem. Zuzanna nie chciała jednak ciotce robić przykrości. Zresztą nawet gdyby chciała, i tak niewiele by to dało – tłumaczenie ciotce zagrożeń, jakie czyhają na nią w internecie, było jak rzucanie grochem o ścianę. Albo nawet ścianą o groch, bo do ciotki nie docierało zupełnie nic.

No i wyszło dziwnie. Bo nagle dla ciotki Zuzanna stała się wrogiem numer jeden, i to tylko dlatego, że chciała faceta sobie obejrzeć, sprawdzić i dowiedzieć się, czy on rzeczywiście ma wobec ciotki poważne zamiary…

No i na przykład, czy istnieje.

A właściwie nie. Chciała sprawdzić wszystko. Czy Amadeusz rzeczywiście jest Amadeuszem, czy nie ma żony i dzieci, czy wygląda tak jak na zdjęciach i czy nie jest na przykład Andżeliką albo jakąś inną Pauliną, co już przecież się nieraz w internecie zdarzało, i czy naprawdę myśli z miłością o ciotce, a nie tylko o jej pieniądzach.

Musiała zrobić to jak najszybciej, dosłownie teraz, już, natychmiast.

Dlaczego teraz?

Ano dlatego, że ciotka zwariowała. Postanowiła rzucić pracę, sprzedać dom, wszystkie pieniądze przelać na konto ukochanego i wreszcie do niego wyjechać. Dokładnie w takiej kolejności. Nic nie było w stanie jej od tego odwieść.

Czuła się samotna i postanowiła jakoś ten stan zmienić, ale te zmiany były dość radykalne i (zdaniem Zuzanny) nie za bardzo przemyślane.

Ciotka pragnęła wyjść za mąż, chciała białej sukni, welonu, weseliska i ostatecznego zerwania z ciążącą jej, bardzo już starą panieńskością.

– Chcę mieć rodzinę! – oświadczyła zaraz po tym, jak przedstawiła narzeczonego swojej siostrze, szwagrowi i siostrzenicy. – Nie powstrzymacie mnie!

Narzeczony był płaski i niemy, gdyż przedstawiła jedynie jego zdjęcie, ale i tak wszyscy wpadli w panikę, nawet ojciec Zuzanny, który zazwyczaj ciotkę traktował pobłażliwie, a jej wybryki kwitował wzruszaniem ramion.

– On mnie kocha! – dodała kobieta, pokazując wydruki rozmów na FB oraz e-maili. – O, patrzcie. Widzicie?

Popatrzyli.

To, co zobaczyli, wcale ich nie przekonało.

I nie chodziło tylko o fakt, że papier jest cierpliwy i potrafi przyjąć wszystko.

Pisał, że kocha, uwielbia, czeka… oraz że rura znów pękła i przydałoby mu się pięćset złotych, bo felgi drogie.

– Po co mu felgi do rury? – zapytał ojciec Zuzanny, ale natrafił na mur oporu, a nawet agresji.

Ciotka się zjeżyła.

– Są potrzebne! Nie znasz się, to się nie odzywaj! Też mi specjalista od rur się znalazł! – odwarknęła i zmusiła go, by się zamknął.

Tata Zuzanny był historykiem i rzeczywiście nie znał się na rurach. Miał za to dużo zdrowego rozsądku, co ciotce zupełnie się nie podobało. Jednak w takich „babskich” rodzinach, jak rodzina Zuzanny, nawet najrozsądniejsi mężczyźni są spychani na margines rzeczywistości i tam sobie egzystują, nie wadząc nikomu i nie łudząc się, że z ich zdaniem ktokolwiek będzie się liczył.

Mama Zuzanny zdrowego rozsądku miała o wiele mniej, miała za to tendencję do wpadania w panikę i wymyślania wszelkich możliwych (i tych nie bardzo możliwych) katastrof, więc natychmiast w tę panikę wpadła, zaczęła płakać, jęczeć, malować czarne scenariusze oraz sprawdzać, czy w Zmorzynie przypadkiem nie wzrosła zapadalność na noże w plecach albo siekiery w potylicy. Żadnych wiadomości na ten temat nie znalazła. Znalazła natomiast legendę o powstaniu miasta.

To znaczy w sumie wsi.

I przestraszyła się nie na żarty.

Podobno nazwa miejscowości pochodziła nie od zmory, czyli mary rodzaju żeńskiego, ale od zmora. Faceta. Z niezrozumiałej przyczyny przeraziło ją to o wiele bardziej, niż gdyby chodziło o zmorę rodzaju żeńskiego.

– Wszystko rozumiem! – wykrzyknęła, tkwiąc po szyję w obficie podlanym łzami katastrofizmie. – To musi być on. Ten Amadeusz! On chce wyssać z niej krew.

Jak zmorzyński zmor miał na imię, nie było wiadomo, dlatego stwierdziła, że równie dobrze może być Amadeuszem.

Zuzanna uważała, że nie ma co aż tak, mimo wszystko, panikować. Jeżeli facet nie jest uczciwy (no bo przecież jakimś cudem mógł okazać się uczciwy), to raczej chce wyssać jedynie pieniądze z konta ciotki, a nie krew z niej samej. Matka nie pozwoliła sobie jednak niczego wytłumaczyć.

W panice wpadła na genialny pomysł i postanowiła ochronić swoją siostrę przed złem wszelakim.

Siostry tak mają – wpadają na głupie pomysły, rujnują innym siostrom życie, w swoim mniemaniu je ratując, i nic się nie da na to poradzić.

Matka zdecydowała się zrujnować życie także własnej córce, tylko po to, żeby uratować siostrę.

Ratowanie komuś życia to czyn ze wszech miar dobry i szlachetny, ale matka nie miała zamiaru sama za bardzo się poświęcać. Oczywiście postanowiła to zrobić cudzymi rękami.

– Zuzanno! – zawołała cała we łzach i w spazmach szlochu. – Pomożesz mi uratować ciotkę?

– Pomożesz mi? – Zuzanna powinna była się była tego spodziewać.

Wszystko stanęło na głowie.

No i Zuzanna nie miała wyjścia, musiała się zgodzić. Uznała, że potrzebuje sprzymierzeńca w swojej walce, dlatego właś­nie siedziała teraz w kawalerce Dominika i popijając piwo, urabiała przyjaciela.

