Kot, który spadł z nieba - Takashi Hiraide - ebook + książka

Kot, który spadł z nieba ebook

Takashi Hiraide

4,0
29,99 zł

lub
Opis

Małżeństwo trzydziestolatków mieszka w małym wynajętym domku w spokojnej dzielnicy Tokio. Choć oboje pracują w domu i spędzają razem dużo czasu, nie mają już sobie zbyt wiele do powiedzenia. Pewnego dnia do ich życia wkracza Chibi – kotka, która każdego dnia zjawia się nieproszona w ich ogrodzie. Z czasem małżonkowie zaczynają rozmawiać o Chibi, dbać o nią i traktować ją jak domownika. W końcu pojawia się nadzieja na ratunek dla ich wspólnego życia.

Kot który spadł z nieba to powieść-medytacja o poszukiwaniu szczęścia na przekór monotonii dnia codziennego. Hiraide niezwykle subtelnie nakreśla portret psychologiczny współczesnych trzydziestolatków, którzy czują się samotni, nawet żyjąc w szczęśliwych związkach.

Książka Kot, który spadł z nieba to literacki fenomen. Prawa po ponad 10 latach od jej wydania sprzedano do 13 krajów. Otrzymała ona japońską nagrodę literacką Kiyama Shohei. Jako jedna z nielicznych japońskich książek, znalazła się na liście bestsellerów “New York Timesa”

 

Chibi ma białe futerko z cętkami w kolorze sadzy i brązu. Jest zwinna, płochliwa, nie pozwala się brać na ręce i nie miauczy. Przychodzi nieproszona, wymyka się cichcem. Gdy zasypia, jej zwinięte ciało przypomina „obły amulet”. Czy jest możliwym, by zwyczajne, udomowione zwierzę posiadało moc odmiany ludzkiego losu? Takie pytanie zadaje sobie narrator tej krótkiej, intymnej opowieści. Miejsce pod oknem

Napisana pięknym językiem powieść, przepełniona refleksją filozoficzną, tryskająca inteligentnym humorem. Publishers Weekly

Niezwykle intymny i pełen życia obraz zamkniętego, prywatnego świata, który jednocześnie otwiera się na innych. The New York Times

 

Takashi Hiraide urodził się w 1950 roku w Moji w Japonii. Wydał kilka tomików poezji. Mieszka na przedmieściach Tokio z kotem i żoną, poetką Michiyo Kawano. Książka “Kot, który spadł z nieba” to literacki fenomen. Po 10 latach od japońskiej premiery wzbudziła zainteresowanie wydawców z ponad 13 krajów.

 

– Chibi była naszym pierwszym gościem w Nowym Roku. O tych, którzy w czasie noworocznym chodzą od domu do domu, by składać świąteczne życzenia, mówi się „pielgrzymi”. Tymczasem nasz pierwszy przedziwny „pielgrzym” nie tylko wszedł do nas oknem, ale nie wypowiedział żadnych życzeń. Zdołał natomiast skłonić się grzecznie, składając przed sobą w równej linii dwie przednie łapki... (fragment)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 112

Popularność




Seriaz Żurawiem

Projekt okładki Małgorzata Flis

Autor: Takashi Hiraide Tytuł oryginału: Neko no kyaku©2001Takashi Hiraide All rights reserved

Original Japanese edition published in 2001by Kawade Shobo Shinsha Ltd. Publishers, Tokyo Polish translation rights arranged with Takashi Hiraide through Japan UNI Agency, Inc., Tokyo and Vicki Satlow Literary Agency

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2016 All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechnianyw jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

Publikacja dofinansowana przez Fundację imienia Takashimy.

This book has been published with the support of the Suntory Foundation, Osaka, Japan.
Książka opublikowana przy wsparciu Fundacji Suntory z siedzibą w Osace (Japonia).

ISBN 978-83-233-4193-2


www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12-663-23-81, tel./fax 12-663-23-83 Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98 tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Rozdział 1

Początkowo wydawało się, że postrzępione chmury dryfują po niebie. Najpewniej wystarczyłby jednak delikatny podmuch wiatru, by natychmiast się rozproszyły.

