Krew sióstr. Srebrna - Krzysztof Bonk - ebook

Krew sióstr. Srebrna ebook

Krzysztof Bonk

3,8

Opis

Saga siedmiu barw – Krew Sióstr – część pierwsza – Srebrna.

Zapomniana legenda, której i tak nikt nie dałby dziś wiary, wydarta została z ludzkich umysłów przez czas naznaczony cierpieniem, śmiercią i upadkiem wszelkiej nadziei. Tak oto legenda spoczywa już tylko zapisana na zakurzonych zwojach w zamkniętej od wieków krypcie upadłego zakonu. Jednak nakreślone na woluminach prastarym językiem słowa, prawią jednoznacznie o siódemce sióstr krwi, które narodzą się, by na przeklętym kontynencie Unton zaprowadzić po wiekach wojen tysiącletni pokój. Lecz zwieńczyć swe dzieło będzie mogła tylko jedna z nich, podczas gdy jej rodzeństwo pochłonie nicość, zapomnienie i śmierć. Wszak czy ktoś może dać wiarę legendom, tym niegdyś smętnie snutym przez siwowłosych starców opowieściom, które obecnie przykryły pajęczyny, kurz i pył? Być może kimś takim jestem jeszcze na tym świecie właśnie ja. I choć z postępującą starością nadchodzi mój nieuchronny kres, to jako ostatni wciąż wierzę w moc sióstr krwi. W każdym razie jedną z nich, mianowicie tą, która ma szansę przezwyciężyć przekleństwo i zostać… przekonaj się kim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 695

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (27 ocen)
11
7
4
3
2

Popularność




Krzysztof Bonk

KREW SIÓSTR. SIOSTRY KRWI

- SREBRNA -

O TYM, CO ZOSTAŁO ZRODZONE Z MIŁOŚCI,

A CO Z NIENAWIŚCI

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-8166-049-5

Wydawnictwo: self-publishing

e-wydanie pierwsze 2019

Kontakt:bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub i mobi A3M

PROLOG

Zapomniana legenda, której i tak nikt nie dałby dziś wiary, wydarta została z ludzkich umysłów przez czas naznaczony cierpieniem, śmiercią i upadkiem wszelkiej nadziei. Tak oto legenda spoczywa już tylko zapisana na zakurzonych zwojach w zamkniętej od wieków krypcie upadłego zakonu. Jednak nakreślone na woluminach prastarym językiem słowa, prawią jednoznacznie o siódemce sióstr krwi, które narodzą się, by na przeklętym kontynencie Unton zaprowadzić po wiekach wojen tysiącletni pokój. Lecz zwieńczyć swe dzieło będzie mogła tylko jedna z nich, podczas gdy jej rodzeństwo pochłonie nicość, zapomnienie i śmierć. Wszak czy ktoś może dać wiarę legendom, tym niegdyś smętnie snutym przez siwowłosych starców opowieściom, które obecnie przykryły pajęczyny, kurz i pył? Być może kimś takim jestem jeszcze na tym świecie właśnie ja. I choć z postępującą starością nadchodzi mój nieuchronny kres, to jako ostatni wciąż wierzę w moc sióstr krwi. W każdym razie jedną z nich, mianowicie tą, która ma szansę przezwyciężyć przekleństwo i zostać… przekonaj się kim.

I. SREBRNA

Spokojny przedświt właśnie minął i na wschodnim horyzoncie czernię nocy rozświetlił rozlewający się tam jaśniejący blask wschodzącego słońca. Z tą chwilą odwiecznego pokonywania mroku przez światło, nie otwierając oczu, Srebrna odczuła subtelny pęd powietrza przy skroni. Sprowokowało ją to do wykonania zgrabnego uniku i cięcia po skosie dwuręcznym mieczem w kierunku domniemanego przeciwnika. Ciszę poranka przerwał metaliczny łoskot zderzającej się klingi ze stalowym trzonkiem topora. Wobec zablokowanego ciosu dziewczyna błyskawicznie ukucnęła i wykonała zamaszyste cięcie po łuku. Tym razem jej atak przeszył jedynie chłodne rześkie powietrze.

Następnie Srebrna zastygła w gotowości na lekko ugiętych kolanach i pochylonej sylwetce, ściskając kurczowo rękojeść gotowego do użycia miecza. Na przemian głęboko nabierała przez nos wilgotne powietrze do płuc, to wydychała z ust kłęby pary. Starała się ze wszystkich sił zintegrować w sobie zmysły i uczynić z nich jeden, uniwersalny, który uczyni ją niepokonaną, nawet gdy zostanie zwiedziona przez wzrok, słuch, czy oszukana przez węch. Dlatego trwała nieprzerwanie z zamkniętymi powiekami, gotowa polegać wyłącznie na samej sobie. Albowiem w głębi swej istoty musiała pozostać niezłomna i nieuległa pomimo wszelakich przeszkód czy przeciwności. Zaś skoro tak, to odrzucała bezwzględną ufność w zwodnicze zmysły, poszukując w sobie ich doskonalszej i zespolonej wersji:

– „Moje uszy są moimi oczami.

– Mój węch i smak w jedności spotkane.

– Moje oczy są mymi uszami.

– Wszystkie me zmysły w jeden stapiane” – recytowała w duchu. Aż raptem dotarł do niej gwałtownie przybliżający się tętent, zdawało się, końskich kopyt. Wtedy wiara we własną jedność uległa u niej zachwianiu, a w spokojny dotąd umysł, niczym grot strzały, wdarła się raptem niepewność. W konsekwencji pod nagłym wewnętrznym przymusem dziewczyna szybko otworzyła swe wielkie srebrzyste oczy.

Na rozległej polanie, gdzie przebywała, dostrzegła gnającego wprost na nią jeźdźca w kolczudze, wymachującego zamaszyście kolczastą buławą. W ostatniej chwili ratowała się przed stratowaniem rozpaczliwym susem w bok. Przekoziołkowała po wilgotnej trawie i wstała. Lecz wówczas, jak spod ziemi, wyrósł tuż przed nią odziany w futra rosły wojownik i w mgnieniu oka przystawi do jej gardła ostrze topora. Uzbrojona para zastygła tak dłuższy czas, aż Srebrna, zdając sobie sprawę ze swej porażki, zrezygnowana odrzuciła miecz. Głęboko westchnęła i ciężko usiadła na pobliskim pniaku.

– Znowu dałam się zaskoczyć… – szepnęła pustym głosem, jakby sama do siebie, chowając nad wyraz delikatną, jak na wojowniczkę, twarz w dłoniach. A zaraz poczuła na ramieniu silny uścisk i usłyszała z męskich ust słowa pociechy:

– Walczyłaś naprawdę… sprawnie i to od samej północy w mroczny nów.

– Ale pokonał mnie jasny świt… – odparła cierpiętniczo.

– Świt, czy może raczej przezroczysty koń…? – Na te nieco zawadiackie pytanie Srebrna odjęła sobie ręce od lica i popatrzyła na beztrosko skubiącego trawkę gniadosza z jeźdźcem na grzbiecie. Gdy naraz zarówno zwierzę, jak i człowiek w siodle w jednej chwili przeistoczyli się w szarą rozwiewaną przez lekki wiatr mgłę.

– Czar iluzji… – Dziewczyna pokiwała z uznaniem głową i przenosząc wzrok na topornika, cierpko zauważyła: – Po raz pierwszy użyłeś w naszym treningu takiego podstępu…

– Ano prawda… Ot, taka mała niespodzianka na twoje osiemnaste urodziny. Przecież to już konkretny wiek, więc wypadało to czymś uczcić. – Mężczyzna puścił dziewczynie oko i już poważniej dodał: – Wiedz, że na wojnie przeciwnik będzie cię właśnie zaskakiwał i to nieustannie, a nie walczył według narzuconych przez ciebie reguł. Musisz być na to gotowa, zawsze i wszędzie, także poza polem walki, również w gronie przyjaciół, czy raczej… domniemanych przyjaciół – zakończył nieco posępnie.

– Tak, rozumiem i… dziękuję za tę cenną naukę, Marrengo. – Srebrna poklepała spoczywającą na jej ramieniu żylastą dłoń ponad pięćdziesięcioletniego przyjaciela. Mężczyzna ten posiadał siwe długie włosy na głowie, także srebrne sumiaste wąsy i w tym samym kolorze brodę zaplecioną w gruby warkocz. Rysy twarzy miał surowe, a posturę samego niedźwiedzia. Jednak poza tężyzną fizyczną Srebrna ceniła w nim przede wszystkim lojalność i szlachetność serca. Pod tym względem wyraźnie się odznaczał i wręcz słynął na mroźnej północy zdeprawowanego kontynentu Unton.

– Zamartwiasz się… – zauważył naraz Marrengo, strosząc także siwe gęste brwi.

– Tak… – przyznała nieco smutno dziewczyna. – I przecież wiesz dlaczego – dodała równie ponuro.

– Chodzi o twoją siostrę, o Złotą.

– Nie inaczej. – Srebrna bezradnie rozpostarła opancerzone szarą kolczugą ramiona i kwaśno stwierdziła: – Moja siostra trafiła tam, gdzie nie powinno jej być, gdzie nie powinno być nikogo. I w końcu odnajdzie ją mrok, to nieuniknione. A gdy demony zobaczą jej złotą poświatę… – Naraz na dobre zrezygnowana pokręciła bezradnie głową. Zwiesiła ją, po czym popatrzyła na otarcie swej dłoni, gdzie koło kciuka widniała rozcięta skóra, a w ranie srebrzysta ciecz. Z kolei Marrengo, potężny mężczyzna północnej, również srebrzystej krwi, oparł trzonek topora o ziemię i wspierając się na stalowym ostrzu, z pewną chropowatością rzekł:

– Rozumiem twoją troskę o siostrę, ale… obawiam się, że nie jesteśmy gotowi jeszcze wyruszyć. Słowem, próbując teraz daremnie uratować jedną osobę, możemy utracić po drodze wszystkich innych bliskich nam ludzi i jednocześnie całkiem zaprzepaścić dotychczasowy trud. To ciężka do podjęcia decyzja, jednak… – Marrengo zawiesił głos i z ukosa popatrzył z pewnym bólem na dziewczynę.

– Ciężka decyzja? – powtórzyła z kolei pytająco Srebrna. – Ciężka decyzja? – Odwzajemniła spojrzenie wręcz z wyrzutem. – Wszak nie dla mnie! – rzuciła naraz z siłą w głosie i błyskiem w srebrzystych oczach, a dopadła ją dopiero co słabość, zdawała się ją całkiem opuścić. Hardo wstała, podniosła z ziemi miecz i wpatrując się pod światło poranka w srebrzystą klingę, podziwiała wyryte na niej symbole siedmiu legendarnych sióstr krwi.

