Krew sióstr. Złota - Krzysztof Bonk - ebook + audiobook

Krew sióstr. Złota ebook i audiobook

Krzysztof Bonk

4,1

Opis

Saga siedmiu barw – Krew Sióstr – część druga – Złota.
"Prawość, szczerość, wierność i poświęcenie. Złota siostra otworzyła złociste oczy na świat, by w duchu cnót zachodniego królestwa – zgodnie z nimi – emanować pośród swych poddanych światłem. Być jak jasny promyk nadziei, świetlisty blask słońca, opromieniający sobą innych i niosący im ukojenie oraz radość. Kodeks światła nigdy przedtem ani potem nie posiadał wierniejszej powierniczki, o której powiadano, że na jej serce składała się czysta esencja świetlistego słońca. Dzięki złotej siostrze w zachodniej krainie tarcza słoneczna zdawała się nigdy nie opuszczać niebiańskiego firmamentu, a być swoistą zasłoną chroniącą od wszelakiego zła. Tak było, aż złota siostra krwi odeszła, a w królestwie nastała era mroku” – z zapisków królewskiego kronikarza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 648

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 13 min

Lektor: Małgorzata Gołota

Oceny
4,1 (11 ocen)
2
8
1
0
0

Popularność




Krzysztof Bonk

KREW SIÓSTR. SIOSTRY KRWI

- ZŁOTA -

O TYM, CO ZOSTAŁO ZRODZONE Z MIŁOŚCI,

A CO Z NIENAWIŚCI

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-8166-074-7

Wydawnictwo: self-publishing

e-wydanie pierwsze 2019

Kontakt:bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub i mobi A3M

Spis treści
PROLOG
I. SREBRNA I EKRU
II. ZŁOTY
III. BURSZTYN ORANŻ I OZŁON
IV. SREBRNA, KASZTAN I RUDA
V. BRUNATNA, CZARNA I TABAK
VI. SREBRNA, EKRU, KASZTAN I RUDA
VII. KASZTAN I RUDA
VIII. ZŁOTY
IX. BURSZTYN I ORANŻ
X. BRUNATNA, CZARNA I TABAK
XI. SREBRNA I EKRU
XII. ALABASTER
XIII. ZŁOTY
XIV. BRUNATNA I CZARNA
XV. SREBRNA RUDA I EKRU
XVI. ALABASTER, KASZTAN I RUDA
XVII. BURSZTYN I ORANŻ
XVIII. BRUNATNA, CZARNA I TABAK
XIX. SREBRNA
XX. ZŁOTY I BURSZTYN
XXI. SZAARSZA
XXII. BRUNATNA, CZARNA I BEX-X
XXIII. SREBRNA
XXIV. ZŁOTY I BURSZTYN
XXV. SEPIA I OCHRA
XXVI. SZAARSZA
XXVII. SREBRNA I ALABASTER
XXVIII. KASZTAN I RUDA
XXIX. SZAARSZA
XXX. BRUNATNA I CZARNA
XXXI. ZŁOTY, BURSZTYN I SREBRNA

PROLOG

„Prawość, szczerość, wierność i poświęcenie. Złota siostra otworzyła złociste oczy na świat, by w duchu cnót zachodniego królestwa – zgodnie z nimi – emanować pośród swych poddanych światłem. Być jak jasny promyk nadziei, świetlisty blask słońca, opromieniający sobą innych i niosący im ukojenie oraz radość. Kodeks światła nigdy przedtem ani potem nie posiadał wierniejszej powierniczki, o której powiadano, że na jej serce składała się czysta esencja świetlistego słońca. Dzięki złotej siostrze w zachodniej krainie tarcza słoneczna zdawała się nigdy nie opuszczać niebiańskiego firmamentu, a być swoistą zasłoną chroniącą od wszelakiego zła. Tak było, aż złota siostra krwi odeszła, a w królestwie nastała era mroku” – z zapisków królewskiego kronikarza.

I. SREBRNA I EKRU

– Spóźniliśmy się – powiedziała z bólem serca do Perlisa Ekru. Oboje stali u wejścia na molo, mając za sobą po części spalony port, gdzie wojownicy z północy dobijali konające drapieżniki. Natomiast na pomoście klęczały dwie dziewczyny, srebrzysta oraz kasztanowa, a zielona kobieta spoczywała na drewnianych deskach już martwa.

Następnie Ekru obserwowała, jak srebrzysta dziewczyna przyzywa do siebie dwóch pobratymców z toporami i wskazuje im na przedstawicielkę republiki. Ta została pochwycona pod ramiona przez mężczyzn, a mimo to, cała roztrzęsiona i płacząc, dopiero siłą dała się oderwać od zwłok wiły. Wkrótce na środku pomostu pozostała już tylko srebrzysta wojowniczka w luźnych warkoczach. Klęczała nad zielonym ciałem z nisko opuszczoną głową, a z jej oczu skapywały z wolna perliste łzy.

Na ten widok Ekru ciężko westchnęła, niespiesznie podeszła do rozpoznanej przez siebie osoby, o której już wiedziała, że była legendarną siostrą krwi, służącą obecnie Alabaster. Przykucnęła koło niej i po dłuższym czasie, kiedy wreszcie doczekała się uwagi, z powagą oświadczyła:

– Wiem, kim jesteście wszystkie trzy. – Wskazała na martwą istotę, odprowadzaną Kasztan oraz Srebrną. – Widziałam wasze narodziny odpowiednio z czystej wody, głębi ziemi i drzewa życia. Zatem wszystkie jesteście siostrami krwi, choć… jedna z was jest już, jak widzę, martwą siostrą.

– To ja zabiłam Zieleń, ja… własnymi rękoma. – Srebrna z odrazą popatrzyła na swe unurzane w zielonej krwi ręce. – Uśmierciłam własną siostrę… – jęknęła z bólem. Na co Ekru odruchowo wyciągnęła ramiona, aby ją do siebie przytulić. Jednak spotkała się z gwałtownym odepchnięciem, nienawistnym spojrzeniem dziewczyny oraz jej nagłym warknięciem: – Zostaw mnie. To nie mi się należy współczucie. Ja sama nie zasługuję na nic poza przekleństwem. – Nagle Srebrna zaatakowała zajadle paznokciami swoją twarz, aż do zadania sobie ran. – Zabiłam Zieleń za gładkie policzki. Nienawidzę siebie, nienawidzę tej przeklętej łuski – złorzeczyła. Zaś Ekru, choć na licu wojowniczki widziała tylko zadrapania. To na jej dłoniach rzeczywiście dostrzegła zdrapaną łuskę. Wszak niebawem od Srebrnej odstąpiła agresja skierowana we własną stronę i niczym z morskim przypływem znowu zawładnął nią dojmujący smutek. Załamana zgarbiła się i roniąc łzy, popatrzyła cierpiętniczo daleko na morski horyzont.

Obecnie alabastrowa kobieta na dobre zamilkła i już nie próbowała nawiązać ze Srebrną kontaktu. Dotarło do niej, że nie miała do czynienia li, tylko z zimną wojowniczką północy, ale przede wszystkim wrażliwą dziewczyną, którą z powodu jej czynu właśnie przepełniało na wskroś zasadne cierpienie. Sprowokowana przez Alabaster popełniła straszną rzecz i przeżywała słuszną żałobę, jednocześnie dostrzegając skazę na własnym istnieniu.

W takiej przygnębiającej atmosferze upływał czas, gdzie Ekru oraz stojący nieco dalej Perlis jedynie dotrzymywali towarzystwa Srebrnej, podczas gdy ona nie zwracała na nich uwagi. Sami zaś mogli się czuć w zdobytym porcie względnie bezpiecznie. Bowiem jakby na to nie patrzeć, należeli do przedstawicieli alabastrowego ludu tutejszych zwycięzców, przez co ich obecność tutaj wydawała się zasadna.

Aż pod wieczór Srebrna sama zapytała Ekru kim takim ona jest i po co ją tu właściwie niepokoi? Wówczas alabastrowa kobieta, na ile mogła uczynić to taktownie, opowiedziała srebrzystej dziewczynie wszystko, co sama wiedziała na temat spraw związanych z siostrami krwi. Tak oto podzieliła się wiedzą o podstępnych uczynkach wielkiej księżnej Alabaster oraz jej tajemniczej przemianie naznaczonej czernią i czerwienią. Mówiła też o wielkim posłannictwie sióstr krwi, które alabastrowa władczyni zamierzała likwidować bądź czynić je sobie poddanymi. Wspomniała także o własnym pobycie w podlodowej krainie syren, ich więzieniu oraz wiedzy, jaką zaczerpnęła z niezwykłych sześciokątów ukazujących zarówno teraźniejszość, jak i przeszłość. Wreszcie nakreśliła wojowniczce odwieczny konflikt syren z aniołami, gdzie Alabaster miała być przedstawicielką anielskiego rodu, a Srebrna jej naturalną antagonistką w postaci potomkini srebrzystych syren. Podsumowując zaś swój wykład, poprosiła dziewczynę o wsparcie przeciw wielkiej księżnej. Ponadto zasugerowała uwolnić zatrzymaną Kasztan, która także miała być legendarną siostrą, tyle że o kasztanowej krwi.

Niestety ku wielkiemu rozczarowaniu Ekru Srebrna bynajmniej nie zamierzała spełnić jej oczekiwań i to żadnych. A wręcz ją oraz Perlisa poleciła zatrzymać i uwięzić razem z kasztanową dziewczyną. Obwieściła też, że wszyscy zostaną przekazani w łańcuchach wielkiej księżnej Alabaster. Mimo błagań i nalegań Ekru wojowniczka nie zamierzała wyjawić jej nawet powodu swej decyzji. Oczy srebrzystej dziewczyny stały się nagle pociemniałe i wydawała się ona głucha na głosy rozsądku oraz ślepa na prawe wskazania. Jej charakter stał się raptem nieprzejednany i bezwzględny zarazem. A skoro tak, to zdruzgotana taką postawą Srebrnej Ekru skapitulowała, po czym z Perlisem dała się uwięzić w drewnianej komórce na terenie zdewastowanego portu.

*

– Na zimny honor, na mróz i lód… – wyszeptała bezradnie srebrzysta siostra krwi, gdy została sama. Przejrzała się w niezmąconej tafli ciemniejących wód wielkiego morza i zupełnie bez wyrazu dodała: – Nie mam już honoru… nie może go mieć morderczyni własnych sióstr. A mróz i lód? Ten pierwszy zapewne odejdzie, a drugi stopnieje. Przeminą, jak wszystko poza smutkiem spowodowanym przez wydarzenia, których nie można już zmienić, nie da się ich cofnąć. – Popatrzyła ze skierowanym ku sobie wyrzutem na zimne ciało wiły. Straciło ono już swój żywy odcień zieleni i ta była teraz matowa oraz martwa. Tak martwa, jak czuła się w głębi siebie srebrzysta dziewczyna, do której, niczym falujące w pobliżu morze, przychodził rozdzierający żal, to brał ją w objęcia narastający gniew i frustracja.

