Królestwo nadziei - Dorota Pasek - ebook

Królestwo nadziei ebook

Dorota Pasek

4,5

Opis

Chaos poplącze utarte ścieżki i zawiedzie Sinkę w miejsce między dwoma światami.

Khaben zapomni o ostrożności i przyjdzie mu za to zapłacić wygórowaną cenę.

Agneis, odcięte od świata szczelnym kordonem kharskich wartowni, musi się zmierzyć z wojenną rzeczywistością. Zdrada zamienia spokojną posiadłość w arenę walk na śmierć i życie. Khabenowi i wiernej mu gwardii decydują się pomóc Sinka i Przewodniczki. Kharska krew poleje się na posadzki draińskiego domu, a dym z pogrzebowych stosów zasnuje niebo po horyzont. Kiedy ucichnie wojenna wrzawa, Przewodniczki kolejny raz postawią najeźdźcom pytanie, kim są i czego szukają.

Do posiadłości zawita największy wróg Khabena – Garloth – i zażąda iberyjskich latyfundiów. Khaben, przyparty do muru, wbrew sobie i swoim zasadom, zgodzi się je spełnić. Jednak nie weźmie pod uwagę Przewodniczek i ich miłości do ziemi przodków. Wkrótce przyjdzie mu się boleśnie przekonać, że walka z nimi może go wiele kosztować…

Królestwo nadziei to drugi tom cyklu Królowe Kharu. Tom pierwszy pt. Alabastrowe panny ukazał się w 2019 roku.

Dorota Pasek jest także autorką powieści Czas gniazdowania (2018) i Dziewczyna od trawnika (2019).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 554

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dorota Pasek Królestwo nadziei ISBN Copyright © by Dorota Pasek, 2021All rights reserved Redaktor Paulina Kaczmarek Projekt okładki i stron tytułowych Aleksandra Zwolankiewicz Ilustracje Mariusz Kula Aleksandra Zwolankiewicz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

1

Monah poczuł wilczy głód i nagle zdał sobie sprawę, że od wielu godzin nie miał nic w ustach. W południe podczas posiłku tylko pogrzebał w talerzu, bo na myśl, że za parę godzin będzie musiał patrzeć na kaźń Molekha, jego żołądek przewracał się do góry nogami. Wcale nie było mu żal Khara, wprost przeciwnie... Życzył Molekhowi długiej i bolesnej śmierci, bo ktoś, kto gwałci i dusi małe dziewczynki, nie zasługuje na litość. Takie było prawo i każdy porządny Khar się z nim zgadzał. Jednak świadomość tego, co będzie się działo po zachodzie słońca, pozbawiła Monaha apetytu.

Decyzja, by zjeść najmniejszą z możliwych porcji, okazała się wyjątkowo trafiona. Żołądek przewrócił się, gdy tylko pejcz rozorał plecy zbrodniarza głębokimi, krwawymi radlinami, a krew, fragmenty skóry i mięśni bryzgnęły na oficera wykonującego karę. Drugi raz Monah musiał zapanować nad bolesnym skurczem żołądka w chwili, gdy staruszka, która ledwie mogła stać o własnych siłach, zabiła Molekha. Potem Sinka i Przewodniczki rozpętały burzę z piorunami i dopiero teraz, w środku nocy Monah zawinął do bezpiecznego portu swojej kwatery. Natychmiast dopadł go głód. Żołądek zwijał się co chwila i koniecznie musiał go czymś napełnić. Wiedział, że kuchnia w koszarach była o tej porze jedynym miejscem, w którym znajdzie się coś ciepłego i pożywnego.

Chwycił kubrak i ruszył pustym korytarzem w stronę koszar. Dawniej poszedłby do draińskiej kuchni, ale po tym, co stało się w holu, prędzej podano by mu środek na przeczyszczenie niż smaczną zupę. Przez chwilę nawet się zastanawiał, czy dobrze robi, opuszczając kharską część Domu, ale wszędzie było cicho i pusto. Czyżby Draini tak spokojnie odpoczywali po tym wszystkim? Trudno było mu w to uwierzyć...

Lodowate zimno wdarło się pod ubranie, ledwo zamknął za sobą drzwi. Musiał przejść z pięćset kroków do palisady z ociosanych i zaostrzonych pali, którą postawili krótko po zajęciu Agneis przez sztab Generalnego Dowódcy. Naciągnął poły kubraka, by choć trochę ochronić się przed mrozem, i przyspieszył kroku. Pod wieczór wiatr ucichł, więc wokół zalegała martwa cisza i każdy jego krok, każde skrzypnięcie butów na zmarzniętym śniegu niosły się po okolicy dysharmonijnym echem.

Monah skinął głową strażnikowi ukrytemu przed mrozem w niewielkiej strażnicy, postawionej tuż przy palisadzie i bramie. Kiedyś wrota były cały czas zamknięte, więc ilekroć adiutant Dowódcy wchodził na teren koszar, obserwował, jak dwóch strażników mocuje się z nimi. Jednak od dnia, w którym Khaben zawarł z Sinką swoisty pakt o nieagresji, przejście stało otworem. Początkowo Askharid zwiększył tu obsadę do czterech uzbrojonych po zęby żołnierzy, ale teraz ograniczono ją do jednego. Odkąd nastały mrozy, wzniesiono też niewielką wartownię, by oddział strażników nie ucierpiał z powodu zimna i obficie padającego śniegu.

Monah znał z widzenia wszystkich żołnierzy przydzielonych do tego posterunku, jako że przechodził tędy nawet kilkanaście razy dziennie. Poza tym tę nudną i pozornie bezsensowną służbę pełnili wyłącznie Kolorowi. Kiedy Monah przychodził na posiłki do koszar, siadał przy ich stole, bo czuł się tam na miejscu. Był jednym z Kolorowych, traktowali go jak ziomka, który zaszedł nieco wyżej. Okazywali mu szacunek i czasami zasięgali jego opinii w ważnych sprawach. Monah jednak doskonale wiedział, że wykorzystywali tę znajomość, by załatwić ważne dla siebie sprawy. Choćby ta strażnica przy wrotach...

Tej nocy w kantynie nie było ani jednego Kolorowego, siedzieli tam sami Rodowi oficerowie. Monah poczekał, aż dyżurny poda mu przepisowy posiłek, i zabrał się do jedzenia. Zapomniał, że wciąż ma na sobie zakrwawioną koszulę. Pozostali uważnie obserwowali adiutanta i wkrótce padły pierwsze uwagi na jego temat; gdy udał, że nie rozumie, iż jest to ocena jego udziału w dzisiejszych wydarzeniach, jak z rękawa posypały się jeszcze bardziej kąśliwe komentarze dotyczące szaleństw w głównym holu i zachowania Straży Przybocznej.

Dotkliwe kpiny ciągnęły się więc za nim jak smród za kiprilem, kiedy odsunął pusty talerz i wstał, by wyjść. Narzucając kubrak, słyszał śmiech gwardzisty, który spojrzał na jego zakrwawioną koszulę i zakpił, że złotousty adiutant Khabena wreszcie stracił dziewictwo w walce — i to za sprawą kobiety, która upuściła mu krwi.

— Niewiele, jak to przy defloracji — zarechotał Enthal.

Zawsze się z niego natrząsali, że żaden z niego wojak; mieli rację, więc godził się na to. Odpłacał pięknym za nadobne, ale zawsze w starannie wybranym przez siebie czasie i miejscu. Jednak dzisiaj, po tym, co wydarzyło się w holu, Monah musiał odpowiedzieć na kpinę od razu i nie myślał o mieleniu ozorem. W ten szczególny wieczór miał ochotę spuścić komuś solidny łomot. Tak solidny, żeby opuściła go złość. Tak solidny, żeby żaden prędkousty gwardzista nigdy więcej nie odezwał się do niego w podobnie urągliwy sposób. Wszystko powinno być tak pokazowe, by nikt z tych Rodowych pięknisiów już nigdy nie mógł mu powiedzieć, że jest jak baba, bo nie umie się bić. Nie potrafi się obronić przed byle dzierlatką, która...

Zabronił sobie myśleć o Karinie i jej słowach. Później je rozważy.

Wiedział, że żaden z gwardzistów nie podniesie na niego broni. Gdyby którykolwiek z nich to zrobił, straciłby prawo do miana gwardzisty. Monah, jako adiutant Dowódcy, był nietykalny. Oczywiście nie broniło go to przed docinkami mężczyzn, którzy uważali go za gorszego od nich. Dziś jednak Monah miał już dosyć kpin. Dość udawania, że nie słyszy goniącego go szyderczego śmiechu wielu gardeł.

Nie po kaźni Molekha i jego zaskakującej śmierci. Nie po ataku Przewodniczek i bólu, jaki zadała mu Karina.

Nie, to nie była noc odpuszczania obelg. Buzowały w nim złość i frustracja. Jeśli chciał pozostać przy zdrowych zmysłach, musiał odpowiedzieć na te szyderstwa.

Nie umiał robić szablą, ale jeśli ci szlachetnie urodzeni panowie naprawdę myśleli, że ktoś, kto pracował i żył w dokach, nie umie się bić, to zaraz się przekonają, że są bandą głupców. Na zawsze zapamiętają, że nie powinni zadzierać z kimś, kto wie, jak użyć kija i pięści. „Głupcy!”, pomyślał, odwracając się od drzwi.

Śmiali się, gdy omiótł wszystkich wzrokiem. Wyłowił z tłumu Enthala, który zawsze najbardziej z niego szydził. Enthal i jego towarzysze — wysoki i zwalisty Prother oraz niższy, ale zwinniejszy Jader, doskonale władający nożami, i w końcu Qlthek — wyśmienity szermierz, ale łajdak, jakich mało. Wszyscy zasługiwali na solidne lanie.

— Szanowny adiutant o czymś zapomniał?! — zawołał Enthal.

Śmiali się, gdy szedł w stronę porządkowego. Ten wstał ze swego miejsca, gdy tylko Monah przed nim stanął, a potem powoli, bez słowa zdjął kubrak i podał mu go.

— Przypilnuj — rzucił adiutant Dowódcy.

Nie mógł zatłuc żadnego z szyderców, zresztą wcale nie miał na to ochoty. Zabicie kogoś gołą pięścią to sprawa brzydka i nieprzyjemna, a on chciał po prostu dać im nauczkę. Wiedział, że nieźle boksuje tylko kilku spośród tych mężczyzn, ale ich akurat nie było w sali. Reszta to łachmyty. Obserwował ich kiedyś na sali treningowej, gdy walczyli dla zabawy. Wtedy zrozumiał, że nigdy nie musieli bronić swego życia zaciśniętymi pięściami — boksowali zgodnie z zasadami spisanymi w pięknych księgach. Mężczyźni, którzy nauczyli Monaha skutecznie posługiwać się kijem i pięścią, kiedy trzeba chronić własne życie, nie znali liter i nie umieli pisać. Dla nich istniała tylko jedna zasada: „Wygrywasz albo zdychasz!”.

Monah lubił życie.