Aż skupiła wzrok na pierwszym od dołu znaku odnoszącym się ponoć do niej samej. Ten zamigotał mocniej. Wówczas chwyciła za jeden z pary swych srebrzystych warkoczy i ucięła jego końcówkę, by zaraz wyrzucić w przestrzeń odcięte i rozsypujące się na wietrze włosy. Wyglądały trochę jak podłużne płatki śniegu spadające na ziemię. Kiedy zaś osiągnęły jej powierzchnię, Srebrna z zadrą w głosie przemówiła:

– Jestem młoda wiekiem, ale przepełnia mnie odwieczna powinności i dłuższej bezczynności po prostu nie zdzierżę! Ofiary po drodze są niezbędne i nie można się łudzić, że w ponoszonym trudzie naszym ludziom północy nie spadnie z głowy włos. Więcej, przeleją oni swoją srebrzystą krew, a nawet oddadzą w walce życie i wyzioną ducha ku pożarciu go przez srebrzyste smoki mroźnej otchłani. Jednakże nie będziemy czekać dłużej. Ani chwili dłużej! – warknęła gniewnie i raptownie się okręciła na pięcie, a wraz z tym ruchem zamaszyście poprowadziła miecz w kierunku Marrenga. On zareagował błyskawicznie, parując atak uniesionym toporem. A zaraz czynił kolejne defensywne ruchy, wobec wręcz furiackiego natarcia Srebrnej. Ta, co raz wymachiwała sprawnie mieczem, a walcząc, zamykała, to szeroko otwierała srebrzyste oczy, emanując z nich intensywną poświatę, do tego wyrywała ze swej piersi waleczne okrzyki. Napierała bez ustanku, zupełnie jakby pojęcie obrony było jej całkiem obce i atakowała tors, nogi, to głowę cofającego się przeciwnika. Aż w swoistym bojowym szale zdołała przełamać defensywę mężczyzny i tym razem to ona przystawiła mu do szyi ostrze swej klingi. Wtedy, po włożonym w walkę wysiłku, ciężko wydyszała: – Musimy… musimy już wyruszyć. Dla Złotej, dla nas… Dla wszystkich. – Zaś wobec braku reakcji zamarłego Marrenga, mocniej przycisnęła mu miecz do gardła i wybuchła: – Musimy!

– Dobrze… Niech tak się stanie, wyruszymy – oznajmił w końcu pojednawczo wojownik i ostrożnie odjął od swego ciała ostry metal. Uczynił zachowawczy krok do tyłu, a kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości, lodowato, niczym sam północny wicher, rzekł: – Aczkolwiek, zaklinam, panuj nad ciemną stroną własnej srebrzystej natury. Albowiem umiejętność walki, oddanie i hart ducha, to jedno, ale nie jesteś chodzącą dobrocią, jak Złota, ani też na wskroś czysta, jak twoja siostra Alabaster. Dlatego bacz uważnie, aby twego srebra nie skalał mrok.

– Chyba… masz. – Na słowa Marrenga dziewczyna się zająknęła i zawahała. Zamknęła oczy, integrując się ze sobą, po czym znowu patrząc jasnym wzrokiem na świat, z nutą pokory zdecydowanie odparła: – Tak, bezwzględnie masz rację, drogi Marrengo. I dziękuję za nakierowanie mnie na właściwą drogę.

– Jak narowistego konia… narowistego konia – powiedział już pogodnie starszy mężczyzna i uśmiechnął się przyjaźnie. Następnie wyciągnął ku Srebrnej otwarte ramiona. Ona odwzajemniła uśmiech i utonęła w objęciach wojownika, którego traktowała niczym własnego ojca. Choć swego prawdziwego ojca niedane jej było nigdy poznać i nawet nie wiedziała, kim on był. Lecz ponad wszystko ufała Marrengowi. W końcu to właśnie on odnalazł ją w lodowej wiosce na krańcu świata i opowiedział legendę o siostrach krwi, gdzie Srebrna miała być jedną z nich.

*

Minęło kilka szarych dni, skończyła się odwilż i północne ziemie klanu Srebrzystej Stali ponownie wziął we władanie silny mróz, a górzysty teren przyprószył śnieg. W takiej scenerii Srebrna na czele z Marrengiem opuściła położoną wysoko warowną osadę o nazwie Orle Gniazdo. Wyruszyli konno na czele jadących w parach czterdziestu jeźdźców, tutejszych klanowych wojowników. Od przeszło dziesięciu lat przewodził im Marrengo. Choć na osiemnaste urodziny swej podopiecznej zrzekł się on oficjalnie przewodniej roli i takową powierzył właśnie Srebrnej.

Ona wiedziała, że uczynił to głównie dla niej, by tchnąć w nią wiarę w jej wielkie posłannictwo. Wszak doskonale zdawała sobie sprawę, że aby jej klanowa władza została autentycznie usankcjonowana, musiała się przede wszystkim należycie sprawdzić jako zręczna przywódczyni i zdolna wojowniczka. Lecz ona, jak nigdy, czuła się całą sobą gotowa sprostać zadaniu. Chciała bowiem nie tylko zgodnie ze swym przeznaczeniem rozpocząć walkę o pokój na kontynencie Unton, ale też zweryfikować przed samą sobą to, iż naprawdę była tym, za kogo pragnęła teraz uchodzić. Mianowice Srebrną, legendarną siostrą krwi, a obecnie także godną tego miana przywódczynią klanu Srebrzystej Stali. Gdzie zaś łatwiej udowodnić sobie i innym wspomniane prawdy niż właśnie na wojnie?

Otóż to. Dlatego Srebrna jechała pewnie na czele zbrojnego oddziału i co pewien czas żywiołowo oglądała się za plecy, by z dumą popatrzyć na podległych jej wojowników. Podobnie jak ona czy Marrengo wszyscy dosiadali siwych rumaków i przywdziewali szare futra zszyte ze skór wilków oraz niedźwiedzi. Każdy z mężczyzn posiadał topór i obowiązkowo masywną okrągłą tarczę zawieszoną na plecach, a ozdobioną herbem przedstawiającym zarys połyskującej klingi na srebrzystym tle. Ponadto wojownicy nosili zgodnie srebrzące się długie wąsy i brody, a ich głowy wieńczyły metalowe hełmy w tym samym kolorze.

Widok ten doprawdy przepełniał obecną przywódczynię klanową nadzieją i silną wiarą, że wspólnie podołają oni wszelkim przeszkodom. Wręcz odbierała wizerunek swych wojów, jako śnieżną kulę, która puszczona z lodowego szczytu, spadając, będzie systematycznie zwiększała objętość i siłę. Kiedy zaś osiągnie podstawę góry, stanie się na tyle potężna, że nic jej już nie powstrzyma. Choć dziewczyna równie dobrze mogła sobie wyobrazić prowadzone wojsko, jako jeden z górskich strumieni, które podczas roztopów zasilają główną rzekę. W ten sposób, w wyniku licznych dopływów, nurt staje się coraz bystrzejszy, a ciek szeroki i w efekcie u ujścia jest to nieposkromiony żywioł, niepowstrzymana powódź. I czego by nie powiedzieć, te śmiałe wizje wydawały się jak najbardziej zasadne. Ponieważ wici zostały już rozesłane, a większość północnych klanów zgłosiło akces do kolejnej odsłony konfliktu w centrum kontynentu Unton opanowanym od wieków przez czerń i mrok.

Aczkolwiek nadchodzącej kampanii nie miała oczywiście przewodzić Srebrna, tego byłoby zbyt wiele. W końcu niedoświadczenie i młodość, swoista niewinność, same podpowiadały jej, iż na takie wyróżnienie było jeszcze za wcześnie. Mimo posiadanej wielkiej ambicji oraz charyzmy domyślała się, że nie porwałaby za sobą setek uznanych wojowników i dziesiątek wojowniczych kobiet. Na tym etapie swego żywota stanowiła bowiem w swym mniemaniu po prostu srebrzystą iskrę, którą skutecznie wskrzesił w niej szlachetny Marrengo. Jednak, aby jawiła się ludziom północy jako oświetlający drogę srebrzysty ogień, za którym pójdą w najcięższy bój, musiała się dopiero zasłużyć. Dlatego to właśnie pod skrzydłami wspomnianego wojownika mieli się zjednoczyć liczni przywódcy klanowi z północy. To Marrengo miał ich poprowadzić, zaś Srebrna na ten czas pragnęła po prostu stać u jego boku w pierwszym szeregu i dumnie dzierżyć podarowany jej przez Marrenga miecz. Wszystko po to, by walczyć o siebie, klan, o Złotą i wszystkich, od których zdoła odjąć mrok, a w to miejsce ześle jasność niczym oczyszczającą bryzę z mroźnych północnych mórz. I niech dopomoże jej w tym moc siedmiu legendarnych sióstr krwi. Tak przedstawiało się jej życzenie.

Tymczasem zbrojny kondukt swobodnie przemierzał zasnuty cienką warstwą przybrudzonego śniegu kamienny trakt w rozległej przełęczy. Jak wzrokiem sięgnąć malowniczy pejzaż tonął w zlewających się ze sobą różnorodnych odcieniach szarości w tym barwach srebra, platyny, czy stali. Ten ostatni kolor zdecydowanie okraszał kłębiaste obłoki, które niczym puchowe kołdry otulały najwyższe szczyty. Jeżeli zaś gdzieś udało się przebić na niebie promieniom słońca, te odbijały się od śniegu, rozświetlając mroźną okolicę jaśniejącym blaskiem.

W takiej sielankowej scenerii naprzeciw zbrojnej kolumny wyjechał samotny jeździec na siwym koniu i zrównał rumaka z Marrengiem oraz Srebrną, zajmując pozycję po prawej stronie dziewczyny. Skłonił się nieznacznie Marrengowi, młodocianej przywódczyni klanu jakby w ogóle nie zauważając i jechał spokojnie dalej. Lecz samą swą obecnością wzbudził on żywe zainteresowanie Srebrnej. Znała bowiem tego mężczyznę z widzenia, ponieważ kilka lat temu odwiedził on Orle Gniazdo, spotkawszy się tam z Marrengiem. Ona sama była tam wtedy małym podlotkiem i dopiero co uczyła się nowego życia świeżo zabrana ze swej rodzimej wioski. Wszak jadący po jej prawej stronie wojownik, dobrze wyrył się w jej pamięci.