Z powodu tych ostatnich odczuć splunęła na swoje odbicie w wodzie. Pomyślała ze wzgardą, że takie osoby, jak ona, czy Alabaster wciąż żyły i miały się całkiem dobrze. Podczas gdy najszlachetniejsze siostry krwi umarły, jako pierwsze. W końcu miała teraz w sobie krew Złotej oraz Zieleni, przez co czuła całą sobą, że te istoty ją przewyższały i były od niej pod każdym względem czystsze, lepsze. One jednak już na dobre odeszły, a czas sprawi, iż nie pozostanie po nich nawet wspomnienie. Natomiast ona, która za urodę czy przyszłą chwałę zaprzedała srebrzystą duszę, mogła dalej czynić niegodziwości i jeszcze oczekiwać za to sowitej nagrody. Ot, choćby dokonać, wydawałoby się, niemożliwego i w przyszłości stanąć na ślubnym kobiercu u boku złotego księcia.

Czy zatem w imię świetlanych ideałów, jakimi szczyciły się Zieleń oraz Złota powinna porzucić służbę u Alabaster? Wypowiedzieć jej wojnę i jako szlachetna siostra krwi chronić teraz ze wszystkich sił Wielką Puszczę? A w zamian zapewne marnie skończyć zabita skrytobójczo trucizną lub honorowo zginąć w walce? A może raczej wypadało wreszcie dorosnąć i spojrzeć na świat bez zafałszowań nie srebrzącym się jasno wzrokiem, ale trzeźwo na taki kontynent Unton, jakim naprawdę on był. Okrutny, bezwzględny i nagradzający za takie przywary. Do tego depczący słabych, naiwnych oraz łudzących się, że swoją dobrocią mogą coś zmienić. Otóż nie, nie mogli niczego zmienić, poza zaniesieniem sobie własnej zguby. Doskonale zobaczyła to na przykładzie swych sióstr i w tej chwili, mimo doznawanego bólu po śmierci wiły, przeważał w niej zimny upór.

Dlatego ostatecznie powzięła decyzję, iż nie będzie kolejną ofiarą własnej słabości. Nie spełni ostatniej woli Zieleni, skazując się na udrękę czy wzgardę, a pozostanie wierna wielkiej księżnej Alabaster. Zaś za swą oddaną służbę będzie nagrodzona w przyszłości miłością księcia Złotego i wtedy u jego boku ukoi swe wszystkie smutki. W końcu w alabastrowym lustrze taką widziała dla siebie wizję. I właśnie to białe lustro wybrała w ptaszarni Alabaster, a potłukła o parkiet tamto przeklęte oraz srebrzyste, w którym już nigdy nie chciała oglądać swej odrażającej łuski.

– Pani. Przybywam, aby zdać raport. – Naraz dziewczyna usłyszała za sobą zdecydowany męski głos. Spojrzała przez ramię i zobaczyła dowódcę jeźdźców gryfów, Alabasa. Ten skłonił się lekko, po czym zgodnie z zapowiedzią zdał relację z przeprowadzonej dotychczas akcji: – Port został z sukcesem zajęty. Jednak spłonęła połowa budynków, a wiele jest nadpalonych. Znacząco spowolni to wznowienie prac szkutniczych, przez co wielka księżna nie będzie całkiem zadowolona. – Ostatnie zdanie Alabas raczył cierpko zaakcentować i już naturalnym głosem kontynuował: – Z pozytywów należy wymienić te, iż placówkę portową zajęto praktycznie bez strat, a wróg uległ całkowitemu pogromowi. Tym samym uzyskaliśmy też zapas mięsa z zabitych zwierząt, który dla srebrzystych najemników wystarczy na wiele miesięcy. Nadwyżkę żywności przechowamy zamrożoną w górach. Ponadto posiadamy licznych jeńców, w tym trzy osoby o kasztanowej skórze, dwie o alabastrowej oraz… blaszanego osobnika.

– Blaszanego? – Skrzywiła się na twarzy Srebrna, która pogrążona we własnych rozterkach, aż do tej pory puszczała słowa mężczyzny mimo uszu. Teraz jednak zaintrygowana dopytała. – Co to za rasa?

– Blaszana. – Alabas bezradnie rozłożył ręce, dając obrazowo do zrozumienia, że większą wiedzą nie dysponował. – Aby stwierdzić coś więcej, niezbędne będą stosowne przesłuchania – dodał.

– Dobrze… coś jeszcze? – rzuciła znowu obojętnie dziewczyna. Na co dowódca gryfów wskazał na martwą wiłę, a potem morską toń i zasugerował:

– Jeśli można…

– Nie, nie można – syknęła Srebrna, rozumiejąc, że mężczyzna chciał zepchnąć Zieleń do wody. Następnie odgarnęła sobie z twarzy srebrzyste włosy z rozplecionego warkocza i zapytała: – Czy wśród zatrzymanych istot są jakieś zwierzęta?

– Brązowy pies – padła odpowiedź.

– A z istot lasu?

– Mamy kilka kulawych niedźwiedzi, chyba dwa lwy z połamanymi łapami i watahę wilków, która z podkulonymi ogonami się poddała. Zatrzymaliśmy te zwierzęta przy życiu, ponieważ w takiej formie mięso nawet w cieple nie ulega zepsuciu.

– Zielone mięso może i nie, ale alabastrowe już chyba uległo. – Srebrzysta dziewczyna popatrzyła z jawną niechęcią na Alabasa, dając mu do zrozumienia, jakie mniemanie miała o jego pragmatyzmie oraz wyrachowaniu. Potem głęboko westchnęła zmęczona spawami związanymi z dowodzeniem i wreszcie przyjęła pionową postawę. Wtedy też zakomenderowała. – Zabraniam ruszać stąd wiłę. A teraz zaprowadź mnie do ocalałych zwierząt.

– Sami możemy je zlikwidować, jeśli taki jest rozkaz – spróbował odgadnąć zamysł swej zwierzchniczki Alabas. Na co ta gniewnie warknęła:

– Zaprowadź mnie do zwierząt!

– Tak jest. – Mężczyzna spokorniał i ruszył pomiędzy poczerniałymi od ognia drewnianym ścianami budynków do serca portu. Na miejscu przystanął przy jednej z komórek i pilnującym drzwi wojownikom z północy polecił otworzyć wrota.

Zanim jednak Srebrna samotnie wkroczyła do wnętrza, spojrzała jeszcze na jedyny w swoim rodzaju zachód słońca na skraju Wielkiej Puszczy. Niebo nad lasem stawało się malachitowe, jakby ciężkie, a jasne dotąd pistacjowe słońce wydawało się więdnąć, przechodząc w ciemniejszą barwę morskiej i butelkowej zieleni. Ten obraz zachodzącego słońca nieznośnie przywodził na myśl gasnące oczy oraz życie wiły. Przez co wojowniczka szybko oderwała od niego srebrzysty wzrok, by znowu nie dławić się smutkiem i zaraz była już w krytej zagrodzie.

W środku zobaczyła wiele większych i mniejszych zwierząt z nadpalonym futrem w różnych odcieniach zieleni. Wszystkie siedziały bądź leżały pod ścianami. Wiele miało podkulone ogony i lizało sobie poparzone części ciała, jednocześnie ze strachem w oczach spoglądając na przybyłą dziewczynę.

Ona z niesmakiem odganiała od siebie wyrzuty sumienia. W końcu obserwowała właśnie owoc własnych działań, swego wielkiego zwycięstwa nad istotami lasu. Powinna więc napawać się dumą. Lecz zamiast tego, patrząc na okaleczone dzieci lasu, odbierała w sobie tylko rozpacz wiły, która była niczym jej własna. Nie walczyła z tym uczuciem, nie chciała już walczyć, nie dziś. Dlatego poddała się krwi Zieleni w sobie. Kiedy zaś zwierzęta odczuły w niej bratnią i zieloną duszę, wtedy nabrały do niej ufności. Zaczęły popiskiwać żałośnie, to przymilnie. Niektóre podchodziły do Srebrnej i ocierały się o nią lub lizały po nogach. W efekcie dziewczyna nawet się nie zorientowała, gdy otarła z oczu łzę – ta była zielona.

– Uwalniam te zwierzęta – powiedziała do stojącego za nią Alabasa.

– Ale…

– Bez dyskusji! – wrzasnęła dziko dziewczyna, dając tym samym upust znowu ścierającym się w niej sprzecznym, za to niezwykle silnym, emocjom.

Od tej pory żaden człowiek o nic już jej nie pytał, ani też nie próbował stawać na drodze. Ona natomiast wyjęła z zawiasów drzwi i pociągnęła je za sobą. Za nią poszły potulnie uwięzione dotąd zwierzęta.

Po drodze wojowniczka zdjęła z dwóch gryfów uprząż, która także znalazła się na drzwiach. Kolejny postój odbył się koło molo. Tutaj Srebrna ułożyła Zieleń na przytaszczonych wrotach, które połączyła wiązaniami z uprzężą gryfów założoną następnie na parę kulawych niedźwiedzi.

Od tego momentu żałobny kondukt pod przewodnictwem srebrzystej dziewczyny już się nie zatrzymywał. Wkrótce minął otwartą bramę w południowej części palisady i odprowadzany podejrzliwym wzrokiem przez ludzi, zniknął w mroku zielonej nocy oraz gęstym listowiu zielonego lasu.

Z czasem, już głęboko w leśnych kniejach, do pochodu przyłączały się inne zwierzęta nieprzeliczonych gatunków, a była ich cała rzesza. Do tego każda istota co pewien czas wydawała typowe dla swego rodzaju żałosne kwilenie, rozpaczliwy skowyt, czy smutny pisk. Zaś kierunek trasy ciągle wyznaczała Srebrna, która niczym za zieloną rękę, była prowadzona naprzód przez wewnętrzny głos swej leśnej siostry.

Aż po całonocnej marszrucie wraz ze wschodem złocisto-pistacjowego słońca, mieniącego się radosną barwą niczym żywe i iskrzące oczy Zieleni, żałobna procesja stanęła w sercu puszczy na rozległej polanie. Na jej środku dominował jakby olbrzymi posąg przedstawiający siedzącą wiłę z wysuniętą dłonią zwróconą wnętrzem ku niebu. Natomiast sama rzeźba sprawiała wrażenie nie wyciosanej z kamienia czy drewna, a uplecionej z roślin.

Wszak ku zaskoczeniu Srebrnej owa rzeźba okazała się na swój sposób autentycznie żywa. Albowiem, kiedy ciało wiły znalazło się w zasięgu ramion posągu kobiety, ta, niczym żywy monument, się poruszyła i wyciągnęła ręce po martwą istotę. Chwyciła Zieleń i przysunęła do własnego serca, potem do ust, po czym ją ucałowała. Następnie monumentalna kobieta zamknęła swe oczy, podobnie jak dłonie ze spoczywającą w nich wiłą i w takiej niezmiennej pozie już pozostała.