Małe okno w narożniku niemal dotykało wysokiego drewnianego płotu – wprost nie sposób było się tamtędy przecisnąć. Matowe szkło od wewnątrz przypominało przyćmiony kinowy ekran. W płocie musiała się znajdować niewielka dziura, bowiem na skromnym ekranie zawsze delikatnie odbijała się zieleń szerokiego na jakieś trzy metry żywopłotu, który znajdował się od północnej strony uliczki.

Gdy tylko ktoś przechodził tą wąską uliczką, jego sylwetka tworzyła obraz, który wypełniał całe okienko. Zapewne na zasadzie, na jakiej działa camera obscura, sylwetki ludzi widziane z ciemnego wnętrza były odwrócone, a obraz wydawał się szczególnie wyraźny w słoneczne dni. Co więcej, kształty odbijające się w oknie przesuwały się w kierunku przeciwnym do rzeczywistego. Kiedy przechodzień znalazł się w miejscu najbliżej otworu w ogrodzeniu, jego odwrócona postać rozrastała się gwałtownie, szczelnie wypełniając okienko, po czym, gdy mijał to miejsce, znikała w mgnieniu oka niczym niezwykłe zjawisko optyczne.

Jednakże tego dnia widok postrzępionych chmur nie znikał. Obraz nie rozlewał się też na całe okno, chociaż zbliżał się do otworu w ogrodzeniu. W miejscu, w którym powinien się rozrosnąć najbardziej, w górnej części okna, przyjął takie rozmiary, że z łatwością mógłby się zmieścić w dłoni. Postrzępione chmury dryfowały, jak gdyby wahając się, co dalej zrobić, gdy nagle rozległ się cichy pisk.

Nazywaliśmy z żoną tę uliczkę Dróżką Błyskawicy. Znajdowała się na południowy zachód od stacji Shinjuku, około dwudziestu minut drogi prywatną linią kolejową. Kiedy już wysiadło się na maleńkiej stacji, na której nie zatrzymywały się pociągi pospieszne, po jakichś dziesięciu minutach spaceru w kierunku południowym dochodziło się do niewielkiego wzniesienia. Należało przejść w poprzek biegnącej tamtędy ze wschodu na zachód ulicy, jedynej ruchliwej w tych stronach, by znaleźć się na drodze prowadzącej w dół. Wystarczyło zejść około siedemdziesięciu metrów stosunkowo szeroką ścieżką wzdłuż łagodnego zbocza, by po lewej stronie zobaczyć dom z tradycyjną bramą, otoczony ogrodzeniem wykonanym z płytek utwardzonych gliną, z prostopadłymi bambusowymi listewkami u dołu. Kiedy skręciło się w lewo, ogrodzenie przybierało nieco prostszą postać drewnianego płotu, wzdłuż którego biegła wąska uliczka.

Wynajmowane przez nas mieszkanie znajdowało się pomiędzy owym tradycyjnym ogrodzeniem a drewnianym płotem. Był to domek gościnny stojący na rozległej posesji. Nieco za połową płotu umieszczono drewnianą furtkę, która służyła jednocześnie za tylne wejście dla właścicieli i główną bramę dla lokatorów. Dziura znajdowała się tuż za furtką – była niczym oko ukryte przed wzrokiem innych. Przechodzień mijał otwór nieświadomy tego, jak dokładnie jego sylwetka odbija się w naszym oknie, przypominającym okno widokowe. Zaraz też napotykał na swojej drodze ceglany mur domu wyrastającego nagle z lewej strony i skręcał pod ostrym kątem w prawo. Po chwili jednak miał przed sobą dom, którego dach był skryty w gęstwinie liści potężnej brzostownicy, tak że tym razem musiał nagle skręcić w lewo. Uliczka, która w ten sposób raz po raz gwałtownie skręcała, przypominała kształtem błyskawicę. Dlatego też dla zabawy zaczęliśmy nazywać ją z żoną Dróżką Błyskawicy.

Brzostownica zacieniająca uliczkę była prawdziwie starym drzewem i pewnie dlatego władze dzielnicy objęły ją ochroną. Podobno kiedy budowano w tym miejscu domy, celowo projektowano je wokół pnia drzewa. Jego gałęzie swobodnie się rozrastały, dosięgając kojącym cieniem swych zielonych liści zarówno wschodniej części ogrodu właścicieli, jak i północno-wschodniego zakątka posesji, w którym znajdował się wynajmowany lokatorom domek gościnny. Późną jesienią liście obficie opadały, a właścicielka na ten widok raz po raz ciężko wzdychała.

