Królowa ruin - Tracy Banghart - ebook + książka

Królowa ruin ebook

Tracy Banghart

3,8

Opis

Kontynuacja powieści GRACJA I FURIA.

Jedyne, czego pragnie Nomi, to po raz ostatni ujrzeć swą siostrę Serinę – więźniarkę na Górze Zniszczenia. Gdy dociera do wyspy, ku swemu zaskoczeniu spotyka nie pokonane kobiety, lecz zbuntowane, silne rewolucjonistki pod wodzą uległej niegdyś Seriny. Siostry rozdzielają się ponownie – tym razem dobrowolnie – każda z nich musi podążyć własną ścieżką, by zburzyć istniejący porządek i zbudować nowy, lepszy świat. Gra toczy się o najwyższą stawkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (71 ocen)
23
24
14
9
1

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuQueen of Ruin
Projekt okładki NATALIA TWARDY
Fotografia na okładce © Rekha Garton / Trevillion Images
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
RedakcjaURSZULA ŚMIETANA
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni autora, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Produced by Alloy Entertainment, LLC.
Copyright © 2019 by by Alloy Entertainment and Tracy Banghart
Polish edition © Publicat S.A., MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-5907-6
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Kobietom z mojej rodziny,które nauczyły mnie, jak być silną

1

SERINA

Serina Tessaro przy każdym oddechu czuła palący ból złamanego żebra. Piekły ją na wpół zagojona rana na ręce i rana postrzałowa na ramieniu, nie dawały o sobie zapomnieć sińce zostawione przez brutalne pięści generała Ricciego. Prawdę powiedziawszy, trudno byłoby jej znaleźć choćby jedno miejsce na ciele, które nie sprawiało jej bólu.

Najwięcej cierpienia przysparzały jej jednak wspomnienia drobnego znieruchomiałego ciała Jacany, martwego oka Wyroczni i rzędów zabitych kobiet.

Powinna była przewidzieć, że przeżycie na Górze Zniszczenia będzie kosztowało wiele bólu.

Doświadczała go od swoich pierwszych chwil na wyspie, gdzie zesłano ją za czytanie – przewinienie popełnione nawet nie przez nią samą, lecz przez jej siostrę. Ból sprawiały jej kajdany i szloch współwięźniarki. Konieczność rozebrania się do naga na oczach generała. A potem same walki, przyglądanie się, jak kobiety zabijają się nawzajem, żeby zyskać żywność dla swoich obozów. Śmierć Petrel, której była świadkiem. Gdy nadeszła kolej Seriny, okazało się, że nie potrafi zabić. Wolała się poddać, niż pozbawić życia Anikę, koleżankę z Hotelu „Nędza”. Zapłaciła za tę decyzję wygnaniem, napaścią, a potem – poprzedniego wieczoru – zemstą generała Ricciego. Schwytał ją, wystawił na arenę i kazał wybrać sobie przeciwniczkę.

A gdy mu się postawiła, gdy odmówiła wskazania jakiejkolwiek więźniarki i zamiast tego wybrała jego, była pewna, że zginie.

Nie spodziewała się wybuchu rebelii.

Cięcie i jej ekipa z Hotelu zaatakowały strażników. Wyrocznia i Żar rzuciły się na generała Ricciego, a Serina – podobnie jak wiele jej koleżanek w niedoli – przeżyła bitwę. Ścierając plamy krwi więźniarek z kamiennej posadzki amfiteatru, poprzysięgła sobie, że nie pozwoli, by ich śmierć poszła na marne. I nie zawiedzie też tych, które zostały przy życiu.

Świt przebiegł przez wyspę tanecznym krokiem niczym Gracja w złotej sukni, pokrywając każdy listek, każdy fragment twardej wulkanicznej skały koronką światła. Jakże kontrastującą z pozostałościami rzezi, które Serina i inne kobiety próbowały właśnie usunąć z kamieni. Nie było już żadnych ciał – zabite kobiety pochłonęła czerwona poświata wulkanu, a martwi strażnicy leżeli na dnie zimnego morza. Wkrótce miały zniknąć ostatnie ślady rozlewu krwi.

Serina stłumiła cisnący się na usta jęk i się podniosła. Promienie słońca ogrzały jej twarz. Obok niej Skała dźwignęła wiadro pełne czerwonej krwistej wody. Jej szerokie opalone czoło marszczyło się z koncentracji, a może wyczerpania. Kobieta, znacznie starsza od Seriny, opiekowała się nowymi nabytkami Jaskini i to właśnie Skałę Serina poznała jako pierwszą – ją oraz Wyrocznię.

Oddech uwiązł jej w krtani. Cały czas miała przed oczami sceny z tamtego pierwszego wieczoru: swoje przerażenie, jeszcze zanim zaczęła się walka, kobiety zabijające się nawzajem, by zdobyć pożywienie dla swojej drużyny. Czuła się wtedy bardzo samotna i ogromnie tęskniła za siostrą.

To ostatnie wcale się nie zmieniło. Rozłąka z Nomi doskwierała jej bardziej niż złamane żebra i rana postrzałowa.

Skała z pełnym wiadrem podeszła do krawędzi amfiteatru, gdzie wyjątkowo odporna pożółkła trawa kołysała się na wietrze. Inna kobieta, zgięta, zmęczona od pracy, zebrała brudne szmatki, którymi szorowały kamienie. Serina otarła wierzchem dłoni pot z czoła.

Nomi.

Potrzebny był jej plan. Nomi tkwiła uwięziona w Bellaquie, jako jedna z trzech Gracji Dziedzica. Jeszcze niedawno Serina z całego serca pragnęła tego, co było właśnie udziałem jej siostry – życia w luksusie w objęciach najpotężniejszego człowieka w całej Viridii. Dla Nomi pałac był takim samym więzieniem, jak dla niej Góra Zniszczenia. Serina postawiła sobie za punkt honoru uwolnić siostrę.

W oddali ukazali się Anika i Val, ciągnący zardzewiały wózek pełen jutowych worków – racji żywnościowych, które przywłaszczył sobie generał Ricci. Ruszyli w jej stronę, a długa kolejka kobiet ustawiła się od razu wzdłuż połaci skał wulkanicznych zalewających część trybun. Kolejne kobiety wyłoniły się z drugiej strony, zapewne wcześniej odpoczywały pod wieżą obserwacyjną. Serina zgadywała, że przeżyło około stu pięćdziesięciu więźniarek. Wiele z nich wpatrywało się teraz łakomie i chciwie w jutowe wory.

Val i Anika dotarli do podestu i tam się zatrzymali.