— Szlachetny Enthal uważa, że jestem jak wykastrowany kipril? — zapytał, podchodząc do stołu, za którym rozsiadł się przeciwnik. Mężczyzna zarechotał, wyraźnie rozbawiony tak jawną zaczepką. — Szlachetny Enthal uważa, że adiutant Khabena rósł w komnacie dla kobiet i miast walki uczył się haftu, więc teraz w wolnych chwilach siada u stóp draińskiej wiedźmy i wyszywa jej suknie? — rzucił wyzywająco i spojrzał przeciwnikowi w oczy. — Szlachetny Enthal łże, plecie jak stara bezsilna baba, która do obrony ma tylko ostry język. A wraz z nim jego towarzysze.

Mężczyźni szemrali między sobą, jakby słowa rzucane przez Monaha dotykały ich osobiście.

— Szlachetny Enthal nie jest wcale tak bardzo szlachetny, skoro szydzi z innego mężczyzny schowany za plecami przyjaciół.

Enthal zacisnął pięści, podniósł się i wyszedł zza stołu.

— Zamilknij, chłopcze — poradził.

— Bo co, każesz swoim pomagierom złapać mnie i skatować jak chłopaka w stajni, który ponoć źle oporządził twojego ochwaconego rumaka? — zapytał Monah i spojrzał wyzywająco na przyjaciół Enthala. Stali naprzeciwko, ciągle w grupie innych gwardzistów, jednak ich miny wskazywały na to, że sytuacja wcale im się nie podoba.

— Panie Monah... — zaczął Wordhel, spokojny gwardzista z rodu Askharida. — Do czego pan dążysz?

— Panie Wordhel, w zasadzie dążę do życia w dostatku i spokoju, ale moja matka podczas lekcji haftowania nauczyła mnie, żebym byle chujowi nie pozwalał sobą pomiatać. Dzisiaj jest dziwny wieczór, przyznasz pan, panie Wordhel. Kobiety atakują gwardię i Straż Przyboczną, a gwardia i Straż Przyboczna im na to pozwalają. Z wiadomych przyczyn... Ja się na to godzę, bo jestem posłuszny wyborom lepszych ode mnie. Ale przyznasz pan, panie Wordhel, nijak nie muszę się godzić na to, by byle kto ze mnie szydził. Rozeźlony jestem przeokrutnie, panie Wordhel... — powiedział Monah i strzyknął śliną na buty Enthala. — Ale do pana nic nie mam ani do większości tych panów. Jednak szlachetny Enthal jest mi dziś jak wrzód na dupie — i z powodu słów, które rzuca za moimi plecami, i z powodu pobicia niewinnego chłopca. Więc myślę sobie, że pokażę szlachetnemu Enthalowi, jak w dokach i stalowniach zmywa się plamy na honorze. Na ogół służy do tego nóż, bo załatwia sprawy szybko i bezgłośnie, ale w szczególnych okazjach, takich jak dzisiaj, może być zwykły kij. Albo i pięść. Czy szlachetny Enthal ma dość odwagi i honoru, by stanąć do walki na kije i pięści? — zapytał i spojrzał na niego wyzywająco. — Może jest tylko opasłym kiprilem, który w stadzie czuje się silny, ale pozostawiony samemu sobie zakrywa tylko ogonem blizny po obciętych jajach?!

W sali zaległa ciężka cisza. Kharowie milczeli zaskoczeni wypowiedzianymi słowami. Enthal stał nieruchomo, jakby nie do końca wiedział, co w tej sytuacji powiedzieć czy zrobić.

— Tak myślałem — zaśmiał się Monah ironicznie. — Tacy jaśnie oświeceni Rodowi jak wielmożny Enthal zawsze tylko warczą jak wściekłe kiprile, a smród wypowiadanych słów ciągnie się za nimi całkiem jak aromat dołu kloacznego, z którego wypełzli.

Enthal nie wytrzymał i z rykiem rzucił się na Monaha. Tak to się zaczęło.

Gdy było już po wszystkim, Monah rzucił na podłogę, tuż obok pozostałości stołka, wyrwaną z niego nogę i sięgnął po kubrak. Włożył go na podartą i okrwawioną koszulę. Nie zawiązał troczków, bo wciąż odczuwał ból w palcach, na które nadepnął Jader, znany z wyjątkowej zwinności. Na koszuli pojawiły się właśnie nowe krople krwi. Okazało się bowiem, że choć zwalisty Prother nie podskoczy wyżej własnych kolan, w które oberwał pałką, po czym zwalił się jak kłoda na posadzkę spływającą już krwią Enthala, to znakomity szermierz Qlthek potrafi też nieźle przywalić z łokcia.

Tak, przyjaciele szlachetnego Enthala rzucili się na Monaha, kiedy ten jednym mocnym uderzeniem pięści złamał szlachetnemu nos i, zalanego krwią, posłał pod stół.

— Waruj! — rozkazał, co doprowadziło tamtych do wściekłości.

Oberwali wszyscy, łącznie z Monahem. Ale ostatecznie to on wygrał. Wyszedł z sali na własnych nogach, gdy tamci dopiero próbowali się pozbierać. Korytarz był pełen obserwatorów, ale Monah szedł teraz wąskim przejściem między gwardzistami z dumnie uniesioną głową. Nie zastanowiło go to, że żaden z nich nie stanął do walki. Enthala nie wsparli nawet jego krewni — tylko obserwowali nierówny pojedynek i się nie wtrącali. Całkiem jakby uznali, że to nie ich sprawa, choć z tłoku na korytarzu można było wywnioskować, iż ostateczny wynik interesował ich wszystkich.

Chłód zimowej nocy otrzeźwił Monaha, ale po chwili wdarł się w rozpalone i obolałe ciało, by niemal całkowicie pozbawić go sił. Zamroczyło go — nie na długo, ale wystarczająco, by stracił kontakt z rzeczywistością. Na wpół świadomy dotarł do strażnicy i ciężko wsparł się o jej ścianę. Wymiotował długo i boleśnie, a gdy potem przysiadł, głowa sama opadła mu na piersi. Nie zauważył strażnika, ale poczuł, gdy ten chwycił go pod pachy i zaciągnął do ciepłego wnętrza. Na progu stracił przytomność.

Kiedy się ocknął, leżał na drewnianej podłodze. Stał nad nim dowódca straży Labhras i dwóch żołnierzy. Jeden miał przezwisko Kukhar — co mogło oznaczać kogoś o potężnym uścisku, ale oczywiście nie musiało — a drugiego Monah nie znał. Nie wiedział, kiedy przyszli, był jednak wdzięczny, że chwycili go pod pachy i posadzili. Sam by usiadł, ale z pewnością trwałoby to dłużej i było dlań o wiele bardziej bolesne.

— Nieźle ci przylali — stwierdził Labhras. — Ale oni nie wyglądają lepiej. Biorąc pod uwagę, że ich było czterech, a ty sam, to daje wiele do myślenia. Teraz kilka razy się zastanowią, zanim znowu postanowią ci dopiec. O co poszło?

— Słowa, słowa, słowa...

— A... jasne... — mruknął. — Enthal znany jest ze swojego jadowitego języka. Ale widać ten jeden raz powiedział za dużo i nie do tej osoby, do której mógł. Szkoda, że nie odgryzł sobie tego jęzora, kiedy zdzieliłeś go w łeb kijem. Gdzieś się tego nauczył?

— Czego? — zapytał Monah, bo nie do końca rozumiał, o co pyta dowódca.

— Tak udatnie machać dwiema nogami od stołka naraz.

— W dokach, spelunach, burdelach i aresztach... W zaułkach obcych miast. Uczyłem się przez całe życie. Pierwszą lekcję dali mi bracia, a potem się doskonaliłem.

Jeden z żołnierzy parsknął śmiechem, ale szybko umilkł, kiedy tylko Monah na niego spojrzał. Niewiele zresztą widział, bo stłuczona powieka mocno już puchła.

— Przynieś mu śniegu na oko, bo za chwilę niczego już nie będzie widział. A ty idź po hirudo, trzeba mu przystawić — zarządził Labhras i żołnierze zniknęli.

— Macie tu coś do picia? — zapytał Monah i już za moment trzymał w ręce drewniany kubek pełen wina zaprawionego wodą. Napój był kwaskowy i zimny, jak przyniesiony prosto z chłodnej piwniczki. Dopiero po jakimś czasie Monah uświadomił sobie, że nie ma tu żadnej piwniczki, jest tylko zimne pomieszczenie ze szparami w ścianach na grubość palca i smrodem dymu. Już wiedział, dlaczego strażnicy wychodzą stąd tak często mimo okrutnej pogody. Pił łapczywie, wielkimi haustami.

— Powoli, chłopcze, bo wszystko wyrzygasz, jak będziesz się tak spieszyć — usłyszał i posłusznie odstawił kubek na podłogę.

Drzwi skrzypnęły. Wszedł Kukhar i wyjął zza pazuchy gliniane naczynko. Zanim Monah pomyślał, wokół oka już zwisali mu mali krwiopijcy. Znał te zwierzątka, niejeden raz widział je przy robocie. Wysysały krew, więc znawcy sposobów leczenia stłuczeń i krwiaków przykładali je osobnikom potraktowanym tak jak Monah.

— Zabrałem wszystkie — stwierdził Kukhar. — Te chuje już ich szukają, ale niczego nie znajdą. Jutro nie będą wyglądać tak, jak życzyłby sobie tego ich dowódca. A my go znamy... Cierpliwy jest i ma doskonałą pamięć. Poczeka, aż dojdą do siebie, i wymyśli im jakąś karę. Nienawidzi bójek, ale doskonale wie, że żaden gwardzista nigdy nie wyjawi, kto z kim się tłukł ani o co. Bo gwardia nie bije się na pięści. Gdzieżby... — zakpił. — Chociaż cały garnizon już pewnie mówi o łomocie, jaki im sprawiłeś, dowódca nawet nie zapyta. Uda, że o niczym nie wie, poczeka i za byle głupotę każe im zrobić coś, czego nigdy w życiu nie chcieliby zrobić.

Monah słuchał strażników, ale się nie odzywał. Myślał. Zastanawiał się, co powie jutro Khabenowi, gdy ten zapyta, skąd te siniaki i zadrapania.

— Muszę wracać do siebie... — mruknął i spróbował się podnieść.

— Na mój gust to nieco za daleko. Proponuję odwrotny kierunek. W naszej kwaterze zawsze są wolne łóżka.

— Nie chcę kłopotów.

Dowódca strażników zarechotał, a za nim Kukhar i ten bez imienia.

— Kłopoty to chyba już masz. Chodź, chłopcze, opatrzymy cię i odpoczniesz. Nie wiem, czy rano będziesz mógł się ruszyć, ale pomogę ci, jak umiem. Potraktuj to jako wyrównanie rachunków za tę budę. Może jest tu zimno, ale nie tak, jak na dworze. Da się przeżyć. Chodź! — rozkazał i Monah ku własnemu zaskoczeniu posłuchał. Podźwignął się z podłogi i wsparł na ramieniu Kukhara. Poszli przez boczne wejście i dalej schodami na górną kondygnację. Nie było tu nic poza paleniskiem, pryczami, niewielkimi kuferkami i długim stołem. Monah usiadł na ławie i podparł głowę ramionami.