Kiedy już mu wyłuszczyła sedno problemu, zasępił się i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

Przez dłuższy czas dowodził, jak trudno jest przemówić do rozumu osobie zakochanej, jak skomplikowane będzie znalezienie dowodów oszustwa, jeżeli takowe ma miejsce, jak paskudnie będzie się włóczyć po obcej wsi i szukać obcego faceta pośród obcych ludzi.

– Jakieś pomysły? – zapytał w końcu jak generał szykujący się do batalii i rzeczywiście do pewnego stopnia nim był, ale tylko do pewnego stopnia.

Planował, tworzył, wymyślał strategie, ale nie dowodził.

Dominik był uzdolniony informatycznie i miał genialną intuicję, toteż czasami właściwie nie wiedział, co robi, ale kiedy już to coś zrobił, okazywało się genialne. Skończył też odpowiednie studia, kursy i wszystko, co się dało, ale najważniejsze było to, że po prostu w tej dziedzinie miał nosa.

– Trzeba tam pojechać – oznajmiła Zuzanna.

– Zaraz, zaraz, co wiemy? Jakie mamy dane wyjściowe?

Dominik nie miał zamiaru marnować urlopu (który musiał wziąć, choć pracował zdalnie) na bezładne i bezsensowne jeżdżenie po wsiach i wertepach, i to w zimie – trzeba najpierw wszystko sprawdzić!

– Ma na imię Amadeusz, nazwisko chyba Wieczorek. Mieszka w tym Zmorzynie. O, tu masz. – Pokazała Dominikowi na mapie usytuowanie miejscowości.

– Masz coś jeszcze?

– A niby co?

– Coś na jego temat. PESEL? Numer buta? Numer telefonu?

Niestety Amadeusz miał (podobno) telefon na kartę, zarejestrowany na kolegę kolegi siostry ziomka z wojska, jak to przedstawiła im ciotka, która żadnych konkretnych danych podać im nie zamierzała.

To było i głupie, i oczywiste. Ciotka nie chciała widzieć, że coś jest nie tak, i na wszelki wypadek zamykała na wszystko oczy.

Jej Amadeusz zdecydowanie był postacią tajemniczą, chyba nawet dla niej samej, lecz desperacko pragnęła go kochać.

– A data urodzin?

– Mowy nie ma! Nic ci nie powiem! – oświadczyła, kiedy Zuzanna do niej zadzwoniła, licząc na odrobinę pomocy i wsparcia.

Niby powinna otrzymać wsparcie oraz wszelką pomoc, miała przecież dobre chęci i robiła wszystko dla dobra ciotki, ale dobro bywa przereklamowane, dobre chęci – względne, a nad wszystkim króluje stara prawda: najtrudniej jest uratować kogoś, kto nie chce zostać uratowany.

Zresztą było także możliwe, że ciotka po prostu sama niewiele wiedziała, ale nie chciała się do tej niewiedzy przyznać.

Może facet hołdował zasadzie, która mówi: „Jeśli chcesz mieć zdrowy układ z kobietą, to nigdy nie mów jej prawdy”? Jeżeli tak, to możliwe, że przesadzał z tajemniczością.

Możliwe też, że ciotka tak bardzo chciała wierzyć w swojego Amadeusza, że wolała zaklinać rzeczywistość, niż przejrzeć na oczy.

Tak też bywa, niestety częściej, niż się wydaje.

Zuzanna zakładała najgorsze, ale również bardzo, bardzo, bardzo chciała wierzyć (co niezbyt jej się udawało), że (jakimś cudem) Amadeusz okaże się całkiem sympatycznym facetem o dobrym sercu i uczciwych zamiarach.

Ponieważ jednak ta wiara była naprawdę szczątkowa, wyjazdu do Zmorzyna nie należało odwlekać.

Ciotka mogła w każdej chwili zrobić to, czym groziła (a groziła coraz częściej) i w perspektywie, po sprzedaży domu i przelaniu pieniędzy na konto prawie nieznanego człowieka, zostać bez pracy, bez domu i bez grosza przy duszy.

To byłaby katastrofa.

Oczywiście – i zarazem niestety – rodzina na pewno nie zostawiłaby jej bez pomocy i w sytuacji krytycznej ciotka pewnie zamieszkałaby u siostry (bo u matki w domu starców zamieszkać przecież nie mogła), co doprowadziłoby do choroby psychicznej ojca Zuzanny, jej matkę i samą Zuzannę, toteż ratując ciotkę, dziewczyna w jakimś sensie ratowała także swoją rodzinę i samą siebie.

Amadeusz Wieczorek, podnosząc rękę na jej bliskich, zadarł z niewłaściwą osobą.

Niestety zrobił to zimą tuż przed świętami.

Po krótkiej, choć intensywnej szarpaninie z bagażami Królowej Śniegu wszyscy odebrali od niej klucze do swoich domków i poszli się zakwaterować oraz przebrać.

W każdym z domków mieściły się trzy sypialenki, salonik z kominkiem, niby-kuchnia (z której raczej nie zamierzali korzystać, ale dawała poczucie niezależności) i łazienka z prysznicem. Goście ze zdziwieniem odnotowali w nich centralne ogrzewanie, ale i tak największą atrakcję stanowił prawdziwy kominek, a w nim płonące polana, co doskonale wpływało na atmosferę, o ile ktoś nie zastanawiał się, czy kominek w drewnianym domku to bezpieczne rozwiązanie, tym bardziej że były to domki letniskowe.

Były dokładnie takie same jak te, które widuje się we wszelkich ośrodkach nastawionych na turystów latem i mrących śmiercią naturalną poza sezonem. Właściciel jednak miał pieniądze i głowę na karku, a to zawsze daje dobre rezultaty. Wyszedł z założenia, że lato to tylko mgnienie, a jest jeszcze całkiem romantyczna wiosna, jesień nie zawsze złota, ale zawsze prawie grzybna i rybna oraz zima… Martwy sezon, który można całkiem łatwo ożywić naśnieżaniem i ogrzewaniem, nie zapominając o odrobinie atrakcji, bo niestety gór i stoków narciarskich kupić się nie dało. Zresztą kupić może i byłoby można, ale jak przetransportować?

Dzięki temu powstał ośrodek zimowych domków letniskowych, który nie narzekał na niedobory turystów, a czasami wręcz cierpiał na ich nadmiar.