Brązowe włosy otaczały opaloną twarz chłopaka niesfornymi lokami. Miał sińce na brodzie i szyję ubrudzoną błotem. Uśmiechnęła się do niego w oszołomieniu. Miał szansę ucieczki, mógł ją zostawić i opuścić wyspę. Nie zrobił tego. Został i im pomógł. Zauważył, że na niego patrzy, i od razu odpowiedział uśmiechem.

– Jak mamy rozdzielić dodatkowe racje? – zapytała Anika. W promieniach porannego słońca jej brązowa skóra wydawała się złocista. Jedno oko miała tak zapuchnięte, że nie mogła go otworzyć, z ciasno splecionych warkoczy wydostały się pasma włosów, ale wykazywała tę samą pewność siebie – i buntowniczość – jak na początku, gdy na pokładzie statku zmierzały na wyspę.

Do Seriny doszły plotki, że kobiety z Hotelu próbowały nadać jej nowe imię – Cień – jednak ta odmówiła i reagowała wyłącznie na Anikę. Ponoć twierdziła, że imię to jedyna rzecz, którą dostała od matki i której nikt nie może jej odebrać.

To w trakcie walki z Aniką Serina postanowiła się poddać. Oszczędziła jej życie, a tym samym wydała na siebie wyrok śmierci i wszczęła rebelię. Gdyby generał nie zmusił jej do ponownej walki, być może wcale nie doszłoby do powstania.

– Najłatwiej byłoby rozdzielać sprawiedliwie porcje żywieniowe, gdybyśmy zamieszkały razem – odezwała się. – Jak myślisz, Hotel nas wszystkie pomieści?

Już wcześniej urządziły coś w rodzaju szpitala polowego w jednej z dawnych sal balowych na parterze budynku.

Serina nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby tylko nie musiała przespać już ani jednej nocy więcej w tunelu z lawy, będącym domem dla jej ekipy. Wyrocznia nie zważała na siarkowe wiatry wiejące z kaldery ani na bliskość ciągle żywego wulkanu, jednak Serina nieustannie odnosiła wrażenie, że skały na nią napierają. Cały czas wyobrażała sobie, jak pędząca lawa tworzy tunel... i jak w każdej chwili może wrócić.

Anika spojrzała na swoje towarzyszki. W czasie walk, kiedy zginęła Cięcie, Anika stała się samozwańczą przywódczynią Hotelu. Wykrzykiwała rozkazy, pomagając Valowi zaciągnąć ocalałych strażników do budynku.

Teraz odwróciła się w stronę Seriny i skinęła głową.

– Mamy dość miejsca – powiedziała.

– Ale czy możemy zaufać Hotelowi? – zapytała któraś z kobiet. – Przecież pozabijają nas tam we śnie.

Serina znalazła autorkę wypowiedzianych na głos wątpliwości: była nią dwudziestokilkulatka o jasnych włosach i zaczerwienionej z wściekłości twarzy.

– Jak się nazywasz? – Serina musiała napiąć mięśnie nóg, żeby się nie chwiać. Niemal omdlewała ze zmęczenia.

– Lisica – wyrzuciła z siebie kobieta. – Po śmierci Jadowitej stoję na czele ekipy Dżungli – wyjaśniła i obrzuciła Anikę gniewnym spojrzeniem. – Dzięki niej.

– Jadowita zabiła wiele z nas – odparł ktoś ostro. Podniosły się głosy, rozgniewane, buczące niczym chmara rozsierdzonych os.

– Hej! – Serina uniosła ręce, prosząc o ciszę. – Ta przemoc została nam narzucona przez generała, chyba o tym wiecie? Anika nie zabiła Jadowitej z własnego wyboru. Żadna z nas nie zabijała z własnego wyboru! Nie jesteśmy wrogami, jesteśmy sobie nawzajem potrzebne! Przeżyjemy tylko wtedy, gdy będziemy współdziałać, tak jak to było wczoraj.

– Uważasz, że przeżyjemy? – Szpon, karłowata kobieta z Jaskini zaśmiała się chrapliwie. – Mamy resztki jedzenia i nie zdobędziemy więcej. Wszystkie tu umrzemy.

Serina skrzyżowała ręce na piersi, ignorując przeszywający ją ból.

– Nieprawda. Za tydzień, może dwa, przybije tu łódź z kolejnymi więźniarkami, a wraz z nią worki z żywnością. Pokonamy żołnierzy i zabierzemy jedzenie. A statek możemy przejąć i wykorzystać do ucieczki...

Zawiesiła głos. Bo gdzie miałyby popłynąć? No i co z Nomi?

Anika przechyliła głowę.

– Strażnicy nie mieli własnych łodzi? Odpłyńmy na nich od razu, zostawmy te skały i wróćmy do naszych rodzin.

– To moja rodzina mnie tu wysłała! – krzyknęła któraś z kobiet.

– Nie ma żadnych łodzi. – Val próbował przekrzyczeć narastającą wrzawę. – Wyspa była karą także dla strażników. Nawet dla generała Ricciego. Wszyscy rozczarowaliśmy w jakiś sposób Naczelnika – brakiem okrucieństwa lub jego nadmiarem. Naczelnik wysyłał tu wszystkich żołnierzy, którzy mu się narazili. Nie dano nam żadnych łodzi, choćby do ewakuacji w razie zagrożenia. Naszym jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym były łodzie przywożące kolejne więźniarki.

Zerknął na Serinę.

Od razu się domyśliła, o co chodzi. Val posiadał łódkę, była to jego chroniona przez lata tajemnica. Zamierzali wykorzystać ją do wspólnej ucieczki – chcieli popłynąć do Bellaquy i podjąć próbę uwolnienia Nomi. Wystarczyłoby, żeby dyskretnie pokręciła głową, a łódka nadal pozostałaby sekretem i szansą Seriny na spotkanie z siostrą.

Poprzedniego dnia była gotowa do ucieczki, jednak nie potrafiła zostawić Jacany, z którą snuły wspólne plany. Jacana zginęła, nie udało jej się uratować. Teraz nic już nie trzymało Seriny na wyspie, nic nie powstrzymywało jej przed zabraniem łodzi i popłynięciem na pomoc siostrze.

Nic, oprócz kobiet z Góry Zniszczenia. Martwych – Jacany, Wyroczni i innych – które obiecała pomścić. I żywych, które poprzysięgła sobie uratować, o ile będzie to możliwe.

Nie mogła wymknąć się na tajnej łodzi Vala i zostawić współtowarzyszek niedoli – nawet dla Nomi. Owszem, nadal zamierzała wydostać siostrę ze szponów Dziedzica i spod lodowatego, bacznego spojrzenia Naczelnika, ale nie w taki sposób.

– Jest jedna łódka – odezwała się, cały czas patrząc chłopakowi w oczy. Skinął nieznacznie głową, jednak zmarszczył czoło, podzielając jej smutek. – Ale mała, zmieści dwie, góra trzy osoby. Być może jakoś ją wykorzystamy.