Inaczej niż większość rdzennych mieszkańców północy nie posiadał jednolicie srebrnych włosów i tęczówek oczu o takowej barwie, a z wyraźną domieszką brunatnego koloru. Ten barwił w szczególności jego zawinięte ku dołowi wąsy oraz zaplecioną w trzy warkocze brodę. Poza tym mężczyzna ten był dość niski za to wyjątkowo krępy na kształt masywnego wzgórza, którego za nic nie dałoby się wyrwać z podstawy i obalić. Ponadto jak wielu przywódców klanowych nie nosił tarczy, a okazując tym odwagę, używał jedynie dwuręcznej broni. W jego przypadku dwusiecznego topora wciśniętego za gruby pas. Zaś imię tego słynnego na północy wojownika brzmiało Feldgrau. To z nim miała teraz do czynienia po swej prawicy Srebrna. On natomiast miał przyprowadzić na planowaną kampanię wojenną własnych klanowych wojowników. Lecz z niewiadomych przyczyn, pojawił się sam. Czyżby on jeden zamierzał zastąpić cały oddział?

– Feldgrau… – wyszeptała w pewnym momencie, jakby do siebie samej dziewczyna ze wzrokiem wbitym w zaśnieżoną drogę. – Feldgrau – powtórzyła z podziwem.

– W rzeczy samej! – podchwycił tubalnym głosem zwalisty mężczyzna i z wyższością dodał: – Jam ci jest Feldgrau, właśnie on. – Napuszył się z dumy, zadzierając kwadratowy podbródek i spojrzał daleko przed siebie.

– Srebrna… Jestem Srebrna – odparła ściszonym głosem i trochę bez wiary dziewczyna. Nagle bowiem w obliczu słynnego wojownika, o którym słyszała tyle mężnych opowieści, a nawet chwalebnych pieśni, poczuła się mała i słaba, prawie nic nieznacząca. W konsekwencji odruchowo nieco pochyliła głowę, a dwa srebrne warkocze zaplecione luźno po bokach przesłoniły jej niewinną z wyglądu twarz.

– Srebrna… – mruknął z kolei pod nosem i lekceważąco Feldgrau. – Może być i… Srebrna, to popularny w tej krainie kolor. Choć imię pradawne, legendarne i powiedziałbym… – Zmierzył dziewczynę krytycznym wzrokiem, splunął flegmą na bok i z pretensją warknął: – Zaszczytne to imię, Srebrna, ta… wielce zaszczytne. I zaiste nie powinno przynależeć do pierwszej lepszej… – nie zdążył dokończyć wzgardliwego zdania, ponieważ zawczasu przeszkodził mu Marrengo, wtrącając:

– Jak już cię powiadomiłem przez gońca, drogi przyjacielu, Srebrna jest moją podopieczną, a teraz także klanową przywódczynią. To musi coś znaczyć nawet w twoich oczach. Lecz abstrahując od imion, tytułów, czy starych legend, wszyscy, jak się tu zebraliśmy, jesteśmy po prostu ludźmi północy. Jesteśmy wojownikami, którzy połączeni wspólną sprawą ruszą niebawem ramię w ramie w bój. Dlatego, nalegam, okazujmy sobie nawzajem należny szacunek i wymieńmy przyjacielskie uściski. – Wysunął ku kompanowi żylastą dłoń. Ta została uchwycona przez potężną i owłosioną grabę Feldgrała, który następnie już z mniejszym entuzjazmem wyciągnął rękę ku Srebrnej.

Dziewczyna się zawahała, ale wyjęła z rękawiczki własną dłoń i odwzajemniła gest. A zaraz, przez zaciśnięte zęby, syknęła z bólu, gdy mężczyzna z kąśliwym uśmiechem na ustach w obezwładniającym uścisku niemal zmiażdżył jej drobne kości śródręcza. Jednak wkrótce rozluźnił palce i pozwolił się wyrwać Srebrnej ze stalowego uchwytu. Na takie powitanie Marrengo tylko ciężko westchnął, ale najwyraźniej dał za wygraną, bo tylko rezolutnie zagaił:

– A czemuż to zawdzięczamy sobie wyjazd naprzeciw nam przywódcy klanu Srebrzystych Mgieł? – zwrócił się do Feldgrała. Ten podrapał się po zarośniętej brodzie i nonszalancko rzucił w powietrze:

– Podczas ostatniej odwilży rzeki wezbrały i zerwane zostały niektóre mosty. Dlatego poprowadzę was kamiennymi traktami tak, abyście bez przeszkód połączyli się z moimi ludźmi. W końcu klanem Srebrzystej Stali dowodzi teraz ponoć jakaś niewydarzona dzierlatka. Więc pomyślałem, że głupio by było, gdyby pokierowała swoich wojaków w matnię i potopiła w pierwszym lepszym strumieniu. Toż oszczędzam wam wstydu na całą północ! He, he… – Wyszczerzył się bezczelnie do Srebrnej, ukazując poszarzałe i nierówne zęby.

W odpowiedzi dziewczyna, zupełnie jakby chciała go ukąsić, obnażyła kły w drobnej szczękę, a do kompletu zacisnęła pięści na wodzach. Lecz zaraz poczuła na nadgarstkach krzepiący dotyk dłoni Marrenga. To ją rzeczywiście trochę uspokoiło. Natomiast jej przyjaciel nie dał się sprowokować i zachowawczo skierował rozmowę na inny tor, mówiąc:

– Masz może wieści z odległych krain, Feldgrale? Wszak sam bytujesz ze swoim klanem bliżej wielkiego świata. Podczas gdy my żyjemy w Orlim Gnieździe niejako w izolacji.

– To fakt, kisicie się we własnym grajdołku i chyba naprawdę zapomnieliście, jak wygląda wielki krwawy świat, skoro na swych przywódców wybieracie gładkie dziewczęta i w zasadzie jeszcze dzieci, hy, hy… – Tą sugestią Feldgrau sprawił, że Srebrna opuściła wzrok tak nisko, aż obserwowała śnieg ugniatany pod kopytami rumaków. Jednak wobec ostatnich słów, w najlepsze dworującego sobie z niej wojownika, wzbudzone zostało w niej też zainteresowanie i jej oczy trochę zajaśniały. – Otóż… – mruknął z kolei Feldgrau, objął się za opasłe brzuszysko i uraczył towarzyszów podróży dłuższą wypowiedzią: – Na północnym wschodzie, wśród najwyższych gór, biała magia i alabastrowy lud pod jaśniejącym przewodnictwem wielkiej księżnej mają się ponoć całkiem dobrze. Tamtejsza władczyni odnalazła bowiem dodatkowe złoża alistocjanu w kopalniach za sprawą czego umocniła energetyczne bariery swego księstwa. Te podobno z powodzeniem oparły się pomniejszym demonom z centrum kontynentu. Zaś większe i nieliczne kreatury zostały wybite w jednym decydującym starciu. I to dlatego właśnie zdecydowałem się wziąć udział w twojej kampanii, Marrengo. Albowiem liczę, że w razie naszego sukcesu w starciu z mrokiem, jeszcze bardziej ośmielimy wielką księżną Alabaster i ta włączy się do czynnego udziału w wojnie, śląc nam na teren wroga posiłki. I bynajmniej nie mam tu na myśli jagnięciny, czy innej smakowitej rogacizny, he, he… a raczej doborowych magów oraz łuczników o białej krwi. Choć smukłe alabastrowe łuczniczki, rzecz jasna, też miło byłoby powitać w naszych szeregach, czyż nie, Marrengo? Hy, hy… Ale ja sam…

– A północny zachód? – wtrąciła pospiesznie Srebrna, wielce ciekawa kolejnych wieści tym razem z przeciwległego krańca świata. Lecz Feldgrau zdawał się jej w ogóle nie słyszeć i po chwilowej pauzie swobodnie wznowił monolog:

– Ja sam… najchętniej dosiadłbym alabastrowego gryfa i poszybował w powietrzu na wroga. Cóż powiedzieć, Marrengo, wiek u mnie już nie ten i coraz bardziej doskwierają mi trudy tych wiecznych konnych wojaży. Nie wspominając już o podejmowanych pieszych marszrutach, brrr… Moje kolana – dodał dyskretnie, wychylając się ku kompanowi i dając do zrozumienia, że miał problem ze stawami, po czym beztrosko kontynuował: – Jeżeli zaś chodzi o północny zachód, bo chyba sam wiatr zawiał mi do uszu, upominając się o wieści z tamtego kierunku… – Krzywo uśmiechnął się do Srebrnej. – To wiedz, drogi przyjacielu, że władca tamtejszego królestwa poprowadził swych złocistych rycerzy w straceńczy bój i poniósł sromotną klęskę na rubieżach centralnej krainy. Bitwa było podobno olbrzymia i trwała cały dzień, ale z nastaniem nocy powstały z czarnych popiołów nowe demony i ostatecznie przechyliły szalę zwycięstwa na stronę mroku. Tak więc krucjata w celu odnalezienia przysposobionej córki króla, niejakiej Złotej, spalił na panewce i to słynne dziewczę o złotym sercu pozostaje nadal zaginione, a jego smutny los zdaje się przypieczętowany…

Wobec tych wieści Srebrna bezwiednie popędziła rumaka i samotnie się wysforowała przed jeźdźców, zupełnie jakby w pojedynkę zapragnęła pognać na ratunek wspomnianej osobie w opałach. Jednak zdawszy sobie sprawę ze swego niefrasobliwego zachowania i żywo obawiając się z tego powodu kolejnych złośliwości Feldgrała, wstrzymała wierzchowca i karnie wróciła do konnego szeregu.