Królowa Śniegu, czyli Marlena Opierska, wydawała się zadowolona. Wszystko zostało załatwione tak, żeby jej pracownicy zajmowali domki stojące najbliżej siebie. W pierwszym zamieszkały Hanka i Julita, czyli sekretarka i inspiracjonistka, w tym zaraz z lewej Patryk, czyli jej researcher, dalej Rita, jej siostra – nie wiadomo po co ją ze sobą zabrała, ale cóż, zabrała. W najokazalszym zamieszkała oczywiście Marlena z mężem.

Domki, jak przystało na okres świąteczny, ustrojone były ostrokrzewem, jemiołą i wszystkim, co kojarzyło się z Gwiazdką, a także oplecione girlandami migocących światełek.

– Będę miała przerąbane, jeżeli kolacja okaże się kiepska – westchnęła Hanka, sekretarka i główny podnóżek Marleny, młoda dziewczyna, która pracę u znanej pisarki (bo Marlena była pisarką, i to bardzo, bardzo znaną) przyjęła jak wielkie szczęście, ale szybko się zorientowała, że to piekło podlane łzami i pretensjami.

– Będziesz – potwierdziła Julita, wyjmując z walizki stosy papierów oraz książek i układając je na stoliku w salonie. – Nie będzie ci to tu przeszkadzało? – zapytała z wyrazem bezgranicznej rozpaczy na twarzy. – Kazała mi to przewertować na jutro.

Ona też wpadła w sidła wielkiego szczęścia, które okazało się oceanem kaprysów, żądań i desperacji.

Obie oczywiście były wolne; nie zostały przypisane do Marleny jak chłop (albo dwóch chłopów) do ziemi i mogły odejść, rzucić to, ale o pracę niestety nie było łatwo. A ta była dobrze płatna i zapewniała pewien powierzchowny prestiż. Powierzchowny, bo gdyby ktoś trochę się temu prestiżowi przyjrzał, to zauważyłby, ile spod niego wyłazi chamstwa i przesadnych wymagań.

Julita była inspiracjonistką, czyli miała przeglądać co się da, w tym gazety, portale internetowe, blogi i książki innych pisarzy, a potem przedstawiać to, co mogłoby stanowić inspirację dla Marleny. Potem co rano na „odprawie” prezentowała rezultaty swoich poszukiwań i biada, jeżeli były marne.

– Będę, kurwa, siedziała całą noc. Nic na jutro nie mam. A tak liczyłam na kilka dni spokoju.

Nadzieja, że może podczas wyjazdu Marlena da im trochę luzu, okazała się płonna.

– Dobra, ubierajmy się – westchnęła Hanka, wyjmując rozpiskę. – Mają być wąskie spodnie, gruby dziergany sweter z golfem w kolorze białym lub kremowym, wywijane skarpety robione na drutach i buty trapery.

Rozpiskę miały na każdy dzień, gdyż Marlena postanowiła uprzykrzyć im życie, sobie je uprzyjemniając. Miała ochotę na święta z pocztówki. Albo takie, jakie widzi się w reklamach telewizyjnych… A najlepiej takich, jak ta piękna i długa reklama Apartu.

I tutaj chyba mogła to osiągnąć. Prawie na pewno. Dlatego zabrała ich wszystkich. Ośrodek bowiem składał się z domków, ale nie tylko. Jego sercem, centralnym punktem i miejscem spotkań był dworek, w którym koncentrowało się życie przyjezdnych, przynajmniej tych, którzy zawitali tu na święta. Malowniczy, biały staropolski dworek z gankiem podpartym kolumnami owiniętymi łańcuchami z ostrokrzewu i z całą otoczką świąteczności, którą dają śnieg, światełka, bombki i gwiazdy. Choć wszystko było sztuczne, to jednak pasowało jak ulał. Były tu urocza sala jadalna oraz salon z kominkiem, w którym stała przepiękna, wysoka po sufit żywa choinka, a pod nią leżały prezenty zapakowane w błyszczący papier. Podobno nawet prawdziwe.

Ponieważ Marlena nie miała ochoty spędzać Bożego Narodzenia z całkowicie przypadkowymi ludźmi, przywiozła ze sobą pracowników. I męża, który niespecjalnie się liczył jako towarzystwo, ale nie widziała, co innego z nim zrobić. Pracownicy mieli służyć za tło i za dodatek, musieli więc pasować, stąd rozpiska dotycząca strojów i kilku innych drobiazgów.

Przypadkowi ludzie oczywiście też będą, bo nie mogła wynająć całego ośrodka tylko dla siebie, ale obecność pracowników, podległych jej i uległych, na pewno pomoże.

Po dłuższej chwili, popędzani telefonami Marleny wyszli przed swoje domki i ruszyli do dworku, odciskając w płytkim jeszcze, dziewiczym śniegu pierwsze ślady butów.

Samo ratowanie ciotki – bo Zuzanna przecież nie była pewna, czy jest przed czym bądź przed kim ją ratować, i nie miała żadnej konkretnej wiedzy na temat Amadeusza Wieczorka – opierało się na pewnych ogólnych zasadach, które oczywiście mogły, ale przecież nie musiały być prawdziwe.

Miłość internetowa jest mrzonką, ale czasami się zdarza.

Rzadko, a nawet bardzo rzadko, lecz podobno się zdarza. Tu trzeba podkreślić „podobno”, bo Zuzanna takich przypadków nie znała, ale w internecie było o nich głośno. To prawda, że czasami na forach związanych ze zbrodnią i z oszustwem, ale przecież nie tylko.

Miłość do kogoś, z kim się nawet nie rozmawiało, też bywa możliwa.

Najczęściej, co prawda, zdarza się to nastolatkom zakochanym w piosenkarzach z plakatów, lecz życie bywa nieodgadnione. Okrutne też, ale to się okazuje dopiero potem.

Ciotka z pewnością nie wyglądała na piosenkarkę z plakatu (facet ze zdjęcia na piosenkarza też nie) i nawet przy świet­le świec, bez okularów i w zadymionym pomieszczeniu piękna nie była.

Była zwykłą, mniej więcej sympatyczną (w zależności od okoliczności) osobą, ale miała też pięćdziesiąt lat, oklapnięte włosy, lekką nadwagę, podwójny podbródek i kartoflowaty nos.

