Koszmar Morfeusza - K. N. Haner - ebook + audiobook + książka

Koszmar Morfeusza ebook i audiobook

Haner K.N.

4,6

Opis

Mroczny koszmar, z którego nie będziesz chciała się wybudzić

Wszystkie drogi Cassandry Givens prowadzą do Adama McKeya - tej prostej prawdzie nie da się zaprzeczyć. Od chwili przypadkowego spotkania w nocnym klubie namiętny i wybuchowy związek Cass i Adama przeżywa różne fazy, ale pozostaje nierozerwalny jak samo życie. Choć oboje są świadomi zagrożeń, jakie niosą ze sobą potajemne spotkania, choć codziennie przekonują się, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, nie potrafią wyrzec się swoich uczuć. Słowa to za mało, gdy nawet gesty nie potrafią ukoić rozpalonych ciał. McKey zaczyna naginać twarde zasady obowiązujące w jego świecie, a Cassandra coraz częściej myśli nad bardziej radykalnymi krokami uwolnienia ukochanego z sideł złowrogiej organizacji. Jednak życie w ciągłym strachu odbija się na ich relacji i niemal ją niszczy. Namiętna miłość potrafi być bardzo destrukcyjna... Masz odwagę kolejny raz wkroczyć w świat mrocznych fantazji? Fantazji, które bardzo szybko mogą przerodzić się w prawdziwy koszmar? Przekrocz granicę między miłością i nienawiścią, gdzie życie ściera się ze śmiercią.

Niesamowicie mroczna, rozpalająca zmysły, elektryzująca, intrygująca, przerażająca i jednocześnie wciągająca do granic możliwości. Czytając ją, momentami przeżyjecie prawdziwy koszmar na jawie. K.N. Haner pokazuje, co powinien mieć w sobie dobry erotyk. Znakomita konkurencja dla zagranicznych historii, również tych z pierwszych miejsc list bestsellerów.

Katarzyna Olchowy,

Koszmar Morfeusza to powieść, która od pierwszych stron wciągnie Was do mrocznego świata mafii, a Adam McKey rozpali Wasze zmysły do czerwoności. Będziecie balansować na granicy miłości i nienawiści, które dzieli bardzo cienka linia. Czy jesteście gotowe poznać jego koszmar? Koszmar, z którego nie zechcecie się obudzić.

Sylwia Stawska,

Druga część cyklu o mafijnej miłości przenosi nas do świata pełnego sekretów, intryg i seksualnego napięcia. Koszmar Morfeusza ma wszystko, czego wielbiciele literatury erotycznej mogą oczekiwać, a K.N. Haner po raz kolejny przełamuje tabu i udowadnia, że polscy pisarze w niczym nie ustępują zagranicznym.

Ewelina Nawara,

Mroczny świat Morfeusza i tym razem mocno zaskakuje. Książka pobudzająca, pełna namiętności i grozy. Czy odważysz się poznać dalsze, niesamowite losy Cassandry i Adama?

Dominika Starzyk, -

Koszmar Morfeusza to powieść, obok której nie przejdziesz obojętnie. Pełna namiętności, pożądania, rozpali Twoje zmysły i przeniesie Cię w świat intensywnych emocji. Napotkasz w niej wiele tajemnic, niedopowiedzeń, które jeszcze bardziej rozbudzą Twoją ciekawość i nie pozwolą oderwać się od książki aż do ostatniej strony.

Monika Hetz,

Podniecający, wciągający, zniewalający - taki jest Koszmar Morfeusza. Przygotujcie się na jeszcze większą dawkę pożądania, która rozpali Wasze zmysły. Nie bójcie się wejść do świata prawdziwej namiętności, ponieważ nawet koszmar może okazać się snem, z którego nigdy nie będziecie chciały się obudzić!

Klaudia Aleksandra Grabowska,

Pożądanie, które miesza się z przerażeniem, nadzieja wypierana przez tęsknotę. Bohaterowie Koszmaru Morfeusza trafiają na mroczne i niebezpieczne ścieżki. Czy uda im się z nich wydostać, by odnaleźć wspólne szczęście? K.N. Haner prowadzi czytelników w miejsca, w których rządzą ból i rozkosz. Ta powieść sprawia, że trudno jest zasnąć...

Dorota Lińska -Złoch, -

Koszmar Morfeusza to koszmar mojego serca! Fabuła jest tak nasycona wydarzeniami i emocjami, że trudno się oderwać. Książka dla ludzi o mocnych nerwach. Czytasz na własną odpowiedzialność! Ostrzegam, ale gorąco polecam!

Dominka Emilia Lewandowska,

K.N. Haner po raz kolejny udowadnia, że fantazja i kreatywność nie mają dla niej granic. Serwuje nam mroczną, seksowną i nieprzewidywalną historię, która zaciera różnice między nienawiścią a miłością, szokuje spektakularnymi scenami intymnych zbliżeń i odurza gęstą atmosferą czystej grozy. Nie sposób czytać tę książkę obojętnie, nie sposób przestać o niej myśleć... Dla mnie numer jeden w swoim gatunku.

Krystyna Meszka,

Ta powieść to istny rollercoaster emocji. Mocna, namiętna i niedająca o sobie zapomnieć. To koszmar, z którego nie będziecie chciały się wybudzić.

Paulina Balcerzak,

Ambasadorki książki:

  • Sara Kałecka,
  • Claudia Sobańska,
  • Karolina Krakowiak,
  • Marta Daft ,
  • Aleksandra Szoć,
  • Beata Matuszewska,
  • Angelika Kamińska,
  • Agnieszka Libro,
  • Ola Jesiołowska,
  • Urszula Wuu,
  • Edyta Lis,
  • Julita Sobolewska,

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 657

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 28 min

Lektor: Czyta: Małgorzata Gołota

Oceny
4,6 (55 ocen)
42
7
3
2
1
Sortuj według:
Angel1720

Nie oderwiesz się od lektury

Książka wciągająca, porywa zagadkową fabułą. Polecam serdecznie 🙂
00
dziubek38

Nie oderwiesz się od lektury

😍
00
poemka

Dobrze spędzony czas

Takiej pokreconej książki dawno nie czytałam ;-P momentami dość przewidywalna co się wydarzy, momentami wciągająca i ciężko się oderwac.
00
myszkaa877

Nie oderwiesz się od lektury

pomimo tego, ze przede mna jeszcze 2 tomy , z pelna swiadomoscia napisze SERIA godna POLECENIA ❤️
00
Magdalena2011

Nie oderwiesz się od lektury

polecam serdecznie 🥰💯🔥
00

Popularność




K.N. Haner

Koszmar Morfeusza

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Projekt okładki: Jan Paluch

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock.

Wydawnictwo HELION ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: editio@editio.pl WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

ISBN: 978-83-283-3516-5

Copyright © Helion 2017

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dedykuję tę książkę tym wszystkim, którzy wiedzą, że właśnie ich mam na myśli. Dziękuję za wszystko!

Pokochałam mężczyznę, który jest dla mnie zgubą. To wiem na pewno. Adam McKey. Wybranek mojego serca to facet, którego właściwie nie znam, a który każdego dnia zaskakuje mnie czymś zupełnie innym. Raz jest zimny, brutalny i okrutny, by za chwilę stać się czułym i namiętnym kochankiem.

Nie tak wyobrażałam sobie mój wyjazd do Miami. To miało być miejsce, gdzie spełnią się moje marzenia, a chwilami odnoszę wrażenie, że brnę w ślepy zaułek i nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać. Moje uczucie do Adama pochłania mnie i z dnia na dzień zatracam się w nim coraz bardziej. Wiem, że teraz już nie mam odwrotu. Nie potrafię zrezygnować z tego mężczyzny. Pragnę go. Chcę, by był mój, bo ja jestem jego. Nie wiem jednak, co jeszcze mogłabym zrobić, by nasz związek szedł w dobrym kierunku. Ech… Najgorsza jest ta świadomość, że to wszystko i tak nie ma przyszłości. Mimo to czuję, że to on jest tym jedynym. I tak: będąc z nim, wiele ryzykuję, ale jeśli odejdę, stracę coś, na co tak długo czekałam. Coś, na czym mi najbardziej zależy. Stracę miłość swojego życia.

Nie wiem, jak się znalazłam w domu Adama w Miami. Otwieram oczy i widzę, że zasłony w sypialni są zaciągnięte, a do pomieszczenia wpadają jedynie pojedyncze promyki światła. Panuje cisza, przez uchylone drzwi słychać tylko cichutkie szmery z dołu. Nie mam zamiaru schodzić, bo jeśli to znowu rodzice Adama, to będziemy się czuć niezręcznie. Przeciągam się na tym wielkim łóżku i dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że jestem zupełnie naga. Głowa mnie boli i chyba nadal gorączkuję. Ogólnie czuję się totalnie do dupy.

Wychodzę z miękkiej szarej pościeli i udaję się za potrzebą do łazienki. Jestem tu pierwszy raz od tamtej okropnej nocy. Nagle dochodzi mnie ten specyficzny zapach i momentalnie przypomina mi się wszystko, co się wtedy wydarzyło. Wyglądam niepewnie z łazienki i patrzę na łóżko. Krzywię się. Od razu mam też wrażenie, że wręcz boli mnie tyłek. Cholera! Ja nadal nie pojmuję zachowania Adama z tamtej nocy. Nie rozumiem tego człowieka. Potrafi być taki dobry i wiem, że tej dobroci jest w nim bardzo wiele, a z drugiej strony zrobił mi coś tak okropnego. Jego arogancja, pewność siebie i chęć dominacji cholernie mnie podniecają, ale to drugie oblicze… Morfeusz. To on mnie przeraża. Jego nieobliczalność jest zgubna dla nas obojga.

Tak bardzo chciałabym, by Adam powiedział mi o wszystkich swoich tajemnicach. Przecież razem moglibyśmy zdziałać więcej, ja naprawdę chciałabym mu pomóc. Wiem też, że Adam się boi. Drży przed tymi ludźmi, a ja nawet nie wiem dlaczego. To na pewno jakaś mafia i podejrzewam, że ten cały Eros jest jakimś jej szefem albo kimś w tym rodzaju. Zaczynam mieć głupie myśli i zastanawiać się, czy nie powinnam się z nim spotkać. Nie wiem po co, ale może gdybym porozmawiała z Erosem, to daliby Adamowi spokój? Tyle że nie mam pojęcia, jak miałabym to zrobić. Jak mam się skontaktować z tym człowiekiem? Przecież te wszystkie imiona to pseudonimy i nawet jeśli Adam ma jego numer w swojej komórce, pewnie ukrywa go pod jakąś jeszcze inną nazwą. Rozglądam się, czy przypadkiem znowu nie zostawił w sypialni swojego telefonu. Przypominam sobie także rozmowę telefoniczną, którą odbyłam w Nowym Jorku z jakąś kobietą. To również mnie dręczy. Tyle pytań i zero odpowiedzi.

Nagle słyszę kroki na korytarzu, więc szybko wskakuję do łóżka.

— Jak się czujesz? — Sekundę później w progu sypialni staje Adam w bardzo domowym wydaniu. Domowym, ale piekielnie seksownym.

— Średnio… Chyba mam gorączkę i nie mam pojęcia, jak się tu znalazłam. — Przyglądam mu się, bo podoba mi się dres, który ma na sobie. Zresztą… Adam wygląda dobrze we wszystkim.