— Głodnyś? — zapytał ktoś za jego plecami.

— Nie, ale chce mi się pić.

Po chwili trzymał w dłoni kubek ciepłego naparu. Wypił kilka łyków i odstawił.

— Chcecie mnie otruć?

Labhras parsknął śmiechem. Monah wiedział, że to dobry i pogodny człowiek, choć wymagający i surowy w wyrokach za różne przestępstwa, jakich dopuszczali się jego żołnierze. Nigdy jednak nie był okrutny. Kary były dotkliwe, ale nie cielesne. Nikt nigdy nie słyszał, by dowódca straży skazał podwładnego na karę chłosty.

— Nie, pij spokojnie. To — machnął ręką w stronę kubka — pozwoli ci zasnąć. Tamto łóżko jest wolne. Ale zanim zaśniesz, chcę cię obejrzeć. Jak twoje żebra?

— Nie są złamane, co najwyżej nieźle potłuczone. Boli inaczej niż złamane — stwierdził, a kiedy Labhras uniósł brwi w niemym pytaniu, dodał: — Tak, miałem już połamane żebra.

— Zdejmij koszulę, obejrzę — rozkazał dowódca i Monah, bezwiednie posłuszny, wstał i zdjął najpierw kubrak, a potem resztki zakrwawionej koszuli.

Monah unikał roznegliżowania, chociaż większość gwardzistów ćwiczyła półnago. To staranie nie umknęło jakiemuś uważnemu obserwatorowi i przez pewien czas śmiano się z niego, że kryguje się w kąpieli jak panna czy dziewica. Jak bardzo się mylili... Nigdy się publicznie nie rozbierał, bo widok skóry na łopatkach, spalonej kiedyś przez rozżarzoną sztabę żelaza, przyprawiał niektórych o mdłości. Poza tym ludzie zawsze dopytywali o okoliczności wypadku, a Monah nie chciał o nich mówić. Nigdy też nie widział swoich pleców. Zagoiły się, ale wiedział, że blizny są rozległe i okropne. Tak powiedziała mu kobieta, której płacił za opiekę i jedzenie.

Nie rozbierał się publicznie również dlatego, że przez pierś biegła druga blizna: poszarpana, nierówna, pełna zgrubień i dziur w miejscach, z których znachorka wycięła mu kawałki ciała, gdy zaczęło ropieć. Brzegi rany przypaliła rozpalonym do białości nożem — cudem nie postradał wtedy zmysłów.

Przez żebra po lewej stronie biegła długa, wąska blizna po ranie zadanej nożem w dzielnicy portowej na wyspie Tato. Poszedł z innymi marynarzami na dziwki, ale zamiast między nogami hojnie opłaconej kurewki, skończył na stole cieśli, który zacerował go całkiem umiejętnie. W porównaniu z innymi ta blizna była niemal elegancka.

Gdyby zdjął spodnie, gwardziści zobaczyliby jeszcze jedną pamiątkę po burzliwej przeszłości adiutanta — wyraźne zgrubienie na kości piszczelowej po pęknięciu lub złamaniu. Sam nie wiedział, co wtedy stało się z jego nogą, bo gdy wpadł do skalnej rozpadliny, wokół nikogo nie było. Przez tydzień wlókł się, z nogą przywiązaną do kija, po skale zasłanej ostrymi odłamkami, w ciemności i chłodzie...

Tak, Monah już kilkakrotnie był bliski śmierci. Błagał o śmierć, wolał ją niż ból. Może dlatego doskonale rozumiał błagalne jęki Molekha w holu?

Ze spokojem zniósł badanie. Zresztą Labhras był na tyle delikatny, na ile mógł w tej sytuacji. Obejrzał go dokładnie, opukał, obmacał i stwierdził, że nic mu nie będzie.

— Sporo siniaków i otarć, ale nie widzę żadnych trwałych uszkodzeń. Żebra są całe.

Kukhar dał mu koszulę i z zaciekawieniem zerknął na jego blizny.

— Nie miałeś spokojnego życia, co?

Monah tylko wzruszył ramionami. Nie chciało mu się gadać o przeszłości. Zamknął ją za sobą raz na zawsze w chwili, gdy w przydrożnej karczmie zgodził się zostać adiutantem Khabena. Kukhar nie naciskał, więc Monah położył się na twardej żołnierskiej pryczy i przykrył ciepłym, wełnianym pledem. Poduszka była nędzna i śmierdziała potem, ale nic go to nie obchodziło.

W komnacie zaległa cisza, strażnicy powoli układali się do snu. Wyraźnie wyczuwalne było jednak napięcie wywołane ostatnimi wydarzeniami, kłębiły się niewypowiedziane pytania i wątpliwości.

— Co te kobiety zrobiły w holu, panie Monah? — usłyszał spokojny i rzeczowy ton Labhrasa, ale nie umiał odpowiedzieć w jasny i prosty sposób. Po pierwsze, zaatakowały ich, a coś takiego po prostu przechodziło wszelkie pojęcie! Po drugie, nie mógł zrozumieć, dlaczego Khaben nie pozwolił ich zabić! Kilkakrotnie wyraźnie powtarzał, że nie mają ich zabijać. I żadna nie padła, choć wszystkie powinny teraz leżeć martwe na posadzce.

Problemem było również to, że o rozkazie Dowódcy wiedziała tylko gwardia — to oznaczało, że nikt poza nimi nie dowie się o kontrowersyjnym rozkazie Khabena. Pozostali Kharowie nie będą mieli o tym pojęcia. Dla nich będzie jasne, że grupa Przewodniczek zwróciła się przeciwko Generalnemu Dowódcy, a jego sławna Straż Przyboczna nie zdołała sobie z nimi poradzić! Będą krzyczeć, że to wstyd i wielka hańba! Kilka bab gadających o równowadze i Matce Ziemi stawało jak równy z równym z najlepiej wyszkolonymi szermierzami Kharu! Nikt tego nie zapomni. Nigdy!

Poza tym Monah ciągle miał przed oczami widok Przewodniczki zabijającej Molekha. Taka drobna staruszka... Chuda, siwa, z powykręcanymi reumatyzmem dłońmi... To Sinka ją wywołała. Słyszał to wyraźnie, wszyscy słyszeli. Każdy obecny w holu słyszał też rozpaczliwe jęki Sinki i wszyscy widzieli, jak jej ciało zwijało się z bólu przy każdym uderzeniu pejcza w plecy Molekha. Monah pamiętał kamienny wyraz twarzy Khabena, gdy po kolejnym ciosie na plecach Przewodniczki ukazała się smuga krwi, tak jakby razy zadawane Molekhowi raniły i ją.

Karina trzymała przyjaciółkę w ramionach, a inne kobiety zgromadziły się wokół, ciasno, jedna koło drugiej, jakby w tym szukały pomocy lub siły. A może chciały chronić Sinkę? Już widział, jak to robiły — wtedy, w sali balowej, gdy ochmistrzyni zrobiła klejnot. Więc może dlatego zbiły się w gromadę...

Nie patrzyły na kaźń, chociaż z uwagą śledziły, jak gwardziści wprowadzają Molekha. Ten podlec srał w gacie ze strachu, tak że gwardzista musiał go popychać w stronę podwyższenia, na którym ustawiono paradne krzesło dla Khabena. Potem Luridh ogłosił wyrok, a Molekha uwiązano do słupa. Gdy padł pierwszy raz, one odwróciły się jak na komendę. Żadna nie patrzyła, ale przecież wszystko słyszały. Musiały słyszeć, bo nikt się nie odzywał, w holu było cicho jak w grobowcu rodzinnym. Świst pejcza i ten mokry wizg, kiedy rzemienie opadają na skórę, słyszał wyraźnie każdy z nich.

A potem, kiedy Sinka zawołała staruszkę i nakazała: „Uwolnij go!”, one — te kobiety, Przewodniczki — ruszyły w kierunku Molekha i nikt nie potrafił ich zatrzymać. Kharowie, którzy stanęli im na drodze, leżeli na podłodze; nie byli ani ranni, ani martwi, ale leżeli tam, bo te kobiety postanowiły doprowadzić staruszkę do Molekha. Adiutant pamiętał doskonale dwie oślizgłe staruchy, które mieszkały obok Sinki, oraz ich umiejętności. Sam kilka razy myślał, że płonie, kiedy ta kulejąca dotknęła go z wyraźną złośliwością w oczach. Monah jęknął, gdy przypomniał sobie Lunis przechodzącą tanecznym krokiem między dwoma gwardzistami. Zwinęli się z bólu, chociaż ledwie ich dotknęła.

Błysnęło kilka niebacznie wyjętych ostrzy, ale nie było rozkazu walki, więc nikt nie zaatakował. W holu zebrali się przecież gwardziści, a nie wataha tępych rębajłów; oni nie atakują bez rozkazu, nawet jeśli się boją. I to kogo? Grupki kobiet! Monah westchnął, bo ta myśl rozdrażniła go nie bardziej niż to, co stało się później.

Wszyscy patrzyli, jak Przewodniczki odcinają Molekha od słupa. Był na wpół przytomny, rzęził, ale po kharsku, więc żadna z Przewodniczek na pewno go nie rozumiała. I to chyba dobrze, bo mówił na ich temat ohydne rzeczy. Dwie starsze kobiety podtrzymały bezwładne ciało, a Misa chwyciła go za włosy i gwałtownym ruchem podniosła jego głowę w górę. Skazaniec musiał nieco oprzytomnieć, bo na jego twarz wypłynęła zwierzęca trwoga. Bał się, choć pochyliła się nad nim tylko stara kobieta... Monah widział, jak ujęła jego głowę w dłonie o grubych węzłach kostek, które zaraz zniknęły pod czarną gęstwiną kharib. Tak, Molekh już dawno stracił panowanie nad przemianą, więc u nóg Drainki leżał teraz opasły Khar o czarno-sinej skórze, a jego kharib zwijały się w panice. Żadnej z Przewodniczek to nie obeszło. Trwały przy Walim, a ta, patrząc Molekhowi w oczy, dotknęła jego czoła swoim. Kharowie zobaczyli, jak mroczne ciało się napręża, jak skazany napina wszystkie mięśnie; słyszeli wydobywający się z jego ust cichy, długi i przeciągły jęk. Widzieli dłonie kobiety zaciskające się coraz mocniej, jej ściągnięte policzki i napięte mięśnie ramion, jakby potrzebowała wszelkiej dostępnej siły, by wykonać to, czego się podjęła. Wreszcie po kilku sekundach ciało Molekha zaciążyło w ramionach Przewodniczek, drgnęło i opadło całkiem bezwładne. Położyły je na podłodze i się odsunęły.

To trwało chwilę; serce załomotało w piersi Monaha ledwie kilka razy, a Molekh już nie żył.

Wystarczyła chwila, ale układ sił w holu wyraźnie się zmienił. Skoro jedna mała staruszka może zabić gołymi rękoma takiego byka jak Molekh, to czego mogą dokonać inne Przewodniczki, silniejsze, młodsze, uzbrojone...

