Kraina baśni jest dla wszystkich - Opracowanie zbiorowe - ebook

Kraina baśni jest dla wszystkich ebook

Opracowanie zbiorowe

3,4

Opis

Przeczytajcie opowieść o króliku, który urodził się z trzema uszami i który wykorzystuje swoją odmienność i wyjątkowość, by uratować las. Poznajcie niezwykłą historię znalezionego w lesie przez staruszków Żelaznego Laciego. Posłuchajcie o Calineczce, która choć jest maciupeńka, ma niezwykłą siłę, by zmierzyć się z życiem. I nie zapomnijcie o adoptowanym Batbajánie, który jak Kopciuszek, na balu poznaje swoją miłość.

Ta książka skierowana jest do wszystkich tych, którzy mają trudności ze znalezieniem swojego miejsca w świecie. Każda z baśni pokazuje, nie tylko to, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami, ale przede wszystkim jak kolorowe i różnorodne może być życie.


Kraina baśni jest dla wszystkich” to dowód na to, że legendy, baśniowe motywy i odwieczne przypowieści są wciąż żywe. Rozwijają się, zmieniają, adaptują do naszych czasów, a w ich klasycznych przesłaniach z łatwością odnajdujemy odbicie współczesnych problemów. Ten zbiór bajek to skarbnica urzekających, mądrych, niekiedy przewrotnych opowieści, które młodym czytelnikom objaśniają piękno i różnorodność świata, natomiast starszym… otwierają oczy.

 

Marcin Szczygielski


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (8 ocen)
2
2
2
1
1
Sortuj według:
AmeliaKotkowa

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna.
00

Popularność




Boldizsár M. Nagy

Wstęp

Wszyscy potrzebujemy baśni. Takich, które przenoszą nas w odległe czasy i miejsca, gdzie bohaterowie dosiadają swych zaczarowanych wierzchowców, uciekają z niewoli goblinów i mierzą się ze smokami, ale jednocześnie są tacy sami jak my. Możemy tylko zgadywać, od kiedy istnieją baśnie, ale jedno jest pewne – od starożytności aż do naszych czasów każde znane nam społeczeństwo czuło potrzebę ich opowiadania. Jeśli zagłębimy się w ich historię, dostrzeżemy, że baśnie przenosiły się między kulturami i ponad granicami niczym wędrowne ptaki: niezauważalnie zmieniały się i dostosowywały tak, że w tym samym momencie mogły krążyć setki, tysiące wersji tej samej fabuły. Każda wersja przekazywała swoiste doświadczenia, porządek świata, który opowiadający i jego słuchacze uznawali za własny. Zanim dobrze znane i lubiane dzisiaj baśnie ludowe zostały spisane, przeszły długą i pełną przygód drogę – osadził się w nich spójny system symboli, miały na nie wpływ również średniowieczne nieprzyzwoite historie dla dorosłych, pierwsze wydawnictwa pulpowe oraz kazania. Jak pisze Tolkien: „Mówiąc o dziejach opowieści, a zwłaszcza baśni, możemy stwierdzić, że Garnek z Zupą, Kocioł Opowieści, zawsze kipiał i ciągle dorzucano do niego nowe kęsy, smakowite albo niesmaczne”[1].

Wiadomo, że to, co dziś nazywamy baśniami ludowymi, ma niewiele wspólnego z historiami, które niegdyś opowiadali sobie „prości ludzie”. Dotyczy to zwłaszcza wersji przygotowanych i sprzedawanych jako towar dla dzieci. Stało się tak ze zbiorem braci Grimm, który przez czterdzieści lat był wciąż przepisywany i wygładzany, aż w końcu – przy dobrych chęciach zaangażowanych osób – stał się edukacyjną czytanką zgodną z ówczesną mieszczańską moralnością, przekazując zawarty w niej porządek wartości i obyczaje. Podobną pracę wykonał Charles Perrault, który przygotowując zbiór przeznaczony dla dzieci z francuskich wyższych klas społecznych, wyeliminował z opowieści matriarchalną wizję świata oraz miał zdecydowanie bardziej konserwatywne poglądy na role społeczne kobiet i mężczyzn niż współczesne mu pisarki.