Można było ją kochać (jeżeli znało się ją dobrze albo należało do rodziny), nawet pokochać (jeżeli znało się ją choć trochę), ale z zakochaniem się w niej było nieco trudniej, szczególnie takim zdalnym, poprzez zdjęcia ciotki na Facebooku, bo niestety nie były nawet obrabiane.

Dodatkowo aspekt finansowy tego zakochania był trochę niepokojący, brak możliwości i czasu na spotkania zastanawiający, a małżeństwo – niepewne i ryzykowne.

Ciotka Malwina jednak była wychowana jeszcze w czasach apoteozy „białej sukni” i „najważniejszego dnia w życiu” oraz powszechnego przeświadczenia, że jak kobieta nie ma chłopa, to „nikt jej nie chciał”, a więc jest bezwartościowa. Stąd to parcie na sakrament, bo ciotka oczywiście chciała ślubu kościelnego.

Jeszcze jedną niewiadomą pozostawało gniazdko, które wił jej Amadeuszek, czyli przyszłe miejsce zamieszkania. Bo jeżeli połączy się w jedno remont, rurę i felgi, to jak nic zamiast domu wychodzi wóz… Jaki wóz? Drabiniasty pewnie nie, ale może jakaś przyczepa kempingowa?

Mimo wszystko ciotka w swoim trzypokojowym mieszkaniu z tarasem była panią pełną gębą. Dlaczego więc Amadeuszek nie chciał wprowadzić się do niej?

– Bo ma honor! – oświadczyła zainteresowana. – Mężczyzna jest panem domu, więc dom powinien być jego. Dlatego ja będę mieszkać u niego, a nie on u mnie, to byłoby niestosowne. No i on ma tam matkę…

Z ciotką rozmawiać się nie dało, należała to kobiet, dla których sens życia stanowił mężczyzna.

Jak można się łatwo zorientować, feministką nie była. Chciała układu zwyczajnie patriarchalnego, rozplanowanego na zasadzie: ona ma na głowie dom, schabowe, sobotnie sprzątanie i niedzielne ciasto oraz dzieci, a on pracę i pieniądze.

Dzieci, co prawda, już przepadły, ale całą resztę planowała właśnie w takim stylu. Nie wiadomo, jak do tego podchodził narzeczony, choć Zuzanna, widząc jego zainteresowanie pieniędzmi ciotki, miała pewne podejrzenia, że ich oczekiwania mogą się rozmijać.

Ponadto ciotka nie lubiła sprzątać, nie umiała gotować ani nie piekła, ale wierzyła, że się zmieni. Tak, ten mit o tym, że po ślubie jedno zmieni się dla drugiego, działa w obie strony.

Ciotka święcie wierzyła, że wraz z aktem małżeństwa spłynie na nią jakiś szczególny instynkt.

Cała sprawa z ciotką, jej płaskim i niemym narzeczonym oraz ich „żyli długo i szczęśliwie” wyglądała naprawdę marnie, toteż Zuzanna wygooglała sobie Zmorzyn i zaczęła szukać w okolicy miejsca, gdzie mogłaby spędzić kilka dni i rozejrzeć się dyskretnie za rzeczonym narzeczonym.

Nie była na tyle naiwna, żeby mieć nadzieję, że odnalezienie Amadeusza Wieczorka pójdzie jak z płatka. Ciotka adresem podobno dysponowała, ale nie chciała go udostępnić, zdjęcie mogło nie być prawdziwe, a imię Amadeusz sugerowało bardziej przekręt niż prawdziwego człowieka.

Niby Amadeuszów w takiej mieścinie nie powinno być zbyt wielu, ale Zuzanna nie bardzo liczyła nawet na jednego. Kto pięćdziesiąt lat temu (bo w tym wieku miał być narzeczony) nadałby dziecku takie imię? Chyba jakaś oszalała melomanka z przerostem ego samotnie wychowująca syna, bo gdyby nie była samotna, ojciec dziecka, o ile byłby rozsądny, nie pozwoliłby jej tak ukrzywdzić dzieciaka.

Dziewczyna nie wiedziała jednak, jak się do sprawy zabrać.

No bo co miałaby zrobić? Pojechać tam i co? Pójść na policję? Trochę nierealne. Co by powiedziała? Że ma ciotkę niespełna rozumu, która zakochała się w internetowym oszuście?

No i skąd pewność, że to oszust? Wszystko na to wskazuje, ale też nie ma w tym nic pewnego.

Zresztą opowiadanie o całej sprawie policji też było nie za bardzo w porządku. To godziłoby w dobre imię rodziny, a tego Zuzanna nie chciała. Poza tym w takiej sytuacji powinna chyba przedstawić jakiś dowód oszustwa, a żadnego nie miała. Wszystko to były domysły i facet jeszcze od biedy mógł się okazać uczciwy, ona natomiast zyskałaby co najwyżej oskarżenie o zniesławienie.

Postanowiła więc, że wraz z Dominikiem wynajmie na kilka dni domek w zmorzyńskim ośrodku, który znajdował się nad rzeką i był nawet ładnie reklamowany w internecie (niestety, co ważne, była zima, więc nie spodziewała się wiele). Potem powoli, korzystając z tego nieco przymusowego wypoczynku, zwiedzi sobie wioskę. Pójdzie do piekarni, do monopolowego, do żelaznego (takie sklepy, o ile w ogóle je tam mają, chyba powinny być otwarte nawet w okresie przedświątecznym) i w każdym z tych miejsc niby od niechcenia zapyta o Amadeusza.

Domek będzie musiał mieć kuchnię i co najmniej dwa pokoje, bo maślane oczy Dominika na Zuzannę nie działały i dawno dała mu do zrozumienia, że poza przyjaźnią nie ma on na co liczyć. Umieszczony już od lat we friendzone pogodził się z sytuacją, ale wolała nie ryzykować. Dobry przyjaciel to o wiele więcej niż chłopak, bo to i zazdrość, i hormony, i miłosna głupawka…

W zasadzie mogła pojechać tam nawet sama, ale dziwnie by się czuła w święta wśród zupełnie obcych ludzi.

Nie chciała też ryzykować. W końcu nie wiedziała, co ją tam czeka. Goście w takich miejscach bywają różni, a samotna kobieta nie zawsze jest traktowana jak należy.

No i spacery w pojedynkę (być może nawet po śniegu, bo jakimś cudem zapowiadano zimową aurę), a przecież na to się zanosiło, są nieciekawe.