Ledwo Molekh zdechł, Przewodniczki porzuciły jego ciało. Sinka wyprostowała się z grymasem bólu na twarzy, kilka razy powoli i głęboko odetchnęła, a potem z pomocą Kariny wstała z kolan, podniosła głowę i ruszyła w stronę Khabena. Błysnęły kolejne ostrza i zamigały palce Khabena. „Nie zabijać!”

„Nie zabijać!”, powtórzył znowu, a na jego twarzy wyraźnie widać było nieugiętą wolę i świadomość wydawanego rozkazu.

Sinka szła więc wśród gwardzistów bez pośpiechu, jakby nie miała sił; zatrzymała się dopiero wtedy, gdy stanęła twarzą w twarz z Dowódcą. Szła swobodnie, chociaż Straż Przyboczna tak bardzo pragnęła ją zatrzymać... I nie ma nic do rzeczy fakt, że walczyli nie po to, by zabić.

— Cóż, panie Labhras... Jedna z Przewodniczek zabiła Molekha, jak mówiła staremu Luridhowi, w obronie pani Sinki. To bardzo dziwne... ale ona... jakby... Nie wiem, co myśleć, bo Molekha chłostali, a pani Sinka miała rany na plecach. Krwawe smugi wykwitły na jej plecach, materiał sukni nasiąkł krwią. Lekarz mówił, że rany nie są głębokie, szybko się zagoją, ale...

— Wierzysz w to? — przerwał mu Labhras.

— Wierzę w to, co widziałem w holu na własne oczy! — Przez dłuższą chwilę w komnacie panowała cisza, a potem dowódca zapytał, co stało się później. — Gdy Molekh zdechł na rękach Przewodniczek, to pani Sinka doszła do siebie. Podźwignęła się z podłogi, bo wcześniej upadła na nią z krzykiem... Ale jak Molekh już nie żył, to ona jakby siły odzyskała. Dźwignęła się, rozejrzała i ruszyła do Khabena. On siedział w wielkim fotelu na podwyższeniu, wokół niego Straż Przyboczna w szyku, jak należy, ale ona... Ona po prostu szła między Kharami i Drainkami spokojnie, jakby niczego się nie bała. Jakby wiedziała, że nic jej nie grozi.

Monah zamilkł, zamknął oczy i raz jeszcze zobaczył tę scenę.

— A nasi? Nie walczyli?

— Dotarła do samego Khabena, bo te cholerne Przewodniczki zrobiły dla niej bezpieczny korytarz! Nikt ze Straży Przybocznej nawet się nie zbliżył. Nie było szans się do niej zbliżyć! Wszystkie te baby odwróciły od niej uwagę i ściągnęły gwardzistów na siebie! Zupełnie jakby wykonywały jakiś jej niewypowiedziany rozkaz! Sinka chciała dotrzeć do Khabena i zrobiła to, a ja mam za to dziurę w szyi! — jęknął i dotknął miejsca, w którym sztylet przebił skórę. — Te kobiety... — zaczął, ale nie dokończył.

Widział, jak Mawin stanęła na wprost Askharida. Dosłownie wyrosła przed nim jak spod ziemi! Monah nie zauważył nawet, który z gwardzistów stracił szablę, ale ta cycata białka miała ją w ręce i już stała naprzeciw Askharida. Monah widział, jak Askharid wzniósł ramię i je opuścił — mocno, bezpardonowo wyprowadził cios, ten, którego nie umieliby powstrzymać najwięksi Kharowie! Najpotężniejsi wojownicy uginali się przed siłą Askharida, a ona — mała, cycata kobieta — zdołała go powstrzymać! Fakt, że ramię jej omdlało i upadła na kolana, ale zatrzymała go tam, gdzie chciała! Widział twarz Askharida, malujące się na niej niedowierzanie i zachwyt! Fakt, że potem ogłuszył ją jednym uderzeniem pięści w skórzanej rękawicy nabijanej żelaznymi ćwiekami, ale gdy upadła mu pod nogi, zawlókł ją pod ścianę, żeby ochronić.

A Draleph? Na samą myśl o nim znów jęknął. Zawsze stawał blisko Khabena, bo był silny i zwinny. Nawet Askharid nie mógł go pokonać, bo Draleph miał swoją technikę — dziwną, niezrozumiałą, ale tak skuteczną, że czasami dla zabawy walczył nawet z Khabenem i nieraz był bliski zwycięstwa. Ten sam Draleph leżał nieprzytomny u stóp swojej tancerki. Jak go obezwładniła? Monah niczego nie dostrzegł, ale ona naprawdę to zrobiła.

Gdy Since nic już nie groziło, kiedy stała twarzą w twarz z Khabenem i podniesionym, pełnym bólu głosem żądała, by nie brukał jej domu, Monah zobaczył, jak Misa pochyla się nad Dralephem i sprawdza, czy ten oddycha. Chyba jej ulżyło, kiedy jęknął.

Khaben rozkazał, by nie zabijać, ale nawet gdyby mieli to zrobić, nie wiadomo, jak szybko zdołaliby tego dokonać. Gdyby nie rozkaz Dowódcy, krew draińska i kharska zalałaby hol, ale efekt wcale nie był oczywisty. Lecz co mogło gołe ramię przeciw naostrzonej klindze. Nic. Absolutnie nic...

W tej chwili wyobraził sobie scenę w holu, gdyby Khaben pozwolił na atak. Porąbane ciała Przewodniczek zaścieliłyby podłogę, ich krew popłynęłaby rzeką... Nie miałyby szans przeżyć, ale przecież nie stałyby bezwolne jak bydlęta prowadzone na ubój. Ilu spośród nich udałoby im się poranić?

Monah nie rozumiał, dlaczego Khaben nie pozwolił zabić tych kobiet. Nie chciał rzezi? A może rozumiał punkt widzenia Sinki i przychylał się do niego? Od kiedy to Generalny Dowódca Wojsk Inwazyjnych wydaje rozkazy według widzimisię kobiety z podbitego narodu?!

Podniosły rękę na Khara — trup Molekha leżał pod słupem i był jak nieme pytanie: w jaki sposób staruszka pozbawiła go życia? Jak ona tego dokonała? Przecież mogła zagrozić każdemu z nich! Wiedział, że to pytanie krąży między Kharami i lepiej było jak najszybciej znaleźć na nie odpowiedź. Khaben kazał więc znaleźć Walim, bo w powszechnym zamieszaniu nikt nie zauważył, że zniknęła. Okazało się, że pozbawiła Molekha życia i po prostu wróciła do domu! Monah dostrzegł strach w oczach gwardzistów, którym nakazano ją aresztować i odprowadzić do koszar na przesłuchanie. Widział, jak szła między nimi — maleńka, drobna i milcząca. Długie, siwe włosy miała zaplecione w warkoczyki owinięte wokół głowy, ubrana w burą suknię bez żadnej ozdoby. Zwykła staruszka żyjąca w małym schludnym domku z mężem staruszkiem. Gwardziści powiedzieli, że przytulił żonę, jakby się z nią żegnał, i tkwił w drzwiach, gdy ją zabierali.

Przesłuchał ją stary Luridh. Monah stał w głębi celi, bo Khaben chciał natychmiast wiedzieć, co powie im ta kobieta. Była bardzo grzeczna, spokojna i wyczerpująco odpowiadała na każde pytanie z wyjątkiem jednego.

— Pani, wyjaśnisz mi, jak pozbawiłaś Molekha życia? — spytał Luridh, pewnie tak samo stary jak ona.

— Nie, panie Luridh. Tego nie mogę ci wyjaśnić. Mogłabym tylko pokazać, ale nie sądzę, byś chciał w ten sposób poznać odpowiedź. Co gorsza, nie mógłbyś już z nikim podzielić się swą wiedzą, więc przykro mi, ale nie odpowiem na to pytanie.

— Wiesz, że grozi ci śmierć?

— Jestem stara, nie boję się śmierci. Mogę ją sobie zadać w każdej chwili, nie ruszając nawet palcem. Ale widzisz, panie, obiecałam kiedyś mężowi, że umrzemy razem, więc póki on ma się dobrze, czekam.

Na pytanie, dlaczego zabiła Molekha, odpowiedziała, że poprosiła ją o to Sinka, bo nie mogła już znieść jego cierpienia.

— To musi być niezwykle trudne dla osoby tak wrażliwej jak Sinka, zmuszonej brać udział w czymś takim — westchnęła. — Zrozum, panie, my ją kochamy i chronimy; nie mogłam odmówić.

Kiedy Luridh zdał Khabenowi relację z tej rozmowy, dowódca kazał odprowadzić babinkę do domu. Askharid oburzył się, ale wystarczyło jedno spojrzenie Khabena, by skinął głową i wykonał rozkaz. Ustawił tylko w pobliżu domu Walim i jej męża uzbrojonych po zęby gwardzistów.

A co z pozostałymi Przewodniczkami? Na oczach wszystkich stawały przeciwko najlepszym żołnierzom Kharu! Gdy Sinka przemówiła, nagle zaprzestały walki i poddały się, unosząc dłonie w górę. Ustawiły się w kolumnę i czekały. Teraz przebywały w zamknięciu, ale to, że siedziały pod kluczem, każda w oddzielnej komnacie, bez kontaktu ze światem i ze sobą nawzajem — to było właśnie ich zwycięstwo! Przed rokiem leżałyby martwe!

— Drgnij, a cię zabiję.

Słowa Kariny rozbrzmiały w jego głowie, jakby dopiero co wypowiedziane. Ciągle czuł nóż, długie cienkie ostrze na szyi, tuż pod żuchwą, czubek wbijający się ciało, gdy tylko się szarpnął, ciepłą strużkę krwi na szyi. Plama na koszuli była tego najlepszym dowodem.

— Kocham cię, ale zabiję.

Ten szept unieruchomił go. Powiedziała to, a on zmiękł i już nie walczył. Patrzył przerażonymi oczami na Khabena, który stał nieruchomo przed swoim fotelem i czekał na Sinkę. Ramiona zwisały mu na pozór swobodnie, ale Monah widział napięte mięśnie. Znał możliwości Khabena i wiedział, że Dowódca mógł ją zabić w każdej chwili — wystarczyłby jeden błyskawiczny piruet — a mimo to czekał. Patrzył, jak idzie ścieżką utworzoną przez Przewodniczki, pustym nagle szlakiem wśród kłębiących się gdzieniegdzie ciał.

Sinka nie miała żadnej broni, puste dłonie uniosła w górę i szła przed siebie. Może dlatego Khaben stał i pozwalał jej podejść? A może nie dlatego? Może tak jak on sam, tak jak inni po prostu nie mógł podnieść na nią ręki? Nie umiałby jej zabić? Może czuł to samo, co on? Ból w całym ciele i wielką trwogę?

Wszyscy zamarli, kiedy tych dwoje stanęło naprzeciw siebie. Pamiętał, że Sinka była blada, a w oczach dostrzegł szaleństwo. Jej głos drżał, a jednak stała dumna i wyprostowana, bez cienia uległości. Khaben górował nad nią, mógłby w sekundę ją zgnieść, ale ona jakby tego nie wiedziała.

— Zabraniam ci kalać mój dom — powiedziała rozkazująco. — Zabraniam!