Pewnego dnia pięcioletni chłopiec z sąsiedniego domu kryjącego się w cieniu wielkiej brzostownicy postanowił, że zaopiekuje się kotkiem, który kilka dni wcześniej musiał się zabłąkać na Dróżce Błyskawicy. Chociaż ów dom graniczył z naszym od wschodu, ze względu na biegnące pod ostrym kątem zakręty uliczki nie mieliśmy okazji spotykać naszych sąsiadów na co dzień. Ściana budynku, która przylegała do naszego ogrodu, była solidna i miała tylko jedno okienko służące wentylacji. Ponadto uznawaliśmy, że jesteśmy jedynie lokatorami wynajmującymi domek na tyłach rozległej posesji, i nie czuliśmy się częścią sąsiedzkiej wspólnoty.

Chłopiec często bawił się na zakręcie Dróżki Błyskawicy, pokrzykując przy tym piskliwym głosem, ale jako że zwykłem pracować przy biurku do późna w nocy, byliśmy aktywni w zgoła odmiennym czasie i nie zdarzało nam się na siebie wpadać. Owego dnia głos chłopca, oznajmiający z całą stanowczością, że przygarnia kota, dotarł do mnie ponad ogrodzeniem w chwili, gdy jadłem właśnie późne śniadanie. Po kilku dniach w pobliżu naszego maleńkiego ogrodu, o rozmiarach stosownych zaledwie do suszenia prania, dreptał już kotek. Usłyszałem głos przejętego chłopca i poczułem, że uśmiecham się szeroko.

Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że przepuściłem wówczas ważną okazję.

Rozdział 2

Pełną tryumfu deklarację chłopca musiała również słyszeć kobieta, od której wynajmowaliśmy domek, bowiem wieczorem sprzed bramy sąsiadów dobiegły mnie odgłosy rozmowy:

– Czy państwo zamierzacie trzymać u siebie kota? –Skrzypiący głos staruszki nie dawał za wygraną. – To naprawdę kłopot – mówiła. – Koty zaczną tu ściągać ze wszystkich stron. Zniszczą ogródek, będą zawodziły na dachach. Nieraz pewnie zostawią ślady zabłoconych łap na posesji – tłumaczyła jednostajnie.

Głos młodej gospodyni z sąsiedztwa był cichy i pełen wyczucia. Wysłuchała ze spokojem tego, co mówiła osiemdziesięcioletnia staruszka, i chociaż mogło się wydawać, że jest na przegranej pozycji, nie poddała się. Z pewnością myślała o chłopcu, który musiał za nią stać i słać jej błagalne spojrzenia. Okazało się, że przegrała staruszka.

Pamiętam, że dwa lata wcześniej, kiedy podpisywaliśmy umowę najmu domku gościnnego, znalazły się w niej warunki mówiące o zakazie posiadania zwierząt i dzieci. Wówczas żadne z nas nie myślało szczególnie o dzieciach, choć wkrótce mieliśmy ukończyć trzydzieści pięć lat.

Co się zaś tyczy zwierząt, żadne z nas nie było miłośnikiem kotów. Oboje też pracowaliśmy, dlatego nigdy nawet się nie zastanawialiśmy nad wzięciem do domu psa. Można zatem powiedzieć, że byliśmy idealnymi lokatorami, którzy potrafili spełnić stawiane przez staruszkę warunki najmu.

Wśród naszych przyjaciół było kilkoro miłośników kotów, ale widok ich nadmiernej czułości i zachwytu nierzadko mnie gorszył. Czasami wydawało się, że zaprzedali się kotom z duszą i ciałem w sposób całkowicie bezwstydny. Gdy o tym teraz myślę, widzę, że to nie kwestia bycia bądź nie miłośnikiem kotów, ale raczej tego, że w ich towarzystwie czułem się nieswojo. Przede wszystkim jednak w moim pobliżu nigdy nie było żadnego kota.

W dzieciństwie zdarzyło mi się mieć psa i zawsze myślałem, że relacja z tym zwierzęciem jest jasna. Uważałem, że owo naprężenie smyczy łączącej tego, kto prowadzi, i tego, kto za nim podąża, było krzepiące.