— Podałem ci w herbacie środek nasenno-uspokajający…

Jego głos jest niepewny, jakby badał moją reakcję. Ja jednak wzruszam jedynie ramionami, a Adam podchodzi i siada na skraju łóżka.

— Długo spałam? — pytam.

— Jakieś cztery godziny. Zejdziesz na dół? — Wyciąga do mnie dłoń.

— Nie chcę ci przeszkadzać.

— W czym? — Unosi brew.

— No, słyszałam, że masz gości.

— Musiało ci się coś przyśnić, dziecinko. Chodź, to zjesz coś i załatwimy ci jakieś leki.

Adam niespodziewanie uśmiecha się lekko. No i co ja mam z nim zrobić? Zaproponował mi przecież, bym u niego zamieszkała. Odwzajemniam uśmiech i wstaję, ale jestem kompletnie naga. Wzrok Adama ślizga się po moich krągłościach tak, jakby od dawna nie widział nagiej kobiety. Jego spojrzenie dociera do najskrytszych zakamarków mojego ciała i rozpala mnie w mgnieniu oka. Nie chcę, by Adam kiedykolwiek jeszcze patrzył tak na inną kobietę, chociaż wiem, że to nierealne.

— Dzwoniłeś może do kliniki Tommy’ego? — zmieniam temat, by odgonić zbereźne myśli. Wiem, że jemu to samo chodzi po głowie i doskonale go rozumiem.

— Tak, dzwoniłem. Tommy już o ciebie wypytywał, bo wie, że się bardzo zdenerwowałaś. Powiedziałem mu, że jesteś przeziębiona i odwiedzisz go, jak tylko wyzdrowiejesz.

Ruszam do łazienki po szlafrok i gdy wychodzę, Adam już czeka na mnie przy drzwiach.

— Odwiedzę go na pewno, ale czy ja naprawdę mogę tu z tobą zamieszkać? — Uśmiecham się niepewnie. Toby było takie cudowne: móc budzić się obok niego każdego poranka.

— Tak, ale pamiętaj, że musisz mnie słuchać i powinnaś być bardzo ostrożna.

— Oczywiście. Zrobię wszystko, co będziesz chciał… — Podchodzę i obejmuję go w pasie, zaciągając się zapachem świeżo wypranej białej koszulki, którą ma na sobie.

— Wszystko? — Adam mruczy i chwyta moją brodę. Nasze spojrzenia spotykają się na sekundę.

— Uhm… — Oblizuję usta, bo teraz patrzy właśnie na nie.

— To ruszaj swój słodki tyłeczek na dół. Zjedz ze mną kolację, weź leki i wracaj do łóżka! — Nagle dostaję dość mocnego klapsa w pośladek, aż podskakuję. Adam ma dobry nastrój, a to bardzo mnie cieszy.

— Wolałabym najpierw iść do łóżka… — Wskazuję na wielkie kuszące łoże, które zaraz mogłoby nam posłużyć za gniazdko miłości. Mimo gorączki mam ogromną ochotę pieprzyć się z Adamem. Szybki numerek na pewno nie byłby aż tak wykańczający. Adam patrzy i milczy przez chwilę, a ja nie mam pojęcia, o czym myśli.

— Najpierw kolacja — odpowiada, jakby wybrał ten scenariusz z kilku możliwości, które kłębią mu się w głowie.

— Ale ja nie jestem głodna! — Śmiało chwytam jego dłoń i ciągnę go w stronę łóżka, a on walczy z uśmiechem. Och, podoba mi się taka zabawa.

— Musisz mieć siły, dziecinko, by móc się ze mną pieprzyć całą noc… — szepcze seksownie, a jego ton dociera od razu tam, gdzie powinien.

Wciągam powietrze i jedyne, na co mam teraz ochotę, to zrzucić z siebie szlafrok i zaciągnąć Adama do łóżka. A może faktycznie najpierw powinnam coś zjeść i wziąć leki?

— Całą noc? — pytam z nadzieją.

— Do białego rana, dziecinko. — Dostaję kolejnego klapsa w tyłek — A teraz idziemy na dół. Kolacja czeka…

Nie pozostaje mi nic innego, niż tylko zejść do kuchni, gdzie faktycznie czeka na nas posiłek.

— No nie wierzę, że to ty przygotowałeś. — Oglądam się na Adama, zobaczywszy stół nakryty dla nas dwojga. Na środku stoi świecznik z zapaloną świecą, sałatka i jakieś gorące danie.

— Wątpisz w moje możliwości, Cassandro? — Adam uśmiecha się tajemniczo i odsuwa mi krzesło. Widzę, że w salonie jest włączony telewizor, więc już wiem, skąd dochodziły mnie głosy.

— Ale chyba nie ty gotowałeś? — zaczynam się z nim droczyć, choć w sumie nie ma to dla mnie znaczenia. On czy nie, liczy się gest. Siadam, a Adam obchodzi stół i wybiera miejsce naprzeciwko mnie.

— Oj, chyba mnie nie znasz, dziecinko…

Chwyta moją dłoń i unosi się delikatnie, by ją pocałować. Boże, jak ja kocham tego faceta.

— Naprawdę to przygotowałeś?

— Wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Cassandro. Smacznego… — odpowiada i odkrywa szklane naczynie, w którym jest pieczona pierś z kurczaka z warzywami.

— Nie wiem, bo mi nie mówisz — zauważam z przekorą i podsuwam talerz, by Adam nałożył mi kolację. Dopiero teraz czuję, że jednak bardzo jestem głodna, zapach potrawy tylko dodatkowo drażni mój apetyt.

— Odpowiem na trzy twoje pytania, jeśli grzecznie zjesz i weźmiesz leki — mówi nagle, a mój żołądek momentalnie się zaciska. Nie wiem, czy żartuje, czy mówi poważnie.

— Na trzy? — pytam prawie bez tchu.

Aż trzy i tylko trzy. Tyle rzeczy się teraz dzieje w mojej głowie, że trudno to ogarnąć.

— Tak, ale najpierw zjedz — odpowiada zaskakująco spokojnie.

I jak mam teraz jeść, skoro on proponuje mi coś takiego? Na szczęście Adam nie zdążył mi nałożyć zbyt dużej porcji, więc pokazuję, że już wystarczy, i zabieram talerz. On mruży jedynie oczy, ale nic nie mówi. Chcę zjeść jak najszybciej, bym mogła zadać moje pytania. Za to Adam nałożył sobie cały talerz i wcale nie spieszy się z jedzeniem.

O co powinnam go zapytać? O przeszłość? O teraźniejszość? Boże, nie wiem. Trzy pytania to tak niewiele, a z drugiej strony tak dużo.

— Mogę już wziąć te leki? — pytam niecierpliwie, bo on niesamowicie powoli kroi swoją pierś kurczaka i przeżuwa ją w ślimaczym tempie. No szlag mnie zaraz trafi!

— Wypadałoby zaczekać, aż ja skończę jeść, Cassandro — gani mnie dość chłodno.

Cholera jasna! Marszczę nos i nic nie mówię. Zaczynam się bawić widelcem, rozdzielając pojedyncze ziarenka ryżu, które zostały na moim talerzu. Gdy moja cierpliwość jest na wyczerpaniu, Adam wreszcie kończy posiłek.

— To ja zbiorę talerze. — Wstaję szybko i zabieram swój talerz, jednak Adam chwyta mnie za dłoń.

— Ale ja jeszcze nie skończyłem. Nałóż mi jeszcze kawałek piersi, proszę… — mówi i doskonale wiem, w co pogrywa, choć twarz ma pokerową. No uduszę go zaraz!

— Oczywiście… — Uśmiecham się złośliwie i wybieram najmniejszy kawałek, jaki widzę.

— Poproszę jeszcze trochę warzyw i ryżu — dodaje i chyba zaraz wybuchnie śmiechem.

— Może w lodówce znajdzie się jeszcze jakiś deserek, co? — pytam, jestem już bardzo zniecierpliwiona.

— Tak, jest tiramisu. Masz ochotę? — odpowiada i wbija we mnie bezczelnie zadowolone spojrzenie, a ja trącam go w ramię.

— Adam, no!

— Słucham, Cassandro? — Widać już, jak walczy z uśmiechem. Odkłada sztućce.

— No nie trzymaj mnie tak w niepewności. Ja już mam miliardy pytań! — piszczę, bo naprawdę zaraz się wścieknę. Wcale mnie to nie bawi.

— Ale możesz zadać tylko trzy pytania, a nie miliard.

Jego spokój doprowadza mnie prawie do szału.

— Mogę ci zadać jedno teraz, a resztę później? — próbuję innej taktyki.

Adam odchyla się na krześle i ze stoickim spokojem odpowiada.

— No dobrze.

O Boże, nareszcie!

— Mogę zapytać, o co tylko chcę? — upewniam się.

— Tak. — Kiwa twierdząco, a mnie zaczyna boleć brzuch.

Tyle czekałam na ten moment, a teraz ogarnia mnie strach. Może lepiej jest żyć w takiej błogiej nieświadomości? Siadam na krześle obok niego.

— Więc jakie jest to pierwsze pytanie? — głos Adama wyrywa mnie z myśli.

— Czym się zajmujesz w tych klubach, do których chodzisz? Tu w Miami, no i w Nowym Jorku… — pytam o to, co chyba najbardziej mnie dręczy. Adam nadal patrzy na mnie ze stoickim spokojem, co ogromnie mnie dziwi.

— W każdą środę chodzę tam, by wyszukiwać odpowiednie kobiety — odpowiada, a mnie serce wpada do żołądka. To niby takie oczywiste, a tak cholernie bolesne dla mnie.

— I co? To wszystko? Po co to robisz?! — Emocje biorą górę.

— To już drugie pytanie, Cassandro — dalej jest spokojny w przeciwieństwie do mnie. Wstaję od stołu, bo to trudniejsze, niż myślałam.

— To nie fair! Co to za odpowiedź, że wyszukujesz tam odpowiednie kobiety? A co to, do cholery, oznacza odpowiednia kobieta, co?! — krzyczę nagle, nie mogąc się opanować.

— To są te trzy pytania? — Adam też wstaje, ale ja nie chcę, by mnie dotykał.

— Rozwiń jakoś tę odpowiedź, bo ja chyba oszaleję! — Patrzę na niego błagalnie.

— Cassandro, miało być: proste pytanie, prosta odpowiedź. Odpowiedziałem, więc… — Chce mnie złapać za dłoń, ale odsuwam się od niego.

— To teraz drugie pytanie… — Mrużę oczy.

— Słucham.

— Co dokładnie robisz z tymi kobietami? — pytam — Tylko nie odpowiadaj jednym zdaniem! — dodaję zaraz wkurzona.

Adam staje naprzeciwko mnie, by patrzeć mi prosto w oczy. Ma przynajmniej odwagę, by to zrobić.

— Testuję je, by dopasować do odpowiedniego klienta. Są różne sposoby. Możemy to robić tam na miejscu albo zabrać je w miejsce zgodne z zasadami — mówi i zamyka oczy.

Doskonale wiem, że jego też wiele kosztuje ta rozmowa. Biorę głęboki wdech, bo zostało mi jedno pytanie, a ja mam ich więcej niż przez chwilą. Milczę, bo naprawdę nie wiem, o co powinnam zapytać, by chociaż odrobinę go zrozumieć.