To samo można dostrzec w popularnych węgierskich zbiorach baśni: pozornie ożywa w nich swego rodzaju archaiczna, jednolita prawęgierska przeszłość, ale te nostalgiczne literackie teksty w rzeczywistości są mocno stylizowanymi, pełnymi chrześcijańskich wtrąceń wersjami prastarych opowieści o niemożliwym do ustalenia pochodzeniu. Nie zapominajmy jednak: to, że historie utrwalone zostały jako baśnie ludowe, nie przeszkadza w tym, aby tradycja bajania cały czas żyła w folklorze, stale się zmieniając i często stanowiąc wyraz społecznego oporu. Kultura masowa do dziś czerpie garściami z baśni przekształconych w memy – wykorzystuje je na nowo, reinterpretuje, dalej je snuje, raz na poważnie, raz ironicznie, zabawowo, w ten sposób odświeżając historie sprzed setek lat.

Ten zbiór powstał, ponieważ uważamy, że baśnie żyją wtedy, gdy korzystamy z nich jak najwięcej. Stowarzyszenie Labrisz poprosiło autorów, by ważne dla nich, klasyczne historie opowiedzieli na nowo – ze swojego punktu widzenia. Niech wzbogacą je o współczesne doświadczenia i odważnie wybiorą takich bohaterów, z którymi będą mogli się utożsamiać nieliczni, zwłaszcza ci żyjący w marginalizowanych sytuacjach. I niech teksty nie mają charakteru dydaktycznego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to niełatwe zadanie. Chcieliśmy zebrać takie baśnie, które są wartościowe przede wszystkim ze względu na swoją wartość literacką, które czerpią garściami z tradycji baśniowości. Zarazem nie chcieliśmy, by powstała książka nachalnie uwrażliwiająca.

Stwierdziliśmy, że trzeba dać przestrzeń tym, którzy dziś rzadko zabierają głos na Węgrzech, zwłaszcza w literaturze baśniowej. Chcieliśmy wzorować się na dawnych opowieściach, które były wyrazem kontrtożsamości: osiemnastowiecznych francuskich baśniach satyrycznych, które zawierały ostrą krytykę społeczną, jednocześnie świadomie korzystając z powszechnie znanych baśniowych wzorców, albo siedemnastowiecznych baśniach włoskich, które zajmowały się problematyką opresyjności władzy i wolności jednostki. Wróciliśmy do prawie całkowicie zapomnianych legend, mitów i opowieści ludowych, które nigdy nie trafiły do popularnych zbiorów, ponieważ zdaniem redaktorów były niezgodne z rzekomo ludowymi, starożytnymi zasadami moralnymi, które w ich mniemaniu uznać należało za naturalne. Wreszcie odetchnęliśmy z ulgą: zaufanie do autorów nie poszło na marne, w każdym z wybranych tekstów jest coś szczególnego, zarówno osobistego, jak i uniwersalnego, jest w nich bulgotanie tolkienowskiej zupy. Wśród tekstów, na których opierali się autorzy, jest kilka dobrze znanych baśni, ale również grecki mit, irlandzka opowieść ludowa, a nawet klasyczna powieść baśniowa. Obok prozy swoje miejsce znalazła również baśń wierszowana, mamy tu również adaptację sztuki teatralnej, tak więc efekt końcowy jest naprawdę różnorodny.

Oprócz zaproszenia zawodowych pisarzy Stowarzyszenie Labrisz ogłosiło także konkurs dla początkujących autorów, na który wpłynęło blisko sto prac. Do zbioru trafiły teksty dziewięciorga dobrze znanych i ośmiorga debiutujących artystów.

Projekt wsparła Sieć Edukatorów Praw Człowieka (EJHA) – organizacja zrzeszająca osoby, które zajmują się edukacją w zakresie praw człowieka. Pracownicy sieci przygotowali scenariusze lekcji przedszkolnych i szkolnych, które wkrótce będą dostępne dla każdego na stronie internetowej EJHA. Liczymy, że dzięki temu opowieści zawarte w książce dotrą do szerszego grona odbiorców.

Chcieliśmy, aby opowieści zilustrowała artystka, która rozumie i kocha baśnie klasyczne, a jej wewnętrzny świat jest pełen magii, czarodziejskiego pyłu – tak wybraliśmy Lillę Bölecz.

Mamy nadzieję, że zarówno młodsi, jak i starsi znajdą w antologii opowieść, która do nich przemówi. Być może któraś z baśni będzie impulsem do wyruszenia w drogę – dokądkolwiek by ona nie prowadziła.

Przełożył Łukasz Frynia

[1] J. R. R. Tolkien, O baśniach albo Drzewo i liść, [w:] tegoż, Potwory i krytycy oraz inne eseje, tłum. R. Stiller, Kraków 2010, s. 172.