– No ta… – westchnął na to z dezaprobatą w głosie posępny wojownik i nieustannie zwracając się jedynie do Marrenga, niespiesznie ciągnął dalej: – Wszakże, mój druhu, posłuchaj też opowieści z odleglejszych krain, które wędrowni trubadurzy zanieśli do mych zarastających siwymi włosami uszu. – Energicznie powiercił placem w małżowinie. – Oto mam do przekazania może nie najświeższe historie, wszelako niemniej ze wszech miar intrygujące. – Sam adresat tej treści, Marrengo, może niespecjalnie wyglądał na kogoś pochłoniętego opowieściami Feldgrała, za to Srebrna cała zastygła w oczekiwaniu na słowa, które w mroźnym powietrzu padły po chwili: – Otóż na południowym wschodzie, w samej Wielkiej Puszczy, podobno ktoś na potęgę wycina zielone lasy i bez litości trzebi zwierzynę. Coś jakby zalęgł się sam mrok w cieniu wiecznie zielonego listowia, a staremu Feldgrałowi to podpowiada, że stamtąd dopiero wyjdzie z czeluści prawdziwe zło. Ale któż to tam w sumie może wiedzieć, poza naszym wszechwiedzącym wieszczem, o których wszelki słuch na dobre zaginął. – Mężczyzna ostentacyjnie wysmarkał się wprost na grzywę konia Srebrnej i przeszedł do wieści o innym zakątku świata: – Co się zaś tyczy południowego zachodu, to tamtejsi arystokraci o kasztanowej krwi chyba już całkiem postradali zmysły. Albo też wędrowni trubadurzy przesadzili z mocnymi trunkami wobec swych słabych głów, kto ich tam licho wie, he, he… – Puścił oko do Marrenga. – Albowiem prawiono mi, że bez pomocy zwierząt, magii czy żywiołów, wprawiają oni wielkie machiny w ruch i te wznosić się mają ku samym niebiosom, po czym płyną po nich niczym obłoki z drewna oraz stali. Również tamtejsze drogi podobno przemierzają obecnie beznogie rumaki za to na kołach. Ale, kto to w ogóle kiedykolwiek słyszał o poruszających się wierzchowcach bez nóg?! Ha, ha! – Parsknął gardłowo Feldgrau zachwycony swą śmiałą wizją. Aż stonował emocje i posępnie zakończył: – Oczywiście jest jeszcze dalekie południe, ta skalana, spalona słońcem ziemia. Jednakże co tam tak naprawdę się na ten czas dzieje, tego na dobrą sprawę nie wie już nikt. To ciągle świat duchów zarówno tych świetlistych, jak i przeklętych upiorów. Kraina, gdzie istoty całkiem wyrzekły się płynnej krwi w swoich żyłach i zastąpiły ją fantomową esencją. Choć niektórzy się zarzekają, iż owa esencja jest widoczna i nawet przejawia barwy, jak choćby lazur. Zaś jak prawił ślepy wieszcz, Lazur, to przecie także imię siódmej z mitycznych sióstr krwi. Ciekawe to, oj ciekawe i wielce intrygujące zarazem. – Po tym wyznaniu Feldgrau już nie popatrzył w kierunku Srebrnej ani też Marrenga, tylko ponuro wbił wzrok przed siebie wprost w zaśnieżony krajobraz. I tak nastała długa cisza, której tym razem nikt z trójki jeźdźców nie raczył już przerwać.

Dalsza droga w milczeniu wiodła coraz ciaśniejszymi przełęczami, które okalane były przez wyższe bardziej strome wzniesienia momentami wręcz całkiem przysłaniające jasność dnia. Trasę nieustannie wytyczał Feldgrau, kierując uczestników wyprawy systematycznie na południowy wschód. I tak ranek przeszedł w południe, aż powoli zaczął nadchodzić wieczór.

Wówczas, ciągle jadąc konno z innymi, Srebrna zamknęła oczy i spróbowała wznowić praktykę wewnętrznej koncentracji, której nauczał ją Marrengo. Dlatego wyciszała poszczególne zmysły, starając się osiągnąć ciągle niedostępny dla niej poziom czystego nadzmysłu. Osobiście chyba nie zbliżyła się jeszcze nawet do pierwszego z jego poziomów, których liczba wynosiła siedem. Zresztą sama nie słyszała o nikim, kto doszedłby w swej praktyce dalej niż do czwartego stopnia, a sam Marrengo, jako jeden z bardzo nielicznych, szczycił się trzecim poziomem.

Natomiast w bieżącej chwili tym trudniej było się dziewczynie skupić na ćwiczeniach, ponieważ opowieściami Feldgrała dalece została rozbudzona jej wyobraźnia na temat wielkiego świata. Przez to, co raz atakowały jej umysł myśli na temat innych krain, a głównie tej wysuniętej najbardziej na południe kontynentu.

Niewielu w ogóle odważyło się wspominać o tym, co mogło tam zaistnieć. W konsekwencji wszelkie wiadomości na ten temat, jakie docierały do uszu Srebrnej, stanowiły mieszaninę faktów, pobożnych życzeń oraz zwykłych zafałszowań wynikających z niewiedzy, uprzedzeń i lęków. Ona zaś nie potrafiła oddzielić prawdy od fałszu, mitów od faktów, bo niby jak? Jednak sama właśnie była świadkiem tego, że wydarzenia z południa potrafiły odbierać na dłuższy czas mowę nawet największym wojownikom, jak Feldgrau czy Marrengo.

Wszak sama Srebrna pomyślała, iż jej, jako jednej z legendarnych sióstr krwi, będzie być może dane kiedyś odkryć te tajemnice. Bowiem gdzieś tam, na południu, powinna przebywać obecnie jedna z jej sióstr, mianowicie Lazur. A zgodnie ze słowami Marrenga, tylko jedna mityczna siostra mogła zwieńczyć swe posłannictwo sukcesem i zaprowadzić tysiącletni pokój na kontynencie Unton. Lecz w tym celu na swej drodze powinna ona uzyskać wsparcie każdej z pozostałych sióstr, w tym ich krwi. Choć przyjaciel Srebrnej nie wyjaśnił, na czym konkretnie ta pomoc miałaby polegać.

Snując takie rozważania, dziewczyna wreszcie zdołała je oddalić od rdzenia swego umysłu i osiągnęła w nim zalążek spokoju oraz ciszy, które przekształciła w spójny element jedności. Ta powoli ogarniała coraz większe połacie jestestwa Srebrnej. Wręcz czuła ona w sobie stapianie się razem wzroku, słuchu, czy węchu, co dawało niepowtarzalne odczucie integracji nie tylko z samą sobą, ale i otoczeniem. Zapachy najpierw dochodziły do niej wyrazistsze i naraz uderzył ją wyjątkowo kwaśny odór potu Feldgrała, ale sam zmysł powonienia jakby szybko się rozpłynął i przeszedł w odgłos bicia serca mężczyzny. Puls pył znacznie przyspieszony, można by rzec naznaczony pewnym niepokojem. Zaraz jednak i tętno wojownika zlało się z bardziej subtelnymi doznaniami, a wszystkie one składały się na podejrzane odczucie zagrożenia ze strony obcego wojownika.

Następnie Srebrna, choć nie miała otwartych oczu, skoncentrowała uwagę na wizji przed sobą. I sama jedność, jak za rękę, poprowadziła ją aż za niewidoczny z pozycji jeźdźców fragment drogi za jej zakrętem. Tam, na dwóch przeciwległych wzniesieniach, wychwyciła nietypową srebrzystą poświatę, od której jednakże biła złowroga aura.

W tym momencie uwaga Srebrnej ponownie skupiona została na postaci Feldgrała. Wykonał on dyskretny ruch w kierunku topora za pasem i wyraźnie gromadził siły do realizacji jakiegoś celu. Dziewczyna nie musiała konkretyzować jego zamierzenia, prowadzona przez samą jedność, reagowała spontanicznie w najlepszy możliwy sposób.

W rezultacie, ciągle nie podnosząc powiek, raptownie wyciągnęła do góry prawą rękę. Tym samym zablokowała wymierzony w nią cios toporem krępego mężczyzny. Zaś dzięki integracji jedności uzyskała zwielokrotnioną siłę i nie dała przełamać swej ręki. Ta, niczym tarcza, pozostała sztywno wzniesiona. Równocześnie druga dłoń Srebrnej sięgnęła za pas i wyszarpnęła sztylet, który błyskawicznie poprowadzony został w masywny kark wojownika. Ostrze weszło głęboko po samą rękojeść. Wtedy Feldgrau zluzował napór topora na rękę dziewczyny. Ona sama, jakby wychodząc z transu, a równocześnie zmysłu jedności, natychmiast otworzyła wyjątkowo intensywnie srebrzące się oczy.

Wówczas, już naturalnym wzrokiem, dostrzegła obcych wojowników wychodzących z ukrycia na skarpy po obu stronach drogi. Jej zwykle chłodna krew nagle w niej zawrzała. Doskonale bowiem zdawała już sobie sprawę ze skali zagrożenia i nawet nie myślała szukać wsparcia u Marrenga, nie było na to czasu. Dlatego z ciągle uniesioną rękę, jako klanowa przywódczyni, odruchowo krzyknęła:

– Wojownicy Srebrzystej Stali! To zasadzka! Formacja obronna! Zasłona z koni i tarcz! – Sama wstrzymała rumaka i wskoczyła pomiędzy niego, a wierzchowca Marrenga. Jej przyjaciel także zsunął się na śnieg, po czym razem ze Srebrną schował za końskim grzbietem. Podobnie uczynili wszyscy wojownicy klanu Srebrzystej Stali i w ten sposób przypominali teraz zbrojną rzekę osłoniętą z dwóch stron masywnymi wałami z końskich cielsk.

Aż naraz z przeciwległych wzgórz posypały się gęsto strzały z łuków i poszybowały oszczepy. W efekcie konie zostały dotkliwie poprzeszywane ostrymi drzewcami. Parskając żałośnie, jeden po drugim rumaki padały konające na ziemię, od razu dobijane ostrzami przez dotychczasowych jeźdźców. Oni natomiast znaleźli nad wyraz skuteczną ochronę za ścianą ze zwierzęcych zwłok oraz ustawianych przed sobą tarcz. W ten sposób zasadzka nie doszła do skutku, ponieważ choć padły wszystkie konie, to wojownicy Srebrzystej Stali odnieśli jedynie powierzchowne rany.

– Świetna robota – warknął przykucnięty Marrengo, opierając się własnymi plecami o plecy Srebrnej. – Niewiele brakowało… – dodał posępnie. Na co wyraźnie wzburzona dziewczyna syknęła:

– To jeszcze nie koniec… Na zimny honor! Na mróz i lód! To nie koniec.

– Wręcz przeciwnie – stwierdził wojownik. – Nikt więcej nie musi i nie powinien tu ginąć. – Popatrzył na wykrwawiającego się na śniegu, rzężącego Feldgrała. – Nastał pat i poczekamy, aż zdrajcy się wycofają – zawyrokował.

– Zdrajcom należy zanieść śmierć… – sprzeciwiła się Srebrna. I nie czekając na odzew przyjaciela, uniosła rękę uzbrojoną w długi miecz, po czym jako klanowa przywódczyni wydała komendę: – Prawe skrzydło Srebrzystej Stali! Mur tarcz i atak na prawą flankę wroga! Lewe skrzydło! Mur tarcz i osłona prawego skrzydła! – Po tej odezwie dziewczyna prześlizgnęła się po grzebiecie uśmierconego rumaka. Podobnie uczynili wszyscy wojownicy z jej szeregu i szczelnie osłonili się wysuniętymi przed siebie tarczami. Natomiast ich plecy zabezpieczali podążający za nimi tyłem wojownicy z lewego skrzydła. Dzięki takiej ciasnej dwustronnej formacji kolejna salwa strzał i oszczepów jedynie odbiła się od masywnych tarcz kontratakującego klanu. Zaś jego przywódczyni znalazła schronienie za osłoną najbliższego niej, i to pod wieloma względami, młodego wojownika imieniem Aezon. Spojrzeli na siebie wymownie, dodając sobie nawzajem otuchy i razem z resztą parli naprzód. Aż kiedy wojownicy Srebrzystej Stali zaczęli podchodzić pod strome wzniesienie, rozbrzmiał na nim gardłowy krzyk:

– Za Feldgrała! Pomścić Feldgrała! Śmierć jego zabójcom! – I wtem kilkunastu mężczyzn oraz kilka kobiet klanu Srebrzystej Mgły porzuciło oszczepy oraz łuki. Za to dobyli oni topory, miecze oraz chwycili tarcze, by runąć z impetem na podchodzącego przeciwnika.