— Ostatnie pytanie, Cassandro — mówi Adam i chwyta mnie za dłoń. Jego dotyk wręcz pali, dlatego chcę zabrać rękę, ale on mi nie pozwala.

— Nie wiem… — Kręcę głową, bo mam tyle wątpliwości.

— Po prostu zapytaj. — Chwyta moją drugą rękę i przyciąga mnie do siebie.

— Tyle tego jest… — Przytykam czoło do jego klatki piersiowej i próbuję wybrać to najsensowniejsze pytanie.

— Więc może ja powiem to, co chcesz wiedzieć — przerywa mi i przytula mnie jeszcze mocniej. Jestem zaskoczona, ale kiwam głową, by mówił dalej. — Pracuję dla nich od pięciu lat. Kilka dni po śmierci mojego brata oni po prostu przyszli i zapukali do moich drzwi. Poinformowali mnie, że skoro Anthony nie żyje, teraz ja muszę dla nich pracować i nie mogę odmówić. Na początku nawet mi się to podobało, bo… — wzdycha głęboko.

— Bo lubiłeś pieprzyć te wszystkie kobiety — wtrącam.

— Tak. Byłem młodszy, bogaty i wykorzystywałem to, by mieć większe profity. Główni od razu zauważyli, że mają ze mnie dobrą kasę, więc wszystko wydawało się w porządku. Zero stresu, traktowałem to jak sport…

— Główni? — pytam, marszcząc brwi.

— To moi szefowie.

— Nie znasz ich nazwisk?

— Nie. To jedna z zasad. Żadnych prawdziwych imion i nazwisk.

— I stąd to twoje drugie imię? Morfeusz? — wypowiadam je drżącym głosem, bo pamiętam, co było, gdy nazwałam go tak poprzednim razem. Adam ponownie zamyka oczy i wciąga głęboko powietrze.

— Tak, ale oni mają przewagę, bo wiedzą, kim jestem ja. Niestety wiedzą już też, kim ty jesteś…

— To znaczy? — Krzywię się, bo nie rozumiem.

— Tamtego wieczoru, kiedy się poznaliśmy, miałaś być…

Patrzę na niego i chyba nie chcę wiedzieć niczego więcej. Robi mi się przeraźliwie zimno i delikatnie uwalniam ręce z jego dłoni.

— Miałam być jedną z tych kobiet? — pytam bez tchu.

— Nie. Nie chciałem cię zwerbować, chciałem się zabawić, ale zauważył nas Ares…

— Kto?!

— Jeden z najważniejszych Głównych. — Pokazuję, by mówił dalej. — Pierwszy raz skorzystałem wtedy z przywileju zabrania kandydatki z klubu i myślałem, że to będzie proste.

— To znaczy? — pytam dalej, choć sama nie wiem, czy naprawdę chcę to wszystko wiedzieć.

— Chciałem cię zabrać do domu i po prostu przelecieć. Nie służbowo, tylko tak zwyczajnie, dla siebie. Miałem dość automatycznego seksu, który obrzydził mi wszystkie kobiety świata.

— No ale skąd oni wiedzą, kim ja jestem?! — piszczę. Nie podoba mi się to.

— Okłamałem ich, że się nie zgodziłaś na moją propozycję, ale potem zobaczyli nas razem w Nowym Jorku i od razu cię sprawdzili.

— Sprawdzili mnie?! — Odsuwam się od niego.

— Tak. Wiedzą też, że ich okłamałem.

— To dlatego ci to zrobili? — Nie mogę się powstrzymać i dotykam jego obitego policzka.

— Nie. Pobili mnie, bo pojawiłem się w klubie w nie swój dzień. Mówiłem ci już… — Adam zaczyna się irytować.

— Po co pojechałeś tam w nie swój dzień?!

— To było wtedy, gdy ja… — urywa w pół zdania. Przypominam sobie nagle, że to było przecież tej samej nocy, gdy zmusił mnie do seksu analnego. Wzdrygam się na to wspomnienie i zamykam oczy. — Pojechałem tam wściekły na siebie, na to całe gówno, w którym tkwię, i na to, co ci zrobiłem…

— I co? — pytam cicho.

— Upiłem się i powiedziałem, że z wszystkiego rezygnuję, że mam dość i nie będę tego więcej dla nich robił.

— Nie zgodzili się?

— Jak widać. — Adam śmieje się z drwiąco — Jedyne wyjście, by się od nich uwolnić, to śmierć… — Patrzę na niego przerażona, bo wiem, co sugeruje.

— Czy twój brat…?

— Nie wiem, Cassandro. Nigdy nie będę miał pewności, czy on to zrobił specjalnie, ale od jakiegoś czasu mam podejrzenia, że to nie był zwykły wypadek.

— Boże, ale to wszystko jest popieprzone! — Zaciskam pięści i uderzam nimi w klatkę piersiową Adama, a on obejmuje mnie z całych sił.

— Gdyby nie ty, dalej robiłbym to wszystko bez skrupułów, ale wtedy w limuzynie, gdy jechaliśmy do mnie…

— To co? Co się wtedy zmieniło? — Jestem ciekawa jego teorii na ten temat.

— Nie wiem, Cassandro. — Adam kręci głową i próbuje znaleźć odpowiednie słowa. — Jesteś inna niż te wszystkie kobiety i nie chodzi tylko o urodę. Jestem przekonany, że nawet gdybyś faktycznie była moją kandydatką, nie zgodziłabyś się na moją propozycję.

— Oczywiście! — piszczę oburzona.

— No właśnie, a wiesz, ile z tych kobiet odmawia? Żadna. Żadna przez pięć lat mi nie odmówiła, Cassandro.

Kompletnie nie wiem, co mam mu powiedzieć. Jestem mu ogromnie wdzięczna za szczerość, ale to takie cholernie ciężkie. Obejmuję go więc i wtulam się w niego jeszcze bardziej.

— Czy mogę ci jakoś pomóc? — pytam po dłuższej chwili. Adam się odchyla i patrzy na mnie smutno.

— Masz się w to nie mieszać.

— Ale Adamie…

— Nie, Cassandro, nie ma żadnego ale. Nie mieszaj się w to! — mówi poważnie, ton ma ostry.

— Będziesz tam chodził tylko w środy?

Boże, o czym ja w ogóle mówię? Mam się na to zgodzić? Akceptować takie zachowanie i pozwalać, by zdradzał mnie regularnie raz w tygodniu?

— To mój dzień, ale czasami zdarza się, że i w sobotę muszę się tam pojawić.

— A nie możesz tam po prostu chodzić i nikogo nie szukać? Po prostu być i wyjść…

— Takie zachowanie drogo mnie kosztuje — odpowiada zimno.

— To masz na myśli? — Znowu dotykam jego policzka.

— Nie, mówię tu o pieniądzach. Za wieczór bez kandydatki ponoszę kary finansowe.

— Ale ty masz przecież mnóstwo pieniędzy! — piszczę. Naprawdę nie chcę, by tam chodził. Nie chcę i już!

— Główni nie są głupi. Raz, dwa razy może się zdarzyć taki nieudany wieczór, ale oni za dobrze mnie znają. Od samego początku wyszukiwałem najlepsze kandydatki, a z powodu tamtej nocy, gdy poznałem ciebie, już jestem dla nich podejrzany. Gdybym zaczął tak robić za każdym razem, to mogłoby się źle skończyć.

— I co? Znowu cię pobiją?!

— Cassandro, to jest mafia i z nimi się nie zadziera! — warczy na mnie nagle.

— To po cholerę zgodziłeś się na to wszystko?! — Obojgu trudno nam już nad sobą zapanować.

— Nie zgodziłem się, po prostu nie miałem wyboru. Nie byłem świadomy tego, co robił mój brat!

Adam odsuwa się ode mnie i podchodzi do barku, by nalać sobie whisky. Podążam za nim i wyjmuję szklankę dla siebie.

— Ja też chcę — mówię.

— Miałaś wziąć leki.

— Mam to gdzieś. Jeśli się nie napiję, to chyba zaraz coś rozwalę…

— Jeden drink. — Adam pokazuje palec i nalewa mi niewielką ilość trunku do kryształowej szklanki, a ja krzywiąc się, wypijam whisky jednym duszkiem i podsuwam szklankę, by dolał mi więcej. — Cassandro…

— Adamie! — warczę na niego wściekła.

Kurwa mać, ale jestem zła. W głowie mi się nie mieści, w jakie gówno się wpakowałam. Pokochałam faceta, który… Powiedzmy sobie szczerze. Facet, którego kocham, to zwykły… kurwa… alfons? Nawet nie wiem, czy to odpowiednie określenie, ale to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Alfons „opiekuje się” swoimi „dziewczynami”, a Adam tylko je wynajduje i testuje. Tylko? Nie, nie tylko. Aż! Pieprzy kobiety, a potem proponuje im, by były dziwkami. Ja pierdolę, w co ja się wpakowałam?

— Jak chcesz. — Adam dolewa mi nieco złocistego płynu, sobie również i oboje wychylamy zawartość swoich szklanek naraz. Oczy zachodzą mi łzami, bo to jakaś bardzo mocna i ohydna whisky. Nie czekam na to, by ponownie mi nalał. Biorę butelkę w rękę i sama to robię.

— Muszę się dziś najebać — stwierdzam i opróżniam szybko kolejną szklankę.

— Nie mów tak, to naprawdę do ciebie nie pasuje… — ton Adama jest łagodny.

Widzę, że ma dużo złości i żalu do samego siebie, ale cholera… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam taka wściekła. Ta rozmowa jest dla mnie ważna, a jednocześnie bolesna i trudna. Nie mam prawa wyżywać się na nim, a jednak to robię. Nie umiem inaczej.

— A co do mnie pasuje, co?! — podnoszę ton, bo alkohol dodał mi odwagi.

Adam wyjmuje mi szklankę z dłoni, odkłada ją, a wzrokiem błaga, bym odpuściła.

— Na pewno nie takie słownictwo. Ani pijaństwo.

— Jakoś nie miałeś nic przeciwko, kiedy najpierw upiłeś mnie w limuzynie, a potem rżnąłeś w tyłek bez mojej zgody! — wrzeszczę na niego i odtrącam gwałtownie jego dłoń, która trafia w butelkę whisky, a ta spada z barku i rozbija się z hukiem o podłogę. Mam to jednak gdzieś i wychodzę z kuchni, a następnie ruszam prosto na górę.