Byłem wówczas pewnie w wieku chłopca z sąsiedztwa i mieszkałem z rodziną w jednym z domków szeregowych będących rodzajem urzędowych mieszkań, które w istocie do złudzenia przypominały czynszowe baraki. Niedługo po tym, jak pies się u mnie znalazł, został uprowadzony. Doszło do tego pewnego sobotniego lub niedzielnego popołudnia. To ojciec zauważył, że przywiązany u wejścia do domu szpic zniknął.

– To porywacze psów – wymamrotał, ale zaraz próbował się z tych słów wycofać. Wybiegł z domu, ciągnąc mnie za sobą, razem przeszukiwaliśmy całą okolicę. Nie było jednak śladu ani psa, ani porywacza.

Pamiętam jak dziś, że to, w jaki sposób ojciec stłumił okrzyk po tym, jak dostrzegł zniknięcie psa, dało mi do zrozumienia, iż nie powinienem o nic więcej pytać. Siostra twierdzi, że przepłakałem potem całą noc, ale niczego takiego nie pamiętam.

W przypadku mojej żony sytuacja wyglądała inaczej. Chociaż nie przepadała szczególnie za kotami, doskonale rozumiała się z wszelkimi istotami żywymi. Ona i jej brat od wczesnego dzieciństwa trzymali w akwarium langusty i traszki. Hodowali też podobno najróżniejsze gatunki motyli, które wykluwały się w ich pokoju i później po nim krążyły, zataczając taneczne koła. Trzymali także różnego rodzaju ptactwo, na przykład zięby i kanarki, i opiekowali się młodymi. Nieraz zdarzyło się, że żona brała pod opiekę pisklę, które wypadło z gniazda, lub zranionego nietoperza.

Nawet teraz, kiedy oglądała w telewizji programy przyrodnicze poświęcone zwierzętom, zazwyczaj potrafiła bezbłędnie nazwać wszystkie gatunki, nawet te z odległych krajów.

Kiedy twierdzę, że nie lubiła szczególnie kotów, ma to zupełnie inne znaczenie niż w moim przypadku. Ona po prostu interesowała się w takim samym stopniu najróżniejszymi żywymi stworzeniami. W przeciwieństwie do mnie nie czyniło jej różnicy, czy to pies, czy kot.

Z chwilą gdy kotek zamieszkał u sąsiadów, stał się również częstym gościem w naszym ogródku. Przychodził, dzwoniąc dzwoneczkiem u jasnoczerwonej obroży.

Ogród przy domu właścicieli i maleńki ogródek przy domku gościnnym oddzielone były jedynie drewnianym płotem i zasadniczo stanowiły całość. Główny ogród był imponujący – z szeregiem drzew, miniaturowym wzniesieniem, stawem i kwiecistymi klombami niewątpliwie bardziej podobał się kotu. Początkowo więc zwierzak wkradał się do naszego ogródka, by zaraz wypuszczać się do wielkiego ogrodu.

Gdy tylko drzwi do naszego ogródka były otwarte, kotek, ilekroć szedł do głównego ogrodu bądź stamtąd wracał, miał w zwyczaju zerkać do wnętrza naszego domu. Nie okazywał nawet cienia strachu przed ludźmi. Był jednak przezorny – być może taka już jego kocia natura – i obserwował nas spokojnie, z wysoko uniesionym ogonem. Do środka nie wchodził. Kiedy wychodziliśmy i próbowaliśmy brać go na ręce, natychmiast czmychał. A kiedy chcieliśmy go przytrzymać, gryzł. Na większą poufałość sobie nie pozwalaliśmy, wiedząc, że właścicielka domu jest czujna.

Trwało to od późnej jesieni do wczesnej zimy 1988 roku, u schyłku okresu Shōwa.

Rozdział 3

Kotek nazywał się Chibi, co znaczy „malec”. Z wnętrza naszego pokoju słyszeliśmy piskliwy głos chłopca wołający: „Hej, Chibi!”. Tupotowi dziecięcych nóg towarzyszył odgłos dzwoneczka, „dzyń, dzyń”, oznajmiający pojawienie się kota.

Chibi mogłaby uchodzić za prawdziwą kocią perełkę. Miała białe futerko z kilkoma cętkami w kolorze sadzy z delikatną domieszką brązu. Była kotką, jaką można zobaczyć w wielu miejscach Japonii, tylko nieco bardziej smukłą i drobną.