– Skąd o niej wiesz? – Anika zmrużyła podejrzliwie oczy.

– Należy do mnie – wtrącił Val. – Ukryłem ją tak dobrze, że nie znalazł jej ani żaden strażnik, ani więźniarki. Sprowadziłem ją na wyspę, żeby uwolnić uwięzioną tu moją matkę, ale... – Głos mu ugrzązł w krtani. – Zmarła, zanim się tu znalazłem.

Rysy Aniki nieco złagodniały. Dziewczyna zakołysała się na piętach.

– Ja... nie rozumiem – odezwał się cichy głos. To Theodora, nazywana Lalką ze względu na strzelistą sylwetkę, długie kończyny i idealnie owalną twarz o złocistobrązowej skórze. Wcześniej razem z Seriną należała do grona mieszkanek Jaskini. – Co zrobimy, kiedy przypłynie statek z więźniarkami? Powiedziałaś, że uciekniemy, ale dokąd?

Serina otworzyła usta, ale nie zdołała sformułować żadnej odpowiedzi.

Val wszedł na podest i stanął obok niej. Zwrócił się w kierunku kobiet wypełniających amfiteatr. Odchrząknął.

– Na wschód od Viridii, po drugiej stronie Morza Gallackiego, leży kraj zwany Azurą – rozpoczął. – Mój ojciec kupiec kiedyś wybrał się tam w interesach. Opowiadał, że w Azurze kobiety mają większą wolność, mogą pracować, posiadać majątek i samodzielnie nim gospodarować. Potrafią czytać. Nasze granice są zamknięte dla mieszkańców Azury, nie licząc sporadycznych delegacji przybywających na zaproszenie Naczelnika, ale to nie jest daleko. No i ich granice nie są zamknięte dla nas.

Val opowiadał wcześniej Serinie o wyprawie swojego ojca. To ona stała się dla niego inspiracją, żeby nauczyć żonę czytać i założyć tajną szkołę dla dziewcząt. Kosztowało go to życie, matka Vala zaś została zesłana na Górę Zniszczenia. To doświadczenie go ukształtowało.

– Miałybyśmy tam popłynąć? – Lisica odgarnęła białe włosy ze zmarszczonego czoła. – Dlaczego mieliby nas przyjąć?

Val wzruszył ramionami.

– Tego nie mogę wam zagwarantować, ale na pewno będzie to bezpieczniejsze rozwiązanie niż pozostanie na wyspie czy też powrót do Viridii.

Wtedy się odłączę, pomyślała Serina. Przejmiemy statek, one wszystkie popłyną do bezpiecznej Azury, gdzie nie będę już im potrzebna, a ja zabiorę łódź Vala i ocalę Nomi.

A co, jeśli Nomi wcale nie chce ocalenia? Serina przygryzła wargę. Być może jej siostra polubiła pałacowe życie, a rola Gracji okazała się nie tak odrażająca, jak się spodziewała? Nie, to niemożliwe. Kiedy jeszcze chciała zostać Gracją, kiedy oznajmiła siostrze, że to jej własny wybór, Nomi uświadomiła jej, że nie ma mowy o wyborze, jeśli nie ma się prawa odmówić.

Miała rację.

Nie miało znaczenia, jak luksusowe życie prowadziła obecnie Nomi. Serina zamierzała dać jej wybór – coś, czego jej siostra od zawsze pragnęła. Szansę decydowania o własnym losie.

Postanowiła, że jej to podaruje, choćby miała przy tym zginąć.

– Przejmiemy łódź – odezwała się, przekrzykując sceptyczne głosy. – Popłyniemy do Azury. Rozpoczniemy nowe życie.

Anika zwiesiła ramiona. Serina zauważyła tę reakcję, ale nie rozumiała rozczarowania koleżanki. Przeniosła wzrok na pozostałe kobiety. Niektóre siedziały na kamiennych ławach amfiteatru, inne stały na zastygłej czarnej wulkanicznej skale wypełniającej połowę trybun.

Mnóstwo zapadniętych twarzy, sińców, podkrążonych oczu. Serina widziała wpatrujące się w nią strach i głód. Część więźniarek żyła na wyspie od wielu lat, była świadkiem mnóstwa walk i śmierci niezliczonych kobiet.

– Wszystkie musiałyście walczyć przez tak długi czas – powiedziała z trudem. – Niełatwo uwierzyć, że to się skończyło. Trudno sobie wyobrazić, że może być lepiej. Ale tak właśnie będzie. Teraz wyspa należy do nas. Zasłużyłyśmy sobie na nasze przydomki i tak samo zasłużyłyśmy sobie na nowe życie. Na wolność. Cokolwiek się wydarzy po dopłynięciu do Azury, już zawsze będziemy wolne. Koniec z więzieniem.

Atmosfera wśród tłumu kobiet wyraźnie się poprawiła. Spod wyczerpania zaczął przezierać cień nadziei, jakaś zapowiedź uśmiechu, lżejszy oddech. Pozytywny nastrój udzielił się nawet przywódczyniom pozostałych obozów. Stalowe ramiona Gałązki wydawały się rozluźnione, na oszpeconej bliznami twarzy Pożogi błąkał się uśmiech. Tylko Anika nadal nie kryła niepokoju.

– Nie jesteśmy już więźniarkami – dodała Serina, jakby chciała przypomnieć o tym nie tylko wszystkim kobietom, lecz także sobie samej. Nawet ona, która spędziła na wyspie zaledwie tygodnie, a nie lata, nie mogła w to uwierzyć.

Zwróciła się do Aniki:

– Mogłabyś zająć się przygotowaniem miejsc do spania i rozdzieleniem żywności? Ja z Valem zajrzę do strażników.

Anika wyprostowała ramiona i skinęła głową, a potem popchnęła skrzypiący wózek i zaczęła wykrzykiwać polecenia do innych ekip: „Zabierzcie rannych do starej sali balowej. Jeśli macie w swoich obozach żywność czy cokolwiek innego, przynieście to ze sobą. Mamy ograniczoną liczbę pomieszczeń, więc musicie dobrać się w pary”.

Serina ruszyła za nią, ale nogi pod nią zadrżały. Musiała przystanąć na chwilę, by złapać równowagę. Nie mogła sobie pozwolić na opadnięcie z sił.

– Mogę sam zerknąć do naszych więźniów – zaproponował Val, chwytając ją za rękę. – Ty odpocznij.

Pokręciła głową i zrobiła krok w górę stromego przejścia pomiędzy ławkami. Przytrzymywała się Vala, żeby nie upaść.

– Jeszcze trochę – odparła.