Tak oto dokonał się pochówek Zieleni. Zaś przybyłe na pogrzeb leśne zwierzęta, całe tysiące, czuwały jeszcze długi czas w absolutnym bezruchu i ciszy. Wśród nich była też Srebrna, która w końcu nie wytrzymała znowu atakujących ją wyrzutów sumienia i ruszyła samotnie w drogę powrotną do portu. Choć po drodze zmęczenie wzięło u niej górę, przez co znalazła sobie przytulną dziuplę. A w niej, niczym sama wiła, zwinęła się w kłębek i słodko usnęła, samej czując się wiłą.

II. ZŁOTY

Krajobraz po kolejnej przegranej bitwie był to istny obraz nędzy i rozpaczy gdzieś pośród na wpół zamarzniętych mokradeł na północnym zachodzie kontynentu Unton. To tutaj schroniła się grupa srebrzystych uchodźców. Na szczęście świętej pamięci Marrengo zawczasu zadbał o dostateczną ilość koni niezbędnych do ewakuacji cywili z centralnych klanów. Dzięki temu nie wpadli oni w mocarne łapy srebrnej olbrzymki. Zaś książę Złoty wykazał się niezbyt chlubnym wyczynem po ucieczce z pola bitwy i w pierwszej napotkanej wiosce klanu Srebrzystych Traw ukradł płowego rumaka, za którego sprawą dołączył do uciekinierów. Tymczasem wśród nich atmosfera przygnębienia sięgnęła błotnistego i antracytowego w swej barwie dna, gdzie próżno było szukać choćby nikłego światełka srebrzystej nadziei.

Książę jak najbardziej dostosował się duchem do wisielczych nastrojów towarzyszących mu mieszkańców północy. Zresztą sam pozbawiony złocistej zbroi, za to cały w ciemnym błocie i popielatym bandażu na głowie, praktycznie nie wyróżniał się wyglądem z tłumu. I rad był nawet z tego powodu. Ponieważ dzięki temu mniej osób go rozpoznawało, przez co nie musiał znosić pod swym adresem aż tylu cierpkich wyrzutów oraz szyderstw. A kiedy akurat mu nie złorzeczono, sam czynił to uparcie w odniesieniu do własnej osoby. W depresyjnym umyśle wymieniał kolejne zasady kodeksu światła, którym w swoim mniemaniu się sprzeniewierzył:

„Prawość” – wyartykułował w myślach, zasiadając samotnie przy ognisku z szarych gałęzi, z którego dobywał się siwy dym, ginący w mroku grafitowej nocy. Otóż wspomniana prawość stanowiła pierwszy punkt kodeksu światła. Złoty natomiast uważał, że złamał prawo, zrzekając się dobrowolnie królewskiej władzy. Albowiem to on był prawowitym następcą tronu i fakt, że nie został królem, aby ratować krainę, nie zmieniał tego, że nie podporządkował się odwiecznym zasadom.

„Wierność” – wymieniał dalej. Czy zatem zachował wierność? Ależ oczywiście, że nie, ponieważ odkąd wziął ślub z damą o imieniu Bursztyn, zdradzał ich związek codziennie, myśląc z miłością o Srebrnej. I to nawet po tym, jak się dowiedział, iż srebrzysta dziewczyna już z tego okrutnego światła odeszła. Od tego momentu bowiem wręcz wył za nią z bolesnej tęsknoty.„Prawdomówność” – Czy był kłamcą? Niewątpliwie, bo w swej mowie przed wyruszeniem na północną kampanię obiecywał złocistym rycerzom jedynie chwałę i sławę. Podobne zapewnienia czynił nawet przed ostatnią przegraną bitwą, samemu na dobre już we własne obietnice nie wierząc. I co się ostatecznie ziściło? Bardzo nieliczni rycerze, którzy zdołali przeżyć morderczą wyprawę na północ, zostali wzięci do niewoli. Ot, cały ich splendor i zaszczyt. Jemu prawdopodobnie, jako jedynemu się upiekło, zdołał uciec. Zatem zhańbił się dodatkowo brawurową ucieczką i ten ostatni czyn dobitnie przekreślał ostatni punkt kodeksu światła, mianowicie poświęcenie.

Otóż nie, nie poświęcił się, aby walcząc do końca, być może komuś innemu dać szansę ratunku. Za to w natychmiastowym odwrocie okazał się niedoścignionym biegaczem, a potem jeszcze złodziejem, kontynuującym upokarzający odwrót na skradzionym rumaku. To dopiero był Złoty książę, bohater, mający do tej pory ambicje być powiernikiem świetlistego kodeksu – gorzko zakpił z siebie młodzieniec.

Gdy tak się torturował własnymi myślami, stanęła przy nim para zakapturzonych jeźdźców w jasnozłocistych szatach – dość obcisłych płaszczach. Jeden z przybyszy rozejrzał się po okolicznych ogniskach, gdzie w grupkach siedzieli ludzie północy, aż lekceważąco rzucił pytanie do księcia:

– Ej, szaraku, mówi do ciebie pan z królestwa, goniec z samego złotego pałacu. Ponoć to obóz niedobitków z bitwy na szarej równinie. Zatem wiesz może, gdzie znajdę księcia Złotego, który brał w walce udział?

– Jest martwy – odpowiedział zgodnie z rzeczywistym stanem swego ducha młodzieniec.

– Jesteś tego pewien? – dopytał obojętnie jeździec. Zaś w odpowiedzi usłyszał:

– Jak niczego na świecie. Bowiem osobiście byłem świadkiem całkowitego upadku i haniebnej klęski księcia, w której podeptał on kodeks światła.

– Skoro tak twierdzisz… – mruknął pod nosem złocisty mężczyzna i krzywiąc się na twarzy, z pretensją przemówił do kompana: – Wreszcie odnaleźliśmy tych szarych nędzników i co słyszymy? Książę jest trupem, do tego mamy naocznego świadka. Co prawda brudnego obdartusa z północy, ale tutejsi ludzie są zbyt głupi, aby kłamać, więc chyba można mu zawierzyć. I w sumie to chyba powinno wystarczyć księżnej Bursztyn, nie uważasz?

– Musi – dodał znużonym głosem drugi z mężczyzn. – W końcu książęce truchło i tak zgniło już zapewne w tutejszym klimacie. Zatem więcej dowodów książęcej śmierci i tak nie zdobędziemy. A ja dość mam tej wilgoci, zgnilizny oraz zimna, czy podłego jedzenia. Wracamy do zachodniego królestwa – podsumował, po czym zwrócił się jeszcze do Złotego: – Strudzeni jesteśmy po podróży. Przysiądziemy się do ognia, odpoczniemy. – I nie czekając na odpowiedź, już zsiadał z kamratem z konia. Książę z kolei odruchowo wykonał zapraszający gest ręką i dalej siedział osowiały. Zaś przybyli mężczyźni zajęli miejsca koło niego przy ognisku. Następnie przystąpili do spożywania skromnej wieczerzy z pożółkłych sucharów.

W pewnym momencie jeden z gońców wyjął z kieszeni złocistą kartkę i rzucił w płomienie. Lecz żwawszy podmuch wiatru wyrwał nadpalony skrawek papieru z jakby ognistych dłoni i palców. Złoty podniósł go z zamiarem zwrócenia prawowitemu właścicielowi, czyli płomieniom. Wszak dostrzegł napis określający nadawcę oraz adresata listu: „Księżna Bursztyn do ukochanego księcia Złotego”. Smutno uśmiechnął się na ten widok i postanowił przeczytać list.

„Drogi, najdroższy. Ukochany, najukochańszy. Jedyny, złoty. Doszły mnie już niepokojące wieści o piętrzących się problemach, jakie napotkałeś na swej drodze po wieczną chwałę. Aczkolwiek wiedz, iż bezgranicznie ufam w twe bohaterskie męstwo i każdego słonecznego dnia wyglądam twego triumfalnego powrotu. Albowiem ma czysta miłość do ciebie przekonuje mnie, że mimo wszelakich przeciwności powrócisz do mnie zwycięski. Jednakże pragnę, mój ukochany, zaznaczyć, iż nawet gdybyś nieszczęśliwym zrządzeniem losu nie zakończył północnej kampanii sukcesem, to mego gorącego uczucia i oddania twej osobie nic nie zmieni. Bowiem tak, jak codziennie podziwiam na niebie wschodzące słońce, a z zachodem je żegnam, tak rankiem wyczekuję świetlistych promieni na równi z tymi przesłoniętymi ciemnymi chmurami. Tako i na ciebie czekam z utęsknieniem niezależnie od tego, w jakim blasku powrócisz. Ponieważ wielbię jasność także w pochmurne dni i z radością powitam cię również bez odniesionego zwycięstwa, aby jako wierna żona nieść ci otuchę i należycie wesprzeć w zdobyciu przyszłej chwały”.

Po tym odczycie książę poczuł się ponownie gnębiony, ale obecnie przez własny wstyd. Oto uświadomił sobie, że w obliczu własnej klęski i gardząc sobą, wzgardził też swą tak szlachetną małżonką, która przecież w żadnym razie na to nie zasłużyła. Więcej, z miłości do niego wyczekiwała go nawet, jako przegranego oraz tchórza. Azaliż czy mógł także i ją zawieść? Czy miał do tego w ogóle prawo? Otóż nie, takiego prawa sobie odmawiał, a wręcz poczuł teraz do Bursztyn coś na kształt prawdziwego uczucia. W końcu czy mógłby dłużej pozostawać zupełnie obojętny wobec tak szczerych dowodów miłości skierowanych do własnej osoby? Do tego płynących od postaci, która wydawała się na wskroś dobra, czysta i niewinna, niczym sam jaśniejący promyk bursztynowego światła. Więc Bursztyn niewątpliwie taka właśnie była – ukochana. A skoro tak, to po raz pierwszy od przegranej bitwy Złoty nawet ciepło i z ulgą pomyślał o powrocie do królestwa.

Przeto spojrzał z rozbudzoną naraz nostalgią w południowo-zachodnią stronę. I już chciał zakomunikować złocistej parze gońców, że oto książę Złoty jednak cudem ocalał z pogromu i mają go tuż przed sobą we własnej osobie! Wszak nie zdążył, ponieważ, kiedy ciepła myśl o żonie malowała na jego twarzy coraz szerszy uśmiech, ten zaczął gasnąć wobec zasłyszanych słów złocistych mężczyzn:

– I po co była ta cała heca ze Złotą, córką króla, hm…? – mruknął ponuro jeden z przybyszy, przegryzając niemrawo kawałek suchara.