– Dwa kroki w tył! Dwa kroki w tył! – komenderowała w odpowiedzi Srebrna, sprawiając, że jej wojownicy w zwartej formacji zeszli z podstawy wzgórza. A kiedy atakujący ludzie wrogiego klanu bezładnie rozsypali się u podstawy wzniesienia, dziewczyna wydała kolejny rozkaz: – Prawe skrzydło! Wytrzymać napór! Wytrzymać napór! – I nagle obcy wojownicy zderzyli się z impetem ze zwartą ścianą tarcz i odbili od niej, a wielu z nich padło na plecy. Wtedy też padło ostatnie polecenie wręcz zdzierającej gardło Srebrnej: – Zabić! Zabić zdrajców! Zabić wszystkich zdrajców tego świata! Do ataku! – Sama wysunęła się zza osłony Aezona i zamaszystym ciosem miecza rozpłatała bok obcej wojowniczki, po czym siekła jak oszalała klingą w naprędce stawiane przed nią tarcze.

Naraz wydarła z piersi dziki wrzask, odrzuciła długie ostrze i dobyła zza pasa dwa noże, by pobiec z nimi pomiędzy wrogów. Następnie nową bronią zadawała płytkie cięte rany w kluczowe punkty ciał przeciwników, jak gardła, twarze, czy ręce. Potem w nieokiełznanym szale bojowym szatkowała do kompletu brzuchy oraz celowała w serca czy płuca.

Wreszcie jeden z poranionych wrogów pochwycił ją i padając, ściągnął na siebie. Ona, niczym w przypływie szaleństwa, masakrowała go sztyletami, czyniąc to z pianą na ustach i zadawała dziesiątki ran kłutych w tors.

Wtem poczuła na plecach dotyk. Gwałtownie się obróciła, gotowa dalej zabijać. Wtedy zobaczyła, że zażarta bitwa już dogasała, a do niej ostatkiem sił pełznął nie kto inny, jak broczący krwią z gardła oraz ust Feldgrau. Srebrna w jednej chwili pchnęła go na ziemię i usiadła na jego brzuchu. Przytknęła mu ostrze do okaleczonej szyi i się wydarła:

– Dlaczego?! Dlaczego? Dlaczego?!

– Bo… – wyrzęził z trudem. – Bo mi kazała.

– Kto?! – zawyła dziko dziewczyna.

– Prawdziwa siostra krwi wschodnich gór, prawdziwa Srebrna…

– Że jak?! – wrzasnęła niczym opętana wojowniczka. W odpowiedzi konający mężczyzna uśmiechnął się drwiąco, resztkami sił napluł napastniczce srebrzystą krwią w twarz i wycharczał:

– Tylko na siebie spójrz… Ty nie jesteś Srebrną, nie ty… Ty jesteś nikim, niczym…

– Nie jestem Srebrną… – powtórzyła tym razem jak martwa dziewczyna, nagle spuszczając z tonu. Poczuła, że cała raptem jakby zamarzała, a jej dotąd jasne widzenie zasnuwał posępny mrok. – Nie jestem Srebrną… – mówiąc niczym w transie, uniosła nóż z zamiarem wbicia go wprost w usta Feldgrała, z których popłynęły ku niej wręcz druzgocące słowa. Jednocześnie podnosząc głowę, zobaczyła stojącego nad sobą zakrwawionego Marrenga. Ten spojrzał na nią z pewnym bólem. – Nie jestem Srebrną. – Dziewczyna wycharczała do niego z prawdziwą zgrozą i uśmiechnęła się nerwowo. Gdy wtem otrzymała od przyjaciela obezwładniający cios pięścią w twarz, który skrwawił jej wargi, a ją samą, pozbawioną raptem przytomności, rzucił w niedbałej pozie na śnieg.

Tak oto bitwa na przełęczy została ostatecznie zakończona. Spośród prowadzonych przez dziewczynę do boju wojowników Srebrzystej Stali poległ tylko jeden z nich. Dla odmiany wróg uległ całkowitemu pogromowi. Jego lewa flanka salwowała się ucieczką, a z prawej, gdzie poszedł cały impet natarcia, nie ocalał zupełnie nikt. Skonał również klanowy przywódca Srebrzystej Mgły, Feldgrau. Zaś jego zabójczyni została mocno związana na polecenie Marrenga i ten czekał, aż po zafundowanym jej wstrząsie się wreszcie przebudzi.

II. ALABASTER

Kwintesencja majestatu, czystości i chwały, a także kultywacja tradycji oraz nieprzejednana walka z mrokiem. Takie przymioty prezentowało sobą dumne Wielkie Księstwo Wschodzącego Słońca i Księżyca jakby nadziane na najwyższe szczyty kontynentu Unton w jego wschodniej, nieco północnej części. Nie była to zbyt rozległa kraina wciśnięta pomiędzy mroczne centrum, od południa rozległe puszcze, z północy granicząca z wolnymi klanami, od wschodu zaś okalana oceanem. Wszak to nie obszar decydował o wielkości, a ukryta tu moc. Stanowiła ją prastara biała i niemal nieskalana magia. Z kolei przewodząca księstwu władczyni – wielka księżna Alabaster – stała na straży tego, aby magiczna moc krainy pozostawała możliwie czysta i dzięki temu dawała nieustanny odpór panoszącej się w centrum kontynentu ciemności. To tutaj bowiem od wieków dochodziło do najcięższych starć światła oraz mroku. Jednakże Alabastrowy Pałac ciągle pozostawał dla naznaczonych czernią sił fortecą nie do zdobycia.

Wielka księżna stała akurat na najwyższym i najwznioślejszym zarazem pałacowym balkonie skierowanym na zachód i podziwiała roztaczający się stąd iście oszałamiający widok. Był on zdominowany przez niebotyczne góry składające się w mniej więcej równych częściach ze skał oraz lodu do tego stale przyprószonych mlecznym śniegiem.

Sam zatopiony w kolorze bieli jaśniejący pałac, niczym kolejne jego strzeliste wieże, okalało siedem szpiczastych szczytów, których ostre zwieńczenia ginęły daleko ponad poziomem chmur. Natomiast ze środkowych kondygnacji monumentalnej budowli wprost ku zachodowi, czyli tam, gdzie spoglądała aktualnie władczyni, wiódł wiszący most ciągnący się niezmiernie daleko i prowadzący do górskiej przełęczy.

Pomost, jak wszystko w okolicy, odznaczał się dominującą bielą, a pod nim rozciągała niemal bezdenna przepaść. Była to mroczna wnęka, gdzie swego czasu strącono już całe zastępy wojowników ciemności szturmujących bez powodzenia Alabastrową siedzibę. Przez co w nieliczne tu dni odwilży dało się z czeluści słyszeć gardłowe porykiwania oraz chrypienia uwięzionych w dole czarnych bestii. Zwykle skutych łańcuchami z okowów lodu nakładanych przez sam mróz, ale czasem częściowo przez niego uwalnianych podczas roztopów. Potem jednak jak zwykle w okolicy spadał śnieg i przykrywał sobą głębię otchłani pod mostem, czym sprowadzał swoistą mroźną zasłonę na potwory, więżąc je na powrót w lodzie.

Ponadto poza zachodnią stroną pałacu, z której regularnie nadciągało mroczne zło, pozostawały jeszcze trzy inne kierunki świata. I tak na północy rozciągały się najwyższe pasma Alabastrowych Gór z gniazdującymi tam smokami. Im dalej na południe, tym szczyty stawały się niższe, aż na granicy z Wielką Puszczą następowało radykalne obniżenie terenu niemal do poziomu oceanicznych wód. Były to terytoria zamieszkiwane przez gryfy będące na usługach księstwa. Zaś ze wschodniego skrzydła pałacu prowadził niezwykle długi lodowy tunel, który kończył się aż nad oceanem, a wieńczył go stale rozbudowywany przez władczynię port.

Ona sama, wielka księżna Alabaster, niepodzielnie panująca nad swą krainą i alabastrowym ludem, właśnie skończyła napawać się mroźnym pejzażem nieogarnionej górskiej przestrzeni i zawróciła do pałacowych wnętrz. Przemierzała strzeliste korytarze wykonane w większości z białych kruszców, głównie marmuru. Wszędzie, gdzie stawiała z pietyzmem kroki, panowała intensywna jasność od wbudowanych w sufit i ściany emanujących białym blaskiem kryształów, unikatowego minerału zwanego księżycowymi łzami. Do tego pałacowe przestrzenie były wręcz oszałamiająco przestronne, zupełnie jakby zamek został wzniesiony dla samych olbrzymów.

I skąd inąd, tak właśnie się miały sprawy związane z tą wyjątkową budowlą, ponieważ pierwotnie przybytek ten nie stanowił bynajmniej stolicy ludzkiej rasy. W zamierzchłych czasach ponoć panował tu ród lodowych gigantów, którego przedstawiciele obecnie mieli przebywać zamrożeni w pobliskich górach. Jednak czy rzeczywiście? Księżna dobrze wiedziała, iż tak, dlatego niestrudzenie poszukiwała w swym władztwie śladu bytności olbrzymów, odnosząc w tym względzie coraz większe sukcesy.Sama natomiast, choć absolutnie nie była olbrzymką, ani też istotą spokrewnioną z monumentalną rasą, to nawet na tle wysokiego ze swej natury alabastrowego ludu wyróżniała się wzrostem i bardzo smukłą sylwetką. Wszak najbardziej charakterystycznym elementem jej urody były niezwykle rozłożyste skrzydła pełne wielkiej liczby białych piór. Przy czym nikt inny z ludzi nie szczycił się taką częścią ciała zarezerwowaną zwykle dla świata ptaków. Z tego powodu wielka księżna była absolutnie wyjątkowa. Osobiście też nie raczyła nikomu wyjawiać przyczyny swej nietypowej urody oraz dodatkowej mocy, a mianowicie, za sprawą skrzydeł, umiejętności swobodnego lotu.