Khaben nie odpowiedział. Stał poważny i skupiony.

— Nie powinieneś karać go tak okrutnie. Nie zabijamy w ten sposób nawet największych zbrodniarzy.

— Widziałem, jak zabijacie. Co zrobiła mu ta kobieta?

— Skróciła cierpienie. Nie mogłam już go znieść. Wciąż czuję smak jego bólu i zapach jego krwi. Ty wiesz najlepiej, że ja jestem inna. Wszyscy o tym wiecie. Nie mogłam znieść jego cierpienia...

— Zabiłyście Khara. Zaatakowałyście moich żołnierzy — mówił do Sinki, ale ona nie zdążyła nic odrzec, kiedy nagle odezwała się Karina.

— Tak. Taką podjęłyśmy decyzję — stwierdziła, a jej głos niósł się w ciszy holu. — Nie dałeś nam innej możliwości. Na szali leżało życie tego zbója lub Sinki. Wybrałyśmy, bo ona jest godna ocalenia, a on nie. Miałyśmy ją poświęcić? Jego zbrodnia i twój rozkaz były jednakowo barbarzyńskie. My nie jesteśmy barbarzyńcami. Zabijamy, jeśli trzeba, ale się tym nie napawamy. Kara ma dotyczyć skazanego, a nie okaleczać każdego, kto ją widzi, Kharze.

Słowa Kariny nie zaskoczyły Khabena. Nawet na nią nie spojrzał, chociaż nikt — odkąd Monah był w służbie u dowódcy — nie poważył się otwarcie wystąpić przeciwko niemu, z podniesionym czołem wyznając nieposłuszeństwo. Co gorsza, w tak obraźliwy i poniżający sposób!

Monah pamiętał tę scenę z najdrobniejszymi szczegółami. Jęknął, już kolejny raz tej nocy, bo z całego serca podziwiał Karinę. Była taka dumna, spokojna, taka... wspaniała, że aż musiał się zastanowić, czy to ta sama dziewczyna, która flirtowała z nim w Lesie Umarłych.

Ale musiał przyznać jeszcze jedno — na podwyższeniu stał wielki, dostojny Khar, przed nim niewysoka, drżąca Drainka, tymczasem on sam, adiutant Generalnego Dowódcy, w tamtym momencie nie wiedział, które z nich jest potężniejsze. Mierzyli się spojrzeniami. Milczeli, a razem z nimi wszyscy obecni w holu. Tylko Draleph jęknął, jakby właśnie wracała mu świadomość. Ten dźwięk przykuł uwagę Sinki. Rozejrzała się wokół i ponownie uniosła głowę w kierunku Khabena.

— Twoim żołnierzom nic nie jest — stwierdziła. — Żaden z nich poważnie nie ucierpiał. Tobie też nic nie grozi.

— Skąd mogę wiedzieć? — zapytał, z dłonią wciąż zaciśniętą na rękojeści paradnego miecza przodków.

— Obiecałam kiedyś, że nie podniosę na ciebie ręki, i dotąd żyjesz. Ja nie rzucam słów na wiatr. Dotrzymuję danego słowa.

— A jednak ten atak...

— Molekh był potworem — przerwała mu głosem cichym, ale stanowczym. — Wy, stojąc i patrząc na jego powolną śmierć, na to wielkie cierpienie, wcale nie jesteście mniejszymi! — Przerwała, odetchnęła głęboko i podjęła tonem już mniej wrogim, jakby tłumaczyła. — Kiedyś w końcu odejdziecie. Wrócicie do swoich domów, rodzin, posiadłości, zamków. Zawsze odchodzicie. Zawsze. Podbijacie kolejne państwa, łupicie je i odchodzicie. Ale mówią, że ty, Khabenie, nie zostawiasz po sobie spalonej ziemi. Nigdzie tego nie zrobiliście, więc i u nas nie zrobicie. Kiedyś odejdziecie, a my zostaniemy z krwią na posadzce, z krzykiem zamkniętym w murach i cierpieniem rozsadzającym serce. Kto będzie chciał tańczyć i śpiewać w sali, w której tak okrutnie zabijano?! — Zrobiła krok w jego stronę, ale nie drgnął, mimo że weszła na kolejne schodki i zadarła głowę, by spojrzeć mu w oczy. — To mój dom, moje dziedzictwo. Moja rodzina mieszka tu od zawsze. Niezliczone pokolenia. Muszę strzec mojego dziedzictwa i je chronić. Nie potrzeba mi waszych sposobów zabijania. Ani was. Wracajcie do domu, Khabenie. Odejdźcie.

— Nie możemy — odpowiedział, a Monah, znający Khabena o wiele lepiej niż większość gwardzistów, wyczuł dziwną nutę w jego głosie.

— Bo nie znaleźliście tego, czego szukacie? — zapytała Sinka, a Khaben znów mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza przodków. — Powiedz mi więc, czego szukacie. Może wiem, gdzie to jest? Może ona wie albo ona, albo ona. — Wskazywała po kolei Przewodniczki. — Pomyśl o tym i pamiętaj, że jesteśmy po to, by pomagać — szepnęła, jakby znużona ponad miarę. Patrzyła mu w oczy, ale ponieważ nic nie odpowiedział ani nie zrobił, nie drgnął mu nawet najmniejszy mięsień, westchnęła. — Teraz zdecyduj, co z nami zrobić. Jesteśmy Przewodniczkami, które się na was rzuciły, to z pewnością niedopuszczalne. Zdecyduj więc, Generalny Dowódco Wojsk Inwazyjnych, co zrobić z Przewodniczkami, które raz nie posłuchały twojego rozkazu. — Monah zauważył, jak Khabenowi rozbłysły oczy, gdy to usłyszał. — Powoli staniemy tu, na środku. Żadna z nas nie będzie walczyć. Żadna! — powiedziała głośniej, jakby nie tylko do niego. — Jeśli nakażesz swoim żołnierzom nas zabić, to zabiją. Ale więcej, Kharze, nie brukaj mego domu waszym barbarzyństwem!

Nic więcej nie dodała, nic nie zrobiła, ale Monah poczuł, jak Karina zwalnia jego wykręcone ramię i odsuwa nóż. Już nie czuł jej ciała przylegającego do swojego. Nie spojrzała na niego, gdy odchodziła.

Stanęły na środku, wszystkie razem. Tylko Mawin leżała nieprzytomna pod ścianą.

Askharid pochylił się i podniósł ją. Niezbyt delikatnie, ale wziął ją na ręce i stanął za innymi. Tym gestem wszystkich zaskoczył — on niosący pokonanego wroga na rękach, a nie jego głowę zatkniętą na pice? Khaben zapatrzył się na tę parę. Stał nieruchomo z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza i patrzył na Askharida trzymającego nieprzytomną Drainkę w ramionach.

— Wyprowadzić. Zamknąć w koszarach. Oddzielnie. Pilnować. Straż Przyboczna za godzinę w moim gabinecie — powiedział wreszcie. Obrzucił spojrzeniem hol, na chwilę zatrzymując wzrok na martwym Molekhu. — Gwardziści! Za godzinę ma płonąć stos pogrzebowy!

Odwrócił się i wyszedł, a Monah tylko ściskał poranioną szyję i patrzył, jak gwardziści otaczają kobiety zwartym szykiem i wyprowadzają je z holu w mroczną zimową noc. Drżał, bo... ten stos pogrzebowy... Dla kogo był przeznaczony?

2

Po kaźni i ataku Przewodniczek Monah nie poszedł za Dowódcą i kobietami. Pochylił się nad Dralephem i ocucił go.

— Wstawaj, Khaben wzywa na naradę! — mówił, uderzając w blade policzki mężczyzny. — No dalej! — warknął poirytowany, kiedy ten kolejny już raz tracił przytomność.

Draleph otworzył oczy, zamknął je ponownie i bardzo cicho zapytał, co się stało.

— Nie wiesz?

— Nie. Głowa mi pęka... Co się stało? Zabiły Molekha, szły do Khabena, a... potem?

— Potem nas załatwiły... i tyle!

— Załatwiły? Co ty, kurwa, pleciesz? — zapytał już przytomniej i spróbował wstać.

Monah lubił Dralepha — może dlatego, że był kolorowy, a może za jego niewyparzoną gębę, albo za jedno i drugie — więc opowiedział mu pokrótce, co się wydarzyło, ale musiał powtórzyć całą historię dwa razy, bo Khar nie pojmował, o co chodzi. Monah nie wiedział, czy to z powodu zawiłej opowieści, czy niedowierzania, czy oszołomienia z powodu ciosu, jaki otrzymał. Ostatecznie przywołał jednego z gwardzistów, który stał bez celu pod galerią, nieopodal ozdobnego fotela, ustawionego tam dla Khabena na czas kaźni. Zażądał, by ten pomógł mu przetransportować Dralepha do czerwonego gabinetu.

Kiedy wreszcie do niego dotarli, siedziała tam już prawie cała Straż Przyboczna Khabena: Askharid, Luridh, Oklang, Nepril i Monather — Kharowie z wysokich rodów. Z Dralephem byli więc wszyscy, którzy na stałe mieszkali w Agneis. Najstarsi synowie, spadkobiercy wielkich rodów — założycieli Kharu. Potomkowie Wygnanych. Wszyscy byli mniej więcej w wieku Khabena, znali się od dzieciństwa i razem spędzili całe lata w zamkach ojców; nawet w Khaben Morthen byli w tym samym czasie. Walczyli razem w zgodnym szyku, wyćwiczonym podczas wielogodzinnych treningów. Rozumieli się bez słów. Używali tajemnego kodu gwardii, czyli opracowanych przed wiekami ruchów palców, które umożliwiały porozumiewanie się bez konieczności wypowiadania choćby jednego dźwięku. Monah rozumiał wiele znaków, ale ciągle potrafili go nabrać. Czasami dla zabawy czy żartu wysyłali komunikaty tak skomplikowane, że się gubił.

Jednak to, co powiedziały palce Khabena w holu, zrozumiał od razu. Khaben trzy razy rozkazał, by nie zabijać Przewodniczek. Zaatakowały, a on nie pozwolił ich zabić. Nie chciał ich śmierci, mimo że za atak na Khabena i jego straż była tylko jedna kara. Najwyższa. Mimo to nie zabił ich. Nie kazał tego zrobić. Monah nie rozumiał dlaczego. W jego głowie ciągle tłukło się to pytanie. Dlaczego je ocalił? By później skazać na śmierć? Khaben nie był potworem, nie bawił się ludźmi w ten sposób. Owszem, mówili o nim „czerwony demon”, ale z całkiem innych powodów niż bezsensowne, mściwe rozlewanie krwi.

A może ocalił je z tego samego powodu, dla którego jemu skakało serce na widok Kariny, a szlachetny Askharid nosił na rękach Mawin? Czyżby Khaben... Nie, lepiej tak nie myśleć. Khaben i Drainka? Khaben i Przewodniczka? Niemożliwe, w Kharze by się wściekli, gdyby przywiózł sobie draińską kochankę. Doskonale o tym wiedział. Znał przecież zasady!