– Ano naszej bursztynowej zleceniodawczyni się widziało, że aby zdobyć i usidlić księcia najlepiej będzie się pozbyć Złotej, wysyłając ją podstępem w mrok – westchnął drugi goniec, po czym już całkiem zrezygnowany dodał: – A tu taki pech. Bezsensowna potyczka na północy i Złoty panicz już nie dycha, przez co nici z wyśnionego mężusia.

– Księżna nie przyjmie tego dobrze – zauważył pierwszy mężczyzna. Na co jego kamrat wzruszył ramionami i racząc się wodą z bukłaka, pomiędzy kolejnymi haustami rzekł:

– Tego nie wiemy, czy książę rzeczywiście drogi był sercu naszej pani niczym kropla wody spragnionemu na pustyni. Może po prostu pragnęła małżeństwem się wżenić w zacniejszy ród, by się wywyższyć. Bo wiesz, niektórzy z możnych żywią się władzą, jak my chlebem. – Popatrzył wymownie na konsumującego suchary kompana. Potem wyjął z kieszeni złocistą buteleczkę i wylewając z niej do ognia zielonkawy płyn, posępnie dodał: – Mimo wszystko odczuwam ulgę, iż zaniesiemy naszej pani wieści o zgonie księcia w boju, a sami nie będziemy go truć tym paskudztwem na zlecenie Ozłona. Niby uczyniłby nas za ten występek bogaczami, ale nie podzielam jego opinii, że pozbawilibyśmy życia zdrajcę korony oraz tchórza. – Przeniósł wzrok na kompletnie osowiałego Złotego i lekceważąco do niego rzucił: – A ty co taki drętwy i sztywny tu siedzisz, szaraku, zupełnie jakbyś zamarzał po połknięciu sosnowego pniaka? Zanuć może jakąś pieśń z północy. Coś smutnego albo o srebrzystych i chętnych dziewkach witających ochoczo złocistych przybyszy, he, he… – Puścił młodzieńcowi oko. Lecz zaraz je zmrużył i podejrzliwie stwierdził: – Toż ty nie jesteś chyba rasowym szarakiem, bo choć pokryty szarym błotem, to świecisz tu złocistymi oczyma. Może więc mamy tu dezertera z ostatniej bitwy, gdzie poległ chwalebnie książę Złoty, co? – wychrypiał gniewnie. Gdy wtem młodzieniec przybrał na twarzy wzgardliwy wyraz. Gwałtownie wstał i wyciągnął nóż, jedyną broń, jaką obecnie posiadał.

– Wynoście się stąd, ale już! Nie chcę was widzieć, podobnie jak nigdy więcej waszej bursztynowej pani. Na miłość siostry Złotej, zejdźcie mi z oczu, bo nie ręczę z siebie! – Zamachnął się ostrzem na bliższego z gońców. Ten, początkowo osłupiały, został pociągnięty za ramię przez kompana. A za chwilę obaj jeźdźcy siedzieli już asekuracyjnie na złocistych rumakach.

– Przeklęci dezerterzy plugawiący kodeks świata, oby ich noga nigdy już nie skalała złocistej ziemi. – Jeden z mężczyzn splunął w kierunku Złotego, po czym obaj popędzili rumaki, odjeżdżając w grafitową noc.

Tak oto książę został przy popielatym ognisku bez dotychczasowych biesiadników za to z ciągle buzującym w nim wzburzeniem. Myśl, że jego małżonka Bursztyn mogła się bezpośrednio przyczynić do śmierci królewskiej córki, była doprawdy druzgocąca. Zaś narastający gniew z tego powodu nie mógł znaleźć ujścia. I bynajmniej nie zmniejszało go zawzięte uderzanie nożem w ognisko oraz posyłanie w mrok nocy srebrzystych iskier. Książę całym sobą czuł, że aby nie zaczął wyć z wściekłości, musiał uczynić teraz coś absolutnie spektakularnego, co odciągnie jego umysł od bólu, zdrady czy pohańbienia.

Za chwilę już wiedział, na co się porwie, niczym z motyką na słońce i na ten przeklęty czas nie dbał o konsekwencje. Za to energicznie skierował swe kroki pomiędzy pobliskich ludzi północy. Stanął pośrodku obozowiska i na całe gardło z prawdziwą pasją się wydarł:

– Dość porażek w imię zimnego honoru! Dość klęsk podszytych kodeksem światła! Na mróz i lód, na światło słońca, czas zacząć walczyć tak, aby przede wszystkim zgnieść wrogów oraz zesłać im sprawiedliwą karę. Zatem ja, książę Złoty, który walczyłem już przy was, obecnie pragnę was poprowadzić. Oto apeluję, abyśmy wszyscy otrząsnęli się po przegranej i założyli nowy zwycięski klan. Klan Srebrzystej Światłości ku zgubie naszych nieprzyjaciół! – Młodzieniec uniósł nóż tak wysoko, jak tylko mógł. Wówczas z okolic jednego z ognisk rozbrzmiał szyderczy głos Mysi:

– Ktoś tu chyba przesadził z pitnym miodem, ale dobrze już sfermentowanym. Ten najwyraźniej skutecznie pomieszał pożółkły umysł słabego człowieka z królestwa.

– Nie jestem słaby! Nie jestem słaby! – zagrzmiał w uniesieniu książę. – Myślę trzeźwo, jak nigdy, niezaślepiony na tej szarej ziemi w tę grafitową noc nadmiarem światła. Albowiem zdałem sobie sprawę, że nasz świat nawet pod jasnym słońcem jest zbrukany mrokiem, a przewodnią rolę przejmują w nim kłamcy oraz okrutni ludzie. Zrozumiałem, że trzeba walczyć z nimi, także uciekając się do niecnych działań i nie bać się splamić sobie rąk. Dlatego rzucam rękawicę każdemu, kto się sprzeciwia mej przewodniej roli nad wami. A wasz zimny honor nakazuje wam przyjąć wyzwanie. Zatem?! – Młodzieniec wyciągnął przed siebie nóż w poziomie i obracając się wokół własnej osi, spoglądał gorejącym świetlistością wzrokiem po strudzonych ludziach północy.

– Dobrze, niech będzie pojedynek. Srebro przeciw złotu. Mróz wobec światła! – wrzasnęła nagle Mysia i dumnie wstała. Na co książę popatrzył na jej niepozorną sylwetkę i nieco tonując emocje, oznajmił:

– Z tobą nie będę walczył…

– Ależ oczywiście, że nie ze mną, a z nim. Zmierzysz się z Popielem! – Dziewczyna wskazała na siedzącego za nią skrytego w mroku starego już mężczyznę, ale swoją tężyzną zdecydowanie przewyższającego wszystkich w obozie.

Wobec wyznaczenia go do walki ten wojownik niespiesznie wychylił się do przodu, ukazując swą niedźwiedzią posturę w blasku księżyca. Podniósł wzrok i wbił srebrzyste spojrzenie w Złotego. On zaś dostrzegł twarz niemal pozbawioną człowieczego wyglądu, gdzie jedne blizny zachodziły na drugie, kwadratowy podbródek był przesunięty w lewą stronę, za to nos w prawą. Do tego czoło nosiło ślady jakby wgnieceń, a jedna z kości policzkowych wystawała na zewnątrz i nie była obciągnięta skórą.

– Niech tak będzie, walczmy… – jęknął po dokonanych oględzinach Złoty, który obecnie już nie przejawiał tak nieprzejednanego zapału do walki. Wszak nie miał też zamiaru rzucać swych słów na zimny wiatr i tchórzliwie wycofywać się z pojedynku.

Ten miał się rozegrać dosłownie za chwilę. Ponieważ srebrzyści ludzie północy zgodnie powstali i otoczyli kręgiem Popiela oraz Złotego, a także kilka palących się ognisk między przeciwnikami. Zaś dzięki dostatecznej ilości światła z płomieni, zadzierając głowę, książę mógł teraz podziwiać starego wojownika w całej okazałości, jak również jego broń. Oto odziany w niedźwiedzie futra czempion północy zademonstrował w potężnych łapach monstrualną siekierę. Zważywszy na rozmiar jego oręża oraz górującą nad innymi sylwetkę, można było go wziąć nieomal za olbrzyma powołanego na ten świat do wykarczowania Wielkiej Puszczy. Lecz książę tylko przełknął ślinę na myśl, iż na ten czas ów wojownik w przenośni miał do ścięcia tylko jedno drzewo, za to jawiące się tuż przed nim i złote. A mówiąc wprost, zadanie posępnego Popiela stanowiło zdekapitowanie Złotego.

– Walczcie! – Mysia wręcz rozdarła piskliwym krzykiem przestrzeń, czym dała jednoznaczny sygnał do starcia. W odpowiedzi książę skoncentrował uwagę już tylko na potężnym przeciwniku. Czekał, aż ten, jak na berserka północy przystało, szaleńczo zaatakuje, aby sam mógł zręcznie zejść z linii ciosu siekierą i skutecznie kontratakować. Jednak szybko zrzedła mu mina, gdy zauważył, że stary wojownik miał już srebrzyste dni swej świetności dawno za sobą i nie kwapił się z szarżą. Zamiast tego czekał biernie, stojąc w defensywnej postawie. A niestety tak się składało, że to Złoty był tym, który rzucił wyzwanie, więc w obliczu pasywnego przeciwnika sam musiał przejąć inicjatywę. Dlatego omijając ognisko dzielące go od rywala, ruszył ostrożnie z wyciągniętym nożem ku Popielowi. Ten wykonał niby od niechcenia wymach siekierą. Lecz w efekcie jej potężne okucie poszybowało z niesamowitą szybkością i siłą. Jednak przede wszystkim broń ta była niesamowicie dalekosiężna, przez co Złoty musiał się ratować gwałtownym skokiem w tył. Kolejne jego podejście także skoczyło się fiaskiem oraz unikiem, który niefrasobliwie zwieńczył pacnięciem tyłkiem prosto w ognisko.

Ku swojej zgubie w płomieniach zabawił nieco zbyt długo, ponieważ wyskoczył z nich dosłownie z płonącym siedzeniem. Kiedy zaś przy wtórze chichotów tłumu, zaczął się gorączkowo klepać po pośladkach, gasząc ogień, Popiel wreszcie energiczniej zaatakował. W odpowiedzi, unikając głowni siekiery, książę ruszył do panicznego odwrotu. A czynił to, nie zważając na spowite ogniem siedzenie, czym obecnie wzbudził już gromkie salwy śmiechu publiki. I to do tego stopnia mocne, że niektórzy z obserwatorów padli na ziemię i chwycili się ze śmiechu za boki. Jednakże widok był doprawdy jedyny w swoim rodzaju. Choć Złotemu, który walczył o życie, wcale nie było zabawnie, gdy poza kontynuowaniem ucieczki musiał też ugasić płomienie!