Zresztą Alabaster posiadała nad wyraz wiele skrywanych skrzętnie tajemnic, podobnie jak jedynych w swoim rodzaju cech swego majestatycznego wizerunku. Wśród tych ostatnich niezwykle rzucały się w oczy jej włosy – śnieżnobiałe proste i opadające aż do ziemi. Do tego władczyni zawsze zakładała kredowe suknie z odkrytymi ramionami i głębokim dekoltem, ukazując tym samym swą alabastrową nieskazitelną skórę w całej krasie. A jakby tego było mało, w jej otoczeniu nieustannie padał drobny śnieg, nawet gdy przebywała w ciepłej komnacie. Powiadano, że nieprzerwane namaszczanie skóry wielkiej księżnej mroźnymi płatkami stanowiło sekret jej piękna. Ale jak było naprawdę? Nikt tego nie wiedział i nikt nie śmiał pytać. Choć nie ze strachu, nic bardziej mylnego. Albowiem władczyni zwykła swobodnie odpowiadać na wszelkie pytania i to ozdabiając twarz życzliwym uśmiechem. W żadnym więc razie nie stanowiła ona uosobienia tyranii. Lecz często onieśmielała ona rozmówców, mając w zwyczaju udzielania odpowiedzi w mniej lub bardziej zawoalowany i niejednoznaczny sposób. W konsekwencji, jeżeli pragnęła zataić przed innymi jakąś wiedzę, sprawiała, że po jej słowach, nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co miała ostatecznie na myśli. Osobiście najskrytszymi myślami dzieliła się bezpośrednio wyłącznie z własnymi najwierniejszymi sługami – ukochanymi ptakami. I dokładnie w tym celu dotarła obecnie do swej słynnej w całym pałacu ptaszarni.

Alabaster przyłożyła dłonie do białych kamiennych drzwi i magiczną mocą panowania nad przedmiotami sprawiła, że podwójne wrota otworzyły się przed nią na oścież. Następnie otoczona zawiesiną delikatnych płatków śniegu wkroczyła jakby do zupełnie innego świata. Obszerne wnętrze było koliste, a wieńczyła je monumentalna kopuła, pod którą usytuowano szereg przesłoniętych kremowymi zasłonami okien prowadzących ku czterem stronom świata. W samym centrum porcelanowego parkietu stała okazała fontanna ze źródłem. Natomiast jasność pomieszczenia zwyczajowo pochodziła od wbudowanych w ścienne przestrzenie księżycowych łez. Poza tym wokół kolistej ściany rosły odznaczające się wyłącznie białym listowiem i równie jasną korą najprzeróżniejsze drzewa. Na nich z kolei zasiadała mieniąca się wszelkimi odcieniami bieli cała rzesza różnorodnych ptaków. I tak spotkać tu można było zarówno kremowe gołębie, jak i perłowe mewy, porcelanowe orły czy alabastrowe sokoły. Zaś wszystkie zgromadzone tu ptaki, całe setki, były, nie inaczej, tylko na usługach wielkiej księżnej Alabaster.

Władczyni tradycyjnie najpierw niespiesznie przechadzała się pośrodku komnaty. A idąc dostojnie, pozwalała siadać na swych smukłych ramionach ptakom i karmiła je wciąganym z kieszeni ziarnem. Do tego głaskała z czułością swe pociechy oraz uśmiechała się do nich z satysfakcją.

Aż w pewnym momencie sama zatrzepotała skrzydłami i wzleciała ponad centrum pomieszczenia, przypominając w tym względzie najbardziej okazałego ptaka w ptaszarni. Wówczas sięgnęła do kieszeni sukni obiema dłońmi, po czym zamaszyście rozsypała ziarno na wszystkie strony świata ku uciesze swych pozostałych podopiecznych. Ci bowiem poderwali się z okalających plac drzew i zgodnie sfrunęli na parkiet, aby łapczywie połykać spadające tam ziarno. Natomiast Alabaster z gracją opadła na podłogę i ponownie się z wolna przechadzając, na ten czas pomiędzy ucztującymi ptakami, zaczęła swój tradycyjny w tej komnacie monolog:

– Jedźcie, jedźcie moi milusińscy… Posilajcie się, bo czeka nas jeszcze wiele pracy. A kiedy się już nasycicie, ta, która jest jedną z was, czeka na wieści z wielkiego świata. – Niebawem ptaki podlatywały kolejno do wielkiej księżnej i siadając na kobiecych ramionach, żywiołowo ćwierkały jej do ucha, ostentacyjnie krakały bądź wydawały skrzeknięcia. Alabaster z uznaniem kiwała głową, po czym tłumaczyła zasłyszane wieści ptasiej mowy, głośno wypowiadając ludzkie słowa: – Tak więc powiadacie, moi pierzaści przyjaciele, że w Wielkiej Puszczy trwa w najlepsze wycinka zielonego lasu. Dobrze, to bardzo dobrze, ponieważ potrzebujemy zbudować niezwyciężoną armadę. – Z ramion księżnej odfrunęły mniejsze ptaki, a ich miejsce zajęły mewy: – Że jak? – zainteresowała się nowymi wieściami Alabaster. – Odkryłyście, moje ptaszyny, następną wyspę daleko na oceanie? Doskonale, po prostu wybornie. Ale musicie dalej badać archipelagi i odnaleźć na nich wyspę z górą, która jest wulkanem przypominającym kształtem ptasią czaszkę. To jej usilnie poszukuję. – Zaraz miejsca mew zajęły niepozorne wróble. – Więc znowuż nie udało się wam wykraść planów machin napędzanych smolistą substancją? – zafrapowała się władczyni. – Ale to nic, to nic – pocieszała siebie, jak i ptaszyny. – Wytrwale próbujcie dalej. Musimy bowiem w końcu rozstrzygnąć, czy arystokraci o kasztanowej krwi nam zagrażają, współpracując z mrokiem, aby za sprawą czarnej magii wprawiać w ruch swe niezwykłe lądowe czy powietrzne tak zwane urządzenia. – Wtem do wysokich nieco spiczastych uszu wielkiej księżnej dotarł kolejny szczebiot: – Ach… zatem są już i morskie pojazdy. To ciekawe, to bardzo ciekawe i tym bardziej trzeba to zbadać, żeby być może samemu wykorzystać te cuda. Co wy na to? – Alabaster obdarzyła najbliższe ptaki przymilnym uśmiechem, a rozglądając się dalej, zapytała: – A gdzie są moje dzielne ptaszki wysłane na najdalsze południe, no gdzie…? – Dłużej rozglądała się z uwagą po komnacie, aż załamała ramiona, z których sfrunęły spłoszone zwierzęta i żałobnie rzekła: – Nie wróciły, zatem znowu nie powróciły z gorącego południa me ukochane ptaszyny. Tak będzie nam ich brakowało, ale nigdy o nich nie zapomnimy, o nie – podsumowała posępnie, a zawtórowało jej żałosne kwilenie z dziesiątek dziobów. Następnie kobieta uklękła na jedno kolano tuż przed majestatycznym biały orłem stojącym na posadzce. – Mam dla ciebie to, co ci przyobiecałam – oznajmiła do niego, jakby z pewnym respektem i wyjęła z kieszeni krwawe zawiniątko. Rozwinęła je z pietyzmem, po czym zademonstrowała na dłoni kawałek świeżego mięsa. – Smacznego – szepnęła. Wtedy biały orzeł raptem przeistoczył się w czarnego węża i spróbował gwałtownie pochwycić dla siebie zdobycz. – A, a, a… – Alabaster zdążyła cofnąć dłoń z krwistą przekąską i pogroziła istocie wskazującym palcem drugiej ręki. Reprymenda poskutkowała, ponieważ skrzydlaty wąż nieco odchylił łeb i dłuższy czas posykiwał, przekazując wieści. – Więc odnalazłeś wreszcie pierwszą z sióstr krwi, to właśnie chciałam usłyszeć. – Usatysfakcjonowana władczyni podała gadowi krwisty ochłap mięsa. Ten został natychmiast pochłonięty i zwierzę ponownie transformowało do wyglądu dumnego orła. – Nikt tego nie widział, nikt tego nie widział. – Wielka księżna pokiwała groźnie palcem tym razem w kierunku pozostałych ptaszyn. One odpowiedziały wręcz ogłuszającym skrzekiem, jakby przekrzykując siebie nawzajem, gdzie wyraźnie pobrzmiewały dźwięki dezaprobaty. Z kolei nieco zafrapowana kobieta naraz dostrzegła w swych dotąd nieskazitelnie białych skrzydłach dwa pociemniałe pióra. Wyszarpnęła je z oznaką niesmaku na twarzy, odrzuciła na parkiet i w zadumie, obecnie jakby tylko sama do siebie, wyszeptała: – Skoro tożsamość niejakiej Srebrnej została potwierdzona, nie ma na co czekać. Czas wyeliminować pierwszą z sióstr krwi zagrażających porządkowi świata. – Na te słowa podniósł się w ptaszarni jeszcze większy rwetes. Na co Alabaster uniosła wysoko ponad głowę wskazujący palec, domagając się ciszy. Kiedy się takowej doczekała, z wielką powagą oświadczyła: – Rozumiem, doskonale rozumiem, wasze święte oburzenie moi pierzaści przyjaciele. Przecież oto jestem jedną z was! – Rozpostarła skrzydła. – Wszak już wam to raczyłam nie raz wyjaśniać. Naszym światłym celem jest zaprowadzić trwały ład na kontynencie, a jak wiecie dokonać może tego tylko jedna z legendarnych sióstr krwi. Zaś która z nich, jak właśnie nie ja, najlepiej sprawdzi się w tej roli? – Intensywne ćwierkanie znowu zostało mocno rozbudzone, aż zaczęło z wolna tracić na intensywności i wkrótce na dobre zanikło. – Otóż to, moje ptaszyny. – Wielka księżna złożyła dłonie, jak do modlitwy i rozdeptując pod alabastrowym obuwiem niezjedzone ziarno, podniośle kontynuowała: – Pozostałe siostry, dla dobra wszystkich, muszą zginąć i tym samym utorują drogę dla podtrzymania porządku na kontynencie, nad którym pieczę będę niepodzielnie sprawowała właśnie ja. Dlatego moja przewodnia rola, powinność, to żyć, istnieć, oddychać i łopotać na wietrze skrzydłami. A moje siostry krwi niechybnie czeka śmierć, przykro… mi. – Alabaster załamał się na moment głos. Potem rozstawiła szeroko ramiona, ułożyła palce w subtelne gesty mudr i za pomocą magii sprawiła, że wszystkie zasłony w oknach pod kopułą zostały raptownie odsłonięte, wpuszczając do komnaty światło dnia. Wraz z zalewem wnętrza dodatkową jasnością dało się słyszeć żywiołowe pokrzykiwanie wielkiej księżnej: – Zatem lećcie, moim pierzaści przyjaciele, lećcie białe ptaszyny, jak i czarne węże w ptasich piórach, by na zgubę sióstr, a me ocalenie oraz świata, odnaleźć pozostałe siostry krwi. Przemierzajcie bezkresne niebiosa, podążając do najdalszych zakątków wszystkich krain kontynentu Unton i powróćcie z pożądanym wieściami, a specjalna nagroda was nie ominie! – W odpowiedzi setki mniejszych i większych par skrzydeł załopotały w powietrzu. Całe stado ptactwa zgromadziło się u szczytu kopuły, po czym podzieliło na cztery białe strumienie, które z furkotem wyleciały na zewnątrz komnaty.