Krisztina Rita Molnár

Rubinowy ptak

Historia, którą chciałabym wam opowiedzieć, niezupełnie jest o czerwonym ptaku. Albo inaczej: jest o nim – jednak po to, aby mógł wzlecieć, przeciąć niebo swoimi rubinowymi skrzydłami i abyśmy mogli usłyszeć jego dochodzącą z daleka pieśń, muszę najpierw opowiedzieć o wielu innych rzeczach.

Przede wszystkim to nie ja wymyśliłam tę bajkę. Ja ją wam tylko opowiem, bo według mnie jest piękna. Dziwna i smutna, skłaniająca do długiego namysłu. To stara opowieść: jeszcze z czasów, gdy królowie sami wypasali swoje stada na zboczach dalekich greckich gór.

Kajnis była przepiękną dziewczyną. Na dziewczyny takie jak ona trudno nawet spojrzeć, gdyż ich niezwykły blask wręcz oślepia. O takich jak ona mówi się, że łatwiej się patrzy na słońce niż na nie. Nic dziwnego, że była tak piękna – urodziła się przecież nad Morzem Egejskim, w Tesalii. Jej ojciec, Elatos, wychowywał ją po królewsku, a jej matka, Hippe, nauczyła ją śpiewać, pleść włosy w kok i zbierać miód. Piękna Kajnis miała wielu adoratorów, nawet chłopcy z innych miast z radością wzięliby ją za żonę. Jeden za drugim przychodzili prosić, aby to właśnie ich wybrała cudowna Kajnis. Ale wyobraźcie sobie, tak przecież też bywa, że nie chciała mieć męża. Wolała sama spacerować nad morzem. Na śniadanie jadała orzechy w miodzie, wplatała we włosy śnieżnobiały kwiat pomarańczy lub bordowe płatki oleandra i wychodziła na przechadzki. Zbierała wtedy co piękniejsze kamienie i muszle i śpiewała swoją ulubioną pieśń, której nauczyła ją matka.

Jakże cię kocham, rubinowy poranku

Pozdrawiam cię dziś najsłodszą z mych pieśni

Mój duch i głosz radości wzlatują

Wysoko

Gdy tak szła po brzegu, nie przeszkadzało jej, że piasek wchodzi jej do złotych sandałów i łaskocze stopy. Czasem siadała na dużym płaskim kamieniu, rozwiązywała sandały i wytrząsała z nich połyskujące ziarenka piasku. Podchodziła wtedy bliżej wody i zanurzała najpierw ręce, a potem nogi w płytkiej, nagrzanej od słońca wodzie zatoki. Kochała wodę. Uwielbiała patrzeć, jak pod powierzchnią kolory kamieni stawały się o wiele żywsze albo jak chowające się między kamieniami raki pustelniki spacerują po dnie. Woda powiększała ich malutkie nóżki, tak jak i zawiłe wzory na wyrzuconych na brzeg ślimakach i fałdki pustych muszli.

Jednak woda była też przerażająca, przypominała olbrzyma tak wielkiego, że aż nieskończonego. Kajnis nigdy nie była pewna, kiedy fale staną się gniewne, kiedy zerwie się burza, kiedy wzburzona woda uderzy z wysoka, a groźne języki fal pochłoną wielkie skały otaczające zatokę. Hippe, matka Kajnis, często kazała jej przysięgać na własną duszę, że będzie ostrożna podczas swoich samotnych spacerów. Morze, a właściwie jego władca, straszliwy Posejdon, jest nieobliczalne. Matka tłumaczyła też, że wszystko, co nieprzewidywalne, może być niebezpieczne, więc lepiej trzymać się od takich rzeczy z daleka. Kajnis nie przejmowała się jednak tymi radami, nie rozumiała jeszcze, czego miałaby się aż tak wystrzegać.

Pewnego dnia jednak wydarzyło się nieszczęście. Tego ranka Kajnis wplotła purpurowy kwiat hibiskusa w swoje mahoniowe włosy i jak zwykle poszła nad morze. Jej twarz rumieniła się od podmuchów wiatru, a usta lśniły się od zjedzonego rankiem miodu. Nie mogła wiedzieć, że tego dnia okrutny Posejdon zdecydował się spocząć w jej ulubionej zatoczce. Przypływ nie zdążył się jeszcze cofnąć, więc woda sięgała bardzo wysoko. Kajnis stanęła na płyciźnie i czekała na odpływ. Zawsze z wielką przyjemnością patrzyła, jak fala się cofa. Zamyślona wpatrywała się w wodę gładzącą piasek niczym utkana ze lnu rękawiczka. Cofające się morze odsłaniało kolorowe muszle ślimaków morskich, jeżowce i koralowce. Wszystkie te cuda morze przyniosło jej na brzeg.