Nie protestował, co przyjęła z ulgą, nie miałaby bowiem energii, żeby się upierać przy swoim. Prawdę powiedziawszy, Serina bała się zwolnić. Nie chciała odpoczywać, nie chciała usiąść. Obawiała się, że wtedy nie będzie w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o drobnym ciele martwej Jacany.

Jeśli pozwoli sobie na rozmyślanie, utonie w rozpaczy.

Ale nie tylko Jacana miała ją już na zawsze prześladować. Za każdym razem, gdy przestawała się koncentrować na kolejnym zadaniu, za każdym razem, gdy przystawała, widziała przed oczami odskakującą głowę Wyroczni, trafioną kulą prosto w czoło. Nadal czuła na ramionach ciężar kobiety, którą wnosiły na szczyt wulkanu. Cały czas widziała też zwłoki Cięcia leżące na zabitym przez nią strażniku.

– Serina. – Val przywołał ją do rzeczywistości.

– Nic mi nie jest – uspokoiła go. Zdała sobie sprawę, że się o niego wspiera, więc zmusiła swoje ciało, aby się wyprostowało.

Szli ścieżką do Hotelu „Nędza” tak wolno, że gdy dotarli na miejsce, Anika stała już na popękanym marmurze nieczynnej od dawna fontanny, wykrzykując polecenia i rozdzielając żywność. Minęli ją i ruszyli ku więzieniu. Gdy wylądowali na wyspie, Serina była pewna, że to tam właśnie zostanie zamknięta – w małej celi niczym księżniczka w mrocznej wieży. Jednak liczba kobiet zesłanych na Górę Zniszczenia już dawno przerosła możliwości kwaterunkowe więzienia. Teraz cele były wykorzystywane jako magazyn broni i żywności oraz lokum dla strażników.

Nielicznych żołnierzy, którzy przeżyli powstanie, zamknięto w tych szczególnych „sypialniach” – a tym samym przywrócono pomieszczeniom ich pierwotne przeznaczenie. Serina dostrzegała ironię sytuacji. Ciężkie klucze do cel uwierały ją w udo. Wsunęła dłoń do kieszeni i zacisnęła palce na zimnym metalu.

– Powiedziałaś im o łodzi – odezwał się Val, gdy odeszli na bezpieczną odległość od pozostałych kobiet. – A co z Nomi?

– Popłynę po nią, ale jeszcze nie teraz. Najpierw wszystkie więźniarki muszą znaleźć się na statku do Azury. – Roztarła sobie obolały kark. – Anika też ma rodzinę, do której chciałaby wrócić. Inne dziewczyny również. One także chciałyby się zabrać... Gdybym popłynęła sama, gdybym utrzymała łódź w tajemnicy... to nie byłoby sprawiedliwe.

– Łódka jest mała. Anika może się z nami zabrać, ale nikt więcej.

– Z nami? – Potknęła się o wystający kawałek skały i nieomal się przewróciła.

Val przyciągnął ją do siebie.

– Pójdę z tobą. Kiedykolwiek. Gdziekolwiek.

Serce Seriny aż podskoczyło na te słowa.

– Nie będziesz im potrzebny do nawigowania? I negocjacji, gdy już dopłyną do Azury?

Pragnęła, żeby udał się z nią na poszukiwanie Nomi, ale zależało jej także, by wszystkie kobiety z wyspy znalazły się w bezpiecznym miejscu. Założyła więc, że Val z nimi popłynie. Może ona i Nomi później do nich dołączą, jeśli będzie to możliwe.

– Generał Ricci miał mapy, a niektóre dziewczyny pochodzą z rodzin rybackich. Nawet jeśli nie potrafią czytać map, ja ich tego nauczę. Będą wiedziały, jak należy kierować statkiem. – Val potarł dłonią jej plecy. – A jeśli chodzi o negocjacje, niepotrzebny im do tego facet. Na pewno wolą mówić same za siebie.

Serina odchrząknęła, ochrypła od tłumionych emocji.

– Prawda – odparła drżącym głosem. – Wolą mówić same za siebie.

Przez pewien czas szli w milczeniu, obejmowali się w pasie i nawzajem podtrzymywali.

W końcu ich oczom ukazał się szary masywny budynek więzienia. Serina nadal czuła echo przerażenia z tamtego pierwszego dnia, gdy po raz pierwszy musiała iść nierówną ścieżką ku górującej przed nią zakratowanej ohydzie.

Przeniosła wzrok na wodę, błękitną, połyskującą, rozciągającą się aż po horyzont. Z miejsca, w którym się znajdowali, widziała tylko kawałek nabrzeża, a za nim...

– Val! – Zapowietrzyła się z wrażenia. Poczuła palący ból w kostce i ostry skręt żołądka.

Nagle nie miała czym oddychać.

Pokazała przed siebie drżącą ręką.

– Val! Łódź...

2

NOMI

Nomi stała na kołyszącym się pokładzie, w ciężkiej złotej sukni poplamionej krwią, i płakała na widok wznoszącej się przed nią Góry Zniszczenia. Nie tak miała wyglądać zwycięska misja ocalenia siostry. Zmierzała właśnie do własnej celi, sama miała stać się więźniarką. Asa obiecał jej, że niebawem spotka się z Seriną, jednak przez myśl jej nie przeszło, że tak to będzie wyglądać. Dopiero gdy zobaczyła, jak Asa podrzyna gardło własnemu ojcu, zrozumiała, co ją czeka.

Niestety, świadkiem dramatycznych scen była także Maris, więc Asa zesłał je obie na wygnanie. Dzięki temu mógł utrzymywać, że to jego starszy brat, Dziedzic Malachi, dokonał tego morderstwa. Teraz Maris siedziała skulona pod burtą, zwykle pięknie rozczesane proste ciemne włosy miała okropnie potargane, a jej czerwona suknia przemokła od rozpryskującej się wokół słonej wody. Dziewczyna wpatrywała się w fale. Być może rozważyłaby skok za burtę, gdyby nie to, że była przykuta kajdanami. Od dłuższego czasu nie powiedziała ani słowa.

Nomi otworzyła usta, żeby zaoferować kolejne przeprosiny albo jakąś otuchę, ale wiatr wepchnął jej słowa do ust. Może doskonale wiedział, że to tylko puste frazesy.

Marynarze przeszli na dziób, gdzie leżał skulony Malachi. Aksamitną marynarkę miał splamioną krwią – zarówno własną, jak i ojca, Naczelnika, zamordowanego przez Asę, który jednocześnie próbował pozbawić życia także swojego starszego brata.

I to wszystko dlatego, że Nomi mu zaufała. Uwierzyła, że będzie lepszym władcą. Och, jakże się myliła!

Mężczyźni pochylili się nad nieruchomym Dziedzicem.