Kompletnie nie wiem, co mam zrobić. Kurwa mać, w co ja się wpakowałam? Zamykam drzwi sypialni i rzucam się na łóżko, zakrywając pościelą całe ciało aż po głowę. Jestem zrozpaczona, ale ze złości nawet nie mogę płakać. Jak mam się czuć? Czy ktokolwiek jest w stanie mnie zrozumieć? Nie sądzę. Może gdybym była pewna, że Adam mnie kocha… Nie. Zresztą sama już nie wiem, czy to coś by zmieniło. Zależy mu i zachowuje się, jakby mnie kochał, ale chwilami… Te jego wybuchy niepohamowanej agresji, do których dochodzi najczęściej podczas zbliżeń. Jakby stawał się wtedy zupełnie innym człowiekiem. Pragnę go, kocham i nienawidzę jednocześnie. Czuję do niego wszystko, co tylko można czuć. Paleta emocji od najjaśniejszych kolorów do tych najbardziej mrocznych. Przeraża mnie intensywność tych uczuć i to, że po prostu sobie z tym nie radzę. Nie powinnam z nim być, a z drugiej strony nie potrafię żyć bez niego. Adam także wiele ryzykuje, bo przecież mogłabym iść z tym wszystkim na policję i wtedy byłby skończony. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę, że gdyby to wszystko wyszło na jaw, całe to towarzystwo poszłoby siedzieć. Afera na skalę kraju albo i świata. Te kobiety, które werbuje się w klubach, to ekskluzywne prostytutki, a ich klientami są zapewne wysoko postawieni biznesmeni, politycy i inni znani ludzie. Nie znam szczegółów, chyba nawet nie chcę ich znać, więc mogę sobie tylko dopisywać własne historie. Ogromne pieniądze, prostytucja, handel ludźmi, nielegalne interesy i w to wszystko wmieszany jest facet, którego kocham nad życie. W dodatku ci cali Główni sprawdzali mnie i nie wiem, co zamierzają. Ciekawa jestem, czego się dowiedzieli oprócz tego, jak się nazywam. Cholera, no… Nie jestem niewiniątkiem, ale nie chciałabym, by Adam dowiedział się na przykład o moich zdjęciach, których okropnie się wstydzę. Wiem, że oni mogliby to wykorzystać przeciwko nam. Jest tyle tego wszystkiego, że muszę chwilę odetchnąć i poukładać myśli w głowie. Jeśli to w ogóle możliwe.

Leżę sama dosłownie chwilę, gdy Adam przychodzi do mnie. Bez pytania wchodzi na łóżko, wsuwa się pod kołdrę i przytula mnie z całych sił.

— Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam… — szepcze i z każdym słowem składa pocałunek na moich włosach.

Zaczynam płakać, choć nie wiem dlaczego. Nie mam też pojęcia, za co mnie przeprasza. Za to, co robi? A może za to, co zrobił mi tamtej nocy? Wtulam się w niego, łkam głośno i nie mam siły podnieść głowy. Jestem zmęczona, przytłoczona i chyba znowu mam gorączkę. Jak można to wszystko znieść? Wiem, że w każdą środę będę się zastanawiać, kogo w tej chwili pieprzy mój facet. Czy może ma zły dzień i nikogo nie zwerbował, ale poniesie za to jakąś horrendalną karę finansową. Mam się wiecznie ukrywać i nikomu nie mówić o naszym związku? Mam się nie martwić i nie wtrącać? Przecież to jest, kurwa, niemożliwe. Każdego dnia będę tracić zmysły, bo wiem, co ci ludzie mogą mu zrobić. Skoro Anthony najprawdopodobniej posunął się do ostatecznego kroku, by się wyrwać z tego wszystkiego, to obawiam się, że Adam naprawdę nie ma wyjścia i musi z nimi współpracować. Ogromnie się martwię o Adama, bo jak widać, każdy ma jakieś granice wytrzymałości. Kocham go i nienawidzę jednocześnie za to, że w ogóle się poznaliśmy.

Zachciało mi się kariery w Miami! Jestem taka na siebie zła za to wszystko. W dodatku choroba Tommy’ego, problemy z Nicole i moim ojcem. Nie wiem, czy mam siłę, by to udźwignąć…

***

Budzę się nad ranem. Mam wrażenie, że boli mnie dosłownie wszystko. Mięśnie, włosy, a nawet paznokcie. Czuję duszący ból w klatce piersiowej, a mój żołądek zawiązany jest na supeł. Nie jestem w stanie nawet otworzyć oczu. Jęczę głośno i chwilowo pragnę umrzeć. Boże, czy ja miałam bliskie spotkanie z TIR-em? Przypominam sobie wczorajszy wieczór i próbuję sobie uświadomić, czy leżę sama, czy może jest przy mnie Adam. Nie wyczuwam jednak jego obecności. Próbuję coś powiedzieć, ale gardło mam tak suche, że wydobycie jednego dźwięku jest jak milion szpilek wbijających się w skórę. Nie sądziłam, że aż tak się rozchoruję. To wszystko przez stres i złe emocje. Ostatkiem sił siadam powoli na łóżku i spuszczam nogi na podłogę. Jest mi przeraźliwie zimno i mam dreszcze. Wstaję, podpierając się o szafkę nocną, a potem o komodę, by dotrzeć do łazienki. Gołe stopy stykające się z zimnymi kafelkami wywołują jeszcze większe, bolesne dreszcze. Muszę iść do lekarza, bo to nie jest zwykłe przeziębienie. Rzadko choruję i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuła się tak źle. Muszę jednak jak najprędzej skorzystać z toalety. Jakimś cudem udaje mi się do niej dotrzeć. Przypominam sobie, że najpewniej mam też kaca po tym, jak wczoraj bezmyślnie wlewałam w siebie kolejne szklanki whisky. Już słyszę te kazania Adama. Siedzę na kibelku i podpieram głowę na dłoniach, bo świat wokół mnie zaczyna wirować. Jezu, chyba zaraz zemdleję. Próbuję nie wpadać w panikę, bo to dodatkowo spotęguje to przedziwne uczucie dyskomfortu, że nie panuję nad własnym ciałem. Wstaję powoli i obmywam twarz w zimnej wodzie, mimo że nadal mam dreszcze. Powolnymi kroczkami wychodzę z łazienki i chcę iść na dół. Muszę znaleźć Adama, by zawiózł mnie do lekarza. Przechodzę całą sypialnię i korytarz, kurczowo trzymając się ściany. W jednej chwili dreszcze przechodzą w falę gorąca, a w głowie kręci mi się jeszcze bardziej.

— Adam! — wołam, najgłośniej jak mogę. Czuję, że zaraz zemdleję, i ten okropny stan sprawia, że zaczynam jeszcze bardziej panikować. — Adam! — powtarzam i widzę, jak wychodzi zza rogu, ale w tym momencie osuwam się na podłogę. Na szczęście po chwili mój ukochany chwyta mnie w ramiona, a zanim całkiem stracę przytomność, dostrzegam, że jest z nim jakiś mężczyzna.

Kiedy odzyskuję siły, okazuje się, że nieznajomy to lekarz. Adam sprowadził go do domu i właśnie szli, by mógł mnie zbadać, gdy zemdlałam na korytarzu. Lekarz stwierdza, że mam grypę i jestem bardzo odwodniona. Dostaję kroplówkę, mnóstwo leków i mam leżeć w łóżku przez tydzień albo i dłużej. Nie mam siły nawet ruszyć ręką czy myśleć o czymkolwiek innym niż o śnie, więc chętnie poleniuchuję, by dojść do siebie.

— Musisz odpoczywać. — Obok mnie na łóżku siada Adam. Wygląda na naprawdę przejętego i właśnie gładzi dłonią moje rozpalone czoło. Ma tak przyjemnie chłodną skórę, że nie chcę, by przestawał.

— Mogę tu zostać na cały czas mojej choroby? — pytam ochryple. Gardło mnie boli… Wszystko mnie, kurwa, boli.

— Oczywiście. Myślisz, że pozwoliłbym ci się męczyć w jakimś hotelu?

Patrzy na mnie tak, że gdybym miała siłę, to skopałabym sobie tyłek za wczorajszy wieczór. Poniosło mnie i teraz żałuję tego, co mu powiedziałam. A raczej: wykrzyczałam.

— Dziękuję i przepraszam za wczoraj…

— Porozmawiamy o tym, jak wydobrzejesz, Cassandro, a teraz śpij. — Adam się nachyla i całuje mnie w czoło.

Czy istnieje bardziej czuły gest ze strony mężczyzny? To takie męskie i seksowne, a zarazem czułe i daje poczucie bezpieczeństwa. Właśnie wtedy, gdy rozum podpowiada mi, bym wycofała się z tego wszystkiego, Adam kolejny raz pokazuje swoją drugą twarz. Tę opiekuńczą, troskliwą i kochaną. Chodzi przy mnie, co chwila sprawdza, czy lepiej się czuję, przynosi mi leki i jedzenie, poświęcając mi swój cenny czas. To tak wiele, a jednocześnie za mało. Nie jest w stanie zdobyć się na odwagę i wyznać mi, co do mnie czuje. Ja wiem, że te wszystkie gesty znaczą więcej od słów, ale tak naprawdę chciałabym usłyszeć od niego te dwa słowa: kocham cię.

***

Siniak spod oka Adama zaczął znikać, a mimo to mój ukochany nie wychodził z domu. Mógł przecież wrócić do pracy, tymczasem od dwóch tygodni spędzał ze mną każdą chwilę. Jedynie w środy wieczorem wychodził z domu… w wiadomym celu. Choroba jednak tak mnie wykończyła, że nie miałam siły o tym myśleć. W czasie, kiedy miałam grypę, przeżyłam dwa wyjścia Adama do Mirrors, więc dam radę przeżyć ich więcej… Ile? Tego nie wiem. Za każdym razem, gdy Adam wracał z klubu, brał prysznic i nie przychodził do mnie do sypialni. Z własnej woli spał w salonie na kanapie.

Tak naprawdę dopiero od kilku dni jestem w stanie sama iść do łazienki, ale nadal nie czuję się za dobrze. Grypa mnie zmęczyła i gdy w końcu muszę iść do pracy, kompletnie nie mogę się pozbierać.

— Może zostań jeszcze kilka dni w domu? — proponuje Adam, widząc mnie nad talerzem płatków śniadaniowych.

Przez cały ten czas, kiedy byłam chora, miałam wstręt do jedzenia i nadal mdli mnie na widok większości produktów spożywczych. Zerkam na Adama i mam ochotę się przyznać, że kompletnie nie chce mi się iść do pracy, ale mam tyle zaległości, że nie wypada.

— Nie no, pojadę. Valery zapewne wypruwa sobie flaki, bo przecież i ciebie nie ma w firmie.

— Za to jej płacę, a ona bardzo dobrze daje sobie radę. To bystra dziewczyna…

Adam podchodzi i siada na krześle obok mnie.

— Co? — pytam, bo patrzy i nic nie mówi. — No co? — powtarzam.

— Mam coś dla ciebie…

Zastygam, widząc, jak niepewnie wyjmuje z kieszeni flanelowych spodni małe czarne pudełeczko. Nie, to przecież niemożliwe.

— Co to jest? — pytam bez tchu.

Adam ma taką minę, że chyba zaraz dostanę zawału.

— Otwórz…

Kładzie pudełko na szklanym stole i znów patrzy na mnie. Kompletnie nie wiem, o czym myśli, a intensywność jego spojrzenia mnie rozprasza.

— Nie wiem, czy chcę… — Krzywię się lekko.

To na pewno nie to, co sobie myślę i wyobrażam, więc chyba nie chciałabym się rozczarować. Adam nagle się uśmiecha, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak to wygląda. Bierze więc pudełko i otwiera je za mnie. Zerkam niepewnie i widzę w środku dwa klucze oraz elektroniczny mały pilot.

— To jest klucz od głównych drzwi, a ten od garażu. Pilot jest automatyczny do alarmu i bramy… — tłumaczy, wyjmując klucze z pudełeczka. Chyba jestem w szoku, bo tego naprawdę się nie spodziewałam.

— Dajesz mi klucze do swojego domu? — pytam z niedowierzaniem.

— Tak, wylatuję dziś do Nowego Jorku i chcę, byś miała swój komplet.