Tylko dla niej.

Zbierała te skarby, a potem robiła z nich wisiorki i przepaski.

Gdy Posejdon, władca mórz, ujrzał podśpiewującą piękność, każdą cząstkę jego ciała owładnęło nieposkromione pożądanie. Poczuł, że musi ją natychmiast objąć, spleść się z nią, aby już zawsze należała do niego.

Tylko do niego.

I oto nagle woda na rozkaz Posejdona, zamiast powolutku się cofać, jak to zawsze bywa podczas odpływu, nagle się wzburzyła. Ogarnęła, objęła swoimi falami Kajnis. Najpierw delikatnie muskała palce jej stóp, ale wnet zaczęła ją obejmować coraz ciaśniej i ciaśniej. Jedna z fal porwała czerwony wianek Kajnis, podarła jej haftowaną suknię, poszarpała sznurki jej złotych sandałów. Wzburzona morska piana potargała jej loki. Śmiertelnie przerażonej Kajnis przyszło się zmierzyć z atakiem samego Posejdona. Nie mogła ruszyć palcem, nie potrafiła wydobyć głosu. Nie myślała o niczym, tylko całe jej ciało szeptało: dość, dość, dość! Nie chciała, aby morze ją pochłonęło. Czuła, że brakuje jej powietrza i zaraz utonie. Miarowe uderzenia fal odbijały się tępym bólem na jej miękkiej skórze.

W końcu, sama nie umiałaby powiedzieć kiedy, Posejdon wypuścił ją ze swoich objęć. Stali naprzeciw siebie na wilgotnym piasku wśród tysięcy odłamków muszelek. Kajnis natychmiast się cofnęła, tak podziałała na nią bliskość ogromnego pana mórz. Po raz pierwszy ostre kawałki muszli poraniły jej stopy. Ale nawet nie zauważała tych drobnych ran, z których ciekła krew, barwiąc na czerwono białe kamyki. Kajnis po prostu zastygła z przerażenia. Wtedy Posejdon przemówił:

– Cudne z ciebie dziewczę, wiesz? Rzadko można spotkać taki cud jak ty wśród śmiertelników. A teraz powiadam, możesz mnie poprosić, o co zechcesz. Powiedz tylko, czego pragniesz. Dostaniesz, co tylko ci się zamarzy, nie odmówię ci, cudowna Kajnis.

Odpowiedziała bez chwili namysłu – słowa wyskoczyły z niej jak nasiona z sosnowej szyszki w gorący dzień.

– Spraw, abym nie była już kobietą. Zmień mnie w mężczyznę. Natychmiast! Chcę być silna, aby nikt mnie już nigdy nie mógł zaatakować, zranić, pokonać ani poniżyć.

Posejdon zaniemówił. Spełnił życzenie Kajnis. Głos dziewczyny stał się głębszy, jak u młodzieńca. Gdy spojrzała na siebie zaskoczona, nie zobaczyła już Kajnis, lecz Kajneusa. Była odziana w męski strój, mięśnie jej rąk napęczniały jak dojrzałe owoce granatu. Zniknęła kobieca kruchość, ciało urosło, silne nogi przestały drżeć. Pan mórz dodatkowo obdarował ją ciałem odpornym na wszelkie rany, jak gdyby pokrywała je nie skóra, tylko żelazo, którego nie naruszy żaden śmiertelnik.

I tak Kajneus żył w spokoju przez lata. Stał się w tym czasie wielkim bohaterem, jednym ze słynnych Argonautów, największych herosów Grecji. Wraz z nimi odbył niebezpieczną podróż statkiem Argo, aby odebrać smokowi złote runo. Wziął również udział w polowaniu, podczas którego najwięksi herosi pomagali pokonać przerażającego potwora – niszczycielskiego dzika wysłanego na miasto Kalidon przez zagniewaną Artemidę. Długo by wyliczać wspaniałe czyny Kajneusa, ale teraz opowiem tylko o tym, który muszę przywołać, abyśmy mogli ujrzeć obiecanego rubinowego ptaka. Pewnie już się domyślacie, że mowa o ostatnim boju Kajneusa. Ostatnim boju w królestwie Lapitów, na weselu Pejritoosa.