Monah nie należał do grona Rady. Nie pochodził z wysokiego rodu i niejeden raz usłyszał z ust szlachetnie urodzonych, gdzie w związku z tym jest jego miejsce. Nie przejmował się, bo jako adiutant Generalnego Dowódcy był bliżej Khabena niż niejeden z wysokiego rodu. Teraz też siedział w jednej sali z pierwszymi synami najlepszych i najstarszych kharskich rodów. I podobnie jak oni był bardzo zasępiony.

Wszyscy milczeli. Oklang popijał wino z kubka, Luridh bawił się piórem. Draleph przykładał do karku mokrą, zimną szmatę i wyraźnie cierpiał. Monather chodził w tę i z powrotem po gabinecie.

— Usiądź, do cholery! Działasz mi na nerwy! — warknął Askharid.

Monather przystanął na moment przy oknie, ale zaraz znowu podjął marsz.

— Słyszałeś? Siadaj!

— Weź się odpierdol! — krzyknął Monather. — Zaraz mnie tu rozniesie! Największy wstyd mojego życia! Straż Przyboczną pokonała banda bab!

— Przewodniczek... — spokojnie sprostował Luridh. — Rozkaz był wyraźny, każdy z nas widział! — dopowiedział po chwili.

Monather jakby oklapł, nie powiedział już ani słowa, tylko podjął wędrówkę po gabinecie.

— Ojciec będzie miał używanie, jak się dowie, że takie cycate małe coś... — mruknął poirytowany Askharid.

— Ale na rękach ją nosiłeś... — stwierdził ironicznie Oklang.

— Spierdalaj, nie twój interes, kogo noszę. Sam lepiej znajdź kogoś, kto ci na to pozwoli.

— Już widzę, jak by ci pozwoliła, gdyby wiedziała, że to...

— Dość! — przerwał im Khaben, który właśnie pojawił się w drzwiach. Nie miał na sobie paradnego munduru ani żadnej broni, za to na jego twarzy malował się wielki spokój. Monah wiedział jednak, że im bardziej martwe wydawało się oblicze Khabena, tym mocniej poplątane były jego myśli. — Nie chcę od was wiele. Powiedzcie mi tylko, co mam z nimi zrobić? — zaczął.

— Sam sobie radź, skoro nie pozwoliłeś ich zabić — prychnął Askharid oburzony.

Gdy Monah któregoś razu, na początku, usłyszał, jak ze sobą rozmawiają, przeżył szok. Przed pierwszą wyprawą nie pozwalał sobie nawet na taką myśl, by w dyskusjach traktować Khabena jak równego sobie. Gdy dowódca pytał go o zdanie w jakiejkolwiek sprawie, zawsze odpowiadał jak komuś lepszemu od siebie, uniżenie i ważąc każde słowo. Wiele czasu upłynęło, zanim nauczył się mówić, co naprawdę myśli, bardzo umiejętnie dobierając słowa. Nauka wygłaszania nie wprost trudnych prawd zaczęła się podczas pierwszego spotkania z Khabenem, kiedy nie mógł mu powiedzieć, czym naprawdę się zajmuje, a kłamać też nie chciał. Wydało mu się wtedy, że swoim krętactwem rozbawił tego ponuraka i chyba dlatego ten wziął go na służbę. Mimo to jako adiutant wciąż uważał na to, co mówi, i miał kłopoty z wyrażaniem myśli. Spotkania w gronie Rady bardzo mu pomogły. Zrozumiał, że tak naprawdę Khaben jest dobrym człowiekiem, ale różne sytuacje niejednokrotnie zmuszają go do postępowania wbrew sobie. Robił, co musiał, sam zresztą mówił, że jest niewolnikiem piastowanego stanowiska.

— Powiedzcie, co mam z nimi zrobić — to chyba niewiele? — westchnął ciężko Luridh w odpowiedzi na pytanie Khabena. Nie zwrócił uwagi na kłótnię Askharida z Monatherem, zresztą ci dwaj nieustannie się kłócili, zazwyczaj z powodu nieokiełznanego charakteru tego ostatniego. — Kpisz z nas? To jest najważniejsze. Zaraz wokół zaczną krzyczeć, że nie umiemy zapewnić ci ochrony, że jesteśmy nic niewarci!

— Rozłożyły nas na łopatki. Leżymy i walimy dłonią o matę, by darowały nam życie...

— Przez ciebie ten wstyd. Nie pozwoliłeś ich zabić! — Nepril był wściekły. — Żadna kobieta nigdy mnie nie pokonała!

— Bo żadna nigdy nie próbowała — dociął mu Oklang. — Prędzej ty je próbowałeś brać na wszelkie możliwe sposoby! — zarechotał głupio, ewidentnie wstawiony.

— Oklang, dość wina! Czy my jesteśmy na pikniku?! — przerwał mu Khaben stanowczo. — Gdy pytam, co z nimi zrobić, po prostu odpowiadacie, a nie dowcipkujecie. Puścić je? Zabić? Stos pogrzebowy już płonie...

— Po to je chroniłeś, by zabić? Masz nas za idiotów? — warknął Askharid.

Spojrzeli po sobie, a potem na Khabena, który stanął przy kominku i ogrzewał dłonie.

— Odseparujmy je w jakimś mało przyjemnym miejscu... Może cele w koszarach bez okien... Przynajmniej na jakiś czas, żeby nie myślały, że wszystko im wolno — zaproponował Nepril. — W końcu jest tak, jak mówiła ochmistrzyni...

— Żadna z niej ochmistrzyni — mruknął Oklang.

— Odkrywczy jesteś, że czapki z głów! — odburknął Askharid.

— Faktem jest — ciągnął Nepril, jakby nie słyszał tej wymiany zdań — że nigdy nie zrobiły nam nic złego, choć miały ku temu wiele okazji. Na ten przykład twoja choroba. Siedziała przy tobie sama, zanim posłaliśmy Oklanga. Mogła cię zadusić i powiedzieć, żeś umarł. Pewnie byśmy uwierzyli, okoliczności temu sprzyjały... Ona jednak cię ratowała. Dziwna kobieta. Kharka na jej miejscu by cię zabiła.

— Prawo każe je zabić — stwierdził z ponurą miną Luridh.

— Nie zrobiły nam nic złego — mruknął Draleph znowu. — Poza tym muszę się dowiedzieć, jak to się stało, że zemdlałem, a teraz głowa pęka mi z bólu. Nawet nie zauważyłem, kiedy podeszła. Nie wiem kiedy, co ani jak. Muszę się dowiedzieć.

— Prawo...

— Nie bądź nudny, Luridh — przerwał mu Oklang. — Dobrze, kurwa, wiemy, co napisali w kodeksie!

— Ma rację, prawo nakazuje... — poparł go Khaben.

— To idź i zabij Sinkę! No idź! Ja za tobą! Jakoś się nie zrywasz, nie biegniesz! — krzyknął Askharid, machając ręką w stronę drzwi. — Nas nie oszukasz, tylko ci oczy błyskały, gdy szła w twoją stronę! A rękę żeś zaciskał, żeby jej nie zarżnąć czy nie zerżnąć?! — krzyczał dalej, pryskając śliną wokół. Khaben podniósł głowę i ku zaskoczeniu wszystkich uśmiechnął się do przyjaciela. Ten opadł na fotel i potarł twarz rękoma. Kiedy odezwał się po chwili, jego głos wydał się pokorny. — Dobrze wiemy, że mówiła prawdę. Odejdziemy stąd, wrócimy do domu, zostawiając Aberię za sobą. Po co je zabijać? Są wspaniałe, co nie? — zapytał i stwierdził, że nie tylko on tak uważa. Nepril z niechęcią, ale przytaknął, Oklang zaśmiał się, a Draleph tylko jęknął.

— Intryguje mnie co innego... Zastanówmy się, czy powiedzieć im, czego szukamy. Może pomogą... — zaproponował Luridh.

— Nie! — Khaben powiedział to tak zdecydowanie, że nikt nie protestował.

— One mówią, że są po to, by pomagać zagubionym w świecie Kharom — wtrącił znienacka Monah.

— Wierzysz w to, Monah? — zakpił Askharid.

— Wierzę — powiedział, ale po chwili asekuracyjnie dodał: — Chyba wierzę. Dziś dały nam niezłą nauczkę. Tak nas załatwiły, że aż pomyślałem, że szkoda by było nie wykorzystać ich zdolności. One umieją dziwne rzeczy. Widziałem, jak ta Misa skoczyła z galerii, a ona ma przecież ze dwa łatry*! I nic! Nic sobie nie zrobiła! Wyglądało to tak, jakby powoli, spokojnie opadała w dół.

— Skoczyła z galerii?! — zapytał pobladły Draleph. — Mówisz, że skoczyła z tej galerii i sfrunęła?!

— Zatkało mnie, jak ją zobaczyłem. A wtedy Karina zaszła mnie od tyłu... — skończył ponuro i dotknął szyi.

— Dość o tym — Khaben najwyraźniej nie miał ochoty roztrząsać niezwykłych zdolności Przewodniczek. — Moja propozycja jest taka: potrzymamy je tydzień w odosobnieniu, o chlebie i wodzie. Przesłuchujcie je, dowiedzcie się jak najwięcej. Pogadajcie z nimi o tym, jak wam zrobiły to i owo. A później ja trochę je nastraszę, nałożę areszt domowy, niech siedzą z miesiąc w draińskiej części domu. Potem je wypuścimy.

— Z tym straszeniem to może być ciężko, panie — rzucił Monah, a reszta pokiwała głowami.

— One nie z tych strachliwych — potwierdził Nepril.

— Co za kobiety! — westchnął Askharid.

— Wystarczy! — Khaben miał dość ich głupich min. — Mamy większe problemy. Monah przysłuchiwał się rozmowie Luridha z tą Walim, ale nie dowiedział się, w jaki sposób zabiła Molekha. Nigdy nie widziałem czegoś takiego... Wypytam o to Sinkę, wy też spróbujcie się czegoś dowiedzieć. Drugi, ważniejszy problem, to zeznania Molekha. Zapoznaliście się z raportem. Słyszeliście, co mówił.

Wszyscy jak jeden mąż zapomnieli o Przewodniczkach i skupili się na Dowódcy.

— Co zrobimy w sprawie kolejnego spisku? Mam dość tych wiecznych spisków. Który to już w tym roku? — zapytał ponuro.

— W tym roku pierwszy, ale dopiero były Gody, więc mamy niezły początek. W ubiegłym były cztery — stwierdził Luridh. — Trzy zdusiliśmy w zarodku. Czwarty...

— Wiem, ilu zabiłem...

— Zabiliśmy — sprostował Luridh. — Ich krew spada też na nas. Nie przypisuj sobie wszystkiego, Khaben. I tak masz dosyć kłopotów.

— Właśnie — mruknął Monather.

— Co robimy? — z westchnieniem zapytał Nepril.

— To co zawsze. Wpuścimy ich tu i wytniemy co do jednego! — Oklang, jak zwykle w podobnych sytuacjach, nie widział problemu. Zawsze twierdził, że niemal wszystko da się załatwić ścięciem kilku gorących głów.