Na przygody ochoty nie miała, to znaczy na te damsko-męskie. Inne przyjęłaby wręcz z radością, bo trochę się ostatnio nudziła. Jakieś ogniska, kiełbaski, interesujące zachody słońca skrzące się blaskiem na śniegu, ale bez podtekstów.

Bez żadnych romantycznych podtekstów. Zuzanna była przeciwieństwem ciotki. Wszędzie węszyła złą wolę, przekręty i niebezpieczeństwo oraz facetów o patriarchalnych ciągotach, którzy zechcą ją przykuć do siebie szóstką dzieci i nie dać jej szans na rozwój.

Zuzanna była feministką, może nie taką, która chodzi na manify i pali staniki, ale taką, która uważa, że kobieta powinna walczyć o swoje prawa i nie dać się zdominować żadnemu, nawet najbardziej fascynującemu i seksownemu mężczyźnie.

W miłość jakoś tam wierzyła, ale taką na równych prawach.

Szli powoli w stronę świateł dworku zasypanymi śniegiem ścieżkami. Czuli się dziwnie.

Mało kto czuje się dobrze w takich wymuszonych sytua­cjach. Ludzie, kiedy muszą uczestniczyć w tego typu „podchodach” quasi-integracyjnych, w zasadzie liczą po prostu, że jak się trochę nawalą, wszystko to będzie do przejścia albo jakoś w końcu im się spodoba. Tu niestety nie mogli liczyć ani na jedno, ani na drugie. Po pierwsze, upić się nie było im wolno, bo Marlena zapowiedziała uroczyście, że mimo wszystko są w pracy i mają ją wykonywać porządnie, po drugie, znali Marlenę zbyt dobrze, żeby się łudzić, że pozwoli im poczuć się swobodnie i odrobinę zabawić.

Zresztą były święta. Rodziny zostały w domach. Było im smutno i dziwnie. Jedynie Marlena w swoim supereleganckim, długim futrze czuła się i pięknie, i dobrze.

– Inspiracje? – zapytała Julitę po drodze, chyba chcąc dać jej do zrozumienia, że czeka na rezultaty. – Co znalazłaś?

Dziewczyna schowała głowę w wielki golf i skuliła ramiona.

– Ale że tutaj?

– A gdzie? Oczywiście, że tutaj. Nie udawaj, że nie rozumiesz! Pewnie znowu się opierdalałaś! Liczyłaś na wolne? Uważaj, żebyś niedługo nie musiała przestać liczyć… na pensję! – prychnęła Marlena, czym sprawiła, że dziewczyna skuliła się jeszcze bardziej.

– No, jest tu stary młyn.

– Nie no, stary młyn, ocipiałaś? I to ma być inspiracja? Dla mnie?!

– I zmor.

– Czyli?

– No, taki jakby samiec zmory. Chyba straszy. Nie doczytałam jeszcze.

– To doczytaj. – Królowa Śniegu uspokoiła się nieco, ale tylko po to, żeby zacząć dręczyć kolejnego pracownika. – Patryk. Research proszę na rano.

– Ale czego?

– No, tego tutejszego zmora. Co robi, co lubi, co je.

Patryk, którego zadaniem było wyszukiwanie w internecie wszystkiego na zadany temat, a jak w internecie nie znalazł, to i wydzwanianie do wszelkich możliwych specjalistów, westchnął.

– Tak jest – powiedział zrezygnowany. Jedno, czego się w tej pracy nauczył, to że nie warto się wykłócać, bo to nic nie daje.

Dotarli do dworku. Był bajkowy.

– Hanka! – warknęła Marlena na sekretarkę, a ta jak dobrze wytresowany piesek wpadła pierwsza w drzwi, przytrzymała je przed pisarką i jej mężem, a potem, nie rozebrawszy się, pobiegła w kierunku, w którym spodziewała się znaleźć kuchnię, żeby na wszelki wypadek sprawdzić, co podadzą na kolację, co mogliby ewentualnie podać i czego w żadnym razie nie powinni.

I nie chodziło tu o alergię czy jakąś modę, ani też o wybiórczy stosunek do żywności typu weganizm, nie, Marlena jadła wszystko, o ile było to eleganckie. O elegancji decydowała sama – tak więc szynka była elegancka, salceson nie był, to przecież w sumie proste. Pierogi z fetą i szpinakiem były, ruskie nie były. Hanka miała za zadanie między innymi sprawiać, aby posiłki były jadalne, czyli jak najbardziej eleganckie.

Marlena wraz z mężem i siostrą zasiadła do dużego stołu, który Hanka natychmiast kazała nakryć, bo nie chcieli siadać przy oddzielnych stolikach.

To znaczy chcieli, pragnęli, żądali spokoju choć podczas posiłku, ale nic na to nie mogli poradzić.

Marlena Opierska była bardzo znaną pisarką, osobą zamożną, elegancką i wymagającą. Nie dorównywała, co prawda, sławą Zenkowi Martyniukowi, ale marzyła, że kiedyś to się zmieni. Znały ją właściwie przede wszystkim kobiety, lecz i to zamierzała zmienić.

Jej mąż Artur należał do mężów reprezentacyjnych. Był przystojny, wysportowany i nie miał nic do powiedzenia. To znaczy rozmawiał czasem z jej siostrą, także pisarką, a właściwie pretendującą pisarką, ale Marlena uważała, że czegokolwiek by nie powiedział, i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia. Ani sensu.

Był jej czwartym mężem. Tym razem postawiła na wygląd, bo wypróbowała już wszystkie opcje i ta wydała jej się najlepsza. Pierwszy był idealistycznym dupkiem, drugi intelektualistą i abnegatem, trzeci karierowiczem, który usiłował dzięki niej wspiąć się na wyżyny. Czwarty przynajmniej wyglądał.

Zuzanna była ładna, zdecydowana, wygadana i samodzielna.

Mimo to zdawała sobie sprawę, że ludzie są różni i czasami warto mieć obok siebie kogoś, kto w odpowiednim momencie da po ryju odpowiedniemu (a właściwie nieodpowiedniemu) facetowi, który zaczyna na zbyt wiele sobie pozwalać. Szczególnie w takich ciut romantycznych okolicznościach świątecznych, kiedy grzane wino oraz Last Christmas za bardzo wchodzą w duszę i wszystkim się wydaje, że miły uśmiech to to samo co zaręczyny, a co najmniej oświadczenie: „Tak, idę z tobą do łóżka natychmiast”.