— Lecisz do Nowego Jorku? — Momentalnie zapominam o wszystkim. Nowy Jork kojarzy mi się tylko z jednym i to na pewno nie jest nic przyjemnego ani związanego z pracą.

— Simons ma jakieś wątpliwości co do naszego projektu, więc muszę lecieć. W czwartek powinienem wrócić.

— Ale jest wtorek — wtrącam.

— No i? — Adam unosi brew.

— Jutro środa — odpowiadam cicho.

— Cassandro…

— Nie, no dobra, nic nie mów — przerywam mu i biorę klucze do ręki. — Dziękuję — dodaję.

— Zostań dziś jeszcze w domu. Wylatuję dopiero wieczorem. — Adam rusza za mną w kierunku schodów.

— Pojadę do pracy. Koniec tego lenistwa!

Staram się zachowywać normalnie i nie myśleć o jego wylocie do Nowego Jorku. To jednak jest bardzo trudne, bo doskonale wiem, że leci tam nie tylko ze względu na Simonsa.

— Na pewno? — Wyprzedza mnie nagle i zagradza drogę. Nie muszę nic mówić, bo on i tak czuje, że się zdenerwowałam. Prześwietla mnie na wylot, jak rentgen. Za każdym razem.

— Tak, Adamie, na pewno. Pójdę się ubrać, bo spóźnię się do pracy.

Wymijam go i uciekam na górę do sypialni. Mam tu swoje rzeczy, które Adam zabrał od Nicole, gdy byłam chora. Nie chciał mi powiedzieć o tym, jak przebiegło to spotkanie, więc nie wiem, jak to załatwił.

Mimo że wracam dziś do pracy, nie mogę jeszcze odwiedzać Tommy’ego, więc nadal pozostaje nam kontakt telefoniczny. Rozmawiam z nim codziennie, a on stale mi powtarza, że czuje się lepiej. Ja jednak doskonale wiem, że nie jest dobrze. Nic, kurwa, nie jest dobrze.

— Zjemy razem obiad. Kierowca przyjedzie po ciebie pod firmę o piątej. — Adam wchodzi do garderoby w momencie, gdy kończę zakładać koszulę. Zapinam guziki na wysokości piersi i czuję na sobie jego pożądliwy wzrok. Nie pieprzyliśmy się przecież przez cały czas, gdy byłam chora, a teraz wciąż nie czuję się na siłach, by to robić. Nie mam też jakiejś przesadnej ochoty na seks, bo leki osłabiły mój organizm, a tym samym moje libido.

— O której wylatujesz? — pytam, nie zwracając uwagi na jego propozycję.

— Późnym wieczorem. Co z tym obiadem?

— Będę gotowa o piątej.

— Cudownie, a teraz się pośpiesz, bo za dwadzieścia minut powinnaś być w firmie — mówi zimnym tonem.

— Dobrze… szefie! — odpowiadam wymownie.

Ja nigdy nie nadążę za tym człowiekiem. W jednej chwili jest taki kochany, a po chwili zachowuje się jak dupek do potęgi. I weź tu, zrozum facetów! W sumie facetów może i jestem w stanie zrozumieć, ale ten przypadek… Patrzę w te błękitne oczy i mam w głowie pustkę. Niby troszkę już o nim wiem, a mam wrażenie, że w ogóle go nie znam. Jest bardzo zmienny i nieobliczalny, co sprawia, że pragnę go jeszcze bardziej. Specjalnie przy nim poprawiam pończochy i wkładam wysokie szpilki. Adam nie może oderwać ode mnie wzroku, a ja na pewno nie mam zamiaru mu ulec. Dziś nie będzie mnie miał, tym bardziej ciekawa jestem, jak to będzie po powrocie z Nowego Jorku. Przecież oprócz środowych spotkań w klubie i pieprzenia tam dziewczyn brakowało mu seksu przez cały czas mojej choroby. Był w domu zawsze i o każdej porze. Poprawiam wymownie koszulę na dekolcie, a Adam głęboko wciąga powietrze. Mam ochotę się uśmiechnąć, ale zachowuję powagę i przechodzę obok niego, udając obojętną.

— Jaką bieliznę dziś założyłaś? — Chwyta mnie nagle za nadgarstek.

To chyba silniejsze od niego. Atmosfera momentalnie gęstnieje. Adam płonie i ja wbrew swoim zamiarom chyba też zaczynam się rumienić pod jego spojrzeniem. On zawsze tak na mnie działa.

— Spóźnię się do pracy, szefie… — Próbuję wyrwać rękę z uścisku jego dłoni, ale nie mam szans. Sekundę później unieruchamia mnie między swoimi ramionami i doskonale wiem, jaki ma plan.

— Usprawiedliwię cię, dziecinko…

Adam wsuwa mi dłoń pod spódnicę, podciąga mi ubranie, a następnie ściska mocno mój pośladek. Od razu też czuję jego erekcję napierającą na moje udo. Patrzę na niego i chcę powiedzieć, by przestał, a on nagle całuje mnie, gwałtownie i namiętnie. I znowu jest tak samo jak zawsze. Nie potrafię mu się oprzeć. Nie potrafię, nie chcę i… No po prostu nie chcę. Obejmuję go i przyciągam bliżej siebie. Adam mruczy w moje usta i uśmiecha się triumfalnie. Może się bał, że przez moją chorobę coś się w tej kwestii zmieniło? Nic się jednak nie zmieniło. Pragnę go tak samo mocno jak wcześniej, a abstynencja dodatkowo podsyciła nasz seksualny apetyt. Nie myślę trzeźwo, gdy Adam całuje mnie w ten sposób, gdy wsuwa mi dłoń w majtki i zaczyna pieścić, gdy rozpina swój rozporek, a ten specyficzny dźwięk niemal przyprawia mnie o spazmatyczne dreszcze.

— Och, Adamie… — jęczę, bo nawet nie zdejmuje mi majtek, tylko lekko odsuwa je na bok i odwracając mnie tyłem do siebie, gładzi moje pośladki.

Ocieram się o niego prowokacyjnie, choć wcale nie muszę go zachęcać. Adam chwyta w dłoń swojego penisa i wchodzi we mnie rozkosznie powoli, podczas gdy jego druga ręka ściska przez koszulę moje piersi. Jest spragniony i gorący.

— Oszalałbym bez tego — szepcze mi wprost do ucha i zastyga, będąc głęboko we mnie.

Przyszpila mnie do ściany i nagle jednym gwałtownym ruchem rozrywa materiał mojej koszuli. Jestem tak podniecona, że nie myślę o niczym innym, tylko o jego ciele przy moim ciele. Jego biodra zaczynają się poruszać, nabierają szaleńczego tempa, które sprawia, że seks z nim to dla mnie coś wyjątkowego. Ten dziki facet rżnie mnie mocno, ale to naprawdę coś więcej. Mimo wszystko ja wiem, że to nie jest dla niego zwykłe pieprzenie. Nie wiem skąd, ale po prostu to wiem.

— Szybciej, Adamie, szybciej… — proszę, a dłońmi obejmuję go za pośladki i przyciągam jeszcze bliżej siebie.

Adam przywiera do mnie mocno całym ciałem i wbija się głęboko, a ja prawie od razu zaczynam szczytować. Och nie… Taki orgazm po chorobie prawie zwala mnie z nóg. Adam trzyma mnie jednak mocno, bym nie upadła.

— Będziesz grzeczna, gdy wyjadę? — pyta ochryple, a ja czuję, że też jest na granicy.

— Przecież wiesz, że tak! — prawie krzyczę, gdy zmienia delikatnie kąt, a jego penis wchodzi jeszcze głębiej. Nie ma nic lepszego od seksu z Adamem McKeyem!

— Dobra odpowiedź, dziecinko — mówi i zastyga, będąc głęboko we mnie.

Czuję, jak cudowne ciepło jego spermy zalewa mnie od środka. Uśmiecham się z satysfakcją, że nadal go pociągam. Podczas choroby nie wyglądałam atrakcyjnie i mimo że Adam widział mnie w takim stanie przez cały czas, nic się nie zmieniło.

— Mogę już iść do pracy, szefie? — pytam z przekorą, gdy nasze oddechy się uspokajają. Adam nadal przytula się do mnie chyba z całej siły i obejmuje w pasie.

— O nie, Cassandro. Dziś już nie pójdziesz do pracy… — odpowiada ochrypłym tonem.

— Dlaczego?

— Oj, dziecinko, doskonale wiesz dlaczego… — mruczy i obraca mnie do siebie przodem.

Kompletnie nie mam siły na rundę drugą, ale on raczej ma to gdzieś.

— Ale…

— Będziesz miała czas do czwartku, by sobie ode mnie odpocząć, a teraz chodź…

Puszcza mnie delikatnie, by mieć pewność, że nie upadnę, i chwyta za dłoń, a następnie ciągnie w stronę łazienki.

— Dokąd?

— Wykąpiemy się, a potem zrobię ci masaż — odpowiada, uśmiechając się tajemniczo. Masaż?

— Umiesz robić prawdziwy masaż? — pytam, bo jakoś trudno mi uwierzyć, że jest aż taki idealny.

— Przekonasz się, dziecinko. — Przyciąga mnie do siebie i chwyta w ramiona. — Brakowało mi tego…

Całuje moje usta i podsadzając mnie na swoje biodra, kieruje się w stronę łazienki. Odkręca wodę, która zaczyna wypełniać dużą wannę, a następnie dolewa ogromną ilość czekoladowego płynu do kąpieli. Cudowny zapach od razu wypełnia całą przestrzeń, a ja nabieram ochoty na tę kąpiel. Tak dawno nie kąpaliśmy się razem, że bez pytania zdejmuję resztę ubrań, które mam na sobie, a Adam uśmiecha się i pokazuje mi, bym weszła pierwsza. Zanurzam się więc w kłębach piany i mruczę zadowolona, a on mówi.

— Gdy wrócę z Nowego Jorku, czeka nas dużo pracy. Mamy sporo do nadrobienia.

Patrzę na niego, gdy zaczyna się rozbierać. Nawet to potrafi robić w tak seksowny sposób, że nie mogę od niego oderwać wzroku. Rozpina koszulę powoli, jakby wiedział, że napawam się tym widokiem. Zsuwa ją z ramion, odkrywając swoje piękne ciało.

— Strasznie mnie jarasz, wiesz? — stwierdzam odważnie, a on spogląda na mnie zaskoczony i chyba lekko rozbawiony.

— A co to za sformułowanie? Jarasz mnie? — Unosi brew i zsuwa z bioder spodnie.

— Podobasz mi się. Chciałam być taka fajnie młodzieżowa, szefie…

Puszczam mu oczko, a on śmieje się w głos. Boże, uwielbiam, gdy jest właśnie taki. Zrelaksowany, cudownie nagi i cały mój. Chociaż na chwilę jest tylko mój.

— Nie musisz się silić na fajne, młodzieżowe sformułowania, Cassandro — odpowiada. — I bez tego mogę wyliczyć wiele twoich zalet… — dodaje i tym razem to znowu ja jestem zaskoczona.

— No, ciekawa jestem, jakie zalety widzi we mnie Adam McKey… — drwię sobie lekko, choć jestem ogromnie zaintrygowana tym, co może powiedzieć.

— To chyba oczywiste. — Adam zsuwa skarpetki i wchodzi do wanny, siadając przede mną. Chwyta moje kostki i przyciąga mnie do siebie.