Król, tak jak nakazuje zwyczaj, zaprosił gości na ślub. Wśród nich byli przede wszystkim dobrzy Lapici, ale też centaurowie – te dziwne stworzenia, pół konie, pół ludzie – którzy jak się zaraz okaże, nie tylko ciałem, ale i duchem są tylko w połowie ludźmi. Skąd pomysł, aby zaprosić półdzikich centaurów na piękne przyjęcie? Po prostu w jakiś niepojęty sposób byli oni spokrewnieni z królem. Któż może dokładnie wiedzieć w jaki? Tak czy owak, król nie chciał ich urazić, był wszak we wspaniałym nastroju przed swoim ślubem. Do pewnego czasu wesele toczyło się bez przeszkód – kielichy gości zapełniały się miodowym winem, dębowe stoły zastawiono pachnącymi pieczeniami, oliwkami, tacami pełnymi serów, przyozdobionymi kiściami winogron, owocami granatu i pomarańczami. Wszystko było jak należy. Lapici i centaurowie wspaniale razem biesiadowali, gdy wtem… Gdy wtem! Ach, jakże w jedną chwilę wszystko potrafi się zawalić. Jeden z centaurów, który z pewnością zbyt wiele w siebie wlał, czy też odurzył się winem z rodzynek… Wiecie, co to znaczy – po prostu spił się jak osioł; w połowie był wszak koniem, chociaż nie słyszy się o pijanych osłach, już prędzej o ludziach, którym od wina umysł upodabnia się do oślego… W każdym razie postradał rozum i jak szaleniec, jak kłusownik ruszył i wpadł na pannę młodą, Hippodameję. Najpierw gapił się na nią zamglonym wzrokiem, aż nagle przyskoczył, chwycił jej szafranowożółty welon, zerwał go nagłym ruchem i zaśmiał się jej w twarz dzikim rżeniem.

Dzielni Lapici, a wśród nich i Kajneus, nie potrzebowali widzieć więcej. Zaraz wstali zza weselnego stołu i rzucili się w obronie panny młodej. O tak! Ale i centaurowie nie pozostali na swoich miejscach: przewracając półmiski, stanęli u boku swego brata. To, co nastąpiło potem, z trudem da się opisać słowami. Wyobraźcie sobie, jak to jest, gdy wesele zmienia się w pole bitwy. Hippodameja i jej druhny uciekły do ozdobionej zielenią jaskini, z kolei herosi i centaurowie – zapomniawszy, że nie są u siebie – zgasili radość święta. Walili, cięli, nie oszczędzając ani siebie, ani przeciwników. Zmagali się, sami nie wiedząc o co, każdy najwyżej o własne puste życie. Od ciosów padali jak muchy jesienią. Niejeden centaur i niejeden Lapita poległ w tej straszliwej bitwie. Kajneus też tam walczył, a jego siłę spotęgowała dodatkowo nieoczekiwana wściekłość. Jeden z centaurów, Latreus, zobaczywszy, że Kajneus zwyciężył już pięciu przeciwników, zaczął kpić z jego dawnych, bolesnych przeżyć.

– Ty, bohaterze, coś się kobietą urodził, Kajnis, czego tu szukasz między nami? Patrzeć na ciebie nie mogę. Płakałaś, mazałaś się tylko, dzieweczko. Taką właśnie cię widzę, nie dla ciebie walka. Znikaj stąd! Zajmij się pleceniem nitek. Złap się lepiej za koszyczek, nie za oręż.

Od tych słów Kajneus zapłonął gniewem. Stary ból pulsował w nim z taką siłą, że zamachnął się i rzucił oszczepem w szydercę. Centaurowie, którzy wiedzieli, że jego ciało jest odporne na rany, postanowili spróbować podstępu.

– Wbijmy go w ziemię po pas! Przygniećmy go kamieniami i wielkimi drzewami! Tak! Zakryjmy go, abyśmy nie musieli już na niego patrzeć. Rozprawmy się z nim, póki nie zwyciężył nas wszystkich.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Zaczęli wyrywać z korzeniami dęby i sosny ze skalistej ziemi. Obrzucili Kajneusa głazami, by pozbawić go tchu. Stos, który wznosili, rósł coraz wyższy. Mogło się wydawać, także i centaurom, że plan się powiódł. W swej podłej radości nie zauważyli oni czegoś, co widział jeden z bohaterskich Lapitów, dalekowidzący Mopsos. Stojąc przy stosie, pogrążony w smutku, dostrzegł coś, co dużo później, pewnego cichego wieczora, opowiedział swoim towarzyszom. W tej strasznej chwili, gdy wszyscy inni byli już zamroczeni – jak gdyby gęsta mgła ogarnęła wszystkich dostojnych gości, którzy przetrwali tę weselną bitwę – tylko on widział, że gdy Kajneus już cały, razem z głową, skrył się pod przewalonymi drzewami, nagle spomiędzy dębowych pni wzleciał ku niebu wspaniały rubinowy ptak. Rubinowy ptak! I śpiewał!