Tak, to były jej cechy rozpoznawcze – była szczupła i drobna, co dodatkowo uwypuklało jej szpiczaste, ruch­liwe uszy. Nic w jej postawie nie wskazywało na to, że miałaby podejść i zacząć ocierać się o człowieka. Początkowo myślałem, że to z powodu mojego braku obycia z kotami, ale najwyraźniej nie o to chodziło. Kiedy pewna dziewczynka, która przechodziła Dróżką Błyskawicy, zatrzymała się, przykucnęła i przypatrywała jej się z uwagą, kotka nie uciekała. Gdy jednak dziewczynka chciała ją pogłaskać, zrobiła unik i błyskawicznie czmychnęła. Ta odmowa kontaktu ze strony Chibi była niczym dotyk chłodnego, bladego światła.

Kotka wyróżniała się też tym, że nie wydawała prawie żadnych odgłosów. Kiedy po raz pierwszy pojawiła się w uliczce, zdawała się pomiaukiwać z cicha, ale później nie odzywała się już wcale. Jak gdyby kazała nam się pogodzić z tym, że być może nigdy już nie usłyszymy jej głosu.

Kolejną cechą charakterystyczną Chibi było to, że często zmieniała przedmiot swojej uwagi. I to nie tylko, kiedy była małym kociakiem. Może dlatego, że zazwyczaj bawiła się sama w ogrodzie, zwykła gwałtownie reagować na owady i wszelkiego rodzaju płazy. Więcej, reagowała także na niedostrzegalne dla człowieka zmiany, które zapowiadał powiew wiatru czy promień światła. Nawet jeśli to typowe dla kociąt, u Chibi tendencja ta była nad wyraz wyostrzona.

– Przecież to kot z Dróżki Błyskawicy – żona nie kryła zachwytu, wskazując na przechodzącą obok nas Chibi.

Chłopiec z sąsiedztwa musiał ją wytresować, bo doskonale radziła sobie z piłką. Najpewniej używał do tego celu gumowej kuleczki, która z łatwością mieściła się w jego dłoni. Radosne odgłosy zabawy w uliczce, którym towarzyszyły miarowe uderzenia piłeczki, z czasem zachęciły mnie do tego, by spróbować podobnej aktywności w naszym ogródku. Po długim zastanowieniu wyciągnąłem z rogu szuflady piłeczkę pingpongową i spróbowałem ją odbić o betonową nawierzchnię pod werandą. Chibi przysiadła i śledziła ruch zabawki wzrokiem. Zaraz też przyczaiła się nisko, naprężając całe ciało. Łapki ustawiła równo w jednej linii, wycofała się delikatnie i zaczaiła przykulona jak napięta sprężynka. Z tej pozycji gwałtownie odbiła się od ziemi i śmiało doskoczyła do małej białej piłeczki. Odbiła ją kilka razy przednimi łapkami, jakby żonglując w powietrzu, a następnie przebiegła pomiędzy moimi nogami i uciekła.

Niezwykła osobowość Chibi ujawniała się nagle także w takich chwilach jak ta, kiedy mogła prezentować niewiarygodne wprost sztuczki. Porzuciła piłeczkę pingpongową i wydawało się, że już gwałtownie zawróciła, kiedy w następnej chwili przyskoczyła znowu i położyła łapkę na głowie ropuchy, która kryła się za kamieniem w ogrodzie. Po czym znowu skierowała się w przeciwną stronę, wyciągnęła jedną z przednich łap do skoku i zanurkowała w kępie traw. Leżała chwilę przede mną z odsłoniętym białym brzuszkiem, drżąc z lekka, i przyglądała mi się bacznie. Nie trwało to długo. Zaraz przestała patrzeć na swego ludzkiego towarzysza zabaw i rzuciła się w stronę suszących się na drążku podkoszulek, powiewających łagodnie na wietrze. Złapała zębami za rękaw jednej z nich, po czym puściła się pędem przez drewnianą furtkę do głównego ogrodu.

Ktoś z naszych znajomych będący miłośnikiem kotów powiedział kiedyś, że zabawa piłką podoba się jedynie małym kotkom. Tymczasem Chibi, choć mogłaby już uchodzić za dorosłego kota, najwyraźniej nabierała coraz większej ochoty do takich zabaw.

Jeszcze