— Dla mnie nie.

— Mam wyliczyć?

Rozkładam szeroko nogi, by móc być jak najbliżej niego, i od razu czuję, że znowu jest podniecony.

— Tak.

— Po pierwsze, jesteś piękna — mówi poważnie, a ja się głupio uśmiecham.

— To banalne — droczę się.

— Nie, Cassandro, to nie jest banalne. Twoja uroda nie jest banalna — mówi i chwyta mnie za pośladki, by podsadzić na siebie tak, że moja cipka idealnie ociera się o jego pęczniejącego kutasa. To naprawdę przyjemne.

— Co jeszcze?

— Skupmy się najpierw na twoim wyglądzie.

Bierze naturalną gąbkę, moczy ją i wyciska wprost na moje piersi. Woda pieści moje sutki, które momentalnie twardnieją, ku uciesze Adama.

— Rozwiniesz temat tego, że jestem piękna? — proszę powodowana ciekawością.

— Tak…

Ponawia czynność z gąbką i przygląda mi się dłuższą chwilę. Jego wzrok odrobinę mnie krępuje, ale wiem, że nie pozwoli mi się zakryć.

— Więc?

— Masz ciało greckiej bogini, Cassandro — zaczyna swój wywód. Jego słowa kompletnie mnie zaskakują. — Nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknej kobiety jak ty, a doskonale wiesz, że wiele nagich kobiet miałem okazję oglądać. Twoje ciało działa na mnie tak, że nie potrafię się opanować. Wystarczy, że przechodzisz obok, a ja już jestem twardy, Cassandro.

— No, dziękuję bardzo — odpowiadam niepewnie. To komplement, ale w jego ustach brzmi tak jakoś dziwnie.

— Masz idealnie pasujące do mojej dłoni piersi, dziecinko — kontynuuje i zaczyna mnie masować. Zamykam oczy, rozkoszując się jego dotykiem. Uwielbiam, gdy robi to w ten sposób. Jakby moje ciało należało do niego, jakby znał je na pamięć i w ten sposób oddawał mi hołd. — Masz talię zarysowaną jak najlepsza hiszpańska gitara, a twoja pupa ma idealny kształt serca.

Teraz zsuwa dłonie na moje pośladki i ściska je lekko. O cholera! Nie sądziłam, że on potrafi mówić w taki sposób o kobiecym ciele.

— Nie wiem co powiedzieć…— dukam. Jestem trochę zawstydzona.

— Masz skórę jak jedwab, miękką i gładką. — Zaczyna sunąć palcami w górę przez krzyż, plecy aż do karku. Całe moje ciało pokrywa się gęsią skórką, a ja drżę. — Włosy naturalnie rozświetlone słońcem… — Chwyta je, robiąc kucyk, by po chwili puścić je tak, że opadają kaskadą na moje ramiona. Nie mogę oderwać od niego wzroku, on także patrzy mi prosto w oczy. — Jesteś naprawdę piękna, Cassandro, i nigdy nie daj sobie wmówić, że jest inaczej — dodaje i muska mnie palcami w okolicy żeber, a ja zaczynam chichotać, bo mam tu łaskotki. Adam od razu to wychwytuje i coraz mocniej mnie pieści.

— Przestań! — piszczę i śmieję się w głos.

— A twój śmiech brzmi tak, jakby ktoś rozsypał sznur pereł po najdroższym krysztale — mówi z zachwytem.

O rany! Chyba nikt nigdy nie powiedział mi czegoś takiego w taki sposób. Zamieram, bo nie wiem, co mu odpowiedzieć. Dziękuję? To dopiero jest banalne. Obejmuję go i wtulam się w jego silne ramiona. Jest mi tu tak dobrze i nie chciałabym teraz być nigdzie indziej. Mimo wszystko.

Kończymy się kąpać. Ku mojemu zaskoczeniu nie było seksu w wannie. W sumie dobrze, bo po chorobie jestem jeszcze dość osłabiona.

— A co z tym masażem? — pytam.

— Będzie i masaż, dziecinko. — Adam owija biodra ręcznikiem, po czym podaje mi dłoń i otula moje ciało w drugi ręcznik.

— Chciałam ci podziękować za to, że opiekowałeś się mną przez ten cały czas… — Obejmuję Adama w pasie i zadzieram głowę, by spojrzeć mu w oczy.

— Nie musisz mi dziękować. Robiłem to z przyjemnością, Cassandro — odpowiada i wiem, że mówi szczerze, a moje serce roztapia się z radości.

— Lubisz się mną opiekować? — Przygryzam wargę, wywołując uśmiech na twarzy Adama.

— Lubię.

— A mnie lubisz? — droczę się dalej.

— Lubię…

— A kochasz? — wypalam bez zastanowienia.

Cholera, po co ja o to zapytałam? Adam wbija we mnie spanikowane spojrzenie. Następnie delikatnie się odsuwa, a między nami od razu wyrasta wysoki emocjonalny mur. „Dlaczego nie możesz mnie kochać?” — pytam w myślach, ale z moich ust nie pada już ani jedno słowo.

— Idź się położyć, zaraz zrobię ci masaż… — ignoruje moje pytanie. Jego słowa są jednak zimne i obojętne, a po chwili zostaję sama w łazience.

Nie powinnam w ogóle o to pytać. Skomplikowałam to wszystko jeszcze bardziej i zachowuję się jak zaborcza baba, która przez swoje postępowanie niczego nie wskóra. To do mnie niepodobne i muszę nad tym zapanować.

Zakładam szlafrok, związuję włosy w kucyk i wchodzę do sypialni. Adama tu nie ma i nie wiem, co mam myśleć. Powinnam go przeprosić? Czy udać, że nic się nie stało? Siadam na łóżku i patrzę na stolik nocny, na którym stoją moje leki, mnóstwo syropów, a nawet maść rozgrzewająca. Adam smarował mnie nią, gdy byłam chora. Zaczynam się zastanawiać, że może powinnam mu bardziej się odwdzięczyć za tę opiekę niż zwykłym dziękuję. Wpadam na pomysł, że zrobię dla nas romantyczną kolację, gdy Adam wróci z Nowego Jorku. Taką jak nasza pierwsza randka… Tyle że tym razem wszystko będzie idealnie i nie zakończy się kłótnią. Tak! Właśnie tak zrobię. Może w ten sposób przeproszę też za mój niewyparzony język?

— Zdejmij ten szlafrok i połóż się — słyszę nagle jego głos.

Odwracam się i widzę, jak stoi w progu sypialni z olejkiem do masażu w ręce. Jest nagi i taki cholernie seksowny.

— Na brzuchu?

— Tak.

Adam podchodzi i klęka na łóżku. Otwiera buteleczkę i wylewa niewielką ilość olejku na moje plecy, po czym rozsmarowuje go delikatnie, aż na pośladki. Spinam się, bo to silniejsze ode mnie, ale Adam od razu to wyczuwa. Zostawia tę okolicę i skupia się na plecach. Nagle siada okrakiem na mojej pupie i zaczyna dość mocno masować mój kark. Och, ale to przyjemne. Nie sądziłam, że jest tak dobrym masażystą. Robi to jak profesjonalista, a ja odpływam pod rozkosznym dotykiem jego palców. Mruczę dość głośno, bo tak mi dobrze.

— Powiesz mi, skąd masz te zdolności masażysty? — pytam, będąc w półśnie.

— To wrodzony talent, Cassandro — słyszę lekkie rozbawienie w głosie Adama.

Droczy się ze mną? Czuję ulgę, że nie jest zły za to durne pytanie.

— Jakie masz jeszcze inne ukryte talenty, co? — pytam, oczy nadal mam zamknięte, ale na twarzy pojawia mi się szeroki zadowolony uśmiech.

— Nie ukryte, a wrodzone, Cassandro. — Jak zwykle mnie poprawia.

— No więc?

— Jaki mam jeszcze wrodzony talent? — precyzuje.

— Właśnie. — Kiwam głową.

— Dobrze się pieprzę — odpowiada, a ja nagle otwieram oczy.

Czy on naprawdę to powiedział? Adam unosi się z moich pośladków i jednym ruchem obraca mnie na plecy, rozkładając szeroko moje uda. Najpierw patrzę na jego zadowoloną twarz, a potem sunę wzrokiem niżej na klatkę piersiową, brzuch aż do penisa, który jest już twardy i gotowy. Drżę z podniecenia na myśl, że zaraz go w sobie poczuję.

— Ale to to ja doskonale wiem, panie McKey! — Moje spojrzenie wraca do tych jego zimnych błękitnych oczu, a oddech mi przyśpiesza.

— Potrafię jeszcze wiele innych rzeczy, na które ty nie masz ochoty… — Jego dłoń gładzi moje uda, wsmarowując w nie resztkę olejku.

Rzeczy, na które nie mam ochoty?

— Co masz na myśli?

Chcę się unieść na łokciach, ale on mi nie pozwala. Kładzie się na mnie, przywierając swoim gorącym ciałem do mojego ciała. Chwyta moje nadgarstki i unosi mi ręce nad głowę.

— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać…

Patrzy mi prosto w oczy, a ja czuję główkę penisa ocierającą się o moją cipkę. To przyjemne, ale takie dla mnie zgubne, a Adam robi to z premedytacją i na pewno ma w tym jakiś ukryty cel.

— Będziemy się pieprzyć? — Chcę go pocałować, ale trzyma mnie tak mocno, że nawet nie mogę unieść głowy.

Nie mam pojęcia, co zamierza zrobić. Nawet nie odpowiada na moje pytanie, tylko dalej prowokacyjnie ociera się o mnie, patrząc mi prosto w oczy. Będzie mnie tak teraz torturował? Tym razem nie dam mu jednak tej satysfakcji i nie będę go błagać, by mnie zerżnął. Muszę się nauczyć być odporną na jego urok, ale jak mam to zrobić? Skoro on teraz znowu chce się zabawić w taki sposób, to ja też zacznę w końcu grać w tę grę. Patrzymy na siebie dalej i mam wrażenie, że toczymy jakąś walkę, ale nie wiem o co. Adam wypycha delikatnie biodra, a szeroka główka jego penisa rozchyla moje płatki i drażni wszystkie wrażliwe punkty. Nie wiem, kto w tym momencie musi się bardziej hamować: ja, by nie chwycić go i przyciągnąć do siebie, czy on, by jednym pchnięciem nie wejść we mnie? Obojgu nam przyśpiesza oddech, a moje serce łomocze w piersi jak szalone. Chcę zamknąć oczy, ale wtedy przegram tę grę. Mimo że nie wiem, o co tak naprawdę gramy.

— Wiesz, że nie masz szans, dziecinko? — Adam uśmiecha się lekko i znowu wypycha biodra o te kilka milimetrów, żeby zacząć zatapiać się we mnie.

Och, nie… Zamykam oczy, bo nie mogę wytrzymać. Jestem rozpalona do granic.

— Adamie, proszę… — jęczę, poruszając mimowolnie nogami.

Adam nagle puszcza moje dłonie i kładzie je na swoje barki. Nadal jest we mnie tylko odrobinę, a ja chyba zaraz oszaleję.

— Ależ z przyjemnością, dziecinko… — odpowiada, jakby dosłownie czytał w moich myślach, i nagle napiera mocno, wchodząc we mnie jednym gwałtownym pchnięciem, a ja się wiję z rozkoszy.