— Myślisz, że będzie tak prosto? — przerwał mu Luridh. — Nie wiemy, jakie to naprawdę zatoczyło kręgi, kto się przyłączył, kto czeka na swoją okazję i myśli, że wykorzysta kolejne zamieszanie, by się wybić.

— Niektórym spodobały się draińskie włości. Chętnie by tu zostali i ustalili nowe zasady. Po co wracać do domów i tam trudzić się nad zdobyciem każdego garnca zboża, skoro tu po prostu rośnie? — wtrącił Monah.

— Tak, myślę, że to dobry powód do buntu. Zapewne nie jedyny, ale dobry. Tyle tylko, że to nie jest nasz dom — stwierdził zdecydowanie Khaben. — W Kharze czekają na nas. W Kharze zostały nasze rody i wiele setek rodzin kolorowych, za które wzięliśmy odpowiedzialność, tworząc Radę. Mam wyrecytować słowa przysięgi, którą złożyliśmy?

Spojrzał na każdego z nich po kolei. Pamiętali. Był pewien, że nie zapomnieli ani jednego słowa.

— Poza tym w Kharze jesteśmy u siebie — powiedział spokojniej i ciszej. — Tu zawsze będziemy najeźdźcami. Zawsze. Nieważne, co zrobimy. Nikt nigdy nie zapomni nam zabitych na Polu Księżycowym, pod szczytem Orlicy ani tych wszystkich pozabijanych po Domach.

Zamilkli na chwilę, tak jakby każdy z nich odtwarzał w pamięci własne dowody na niemożność do wybaczenia. I każdy wiedział, że jest ich sporo. A zanim zakończy się ta wojna, lista czynów niewybaczalnych jeszcze się wydłuży.

— Zawsze to wiedzieliśmy: nie ma wybaczenia. Co zatem radzicie? — spytał Khaben.

— Poczekajmy na atak — poradził Draleph. — Na pewno nastąpi niebawem. Mają powód, by myśleć, że nie jesteśmy zdolni cię ochronić.

Ta uwaga poderwała Askharida z miejsca. Natychmiast stanął przed Khabenem.

— Dlatego nie pozwoliłeś ich zabić? Żeby dać pretekst do ataku? Stworzyć wizję nieudolnej gwardii, by ich tu przyciągnąć? Pozwoliłeś im na to, by...

— Tak — przerwał mu Khaben, patrząc przyjacielowi w oczy. — Właśnie tak zrobiłem. Zakazałem wam walczyć, by sprowokować zamach.

— Ty draniu — mruknął Oklang, dopił wino i z hukiem odstawił kubek. — Dawno to wymyśliłeś?

— Nie. Przyszło mi to do głowy, gdy na nas ruszyły — wyznał cicho Khaben, patrząc Askharidowi w oczy.

Ten westchnął i usiadł. Inni milczeli, spoglądając na siebie nawzajem.

— Tak... Przyznaję, że dałeś im doskonały pretekst, by się ujawnili — podsumował Monather. — Szkoda, że przy okazji wyszliśmy na nieudolnych głupców.

Znowu zapadła cisza. Każdy z nich przyswajał teraz nowe informacje i próbował uporządkować wydarzenia ostatnich tygodni, które doprowadziły do obecnej sytuacji.

— Wiadomo już, kto za tym wszystkim stoi?

— Tylko jakieś insynuacje... Nikt konkretny. Ale można się spodziewać, że to kolejna robota frakcji Garlotha. Lopherna nie żyje, nie ma więc żadnych powodów, by musiał się powstrzymywać przed atakiem na mnie. Póki żyła, nie mógł się na mnie rzucić, to takie niehonorowe, a on tym kharskim honorem ciągle sobie wyciera gębę, więc aż taki głupi nie był, żeby za jej życia... Ale teraz ma wolną drogę.

— Szybki jest — stwierdził Luridh.

— Jak dla mnie zbyt szybki. Musiał to planować już wcześniej — stwierdził Askharid. — Ta nagła śmierć Lopherny...

— Chcesz powiedzieć, że on za tym stoi?! — zapytał Draleph, oburzony i zszokowany. — Przecież to jego córka!

— Garloth nigdy nie był wzorem ojcowskiej miłości, używał córki jako karty przetargowej — stwierdził cicho Khaben. Podszedł do ściany ze starym freskiem i usiadł w fotelu stojącym między dwoma oknami. Nie patrzył na nikogo. Mówił z namysłem, jakby do siebie. — Wymógł nasz ślub i miał nadzieję, że pozwolę się wodzić za nos i córce, i teściowi, ale szybko się przekonał, że to tylko jego pobożne życzenia. Zmarnował Lophernie życie. Zmusił ją do ślubu ze mną, choć wiedział, że... — zamilkł i westchnął. — Ten człowiek nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. Myślę, że jeśli byłoby mu to na rękę, mógł zlecić zamordowanie Lopherny. A w świetle tego, co mówili Molekh i Worth, wykorzystuje nasz najazd na Aberię do realizacji własnych planów.

Zamilkł, bo choć podejrzewał, jakie to plany, nie miał żadnych dowodów i wolał nie rzucać słów na wiatr — nawet w tak zaufanym gronie. W gabinecie znów zapadło milczenie.

— Uprzedzimy Przewodniczki? — zapytał wreszcie Nepril.

— Nie — zdecydowanie odpowiedział Askharid. — Brakuje nam tylko wściekłej Mawin latającej z szablą po całym Domu...

— A ja uważam, że wprost przeciwnie — stwierdził Khaben. — W odpowiednim czasie powiem o wszystkim Since.

Patrzyli na niego zaskoczeni, ale ponieważ nie powiedział już nic więcej, nie pytali. Przez lata przywykli do tego, że działania Khabena, choć czasami zaskakujące, na ogół miały sens. Chwilę później rozeszli się na jego wyraźne polecenie, by złapać choć kilka godzin snu.

Monaha głód zagnał wówczas do koszar i wiadomo, co było dalej... Pobił czterech rodowych. Co z nim będzie, jeśli złożą skargę? W komnacie strażników rozchodziły się odgłosy zasłużonego odpoczynku. Monah zasypiał spokojniejszy. Raz jeszcze odtwarzając sobie wszystko, co widział i słyszał tego wieczoru, próbował to uporządkować. Był pewien, że ta sytuacja i pobłażliwość Khabena wobec Przewodniczek jeszcze się zemści, ale doskonale rozumiał i dowódcę, i członków Rady.

A siebie?

Rozładował wieloletnie napięcie, tłukąc się dzisiaj z czwórką gwardzistów. Bolały go dłonie i żebra, ale w głowie miał większy porządek i było mu lżej na duszy. Nikt już nigdy nie powie mu, że jest jak baba. Czuł to, idąc korytarzem pełnym gwardzistów, którzy tylko usuwali mu się z drogi.

A Karina?

Przyznał, że serce by mu pękło, gdyby musiał przyczynić się do jej śmierci. Powiedziała, że go kocha. Przewodniczka, kobieta tak inna od wszystkich, jakie do tej pory znał, szepnęła coś tak czułego w chwili, gdy mogła zginąć...

Musiał przemyśleć, co jej powiedzieć...

I przygotować się do odparcia kolejnego zamachu na Khabena... I na karę za bójkę z rodowymi...

Zasypiając, Monah dobrze wiedział, że Khaben mu tego nie daruje. Kilka chwil po przebudzeniu nadal tak myślał, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego dnia. W sypialni strażników było teraz pusto i jasno. Przez chwilę nie rozumiał, co mu nie pasuje, aż wreszcie pojął, że za oknem świeci słońce. To oznaczało, że dzień wstał już dawno i on, adiutant Khabena, też powinien wstać już dawno temu. Zazwyczaj wyskakiwał z łóżka godzinę przed świtem. Musiał doprowadzić się do porządku, zjeść śniadanie i przygotować tacę z posiłkiem dla Khabena. Gdy wchodził do komnaty dowódcy, był już całkiem rozbudzony i miał dokładny plan tego, co i w jakiej kolejności w danym dniu będą robić.

Poranek po bójce w koszarach zastał go całkowicie nieprzygotowanego i okrutnie obolałego, o czym przekonał się, próbując wstać. Gdy pomału uniósł się na posłaniu, stwierdził, że na stołku obok łóżka stoi kubek z cieczą o zapachu ziół. Usiadł i wypił parę łyków. Rozpoznał ten sam napój, którym strażnicy uraczyli go poprzedniego dnia. Nie chciał niczego, co uśpiłoby go czy otumaniło, ale wczoraj po tym naparze rozmyślał całkiem trzeźwo, więc wychylił zawartość kubka i powoli wstał. Oddychał dość płytko, bo obite żebra mocno mu dokuczały. Tłumiąc przekleństwa, włożył cudzą, lecz czystą koszulę, buty i kubrak.

Dzień był wyjątkowo piękny. Wszystko wokół pokrywał wczorajszy bielutki śnieg, iskrzący się w promieniach słońca. Monah chętnie by się przeciągnął i głęboko nabrał powietrza, ale się powstrzymał. Zszedł na dół i skręcił do kantyny. Był głodny jak wilk, więc postanowił najpierw zjeść, a potem wrócić do Domu. Khaben i tak już na pewno odkrył, co nabroił. Był dociekliwy, jeśli coś nie szło jak zawsze, a przecież Monah nie przywitał go dzisiaj śniadaniem.

Korytarz był niemal pusty, ale kilku mężczyzn, których spotkał, spoglądało na Monaha z wyraźnym zaciekawieniem. Nie denerwował się tym, bo dobrze wiedział, czego może się spodziewać. Bardziej niepokoiły go odgłosy z jadalni.

Gdy tylko otworzył drzwi, zaskoczyła go liczba zgromadzonych osób oraz ich ożywione rozmowy. Wszedł do środka i obrzucił towarzystwo uważnym spojrzeniem. Przy stołach siedzieli wszyscy dowódcy oraz ich zastępcy. Na blatach stały dzbany i kubki. Niektórzy popijali, inni rozmawiali. Jeszcze inni milcząco rozglądali się wokół, jakby z zachowania pozostałych gwardzistów chcieli wywnioskować, co ich czeka. W głębi sali przy długim stole zasiadała Straż Przyboczna. Khabena jednak nie było. Pierwszy raz od bardzo dawna Monah się zawahał. Pomyślał, że lepiej się wycofać i zejść z oczu rodowym.

— Zejdź z drogi, Monah. Tkwisz w przejściu jak kołek w płocie — usłyszał sarkastyczny ton Khabena. — Myślałem, że po wczorajszej awanturze dochodzisz do siebie, ale skoro zwlokłeś się z łóżka, to chodź na śniadanie. Najpierw posiłek, potem narada. Przydasz się. Masz pamięć do drobiazgów, a z dzisiejszej narady nie może być ani jednego raportu, jasne? Musisz zapamiętać, co się da.

— Panie — zaczął Monah — wczorajszy dzień nie zakończył się tak, jak bym chciał.