Wkrótce również Alabaster opuściła ptaszarnię wielce rada, że udało się jej poczynić istotne postępy i to na kilku frontach zaplanowanych przez nią dalekosiężnych działań. Obecnie zmierzała do południowego skrzydła pałacu, gdzie mieli swe siedziby podlegli jej jeźdźcy gryfów. Ponieważ dopiero co zdobyła cenne wiadomości na temat Srebrnej, siostry krwi. Jednak teraz potrzebowała jeszcze egzekutorów, którzy ostatecznie zakończą sprawę, pozbawiając srebrzystą istotę życia oraz mocy. To zaś, w niezachwianym dotąd mniemaniu Alabaster, stanowiło nieodzowny element na etapie do ugruntowania i poszerzenia zakresu jej władzy.

Lecz przecież nie czyniła tego wszystkiego tylko dla siebie, jej alabastrowa natura na to nie pozwalała. Od zawsze działała głównie z myślą o dobru i przyszłości kontynentu Unton, choć także nie zapominała o własnym wyjątkowym pochodzeniu i wiążącym się z nim zobowiązaniem. Albowiem oprócz tego, iż była jedną z legendarnych sióstr krwi, skrywała też skrzętnie o osobie inną, jeszcze bardziej niezwykłą prawdę.

Reasumując, aby osiągnąć swe rozliczne cele, pewnie zmierzała obraną drogą, nie bacząc na coraz częściej kalające jej białe skrzydła ciemne pióra, a umysł nieraz jeszcze mroczniejsze myśli. Jednakże zawędrowała już na swej wyboistej drodze po władzę na tyle daleko, że nie mogła nawet myśleć o tym, aby zawrócić. I na ten czas koncentrowała uwagę już tylko na tym, by się nie potknąć i nie upaść. W konsekwencji, w razie konieczności, kogo trzeba po prostu rozdeptywała pod swym alabastrowym obuwiem. Tak prezentowała się teraz jej alabastrowa, już nie całkiem nieskazitelna, natura.

*

Wysocy i smukli członkowie pałacowej rady, już niemłodzi mężczyzna oraz kobieta, nad wraz nisko ukłonili się mijającej ich na korytarzu wielkiej księżnej. Ona lekko skinęła im głową, posyłając przymilny, choć chłodny uśmiech i dostojnie kontynuowała wędrówkę tradycyjnie otoczona płatkami śniegu. Para osób, którą pozostawiła za sobą, jeszcze dłuższy czas stała ze zgiętymi plecami. Wyprostowali się, dopiero kiedy władczyni znacząco się oddaliła. Wtedy pierwsza, czyniąc to wielce podejrzliwie, przemówiła kobieta:

– Jak myślisz, Chamois, czy ona wie…? – Powiodła wzrokiem śnieżnobiałych oczu za niknącą za zakrętem korytarza Alabaster, a zwracając się do mężczyzny. Ten podrapał się po gładkiej twarzy w miejscu nieco spiczastego podbródka i bez przekonania rzekł:

– Nie mam pojęcia moja droga Ekru. Tak czy inaczej, żywię szczerą nadzieję, że dobrze ukryłaś sercowy klejnot lodowego olbrzyma i ta cenna rzecz nie wpadnie w jej ręce.

– Łapy, a raczej szpony – poprawiła kobieta nazwana Ekru i zaczesała do tyłu białe włosy, zawijając ich kosmki za ostro zakończone wysokie uszy.

– Więc jesteś przekonana, że wielka księżna naprawdę poszukuje sióstr krwi, aby je… zgładzić? – nie dowierzał mężczyzna w nawiązaniu do prowadzonej uprzednio rozmowy.

– Tak właśnie jest – potwierdziła z uporem kobieta i wysunęła przed siebie prawą rękę. Z rękawa dość obcisłej białej sukni wychynął mysi pyszczek. Kremowy nos i porcelanowe w swej barwie wąsy zwierzątka poruszyły się szybko, po czym na kobiecą dłoń podreptała cała biała myszka. Jej właścicielka, czyniąc to z wyraźną zadrą w głosie, wyjaśniła: – Straciłam już sześć moich futerkowych maleństw, które zostały pożarte przez wygłodniałe mięsożerne ptaszyska tej naszej… władczyni. I dopiero ta oto dzielna kruszynka powróciła szczęśliwie z ptaszarni, aby przekazać mi kluczowe wieści. – Ekru przeniosła dłoń z myszą do swego szpiczastego ucha, gdzie wąsikami została połaskotana po małżowinie. – Słodziutka jesteś… – szepnęła z uczuciem do zwierzątka. Z kolei towarzyszący jej mężczyzna się zafrasował. Ściągnął blade usta, nadając swej pociągłej twarzy z pozoru jeszcze dłuższy wygląd i niepocieszony oznajmił:

– Skoro to prawda, co mówisz, o złowieszczych zamiarach Alabaster, to jakim cudem rada tak znaczną przewagą głosów wybrała ją na naszą niepodzielną władczynię?

– Ja na nią nie głosowałam – obruszyła się Ekru.

– Ja w sumie też nie. – Chamois wzruszył dość wątłymi ramionami i posępnie zauważył: – Ale inni oddali na nią swój głos, nie da się temu zaprzeczyć.

– Hm… – zadumała się kobieta. – Może zaważyło to, iż podała się za samą siostrę krwi, legendarną Alabaster – stwierdziła.

– A jest nią naprawdę…? – powątpiewał mężczyzna.

– Pracuję nad tym. – Jego rozmówczyni pogłaskała mysz po krótkim futerku, ucałowała ją w pyszczek i na powrót schowała do rękawa sukni. A zaraz zapytała:

– Przyszły już wieści od złotego króla zachodniej krainy? – W odpowiedzi Chamois tylko załamał ręce:

– Nie daje on wiary w złe intencje Alabaster – oświadczył ponuro i w podobnym tonie dodał: – Ponadto nasz łącznik z królestwem zasugerował, że jeżeli będziemy za bardzo naciskać na króla, może się to skończyć tym, iż zadenuncjuje nas wielkiej księżnej, jako prowodyrów zamętu i siewców mroku.

– Czyli nasz potencjalny sojusznik jest naiwnym świetlistym głupcem – skwitowała cierpko Ekru. – Czy ta wybielona Alabaster ma w ogóle jakichś wrogów? – syknęła zirytowana. Na co Chamois oparł jej krzepiąco dłoń na plecach i z przekonaniem zasugerował:

– Prowadźmy dalej nasze prywatne śledztwo. Jeżeli zaś wielka księżna naprawdę jest skażona mrokiem, to wcześniej czy później, sama narobi sobie wrogów, a wręcz powstanie przeciw niej cały świetlisty świat.

– Masz rację mój ukochany. – Na twarzy dojrzałej kobiety zagościł wreszcie w miarę pogodny uśmiech i Ekru złożyła delikatny pocałunek na ustach niewiele starszego od niej mężczyzny. Następnie wspólnie udali się do centrum pałacu na planowaną tam naradę, która zwykła się tu odbywać cyklicznie co siedem dni w każdym ostatnim dniu księżycowego tygodnia. Zaś obecnie właśnie nastawał ciemny nów.

III. SREBRNA

Dziewczyna ocknęła się z pulsującą bólem szczęką i do kompletu metalicznym posmakiem srebrzystej krwi w ustach. Sama leżała na boku w płytkim śniegu. Spróbowała wstać, ale związane w dole pleców ręce skutecznie jej to utrudniały i szamocząc się, jedynie przybrała pozycję w siadzie skrzyżnym. Wtedy splunęła krwawą śliną na szary śnieg, zdmuchnęła sprzed twarzy kosmyk srebrnych włosów z rozplecionego w ogniu walki warkocza i rozejrzała się wokół.

Wojownicy z jej klanu pracowali przy przenoszeniu ściętych drzew odznaczających się popielatą barwą. Niektórzy rąbali pnie na pomniejsze szczapy, a inni budowali potężny stos. Nieco dalej w kałużach krwi ułożone były w rzędzie liczne zwłoki.

W tym momencie ze Srebrnej uszło całe powietrze. Wypuściła je do końca z płuc i zastygła dłużej na bezdechu. Aż kiedy znowu zmuszona została napełnić klatkę piersiową mroźnym tchnieniem, skrzywiła się na twarzy, po czym przybrała na niej hardy wyraz.

Nie zrobiła nic niewłaściwego! – krzyknęła w duchu do samej siebie, by zagłuszyć kiełkujące tam wyrzuty sumienia. Tak, może i przyczyniła się do śmierci wielu wojowników. Ale przede wszystkim zesłała sprawiedliwą śmierć na zdrajców, a wcześniej uratowała swój klan. I za to spotkała ją podzięka w postaci rozkwaszonych ust i krępujących więzów?

– Właśnie za to… – Srebrna naraz drgnęła, usłyszawszy za sobą zwykle ciepły, a tym razem iście lodowaty, znajomy, męski głos. – Właśnie za nadmierne przelanie krwi musisz ponieść karę – zaznaczył twardo Marrengo i stanął tuż przed dziewczyną. Ona wiedziała, że znajdując się w jedności zmysłów, jej przyjaciel czasem potrafił czytać cudze myśli i najwyraźniej uczynił to teraz, dając odpowiedź na atakujące ją pytania. Choć wypowiedziane ku niej słowa bynajmniej nie przynosiły spokoju umysłu, a wręcz przeciwnie, brzmiały bowiem oskarżycielsko.

– Więc co niby miałam zrobić?! – szarpnęła się z wyrzutem związana postać. Wojownik dłużej spoglądał jej w oczy, czyniąc to z widocznym smutkiem, aż posępnie rzekł:

– Powinnaś zawsze powstrzymywać rozlew krwi, jeżeli widzisz ku temu chociaż cień szansy. Powinnaś zaryzykować własne życie, aby nikt ponad tego, kto musiał, nie zginął.

– Zginęli zdrajcy, którzy chcieli nas podstępem zabić!