— O kurwa! — krzyczę zaskoczona.

Adam nawet nie czeka, aż się przyzwyczaję. Wbija się we mnie znowu i znowu. Szybko i mocno tak, jak właśnie potrzebuję. Nie mam zamiaru się powstrzymywać, więc jęczę głośno i wciskam głowę w poduszkę, by się skupić na wszystkich odczuciach. Wiem, że zaraz dojdę, ale to coś więcej. Tym razem czuję coś, czego wcześniej nie doświadczyłam. Doskonale wiem, co to jest, ale nie sądziłam, że moje ciało jest do tego zdolne.

— Kurwa! Kurwa! Kurwa! — klnę dalej, jak opętana, gdy Adam przyśpiesza jeszcze bardziej.

Jego ciało napiera na mnie, czuję go całą sobą i nie chcę, by przestał. Uwielbiam, gdy tak mnie pieprzy. Zaczynam drżeć, a orgazm nadchodzi dosłownie po chwili… To jednak nie koniec. Kolejne mocne pchnięcie, a ja tryskam przeźroczystym płynem wprost na jego brzuch i biodra. O Boże! Klnę dalej i krzyczę opętana rozkoszą, jaką mi daje Adam. To tak intensywne i nowe dla mnie, że zaraz chyba zemdleję. W dodatku Adam sprawia wrażenia, jakby nie spodziewał się, że doprowadzi mnie do kobiecego wytrysku, ale nie może ukryć zachwytu. Widzę to zaskoczenie w jego oczach, a on kontynuuje i dalej robi ze mną te cudowne rzeczy. Jego oczy przeszywają mnie na wskroś i dostrzegam w nich, że to coś więcej, że to nie jest tylko seks. Tak mi dobrze z tą świadomością, że znowu czuję, że jestem na granicy orgazmu. Wtedy Adam całuje mnie w usta, a ja ponownie dochodzę. Zatyka mi uszy, a z oczu zaczynają mi płynąć łzy.

— Och, dziecinko! — Adam także jęczy i czując mój orgazm, pozawala sobie na swój.

Nie wiem, jak on może tak nad tym zapanować? Dochodzi we mnie, nadal głośno jęcząc. Nie mogę oderwać wzroku od jego twarzy. Dawać spełnienie temu facetowi to jest coś. Satysfakcja, jaką w tym momencie czuję, jest nie do opisania. Jutro nie będę mogła chodzić, ale mam to gdzieś. Chcę spędzić ten dzień w łóżku z Adamem i pieprzyć się do nieprzytomności.

— Mogę do czwartku zostać jeszcze w domu? — pytam ochryple, gdy odzyskuję normalny oddech.

Leżymy obok siebie z Adamem nadzy i cudownie rozluźnieni.

— Oczywiście, Cassandro. — Adam odchyla głowę, by spojrzeć na mnie. — Wszystko w porządku?

— Tak… — Uśmiecham się lekko.

— Wiesz, że nie wypuszczę cię dziś z łóżka aż do mojego wylotu? — Zaczyna muskać nosem moją szyję i kąsa ją delikatnie.

— Na to liczę, szefie… — Obejmuję go.

— Podnieca mnie, gdy tak się do mnie zwracasz.

Przytula się do moich pleców i sunie dłonią od piersi w dół, aż do mojej cipki. Zatapia we mnie palec i zaczyna mnie znów delikatnie pieścić.

— Och, szefie…

— Głośniej, dziecinko!

— Zerżnij mnie, szefie! — krzyczę, tak jak sobie życzy, a on uśmiecha się szeroko.

Nie mija chwila, gdy ponownie jest we mnie. Pozycja na łyżeczki potrafi być cholernie wyczerpująca. Ten seksmaraton kompletnie mnie wykańcza. Nie wiem, czy Adam zrobił to specjalnie, by tak mnie zmęczyć, żebym nie miała siły myśleć o czymkolwiek, czy po prostu był taki spragniony po dwutygodniowej przerwie spowodowanej moją chorobą. To nie ma jednak znaczenia. Gdy w końcu zasypiam, nie czuję własnego ciała, choć jest mi tak błogo. Zamykam oczy i kiedy się budzę kilka godzin później, Adama już przy mnie nie ma, a za oknem zapada zmrok. Mój ukochany wyleciał. Wyleciał do Nowego Jorku. Wzdycham głośno i zasypiam ponownie, bo nie mam siły martwić się teraz o to, co może się tam wydarzyć.

***

Nie mogę uwierzyć, że jest już czwarta po południu następnego dnia, kiedy się budzę. Spałam ponad szesnaście godzin. Zrywam się z łóżka, by sprawdzić w komórce, czy Adam się odzywał. Mam dwa esemesy, jeden z informacją, że właśnie wylądował, i drugi, że jak się obudzę, mam dać znać. Od razu wybieram numer Adama, bo pewnie się zamartwia — a przynajmniej chciałabym, by tak było. Czekam chwilę na połączenie.

— Adam McKey! — mówi bardzo służbowo. Cholera, pewnie ma spotkanie z Simonsem.

— Oj, wybacz, nie chciałam ci przeszkadzać — bąkam do telefonu. Strasznie mi głupio.

— Oddzwonię do ciebie później, dobrze? — odpowiada, ale nie wymawia nawet mojego imienia. Od razu nachodzą mnie złe myśli, że jednak nie jest z Simonsem.

— Dobrze, to czekam.

— Do usłyszenia — jego głos jest zimny i obojętny.

Boże, do czasu aż on wróci, chyba postradam zmysły. Nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Nie czuję głodu ani pragnienia, a powinnam coś zjeść, bo po grypie jestem dość słaba. W dodatku wszystko mnie boli, ale to na szczęście nie przez chorobę, tylko przez Adama. Tak mnie wczoraj przeleciał… Uśmiecham się nagle sama do siebie. Zrobił to chyba na wszystkie możliwe sposoby. Od jego namiętnych pocałunków bolą mnie piersi. Od ściskania i podgryzania też. Od klapsów, które wymierzał mi raz za razem, pieprząc mnie od tyłu, boli mnie tyłek. Od jego kutasa, którym rżnął mnie przez kilka godzin bez przerwy, boli mnie cipka. To dopiero był seksmaraton! Teraz wiem, że zrobił to specjalnie, bym do czwartku pamiętała… i czuła, że był we mnie.

Cieszę się, że chce, bym była mu wierna. Cokolwiek to znaczy, bo z jego stylem życia mogłoby się wydawać, że kobieta może mieć dużo swobody. A jednak Adam chce mnie mieć tylko dla siebie. To hipokryzja? Nie wiem. Samolubność? Może, ale ja właśnie dlatego czuję się wyjątkowa. Wybrał mnie, zamiast oddać w ręce kolejnego pośrednika, bym trafiła do świata luksusowych burdeli.

Przez chwilę myślę o tych wszystkich kobietach, które nieświadome tego, co będzie dalej, zgodziły się na propozycję ludzi z Mirrors. Dlaczego to zrobiły? Dla pieniędzy? A może tak jak Adam nie miały wyboru? Pytania mnożą się w mojej głowie. W dodatku dziś jest kolejna nieszczęsna środa. Dzień polowania. Uda mi się chociaż zasnąć, zanim oszaleję z niepewności? Nie wiem też, o co martwię się bardziej: o to, by Adamowi nic się nie stało, czy o to, by nie spodobała mu się jakaś nowa dziewczyna. Może to po prostu zazdrość? Nic innego nie pomoże mi teraz bardziej niż butelka wina. Adam ma w domu niezłą kolekcję alkoholi, więc mam w czym wybierać.

Pierwszy raz zwiedzam cały dom i zaskakuje mnie to, że jest tu tylko ta jedna sypialnia. Jakby Adam nie lubił mieć gości. Nikt go nie odwiedza? Żadni znajomi? Rodzina? Dom jest ogromny i ma tyle pomieszczeń, że można się w nim zgubić. Ten nowoczesny styl pasuje do niego, ale ja nie czuję się tu całkiem swobodnie. Najbardziej podoba mi się jednak gabinet Adama, z którego można wyjść bezpośrednio do ogrodu, a tam jest basen sięgający aż na zbocze urwiska. Widok zapiera dech w piersi. Z winem w ręce spaceruję po domu i odkrywam również ogromną bibliotekę oraz dwa dodatkowe salony, urządzone w podobnym stylu co reszta. Po co mu tyle miejsca? Niechciane myśli o tym, że te salony są najpewniej miejscem spotkań członków Mirrors, znowu zaprzątają mi głowę. Nie, Adam na pewno ich tu nie zaprasza. Przecież oni nie mieszają życia prywatnego z tamtym… życiem.

Dopiero pod wieczór zaczynam odczuwać głód. W lodówce znajduję wszystko, na co ewentualnie mogłabym mieć ochotę. Widząc całą półkę napojów energetycznych, śmieję się w głos, bo nie miałam pojęcia, że Adam pije takie specyfiki. Z lenistwa decyduję się na gotowe kanapki, które są zapakowane w plastikowe pojemniki. Kto mu to wszystko robi? Zaskoczona jestem również tym, że w domu nie znalazłam żadnych zdjęć, żadnych pamiątek rodzinnych czy czegokolwiek, co mogłoby stanowić ślad tego, kto tu mieszka. Dom jest jak z katalogu. Zero personalizacji i przedmiotów osobistych na wierzchu. Zaczynam się domyślać, dlaczego tak jest, a to wszystko wydaje mi się coraz bardziej skomplikowane.

Na zewnątrz jest już ciemno, ale nie zapalam światła. Siadam w salonie na kanapie i sącząc wino z butelki, słucham muzyki. Teraz czuję się tu nieco swobodniej, a perspektywa mieszkania z Adamem bardzo mnie cieszy. Bądź co bądź to piękny dom, a ja lubię piękne rzeczy. Może kiedyś i mnie będzie stać na takie cuda? Wsłuchuję się w jakąś melodię z gatunku muzyki klasycznej, która totalnie mi nie pasuje do Adama, gdy nagle widzę światła samochodu przed domem. Odstawiam wino na ławę i idę do kuchni, by sprawdzić, kto to. Czarne auto przejeżdża właśnie przed domem Adama i parkuje po drugiej stronie ulicy. Nikt nie wysiada, a ja od razu czuję niepokój. Obserwuję ulicę dłuższą chwilę i nadal nie zapalam światła. Jestem tu przecież bezpieczna, prawda? Dobrze, że wydudniłam prawie całą butelkę wina, bo na trzeźwo już bym panikowała. Stwierdziwszy, że nic się nie dzieje, wracam na kanapę i słuchając dalej cicho grającej muzyki, dopijam wino. Nie chcę myśleć o tym, co się teraz dzieje w Nowym Jorku.

Kiedy już przysypiam, budzi mnie nagle światło wpadające przed drzwi tarasowe do salonu. Znowu spałam kilka godzin i jest już kolejny dzień? Nie… To nie światło słoneczne, ale światło latarki. Boże! Serce mi zamiera i leżę bez ruchu. Jestem przerażona i nie wiem, co mam zrobić. Po chwili przekręcam się na brzuch i patrzę w stronę ogrodu. Na tarasie dostrzegam człowieka. Jest ubrany na czarno, a na głowie ma kominiarkę i to on świeci tą latarką. Chyba przestaję oddychać. Leżę niezauważona, a ten ktoś zagląda do środka, przykładając dłonie do szyby. Przez moją głowę przelatują miliardy myśli i mimo że wiem, co powinnam zrobić, nie umiem wykonać najmniejszego ruchu, bo paraliżuje mnie strach. Po kilku minutach światło latarki znika na chwilę i myślę, że już po wszystkim, więc wstaję i podchodzę do ściany. Telefon zostawiłam na górze i nawet nie mogę zadzwonić… gdziekolwiek.