Wreszcie uczynił to skutecznie za sprawą dobrej duszy z kręgu imieniem Myszelda, która podrzuciła mu ubłoconą ścierkę. Książę czym prędzej obwiązał się tkaniną poniżej pasa i z niewysłowioną ulgą przyjął ugaszenie pożaru oraz kojącą wilgoć na poparzonym tyłku. Wszak pokrzepiony również tym, że wśród widowni miał najwidoczniej sprzyjające mu osoby, zwrócił się odważnie frontem do ścigającego go przeciwnika.

Ten, wyglądający w swych grubych futrach niczym uzbrojony niedźwiedź, od dłuższego czasu nie ustawał w ociężałej pogoni. Zaś Złoty w jasnożółtym ubraniu, ale dokładnie pokrytym zaschniętym błotem, w końcu przystąpił do kontrataku. Przeturlał się pod wymierzonym w niego ciosem siekierą, po czym zderzył z masywnymi nogami Popiela. I już chciał wziąć zamach nożem na dolne kończyny przed sobą, gdy raptem w jego plecy wczepiła się monstrualna graba i północny podniósł go wysoko. Następnie cisnął nim z impetem o zmrożony grunt.

W efekcie książę stracił oddech oraz na moment także widoczność od zderzenia głową z podłożem. A kiedy znów spojrzał do góry, nie zobaczył spodziewanego tam ostrza siekiery, mknącego prosto na jego twarz, ale Mysię. Ona ze złośliwym uśmiechem patrzyła na niego i tłumaczyła coś do ucha pochylonemu nad nią Popielowi. Wojownik pokiwał srebrzystej dziewczynie zdeformowaną głową i zamiast siekierą, poczęstował księcia kopniakiem. Lecz nie za mocnym, jedynie takim, aby Złoty przeturlał się przez ognisko, a nie stracił przytomności z powodu obrażeń.

Wtedy dotarło do niego, że Mysia zaplanowała dłuższe przedstawienie związane z jego udziałem, a właściwie to pastwieniem się nad nim. Osobiście jednak ciągle daleki był od myśli o porażce i sądził, że miał jeszcze parę asów w rękawie. Leżąc, na początek spróbował ścisnąć porządnie za rękojeść swego noża. Wszak wówczas się zorientował, że już go nie miał w dłoni, gubiąc gdzieś po drodze.

Rozejrzał się więc za złocistym ostrzem i nagle znów otrzymał kopniaka w bok, który tym razem odrzucił go aż do tworzących okrąg srebrzystych gapiów. Ci najwyraźniej wczuli się w prezentowany poziom pojedynku, bo sami bezpardonowo popychali księcia, by ten wracał do centrum bitewnego placu. On z kolei niestety nie widział możliwości kontynuacji walki bez swego oręża. Zaś w jego poszukiwaniu żwawo pobiegł na czworakach pomiędzy ogniskami.

Tym samym ponownie wzbudził wśród widowni pusty śmiech, a osobiście poczuł się, jak kiepski aktor teatralnego przedstawienia. Choć chyba raczej złoty błazen w czasie własnej egzekucji. Ale tylko do momentu, aż podczas swej rozpaczliwej gonitwy nie dostrzegł wreszcie połyskującego na ziemi ostrza. I już chciał je pochwycić wręcz z uczuciem, niczym ukochaną w ramiona, lecz nóż został przydepnięty ubłoconymi onucami Popiela. Złoty rozpaczliwie złapał za nogę wielkoluda, żałośnie próbując ją podnieść. Oczywiście nie zdołał. A spoglądając w górę, jakby prosząc o pomoc, doprosił się jedynie o cios pięścią w twarz. Choć i tym razem uderzenie zostało złagodzone, a mocarna jak kowadło łapa nie zgruchotała złotej czaszki, tylko rozcięła złociste usta, upuszczając z nosa jasną krew.

Następnie Popiel chwycił półprzytomnego księcia za ubranie na plecach i siłą postawił go do pionu, po czym nieco odepchnął od siebie. W odpowiedzi Złoty całą uwagę skoncentrował już nie na walce, a rozpaczliwej próbie zachowania równowagi. Od doznanych razów kręciło mu się bowiem w głowie, plątały nogi, a jego ruchy do złudzenia przypominały wyrafinowane dworskie tańce.

Tym samym dotychczasowy krąg roześmianych osób jeszcze bardziej się rozluźniał. A już zaraz w ogóle nie przypominał kręgu. Ponieważ coraz więcej obserwatorów tego widowiska ze śmiechu klęczała bądź tarzała się po ziemi. Aż ktoś z tłumu gapiów zaczął grać skoczną melodię na fujarce, a inna osoba podbiegła do Złotego, chwyciła go za ręce i udawała, że idzie z nim w tan.

Jednak wtedy Mysia, który chyba jako jedyna zachowywała jeszcze powagę i to śmiertelną, odepchnęła niedoszłego tancerza od księcia. Wbiła ostre spojrzenie w złocistego młodzieńca, a przenosząc wzrok na Popiela, przeciągnęła sobie kant dłoni pod srebrzystym podbródkiem.

Ten wymowny gest zrozumieli wszyscy. Zanosiło się więc na koniec walki z elementami komediowego przedstawienia, przez co większość obserwatorów pojedynku spoważniała i słychać było już tylko rwane śmiechy. Z kolei Popiel zważył w dłoniach siekierę i ruszył z nią dziarsko na Złotego. On zdawał się nie do końca rozumieć, co się wokół niego działo i sam szedł bezbronny na przeciwnika, czyniąc to jakby zdezorientowany z wyciągniętymi przed siebie rękoma.

Gdy nagle w jego otwartych dłoniach zamajaczyła jasność, po czym wystrzeliły z nich dwa intensywne snopy światła skierowane wprost w oczy biorącego zamach wojownika. Raptem oślepiony Popiel nie wykonał ciosu, tylko puścił siekierę, złapał się za twarz i z boleścią padł na kolana. Mamrotał coś gardłowo oraz silnie przecierał oczy. W tym czasie Złoty odszukał na szarym piasku nóż. Uniósł go w obecnie martwej ciszy i przystawił pod porośnięte srebrzystą szczeciną gardło oślepionego przeciwnika.

– Popielu… – dało się słyszeć żałobny pisk Mysi, a książę wykonał obszerne cięcie ostrzem. Pozłacany oręż zagłębił się jednak nie w ciele posępnego wojownika, a przeszył jedynie mroźne powietrze. Potem Złoty odrzucił nóż, zebrał się w sobie i po trudnej potyczce zmęczonym głosem wydyszał:

– Koniec walki… W swoim kraju prawie zostałem królem, ale jeżeli nie chcecie mnie na swego przywódcę, nie będę o to zabiegał. Ponieważ nie będę was zabijał po to, aby udowodnić… że pragnę waszego dobra.

– Ależ chcemy! Chcemy, żebyś został naszym przywódcą! Przywódcą Srebrzystej Światłości! – Te entuzjastyczne słowa padły z ust karczmarza, który wraz z żoną Myszeldą opuścił tawernę Mysia Norka i również uciekł na zachód. Teraz stanął on z małżonką u boku Złotego, a następnie przemówił do wszystkich: – Ten oto młodzieniec dowiódł już, że zimny honor nie jest mu obcy! Byłem niegdyś świadkiem tego, jak w pojedynkę bronił pewnej srebrzystej biedaczki katowanej przez klanowych zbirów ze wschodu. Później powrócił do nas na północ ze złotymi rycerzami, by nas wesprzeć. Obecnie, tu i teraz, walczył w pojedynku i wygrał. Ale nie szukał pomsty, posłuchu czy próżnej chwały w uśmierceniu starego wojownika. W tym względzie przypomina samego wielkiego Marrenga! I kto, jak nie złocisty książę, miałby nam na ten czas przewodzić?! Przecież wszyscy wspaniali wojownicy z naszych klanów polegli lub wpadli w niewolę. Pomiędzy nami pozostali tylko chłopcy, starcy, kobiety i dzieci. Wybierzmy więc najwaleczniejszego z nas, Złotego, skoro innych kandydatów praktycznie… nie mamy. A książę naprawdę nie jest taki zły, a powiedziałbym nawet, że całkiem niezły jest! – Po tym wywodzie karczmarz objął jednocześnie żonę oraz młodzieńca, zupełnie jakby stanowili jedną srebrzysto-złotą rodzinę. I rzeczywiście zapowiadało się na to, że takową zostaną wszyscy na mroźnym i bagnistym północnym zachodzie. Albowiem najpierw nieśmiało, a potem z coraz liczniejszych gardeł dało się słyszeć:

– Złoty… ale niezły.

– Nie jest zły…

– Złoty i niezły.

– Złotoniezły…

– Złotoniezły.

– Złotoniezły!

A zaraz także:

– Złoty Płonący Tyłek! – Wszak ten pojedynczy głos szybko zginął w powstającym tumulcie:

– Srebrzysta Światłość!

– Przywódca Złotoniezły!

– Niech srebrzy się i złoci Srebrzysta Światłość!

– Niech złoci się i srebrzy przywódca Złotoniezły!

– Złotoniezły, Złotoniezły!

Kiedy gromkie wiwaty nieco przycichły, do nowego wodza całkiem nowego klanu na północno-zachodniej ziemi, który swoją drogą nie miał jeszcze własnej ziemi, podeszła Mysia. Spojrzała spode łba na Złotego, łypiąc srebrzystymi oczyma. Przeniosła wzrok na dochodzącego do siebie Popiela i uśmiechnęła się z przekąsem.

– Złotoniezły może rzeczywiście nie jest taki zły. – Napluła na swą dłoń szarą śliną i wyciągnęła rękę ku klanowemu przywódcy. Ten odwzajemnił gest, po czym przyciągnął do siebie zadziorną dziewczynę, mocno przytulił i przyjacielsko poklepał po plecach.

III. BURSZTYN ORANŻ I OZŁON

*Kilkanaście tygodni księżycowych

przed Bitwą Dnia i Nocy*

– „Złota siostra wejdzie w mrok, by rozświetlić Srebrnej krok”. Naprawdę ładnie brzmi, nie uważasz? – zaszczebiotała słodko królewska córka i opromieniona uśmiechem popatrzyła na towarzyszącą jej przyjaciółkę, baronową Bursztyn. Ta poprawiła własne złociste loki, a potem jaśniejsze o barwie słońca na głowie Złotej. Następnie pogodnie do niej przemówiła:

– Z premedytacją zabrałam cię na konną przejażdżkę właśnie na kanarkowe łąki. Chciałam pokazać ci ten kamień z jaskrawymi napisami w starym języku. W końcu jesteś złotą siostrą… siostrą księcia Złotego. Więc pomyślałam, że cię to może zainteresuje.

– Tak jak ciebie mój przyrodni brat. – Księżniczka poszerzyła złocisty uśmiech i pogroziła przyjaciółce palcem ozdobionym złotymi obrączkami. A wobec zafrasowanej miny baronowej, spoważniała i z troską dodała: – Przepraszam, nie chciałam. Wiesz, że szanuję twoją miłość do mego brata. Jednakże jego serce wciąż jest otwarte na uczucie i zarazem wolne od niego do jakiejkolwiek kobiety, nic na to nie poradzę.