— Na dobrą sprawę zakończył się najlepiej, jak to możliwe. Czasami stawiałem sobie pytanie, jak długo jeszcze będziesz znosić ich docinki. Okazało się, że wyjątkowo długo. Jestem przekonany, że po laniu, jakie spuściłeś tym czterem, każdy kolejny zastanowi się, nim oskarży cię o cokolwiek.

— Panie...

— Nic im nie będzie. Lekarz poskładał połamane palce i nos Enthala. Reszta ma mniej groźne obrażenia, śmiem nawet twierdzić, że ich oszczędziłeś. Jak twoje żebra? Dowódca straży mówił, że wczoraj na nie narzekałeś.

— Bywało gorzej, panie.

Khaben zaśmiał się i ruszył do stołu. Monah powlókł się za nim. Dopiero teraz zauważył, że wszyscy w sali uważnie słuchali ich rozmowy, a teraz wymieniali cichsze lub głośniejsze uwagi. Usiadł, jak zawsze w podobnych sytuacjach, na końcu stołu.

— Panowie... — zaczął spotkanie Khaben. — Gwardziści! Jest kilka spraw do omówienia, ale najpierw śniadanie. Jak wiecie, mój adiutant dzisiaj zaspał, ale miał wczoraj ciężki dzień i nielekką noc, więc... Wszyscy wiemy, że mężczyzna czasami musi zrobić to, co do niego należy. Nigdy nie wątpiłem w Monaha, ale myślę, że nie wszyscy znają go tak dobrze jak ja. Zresztą to dzięki jego nocnym przygodom wymyśliłem, by się tu z wami spotkać. Pijcie, jedzcie i nie zastanawiajcie się na razie, jakie to nowiny mam wam do przekazania. Jestem głodny jak wilk, od lat nie jadłem śniadania w południe! — dokończył, uśmiechnął się ironicznie i usiadł między Askharidem a Luridhem.

Monah wiedział, że taki dobór towarzyszy jest bardzo znaczący. Luridh to prawo, Askharid — rozsądek, Khaben — władza. Wszyscy to wiedzieli i Monah był przekonany, że w głowach gwardzistów pochylonych nad miskami z piwną polewką narodziło się właśnie wiele pytań. W głowie Monaha natomiast zapanował spokój. Pojął, że Khaben wie więcej, niż adiutantowi się wydaje, i reaguje pobłażliwiej, niż ten oczekiwał. Widać adiutant ciągle nie zna dowódcy tak dobrze, jak przypuszczał...

— Jedz, Monah — mruknął Monather. — Khaben jest wściekły o tę bijatykę, ale łeb urwie ci dopiero w Domu. Może lepiej, żebyś został w koszarach, póki nie ochłonie? — zapytał i zaśmiał się pod nosem.

— Moja kwatera jest w Domu — odciął się i pochylił nad miską. Nie miał zamiaru martwić się na zapas. Poza tym, gdyby Khaben chciał go ukarać, już by to zrobił.

3

Gdy tydzień później Monah przekroczył próg celi Kariny, Przewodniczka mocno spała. Pomyślał, że ma nerwy jak postronki. Spędziła w odosobnieniu wiele godzin, choć pewnie szybko straciła rachubę czasu. Siedziała tu przecież w całkowitej samotności, bez żadnych wieści, bez odwiedzin, nawet bez przepytania na okoliczność wydarzeń w holu. Tydzień sam na sam z niewesołymi myślami... Niejeden więzień załamywał się w takich okolicznościach, a ona spokojnie spała. Musiała mieć czyste sumienie i pewność, że nic jej nie grozi.

Monah pochylił się i potrząsnął jej ramieniem.

— Pani, obudź się — powiedział.

Rozchyliła powieki i obrzuciła go szybkim, uważnym spojrzeniem. Odsunął się i usiadł na krześle przy drzwiach. Za nimi czuwał strażnik, gwardzista gotów pomóc w każdej chwili, jeśli tylko zawoła.

— Panie Monahu, jak miło wreszcie widzieć kogoś innego niż milczący gwardzista z kawałkiem chleba i kubkiem wody. Jakie wieści przynosisz? Pożyję jeszcze trochę czy też przyszedłeś mnie zabić? — zapytała, siadając i podnosząc na niego oczy. Nie było w nich lęku, raczej rezygnacja.

— Zabić — powiedział nieoczekiwanie dla samego siebie.

Przyglądając się jej, dostrzegł, jak zacisnęła pięści i jak zadrgały jej usta, ale to wszystko.

— Zabić? — patrzyła mu w oczy i wiele go kosztowało, by zachować kamienny spokój.

— Tak. Taki wyrok wydał Khaben.

— Dość radykalny.

— Zgodny z prawem.

— A ty masz go wykonać? — zapytała, nie patrząc na niego.

— Tak.

— I zrobisz to? — podniosła na niego wzrok i wpatrzyła się w jego usta. Czekała na odpowiedź.

— Tak.

Westchnęła mimowolnie. Patrzyła ciągle tak samo, uważnie i spokojnie. Tylko jej dłonie złożone na sukni nagle pobielały.

— Jak to zrobisz?

— Wolno ci wybrać. Wstań.

Uniosła się, wyprostowała i zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Zaczęła rozwiązywać tasiemkę ściągającą dekolt. Sięgnęła gdzieś między koszulkę a suknię, poszperała i wyjęła srebrzystą wstążkę. Naprawdę uwierzyła, że ją zabije, więc szykowała się na śmierć. Obserwował, jak owija wstęgę z nici przodków wokół dłoni i zaciska na niej palce.

— Powiesz mi, jak szybko to zrobisz? I bez wielkiego bólu? — zapytała, obrzucając go spojrzeniem i uciekając oczami w dół wstęgi. — Jesteś żołnierzem, wiesz takie rzeczy lepiej niż ja.

— Sama wiesz — powiedział i odchylił głowę, by zobaczyła niemal wygojoną ranę na jego szyi. — Próbowałaś tego na mnie. Wbiję ci nóż w mózg. To szybki sposób, prawda?

— Błyskawiczny — przytaknęła cicho.

— Podejdę z tyłu, obejmę cię za szyję, odciągnę głowę i jednym silnym uderzeniem zabiję. Mogę też skręcić ci kark, wtedy jest mniej krwi.

— Mam wybrać? — szepnęła.

Patrzył na pobielałe palce dłoni, na wpatrzone w niego oczy, zaciśnięte usta. Bała się, ale stała wyprostowana i dumna. Nie zamierzała błagać o litość. Oszukiwanie jej, ta okrutna gra, wydało mu się bez sensu.

— Nie. Nie musisz.

— Nie? — drgnęła zaskoczona. — Mówiłeś, że tak.

— Nie muszę cię zabijać — powiedział spokojnie, czekając, jak zareaguje. Drgnęła i napięła mięśnie.

— Inni to zrobią? Wolałabym, jeśli mogę wybierać, byś zrobił to ty. Wolę umrzeć z twojej ręki niż kogokolwiek innego.

Zaskoczyła go tym. Czy miało znaczenie, kto ją zabije? Czy śmierć będzie inna, jeśli on ją zada? Zastanowił się, patrząc uważnie na zbielałe knykcie palców zaciśniętych na sukni. I przyznał, że może miała rację. Lubił ją, pociągała go. Gdyby musiał ją zabić, postarałby się, żeby nie cierpiała. Uszanowałby jej strach, ból, jej martwe ciało. Poczuł się dziwnie. Jakby coś w nim zadrgało w sprzeciwie. Pierwszy raz pomyślał, że może nie byłoby to takie proste, jak mu się wydawało z początku. Gdyby Khaben kazał ją zabić, nigdy by się jej do tego nie przyznał. Zrobiłby to szybko, bez żadnej rozmowy, tłumaczenia, wybierania metod. Zrobiłby to? Mógłby to zrobić? Z każdą chwilą wątpił coraz bardziej.

— Nie umrzesz — szepnął. — Khaben nie kazał was zabić. Nie uważa, że to konieczne. Uznał wasz wyczyn za interesujący i nakazał nam, żołnierzom, których pokonałyście, dowiedzieć się, jak to zrobiłyście.

— Czekaj... — usiadła na brzegu łóżka, pochylając się w kierunku Monaha. — Chcesz powiedzieć, że jeszcze trochę pożyję?

— Tak — potwierdził.

Długo wpatrywała się we wstęgę przodków. Wreszcie odwinęła ją z dłoni, złożyła i wsunęła za stanik. Dłonie jej drżały. Podniosła się. Stała naprzeciw i widział, że drży coraz silniej.

— To po co ta historia o zabijaniu? — zapytała i zrobiła krok w jego stronę.

„Żebym to ja wiedział...”, pomyślał. Jednak powiedział coś całkiem innego.

— Chciałem zobaczyć, jak zareagujesz. Mała zemsta za to obezwładnienie w holu.

— Zemsta... — powtórzyła, a jej oczy zwęziły się w szparki.

— Właśnie — potwierdził znowu, ale wydało mu się, że głupio zrobił.

— Możesz wstać? Na parę chwil?

Spojrzał zaskoczony, ale bezmyślnie wstał. Cios w splot słoneczny zgiął go wpół. Długo łapał oddech.

— Tak się poczułam, kiedy powiedziałeś, że mam umrzeć. Pochyl się, będzie ci lżej oddychać, głowa na dół. O tak. Lepiej?

— Pieprz się. — z trudem chwytał oddech.

— Właściwie dla uczczenia mojego nowego życia to nawet bym mogła.

Poderwał głowę. Jej słowa spadły jak grom z jasnego nieba i ponownie odebrały mu dech. Na szczęście były to tylko słowa. Ciężko usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach, ale nie płakała.

— Czy możesz mnie stąd wypuścić? — zapytała wreszcie.

— Nie, póki nie wyjaśnisz, w jaki sposób tak zgrabnie podeszłaś mnie w holu. To było zaskakujące. Khaben kazał nam się dowiedzieć, jak nas pokonałyście. Za karę. Jeśli to zrobisz, będziesz mogła wrócić do siebie. Jednak za wydarzenia w holu Khaben nakłada na was wszystkie, biorące w tym udział, areszt. Nie wolno wam opuszczać Domu. Każda będzie miała przydzielonego gwardzistę. Przed każdym posiłkiem zbieracie się we Wspólnej, byśmy wiedzieli, gdzie jesteście. Jedna zniknie, reszta odpowie za nią. Rozumiesz?

Spojrzała uważnie, zmarszczyła czoło i wreszcie kiwnęła głową.

— Stań na środku, nauczę cię mojego tańca — rozkazała. — No dalej, nie bądź taki zaskoczony! Nauczę cię. Nie chcę tu być ani chwili dłużej! Nienawidzę tych ścian i tej ciszy!

Po kwadransie wiedział już, o co chodzi. Kazał strażnikowi odprowadzić Karinę do draińskiej części domu. Poszła, a on siedział na krześle pod drzwiami i czuł coś na kształt podziwu. Bała się, ale nie błagała o litość. Drżała, a mimo to dumnie trzymała głowę. Była piękna, odważna i zdobyła jego szacunek.

Miała swoją dumę. Miała swój honor. Była sprawna i waleczna.

Do tego przywaliła mu tak, że jeszcze go mdliło.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* Łatr — miara górnicza, ok. 2,02 m.