– Nie dotykajcie go! – wrzasnęła ochryple, jak to już robiła kilka razy wcześniej, modląc się przy każdej okazji, by zaczęli nasłuchiwać, by zauważyli, jak unosi się i opada jego klatka piersiowa. Asa rozkazał im wyrzucić Dziedzica za burtę, gdy przestanie oddychać.

Ale on nie przestawał.

– Powiedzieli, że mamy go wrzucić do morza, kiedy tylko skona – odezwał się jeden z marynarzy, lecz głęboki baryton był ledwie słyszalny przez głośny hałas silnika parowego. – No, ale on ciągle żyje, a już prawie dopływamy.

– Na wyspie nie mają pojęcia o tym rozkazie. – Jego kolega podrapał się w zarośnięty policzek. – Będą zadawać mniej pytań, jeśli się go pozbędziemy.

Nomi znów zaczęła krzyczeć, ale mężczyźni nie zareagowali.

– Za późno – powiedziała Maris. Wiatr smagał włosami jej trupio blade policzki, w jej ciemnych oczach płonął żar. Dziewczyny dawno już straciły swoje balowe maski. Nomi nie pamiętała nawet, kiedy po raz ostatni czuła szorstką tkaninę przykrywającą jej nos. Aż jej się nie chciało wierzyć, że nie tak dawno tańczyła na balu. Zaledwie kilka godzin wcześniej kazała uciekać swojemu bratu. Wtedy już się domyślała, że nie może zaufać Asie, ale nie miała jeszcze pojęcia, do czego on jest zdolny. Teraz już i to wiedziała. Miała nadzieję, że Renzo posłuchał i umknął z pałacu. Była pewna, że jeśli Asa znajdzie jej brata, bez wahania pozbawi go życia.

Marynarze podnieśli Malachiego, a ten zakaszlał słabo.

– Nie widzicie, że on przecież żyje?! – krzyknęła rozpaczliwie. Powieki Dziedzica zatrzepotały, on sam odzyskał przytomność, ale w tej samej chwili zniknął za burtą.

Z piersi Nomi wydarł się szloch.

Zabrzęczały łańcuchy, gdy rzuciła się w stronę marynarzy. Kajdany wbiły jej się w nadgarstki, aż pociekła krew.

– Zabiliście go! – wykrzykiwała raz za razem. Nie zwracali na nią uwagi, i może tak właśnie powinno być. Sama nie była już pewna, do kogo nawołuje: do nich czy do siebie samej.

Zabiłaś go.

To wszystko przez nią. Zaufała niewłaściwemu bratu. Asa obiecał wolność jej i jej siostrze. Obiecał, że skończy się wybór Gracji, dojdzie do zmian zasad obowiązujących w Viridii. Miał pozwolić, by kobiety miały swoje prawa, by mogły czytać... Mówił dokładnie to, co chciała usłyszeć. Dała się zwieść. Tak łatwo przyszło jej uwierzyć, że Malachi jest równie okrutny i nieprzewidywalny co jego ojciec: ponieważ Asa ją w tym utwierdzał. A jednak wszystko okazało się kłamstwem. To Asa był okrutny i bezlitosny.

Morderca.

Prześladowały ją słowa Malachiego: Nie wezmę Gracji, która jest mi niechętna. Nie będę cię więcej zmuszał. To były jedne z jego ostatnich słów, zwolnił ją od pełnionego obowiązku. Nie chciał jej zmuszać do pełnienia funkcji Gracji.

A teraz Malachi stracił życie.

Łódź dobiła do brzegu i uderzyła w molo. Nogi ugięły się pod Nomi, ale sztywna halka sukni utrzymała ją w pionie. Marynarze odkuli najpierw Maris, a potem ją. Splunęła w twarz najbliższego, on popchnął ją tak mocno, że niemal się przewróciła. Maris szła sztywno wyprostowana, ale po jej policzkach ciekły łzy. Nomi nie mogła znieść widoku tej rozpaczy. Maris nie powinna była zostać w to zamieszana, nie powinna trafić wraz z Nomi na wsypę. Nie zrobiła nic, żeby zasłużyć sobie na takie cierpienie, stała się jedynie świadkiem cudzej zbrodni.

Jednak miała rację. Było już za późno.

Marynarze wypchnęli obie dziewczyny na brzeg. Na molu stał strażnik więzienny, czapkę nasunął sobie na oczy.

– Mniejsza łódź niż zwykle – odezwał się gburowato. – I mniejszy ładunek. Tylko dwie więźniarki?

Marynarz trzymający Nomi wzruszył ramionami.

– No. A co?

– A żywność? – zapytał strażnik, gdy mężczyźni postawili przed nim Nomi i Maris.

Drugi z nich podrapał się po karku.

– Żywność? Kazano nam przywieźć tu te dziewczyny. Nie było mowy o żywności.

– Macie ich dokumenty? – Strażnik wyciągnął rękę. Do jego głosu wkradło się zniecierpliwienie.

Nomi zastanawiała się, co się stanie, jeśli wykrzyczy prawdę – że Asa zabił Naczelnika i wysłał je tutaj, by je uciszyć. Uznała jednak, że strażnik się nie przejmie.

– Niczego nie mamy – odparł stojący obok niej mężczyzna i wzruszył ramionami. – One są z pałacu. Nie wiem, jak to zwykle robicie, ale kazano nam natychmiast je tutaj dostarczyć, co też zrobiliśmy. – Facet potarł nos wierzchem dłoni. – Teraz będą waszym problemem.

Strażnik popatrzył przez zmrużone oczy na zakrwawioną suknię Nomi i blade policzki Maris. Czy to możliwe, żeby obawiał się pułapki? Żeby traktował je jak zagrożenie?

W końcu skinął głową, spojrzał przeciągle na łódź i odprawił marynarzy. Nomi poczuła, jak kurczą się jej ściśnięte gorsetem płuca, jak ogarnia ją panika. Położyła sobie rękę na talii, pragnąc z całego serca zedrzeć z siebie tę suknię, a wraz z nią wszystkie popełnione błędy i całe życie. Jej palec trafił na dziurę w tkaninie, dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Asa próbował zabić także ją. Zasztyletowałby ją tak samo jak swojego brata – w gardle utkwił jej szloch – gdyby nie gorset, który teraz nie dawał jej żyć.

Cały czas czuła na sobie lodowate spojrzenie Naczelnika, z którego szyi tryskała krew.

– Chodźcie – powiedział szorstko strażnik. Pociągnął Maris za rękę, aż pisnęła z bólu.

Nomi obejrzała się raz jeszcze na łódź i wzburzone wody morza. Marynarze nie spuszczali jej z oka, jednocześnie szykując się do powrotu. Nigdzie nie było widać Malachiego. Odwróciła się i ruszyła pomału za żołnierzem prowadzącym Maris. Przed rzuceniem się w morskie odmęty powstrzymywała ją już tylko nadzieja, że wkrótce zobaczy Serinę.