Jakże cię kocham, rubinowy poranku

Pozdrawiam cię dziś najsłodszą z mych pieśni=

Mój duch i głos z radości wzlatują

Wysoko

Mopsos nigdy wcześniej ani później nie widział takiego ptaka. W tamtej chwili wiedział jednak, kto swobodnie wzlatuje nad głowami Lapitów i centaurów, kto z wysoka śpiewa tym silnym, donośnym głosem.

Przełożył Tomasz Benda

Eszter Gangl

Jesień

Za górami, za lasami żyli sobie król i królowa, którzy nie mieli dzieci. Pewnego jesiennego dnia królowa usiadła na szczycie wieży i zajęła się szyciem. Gdy już się zmęczyła, otworzyła okno i ze smutkiem wyjrzała na zewnątrz. W oddali pnie drzew czerniały w świetle zmierzchu, a ostatnie promienie słońca przeświecały wśród opadłych liści. Królowa westchnęła:

– Ach, jakaż byłabym szczęśliwa, gdybym miała dziecko. Miałoby skórę ciemnozłotą jak liście jesienią, a włosy miałoby czarne jak pnie drzew. Nieważne, chłopiec czy dziewczynka, kochałabym je bez względu na wszystko.

Nie minął rok, a królowa urodziła przepiękną dziewczynkę o połyskliwych czarnych włosach i skórze ciemnozłotej jak liście w jesiennym słońcu. Nadano jej imię Jesień.

Minęło kilka lat, Jesień rosła, odkrywała pałac i otaczający go las, grała w berka z innymi dziećmi na dworze. Królowa cieszyła się radością swej jedynej córki.

Nie dane jej było jednak cieszyć się zbyt długo. Gdy tylko Jesień skończyła siedem lat, królowa zachorowała i wkrótce zmarła.

Król musiał wychowywać Jesień sam. Zabrał się do tego zupełnie inaczej niż królowa. On nigdy nie pochwalał tego, że dziewczynka ubierała się po chłopięcemu, całe dnie biegała po lasach, a do domu wracała umorusana od stóp do głów. „Miejsce królewny jest w pałacu, powinna uczyć się tańców i dobrych manier”, myślał sobie gorzko.

Król miał magiczne lustro, które służyło mu za doradcę w różnych sprawach. I tak pewnego wieczora, gdy Jesień znów wróciła do domu cała ubłocona, król poprosił je o pomoc:

– Lustereczko, doradź przecie, wnet wykończy mnie to dziecię! – I pożalił się, że Jesień niechętnie zakłada piękne suknie, woli ubierać się jak chłopak i wymykać do ogrodów.

Lustro odpowiedziało tak:

– Zamknij ją na klucz w pałacu, ma się grzecznie uczyć tańców.

Tak też król uczynił. Tego dnia prysło szczęście Jesieni. Nie mogła nigdzie wychodzić, zmuszano ją do noszenia sukienek i nauki tańca. Później za namową lustra król sprawił jej jeszcze wiele przykrości. Bywało, że Jesień musiała godzinami bez przerwy tańczyć lub jeśli król przyłapał ją zbyt brudną, kazał sługom szorować ją godzinami mimo jej płaczu.

W końcu król miał już dość wychowywania Jesieni na porządną królewnę i znów zapytał lustra, co robić. Ono zaś doradziło, aby królewski łowczy wyprowadził ją do lasu, zabił i przyniósł mu serce dziewczynki jako dowód.

Król czym prędzej, już kolejnego ranka, zastosował się do tej rady. Gdy łowczy z Jesienią weszli do lasu, dziewczyna zaczęła płakać tak gorzko, że jego serce zlitowało się nad nią. „I tak zjedzą ją tu zwierzęta”, pomyślał. Wypuścił dziewczynę, a zamiast jej serca przyniósł królowi serce upolowanej sarny.