Rodzinna narada, jaką przeprowadzono po konsultacjach z Dominikiem i z jego udziałem oraz, co oczywiste, za plecami ciotki, nie przyniosła zdecydowanych rozstrzygnięć.

O tej porze roku było na tyle zimno, że domki wydawały się głupim pomysłem, ale okazało się, że są ogrzewane. Dominik urlop mógł wziąć, kiedy chciał, a Zuzanna była bez pracy.

Docelowo miała uczyć angielskiego, ale dzieci ją przerosły. Szkoła nie pasowała jej zupełnie, do tego stopnia, że wreszcie zaczęła rozumieć własnych nauczycieli, a to było dla niej naprawdę szokującym odkryciem.

Zrezygnowała z nauczania i starała się o jakieś tłumaczenia.

Tak więc zarabiała niewiele, ale coś tam jednak zarabiała, choć nie miała stałej pracy. To pozwalało jej dysponować swoim czasem tak, jak chciała.

Zazwyczaj pracowała po nocach, spała w dzień, a popołudniami tępo wpatrywała się w facebookowy timeline i doznawała wrażenia, że życie gdzieś jest, toczy się, ale ona w nim nie uczestniczy.

Nudziła się, a życie przepływało obok.

Dlatego wyjazd do Zmorzyna, jakkolwiek bezsensowny, bo nie wiedziała, czy cokolwiek zdoła odkryć, wydał jej się jego, tego życia, namiastką.

Planowała nawet trochę poprzesadzać fotograficznie i powstawiać jakieś odjechane zdjęcia na Facebooka.

A w międzyczasie znajdzie Amadeusza i skopie mu tyłek, choćby tylko słownie, bo ona do rękoczynów posuwać się nie zamierzała, a Dominik był pacyfistą.

Kolacja okazała się mało elegancka. Marlena zlustrowała dania i zwracając się wyraźnie w stronę Hanki, a nie kelnerki, stwierdziła:

– To jest paskudztwo, to też paskudztwo, błe… No, ale to można zjeść.

Hanka odetchnęła z ulgą.

Do paskudztw zaliczone zostały twarożek z czosnkiem, niezbyt dzisiejsza bułka (albo może nawet dzisiejsza, ale z porannego „udoju”) i dżem morelowy.

Jadalna okazała się jajecznica, co też było sukcesem. Jajecznica w rozumieniu Marleny miała wiele stopni elegancji – od „tego chłamu nie tykam”, czyli jajecznicy ze smażoną cebulką i słoniną, po „mniam, ale dobre”, czyli jajecznicę z krewetkami i szpinakiem. Ta podana tutaj na kolację, choć każdy przyzna, że to jednak danie śniadaniowe, była z grzybami, więc akceptowalna.

– Tylko załatw mi jakiś sensowny chleb, bo te buły… brr…

Hanka, nie patrząc na siedzących przy sąsiednich stolikach gości, pobiegła wykonać polecenie szefowej.

Sala nie pękała w szwach, było jeszcze kilka wolnych stolików, które zdecydowanie zostaną zajęte, może jeszcze dziś, może dopiero nazajutrz.

Marlena rozejrzała się, po czym szturchnęła męża.

– A ty wracaj do samochodu i przynieś prezenty. No, już!

Mężczyzna poderwał się od stołu niechętnie, ale jednak szybko. Po dłuższej chwili wrócił z kilkoma niewielkimi paczkami opakowanymi w elegancki, kolorowy, błyszczący papier.

– Połóż pod choinką – rozkazała żona, choć sam przecież wiedział, co ma zrobić z pakunkami, które przyniósł.

I o ile zazwyczaj widok prezentów pojawiających się pod choinką wywołuje u ludzi mimowolny uśmiech albo choć odrobinę radości, tym razem ten akt przyprawił zebranych o grymas niechęci, tak jakby mieli pojęcie, co znajduje się w paczkach, i wcale nie byli tym zachwyceni.

Dominik i Zuzanna do Zmorzyna pojechali samochodem chłopaka, obładowani sprzętem komputerowym i słoikami z bigosem, bo przecież na pewno będą tam głodować. Takie założenie nie było wcale bezpodstawne. Zmorzyn miał zaledwie trzystu mieszkańców, trudno więc oczekiwać, że znajduje się tam McDonald’s, KFC albo jakakolwiek większa czy mniejsza knajpa poza zwykłą mordownią bądź piwiarnią. A ponieważ domki były wyposażone w kuchnie, nie należało zakładać, że będzie tam gdzieś jakaś stołówka, w której można by się odpłatnie żywić.

Okres świąteczny dodatkowo sprawę stołówki komplikował, bo wydawało im się, że inni ludzie zechcą spędzać święta we własnym gronie, a nie pośród innych gości. Czyli pewnie nastawiali się na wyżywienie własne, choć tego Zuzanna i Dominik nie byli na sto procent pewni.

Zuzanna gotować nie umiała.

Jeżeli jednak stan, w którym się czegoś nie umie, określić jako zero, to Zuzanna była poniżej zera. Nie potrafiła gotować bardziej niż inni. Była czymś w rodzaju kulinarnej czarnej dziury.

Dodatkowo za nic na świecie nie zamierzała tego zmieniać.

Oboje więc liczyli, że w Wigilię w imię tradycji zjedzą barszcz czerwony z proszku oraz kapustę z grzybami, którą do słoika zapakowała im matka Zuzanny, ale że tradycją się specjalnie nie przejmowali, poprawią to kiełbasą na patyku pieczoną w kominku, bo chyba jakąś uda im się kupić.

Jechali do Zmorzyna niejako z misją, a więc służbowo, toteż uważali, że mają prawo do wszelkich odstępstw od zwyczajów, a zwyczaje… Byli w takim wieku, że naprawdę nie byli do nich nastawieni nostalgicznie.

Cecylia, babcia Zuzanny, podeszła do okna i popatrzyła na piękny, zadbany, ale o tej porze roku trochę bury ogród rozciągający się dookoła. Na ławeczki, fontannę i rzeźby w nawet nie najgorszym guście. Włożyła do kieszeni trzy ostatnie plastikowe karaluchy i westchnęła.