To włamywacz?

Nie sądzę. Nie w tej okolicy. Prawie nabieram pewności, że to ci ludzie z Mirrors. Nie wiem skąd, ale po prostu to wiem. Zaczynam panicznie bać się o Adama. Może coś mu się stało?

Gdy myślę, że ten cały koszmar już się skończył, i niepewnie chcę wyjrzeć na taras, słyszę nagle dźwięk otwieranych wejściowych drzwi. Zamieram. Z salonu doskonale widać kuchnię oraz korytarz oddzielone od niego szklaną ścianą. Stoję w ciemnym rogu salonu i widzę dwóch mężczyzn, którzy wchodzą do środka. Są ubrani na czarno, zdjęli jednak kominiarki.

— Idź sprawdzić górę, ja sprawdzę tutaj — odzywa się jeden i zaczyna świecić latarką po ścianach.

Ja pierdolę! Stoję jak skamieniała i nie mogę się ruszyć. Nawet nie oddycham, a serce chyba przestaje mi bić. Drugi idzie na górę, a ten pierwszy kieruje się do gabinetu Adama — ten pokój na szczęście mieści się w drugiej części domu. To jest moja szansa. Nie wiem, jakim cudem zbieram się na odwagę, by zrobić pierwszy krok. Muszę stąd uciec i to jak najszybciej! Na palcach przechodzę do kuchni, ale przez okno widzę, że na ulicy nadal stoi zaparkowany samochód, a obok niego jeszcze jakiś trzeci facet. Boże! Wyjście przez drzwi frontowe odpada. Przez ogród też się nie wydostanę z posiadłości, bo wyjść stąd można tylko od frontu. Kurwa mać! Pozostaje mi po prostu się schować. Tylko gdzie? Słyszę hałas dochodzący z gabinetu Adama. Jakby ktoś przesuwał meble albo coś demolował. Nie mam pojęcia, gdzie mogłabym być bezpieczna. Może znają dom? Jestem przerażona i nie potrafię normalnie myśleć. Nagle słyszę głos z góry.

— Znalazłem coś!

— Gdzie? — dopytuje ten, który jest w gabinecie.

— W sypialni na górze. Są leki i kobiece fatałaszki!

Zamieram po raz kolejny. Kurwa! Chodzi im o mnie! Szukają dowodów na to, że Adam się z kimś spotyka. Nie, nie z kimś. Konkretnie ze mną.

Gdy mężczyzna z gabinetu idzie na górę, ja biegiem rzucam się do piwnicy. Widziałam w pralni ogromny kosz na brudy — nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy. W koszu przecież nie powinni mnie szukać. Jestem tak przerażona, że nawet nie płaczę. Wywalam z kosza wszystkie ubrania i ręczniki, szybko wchodzę do środka i zakrywa się brudnymi rzeczami. Chciałabym się teraz obudzić. Chciałabym, by się okazało, że to tylko pieprzony koszmar. Nic bardziej mylnego. To się dzieje naprawdę. Dwóch fagasów Erosa szuka mnie albo szuka czegoś, co może zaszkodzić Adamowi. Modlę się w myślach, by nie znaleźli mojej komórki, którą jak zawsze, odruchowo schowałam pod poduszką w łóżku.

Nie mam pojęcia, ile czasu spędzam w tym pieprzonym koszu na pranie. Z emocji zasypiam, chociaż jest dla mnie niezrozumiałe, jakim cudem mi się to udało. Skulona, z kolanami podsuniętymi pod brodę, po prostu drzemię, by nie czuć strachu.

Budzę się, nie wiedząc, która może być godzina. W piwnicy nie ma okien, a ja nie zapaliłam światła. W dodatku tutaj nie słychać tego, co się dzieje na górze. Jednak postanawiam sprawdzić. Na drżących nogach idę po schodach i gdy niepewnie wyglądam, widzę, że na zewnątrz jest już jasno. Drzwi wejściowe do domu są zamknięte, a w środku chyba nikogo nie ma. Biegnę i zamykam drzwi na wszystkie spusty, a zaraz potem osuwam się po nich na podłogę i zaczynam płakać. Mój strach jest tak ogromny, że nie umiem się uspokoić. Czego oni chcieli? Po dłuższej chwili idę sprawdzić gabinet Adama — panuje tu idealny porządek. Biegnę więc do sypialni i widzę, że tutaj też nic się nie zmieniło. Perfekcyjnie po sobie posprzątali, choć zapomnieli o jednym: na białej posadzce zostało kilka śladów męskich butów, a na szybie tarasu można dostrzec odciski dłoni mężczyzny, który zaglądał do środka. Sprawdzam, czy zabrali telefon, który zostawiłam pod poduszką, ale na szczęście nikt go nie znalazł. Od razu wybieram numer Adama i zamieram, gdy słyszę: Abonent czasowo niedostępny.

***

Staram się nie wpaść znowu w panikę, ale kompletnie nie wiem, co mam robić. Do kogo zadzwonić? No bo co miałabym powiedzieć? Dlaczego dzwonię do kogoś o… spoglądam na zegar wiszący w kuchni nad lodówką… o szóstej dwadzieścia siedem rano i pytam o mojego szefa? Przecież on oficjalnie jest na delegacji w Nowym Jorku, a ja na zwolnieniu lekarskim i… i nie mieszkam tutaj. Nie mogę nawet zadzwonić do Valery, bo ona nie ma o niczym pojęcia. Kurwa! Bezradność, jaką teraz czuję, nie da się z niczym porównać.

Wracam do gabinetu Adama, by coś znaleźć. Co? Nie wiem. Cokolwiek, co podpowie mi, czego naprawdę chcieli tutaj ci ludzie. Przeglądam półki z segregatorami, ale to wszystko są dokumenty firmowe. Przecież Adam nie jest na tyle głupi, by trzymać we własnym domu umowy, które podpisuje z jakąś pierdoloną mafią. Laptop zabrał ze sobą — zapewne w nim może mieć jakieś istotne pliki. Zaglądam do każdej szuflady w biurku, ale nie znajduję niczego ważnego. Same biurowe szpargały, korespondencja firmowa. Jedna z szuflad jest zamknięta, a klucza oczywiście nie ma. Kurwa, no! Cały czas próbuję też dodzwonić się do Adama, ale stale odpowiada mi automatyczna sekretarka. Intryguje mnie ta zamknięta szuflada, więc w desperacji idę do kuchni, biorę tłuczek do rozbijania mięsa, a następnie wracam do gabinetu i walę prosto w zamek. Po którymś z kolei uderzeniu zamek puszcza. Otwieram szufladę i ze zdumieniem stwierdzam, że jest… pusta. Cholera jasna! Po co Adam zamyka na klucz pustą szufladę? Rozglądam się po gabinecie, pragnąc wpaść na jakikolwiek pomysł. Moja wyobraźnia zaczyna tworzyć kolejny scenariusz — zastanawiam się, czy jest tu może jakiś sejf. „Cass, naoglądałaś się za dużo filmów” — mówię sama do siebie. Gdyby nie cała ta sytuacja, to śmiałabym się z siebie.

Poddaję się i idę do salonu, by włączyć kanał wiadomości. Gdyby Adam miał jakiś wypadek, pewnie powiedzieliby o tym w mediach. Wykonuję chyba setny telefon, by znów usłyszeć: Abonent czasowo niedostępny. Żołądek mam tak zaciśnięty, że robi mi się niedobrze. Dopiero teraz wpadam na pomysł, żeby sprawdzić połączenia przychodzące. Adam dzwonił do mnie wczoraj o ósmej wieczorem. Nie słyszałam telefonu, bo byłam w salonie. Nie potrafię namierzyć czyjejś komórki, bez odpowiedniego sprzętu to nie jest takie proste. Adam umiałby to zrobić, zresztą jak inaczej znalazł mnie wtedy w klubie, gdy bawiłam się z kolegami Tommy’ego? Może w sypialni na coś wpadnę? Przeszukuję całą garderobę, ale nie ma tu niczego prócz ubrań i butów, w szafkach nocnych także nic. W komodzie naprzeciwko łóżka znajduję tylko mnóstwo prezerwatyw i żeli nawilżających. Nawet nie chcę się zastanawiać, po co mu to wszystko, skoro ze mną nie używa tego rodzaju rzeczy. Zresztą to teraz nie jest mój największy problem. Jeśli Adam za chwilę się do mnie nie odezwie, postradam zmysły. Schodzę więc do salonu i czekam. Czekam, choć nie wiem na co. Ściskam w ręce telefon i podkulając kolana, uparcie patrzę na drzwi wejściowe. Pragnę, by otworzyły się nagle i by stanął w nich cały i zdrowy McKey. Mijają koszmarnie długie godziny, zanim mój telefon w końcu się odzywa. Dostaję powiadomienie, że numer Adama jest już dostępny, i dosłownie po sekundzie mam od niego połączenie.

— Boże, Adam! — odbieram i od razu zaczynam płakać.

— Dlaczego nie odbierasz moich telefonów?! — wrzeszczy na mnie, a ja nadal płaczę. Nie mogę się opanować, bo czuję ogromną ulgę, że nic mu nie jest.

— Ktoś tu był w nocy! Szukali mnie albo ciebie! — łkam głośno.

— Słucham? O czym ty w ogóle mówisz, Cassandro? — pyta, kompletnie zaskoczony. Ton mu złagodniał i mogę sobie tylko wyobrazić, jaki ma wyraz twarzy.

— Jacyś faceci byli w twoim domu w nocy. Przeszukali cały dom i ewidentnie czegoś albo kogoś szukali. Boże, Adamie, ja tak się bałam! Myślałam, że coś ci się stało! — niemal krzyczę w emocjach.

— Gdzie jesteś? Nic ci nie jest?! — pyta. Dopiero teraz słyszę powagę w jego głosie.

— Nadal jestem u ciebie… Schowałam się w piwnicy, zostawiłam komórkę w sypialni i…

— Dobrze. Uspokój się, Cassandro, niedługo będę.

— Dlaczego miałeś wyłączony telefon?! — teraz ja wrzeszczę.

— Dopiero wylądowałem! — odpowiada nerwowo, a ja nagle zaczynam się histerycznie śmiać. Dopiero wylądował. Leciał samolotem, dlatego miał wyłączony telefon. O ja durna!

— Przyjeżdżaj jak najszybciej… — dodaję już spokojnie i opieram głowę o zagłówek sofy.

— Już jadę, Cassandro.

Idę do kuchni i czekam. To chyba najdłuższe czterdzieści minut mojego życia. W końcu widzę taksówkę podjeżdżającą pod dom i wysiadającego z niej Adama. Zrywam się z miejsca i wybiegam mu na spotkanie. Widzi mnie i zaskoczony takim powitaniem, puszcza torbę podróżną, a ja rzucam mu się w ramiona i znowu zaczynam płakać.

— Myślałam, że coś… Myślałam, że…