Jesień została sama w lesie. Nie wiedziała, w którą stronę ma ruszyć, dokąd iść. „A kto mnie w ogóle przyjmie?” – myślała smutno. Zaczęło się ściemniać, a Jesień ogarniało przerażenie. Szybko ruszyła przed siebie z nadzieją, że leśne zwierzęta nie zrobią jej krzywdy.

Błąkała się po lesie przez długie godziny. Była już głodna i przemarznięta, gdy zobaczyła w oddali światełko. Przyśpieszyła kroku.

Wśród drzew była polanka z niewielką chatką pośrodku. To z jej okien widać było światło. Jesień zapukała, a gdy nikt nie odpowiedział, ostrożnie weszła do środka. W domu nikogo nie było. Na środku izby ujrzała stół, pięknie nakryty dla siedmiu osób, a wokół, pod ścianami, siedem schludnie zasłanych łóżek.

„Któż może tu mieszkać? Nikogo nie widziałam po drodze”, zadumała się Jesień. Była głodna, a na zewnątrz zdążyło się już zupełnie ściemnić. Zdecydowała więc, że zostanie. Zjadła po troszku z każdego talerzyka, położyła się w jednym z łóżek, ale pospała w nim tylko chwilę, po czym przeniosła się do kolejnego i kolejnego. W siódmym było jej tak wygodnie, że natychmiast ogarnął ją sen, z którego nie wybudziła się do rana.

Było już późno w nocy, gdy do domu przyszły jego gospodynie – siedem tkaczek, które cały dzień sprzedawały na miejskim targu swoje wyroby. Gdy tylko siadły do posiłku, jedna z nich wykrzyknęła zaniepokojona:

– Kto jadł z mojego talerzyka?

– Kto jadł moją łyżeczką? – zapytała kolejna.

– A kto spał w moim łóżeczku? – zapytała trzecia.

Każda z nich obejrzała szybko swój talerz, łyżkę i łóżko. W końcu w siódmym łóżku znalazły pogrążoną w głębokim śnie Jesień.

– Jakie piękne dziecko! – zawołała jedna z nich, a pozostałe szybko ją uciszyły. Cichutko, na paluszkach wróciły do stołu, w ciszy skończyły jeść i poszły spać. Siódma z tkaczek nie chciała przeszkadzać Jesieni, więc tej nocy spała z pozostałymi, po trochu w każdym z łóżek.

Rano Jesień przestraszyła się na widok tkaczek, te jednak z uśmiechem ją uspokoiły.

– Kim jesteś? – zapytały.

– Jestem Jesień – odrzekła i opowiedziała im swoją historię.

– Zostań z nami – poprosiły. – Znajdzie się dla ciebie miejsce. My i tak całe dnie pracujemy. Ty mogłabyś nam naprawić dach, rąbać drewno albo upolować nam coś do jedzenia.

Jesień z radością się zgodziła. I tak nie miała dokąd pójść, a tu mogła robić to, co lubiła najbardziej.

Król w tym czasie dostał serce sarny od łowczego. Odtąd żył uspokojony, w przekonaniu, że Jesieni nie ma wśród żywych. Pewnego dnia jednak przejrzał się w swoim lustrze i powiedział:

– Lustereczko, powiedz przecie, co też dzieje się na świecie?

Lustro zaczęło opowiadać i opowiadać, aż powiedziało coś, przez co król niemal spadł z tronu:

– W głębi lasu u siedmiu tkaczek mieszka szczęśliwa Jesień. Rąbie drewno, majsterkuje, roześmiana chodzi co dzień.

Król aż zakipiał z gniewu. Jak to możliwe, że Jesień wciąż żyje, a do tego całe dnie spędza na okropnych, męskich zajęciach?

Obmyślił więc okrutny plan, jak pozbyć się Jesieni. Przebrał się za łowczego i wyruszył w drogę.

Tego dnia odbywał się targ, na którym nie mogło zabraknąć i tkaczek. Jesień nie poszła z nimi. Chciała się wybrać do lasu na polowanie.

Tuż za progiem chatki spotkała króla.

– Dokąd idziesz, piękna panienko? – zapytał.

– Na polowanie – odpowiedziała radośnie Jesień. Nie poznała króla w przebraniu.

– Ja też, mogę pójść z tobą? – poprosił król.

Jesień z radością się zgodziła i we dwoje zagłębili się w las. Szli, szli, aż po pewnym czasie dotarli do rozpadliny.

– Jak by tu się przez nią przeprawić? – zastanawiała się Jesień, patrząc w dół.