– Zginęli prości wojownicy, którzy zostali niecnie wykorzystani w klanowych rozgrywkach. Oni zginęli… ponieważ z kretesem zawiedli ich przywódcy, wszyscy przywódcy. – Wobec tak gorzkiego podsumowania dziewczyna zagryzła wargi w gniewnym grymasie, ale jednocześnie ze srebrzystych oczu pociekły jej łzy bezsilności. Na końcu języka miła słowo „przepraszam”. Lecz zamiast tego uśmiechnęła się złośliwie i syknęła:

– A jakie to powody kierowały jednym z przywódców, by nastawać na życie drugiego? – Na wspomnienie przedśmiertnego wyznania Feldgrała wbiła wręcz nienawistne spojrzenie w Marrenga. – Nie jestem Srebrną? Nie jestem Srebrną?! – krzyczała, znowu się szarpiąc. Na co wojownik poczekał, aż zapanuje nad złością. Wtedy włożył za własny pas wyjątkowy miecz dziewczyny, ją samą uwolnił z więzów i bezwzględnie wycedził przez zęby:

– Już nie jesteś Srebrną. Najwyraźniej myliłem się co do ciebie. Albowiem każdy ma prawo do pomyłki, ale nie kosztem cudzych istnień. – Wskazał na układany stos. – Dlatego odejdź i nigdy tu nie wracaj. Nie jesteś już klanową przywódczynią. Nie jesteś już kimś, kogo pragnę mieć u swego boku czy widzieć na oczy. Zostajesz wygnana z klanu Srebrzystej Stali i nie wolno ci przebywać na jego ziemiach pod groźbą śmierci.

– Ale… – Uwolniona osoba porwała się na równe nogi i ruszyła ku wojownikowi. Ten samym ruchem dłoni sprawił, że zderzyła się jakby z mroźną ścianą i padła boleśnie na plecy.

– Odejdź – usłyszała kolejny raz, a słowa te z ust dotychczasowego przyjaciele odebrała niczym raniące serce sztylety. Skrzyżowała ręce na piersiach, zupełnie jakby naprawdę odebrała w nich bolesną ranę i uczyniła krok w tył. – Odejdź. – Cofnęła się jeszcze bardziej. I szła tak do tyłu, czując na policzkach coraz więcej zamarzających tam łez. Zaś w tle, za Marrengiem, widziała gotowy już stos, na którym układano zabitych wojowników.

Lecz ofiarne miejsce bynajmniej nie miło być podpalone. Oto z kłębiastych chmur w platynowym kolorze wynurzyły się srebrzyste smoki. Majestatyczne zwierzęta kołowały dłuższy czas nad przeznaczoną im padliną oraz uwięzionymi w niej ludzkimi duszami. Aż skrzydlate bestie zanurkowały po swoją ofiarę. W zębate paszcze porywały z podestu krwawe truchła i pożywiały się nimi w locie, podczas gdy dusze wojowników stapiały się z istnieniem smoków, od tej pory stanowiąc ich integralną część.

Dziewczyna patrzyła na ten niezwykły obraz tak długo, aż dotarła do zaśnieżonej skarpy. Wtedy przykucnęła za nią i schowała twarz w dłoniach. A zaraz zatkała sobie uszy, kiedy przestrzeń wypełnił przeraźliwy gadzi skrzek. Była to oznaka integracji dusz wojowników z pożerającymi ich smokami – odgłosy rozdzierające mroźne powietrze i sprawiające żywym uczestnikom pochówku szczery ból. Zaś ten trawił dziewczynę tym mocniej, że jedynym poległym z jej klanu był Aezon, postać, z którą była naprawdę blisko i bardzo się z nią zżyła. Teraz natomiast on był już martwy i srebrzyste bestie właśnie ostatecznie unicestwiały wszystkie poziomy jego istnienia, karmiąc się nimi.

Czyżby więc inni mieli we wszystkim rację? Była przywódczyni klanu Srebrzystej Stali nie miała nic wspólnego z siostrą krwi, a stanowiła jedynie nadmorską znajdę, narwaną wojowniczkę i przyczynę cierpienia ludzi oraz ich zguby? Ciągle chowając twarz w dłoniach i kręcąc przecząco głową, nie mogła tej okrutnej prawdy tak po prostu zaakceptować.

*

Z nastaniem nocy siedząca za skarpą dziewczyna właśnie ukończyła integrację zmysłów. I co znamienne, znowu uczyniła to udanie. Swego rodzaju przełomem okazało się dla niej pokonanie za sprawą jedności Feldgrała, a dokonała tego, wreszcie osiągając w pełni pierwszy poziom tajemnej nauki, którą praktykowała. I obecnie także bez większych przeszkód weszła na ten sam stopień.

W konsekwencji wyłoniła się zza skalnego masywu z zamkniętymi oczyma, nie zwracając uwagi na ulotne dźwięki czy zapachy, które razem z innymi doświadczeniami zlewały się jej w jeden nadzmysł. To czyste doświadczenie odbierała jako wyjątkowo wysublimowane. Zaś dzięki niemu kroczyła niczym w powietrzu zupełnie bezszelestnie pomiędzy ogniskami i śpiącymi wojownikami, nie zostawiając prawie śladów na śniegu. Jej ciało stało się wyjątkowo lekkie, jakby po części eteryczne i za jego sprawą dotarła aż do drzemiącego Marrenga.

Popatrzyła z mieszanymi uczuciami na przyjaciela, który swego czasu tak wiele dla niej uczynił i tyle znaczył, a teraz nią wzgardził oraz wygnał ją. Następnie jej dłonie spoczęły na rękojeści miecza za pasem mężczyzny. Tego samego oręża, który Marrengo podarował jej w chwili ich pierwszego spotkania, a ona poprzysięgła na zdobną klingę zostać godną miana jednej z sióstr krwi.

Tak więc pomimo wszelkich przeciwności udowodni, że naprawdę nią jest, Srebrną i to dlatego przyszła po swoją własność. W końcu nie miała wyboru, ponieważ uświadomiła sobie, że poza wyobrażeniem samej siebie, jako Srebrnej, zgodnie ze słowami Feldgrała, praktycznie nie istniała, była nikim. A nie mogła się z takim stanem rzeczy tak po prostu pogodzić. Zatem będzie walczyć o swoją tożsamość, czyniąc to już od tej chwili.

Trzymając rękojeść broni i ciągle zintegrowana w sobie, najdelikatniej jak to możliwe, wyciągała zza pasa Marrenga lśniącą w blasku ogniska ostrą stal. Ta wysuwała się ku dziewczynie coraz bardziej. Aż naraz ostrze przykryła masywna dłoń mężczyzny. Nie otwierając oczu, zintegrowana zmysłami z przestrzenią Srebrna, skupiła całą uwagę na oczach przyjaciela i intencjonalnie zaniosła na nie ciężar niemal samego oręża. Powieki Marrenga nieco zadrgały, ale ostatecznie pozostały zamknięte. Wyglądało na to, że mężczyzna się nie przebudził, a dziewczyna wyciągnęła w całości miecz.

Wtedy jednak jej wzmożone skupienie uległo dekoncentracji. Pod wpływem wzruszenia otworzyła oczy i z lekkim uśmiechem na twarzy popatrzyła z uczuciem na wyryty na klindze symbol Srebrnej. Tak, mając ten oręż w dłoniach, znowu poczuła się bez reszty tylko nią, Srebrną. Dodało jej to pewności siebie, odwróciła się i ostrożnie pokonywała drogę, którą dopiero co przebyła, by wkrótce zniknąć za zaśnieżoną skarpą.

Podczas skradania się towarzyszyła jej taka oto myśl, że niebawem sama zweryfikuje to, kim tak naprawdę jest. Otóż zgodnie z wiedzą uzyskaną od Feldgrała wyruszy na wschód północnej krainy. Przy czym uczyni to, aby odnaleźć tam uzurpatorkę i zabić ją, bądź, jeżeli sama nie była Srebrną, to zginąć w rozstrzygającym wszystko pojedynku na śmierć i życie.

Utwierdziła się w przekonaniu, że właśnie życie lub śmierć, jedno z dwojga ostatecznie zatriumfuje zarówno w odniesieniu do niej samej, jak i domniemanej Srebrnej, o której usłyszała. Natomiast ten werdykt podyktowany przez los będzie już musiał zaakceptować każdy i ani Marrengo, ani żaden inny klanowy przywódca, już nigdy nie powie jej, że nie jest Srebrną. Oczywiście o ile rzeczywiście nią była i to właśnie jej dane będzie decydujące starcie przeżyć.

*

Mężczyzna podniósł z wolna powieki, które dopiero co wydawały się przygniecione wielkim ciężarem i leżąc, spokojnie odprowadzał wzrokiem dziewczynę. Ta, z ukradzionym mieczem za pasem, kluczyła ostrożnie pomiędzy śpiącymi wojownikami, aż zniknęła za zaśnieżoną skarpą i w mroku grafitowej nocy. Marrengo spodziewał się takiego rozwoju wypadków, co więcej, sam przyzwolił na taki ich przebieg. Nie wystawił bowiem nocnej straży i osobiście nie zaznał snu, a jedynie go pozorował.

Czemu to uczynił? Ponieważ doprawdy krajało mu się serce i to zarówno z powodu tego, jak bardzo zawiodła go w chwili próby jego podopieczna, jak i dlatego, że ostatecznie sam nie wiedział, czy była ona legendarną Srebrną, czy też nie. Swego czasu do tego, że jest jedną z sióstr krwi, został przekonany przez tajemniczego ślepego starca, któremu nie mógł spojrzeć w oczy. A skoro był on niewidomy, to nie istniała możliwość użycia mocy jedności, żeby przeniknąć jego wzrok i dostrzec w nim prawdę lub fałsz. Tak więc Marrengo zdecydował się zawierzyć zasłyszanym słowom, ale czy słusznie? Ostatecznie nie mógł tego wiedzieć, w związku z tym obecnie zdał się na to, by weryfikacji dokonał sam los.

Tak oto szkolona przez niego od kilku lat i bliska mu niczym własna córka dziewczyna odchodziła z mitycznym orężem, aby samotnie podążać swą ścieżką. Chociaż w głębi ducha Marrengo ciągle pragnął wierzyć, iż to właśnie ona była siostrą krwi, oraz że na drodze swego życia przełamie wyzierający czasem z niej mrok i dojrzeje do tego, żeby jasno srebrzyła się wyłącznie jej prawa natura.

*

Szczęśliwym trafem wraz z powitaniem srebrzystego ranka tonącego w kolorach mysiej i gołębiej szarości dziewczyna odnalazła spłoszonego podczas wczorajszej bitwy rumaka. Dzięki temu dosiadła bezpańskiego konia z siodłem pomalowanym w srebrne smugi, który to wizerunek symbolizował klan Srebrzystych Mgieł. Klan, do którego zdziesiątkowania dopiero co się przyczyniła.