– Owszem, mogłabyś… – westchnęła Bursztyn i nieco cierpko stwierdziła: – Wystarczyłoby z twoich złocistych ust jedno słówko twemu ojcu, a wyswatałby mnie z twoim bratem. Król niczego by ci przecież nie odmówi oraz uwierzył, że przemawia przez ciebie czysta światłość. I… w sumie miałby rację. Sama wiesz, że Złoty byłby przy mnie szczęśliwy.

– Oczywiście, nie wątpię – zgodziła się Złota, pocałowała przyjaciółkę w policzek i wyszeptała jej słodko do ucha: – Zaniosę modlitwy światła oraz pomyślności w intencji rozkochania się Złotego właśnie w tobie, kochana. Ale nigdy nie będę nakłaniać nikogo, aby związał się z drugą osobą bez uczucia słonecznej miłości – powiedziawszy to, ucałowała Bursztyn w drugi przypudrowany na złoto policzek i z sympatią spojrzała jej w oczy.

– Dziękuję, Wasza Świetlistość, za intencjonalne modlitwy, kolejne – burknęła niepocieszona baronowa, po czym wskazując na parę złocistych rumaków, zasugerowała: – Wracamy już do pałacu? Niedługo zacznie zachodzić słońce.

– Otóż… nie tak prędko – uśmiechnęła się ujmująco Złota. Rozświetliła swe oczy i zwróciła do góry dłonie, które zajaśniały intensywnym światłem. Wówczas również tarcza słoneczna na niebie uległa rozjaśnieniu, jakby jeszcze zwiększając swą objętość.

– Jak ty to robisz…? Ciągle mnie to zdumiewa – oznajmiła z nieskrywanym podziwem, ale i zazdrością Bursztyn. Zaraz jednak wzruszyła ramionami okrytymi szafranowymi koronkami cytrynowej sukni i rezolutnie rzuciła: – Teraz rzeczywiście nie musimy się spieszyć do domu, więc możemy tam podążać spokojnie kłusem.

– Jak sobie życzysz. – Złota dała się podsadzić gwardziście, jednemu z siedmiu, którzy towarzyszyli kobiecej parze w przejażdżce.Niebawem królewska córka zrównała złocistego rumaka ze złotym wierzchowcem baronowej i z końskich grzbietów arystokratyczne damy kontynuowały beztroską pogawędkę:

– Pogodowi wieszcze zapowiadają na nadchodzące dni ciepłe słońce oraz bezchmurne niebo. Może więc przyjedziemy w te okolice także jutro? – zapytała Bursztyn, rozglądając się po kanarkowych łąkach, gdzie niepodzielnie królowały złociste kwiaty, a pośród nich rozchodziły się trele miodnych kanarów.

– Niestety nie będę mogła ci towarzyszyć. Może weź ze sobą lady Pomarańczę – zasugerowała Złota.

– Tylko nie Pomarańczę. Nie mogę po prostu tego znieść, jak wszędzie chodzi za twoim bratem, naprzykrza mu się i w ogóle. A te jej niewybredne żarty rodem z pospólstwa? Daj spokój… – Zdegustowana baronowa wywróciła do góry bursztynowe oczy. A spoglądając z ukosa na księżniczkę i marszcząc brwi, jeszcze markotnie dopytała: – Na pewno nie znajdziesz dla mnie czasu?

W odpowiedzi Złota posłała jej kolejny słodki uśmiech i rozkładając wymownie ręce, przymilnie oznajmiła:

– Naprawdę jestem jutro zajęta. Od rana będę rozdawała złocisty chleb biedocie. Plony były nader obfite, spichlerze są pełne ziarna i żywności mamy w królestwie sporą nadwyżkę. Zaś po południu udzielam znaku słońca chętnym mieszkańcom stolicy. Z kolei wieczorem mam zaszczyt prowadzić chór światła i tańczyć w kaplicy Jedynego Słońca.

– Ostatnio to twój standardowy rozkład zajęć prawie każdego dnia. Nie zbrzydło ci jeszcze… to świecenie? – zadrwiła nieco Bursztyn. A zanim doczekała się odpowiedzi, sama ciągnęła dalej: – W takich okolicznościach, skoro przedkładasz towarzystwo żółtego motłochu nad moje, spędzę ranek na przymierzaniu nowych strojów, które raczyłam ostatnio kupić, a jeszcze nie miałam ich na sobie. Później odwiedzę port. Podobno lada dzień mają przybić statki kupieckie z Oazy Sfinksa i w sprzedaży pojawią się egzotyczne świecidełka w kolorze błękitu rodem z samego przeklętego południa. Nie przepuszczę takiej okazji. Zaś na koniec dnia… – Baronowa zawiesiła głos i melancholijnie zakończyła: – powitam, również w porcie, wuja Tycjana. Właśnie wraca z republiki, gdzie zabawił wyjątkowo długo i należy go po powrocie stosownie ugościć. Jakby nie patrzeć to teraz moja najbliższa rodzina.

– Wciąż łączę się z tobą w bólu z powodu twej wielkiej starty. – Złota położyła krzepiąco dłoń na ręku przyjaciółki.

– W wypadku na morzu zginęła nie tylko moja, ale i twoja matka – zauważyła Bursztyn.

– To prawda, ale w jakiś sposób ciągle odczuwam jej obecność w promieniach słońca. Więc jest tak, jakby towarzyszyła mi prawie cały czas.

– Osobiście tak nie potrafię – zamyśliła się baronowa, po czym już całkiem swobodnie dodała: – Zostawmy przeszłość tam, gdzie jej miejsce. Ja w każdym razie swoje łzy już wypłakałam i teraz zamierzam czerpać z życia garściami. A w jakim sposób, to dopiero co raczyłam ci wspomnieć.

– Cudownie – skwitowała ponownie rozpromieniona Złota.

– Co jest w tym niby dla ciebie takiego cudownego? – zainteresowała się zupełnie poważnie Bursztyn.

– Ależ wszystko! – Królewska córka w szczerym zachwycie wyrzuciła w górę ramiona. Jej przyjaciółka popatrzyła na nią z pewną zazdrością i zapytała:

– Dlaczego taka jesteś?

– Jaka?

– Przecież wiesz… dobra, świetlista, zawsze uśmiechnięta, życzliwa. Słowem… szczęśliwa cokolwiek by się nie działo.

– Ponieważ… – Złota powiedziała jakby w tajemnicy, nachyliła się nad baronową i gromko wypaliła: – Kocham wszystkie świetliste istoty świata! Kocham!

– Ja kocham tylko twojego brata… – mruknęła w odpowiedzi Bursztyn.

– A nieprawda. – Z uśmiechem na ustach droczyła się księżniczka.

– Więc niby jeszcze kogo? – zaciekawiła się żywo młoda baronowa.

– Ano siebie, kochana! – krzyknęła odkrywczo Złota. – Siebie także kochasz!

– Nie mów tak.

– Czemu? – zdziwiła się siostra Złotego i wyjaśniła: – Miłość jest piękna sama w sobie również skierowana do własnej osoby. Więc kochaj siebie i czerp z tego garściami swe złociste szczęście, najdroższa!

*

„Kochaj siebie i czerp z tego złociste szczęście”… – spoglądając na swe lustrzane odbicie w zwierciadle, obecna już nie baronowa, a księżna Bursztyn wspomniała niegdysiejsze słowa królewskiej córki. Szybko jednak skończyła wspominki dawnych dyskusji z martwą na ten czas siostrą krwi. Odłożyła podręczne lusterko na komodę i rozejrzała się po swej komnacie w królewskim pałacu.

Widokiem ociekających złotem ścian oraz sufitu zdobionych misternymi płaskorzeźbami słońc i świetlistych pejzaży próbowała koić zmysły. Dłuższy czas skupiła uwagę na złotej klatce z kanarkami i fikuśnym żyrandolu z kryształów, który przypominał nieco kiść żółtych bananów poprzeplatanych szafranowymi winogronami. Wszak niebawem ponownie popatrzyła na stojących przy drzwiach gońców. Ci właśnie przynieśli jej druzgocące, a zarazem wydawałoby się niedorzeczne wieści o chwalebnej śmierci jej ukochanego małżonka.

Otóż książę Złoty miał polec w bitwie na dalekiej północy. Bursztyn wciąż nie do końca mogła dać wiarę tej tragedii, która obracała wniwecz tyle jej starań. Przede wszystkim zaś sprawiała, że jak sądziła, traciła jedyną miłość swego życia. W związku z tym z niedowierzaniem kręciła głową, to w jej bursztynowych oczach znów stawały łzy. Wówczas jakby próbując schować przed światem swój dojmujący ból, zakrywała wykrzywione grymasem smutku lico zwierciadłem.

Aż wreszcie zdając sobie sprawę z nieuchronności przekazanych jej wieści, cisnęła o złocisty parkiet lusterkiem, rozbijając je w drobny mak. Albowiem ostatecznie dotarło do niej, że przed dławiącą rozpaczą z powodu straty niedane jej będzie się nigdzie skryć. Przetarła rękawem sukni załzawione policzki, po czym rzuciła w kierunku przybyłych z północy mężczyzn kilka złotych monet i syknęła:

– Wynoście się stąd, natychmiast i idźcie rozgłaszać w mieście, że książę Złoty poległ śmiercią największego bohatera od czasów króla Arrasa Złotego Zdobywcy. Zaś jego ostatnimi słowy na polu bitwy były te o miłości skierowane do ukochanej małżonki.

Wkrótce księżna została w komnacie sama. Jej poczucie smutku i niedowierzania zastąpiła dojmująca pustka. W niej pojawiały się takie myśli, że to nie kto inny, jak ona sama wysłała męża na straceńczą wyprawę na północ. Jednak nie rozumiała wojny, przez co żegnała Złotego przekonana, iż ten jedzie jedynie po chwałę i sławę. Ich zdobycie natomiast było wielce wskazane, aby w przyszłości, już jako królewska para, zaskarbić sobie miłość ludu i zostać wyniesionym wyżej niż dawniejsi władcy.

A teraz? To wszystko było już bezpowrotnie stracone, tak po prostu. Ot, istniał obiekt miłości, tylu dążeń, poświęceń oraz pragnień, lecz nagle odszedł, pozostało po nim tylko wspomnienie. I należało się z tym pogodzić. Tak podpowiadał rozum. Wszak serce nie chciało tego zaakceptować i wciąż pozostawało rozdarte. Czym więc wypadało się teraz kierować – sercem, czy raczej rozumem?

„Kochaj siebie i czerp z tego złociste szczęście”. Podczas długiego przebywania w komnacie słowa te nabierały dla księżnej zupełnie nowej wagi i pełniejszego znaczenia. Ponieważ z czasem uświadomiła sobie, że na świecie nie pozostał obecnie już nikt, poza nią samą, kogo rzeczywiście mogłaby darzyć miłosnym uczuciem. A skoro tak, to wreszcie zdecydowała, iż nie zatraci się w smutku i bólu po stracie, jako wdowa, a poszuka spełnienia właśnie w umiłowaniu własnej osoby – tak oto zatriumfował rozum.

Po trzech dniach od wizyty gońców księżna przywdziała najciemniejszą z posiadanych sukien, czyli adekwatną do przeżywanej żałoby, będącą w kolorze ciemnego bursztynu. Ponadto zdjęła całą biżuterię, a twarz przysłoniła złocistym welonem. Wówczas postanowiła opuścić swą komnatę, na dobre pozostawiając w niej smutek.

Za drzwiami przywitały ją służki. Niektóre z nich trzymały dla swej pani tace z wyszukanym jedzeniem inne dzbanki z napojami i nektarami, a jeszcze inne kanarkową wodę do obmycia rąk oraz twarzy. Lecz księżna wyminęła bez słowa służące, udając się wprost na pobliski taras.

Z usytuowanego wysoko pałacowego balkonu popatrzyła na południowo-zachodnią panoramę miasta – zarys portu i bogatą dzielnicę arystokratów. Zauważyła, że pomimo śmierci Złotego królewska stolica zdawała się żyć własnym życiem. Daleko z okolic doków dochodziło donośne dęcie w rogi obwieszczające odpływanie oraz cumowanie kolejnych statków. Gdzieś pomiędzy pałacykami przechadzały się wystrojone damy z wymuskanymi młodzieńcami. Dało się też zauważyć niespiesznie jadące złociste karoce, czy grupki miejskich strażników w połyskujących zbrojach. Było ciepło i słońce sunęło niespiesznie ku zachodowi, zupełnie jak wtedy, gdy złoty książę jeszcze żył i miłość księżnej do niego także była intensywna oraz żywa. Lecz najwyraźniej świat nic sobie nie robił z książęcej śmierci. Nie rozpaczał, zalewając królewską stolicę rzęsistym deszczem, nie darł szat, rozdzierając przestrzeń błyskawicami i nie zawodził porywistym wichrem.

W pierwszym momencie księżnej ciężko było to zaakceptować. Fakt, że atmosfera w mieście nie współgrała z tą bolesną i wielce żałobną, jaka dopiero co była jej własnym udziałem. Albowiem jeszcze pogłębiało to poczucie jej osamotnienia. Aczkolwiek skoro tak właśnie się sprawy miały, to utwierdziła się w przekonaniu, że czas ostatecznie osuszyć łzy i spojrzeć odważnie w przyszłość, aby zadbać o własne interesy. Oto bowiem nagle została wdową, co z jednej strony zmniejszało jej status, lecz z drugiej stwarzało też możliwości. W końcu mogła znowu poszukać sobie męża o znaczącej pozycji bądź, co obecnie bardziej ją kusiło, użyć swego czaru oraz wpływów, by manipulować mężczyznami.

Myśląc tak, zdjęła z twarzy żałobną chustę i powitała na licu przyjemne promienie słońca. Odetchnęła głębiej ciepłym, suchym powietrzem, po czym powróciła na ozłocone korytarze królewskiego pałacu. Przed drzwiami komnaty, którą niedawno opuściła, pstryknęła palcami w kierunku służebnych kobiet trzymających misy z wodą i wskazała przed siebie. Był to gest sugerujący, że zamierzała wziąć kąpiel. Dlatego służki położyły naczynia na złocistej posadzce i zgięte wpół wyprzedziły księżną, by czym prędzej przygotować basen z kanarkową wodą.

Niedługi czas potem Bursztyn zażywała kojącej kąpieli w odpowiednim ku temu pomieszczeniu. Leżała naga w owalnym basenie z ciepłą wodą w otoczeniu służek, które trzymały flakony z wonnymi olejkami oraz płynami pieniącymi się pod wpływem rozcierania na skórze. Księżna co raz wskazywała na kolejne naczynia i części swego ciała. Następnie raczona była subtelnym masażem za pomocą morskich gąbek. Zaś na wodnej powierzchni unosiła się coraz gęstsza i wyższa warstwa złocistej piany, w której niebawem Bursztyn niemal całkiem zniknęła.

Po wielce relaksującej kąpieli księżna postanowiła ponownie przywdziać ciemnożółtą suknię. Jednak zrezygnowała z przesłony na twarz i poleciła służkom ozdobić swe ciało delikatną biżuterią z bursztynów. W takiej prezencji została wyniesiona z pałacu zakrytą dachem i zasłonami lektyką. Potem pojechała karocą do pobliskiego pałacyku, gdzie w stolicy rezydował palatyn Oranż.

Choć nie była zapowiedziana i dopiero na miejscu się dowiedziała, że poszukiwany przez nią mężczyzna przebywał w domu, to zgodnie ze swymi przypuszczeniami poproszono ją do środka. We wnętrzu wystawnego domostwa o dwóch kondygnacjach księżna kroczyła w towarzystwie lokaja. Poprowadzona została korytarzem, gdzie w miły dla oka sposób korespondował kasztanowy wystrój rodem z republiki z alabastrowymi elementami z dalekiego wschodu oraz tradycyjnymi królewskimi złoceniami.

Samego Oranża Bursztyn spotkała w ogrodzie stanowiącym centrum pałacyku. Palatyn ćwiczył akurat walkę z alabastrowym rycerzem. Na widok przybyłej przedstawicielki płci pięknej wykonał kilka bardziej energicznych i obszerniejszych wymachów mieczem. Wtedy zastygł z grymasem bólu na twarzy, łapiąc się za tors. Gestem wolnej od miecza ręki dał rycerzowi znak, że ten nie był już potrzebny. Zebrał się w sobie i nieco skrzywiony podszedł do księżnej.

– Widzę, że wciąż doskwiera ci rana doznana na południu – wyraziła dość chłodną troskę Bursztyn, mimo że pierwotnie zamierzała przemówić przymilnie i ciepło.

– To nic, przejdzie. – Machnął niedbale ręką Oranż i z pewną zawziętością w głosie dodał: – Jednakże nie przejdzie mi pragnienie, aby dopaść niejaką Srebrną, przeklęte dziewczynisko z północy. Dasz wiarę? To ona mnie tak podstępem urządziła. – Wskazał na swój tors osłonięty białą tuniką rycerską. – Niestety ta bezczelna szara dzikuska przepadła gdzieś na terenach republiki, przez co moi ludzie stracili za nią trop. Ale… – Palatyn naraz uciął zdanie. Spojrzał na Bursztyn w zupełnie inny sposób, na swym obliczu w miejsce zawziętości udanie odmalował współczucie, po czym lekko objął kobietę, mówiąc: – Moje kondolencje, wybacz mi ten nietakt, zapomniałem się i oczywiście łączę się z tobą w bólu po twej niepowetowanej starcie, jak i całego królestwa, rzecz jasna. – Puścił księżną, popatrzył na nią z pewnej odległości i z nutą sprytu w głosie, niby niewinnie, zagaił: – A co cię tu teraz do mnie właściwie sprowadza, jeśli można wiedzieć…?

– Ależ można. – Kobieta uśmiechnęła się w wyuczony sposób. To jest uprzejmie, ale nie za szeroko i pokazując na ławeczkę w ogrodzie, zasugerowała: – Spoczniemy?

– Oczywiście. – Palatyn ujął bursztynową damę pod ramię i podprowadził do wspomnianego siedliska. Wspólnie wygodnie na nim zasiedli. Wówczas księżna rozejrzała się po ogrodzie, zupełnie jakby kogoś poszukiwała wzrokiem, po czym niespiesznie zapytała:

– A gdzież to przebywa lady Pomarańcza? Nie ma jej tutaj z tobą?

– Wyszła… Zdaje się odwiedzić kupców przybyłych z dalekiego południa – powiedział swobodnie Oranż i szybko się poprawił: – To znaczy, wyszła już wczoraj, a dzisiaj zapewne nie powróci. W sumie jest ona tutaj nader rzadkim gościem.

– Więc ty i ona…? – Bursztyn zatrzepotała zalotnie złocistymi rzęsami.

– My? Razem?! – Palatyn udał dojmujące zdziwienie. – Ależ skąd, proszę nie dawać wiary pospolitym plotkom. – Machnął lekceważąco ręką. – Po prostu los sprawił, że łączą nas zbieżne interesy. W końcu w złotej radzie zawarliśmy sojusz i należymy do jednej frakcji. Sama wiesz, jak to jest, ot, polityka.

– Skoro tak uważasz – wykazała zrozumienie Bursztyn i delikatnie zaznaczyła: – Nic nie ujmując lady Pomarańczy… zdajesz sobie zapewne sprawę, że sojusz z moim bursztynowym, a zarazem królewskim domem przyniósłby ci znacząco większe korzyści.

– Tak, w to nie wątpię. Ale… czy to jest jawna propozycja? – Tym razem Oranż wyraził już szczere zdziwienie, jak i nutę ekscytacji w głosie. Na co księżna poprawiła jasny kwiat przebiświatła wpleciony w jej loki na skroniach, uśmiechnęła się przebiegle i słodko stwierdziła:

– To sprawa do przemyślenia, czy tak mężny, a także… samotny kawaler, nie powinien się ustatkować, stając u boku obecnie również samotnej, ale i wpływowej damy. Damy, która w przyszłości zostanie królową. Ponieważ gdyby wspomniane osoby już teraz połączyły swe siły, ich wpływy przyćmiłyby swym światłem innych w radzie. – Po tych wypowiedzianych przez siebie słowach Bursztyn usłyszała w wewnętrznych komnatach żywiołowe pokrzykiwanie nadpobudliwej zwykle lady Pomarańczy, która strofowała służbę. Wtedy wstała, ukłoniła się w dystyngowany sposób i nie zwlekając, zapytała: – Gdzie jest tylne wyjście?

W odpowiedzi Oranż szybko zaklaskał w dłonie, po czym przybyłemu słudze polecił dyskretnie wyprowadzić bursztynową kobietę z pałacyku. Przy czym razem z nią nie omieszkał wymienić jeszcze wymuszonych półuśmiechów.

*

– Najsłodszy, mój najmężniejszy! To jest… mój naj, naj, naj! – Lady Pomarańcza odnalazła w ogrodzie siedzącego na ławce palatyna i objęła go mocno, wieszając się na nim. Następnie pocałowała go soczyście w usta i rozpromieniona usiadła koło niego. Zaraz jednak zmarszczyła pomarańczowe brwi i pociągając zadartym noskiem, podejrzliwie zapytała: – Czy ja poczułam perfumy? Skądś, zdaje się, znam ten mdlący i nazbyt słodkawy zapach…

– Posilałem się słodkimi owocami, a tamten ignorant przyniósł mi już przejrzałe. – Oranż niby od niechcenia łypnął oczyma na pobliskiego sługę.

– Oczywiście. – Lady uśmiechnęła się naiwnie i gładząc na swym głębokim dekolcie naszyjnik z niebieskawych kamieni, znajdujący oparcie na jej częściowo odsłoniętym biuście, frywolnie rzuciła: – I jak ci się podoba? – Zastygła w demonstracyjnej pozie. Zaś palatyn pokiwał z uznaniem głową, choć myślami błądził, jakby gdzie indziej i bez przekonania rzekł:

– Naszyjnik jest… uroczy.

– Głuptasie! – Pomarańcza poczochrała Oranża po niemal tak samo płomiennych włosach, jak jej własne i z udawaną pretensją wypaliła: – Masz podziwiać mnie z biżuterią, a nie biżuterię na mnie! – Lecz swoim zwyczajem szybko porzuciła dotychczasowy temat. Pstryknęła palcami na sługę, który właśnie pojawił się na skraju ogrodu ze świeżymi owocami na tacy. A już zaraz, racząc się złocistymi winogronami, ponownie przemówiła: – Tak jak prosiłeś, najsłodszy – skubnęła ząbkami dorodne grono – nastawiałam ucha, co mówi ulica o śmierci Złotego. O dziwo motłoch wspomina go całkiem ciepło i nazywa nawet, dobre sobie, bohaterem, który jako ostatni zachował do końca honor w królestwie i przestrzegał kodeksu światła. Z kolei kupcy oraz arystokraci milczą na temat księcia, zupełnie jakby ktoś im powyrywał złociste języki albo czegoś wyczekiwali.

– Bo wyczekują… – powiedział z ciężkością w głosie Oranż. Jednocześnie przysłonił czoło przed oślepiającym światłem słońca, które podróżując po nieboskłonie, zmieniło kąt nachylenia do ziemi i raptem poraziło wręcz palatyna. – Następnie mężczyzna dopytał: – Ludzie nie wspominają czegoś jeszcze o Złotym? A może obwiniają kogoś za jego śmierć?

– Cóż… – Pomarańcza po oskubaniu kiści winogron sięgnęła po złocistą brzoskwinię o bananowym kolorze. Zatopiła ząbki w słodko-kwaśnym miąższu i rezolutnie dodała: – Ktoś tam napomknął jeszcze, iż to Ozłon oraz Bursztyn wysłali księcia na zgubę, że zapewne są skrytymi kochankami i to wszystko ukartowali z dzikimi z północy. A teraz do kompletu zamordują Tycjana, by przejąć władzę. Ponadto w takim układzie należy pokładać nadzieję już tylko w alabastrowym legionie, iż ten święty oddział pod patronatem wielkiej księżnej Alabaster nie dopuści do władzy morderców oraz podłych tyranów.

– To właśnie pragnąłem usłyszeć. – Nagle rozpogodzony Oranż przyciągnął do siebie lady. Odjął jej od ust nadgryziony owoc i w jego miejsce złożył na kobiecych wargach namiętny pocałunek.

Z kolei kobieta po skończonym całusie zasłoniła swe usta brzoskwinią, chcąc skryć figlarny uśmieszek. Ten pojawił się z tego powodu, że jej ostatnie wieści były czystą fantazją. Wszak skoro jej ukochany wręcz tonął w samozadowoleniu od tej zmyślonej historyjki, to postanowiła nie pozbawiać go radości i nie korygować wypowiedzi, wyjawiając, iż ta była tylko niewinnym żartem. Zamiast tego przymilnie oświadczyła:

– Muszę chyba częściej raczyć cię plotkami szerzonymi na ulicach stolicy. Toż to chyba dla ciebie najlepszy afrodyzjak?! – zakończyła krzykliwie uszczęśliwiona Pomarańcza. Potem stonowała emocje i jakby w tajemnicy zapytała: – Myślisz, że ta bursztynowa żmija naprawdę mogła mieć swój udział w zgubie męża? A może nie dogodził jej w łożu i rzuciła na niego klątwę, urok? – pisnęła odkrywczo i nie oczekując odpowiedzi, przeciągnęła się na ławie niczym pomarańczowa kotka. Zaś powracając do degustacji owoców, z pańską manierą oznajmiła: – Nic to, grunt, że my mamy siebie nawzajem, najdroższy, a inni niech tam się między sobą żrą i pożerają, nie dbam o to. W końcu wielka księżna obiecała ci w przyszłości namiestnictwo w królestwie i tego się wypada trzymać. A… pisała coś ostatnio, ta Alabaster? – Lady zerknęła uważniej na palatyna. Ten spokojnie odparł:

– Biały gołąb przyniósł list. Ponoć wielka księżna szykuje się do dłuższej wyprawy morskiej na wschód, więc pewien czas będzie milczała.

– Ma zamiar płynąć… ze wschodu na wschód? – Na dobre zdziwiła się Pomarańcza. – Przecież tam nic nie ma, nic poza słoną wodą. Może ta władczyni oszalała od nadmiaru śniegu i zimna wokół, przez co alabastrowy legion należy już tylko do ciebie?! – Zatrzepotała płomiennymi rzęsami.

– Czas pokaże, co się wydarzy… – odpowiedział filozoficznie Oranż. Choć uczynił to z wyraźnym zadowoleniem w głosie. Zaś lady podchwyciła:

– Ów czas… przede wszystkim powinniśmy spędzać razem. Dlatego cieszy mnie niezmiernie, że należysz obecnie do złotej rady i więcej bywasz w stolicy. Toż nie zniosłabym już z tobą dłuższej rozłąki! Poza tym świat jest pełen niebezpieczeństw, grasują po nim jakieś drapieżne Srebrne, wrrr… – Pomarańcza niczym kocica wysunęła przed siebie naprężoną dłoń i udała, że drapie Oranża po ciągle jątrzącej się ranie na torsie. Później dla odmiany złożyła dłonie, jak do słonecznej modlitwy i rezolutnie rzuciła: – Za nic bym tego nie ścierpiała, gdybyś skończył tak żałośnie, jak Złoty. Ciekawe czy dzicy zgodnie z naszą tradycją spalili jego ciało, oddając duszę słońcu. Bo nie sądzę. Podejrzewam raczej, że go zjedli i jeszcze im smakował. Wiadomo przecie, że północni to kanibale, a szczególnie gustują w złocistym lekko przyrumienionym mięsiwie. Zapewne też z książęcych kości zrobią złote ozdoby i amulety, które będzie można nabyć na czarnym rynku na pograniczu z Centralną Czeluścią. Jak myślisz? – zapytała Pomarańcza. Ale Oranż jedynie wzruszył ramionami, ponieważ osobiście pogrążony był w świecie własnych myśli.

Dumał nad tym, że może rzeczywiście nadarzała się właśnie należyta sposobność, aby uwolnić się spod zwierzchniej władzy Alabaster i zawrzeć strategiczne małżeństwo z księżną Bursztyn. Wtedy na drodze do korony oraz absolutnego władania stanąłby mu tylko stary Tycjan. Z kolei po jego rychłej śmierci wystarczyłoby o coś oskarżyć Ozłona, o cokolwiek, i wygnać go z kraju. Wszak wydawało się to aż nazbyt proste. W związku z powyższym Oranż postanowił wszystko jeszcze gruntownie przemyśleć. A równocześnie poczekać na dalszy rozwój wypadków, samemu roztropnie nie przyspieszając biegu wydarzeń, które mogłyby jego samego pochłonąć.

Tymczasem zerknął na ciągle trajkoczącą Pomarańczę. Ta z wielkim przejęciem prawiła akurat o tym, że wielka księżna Alabaster, płynąc ciągle na wschód, wreszcie dotrze do końca oceanu i spadnie w gwiezdną przepaść. Albowiem według lady znany wszystkim świat był tak naprawdę półmiskiem wypełnionym wodą, w którym to pływała siedmiobarwna kluska pod postacią kontynentu Unton. Natomiast owo naczynie podtrzymywały od dołu legendarne siostry krwi w liczbie siedmiu. Trwały one w bezruchu z nieustannie uniesionymi rękoma i opierały dłonie o spód naczynia. Jednakże te dziewczyny nie miały się, kiedy umyć i strasznie śmierdziało im spod pach, a szczególnie szarej damie, która się pociła w grubym futrze. Przez to stojąc tuż koło siebie i wąchając się nawzajem, siostry nieraz fukały, to kichały. Wówczas na oceanie powstawały fale tsunami lub na kontynencie trzęsienia ziemi. Wszak w wyniku dziewczęcych chrząknięć czy prychnięć pojawiały się też trąby powietrzne, zaćmienia słońca, czy śnieżne zamiecie. Na szczęście, czy też raczej nieszczęście, taka sytuacja według lady nie miała trwać wiecznie. Ponieważ w końcu pośród siódemkę dziewcząt zawita czerwony demon. Przechwyci on pod półmiskiem podróżujące wokół niego słońce i tam je usidli. W ten sposób zapadnie wieczna noc, a woda w naczyniu, czyli ocean, od promieni słonecznych od spodu się zagotuje. Zaś pływająca kluska, mianowicie kontynent Unton, zostanie ugotowany. Wraz z nim taki sam los spotka wszystkie ziemskie i wodne istoty. Z kolei te latające ugotują się na parze. Natomiast półmisek z przyrządzoną tak strawą siostry krwi zaniosą wspólnie swym boskim rodzicom, jako wykwintną wieczerzę do spożycia w świetle gwiazd.

Po wysłuchaniu z powagą chyba najbardziej niedorzecznej historii o końcu świata, autorstwa zapewne samej Pomarańczy, Oraż musiał dla otrzeźwienia kilka razy dobrze potrząsnąć głową. Następnie spróbował powrócić myślami do bardziej przyziemnych spraw.

Pomyślał o tym, że jego małżeństwa z księżną Bursztyn lady niewątpliwie nie przyjęłaby zbyt dobrze. Ponieważ sytuacja, w której palatyn nie wziąłby z Pomarańczą ślubu, raczej przekraczała jej, skąd inąd, niezwykle bujną wyobraźnię, tudzież zdolność pojmowania. Jednak ofiary w drodze po wpływy były nieuniknione. Miał tego świadomość już od momentu, kiedy kilka lat temu przyjął niezwykłą propozycję wielkiej księżnej Alabaster, jednocześnie dyskretnie pozbywając się swego brata, który także był kandydatem do przewodzenia alabastrowym zaciągom w królestwie. Wtedy, będąc niemal nikim, Oranż nagle stał się kimś i to naprawdę znaczącym. Na dobre posmakował władzy, a widząc ku temu sposobność, zapragnął wynieść swój ród na szczyt.

Snując takie rozważania i ciągle jeszcze pod wpływem monumentalnych opowieści lady, sam pokusił się o wspominki kawałka historii umęczonego kontynentu Unton. Mianowicie wspomniał genezę swej arystokratycznej rodziny Oranżystów o niezbyt głębokich korzeniach rodowych.