Proszę.

Strażnik poruszał się szybko, niemal wciągał Maris po stromej ścieżce. Często zerkał na Nomi, ale wolną rękę trzymał na broni. Jego mina przestrzegała ją przed zostawaniem w tyle.

Promienie słońca rozgrzewały poczerniałe skały otaczające ścieżkę. Nomi pociła się pod ciążącą jej suknią, jakby uszytą z żelaza. Trudno jej było iść po dziwnych, zastygłych w wiry skałach, o które ciągle się potykała w swoich eleganckich butach. Dwukrotnie skręciła sobie kostkę.

Na horyzoncie, niczym rakowata narośl, wyłaniał się budynek więzienia. Zakratowane okna i betonowe mury wyglądały nienaturalnie na tle delikatnych wirów wulkanicznych skał.

Ktoś stał przed ogrodzeniem z drutu kolczastego. Początkowo Nomi uznała, że to kolejny strażnik, ale było coś dziwnego – coś, czego nie widziała dokładnie, ponieważ widok zasłaniała jej Maris. Coś jakby znajomego...

– Tu nas nie widać z łodzi – powiedział strażnik, wypuszczając rękę Maris. – Jesteście bezpieczne.

– Bezpieczne? – Maris nie kryła niedowierzania i próbowała się odsunąć. I wtedy Nomi mogła wreszcie zobaczyć czekającą na nich postać.

Postać zarzuciła włosy na ramię, w geście tak dobrze znanym Nomi, że często nieświadomie go naśladowała.

Szok poraził ciało Nomi, podrażniając zakończenie każdego nerwu. Dziewczyna zapomniała o strażniku, marynarzach, Renzie, Maris, Malachim.

Widziała wyłącznie swoją siostrę.

– Serina! – krzyknęła.

Uniosła spódnicę, wyminęła Maris i puściła się biegiem.

– Nomi? – szepnęła Serina, otwierając szeroko oczy z niedowierzaniem. Nomi rzuciła się na nią tak mocno, że prawie ją przewróciła. Nie mogła się opanować. Nie była w stanie wypuścić siostry z objęć.

– Serina. Serina! – Imię brzmiało jak słodka modlitwa, której ktoś w końcu wysłuchał.

– Jak się tu znalazłaś? – Serina objęła ją w pasie. – Jesteś ranna. Jesteś ranna? Masz krew na sukni...

– Nic mi nie jest. To nie moja krew. Ja...

– Jesteś tu. Jesteś tu...

Żadna nie była w stanie sformułować logicznego zdania. Nomi zapadła się w objęcia siostry i poczuła, że po raz pierwszy od miesięcy może oddychać. Nic innego nie miało znaczenia. Cały świat stał się mglistą plamą, zapomnianym snem. Nic nie było realne, tylko obejmująca ją Serina.

Nagle Nomi się rozpłakała.

– Przepraszam za tę książkę – wychlipała w ramię siostry. – Nie wiedziałam. Ja...

– Ciii, ja też cię przepraszam. Powinnam była cię słuchać. Nie rozumiałam wszystkiego, ale to się zmieniło. Ja... – Serina objęła ją mocniej. – Jesteś przyczyną tak wielu elementów całej tej historii.

Na te słowa w Nomi coś pękło. W ustach jej siostry zabrzmiały one jak pochwała, jakby to, czego stała się przyczyną, było zjawiskiem pozytywnym. Ale ona widziała śmierć Naczelnika. Czuła na rękach krew Dziedzica. Wysłała Renza na wygnanie z ceną wyznaczoną za jego głowę. Nie było w tym nic pozytywnego. W niej nie było nic pozytywnego.

– Och, Serino! Gdybyś wiedziała... – Nomi otworzyła usta, by przyznać się do wszystkich grzechów, jakich się dopuściła.

– Ciii. To nie ma znaczenia. Jesteś tu. Bezpieczna. Obie jesteśmy bezpieczne.

Przez mgłę zaczęła przebijać się rzeczywistość. Nomi rozluźniła chwyt i spojrzała na siostrę. Jej włosy wymykały się z warkocza, miała opuchniętą, posiniaczoną twarz – tak bardzo różniła się od utrwalonego w pamięci obrazu perfekcyjnie pięknej i wystylizowanej siostry. Nie miała pojęcia, jak udało jej się rozpoznać tak zmienioną Serinę.

– Jak to „jesteśmy bezpieczne”? – Nomi wpatrywała się w rany siostry. Rany. Serina miała podarte, zakrwawione ubranie. Gdzie znajdowała się jej cela? Gdzie byli strażnicy? Ten chłopak spotkany na nabrzeżu...

Zaczęła się odwracać w jego stronę, ale powstrzymała ją mina siostry, wyrażająca zmęczenie połączone z wielką dumą.

– Jesteśmy. Przynajmniej chwilowo. Na Górze Zniszczenia doszło do buntu kobiet. Już nie mamy statusu więźniarek, zyskałyśmy wolność.

Myśli kłębiące się w głowie Nomi zatrzymały się gwałtownie. Dziewczyna popatrzyła po raz drugi na fioletowe sińce kwitnące na twarzy Seriny.

– Jesteś wolna? Wyglądasz, jakbyś została pobita.

– Bo tak było. Ale stawiłam opór. Teraz jestem rebeliantką, zupełnie jak ty.

To radykalne wyznanie jeszcze przez długą chwilę dźwięczało Nomi w uszach. Dziewczyna zauważyła zupełnie nową, władczą posturę siostry, przypomniała sobie siłę jej uścisku.

– Nie... nie jak ja – zaprotestowała drżącym głosem.

Serina uśmiechnęła się szeroko.

Nomi odpowiedziała uśmiechem, ale szybko zniknął jej z twarzy. Siostra nie miała pojęcia, co miała na sumieniu Nomi. Nie wiedziała o Malachim, o okolicznościach splamienia sukni krwią.

– Serino, ja...

– To jest Val. – Serina pokazała na strażnika. Uśmiechał się z dziwnym zadowoleniem, którego Nomi nie potrafiła wytłumaczyć. – Pomógł nam... on... w zasadzie to nie jest strażnikiem – dodała i wymieniła znaczący uśmiech z chłopakiem.

Nomi pokiwała mu nieznacznie, z zakłopotaniem. Zaledwie chwilę wcześniej wzbudzał w niej przerażenie, intuicja nadal kazała jej się go wystrzegać.

– Szkoda, że nie zostaliśmy uprzedzeni w kwestii tej łodzi. – Val zabrał rękę z broni. – Tam było tylko dwóch marynarzy.

– Tylko dwóch? – powtórzyła Serina, otwierając szeroko oczy. – Przecież mogliśmy ją przejąć, już teraz się stąd wydostać. Dlaczego...