Życie w domu spokojnej starości było rzeczywiście spokojne. Koszmarnie spokojne. Nie jakieś smutne czy przykre, nie, po prostu koszmarnie nudne. No a teraz, przed świętami, jawiło się w jeszcze gorszym świetle. Robiło się po prostu obrzyd­liwie. Z jednej strony nostalgicznie, z drugiej żałośnie.

Poprawiła włosy przed lustrem, wetknęła za pasek spodni oliwę truflową w sprayu, którą wczoraj ukradła z kuchni, i ruszyła na dół.

Mieszkała tu od roku. Nikt jej do tego nie zmuszał. Sama wybrała to miejsce. To był luksusowy dom starców, albo raczej dom luksusowej starości, bo wszystko tu było luksusowe. Każdy miał oddzielne niewielkie mieszkanko z salonem, sypialnią i kuchnią, z której właściwie nikt nie korzystał, bo na dole była stołówka, a kucharki gotowały wspaniale.

Cecylia niby miała wszystko: opiekę lekarską, pielęgniarki na zawołanie. Jedzenie jak w pięciogwiazdkowym hotelu, park dookoła. Mieszkanko jak z bajki z własnymi meblami i wyposażeniem. Na miejscu jedną bliską koleżankę, którą znała od stu lat i z którą doskonale się rozumiała. Ale czegoś jej brakowało.

Niby wszystko było jak należy, a jednak miała wrażenie, że życie ucieka jej między palcami. W pewnym wieku to wrażenie przeraża.

Oczywiście robiła wszystko, co w jej mocy, żeby temu zapobiec i trochę się zabawić.

Podeszła do bocznego stolika w stołówce. Przyjrzała się podwieczorkowi. Ciasto z galaretką z czarnej porzeczki nadawało się doskonale. Szybko wetknęła po karaluchu, ukrywając je w bitej śmietanie, do trzech porcji na talerzykach. Karaluchy już się jej kończyły; żałowała, że kupiła ich tak mało, ale od czego jest internet? Jeszcze dziś zamówi kolejną dostawę.

Podkradła się po cichutku do stojącego w korytarzu niedaleko łazienki chodzika Hrabiny. Schyliła się i obficie spryskała oliwą kółka oraz podparcie.

„Będzie super” – pomyślała, chowając spray.

Nie lubiła Hrabiny, która zresztą hrabiną nie była, była tylko wredną staruchą, która miała pretensje do świata o wszystko, chyba nawet o to, że ten świat istnieje.

W stołówce zaczęli się zbierać pensjonariusze. Eleganccy panowie w garniturach i pod krawatami przedstawiali sobą idealną przedpotopowość. Panie wszystkie jak leci w skromnych, burych sukienkach. Prawie wszystkie. Przyszła też Lena, osobista przyjaciółka Cecylii. Ona była ubrana normalnie, w dżinsy i bluzeczkę, co wywołało prychanie innych pań, choć nie panów.

– Kiedy się ma prawie osiemdziesiąt lat, należy się ubierać jak człowiek! – zawołała z daleka oburzona jak zwykle Hrabina, wychodząc z łazienki.

– No właśnie. Jak człowiek, nie jak mumia – odparowała Lenka, siadając do stołu.

Hrabina zdecydowanie zamknęła drzwi łazienki, chwyciła chodzik za podparcie i pchnęła go z wściekłą siłą do przodu.

I w tym momencie rozległ się jej dziki wrzask:

– Aaaaaa!

Chodzik ruszył z kopyta, a ona z szybkością Batmana, z rozwianym włosem i łopoczącą spódnicą do kostek przeleciała przez korytarz, usiłując za nim nadążyć.

Porządnie naoliwione kółka i śliskie podparcie sprawiły, że Hrabina osiągnęła szybkość światła, choć trochę na leżąco. Rozpędzony chodzik wlókł ją przez jakiś czas, po czym przewrócił się i upadł na nią, tłukąc ją boleśnie w głowę.

– Ratuuunkuuu! – wrzasnęła, alarmując kilku pielęgniarzy, którzy zawsze byli na miejscu, by nieść pomoc.

Niewiele mieli tu do roboty, bo było to miejsce dla ludzi zasobnych i jak na swój wiek zdrowych. Oraz, poza jednym wyjątkiem, zrównoważonych psychicznie.

Wszyscy mieli sztucznie zaaferowane miny. Nikt nie lubił Hrabiny, bo ona nie szanowała nikogo.

Kelnerki jak gdyby nigdy nic zaczęły roznosić ciasto.

Po chwili rozległy się pierwsze piski.

Plastikowe karaluchy działały na wyobraźnię. To, że były plastikowe, nie miało znaczenia. Nikt przecież im się specjalnie nie przyglądał, a w zębach chrzęściły jak prawdziwe.

– Włeeeeee! – wrzasnęła pani Stanisława.

– Łeeee! – zawtórowała jej Helena.

Cecylia zachichotała pod nosem szczęśliwa.

– Czy ty nie możesz się wreszcie uspokoić? – Lena pokręciła głową, odbierając od kelnerki smakowicie wyglądające ciasto.

– W trumnie się uspokoję – odgryzła się Cecylia. – To tylko trzy karaluchy! Plastikowe! Niewinny żart!

Niewinny żart spowodował tyle wrzasków i udawanych albo prawie prawdziwych omdleń, że aż westchnęła z zadowolenia. Od kiedy się tu sprowadziła, robiła wszystko, żeby rozruszać towarzystwo. Jej metody były niekonwencjonalne i chyba nie działały, ale wciąż próbowała.

– Mam rozumieć, że przelot Batmana to nie twoja sprawka? – Lena oskarżycielsko wycelowała palec w koleżankę. – Przecież prawie ją zabiłaś!

– A tam, nic jej nie jest! – Cecylia wzruszyła ramionami. – Należało jej się.

I to była prawda, z którą Lena musiała się zgodzić. Hrabina była wredną krową, która psuła wszystkim humor, a do tego uważała się za panią wszechświata i okolic.

– Dominik u mnie był – oświadczyła Lena zaaferowana.

Ta wizyta nie była niczym dziwnym, Dominik odwiedzał swoją babcię często i z przyjemnością, dlatego to stwierdzenie nie spotkało się z żadną specjalną reakcją ze strony Cecylii. Jej wnuczka Zuzanna też regularnie u niej bywała. I choć Dominik z Zuzanną znali się od dziecka, unikali wspólnych odwiedzin u babć (które mieszkały w jednym i tym samym domu starców) z powodów taktycznych.

Powody taktyczne były te same co w przypadku większości babć. One sobie wymarzyły, że Zuzanna wyjdzie za Dominika i będą żyć długo i szczęśliwie, bo skoro obie babcie tak się od lat lubią, to i oni powinni.

No i w sumie lubili się, ale nie zamierzali się pobierać.

Najbardziej nie zamierzała Zuzanna, bo Dominik właściwie nie miałby nic przeciwko temu.

– Wiesz, co nawywijała twoja kretyńska córeczka? – zapytała w sumie retorycznie Lenka, bo Cecylia była od wieści rodzinnych izolowana, w szczególności od złych wieści.

Cecylia zamarła. Miała dwie córki, obie około pięćdziesiątki, z tym że jedna była całkiem normalna i była matką Zuzanny, a druga całkiem normalna nie była i była jej ciotką. To znaczy Zuzanny, nie babci.

– Kolejny amerykański generał? – zapytała seniorka z westchnieniem. Mniej więcej wiedziała, czego może się spodziewać.

– O wiele gorzej – dobiła ją Lenka.

Cecylia znała swoją córkę na tyle, żeby naprawdę się przerazić. Generałów przerabiała już kilku, ale zawsze jakoś udawało się Malwinie wytłumaczyć, żeby dała sobie spokój. Ona była jednak tak bardzo spragniona związku, że zdecydowanie przesadzała, ale zamiast wyjść do ludzi i kogoś po prostu poznać, szalała po internecie. A tam zakochiwała się namiętnie, w kim popadło.

– Co tym razem?

Informacje od Lenki były jej potrzebne, bo Zuzanna babcię chroniła i niczego jej nie mówiła, oczywiście dla dobra tejże babci staruszki, która choć swoje lata miała, wcale nie chciała być chronioną staruszką. Staruszkowatość to obok wieku stan ducha, a Cecylia była bardzo młoda duchem.

– Jakiś facet.

– Przecież że nie kobieta! – obruszyła się Cecylia, doskonale zorientowana w preferencjach córki. – Wiesz coś więcej?

– Niezbyt dokładnie! Dzieciaki mają jechać do Zmorzyna i dowiedzieć się wszystkiego na miejscu. Chyba chcą go znaleźć czy co?

– I obić mu ryj? – zapytała z nadzieją w głosie.

– No, całkiem możliwe, ale najpierw muszą go znaleźć, bo on jakiś… Nie do końca wiadomo, kim jest ani gdzie mieszka, a podobno Malwina kasę mu przelewa i chce dla niego sprzedać mieszkanie… Zuzanna i Dominik muszą to jakoś naprostować.

– No, to koszmar! – westchnęła Cecylia. – Myślisz, że dadzą radę? Sami?

Jak każda babcia była święcie przekonana, że ludzie w wieku lat około trzydziestu to takie trochę bardziej wyrośnięte przedszkolaki, które same nie potrafią sobie nawet zmienić pieluchy, a co dopiero zająć się poważnym mordobiciem.

– Myślę, że nie, ale co ja mogę? – Lenka pokręciła głową. Nagle jednak zmieniła ton. – Może byśmy tak i my tam pojechały? Obie? Postawiłybyśmy ich przed faktem dokonanym. Takie wiesz, śledztwo incognito, trochę rozrywki, trochę mordobicia… Byłoby świetnie. Bo tutaj straszne nudy… Wreszcie bym trochę odpoczęła od tych ogłupiających luksusów!

Luksusy to całkiem fajna rzecz, ale – jak wszystko – w nadmiarze otumaniają.

– Pomysł całkiem dobry, ale jak to zorganizować? – zapytała Cecylia i zmartwiała. – Jezu, znowu idzie tu ten debil… – Wskazała na mężczyznę w garniturze, który zbliżał się do ich stolika z uśmiechem zadowolenia na twarzy i białą chusteczką w ręku.

Obie natychmiast się skuliły, jakby chciały zniknąć, ale nic to nie dało.

Starszy pan – wysoki, tyczkowaty, przesadnie elegancki – podszedł i skłonił się szarmancko, na co Cecylia aż jęknęła.

– Czego? – warknęła, chcąc go zniechęcić, choć doskonale wiedziała, że to nie zadziała.

– Kochana moja! Mam coś, co należy do ciebie. – Rozłożył chusteczkę higieniczną. – Twój karaluch. Proszę.

Był doskonale obeznany w jej szaleństwach.

Cecylia skrzywiła się z niechęcią. Że też trzeci wczorajszy karaluch musiał trafić akurat na niego!

– Trzeba było wyrzucić! Po co mi to przeżute paskudztwo? Czego znowu chcesz? – Cecylia nie miała dla niego ani odrobiny litości, ale i tak nigdy nie rezygnował.

– Ależ kochana… – Lucjan uśmiechnął się szeroko. – Pomóc. Jak zwykle chcę ci pomóc!

Lucjan był potwornym, maniakalnym przypadkiem faceta zakochanego, co w jego wieku powinno być karalne albo co najmniej zakazane. Na dodatek jego wybranką okazała się Cecylia, która tej miłości ani nie odwzajemniała, ani nie chciała. Nie wiadomo zresztą, dlaczego się w niej zakochał ani po co, ani jakim cudem mu się to udało. Sama Cecylia uważała, że musiało mu coś odbić, bo choć osiemdziesiątki, mimo tego co sugerowała Hrabina, jeszcze nie osiągnęła, to nie była ani młoda, ani piękna, z czego z żalem zdawała sobie sprawę. Nie życzyła sobie też żadnych miłosnych zawirowań. Niestety zakochany Lucjan prześladował ją swoją miłością bez przerwy, codziennie i bezwzględnie.

– Daj sobie spokój, co? Nie mam teraz ochoty na wygłupy – odburknęła, ale on nie odpuszczał.

– Mam samochód – powiedział, uśmiechając się tajemniczo.

– Znów podsłuchiwałeś? – Lenka pokręciła głową z dezaprobatą.

W zasadzie Lucjan podsłuchiwać nie musiał, bo mówiły dość głośno, ale powinien wykazać choć na tyle rozsądku i klasy, żeby nie wtrącać się w nie swoje sprawy.

– Może, ale i tak mam samochód.

I wtedy je oświeciło.