Król zrozumiał, że to okazja, na którą czekał. Zaszedł Jesień od tyłu, wepchnął ją do rozpadliny i zadowolony ruszył z powrotem.

Wieczorem przerażone tkaczki zaczęły szukać Jesieni. Wtem usłyszały wołanie z lasu. Poszły za głosem i ujrzały dziewczynę na dnie rozpadliny. Wyciągnęły ją i pośpieszyły do domu. Tam Jesień opowiedziała, co się stało.

– Ten łowczy to był król w przebraniu – powiedziały tkaczki i kazały jej przysiąc, że jeśli nie chce chodzić z nimi na targ, to będzie zostawać w domu.

Tymczasem król dotarł do pałacu i czym prędzej podbiegł do lustra.

– Lustereczko, powiedz przecie, co zdarzyło się tam w lesie?

Lustro odpowiedziało:

– Śmierć nie tknęła tej dziewczyny, wyszła cało z rozpadliny.

Król z wściekłości niemal stracił zmysły. W oszalałym gniewie zaczął obmyślać nowy plan. Wziął długi sznur, przebrał się za drwala i ruszył w drogę.

Tego dnia Jesień znów została sama w domu, ponieważ tkaczki poszły do miasta po nici. Przed wyjściem kazały przyrzec Jesieni, że nie otworzy drzwi nikomu. Właśnie strugała deskę do krojenia, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

– Dobrzy ludzie, proszę, pomóżcie – wołał król.

Jesień wyjrzała przez okno i odpowiedziała:

– Odejdź stąd, poszukaj kogoś innego do pomocy. – Nie rozpoznała go w przebraniu.

On jednak nie poddał się tak łatwo:

– Nie mam drewna, a muszę zbudować dom dla żony i dzieci.

Jesieni zrobiło się go żal. „Przecież to tylko biedny drwal”, pomyślała i wyszła przed chatkę.

– Prowadź zatem – rzekła z uśmiechem.

Szli, szli, aż dotarli do środka lasu. Stał tam ogromny dąb.

– Pomóż mi zmierzyć, czy się nada – poprosił król. Dał Jesieni do ręki sznur, udając, że chce nim zmierzyć szerokość. Obwiązał ją raz i drugi, aż lina się skończyła. Król zostawił krzyczącą dziewczynę na pożarcie wilkom.

Na szczęście zmartwione tkaczki wcześniej wróciły do domu i w porę zorientowały się, że Jesieni znów nie ma. Zrozumiały, że to znów sprawka króla. Ruszyły w las i szybko znalazły przywiązaną do drzewa Jesień, wokół której krążyły już wilki. Prędko ją uwolniły i zabrały do chatki. Tam Jesień opowiedziała, co się stało.

– To znowu był król. Po co z nim poszłaś? Nigdy więcej nie wychodź za próg, bo pewnego razu możemy nie zdążyć cię uratować – powiedziały. Jesień obiecała, że nigdy więcej tak nie zrobi i że dokładnie zarygluje drzwi, gdy tkaczki znów pójdą na targ.

Dotarłszy do pałacu, król od razu podbiegł do lustra.

– Pokaż szybko, szkoda czasu, Jesień samą w środku lasu!

– Jesień z lasu wyszła cała. Taka dzielna! Taka mała! – odpowiedziało lustro.

Król był już wściekły nie na żarty. Kazał swojemu kucharzowi upiec zająca i włożył do niego truciznę. Znów przebrał się za łowczego i ruszył w głąb lasu.

Dotarł do chatki tkaczek i zapukał.

– Odejdź, nie mogę cię wpuścić – zawołała Jesień.

– Nie trzeba, nie przyszedłem w odwiedziny. Ustrzeliłem zająca, upiekłem go i chciałem się nim podzielić z mieszkańcami tego domu – powiedział król.

Jesień nieśmiało wyjrzała przez okno i odrzekła:

– Nie, nie mogę go przyjąć.

– Boisz się może, że jest zatruty? – zaśmiał się król. – Popatrz, przełamię go na pół. Ja zjem lewe udko, a ty zjesz prawe.

Jednak ten niegodziwiec zatruł właśnie prawe udko zająca, więc gdy Jesień je ugryzła, od razu padła martwa.

– No, to teraz spróbujcie ją uratować, moje drogie tkaczki – rechotał zadowolony z siebie król, odchodząc.

Wróciwszy do pałacu, natychmiast zwrócił się do lustra:

– Lustereczko