– Ich nie zabiłem? – dopowiedział Val, nagle spięty. – Serino, oni byli niewinni. To nie zwykli strażnicy, nie mieli nawet pojęcia, jaki protokół nas obowiązuje.

Nomi chciała mu powiedzieć, że wcale nie byli niewinni – zabili wszak Dziedzica – ale nie miała pojęcia, o czym rozmawiają, nie rozumiała tego uporu malującego się na twarzy siostry.

– Mogliśmy już dzisiaj opuścić wyspę. – W głosie Seriny pobrzmiewały jednocześnie smutek i lekka złość.

– Nie jesteśmy jeszcze gotowi. – Val spojrzał na nowo przybyłe. – Gdyby łódź nie wróciła do palazzo, za kilka godzin Naczelnik wysłałby żołnierzy, żeby sprawdzili, co się stało.

Val zrobił krok w stronę Seriny, coś w wyrazie jego twarzy zaskoczyło Nomi. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, co go łączy z jej siostrą. Dlaczego wydawał się tak przejęty rozczarowaniem Seriny?

– Przepraszam. Musiałem szybko podjąć decyzję.

Mina Seriny złagodniała.

– Masz rację. Kupiłeś nam czas, to bardzo dobrze. Możemy trzymać się planu.

Nomi chciała już zapytać: jakiego planu, ale Serina odwróciła się do Maris.

– Maris, prawda? Pamiętam cię. Ty też jesteś jedną z Gracji Dziedzica.

– Już nie – odparła dziewczyna bez emocji. – Dziedzic nie żyje. Jego ojciec także. Teraz Asa jest Naczelnikiem.

Serina uniosła pytająco brwi.

– Wszystko wyjaśnię. – Nomi musiała powiedzieć siostrze o Renzie. W gardle utkwił jej szloch. – To... to nie jest proste.

– Gracjo! – Jakaś dziewczyna biegła ku nim ścieżką, piegowate policzki poczerwieniały jej od wysiłku. – Jesteś potrzebna.

Serina oderwała wzrok od siostry.

– Lustro? Co się stało?

Gracja? Lustro?

Dziewczyna zwana Lustrem zatrzymała się na widok Nomi i Maris.

– Kim wy jesteście?

– Przypłynęła nieprzewidziana łódź... – Serina przerwała. – To skomplikowane.

– To też jest skomplikowane. – Lustro pokazała na drogę, którą przyszła.

Serina i Val ruszyli od razu za nią.

Nomi pobiegła ich śladem i chociaż kompletnie nic nie rozumiała, serce jej waliło jak oszalałe. Maris trzymała ją za rękę, jakby bała się zostać sama.

– Znalazłaś siostrę – szepnęła. – To już coś.

– To czyste szaleństwo – odparła Nomi.

Czarna wulkaniczna skała pokrywała ziemię falami, zastygła na zawsze w swoim morderczym nurcie. Drzewa wznosiły się ku niebu w niedużych kępkach w miejscach, do których lawa nie dotarła, a sztywna żółta trawa wyrastała wszędzie tam, gdzie udało jej się przebić. Minęli przerażający budynek, który Nomi wzięła za więzienie. Kilka minut później jej oczom ukazała się kolejna budowla, duża, zrujnowana, ale nosząca znamiona elegancji. Przed wejściem stała pęknięta, wyszczerbiona marmurowa fontanna. To już nie było więzienie.

Serina i jej towarzyszka zwolniły kroku.

– Tędy. – Wszyscy przeszli za Lustrem do wielkiego, wyłożonego marmurem pomieszczenia, niegdyś będącego hotelowym holem. Na środku grupka kobiet tłoczyła się wokół czegoś leżącego na ziemi.

– Co to? – zapytała Serina. Kobiety się rozstąpiły. Nomi i Maris zostały z tyłu, ale i tak usłyszały, jak Serina gwałtownie zaczerpuje tchu, a potem mówi:

– Znam go. To Dziedzic.

Nomi poczuła, że krew jej odpływa z twarzy i zanim się spostrzegła, już przepychała się przez tłumek, nie zwracając uwagi na syki i ostre łokcie. W końcu i ona zobaczyła to, co widziały inne kobiety. Ciało na posadzce.

Opadła na kolana u boku leżącego. Woda zbierała się dookoła w kałużach, mocząc ciężką tkaninę jej sukni. Słyszała wszędzie szepty: Malachi. Dziedzic. Nie żyje?

Położyła mu rękę na klatce piersiowej, przesunęła palce na śmiertelnie blade policzki, zamknięte powieki, zsiniałe od zimna. Zmarł. Zmarł?

– Co się stało? Gdzie go znalazłyście? – zapytała Serina.

Odpowiedział jej dziewczęcy głos.

– Leżał na plaży, na południe od mola. Ma paskudną ranę z boku.

– Był z nami na łodzi – szepnęła Nomi. – Strażnicy... wyrzucili go za burtę.

I nagle poczuła: tak delikatne, że gdyby się w niego nie wpatrywała, w ogóle by tego nie zauważyła. Mikroskopijne uniesienie klatki piersiowej.

– On żyje. – Z trudem formułowała słowa.

– Maris powiedziała, że umarł. I że Naczelnik też nie żyje. Co się stało? – Serina ukucnęła przy siostrze i położyła jej rękę na ramieniu.

– Próbowałam cię uratować – odparła Nomi pospiesznie. – Sądziłam, że jestem w stanie... Uważałam, że uda mi się zmienić Viridię. Ale brat Malachiego mnie zdradził. On... zabił swojego ojca. A Malachi... Maris mówiła prawdę. Asa jest nowym Naczelnikiem. – Słowa przecinały jej gardło niczym ostrza noży. – I to wszystko moja wina.

– Asa próbował zabić własnego brata? – Serina wpatrywała się w Malachiego szeroko otwartymi oczami.

– Jeśli czegoś szybko nie zrobimy, jego plan się powiedzie.

Malachi stracił zbyt wiele krwi, cierpiał już od wielu godzin. Nomi wiedziała, że jest silny, ale zdawała sobie sprawę, że długo tak nie pociągnie.

– No i dobrze – odezwała się ostro jedna z kobiet. – Niech wszyscy wymrą.

– Jego ojciec zabił mojego kuzyna – dołączył kolejny głos.

– Jego ojciec wziął moją siostrę na Grację. Dwa lata później zmarła przy porodzie. Niech i jego syn pożegna się z tym światem.

Nomi musnęła palcami zimny policzek Malachiego. Nie. Nie. On nie może umrzeć.

– Niech umiera! – rozległy się wołania. Coraz głośniejsze i głośniejsze. Słowa odbijały się echem wokół Nomi.

– Nie! – krzyknęła w końcu głośno. Zapadła cisza. Nomi nie wstała. Nie spojrzała na tłoczące się kobiety. Wzrok wbijała w nieznaczne uniesienia klatki piersiowej Malachiego i ledwo zauważalne drgnienie w jego szyi. – Nie chcecie, żeby on umarł – powiedziała z mocą w głosie.

Nie wiedziały tego, co ona. Widziała twarz Asy, gdy zabijał ojca. Widziała tę pustkę, brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Zdążyła poznać, jak świetnie potrafi wykorzystywać ludzi.

– Uważacie, że Naczelnik był złym człowiekiem? – ciągnęła pewnym siebie tonem. – Kapryśnym i okrutnym? W takim razie nic nie wiecie. Jego syn, Asa, zabił własnego ojca, i to z zimną krwią. Przez całe tygodnie mnie oszukiwał, utwierdzał w przekonaniu, że chce tego samego, co my wszystkie – wolności i prawa wyboru dla kobiet w naszym kraju. Zmanipulował mnie tak sprytnie, że pomogłam mu spiskować w usunięciu brata z drogi. Przekonał mnie, że Malachi jest tak samo nieprzewidywalny i okropny jak jego ojciec. Ale to nieprawda. Malachi nie przypomina swojego ojca. – Wypełniały ją słowa. Wściekłość wypływała z niej jak lawa. Wstała i spojrzała na Serinę. – Nie wolno pozwolić mu umrzeć. Tylko on może powstrzymać Asę. Uwierz mi, Serino, trzeba koniecznie położyć kres jego występkom!

Krew pulsowała jej tak głośno, że czuła jej przepływ w uszach.

Serina spojrzała po twarzach otaczających je kobiet.

– Nomi... – zaczęła. Jej siostra też doskonale widziała żądzę krwi w ich oczach. Te kobiety wiele wycierpiały i chciały, by to cierpienie stało się teraz udziałem Dziedzica.

Nomi chwyciła ją za rękę. Nie rozumiała, co się właściwie dzieje, dlaczego te wszystkie kobiety najwyraźniej słuchają jej siostry. A jednak każda z nich czekała na to, co powie Serina.

– Malachi nie zasługuje na śmierć – powiedziała cicho. – To wszystko jest przeze mnie. Mam na rękach jego krew. Nie pozwolę, żeby umarł.

Serina przez dłuższą chwilę wpatrywała się w znieruchomiałego Dziedzica, a potem się wyprostowała, skrzywiła i chwyciła za bok. Kiedy się odezwała, miała mocny, wyrazisty głos, a w oczach coś, czego Nomi nigdy wcześniej nie widziała: twardość, spokój i pewien błysk.

– To moja siostra Nomi, która mieszkała w pałacu. Skoro twierdzi, że trzeba utrzymać Dziedzica przy życiu, nie pozwolimy mu umrzeć.

– A jeśli się myli? Jeśli on jest taki sam jak cała reszta? – zapytała dziewczyna z opuchniętym policzkiem, po czym skrzyżowała ręce na piersi.

Nomi otworzyła usta, by zaprotestować. Przytoczyć słowa, które wypowiedział do niej podczas balu: że chce zwolnić ją z obowiązków Gracji, jeśli taka będzie jej wola.

Ale Serina nie dała jej dojść do słowa.

– To moja siostra, Aniko. Ufam jej i dlatego spróbujemy ocalić mu życie. I tak być może umrze. A jeśli przeżyje, jeśli dojdzie do siebie, będziemy go uważnie obserwować. Góra Zniszczenia już do niego nie należy. Jeśli zagrozi nam w jakikolwiek sposób... Jeżeli okaże się inny, niż twierdzi moja siostra, osobiście go zabijemy. To nasza wyspa, zdobyłyśmy ją naszymi ciałami i krwią. Nie oddamy jej Dziedzicowi.

Nomi wpatrywała się w Serinę, jakby widziała ją po raz pierwszy. Jej siostra straciła całą swoją delikatność, pokorę i oddanie. W żaden sposób nie przypominała teraz Gracji. Zamiast rozmawiać o krokach tanecznych i kremach do twarzy, ona mówiła o ciałach i krwi. O morderstwie.

Teraz wreszcie skrystalizowała się prawda, która nie dawała Nomi spokoju od pierwszych chwil po spotkaniu Seriny: jej siostra stała się wojowniczką.

– Czy ty... czy ty jesteś ich przywódczynią? – zapytała z niekłamanym podziwem.

– To dzięki niej jesteśmy wolne – odparła Anika. – Strażnicy zmuszali nas do tego, żebyśmy ze sobą walczyły. Żebyśmy zabijały siebie nawzajem.

Powietrze z trudem docierało do płuc Nomi. A więc jej sekret skazał Serinę na coś tak potwornego? Jej siostra została zesłana na wyspę za kradzież książki i umiejętność czytania, chociaż były to przewinienia Nomi. A więc i kara powinna należeć się Nomi.

– Twoja siostra nie zgodziła się mnie zabić – ciągnęła Anika. – Powinna była mnie wykończyć, wtedy jej drużyna otrzymałaby racje żywnościowe. Ale ona się poddała. Odmówiła walki. Nikt wcześniej tego nie zrobił. – Anika zerknęła na pochyloną nad Malachim koleżankę. – Postawiła wszystko na głowie. Skłoniła niektóre drużyny do współpracy, do oporu. Stanęłyśmy do walki i wygrałyśmy.

– Nie rozumiem. – Maris brzmiała tak, jakby była bliska łez. – Zmuszali was do tego, żebyście się nawzajem zabijały?

– Serina trafiła tu za czytanie – odezwała się Nomi. – Jak... jakim cudem...

– Jak można karać za coś takiego śmiercią? – dokończyła za nią Anika i zmarszczyła czoło. – Nie rozumiecie, że to więzienie nie jest tylko dla morderczyń i uczestniczek spisków? Trafia tu każda kobieta, która w jakiś sposób zakwestionuje zasady obowiązujące w Viridii. To więzienie dla nieposłusznych.

Nomi w końcu zrozumiała. Pomyślała o królowych Viridii i o tym, jak zostały wymazane z historii. O tym, jak dawni i obecni władcy starali się stłumić najmniejsze nawet oznaki buntu i niezależności u kobiet.

– A na czym polegało twoje nieposłuszeństwo? – zapytała Anikę, patrząc na jej ostre rysy twarzy.

Dziewczyna uśmiechnęła się posępnie.

– Cóż. Ja akurat jestem jedną z morderczyń.

Maris wydała z siebie zduszony dźwięk.

– Nie można się bronić w tym kraju, jeśli jest się kobietą – dodała Anika. Jej twarz pokrył mrok smutnej refleksji.

W ciszy, która zapadła, dał się słyszeć jęk Malachiego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki