Kosa. Niczego nie żałuję - Roman Kosecki, Dariusz Faron, Dariusz Dobek - ebook

Kosa. Niczego nie żałuję ebook

Roman Kosecki, Dariusz Faron, Dariusz Dobek

3,7

Opis

Od gwiazdy reprezentacji Polski po wroga publicznego numer 1. Roman Kosecki zawsze mówił, co myśli, nawet jeśli prawda była niewygodna i mogła mu szkodzić. Były kapitan reprezentacji Polski zaprasza na fascynującą podróż. Od Konstancina, przez Warszawę, Turcję, Hiszpanię, Francję, po Stany Zjednoczone. „Kosa” odsłania kulisy meczów z Realem i Barceloną, najważniejszych spotkań reprezentacji, walki o finał Ligi Mistrzów. Aż trudno uwierzyć, że niektóre z historii wydarzyły się naprawdę. Szaman mający wyczarować awans w europejskich pucharach, składanie ofiary z barana na boisku treningowym, turecki snajper straszący pistoletem i brudna walka o normalność w polskim futbolu. W książce znajdziemy również opis starć z potężnymi prezesami klubów, które kończyły się rozrzucaniem pieniędzy wśród kibiców lub drwinami z krokodyla Jesúsa Gila. Nie brakuje również kulis prowadzenia drużyny polityków z Donaldem Tuskiem w roli snajpera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wstęp

Choć minęło już pra­wie 50 lat, potra­fię odtwo­rzyć ten moment, jakby to było dziś. Tuż przed wej­ściem do sie­dziby klubu RKS Mir­ków mama zdjęła mnie z sio­dełka roweru, przy­po­mi­na­jąc: „Pamię­taj, żeby ład­nie się przed­sta­wić”. Nie­pew­nie pchną­łem drzwi, a po chwili ujrza­łem swo­ich pierw­szych tre­ne­rów, Woj­cie­cha Sza­łap­skiego i Hen­ryka Węcła­wiaka. Powie­dzia­łem cicho:

– Dzień dobry, nazy­wam się Roman Kosecki.

Z mojego rodzin­nego domu do klubu jest zale­d­wie kilka kilo­me­trów, ale wła­śnie tam­tego dnia wyru­szy­łem w bar­dzo daleką podróż. Od Kon­stan­cina, przez War­szawę, Stam­buł, Pam­pe­lunę, Madryt, Nan­tes, Mont­pel­lier, aż po Chi­cago. Byłem kapi­ta­nem repre­zen­ta­cji Pol­ski, strze­la­łem gole Bar­ce­lo­nie i Realowi Madryt, wystę­po­wa­łem w pół­fi­nale Ligi Mistrzów. Dzie­li­łem szat­nię z takimi pił­ka­rzami jak Kiko, Diego Sime­one czy Claude Makélélé, a za prze­ciw­ni­ków mia­łem Diego Mara­donę, Romário, Bebeto i Emi­lio Butragueño. Legen­darny Johan Cruyff mówił swego czasu, że dobrze byłoby mieć „Kosę” na Camp Nou. Spo­ty­ka­łem na swo­jej dro­dze sza­lo­nych dzia­ła­czy, od Mariana Dziu­ro­wi­cza po legen­dar­nego Jesúsa Gila w Atlético Madryt. Cza­sem bywało śmiesz­nie, innymi razy tro­chę strasz­nie. W Tur­cji naj­więk­sza gwiazda klubu gro­ziła mi, że jeśli nie będę poda­wał, to mnie zastrzeli. We Fran­cji na wła­sne oczy widzia­łem, jak pre­zes jed­nej z naj­lep­szych wów­czas dru­żyn w Euro­pie zabiera na mecz sza­mana, by ten wycza­ro­wał mu awans. Jed­nym sło­wem, naprawdę jest co wspo­mi­nać.

Przez kil­ka­na­ście lat kariery napi­sano o mnie dzie­siątki arty­ku­łów. Udzie­li­łem też setek wywia­dów, jed­nak nad­szedł dobry moment, by wresz­cie opo­wie­dzieć wszystko od A do Z. Być może zabrzmi to tro­chę pate­tycz­nie, ale chcia­łem prze­żyć to jesz­cze raz.

Zapewne dla star­szych kibi­ców auto­bio­gra­fia będzie podróżą w cza­sie, a dla młod­szych – swego rodzaju świa­dec­twem, bo należę do świata, który odcho­dzi w zapo­mnie­nie. Rze­czy, które obec­nie nie mają prawa się zda­rzyć w żad­nej repre­zen­ta­cji na świe­cie, dla nas sta­no­wiły chleb powsze­dni. Od przy­jeż­dża­nia na kadrę za wła­sne pie­nią­dze, po dłu­gie zgru­po­wa­nia w hote­lach z klu­bem go-go w piw­nicy. Przez kilka lat byłem kapi­ta­nem dru­żyny uzna­nej za prze­klętą, bo choć miała w skła­dzie świet­nych zawod­ni­ków, niczego nie osią­gnęła. Wokół „mojej” repre­zen­ta­cji Pol­ski powstało bar­dzo wiele mitów. Jedne miały sporo wspól­nego z prawdą, inne już nie­ko­niecz­nie. Pora wypro­sto­wać kilka kwe­stii.

Kie­dyś nazwi­sko Kosecki było gwa­ran­cją pił­kar­skiej jako­ści. Dziś, kiedy jestem już jakieś 50 kilo­gra­mów cięż­szy, a buty dawno powie­si­łem na kołku, mogę zagwa­ran­to­wać wam tylko jedno: szcze­rość. Liczę, że pod­czas lek­tury tej książki kilka razy się uśmiech­nie­cie, ale być może znajdą się i tacy, któ­rzy mocno się na mnie wku­rzą. Trudno. Jako pił­karz ni­gdy nie gry­złem się w język, teraz tym bar­dziej nie widzę powodu, by to robić. Zawsze uwa­ża­łem, że trzeba mówić, co się myśli i tak samo jest w tej książce. Nie tylko ze względu na sza­cu­nek do czy­tel­nika. Przed przy­stą­pie­niem do pracy nad auto­bio­gra­fią moja żona Jadzia powie­działa mi: „Jeśli się wybie­lisz i wykreu­jesz na świę­tego, to pocho­wam cię na Wawelu”. A ja wolę leżeć w Kon­stan­ci­nie, więc nie mam wyj­ścia…

Dzień dobry, nazy­wam się Roman Kosecki. Naj­wyż­szy czas się poznać.

Roz­dział 1

Z Kosą lepiej nie zaczy­nać

Drzwi chaty zatrza­snęły się. W naj­więk­szej izbie tło­czyło się już kil­ka­na­ście osób – sąsiad zapro­sił na mecz chyba całą wio­skę, bo jako jeden z nie­licz­nych miał tele­wi­zor. Każda para oczu wpa­trzona była w mały kwa­drat, który rzu­cał na drew­nianą pod­łogę szarą poświatę. Z otwartą buzią patrzy­łem, jak kadra Kazi­mie­rza Gór­skiego wal­czy z RFN-em na wodzie o pierw­szy w histo­rii naszej repre­zen­ta­cji finał mistrzostw świata. Jesz­cze przed bramką Gerda Müllera usły­sze­li­śmy potężny grzmot i niebo roz­darła bły­ska­wica, po któ­rej w cha­cie zro­biło się ciemno. Burza spra­wiła, że w całej oko­licy wysia­dła elek­trycz­ność i ekran z czarno-bia­łego zro­bił się czarny. Wzbu­rze­nie wszyst­kich zebra­nych było ogromne, bo tam­tego lata, w 1974 roku, cała wio­ska żyła pracą i mun­dia­lem. O tele­fo­nie komór­ko­wym czy kom­pu­te­rze nikt jesz­cze nawet nie marzył, więc przez kil­ka­dzie­siąt minut nie mie­li­śmy poję­cia, co do cho­lery dzieje się na zala­nym wodą boisku we Frank­fur­cie. Dopiero po jakimś cza­sie soł­tys przy­je­chał do chaty na rowe­rze i obwie­ścił, że prze­gra­li­śmy 0:1. Zała­ma­łem się, ale już wtedy, w wieku ośmiu lat, wie­dzia­łem, że nie będę stra­ża­kiem ani poli­cjan­tem, tylko dru­gim Grze­go­rzem Latą.

Jako młody chło­pak nie­mal każde waka­cje spę­dza­łem we wsi Łączka u dziad­ków. Czas zaj­mo­wało mi głów­nie wypa­sa­nie krów i pod­kra­da­nie jajek z kur­nika, a gdy nie można było iść na mecz do gospo­da­rza sąsied­niej chaty, bab­cia sadzała mnie obok i opo­wia­dała o wie­rze­niach sło­wiań­skich albo II woj­nie świa­to­wej. Kiedy Niemcy albo Rosja­nie wcho­dzili do wio­ski, dzia­dek ucie­kał do lasu, żeby się cho­wać z par­ty­zan­tami, a kobiety zaga­niały zwie­rzęta do zagrody. Raz moja rodzina otarła się o śmierć. Nazi­ści pozaj­mo­wali chaty gospo­da­rzy, wypę­dza­jąc miesz­kań­ców do obór. Gdy zaczęły się zbli­żać woj­ska radziec­kie, Niemcy rzu­cili się do ucieczki. Tuż przed tym, jak wyje­chali, wypro­wa­dzili bab­cię, mamę i cio­cię za dom, a jeden z żoł­nie­rzy oddał trzy strzały tuż obok ich głów. Nie mam poję­cia, dla­czego tak zro­bił, ale wiem jedno – nie­wiele zabra­kło, a w ogóle nie byłoby mnie na świe­cie.

Choć opo­wie­ści babci mro­ziły mi krew w żyłach, uwiel­bia­łem ich słu­chać. Przed snem zawsze z trójką kuzy­nów musie­li­śmy odmó­wić pacierz. Gdy nad­cho­dziła burza, bab­cia sta­wiała w oknie święte obrazy, by chro­niły nas przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Kiedy pio­run mijał naszą chatę, powta­rzała, że ochro­nił nas Bóg. W nie­dzielę cała wio­ska spo­ty­kała się w kościele, do któ­rego jechało się bryczką przez las.

Pocho­dzę z pro­stej rodziny – mama pra­co­wała w fabryce papieru w Kon­stan­ci­nie, ojciec był mura­rzem. Oboje ostro zasu­wali, żeby zaro­bić na chleb, więc czę­sto musia­łem radzić sobie sam. Gdy byłem szkra­bem, odwo­żono mnie do żłobka w ponie­dzia­łek, a odbie­rano w sobotę. Jak już tro­chę pod­ro­słem, naj­czę­ściej spę­dza­łem dzień na boisku. Byłem bun­tow­ni­kiem od naj­młod­szych lat. Starsi chłopcy ze szkoły brali mnie do dru­żyny, bo szybko zorien­to­wali się, że młody Kosecki to kawał pił­ka­rza. Za to nauczy­ciele spo­strze­gli, że młody Kosecki czę­sto spóź­nia się na lek­cje, bo ma do dogra­nia mecz na prze­rwie.

Nie szu­ka­łem awan­tur, ale cza­sem zda­rzało się pójść na solo. Wal­czyło się zawsze do pierw­szej krwi albo do słowa „basta” – jeśli je wypo­wie­dzia­łeś, twój prze­ciw­nik dosta­wał sygnał, że się pod­da­jesz. Ni­gdy go nie uży­wa­łem, wola­łem już dostać. Dzięki takiej posta­wie wyra­bia­łem sobie sza­cu­nek. Star­szy­zna cza­sem chciała sta­nąć w mojej obro­nie, ale nie korzy­sta­łem z tego, że mam plecy. Pamię­tam jed­nego cwa­niaczka, który szu­kał guza. Zaczął mnie popy­chać, aż w końcu zna­la­złem się pod murem. Facet nie wie­dział, że „Kosy” lepiej nie zacze­piać. Zanim się zorien­to­wał, dostał strzała i padł. Sia­dłem na nim okra­kiem i okła­da­łem go jakiś czas. Dosta­łem jakie­goś szału. Kto wie, jak to by się skoń­czyło, gdyby nie odcią­gnęli mnie nauczy­ciele. Co cie­kawe, ja i ten gość póź­niej zosta­li­śmy naj­lep­szymi kole­gami. Mamę wezwano wtedy z pracy, ale roze­szło się po kościach. Ojciec budo­wał dom dyrek­tora mojej szkoły. Jak przy­szło co do czego, dyrek­tor zawsze mówił nauczy­cie­lom, że ten Romek to zdolny chło­pak jest, a spóź­nie­niami i spo­ra­dycz­nymi bój­kami nie ma się co przej­mo­wać.

W domu na ścia­nie wisiała dys­cy­plina – drew­niany kij ze skó­rza­nym rze­my­kiem. Wystar­czyło, by mama uda­wała, że po nią sięga, żebym się uspo­koił. Zda­rzało się, że goniła mnie z tą dys­cy­pliną, ale wtedy ucie­ka­łem na dach i cze­ka­łem, aż jej przej­dzie. Zada­nia domowe robi­łem oczy­wi­ście dwie minuty przed lek­cją na kola­nie. Po kla­sów­kach modli­łem się, żeby unik­nąć dwójki, ale dawa­łem radę i ni­gdy nie kiblo­wa­łem. Raz po spraw­dzia­nie kolega zaczął pła­kać. Pytam go, co się stało, a on, że dostał czwórkę z plu­sem, a chciał piątkę. Powie­dzia­łem mu, że, za prze­pro­sze­niem, jest jakiś popie­przony. Nie chciało mi się tłu­ma­czyć, że liczy się to, ile bra­mek wal­ną­łeś na boisku szkol­nym, a nie jakie masz cyferki w dzien­niku.

W wieku pięt­na­stu lat debiu­to­wa­łem w senio­rach RKS-u Mir­ków na czwar­tym pozio­mie roz­gryw­ko­wym. Nawia­sem mówiąc – jeśli myśli­cie, że naj­waż­niej­szą osobą w klu­bie jest pre­zes albo tre­ner, grubo się myli­cie. Naj­waż­niej­szy jest maga­zy­nier. W Mir­ko­wie tę funk­cję peł­nił pan Pyzio, u któ­rego mia­łem spore chody. Zwy­kle nie chciał wyda­wać zawod­ni­kom sprzętu. Nie­raz wyska­ki­wał wku­rzony z klu­bo­wego budynku i rzu­cał w innych pękiem klu­czy. A tym­cza­sem gdy moje korki roz­pa­dły się ze sta­ro­ści, pan Pyzio zapro­sił mnie do maga­zynu i wydał nowiut­kie pol­sporty. Zawsze mogłem do niego wpaść po nowe spodenki czy koszulkę.

W Mir­ko­wie mie­li­śmy fajną ekipę. Andrzej Zagoń­czyk naprawdę dawał radę, wystę­po­wał mię­dzy innymi w dru­giej dru­ży­nie Legii War­szawa. Wło­dek Pabi­siak poszedł póź­niej do Polo­nii. Janek Świą­tek spo­koj­nie mógł grać w pierw­szej lidze, ale jakoś mu nie wyszło. Był jesz­cze Janek Grab­ski, naj­więk­szy gaduła w dru­ży­nie.

Kie­dyś przed meczem sie­dzimy w szatni, a Janek do nas:

– Chło­paki, dzi­siaj na luzie wygry­wamy, sędziuje mój kum­pel.

W dzie­sią­tej minu­cie ten kum­pel poka­zał mu czer­woną kartkę, a my dosta­li­śmy w dupę. Cóż, bywa.

Szybko się zaakli­ma­ty­zo­wa­łem w szatni, bo chło­paki zoba­czyły, że „Kosa” coś potrafi. Pamię­tam, jak gra­li­śmy z rezer­wami Legii na głów­nej pły­cie przy Łazien­kow­skiej. Mecz zakoń­czył się wyni­kiem 3:3, a ja wal­ną­łem hat tricka, przed­sta­wia­jąc się klu­bowi w naj­lep­szy moż­liwy spo­sób. „Dzień dobry, Romek jestem, dziś ukłu­łem trzy razy, a kie­dyś będę u was grał”. Już wtedy dotarły do mnie pogło­ski, że dzia­ła­cze Woj­sko­wych zapy­tali po meczu o gów­nia­rza z Mir­kowa. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie jestem jesz­cze gotowy na Legię. W wieku sie­dem­na­stu lat prze­nio­słem się do wystę­pu­ją­cego na trze­cim pozio­mie roz­gry­wek Ursusa War­szawa.

Zanim się zorien­to­wa­łem, sie­dzia­łem w pociągu w dre­sie z orzeł­kiem na piersi, jadąc do Kijowa na swój pierw­szy mię­dzy­na­ro­dowy tur­niej. W 1984 roku zna­la­złem się w kadrze junior­skiej repre­zen­ta­cji Pol­ski, która przy­wio­zła z mistrzostw Europy do lat 18 brą­zowe medale. Wielu zawod­ni­ków tam­tej dru­żyny bły­snęło póź­niej na ligo­wych boiskach, a nie­któ­rzy poro­bili mię­dzy­na­ro­dowe kariery.

Naszym lide­rem był Andrzej Rudy. Świetną robotę wyko­ny­wali też Jacek Zio­ber, Mirek Dre­szer, Darek Wój­to­wicz czy Darek Mar­ci­niak. Jestem prze­ko­nany, że ten ostatni skoń­czyłby w topo­wym euro­pej­skim klu­bie, gdyby nie uto­pił talentu w alko­holu. Wszy­scy mie­li­śmy po sie­dem­na­ście, osiem­na­ście lat, a Mar­ci­niak grał jak senior. Mię­dzy innymi dzięki niemu wygra­li­śmy wszyst­kie mecze gru­powe – z Wło­chami, Buł­ga­rią i Danią. Buł­ga­rzy z Chri­sto Sto­icz­ko­wem na czele popła­kali się po meczu z nami, bo ode­bra­li­śmy im szansę na awans. Mokre policzki miał też nasz lekarz, Cze­sław Mał­kie­wicz. Przed tur­nie­jem zało­żył się z nami, że jeśli wej­dziemy do pół­fi­nału, wyką­pie się w hote­lo­wej fon­tan­nie. Dotrzy­mał słowa.

Na boisku na pewno pre­zen­to­wa­li­śmy się dużo lepiej niż poza nim. Tre­no­wa­li­śmy w stro­jach po dru­ży­nie koszy­ka­rzy, a prócz tego dosta­li­śmy popie­late gar­ni­tury bez kra­wa­tów i… czer­wone adi­dasy. Wyobra­ża­cie to sobie? Jak zoba­czy­li­śmy z Andrze­jem Rudym nasz galowy zestaw, od razu zapo­wie­dzie­li­śmy, że w życiu tego nie zało­żymy, bo wio­cha na cały Kijów. Już na pero­nie ludzie patrzyli, co to za cyr­kowcy przy­je­chali z Pol­ski. Jed­no­cze­śnie wie­dzie­li­śmy, że prze­cież nie szata zdobi czło­wieka. Pew­nego dnia prze­pro­wa­dzi­li­śmy z Rudym akcję dwój­kową – pozna­li­śmy prze­piękne rosyj­skie dziew­czyny i ruszy­li­śmy z nimi na mia­sto. Do hotelu Ros­sija wra­ca­li­śmy w czwórkę – tyle że nie z dziew­czy­nami, lecz z dwoma taj­nia­kami. Przez cały wyjazd pil­no­wali naszej repre­zen­ta­cji, a pięć minut po przy­jeź­dzie do Kijowa ode­brali nam pasz­porty. Tamta randka nie do końca się udała…

Jeśli cho­dzi o poza­bo­iskową sku­tecz­ność i kon­takty dam­sko-męskie, kró­lem strzel­ców całej imprezy został Darek Wój­to­wicz. Tym bar­dziej że gol strze­lony na wyjeź­dzie liczy się podwój­nie. Otóż przy­dzie­lono nam prze­piękną tłu­maczkę. Tatiana, Irina, Ana­sta­zja, czy jak jej tam było na imię, zako­chała się w Darku na zabój. Tyle tylko, że była córką wysoko posta­wio­nego ofi­cera. Śmia­li­śmy się więc, że jak coś będzie nie cha­ra­szo, to chłop ma prze­rą­bane. Do dziś pamię­tam, jak stała na lot­ni­sku i pła­kała za Wój­to­wiczem, gdy wyla­ty­wa­li­śmy do Pol­ski.

Po świet­nej fazie gru­po­wej w Kijo­wie prze­nie­śli­śmy się do Moskwy. Cho­dzi­li­śmy na coś w rodzaju mar­ketu przy placu Czer­wo­nym, gdzie sprze­da­wano sprzęty gospo­dar­cze, o jakich w Pol­sce można było w dobie komu­ni­zmu tylko poma­rzyć. Naj­więk­szym zain­te­re­so­wa­niem cie­szyły się żelazka. Gdy w tam­tych cza­sach jechało się do Związku Radziec­kiego, zakła­dało się kilka par dżin­sów, żeby potem sprze­dać je za ruble. Sły­sza­łem kie­dyś nawet histo­rię, jak jedna z repre­zen­ta­cji mło­dzie­żo­wych leciała na tur­niej do Tasz­kientu i miała mię­dzy­lą­do­wa­nie oraz noc­leg w Moskwie. Zamiast od razu ruszyć do hotelu, auto­kar pod­je­chał pod amba­sadę. Tre­ner wyty­po­wał kilku chło­pa­ków, któ­rzy po chwili wró­cili z ogrom­nymi worami. Cała dru­żyna była prze­ko­nana, że przy­nie­śli sprzęt pił­kar­ski, ale patrzą, a tam kil­ka­set par dżin­sów na han­del. Selek­cjo­ner powie­dział, że mają wszystko sprze­dać i nie może znik­nąć ani jedna para!

Z ręką na sercu – nie pamię­tam podob­nych akcji z junior­skich mistrzostw Europy 1984. Nie zapo­mnę nato­miast chyba naj­go­rzej zapla­no­wa­nego prze­mytu w histo­rii repre­zen­ta­cji Pol­ski. Z kadrą do lat 21 pole­cie­li­śmy do Gre­cji. Pierw­szego wie­czora sia­damy w pokoju i każdy zaczyna się chwa­lić, co przy­wiózł na han­del. W pew­nym momen­cie jeden z kole­gów poka­zuje tubkę po paście do zębów i wyciąga z niej plik bank­no­tów. Wszy­scy w szoku.

– Ty to masz łeb, stary! W ten spo­sób pie­nią­dze prze­my­cić…

– Nie, chło­paki, to bony do Peweksu są. Sprze­dam na pniu!

– Ty debilu! Prze­cież w Gre­cji nie ma Pewek­sów!

Facet nie ode­zwał się do końca zgru­po­wa­nia.

W Moskwie nasz piękny sen prze­rwali Węgrzy, któ­rzy ograli nas w pół­fi­nale 2:0. Na otar­cie łez poko­na­li­śmy Irlan­dię 2:1 i zaję­li­śmy trze­cie miej­sce. Ale żad­nej fety nie było – po naszym ostat­nim meczu wszedł do szatni jakiś facet i powie­dział, że przy­nosi medale. Posta­wił tacę i sobie poszedł. Widocz­nie ze wzglę­dów poli­tycz­nych orga­ni­za­to­rzy uznali, że nie wypada, by Polacy świę­to­wali na mura­wie miej­sce na podium. Na fina­łowy mecz gospo­da­rzy z Węgrami przy­szło 70 tysięcy, co zro­biło na nas wiel­kie wra­że­nie. Gdy przy sta­nie 2:2 Madziar strze­lał decy­du­ją­cego kar­nego, wszy­scy ludzie na sta­dio­nie gwiz­dali. Gość wytrzy­mał pre­sję i złoto odje­chało Sowie­tom do Węgier. Trzy minuty po ostat­nim gwizdku sędziego sta­dion był już pusty. Kibice Sbor­nej wra­cali do domu z poczu­ciem zawodu, a ja z prze­ko­na­niem, że moja kariera zaczyna nabie­rać roz­pędu.

Kto wie, jak poto­czy­łyby się nasze losy, gdyby nie zabrano nam szansy przed­sta­wie­nia się szer­szemu audy­to­rium. Jako trze­cia dru­żyna Europy uzy­ska­li­śmy auto­ma­tyczny awans na mistrzo­stwa świata do lat 20. Wtedy jed­nak dał się nam we znaki PZPN. Dzia­ła­cze poską­pili 100 dola­rów wpi­so­wego, a gdy w końcu zde­cy­do­wali się nas zgło­sić, było już za późno. Zamiast nas poje­chali Buł­ga­rzy. I tym razem to my mogli­śmy pła­kać.

Tuż po powro­cie z mistrzostw cze­kał mnie egza­min koń­czący szkołę zawo­dową, który dawał tytuł mecha­nika sil­ni­ków spa­li­no­wych. Przy­stę­po­wa­łem do niego „zie­lony”, ale wszy­scy już wie­dzieli, że jestem pił­ka­rzem. Nauczy­ciele wycho­wa­nia fizycz­nego mocno lob­bo­wali, by nie stała mi się krzywda. Na egza­minie teo­re­tycz­nym komi­sja zebrała się spe­cjal­nie dla mnie i dała mi pyta­nia… razem z odpo­wie­dziami. Część teo­re­tyczna też oka­zała się farsą.

Zapro­wa­dzono mnie przed cią­gnik.

– Pro­szę powie­dzieć, co to za część.

– Filtr powie­trza.

– Nie, panie Kosecki. Filtr oleju.

Komi­sja wie­działa już, że dalej nie ma sensu brnąć. „Wie pan co? Zro­bimy tak: pan ten cią­gnik umyje na zali­cze­nie”. Lśnił czy­sto­ścią, więc nie było mowy, żeby mnie oblali.

Ursus, do któ­rego tra­fi­łem, miał dobrego spon­sora – fabrykę cią­gni­ków – oraz jasny cel, jakim był awans do dru­giej ligi. W moim pierw­szym sezo­nie ta sztuka się nie udała. Kiedy wra­ca­li­śmy z ostat­niego meczu sezonu w Lip­nie, jeden z kole­gów – jak się póź­niej oka­zało, na moje nie­szczę­ście – zna­lazł w auto­ka­rze skrzynkę szam­pa­nów o wdzięcz­nej nazwie Pom­pa­dour. Myśla­łem, że wszystko kon­tro­luję, ale nagle zapa­dła ciem­ność. Na domiar złego oka­zało się, że do sie­dziby Ursusa przy­je­chali jacyś dzia­ła­cze z Nie­miec. Widok pija­nego Kosec­kiego raczej by im się nie spodo­bał. Kole­dzy dora­dzili, bym scho­wał się w pobli­skich krza­kach. Tak też zro­bi­łem, mimo że na pewno doga­dał­bym się z Niem­cami. Po Pom­pa­dourze byłem prze­ko­nany, że płyn­nie mówię w tym języku. Na tym sprawa się nie zakoń­czyła, bo następ­nego dnia pre­zes zapro­sił mnie do gabi­netu:

– Czego się napi­jesz, Romeczku? Kawki, her­batki? A może szam­pana polać? – szy­dził Marek Pie­truszka. A kole­dzy z szatni jesz­cze przez jakiś czas nazy­wali mnie „Pom­pa­dour”. Wymy­ślili mi też ksywkę „Taha­mata”. Według nich mia­łem przy­po­mi­nać tego holen­der­skiego skrzy­dło­wego. Tak samo jak ja był niski i szybki, ale w odróż­nie­niu od niego nie mam indo­ne­zyj­skich korzeni. Chyba że o czymś nie wiem.

Całe szczę­ście z rywa­lami na boisku radzi­łem sobie dużo lepiej niż z Pom­pa­do­urem. Byłem nie­sa­mo­wi­cie pewny sie­bie. Przed meczem z Lechią Gdańsk ubz­du­ra­łem sobie, że wyjdę na boisko w bia­łych tramp­ko­kor­kach. Od razu dostrze­głem na sobie spoj­rze­nia lechi­stów, któ­rzy ewi­dent­nie pomy­śleli, że jakiś dzi­wo­ląg zabłą­dził przy­pad­kiem na boisko. Zwy­czaj­nie mnie wyśmiali, ale tak się jakoś zło­żyło, że wygra­li­śmy 1:0 po moim golu. Po meczu zawie­si­łem sobie tramp­ko­korki na ramio­nach i powie­dzia­łem tak, by mnie usły­szeli:

– Następ­nym razem opier­dolę ich na bosaka!

Kilku zawod­ni­ków Lechii od razu się zagrzało i ruszyło do bitki, ale skoń­czyło się tylko na wyzwi­skach.

Byłem prze­ko­nany, że mogę wal­nąć na bosaka całą ligę. Jak to zwy­kle bywa w takich przy­pad­kach, życie szybko spro­wa­dziło mnie na zie­mię. Pod­czas jed­nego z meczów nagle poczu­łem potworny ból w krę­go­słu­pie. Upa­dłem i nie mogłem się ruszyć. Znie­siono mnie z boiska, ale moje pro­blemy tak naprawdę dopiero się zaczy­nały. Dole­gli­wość nie mijała, a gdy zoba­czy­łem w moczu krew, zda­łem sobie sprawę, że sytu­acja jest naprawdę poważna. Mijały tygo­dnie, lecz nikt nie potra­fił powie­dzieć, co mi dolega. Leża­łem w szpi­talu przy Woj­sko­wej Aka­de­mii Medycz­nej w Łodzi, a póź­niej tra­fi­łem do War­szawy na Sza­se­rów. Stało się tak głów­nie dzięki pomocy dok­tora Sta­ni­sława Machow­skiego i Legii, która już wtedy się mną inte­re­so­wała. Wyko­nano mi sze­reg badań, ale cią­gle nie widać było roz­wią­za­nia, więc jak tonący zaczą­łem chwy­tać się brzy­twy. Naj­pierw wymy­śli­łem, że pójdę do wróżki. Wsze­dłem przez jakąś zasłonkę i zoba­czy­łem kobietę przy­po­mi­na­jącą cza­row­nicę. Bra­ko­wało jej tylko kruka na ramie­niu. Wywró­żyła mi, że kie­dyś na pewno wyzdro­wieję. „No, dzię­kuję bar­dzo, tyle to wiem bez wróżki”.

Musia­łem szu­kać cze­goś innego. Z pomocą przy­szli dzia­ła­cze Ursusa: Piotr Jasiń­ski i Paweł Rakow­ski. Stwier­dzili, że musimy prędko wsia­dać do samo­chodu, bo zna­leźli cudo­twórcę, który mnie wyle­czy. Zawieźli mnie do Lipiec Rey­mon­tow­skich, gdzie przyj­mo­wał słynny na całą Pol­skę zna­chor Jan Duda. Zaje­cha­li­śmy mer­ce­de­sem do wio­chy zabi­tej dechami i weszli­śmy do jakiejś chaty. Nie­długo póź­niej przy­szedł mój wyba­wi­ciel – mię­dzy uzdra­wia­niem pacjen­tów musiał prze­pa­lo­wać krowy i teraz wra­cał z pola. Gdy zoba­czy­łem 60-let­niego potęż­nego faceta w gumia­kach, który za chwilę ma robić coś z moim cia­łem, pomy­śla­łem: „To się nie ma prawa udać”. Z dru­giej strony nasłu­cha­łem się histo­rii o ludziach, któ­rzy przy­jeż­dżali do niego na wóz­kach inwa­lidz­kich, a wycho­dzili o wła­snych siłach. Pomy­śla­łem, że zary­zy­kuję, bo i tak nie mam nic do stra­ce­nia. Duda posa­dził mnie na krze­śle, obej­rzał zdję­cie rent­ge­now­skie, owi­nął mnie ban­da­żem i zaczął nasta­wiać mi plecy.

– Niech pan ćwi­czy krę­go­słup.

– Jak mam ćwi­czyć, skoro mnie boli?

– Ojciec nasy­pie 20 kg pia­chu do worka, położy panu na brzuch, a pan niech głę­boko oddy­cha.

Nie wiem, co dokład­nie zro­bił z moim krę­go­słu­pem Duda. Może po pro­stu nagle uwie­rzy­łem, że jed­nak mogę wyzdro­wieć. Wyko­ny­wa­łem opi­sane przez zna­chora ćwi­cze­nia i po jakimś cza­sie ból fak­tycz­nie ustą­pił. Nie pytaj­cie mnie, jak to moż­liwe, do dziś nie mam zie­lo­nego poję­cia.

Po pół­rocz­nej prze­rwie mogłem wró­cić na boisko, ale musia­łem zadać sobie pyta­nie: co dalej? W moim dru­gim roku awan­so­wa­li­śmy, jed­nak przy­goda Ursusa z zaple­czem eks­tra­klasy nie potrwała długo. Po sezo­nie spa­dli­śmy do trze­ciej ligi.

Wymy­śli­łem więc sobie, że zostanę pił­ka­rzem Widzewa. Wsia­dłem do pociągu i poje­cha­łem do Łodzi, żeby zapu­kać do gabi­netu twórcy potęgi tego klubu, Ludwika Sobo­lew­skiego. Dosta­łem cynk, że mnie chcą, ale pod­czas roz­mowy usły­sza­łem, że jesz­cze muszę się ograć i że za wcze­śnie na Widzew.

Nie mia­łem do Sobo­lew­skiego żalu, rozumia­łem go. Wró­ci­łem do War­szawy z niczym, ale wie­dzia­łem już, że chcę zmie­nić oto­cze­nie. Gdy więc w 1987 roku zgło­siła się po mnie dru­go­li­gowa Gwar­dia War­szawa, nie waha­łem się ani chwili.

Tam po raz pierw­szy prze­ko­na­łem się, co tak naprawdę zna­czy twarda ręka tre­nera. Zespół pro­wa­dził Hen­ryk Szcze­pań­ski nazy­wany przez szat­nię „Burzą”. Szko­le­nio­wiec kie­ro­wał się głów­nie dwiema zasa­dami:

1. Pił­karz ni­gdy nie ma kon­tu­zji.

2. Jak mówi, że ma, to prze­sa­dza albo kła­mie.

Pamię­tam, jak jeden z zawod­ni­ków zgło­sił mu kie­dyś uraz.

– Tre­ne­rze, strasz­nie boli mnie noga, nie dam rady grać.

– Co ty pie­przysz?! Wyle­czymy cię. Bez­po­śred­nio przed snem nałóż sobie na nogę sma­lec z gęsi i daj na to gazę z dena­tu­ra­tem.

Facet rano wstał, zoba­czył czer­woną plamę i pomy­ślał, że zaraz mu ta noga odpad­nie. A „Burza” oczy­wi­ście wysta­wił go od pierw­szej minuty. Gość ani sło­wem nie zająk­nął się o kon­tu­zji.

Oglą­da­li­ście film „Być jak Kazi­mierz Deyna”? Na początku jest tam scena, w któ­rej tre­ner woła do sie­bie mło­dych pił­ka­rzy i tłu­ma­czy im krótko swoją filo­zo­fię: „U mnie się zapier­dala. Kto nie zapier­dala, ten nie gra”. U Szcze­pań­skiego wyglą­dało to podob­nie. Lubił powta­rzać mło­dym zawod­ni­kom: „Albo będziesz pił­ka­rzem, albo mamin­syn­kiem”.

Obo­wiąz­ko­wym punk­tem przy­go­to­wa­nia do roz­gry­wek był zimowy obóz w górach, na któ­rym non stop zapie­prza­li­śmy. Pew­nego dnia tre­ning kon­dy­cyjny pole­gał na tym, że wbie­ga­li­śmy na bar­dzo wyso­kie wznie­sie­nie. „Burza” był na górze, a jego ówcze­sny asy­stent Miro­sław Jabłoń­ski mie­rzył na dole tętno zawod­ni­kom. Jeden z nich, ledwo żywy, wyraź­nie miał dość. Jabłoń­ski przy­ło­żył palce do szyi deli­kwenta i wyszło, że facet ma tętno w oko­li­cach dwu­stu. Dał znać „Burzy”, że pił­karz musi na razie spa­so­wać. A pierw­szy tre­ner:

– E, daj spo­kój. Nic mu nie jest. Niech zapie­prza na górę! Stoi i oddy­cha, więc może biec.

Tre­ningi u „Burzy” były takie, że nie­któ­rzy mieli dość nawet zbie­ga­nia z góry. Wymy­śli­li­śmy, że będziemy zjeż­dżać na dupach, ale jeden kolega nadział się na wysta­jący spod śniegu kołek. Pory­so­wał sobie tyłek i od tam­tej pory już zawsze zbie­gał.

Ni­gdy nie zapo­mnę też, jak któ­re­goś dnia obozu poszli­śmy na sto­łówkę, żeby zjeść obiad. Chło­paki w minutę opróż­niły tale­rze z ogór­kową, po czym od razu popro­sili kucharkę o dokładkę. Zanim wło­ży­łem łyżkę do zupy, oni ata­ko­wali już drugą por­cję. I trze­cią. Czwartą…

– Spró­buj, Romek, świetna ta zupa.

No to spró­bo­wa­łem i do dziś nie wiem, czy to była ogór­kowa z dodat­kiem wódki, czy wódka z dodat­kiem ogór­ko­wej.

– Chło­paki, prze­cież można było nor­mal­nie w poko­jach roz­lać…

– No co ty, naj­pierw obiad trzeba zjeść.

Dla zain­te­re­so­wa­nych podaję prze­pis na ogór­kową, która tak posma­ko­wała kole­gom. Skład­niki: sześć ogór­ków kiszo­nych, jedna mar­chewka, 300 g ziem­nia­ków, litr wódki. Spo­sób przy­go­to­wa­nia: ugo­to­wać ogór­kową i dolać wódki.

Dru­żyna rozu­miała się świet­nie poza boiskiem, ale – co naj­waż­niej­sze – także pod­czas meczów. Pierw­szą rundę zakoń­czy­łem co prawda z jedną zdo­bytą bramką, jed­nak w swoim dru­gim sezo­nie tra­fi­łem do siatki 11 razy, poma­ga­jąc zespo­łowi w utrzy­ma­niu się. Witold Kompa czy Robert Cheł­stow­ski, z któ­rymi się trzy­ma­łem, dogry­wali mi zna­ko­mite piłki na skrzy­dło. W tam­tym okre­sie mało który obrońca dru­giej ligi mógł mnie zatrzy­mać. Pusz­cza­łem sobie piłkę na kilka metrów. Cza­sem wybie­ga­łem nawet na bież­nię, która ota­czała murawę, a i tak wyprze­dza­łem prze­ciw­ni­ków. Czu­łem, że jestem w gazie. Obronę trzy­mał nam Janusz Klim­czew­ski, pseu­do­nim Mesel. Facet przez całe życie sto­so­wał na boisku zasadę: piłka może przejść, ale zawod­nik nie. Gdy uro­dziło mu się dziecko i zor­ga­ni­zo­wał u sie­bie pęp­kowe, tro­chę popły­nę­li­śmy. Ojciec Janu­sza, na co dzień czło­nek Kapeli Czer­nia­kow­skiej, przy­szedł do domu, jak impreza już się skoń­czyła.

– Wró­ci­łem z ulicy, a tu nie ma dla kogo grać, bo wszy­scy leżą!

Jak już jeste­śmy przy tej impre­zie, naj­wyż­sza pora, żebym prze­pro­sił Janu­sza za stół. Zanim pospa­da­li­śmy z krze­seł, zaczę­li­śmy ostro dys­ku­to­wać. Nie pamię­tam już nawet, na jaki temat. W każ­dym razie chcia­łem uspo­koić atmos­ferę. Wzią­łem z kuchni nóż, wbi­łem w śro­dek stołu i krzyk­ną­łem: Cisza! Janusz zbladł.

– Poje­bało cię, Kosa? Żona mnie zabije. Dobrze, że jest jesz­cze w szpi­talu po poro­dzie.

Cóż, może tro­chę mnie ponio­sło, ale fak­tycz­nie zro­biło się wtedy cicho.

Były oczy­wi­ście rze­czy, które nie funk­cjo­no­wały w Gwar­dii, jak powinny. Jeden z pro­ble­mów sta­no­wiła niska fre­kwen­cja na sta­dio­nie. Raz się zdzi­wi­łem, bo przy­szła więk­sza grupa, tak samo ubrana i w dodatku w oto­cze­niu mili­cjan­tów. Strze­li­łem gola i pod­bie­głem do nich, żeby razem się cie­szyć, ale szybko się zorien­to­wa­łem, że nie podzie­lają mojej rado­ści. Oka­zało się, że to grupa więź­niów z zakładu kar­nego, która przy­szła na mecz w ramach reso­cja­li­za­cji.

Cza­sem na sta­dio­nach widzi się trans­pa­renty: „Pozdro­wie­nia do wię­zie­nia!”. Na obiek­cie Gwar­dii nie trzeba było ich wie­szać – wię­zie­nie przy­cho­dziło do nas. Na jed­nym meczu wśród kibi­ców-ska­zań­ców zna­lazł się facet, który pocho­dził z miej­sco­wo­ści naszych rywali. Gdy stra­ci­li­śmy gola, wysko­czył do góry z rado­ści i od razu został spa­ło­wany przez mili­cjan­tów.

Jeśli pod jakimś wzglę­dem nie paso­wa­łem do Gwar­dii, to chyba tylko… ide­olo­gicz­nym. Był to prze­cież klub Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, a jako młody chło­pak sym­pa­ty­zo­wa­łem z Soli­dar­no­ścią i spe­cjal­nie się z tym nie kry­łem. Kiedy zain­te­re­so­wała się mną repre­zen­ta­cja, przy­je­chała do klubu tele­wi­zja, żeby zro­bić ze mną wywiad. Powie­dzia­łem, że wspie­ram Lecha Wałęsę i że chcę pokoju na ziemi, a nie bomb ato­mo­wych. Na drugi dzień byłem już na dywa­niku w pokoju pre­zesa klubu.

– Jakie bomby ato­mowe?! Jaki Wałęsa?! Popie­przyło cię, Romek? – grzmiał.

Chcieli mnie posta­wić do pionu i zro­biło się ostro. Kazano mi nawet ściąć włosy. Ostrze­głem pre­zesa, że jak to zro­bię, prze­stanę grać.

W kla­pie ubra­nia nosi­łem opor­nik, który był sym­bo­lem buntu prze­ciwko wła­dzy, więc mia­łem też pro­blemy z mili­cjan­tami. Wiele razy mnie zatrzy­my­wali, ale ni­gdy nie pęka­łem. Zawsze koń­czyło się tylko na spi­sy­wa­niu. Raz wycią­gnęli mnie z auto­busu w Wila­no­wie.

– Kolego, ścią­gaj to natych­miast albo będziesz miał pro­blemy.

– Będę nosić, co mi się podoba.

Mili­cjant spoj­rzał w doku­menty i zorien­to­wał się, że jestem pił­ka­rzem Gwar­dii War­szawa.

– Dla­czego nie mówi­łeś, że grasz w resor­to­wym klu­bie?

– To moja sprawa, gdzie gram.

Jecha­łem aku­rat na próbę, bo mie­li­śmy z kum­plami kapelę. Naj­pierw wystę­po­wa­li­śmy pod nazwą Cywi­li­za­cja, póź­niej prze­chrzci­li­śmy ją na Dys­ko­tekę. Raz gra­li­śmy w szpi­talu dla dzieci w Kon­stan­ci­nie i w pew­nym momen­cie zaczę­li­śmy roz­rzu­cać ulotki Soli­dar­no­ści. Od razu pod­je­chała nyska, z któ­rej wysie­dli mili­cjanci. Chcieli zare­kwi­ro­wać cały sprzęt, ale wsta­wiła się za nami dyrek­torka szpi­tala. Osta­tecz­nie zatrzy­ma­li­śmy gitary, jed­nak wła­dza wyłą­czyła prąd i o dokoń­cze­niu kon­certu nie było mowy.

Kibice mogą się tylko cie­szyć, że nie sły­szeli, jak śpie­wam. Gra­li­śmy reg­gae i punk rocka. Moje marze­nia o zosta­niu dru­gim Bobem Mar­leyem legły w gru­zach na prze­glą­dzie pio­senki w klu­bie Remont – basi­sta zapo­mniał nastroić gitarę i zapre­zen­to­wa­li­śmy się tra­gicz­nie. Dno i metr mułu. Mimo to chęt­nie wra­cam myślami do tam­tych wyda­rzeń. Jako część muzycz­nego pod­zie­mia czu­łem się wolny. Słu­cha­łem, jak kole­dzy śpie­wają o trud­nej rze­czy­wi­sto­ści, ustroju, poli­tyce… Pozna­łem fan­ta­stycz­nych ludzi – Roberta Bry­lew­skiego, Darka Male­jonka czy Tomka Lipiń­skiego. No i przede wszyst­kim swoją żonę.

Przy­szła z kole­żanką na próbę zespołu w remi­zie i już została w moim życiu. Na pierw­szą randkę mie­li­śmy iść do kina Beata w Kon­stan­ci­nie, gdzie grali „Wielką podróż Bolka i Lolka”. Jadzia wysta­wiła mnie do wia­tru. Myśla­łem przez moment, że nic z tego nie będzie, ale wytłu­ma­czyła swoją nie­obec­ność i zaczę­li­śmy się spo­ty­kać. Nie wie­działa wtedy, że wcale nie zoba­czy­łem jej pierw­szy raz w remi­zie przed naszą próbą, tylko rok wcze­śniej. Doj­rza­łem ją w auto­bu­sie w towa­rzy­stwie kole­ża­nek i od razu pomy­śla­łem: „Ta dziew­czyna kie­dyś będzie moja”. Dziś jeste­śmy już 32 lata po ślu­bie. Nie­zły wynik, nie?

Jadzia przy­cho­dziła nie tylko na kon­certy, ale także na sta­dion. W sezo­nie 1987/88 wszy­scy wie­dzieli już, że wkrótce odejdę z Gwar­dii. Czu­łem, że naj­wyż­sza pora iść wyżej, a klub miał pro­blemy finan­sowe i musiał sprze­dać naj­lep­szych pił­ka­rzy. Zgło­sił się po mnie legen­darny pre­zes GKS-u Kato­wice, Marian Dziu­ro­wicz, więc wsie­dli­śmy z Jadzią do pociągu i ruszy­li­śmy na Górny Śląsk. Naj­pierw poje­cha­li­śmy zoba­czyć miesz­ka­nie. Nowiut­kie osie­dle, cztery pokoje na dru­gim pię­trze. Pomy­śla­łem, że jest świetne, ale wtedy spoj­rza­łem przez okno i zoba­czy­łem las… komi­nów fabrycz­nych oraz kłęby dymu. Od razu wyło­ży­łem kawę na ławę.

– Miesz­ka­nie niby ładne, ale widok nie naj­lep­szy.

– Jak chcesz, to jutro posa­dzimy tu las i drzewa zasło­nią kominy. Nie ma pro­blemu.

Dziu­ro­wicz sły­nął z tego, że w razie sła­bej gry zawod­ni­ków wpa­dał w szał. Gdy jed­nak wszystko szło po jego myśli, potra­fił przy­chy­lić im nieba. Zwłasz­cza tym, któ­rych chciał prze­ko­nać do gry w swoim klu­bie. A że miał wiel­kie wpływy, budo­wał wtedy naprawdę mocną ekipę – gdy ja zwie­dza­łem miesz­ka­nie, w hotelu na pod­pi­sa­nie kon­traktu cze­kał już Andrzej Rudy. Czu­łem jed­nak, że to nie to. Grzecz­nie podzię­ko­wa­łem za roz­mowę i odrzu­ci­łem ofertę GKS-u. Byłem też w Pozna­niu, bo chciała mnie Olim­pia, ale tam­tejsi dzia­ła­cze rów­nież mnie nie prze­ko­nali.

Na szczę­ście zgło­siła się po mnie Legia War­szawa, która zdała sobie sprawę, że ktoś zaraz może im sprząt­nąć Kosec­kiego sprzed nosa. Ówcze­sny kie­row­nik Kazi­mierz Orłow­ski i czło­nek sztabu szko­le­nio­wego Paweł Janas przy­je­chali do mojego domu, żeby poroz­ma­wiać z rodzi­cami. Mnie nie trzeba było prze­ko­ny­wać. Zawsze chcia­łem grać na Łazien­kow­skiej, a poza tym wie­dzia­łem, że tre­ner Andrzej Strej­lau bar­dzo naci­ska na trans­fer. Orłow­ski opo­wia­dał mi, że z per­spek­tywy Legii wyglą­dało to nastę­pu­jąco: kie­row­nik poje­chał z Jerzym Enge­lem na mecz, żeby obser­wo­wać jakie­goś sto­pera.

Engel: – No i jak ci się, Kaziu, podoba ten obrońca?

Orłow­ski: – Daj spo­kój, prze­cież to jest drugi Jacek Gmoch – wje­bać się w rywala i nic wię­cej. Jedy­nym zawod­ni­kiem, który nadaje się tu do Legii, jest Kosecki.

Póź­niej Orłow­ski podobno mocno nama­wiał pre­zesa CWKS-u, gene­rała Woj­cie­cha Barań­skiego, żeby mnie ścią­gnął.

– Panie gene­rale, a co z tym Kosą będzie?

– No prze­cież podobno jest kon­tu­zjo­wany. Ma jakieś pro­blemy z krę­go­słu­pem.

– Gra w kadrze i jedną nogą jest w GKS-ie Kato­wice. To co, kalekę biorą do repre­zen­ta­cji? Ktoś chyba z pana wała robi.

– A paso­wałby pana zda­niem do Legii?

– Jak Kosecki tu nie pasuje, to kto?

– No dobra, uru­cho­mię sprawę.

Do dziś mam kon­trakt, który wtedy pod­pi­sa­łem – dwie strony maszy­no­pisu. Zapro­po­no­wano mi nie­złe pie­nią­dze, polo­neza, lodówkę i meble na talon oraz miesz­ka­nie na Tar­gówku, na ulicy Mokrej. Byłem w pio­nie gwar­dyj­skim, więc musia­łem napi­sać pismo do gene­rała Kisz­czaka o zgodę na prze­nie­sie­nie do woj­ska. Kiedy wszystko było już doga­dane, przy­po­mnia­łem sobie, jak po tre­nin­gach Gwar­dii wsia­da­łem w auto­bus, przy­jeż­dża­łem na Łazien­kow­ską i oglą­da­łem zza płotu zaję­cia Legii. Teraz wresz­cie mia­łem być po dru­giej stro­nie.

Roz­dział 2

Ulu­bie­niec Żylety

Wybacz­cie, że zacznę ten roz­dział od tru­izmu – w Legii zawsze gra się o mistrzo­stwo. Pod koniec lat 80. myśla­łem o tytule tym inten­syw­niej, że tra­fi­łem do szatni peł­nej wiel­kich pił­ka­rzy. Lide­rami zespołu byli Darek Dzie­ka­now­ski i Sta­szek Ter­lecki, naj­lepsi tech­nicy bie­ga­jący po pol­skich boiskach. Na tre­ning potrze­bo­wa­li­śmy trzech piłek: jedna dla zespołu plus po jed­nej dla Staszka i Darka, bo jak zaczy­nali holo­wać, nie było szans, że komuś poda­dzą.

Ter­lecki chyba nie do końca odnaj­do­wał się w gru­pie i zawsze musiał posta­wić na swoim. Trudno się z nim współ­pra­co­wało, ale jeśli cho­dzi o umie­jęt­no­ści pił­kar­skie, był nie­sa­mo­wity, podob­nie zresztą jak „Dzie­kan”. Kiedy sta­wia­łem na Łazien­kow­skiej pierw­sze kroki, Darek wziął mnie pod swoje skrzy­dła. Żałuję, że gra­łem z nim w Legii jedy­nie pół roku. Byli­śmy ulu­bień­cami Żylety, która into­no­wała na meczach: „Śpie­wają mia­sta, śpie­wają wio­ski, naj­lep­szy pił­karz to Dzie­kanowski. A zaraz za nim Roman Kosecki, który dla Legii strzela bra­meczki”. Wiele pisało się o poza­bo­isko­wym życiu Darka, ale, mówiąc zupeł­nie szcze­rze, mia­łem to gdzieś. Dla mnie to był pan pił­karz prze­ra­sta­jący całą ligę. Gdy prze­ją­łem koszulkę z dychą, czu­łem dumę, myśląc, że grali z nią tacy pił­karze jak Dzie­kanowski, a wcze­śniej Kazi­mierz Deyna, któ­remu mogłem co naj­wy­żej czy­ścić buty.

Bramki naj­czę­ściej strzegł Maciek Szczę­sny. Tak jak ja, przy­szedł z Gwar­dii War­szawa. Czło­wiek guma, na tre­nin­gach wypra­wiał cuda i dzi­wię się, czemu nie skoń­czył w czo­ło­wym klu­bie jed­nej z naj­sil­niej­szych lig. Jestem pewien, że gdyby tak się stało, dziś kibice wymie­nia­liby go w gro­nie naj­lep­szych bram­ka­rzy lat 90. na świe­cie. Trzy­mał się tro­chę z boku i cho­dził wła­snymi ścież­kami, może dla­tego, że miał nie­ty­powe jak na pił­ka­rza zain­te­re­so­wa­nia – foto­gra­fię czy jazz. Był w szatni lubiany i doga­dy­wał się z resztą. Sły­sza­łem histo­rię, jak po moim odej­ściu Legia grała z Widze­wem, a że kilku pił­ka­rzy zła­pało kon­tu­zje, Woj­skowi wystą­pili w mocno osła­bio­nym skła­dzie. W szatni Szczę­sny rzu­cił ponoć do naszego pomoc­nika Jacka Sob­czaka:

– Jak strze­lisz gola, to wiozę cię samo­cho­dem z War­szawy do two­jego rodzin­nego Wał­brzy­cha.

Oczy­wi­ście – jak to w życiu bywa – Sob­czak wpi­sał się na listę strzel­ców, więc Szczę­sny wsa­dził go do samo­chodu i poje­chali.

Cza­sem Mać­kowi lekko dogry­za­łem, bo na każ­dym kroku sta­rał się poka­zać, jaki to jest elo­kwentny. Uży­wał mądrych słó­wek i chyba chciał udo­wod­nić innym, że ma tro­chę wyż­sze IQ niż reszta zespołu. Gdy za bar­dzo pozo­wał na inte­li­genta, mówi­łem mu: „Maciuś, idź naj­pierw mię­dzy słupki, wyta­plaj się w bło­cie przed bramką i potem poga­damy”. Wza­jem­nie sobie dogry­za­li­śmy, ale – tak mi się wydaje – lubi­li­śmy się. Co cie­kawe, Maciek, mimo ogrom­nych umie­jęt­no­ści, nie mógł być pewny miej­sca w pod­sta­wo­wym skła­dzie, bo Zby­szek Roba­kie­wicz też dawał sobie radę. Szczę­sny miał tro­chę więk­szy talent i lep­sze warunki, ale Robak nad­ra­biał pra­co­wi­to­ścią. Cała szat­nia wie­działa, że za sobą nie prze­pa­dają.

Wielką posta­cią tam­tej dru­żyny był też mały gene­rał, Leszek Pisz. W 1986 roku Legia potrze­bo­wała nowego roz­gry­wa­ją­cego i padło wła­śnie na Leszka, który wystę­po­wał w Iglo­opolu. Kie­row­nik Orłow­ski poje­chał do Dębicy, żeby przy­kle­pać trans­fer. Jak już dotarł do klubu, szybko odna­lazł pił­ka­rza.

– Prze­pra­szam, chcia­łem z Lesz­kiem Piszem poroz­ma­wiać.

– No to stoi przed panem.

– Nie, nie, ja chcia­łem z Piszem, tym roz­gry­wa­ją­cym.

Orłow­ski nie mógł uwie­rzyć. Przy­je­chał po zawod­nika, który rze­komo wygrywa mecze w poje­dynkę, a zoba­czył kur­du­pla, więc tro­chę się prze­ra­ził. Mimo to doszło do trans­feru i wkrótce Pisz po raz kolejny cał­ko­wi­cie zasko­czył kie­row­nika. Orłow­ski usły­szał od jed­nego z pił­ka­rzy:

– Kiero, ależ on wolne bije! Nie­sa­mo­wity facet!

– Co ty sobie jaja ze mnie robisz?! Prze­cież to kra­sno­lu­dek jest.

Orłow­ski nie wytrzy­mał. Wziął jed­nego z bram­ka­rzy i Pisza na boczne boisko i kazał mu wyko­ny­wać rzuty wolne, wie­sza­jąc ścierkę w „okienku” bramki. Co strzał, to bach! Tra­fiona! Kie­row­nik przy­niósł więc drew­niany mur do ćwi­cze­nia rzu­tów wol­nych, żeby utrud­nić zawod­ni­kowi zada­nie, ale znowu było to samo! Bach! Bach! Bach! Wszystko w sieci. Orłow­ski – jak święty Tomasz – zoba­czył i uwie­rzył, więc pole­ciał do Engela, żeby dawać Piszowi każdy rzut wolny.

– Co ty sobie, Kaziu, jaja ze mnie robisz? Prze­cież to kra­sno­lu­dek jest.

Koniec koń­ców Engel zor­ga­ni­zo­wał tre­ning strze­lecki, po któ­rym nikt nie miał już wąt­pli­wo­ści, że Pisz to naj­więk­szy eks­pert od wol­nych w całej lidze. Cza­sem przed sta­łym frag­men­tem zaga­ja­łem, że może ja tym razem spró­buję, ale Pisz mówił: „Spró­bu­jesz po meczu, Romek”. Miał nie­sa­mo­witą tech­nikę i potra­fił zagrać piłkę na nos. Sły­sza­łem, że już po moim odej­ściu Krzy­siek Rataj­czyk zawsze go pytał, gdzie będzie cen­tro­wał, a Pisz odpo­wia­dał: „Ty się nie bój, wbie­gaj, a ja cię tra­fię w głowę!”. I tak się póź­niej działo. Na tre­ningu od razu było wia­domo, która piłka jest Pisza. Nor­mal­nie skó­rzany kamień. Reszta dru­żyny pew­nie nie doko­pa­łaby do bramki z połowy, a Leszek walił prze­rzut przez całe boisko. Nie­sa­mo­wite, bo chyba jako jedyny miał w szatni mniej­szą stopę ode mnie (noszę roz­miar 39) i buty musie­li­śmy kupo­wać w dzie­cię­cym.

Na bokach obrony mie­li­śmy dwa pociągi pospieszne – Darka Wdow­czyka i Darka Kubic­kiego. Ten drugi był Davi­dem Bec­kha­mem naszych cza­sów. Zawsze w gar­ni­turku pod kra­wa­tem i w wypo­le­ro­wa­nych butach. Po tre­ningu jesz­cze nie zdą­ży­li­śmy wejść do szatni, a Kubicki już wycho­dził pach­nący spod prysz­nica i odjeż­dżał swoim polo­ne­zem, żeby kupić nowe per­fumy.

Za ele­gan­cika ucho­dził też gra­jący w dru­giej linii Jacek Bąk. Przy­stojny bru­net. Gdy biegł z piłką, z try­bun było sły­chać pisk dziew­czyn. Kochały go. Śmia­li­śmy się, że jest zbyt ładny, żeby sie­dzieć w szatni z innymi face­tami, więc rusza na mia­sto. Towa­rzy­ski gość. Pamię­tam jeden tre­ning, który odby­wał się późną jesie­nią. Na ulicy poja­wił się już pierw­szy śnieg. Wybie­gli­śmy na boisko w dre­sach orta­lio­no­wych, patrzymy, a chwilę póź­niej poja­wia się Jacek ubrany w krót­kie spodenki i koszulkę. Tro­chę z niego poszy­dzi­li­śmy. „Jacuś, chyba ci się pory roku pomy­liły!”. Dru­żyna go ceniła, bo miał sta­lowe płuca. Pod­czas meczu prak­tycz­nie się nie zatrzy­my­wał i nawet gdy zespół tre­no­wał po wie­czor­nym bie­sia­do­wa­niu, pod wzglę­dem fizycz­nym Jacek pre­zen­to­wał się fan­ta­stycz­nie. Był też w opty­mal­nej dys­po­zy­cji zaraz po wygra­nym przez nas finale Pucharu Pol­ski z Jagiel­lo­nią – zaczę­li­śmy we dwójkę świę­to­wać, a że mie­li­śmy sporo wody przez o z kre­ską, impreza skoń­czyła się jakoś po tygo­dniu. Pły­wa­li­śmy z Jacu­siem rowe­rami wod­nymi, kre­śląc prze­piękne zyg­zaki.

Naj­więk­szym żar­tow­ni­siem w szatni był Marek Jóź­wiak. Do dziś pamię­tam, jak wysma­ro­wał mi majtki maścią roz­grze­wa­jącą. A że sto­so­wa­nie związku che­micz­nego może przy­no­sić nie­po­żą­dane skutki, póź­niej przez godzinę sie­dzia­łem pod prysz­ni­cem i nie powiem, gdzie trzy­ma­łem słu­chawkę. Nie ma chyba żad­nego pił­ka­rza Legii z tam­tych lat, który choć raz nie byłby ofiarą „Bereta”. O jego pomy­słach przez lata krą­żyły prze­różne aneg­doty. Jedną z histo­rii usły­sza­łem od dok­tora Machow­skiego. W roli głów­nej oczy­wi­ście Marek Jóź­wiak. Role dru­go­pla­nowe: Zby­szek Man­dzie­je­wicz i Leszek Pisz. Ofiara: Krzysz­tof Rataj­czyk. Otóż podobno „Rataj” przy­szedł do szatni w nowych butach, tzw. kow­boj­kach. Reszta chło­pa­ków go zoba­czyła i zaczęła się jazda, a jako pierw­szy pocisk wypu­ścił Leszek Pisz:

– Krzy­siu, co ty masz na nogach?

– No jak to co? Buty nor­malne.

– A gdzie bat zosta­wi­łeś, kow­boju?

Wtó­ro­wał mu Zby­szek Man­dzie­je­wicz: „Co ty, John Wayne jesteś?”. W końcu wszy­scy wyszli na tre­ning, a w szatni został tylko Marek Jóź­wiak. „Beret” wziął but Rataj­czyka, przy­bił go młot­kiem do stołu i zagiął gwóźdź od spodu. Wie­dział jed­nak, że Krzy­siek będzie chciał się zemścić, więc prze­ło­żył swoje skar­petki do butów Igora Kozioła, a Kozioła do swo­ich. Po tre­ningu przy­cho­dzi cała banda, patrzy na but Krzyśka przy­bity do stołu i pokłada się ze śmie­chu. Tym­cza­sem Krzy­siek bez słowa idzie do reha­bi­li­tanta i mówi: „Panie Zbyszku, pan mi da nożyczki”. Wraca i krzy­czy:

– Beret, to jest twoja robota!

Bie­rze skar­petki z butów Jóź­wiaka i tnie na strzępy. A „Beret” sie­dzi i się śmieje:

– Kozio­łek, popatrz, Rataj ci pociął skar­pety!

Wtedy „Rata­jowi” aż ponoć gule wyszły ze zde­ner­wo­wa­nia! Jak ochło­nął, poży­czył z maga­zynu piłkę do metalu i uciął gwóźdź, żeby odzy­skać swój kow­boj­ski but.

Każdy musiał mieć się na bacz­no­ści, bo nie zna­łeś dnia ani godziny, a Marek tylko cze­kał na oka­zję. W szatni obo­wią­zy­wała zasada: jak idziesz się zała­twić, nie zamy­kasz drzwi. „Dzie­kan” kie­dyś o tym zapo­mniał, a „Beret” nie wyba­czał takich rze­czy. Momen­tal­nie zła­pał miskę, nalał do niej wody i oblał Darka, który sie­dział na desce klo­ze­to­wej w gar­ni­tu­rze. Od tam­tej pory „Dzie­kan” już pamię­tał, że w Legii drzwi do WC się nie zamyka.

Innego dnia Jóź­wiak przy­bił komuś klapki do pod­łogi i facet runął jak długi przy pierw­szym kroku. Zazna­czam, że „Beret” uwiel­biał żar­to­wać z innych, ale miał też duży dystans do sie­bie. Raz na tre­ningu poma­lo­wał sobie korki zło­tym sprayem, cho­dził i mówił wszyst­kim:

– Patrz­cie, Złote Buty dosta­łem, naresz­cie mnie doce­nili.

Rzecz jasna, jak to bywa w pił­kar­skiej szatni, cza­sem naj­więksi żar­tow­ni­sie stają się ofia­rami. Naj­lep­szy numer kole­dzy wycięli wła­śnie „Bere­towi”. To zresztą przy Łazien­kow­skiej słynna aneg­dota. Part­nerka Marka była wtedy w ciąży i pew­nego dnia dostał tele­gram. Leciało to mniej wię­cej tak: „Marek! STOP! Przy­jeż­dżaj do szpi­tala! STOP! Uro­dziła!”. Całe zda­rze­nie miało miej­sce na jakimś wyjeź­dzie, więc Jóź­wiak od razu pole­ciał do tre­nera, który pozwo­lił mu na powrót do domu. „Beret” kupił kwiaty i cze­ko­ladki, po czym zapu­kał do teściów, gdzie miesz­kała wów­czas wybranka.

– Gdzie ona jest?

– Jak to gdzie? W pokoju.

– No prze­cież rodzi.

– A gdzie tam…

Gdy wku­rzony Marek wró­cił do dru­żyny, Pisz i „Man­dziej” od razu wzięli go w obroty.

– Syn czy córka?

– Spie­przaj, Leszek!

– A mówi już coś?

Reszta chło­pa­ków tarzała się ze śmie­chu. Marek zde­cy­do­wa­nie dawał radę na boisku, ale też cemen­to­wał szat­nię poza nim.

Podob­nie jak Darek Czy­kier, z któ­rym mia­łem świetny kon­takt. Cały czas bie­gał skrzy­wiony, ale kiedy już się roz­pę­dził, nikt nie był w sta­nie go dogo­nić. Rywale nie mogli go roz­szy­fro­wać i myślę, że tak naprawdę Darek też nie potra­fił roz­czy­tać samego sie­bie. Śmia­li­śmy się z jego chu­dych nóg i doku­cza­li­śmy mu, że ma żabie udka. Gdy kładł się na stole, masa­ży­sta pytał: „Po coś przy­szedł? Kości się prze­cież nie masuje”.

Już przed trans­fe­rem na Łazien­kow­ską wia­domo było, że Darek będzie sil­nym punk­tem tzw. grupy Lam­bada, która lubiła się poba­wić. Jesz­cze w Jagiel­lo­nii Bia­ły­stok zdys­kwa­li­fi­ko­wano go na pół roku za pro­wa­dze­nie nie­spor­to­wego trybu życia. Czy­kier wie­dział, że chce go Legia, więc zgło­sił się do armii. PZPN zawie­sił mu póź­niej karę, Darek zaczął z nami tre­no­wać, a kluby doga­dały się co do trans­feru. Wszystko szło bar­dzo gładko. Zbyt gładko… Nie­ba­wem Czy­kier sam sobie wszystko skom­pli­ko­wał. Cztery dni przed ofi­cjal­nym dołą­cze­niem do Legii dacho­wał polo­ne­zem, a bada­nie wyka­zało, że ma 2,56 pro­mila alko­holu we krwi. Zamiast na boisko tra­fił do woj­sko­wej paki. Innym razem nie dostał prze­pustki na week­end, więc prze­ku­pił war­tow­ni­ków. Tyle że gdy wra­cał, zapo­mniał, że ma wejść przez płot. I też wsa­dzili go do aresztu.

Do Czy­kiera przy­lgnęła łatka impre­zo­wi­cza, ale nic sobie z tego nie robił. W roz­mo­wie z „Prze­glą­dem Spor­to­wym” skwi­to­wał to w swoim stylu: – Iry­to­wało mnie, że cią­gle wołano za mną, ile pro­mili mia­łem we krwi. Wypo­mi­nano mi, że było to 2,54, a ja prze­cież mia­łem o dwie setne wię­cej… Darek cho­dził swo­imi ścież­kami. Kiedy wpa­da­li­śmy na piwko do pubu przy Agry­koli, naprze­ciwko kor­tów teni­so­wych, zazwy­czaj koń­czyło się na jed­nym, a Czy­kier coraz czę­ściej zosta­wał przy barze. Nikt nie sądził, że pro­blem sta­nie się aż tak poważny. Żal mi, że na­dal musi wal­czyć z nało­giem i trzy­mam kciuki, żeby wyszedł na pro­stą. Gdy poka­zują cza­sem w tele­wi­zji jego syna, który upra­wia lek­ko­atle­tykę, widzę całego Darka. Tak jak jego tata przed laty jest faj­nym, uśmiech­nię­tym i bar­dzo uta­len­to­wa­nym chło­pa­kiem.

W Legii naj­bar­dziej trzeba było uwa­żać na to, żeby nie wejść do środka pod­czas gry w „dziadka”, bo Andrzej Łatka, Krzy­siek Iwa­nicki czy Leszek Pisz tak wymie­niali piłeczkę, że czło­wiek gonił za nią do usra­nej śmierci! Zresztą z Iwa­nickim bar­dzo czę­sto się prze­ko­ma­rza­łem:

– Widzia­łeś, Kosa, jaką ci asy­stę dałem?

– Ta… asy­stę… Musia­łem zapie­przać pod cho­rą­giewkę, minąć czte­rech i dopiero strze­lić.

– Ale to przy mnie się tech­niki nauczy­łeś.

Mie­li­śmy naprawdę fajną ekipę. Lubi­łem przy­cho­dzić do roboty nie tylko dla­tego, że kocha­łem grać w piłkę, ale też ze względu na ludzi, któ­rych codzien­nie spo­ty­ka­łem w szatni.

W moim pierw­szym sezo­nie na Łazien­kow­skiej pro­wa­dził nas Andrzej Strej­lau, pro­fe­sjo­na­li­sta w każ­dym calu i wielki pasjo­nat fut­bolu. Tre­ningi miał roz­pi­sane co do sekundy, co robiło na zespole wra­że­nie. Poza tym obo­wią­zy­wały u niego jasne zasady. Gdy wyjeż­dża­li­śmy na mecz, punk­tu­al­nie o usta­lo­nej godzi­nie Strej­lau zamy­kał drzwi auto­busu. Nawet jeśli ktoś spóź­nił się tylko minutę, miał pecha – musiał jechać za auto­ka­rem swoją furą albo tak­sówką. Tre­ner wzbu­dzał sza­cu­nek, pod­czas zajęć zawsze żył i pod­po­wia­dał. Był lubiany przez dru­żynę. Prak­tycz­nie ni­gdy nie wycho­dził z pracy, oddy­chał fut­bo­lem 24 godziny na dobę i mógł o nim roz­ma­wiać bez końca.

Gdy człon­ko­wie sztabu gdzieś się spie­szyli i nagle dostrze­gali tre­nera na hory­zon­cie, od razu padało hasło: „Ucie­kamy! Andrzej idzie!”. Nie dla­tego, że go nie lubili – wie­dzieli po pro­stu, że roz­mowa z tre­ne­rem o piłce to kilka godzin wyjęte z życia. Jestem pewien, że gdyby obu­dzić go w środku nocy i zapy­tać, jaki wynik padł w meczu o trze­cie miej­sce na mun­dialu w 1938 roku, odpo­wie­działby bez zająk­nię­cia.

Nie było sytu­acji, w któ­rej Strej­lau stra­ciłby nad sobą pano­wa­nie. Raz dwójka zawod­ni­ków poszła w tango i zja­wiła się na tre­ningu w nie naj­lep­szym sta­nie. Gały czer­wone jak przy zapa­le­niu spo­jó­wek, zio­nie od nich na kilo­metr. Kie­row­nik Orłow­ski pod­cho­dzi do Strej­laua:

– Andrzej, oni wal­nięci są. Nie nadają się w ogóle do tre­ningu.

– Wiesz co, Kazek, zabierz ich do dok­tora Machow­skiego, bo coś poka­słują. Ja z nimi jesz­cze poroz­ma­wiam.

Zamiast robić awan­turę przy całej dru­ży­nie, Strej­lau wolał zała­twić to w ten spo­sób. Póź­niej powie­dział każ­demu zawod­ni­kowi w cztery oczy, co myśli o ich zacho­wa­niu i uka­rał deli­kwen­tów.

Pod­su­mo­wu­jąc, mie­li­śmy świet­nych pił­ka­rzy i tre­nera z wyso­kiej półki. Rundę wio­senną w 1989 roku zaczę­li­śmy z wyso­kiego C, roz­bi­ja­jąc Olim­pię Poznań 3:0, a ja zali­czy­łem wyma­rzony debiut przy Łazien­kow­skiej. Prawdę mówiąc, zeszło ze mnie wtedy ciśnie­nie. Kibice Legii to zupeł­nie inna półka niż fani pozo­sta­łych dru­żyn. Wspie­rają cię jak nikt, ale też wyma­gają. Jeśli jakiś ligo­wiec mówi wam, że nie czuje dodat­ko­wych emo­cji przed meczem na Łazien­kow­skiej, zwy­czaj­nie leci w kulki. Przed pierw­szym gwizd­kiem serce biło mi jak sza­lone, a tym­cza­sem w nie­spełna pół godziny wal­ną­łem dwie bramki, wpra­wia­jąc Żyletę w eufo­rię.

Do końca sezonu było jesz­cze mnó­stwo kole­jek, a strata do pro­wa­dzą­cego w tabeli Gór­nika Zabrze zma­lała do trzech punk­tów. Szybko zosta­li­śmy jed­nak spro­wa­dzeni na zie­mię. W 20. kolejce poje­cha­li­śmy do Wał­brzy­cha na mecz z ostat­nim w tabeli Gór­ni­kiem i dosta­li­śmy w czapę 0:1. Mie­li­śmy sytu­acje, jed­nak nie potra­fi­li­śmy ich wyko­rzy­stać. Ja sam zmar­no­wa­łem jedną czy dwie patel­nie. Zaraz po koń­co­wym gwizdku Janek Karaś wpadł do szatni, dając do zro­zu­mie­nia, co myśli o grze zespołu:

– Jeste­ście dzieci, a nie zawod­nicy! Jakim pra­wem marzy­cie o wiel­kiej piłce?!

Strej­lau nawet nie otwo­rzył ust, bo dosko­nale rozu­miał, że pił­ka­rze muszą wyja­śnić pewne sprawy mię­dzy sobą. Zapa­dła cisza, po któ­rej kilku zawod­ni­ków sko­czyło sobie do gar­deł i doszło do ostrej szar­pa­niny. Gdy emo­cje opa­dły, tre­ner skry­ty­ko­wał dru­żynę na łamach „Prze­glądu Spor­to­wego”, stwier­dza­jąc, że „Legia to na­dal zespół o mini­ma­li­stycz­nych ambi­cjach”. Na pome­czo­wej odpra­wie też z nami poje­chał. Na dzień dobry powie­dział, że jego zda­niem nie­któ­rzy zawod­nicy celowo odpu­ścili ten mecz. Czę­sto wysu­wał podej­rze­nia pod adre­sem sędziów czy gra­czy, robiąc jakieś alu­zje, albo – tak jak po spo­tka­niu z Gór­ni­kiem – waląc pro­sto z mostu. Choć wszy­scy wiemy, że w latach 80. i 90. pol­ską piłkę toczył rak korup­cji, ja sam ni­gdy nie zetkną­łem się z sytu­acją, by któ­ryś z moich kole­gów z Legii prze­han­dlo­wał mecz.

Otrzy­ma­łem w karie­rze jedną pro­po­zy­cję korup­cyjną. Kilka dni przed spo­tka­niem z Lechem w sezo­nie 1989/90 dosta­łem tele­fon od dzia­ła­cza z Pozna­nia, który wprost suge­ro­wał, że Kole­jorz chce kupić korzystny wynik. Odpo­wie­dzia­łem mu, że chyba pomy­lił numery i odło­ży­łem słu­chawkę. Póź­niej zasta­na­wia­łem się, czy jakiś inny pił­karz Legii ode­brał podobny tele­fon. Lech przy­je­chał do War­szawy po remis i osią­gnął cel. Nie mogę jed­nak powie­dzieć, że ktoś spe­cjal­nie odpu­ścił, bo nie mam na to dowo­dów.

Choć porażka z czer­woną latar­nią ligi zabo­lała, moim zda­niem nie prze­gra­li­śmy tytułu w Wał­brzy­chu, a w War­sza­wie, sześć kole­jek przed koń­cem ligi. Gra­li­śmy u sie­bie z Ruchem, mie­li­śmy szansę na mistrza i gdy­by­śmy wygrali ten mecz, finisz sezonu mógł uło­żyć się zupeł­nie ina­czej. Na Łazien­kow­skiej zasia­dło 18 tysięcy ludzi, stawka meczu była bar­dzo duża. Tym­cza­sem odsu­nięto od składu Darka Dzie­ka­now­skiego. Klub poin­for­mo­wał póź­niej w komu­ni­ka­cie, że za „nie­uspra­wie­dli­wioną nie­obec­ność na trzech kolej­nych tre­nin­gach CWKS Legia War­szawa uka­rał Dariu­sza Dzie­ka­now­skiego naj­wyż­szą regu­la­mi­nową karą pie­niężną oraz odsu­nął go od udziału w meczach z Ruchem Cho­rzów i ŁKS-em Łódź”.

Mimo absen­cji Darka powin­ni­śmy wygrać ten mecz. Już w pierw­szym kwa­dran­sie prze­pro­wa­dzi­łem piękną akcję. Ude­rzy­łem z powie­trza, ale piłka odbiła się od wewnętrz­nej czę­ści słupka i wyszła w pole. Skoń­czyło się 0:0. Mistrzo­stwo zgar­nął osta­tecz­nie wła­śnie Ruch, a my zakoń­czy­li­śmy roz­grywki na czwar­tym miej­scu, co przy­jęto rzecz jasna ze spo­rym roz­cza­ro­wa­niem.

Na pocie­sze­nie został nam Puchar Pol­ski. W finale roz­mon­to­wa­li­śmy z „Dzie­ka­nem” Jagiel­lo­nię Bia­ły­stok, strze­la­jąc po dwa gole. Krzy­siek Iwa­nicki doło­żył jed­nego gola po mojej asy­ście i wygra­li­śmy 5:2. Tym samym wzię­li­śmy rewanż, bo w prze­rwie zimo­wej wpa­dli­śmy do Bia­łe­go­stoku na spa­ring i Jaga poje­chała z nami 4:0. Mia­łem dłu­gie włosy i gdy bie­ga­łem przy linii bocz­nej, miej­scowi kibice naśla­do­wali odgłosy Indian, naśmie­wa­jąc się ze mnie. Tuż przed fina­łem, w tunelu pro­wa­dzą­cym na boisko, to raczej zawod­nicy Jagi przy­po­mi­nali boha­te­rów westernu. Z szatni wyszło jede­na­ście bla­dych twa­rzy. Chyba wie­dzieli, że tym razem to oni zostaną zała­twieni. Mieli rację.

Po sezo­nie 1988/89 nastą­piła zmiana na sta­no­wi­sku tre­nera Legii, ponie­waż Andrzej Strej­lau dostał nomi­na­cję na selek­cjo­nera kadry. Na Łazien­kow­skiej zastą­pił go Rudolf Kapera. Podob­nie jak jego poprzed­nik Rudek miał świetny kon­takt z dru­żyną. Był impul­sywny i cza­sem chciał nas zrów­nać z zie­mią, ale pro­blem pole­gał na tym, że jego tyrady naj­czę­ściej wywo­ły­wały śmiech.

Wcho­dził wście­kły Kapera do szatni i krzy­czał:

– Ja pier­dziut! Gówno! Kurna, wszystko do dupy!

Cho­wa­li­śmy twa­rze w dło­niach, a tre­ner, widząc, co się dzieje, jesz­cze bar­dziej się wku­rzał i dokrę­cał śrubę na kolej­nym tre­ningu. Ale praw­dziwą zmorą Rudka byli sędzio­wie. Miał na ich punk­cie obse­sję i gdy jakiś arbi­ter popeł­niał błędy na naszą nie­ko­rzyść, Kapera zaczy­nał swój show.

– Co za czarna wrona obe­srana! Śmier­dziel jeden! Nic, tylko bydlaka w mordę pal­nąć!

A że tre­ner uwiel­biał cho­dzić w swe­trze w sło­niki i skó­rza­nej kami­zelce, przy tego typu sce­nach zawod­ni­kom trudno było zacho­wać powagę.

Sły­sza­łem głosy, że byłem ulu­bień­cem Kapery, ale mam na ten temat swoją teo­rię: po pro­stu świet­nie gra­łem w piłkę. Kto­kol­wiek pro­wa­dziłby Legię, był­bym u niego moc­nym punk­tem, bo na to zasłu­gi­wa­łem.

Lep­szego początku kaden­cji Kapery nie mogli­śmy sobie wyma­rzyć. Na dzień dobry odpra­wi­li­śmy z kwit­kiem Ruch Cho­rzów w meczu o Super­pu­char Pol­ski. W dru­ży­nie nie było już „Dzie­kana”, więc prze­ją­łem od niego koszulkę z nume­rem 10 i popro­wa­dzi­łem chło­pa­ków do zwy­cię­stwa 3:0. Zosta­łem wybrany naj­lep­szym zawod­ni­kiem spo­tka­nia, a prasa pisała, że jestem już pił­ka­rzem świa­to­wego for­matu. W meczu z Widze­wem Łódź pil­no­wało mnie aż dwóch rywali, a że i tak nie mogli nadą­żyć, po pro­stu na mnie polo­wali. Gdy za któ­rymś razem zosta­łem wycięty równo z trawą, jeden z kibi­ców krzyk­nął z roz­pa­czą: „Zabiją go!”. Spo­koj­nie – mor­do­wać nikt Kosec­kiego nie chciał.

Były też oczy­wi­ście słab­sze mecze, więc gdy w 1/16 finału Pucharu Zdo­byw­ców Pucha­rów tra­fi­li­śmy na Bar­ce­lonę, dzien­ni­ka­rze drżeli, że Kata­loń­czycy nas roz­niosą i będzie wstyd na całą Europę. W szatni też nikt nie ska­kał pod sufit. Każdy miał w pamięci, że sezon wcze­śniej przy­je­chał do War­szawy Bay­ern i poje­chał z Legią sió­demką, a w dodatku Barça bro­niła tro­feum. Tylko tre­ner Kapera nie tra­cił opty­mi­zmu, mówiąc z peł­nym prze­ko­na­niem, że nie ma się co bać, bo Bar­ce­lona gra piach. Ktoś mógłby pomy­śleć, że pozo­stało nam się tylko modlić, żeby Duma Kata­lo­nii nas nie zmiaż­dżyła. Choć wcale nie czu­li­śmy stra­chu, fak­tycz­nie się modli­li­śmy, a nawet zabra­li­śmy do Hisz­pa­nii… księ­dza. Zna­łem bar­dzo dobrze ojca Mariu­sza Zapol­skiego i to ja wpa­dłem na pomysł, że powi­nien zna­leźć się na pokła­dzie samo­lotu do Bar­ce­lony. Oczy­wi­ście dzia­ła­czom CWKS-u się to nie spodo­bało, ale mia­łem po swo­jej stro­nie Kaperę oraz kole­gów z szatni. Gdy puł­kow­nik Zawadzki zaczął wykrzy­ki­wać, żeby­śmy nie robili kome­dii, nadział się na kontrę naszego tre­nera.

– To przede wszyst­kim psy­cho­log, a nie ksiądz. Jeśli ma pan z tym pro­blem, to ja też ni­gdzie nie lecę.

Do mnie rów­nież Zawadzki miał pre­ten­sje:

– Co ty, Kosecki, odwa­lasz z tym księ­dzem?

– Niech się pan zaj­mie swo­imi spra­wami. Zapol­ski z nami leci, dru­żyna go potrze­buje. Zresztą nie będę z panem w ogóle gadał na ten temat, bo szkoda czasu. Pro­szę się nie spóź­nić na samo­lot!

Może zare­ago­wa­łem za ostro, ale cie­szy­łem się na Łazien­kow­skiej dużym sza­cun­kiem. Już wtedy kilka euro­pej­skich klu­bów pytało o Kosec­kiego, a jeśli masz na sprze­daż bry­lant, chro­nisz go, zamiast walić w niego młot­kiem. W sytu­acji z Zapol­skim zagra­łem va banque. Opła­ciło się, posta­wi­li­śmy na swoim. Gdy Mariusz odpra­wił mszę w kaplicy na Camp Nou, Hisz­pa­nie nie wie­dzieli, co się dzieje – przy­la­tuje dru­żyna z kraju, w któ­rym jesz­cze nie­dawno pano­wał komu­nizm. Na doda­tek woj­skowi, a przy­wożą ze sobą księ­dza i modlą się na sta­dio­nie. Nie mie­li­śmy jed­na­ko­wych klu­bo­wych dre­sów, więc wyglą­da­li­śmy w tej kaplicy jak banda tury­stów, a nie pro­fe­sjo­nalna dru­żyna. Pił­ka­rze Bar­ce­lony na pewno myśleli, że dwu­mecz będzie dla nich spa­cer­kiem. Mariusz pod­czas kaza­nia nawią­zał do histo­rii Dawida i Goliata, co do nas tra­fiło.

Bar­dzo poru­szony sło­wami duchow­nego był tre­ner Lucjan Brych­czy, który miał łzy w oczach. Tym­cza­sem Kapera pro­wa­dził psy­cho­lo­giczne gierki. Grzmiał do dzien­ni­ka­rzy, że w przed­se­zo­no­wym meczu ze Sre­de­cem Sofia uznano Bar­ce­lo­nie cztery nie­pra­wi­dłowe bramki i że jest zbul­wer­so­wany postawą arbi­tra. Tre­ner chyba tro­chę oba­wiał się „gospo­dar­skiego” sędzio­wa­nia.

W szatni mówi­li­śmy sobie: „Zapie­przamy od pierw­szej do ostat­niej minuty, niech się z nami męczą”. Nie mam poję­cia, czy to ksiądz Zapol­ski nas tak natchnął, ale zagra­li­śmy świetne spo­tka­nie. Po loso­wa­niu Kapera wysłał do Hisz­pa­nii Pawła Janasa, żeby oglą­dał Bar­ce­lonę z try­bun Camp Nou. „Jano­sik” pięk­nie się opa­lił. Co waż­niej­sze, przy­wiózł infor­ma­cje, że Kata­loń­czy­ków można skon­tro­wać, bo wycho­dzą bar­dzo wysoko. Ta tak­tyka się spraw­dziła.

Przed prze­rwą pro­wa­dze­nie dał nam Andrzej Łatka. Po pro­sto­pa­dłej piłce wyko­rzy­stał to, że Andoni Zubi­zar­reta poszedł na grzyby, minął na spo­koju hisz­pań­skiego bram­ka­rza i z ponad trzy­dzie­stu metrów ude­rzył do pustej bramki. Póź­niej two­rzy­li­śmy kolejne sytu­acje. „Łata” znów sta­nął oko w oko z Zubi­zar­retą, jed­nak tym razem Hisz­pan był górą. Ja też napsu­łem obroń­com Blau­grany krwi. W dru­giej poło­wie pod­wyż­szy­łem na 2:0, ale sędzia odgwiz­dał spa­lo­nego, któ­rego nie było. Pięć minut przed koń­cem Bar­ce­lonę ura­to­wał Ronald Koeman, wyko­rzy­stu­jąc rzut karny. Gdy Kapera zja­wił się na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w swoim swe­terku w sło­niki, dzien­ni­ka­rze powi­tali go bra­wami.

Mie­li­śmy co prawda świa­do­mość, że mogli­śmy wygrać na Camp Nou, ale przed pierw­szym gwizd­kiem bram­kowy remis bra­li­by­śmy w ciemno. Na lot­ni­sku w War­sza­wie cze­kali na nas kibice, któ­rzy nagro­dzili nas bra­wami i wrę­czyli dru­ży­nie kwiaty. Tylko Kapera był nie w sosie, narze­ka­jąc, że Johan Cruyff nawet się z nim nie przy­wi­tał i nie pogra­tu­lo­wał mu remisu.

Przed rewan­żem każdy czuł, że naprawdę możemy wal­nąć uty­tu­ło­waną Bar­ce­lonę. Bilety, które kosz­to­wały dwa razy wię­cej niż na Bay­ern rok wcze­śniej, roze­szły się bły­ska­wicz­nie. W obiegu zna­la­zły się nawet pod­ro­bione wej­ściówki, a sta­dion na Łazien­kow­skiej był pełen ludzi już dwie godziny przed pierw­szym gwizd­kiem.

Kapera wymy­ślił bar­dzo pro­sty plan: od początku sia­damy na nich i gramy otwartą piłkę. Znów mie­li­śmy sytu­acje, ale tym razem trium­fo­wał Cruyff, który przez cały mecz stał przy linii bocz­nej w swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym płasz­czyku. Barça stwo­rzyła dosłow­nie jedną oka­zję i ją wyko­rzy­stała – gol Micha­ela Lau­drupa dał Kata­loń­czy­kom awans. Po meczu Cruyff powie­dział dzien­ni­ka­rzom, że widziałby w skła­dzie Bar­ce­lony takiego zawod­nika jak Kosecki. To nie była czy­sta dyplo­ma­cja – już wcze­śniej sły­sza­łem, że zwró­cił na mnie uwagę. Cho­dziła plotka, że chciał, by Barça zaofe­ro­wała za mnie osiem milio­nów dola­rów. Ni­gdy nie usły­sza­łem jed­nak od dzia­ła­czy Legii o ofi­cjal­nej ofer­cie z Camp Nou.

Pochwały od Holen­dra oczy­wi­ście spra­wiły mi przy­jem­ność, ale wra­ca­jąc ze sta­dionu i tak byłem w pod­łym nastroju po prze­gra­nej. Nie mia­łem poję­cia, że tego dnia czeka mnie jesz­cze jedna nie­miła nie­spo­dzianka. Wysia­da­jąc z windy, zauwa­ży­łem uchy­lone drzwi miesz­ka­nia. Łudzi­łem się jesz­cze, że może to sąsie­dzi, u któ­rych zosta­wi­li­śmy z żoną dzieci. Zapa­li­łem jed­nak świa­tło i pozby­łem się złu­dzeń – miesz­ka­nie wyglą­dało tak, jakby wybu­chła w nim bomba. Totalny bur­del, wszę­dzie poroz­rzu­cane rze­czy… W salo­nie na stole stała nie­do­pita butelka wódki i trzy kie­liszki.

Gdy zło­dzieje skoń­czyli robotę, roz­lali alko­hol i zaczęli oglą­dać mecz Legii z Bar­ce­loną. Absurd. Przy­je­chali mili­cjanci i z miej­sca zabrali się do tro­pie­nia spraw­ców, zaczy­na­jąc od bar­dzo inte­li­gent­nych pytań:

– Nie wie pan, panie Kosecki, kto pana okradł?

– Wiem. Sędzia na Camp Nou, bo nie uznał mi pra­wi­dło­wej bramki. Jak tak ma wyglą­dać wasze śledz­two, to lepiej od razu stąd wyjdź­cie!

W cza­sie gry dla Legii mia­łem jesz­cze jeden nie­przy­jemny incy­dent. Gdy miesz­ka­łem na Pra­dze, czę­sto cho­dzi­łem na bazar Różyc­kiego, żeby zjeść świetne flaczki albo pyzy z mię­sem i wypo­ży­czyć kasety VHS. Nie­raz patrzy­łem z boku, jak miej­scowe cwa­niaczki ogry­wają w karty postron­nych ludzi, sku­biąc ich na kasę. Mecha­nizm zawsze był ten sam: gdy „obcy” zaczy­nał wygry­wać, cwa­niaczki na hasło „bomba” wywra­cali wszyst­kie stoły i spie­przali, krzy­cząc na cały bazar, że jedzie mili­cja, choć oczy­wi­ście żadna nyska nie nad­jeż­dżała. Któ­re­goś dnia karki zaczęły patrzeć na mnie spod byka i szybko zda­łem sobie sprawę, że raczej nie jest to zapro­sze­nie do gry w karty. Oto­czyło mnie kilka osób:

– Koleżko, co tam masz w uchu?

– Kol­czyk. Jakiś pro­blem?

– Zdej­muj to gówno.

– Nie zamie­rzam.

– To ci pomo­żemy.

Z kil­koma naraz radzi­łem sobie na boisku, ale wie­dzia­łem, że na baza­rze to nie przej­dzie i dostanę oklep. Kiedy już na mnie ruszali, ktoś rzu­cił jed­nak: „Zostaw­cie chło­paka, on gra w Legii”. Cwa­niaczki nagle stwier­dzili, że jestem spoko gość i jed­nak nie będą mnie bić. Mia­łem sporo szczę­ścia.

Nie­stety histo­ria z obro­bie­niem mojego miesz­ka­nia nie koń­czy się happy endem. Sprawę szybko umo­rzono, a ja musia­łem sprze­dać polo­neza i kupić sobie malu­cha, żeby wyjść na pro­stą. Całe szczę­ście, że mie­li­śmy z Jadzią pocho­wane dolary w miesz­ka­niu.

Jeśli zasta­na­wia­cie się, jakim cudem gwiazda ligi mogła po takiej akcji wpaść w kło­poty finan­sowe, pamię­taj­cie, że to były zupeł­nie inne czasy. W latach 80. i pierw­szej poło­wie lat 90. orga­ni­za­cyj­nie mocno kulał pra­wie każdy klub, doty­czyło to także Legii. Broń Boże, nie była to wina dzia­ła­czy, bar­dziej sku­tek sytu­acji poli­tycz­nej i tego, że zna­leź­li­śmy się w erze trans­for­ma­cji.

Młodsi kibice mocno by się zdzi­wili, widząc, jak wyglą­dała kie­dyś rze­czy­wi­stość w Legii. Cza­sem tre­no­wa­li­śmy na For­tach Bema w bło­cie po kostki. W zimie ćwi­czy­li­śmy w gru­bych zie­lo­nych spodniach i woj­sko­wych dre­sach. Po sprzęt cho­dziło się do legen­dar­nej maga­zy­nierki, pani Lucyny, z którą nie było dys­ku­sji.

– Skąd ja ci, kurwa, spodenki wezmę?! Dobra, masz tutaj jedne. Jesz­cze Kazek Deyna w nich grał, ale powinny być dobre.

Dok­tor Machow­ski, który przez lata opie­ko­wał się zawod­ni­kami Legii, dwoił się i troił, bo dosta­wał pięć opa­ko­wań żelu Repa­ril na cały rok. Jeź­dził do kościoła po dary dla potrze­bu­ją­cych i brał od księ­dza pre­pa­raty lecz­ni­cze. Nie chcę, żeby­ście ode­brali to w kate­go­riach narze­ka­nia. Nie zna­li­śmy świata, w któ­rym pił­ka­rze mają wszystko pod­sta­wione pod nos, więc gdy usły­szało się wią­zankę od Lucyny, nikt się nie żalił. Wie­dzie­li­śmy, że trzeba zaci­snąć zęby i zapie­przać.

Potra­fi­li­śmy prze­ciw­sta­wić się Bar­ce­lo­nie, a w lidze szło nam jak po gru­dzie. Mie­li­śmy za wąską kadrę. Ktoś zła­pał kartkę, inny wyle­ciał z powodu kon­tu­zji i od razu robił się pro­blem. Cały czas bra­ko­wało kropki nad i, co rodziło sporą fru­stra­cję. Atmos­fera w klu­bie bar­dzo się popsuła. Po tre­ningu każdy od razu wsia­dał do samo­chodu i wra­cał do domu, w szatni poro­biły się grupki. Kibice i dzien­ni­ka­rze jechali z nami coraz moc­niej. Cztery dni po rewan­żo­wym meczu z Bar­ce­loną ogra­li­śmy 1:0 Zawi­szę Byd­goszcz, ale nikt nie ska­kał pod sufit.

Przy­ta­czam frag­ment rela­cji z meczu z „Prze­glądu Spor­to­wego”: „Dziady, dziady! Gdzie jest praw­dziwa Legia? – takimi okrzy­kami kibice żegnali pił­ka­rzy sto­łecz­nej jede­nastki po ich nie­dziel­nym wystę­pie prze­ciwko Zawi­szy. Szczy­tem wszyst­kiego był rajd Kosec­kiego (połą­czony z żon­gler­skimi popi­sami) w kie­runku… wła­snej bramki. Skoń­czyło się na poda­niu piłki Macie­jowi Szczę­snemu”.

Kapera też nie wytrzy­my­wał: „Chciał­bym cho­ciaż raz w życiu zaj­rzeć do głów pił­ka­rzy – co myślą, o co im wła­ści­wie cho­dzi”. Ja sam w roz­mo­wach z dzien­ni­ka­rzami też nie zamie­rza­łem gryźć się w język. „Ludzie na mnie gwiż­dżą, a ja daję z sie­bie wszystko. Cza­sem odno­szę wra­że­nie, że po pro­stu nie znają się na piłce, bo gwiż­dżą nawet wów­czas, gdy wygry­wamy. Wio­sną zamie­rzam udo­wod­nić, że stać mnie na wielką grę. Chcę wyje­chać za gra­nicę” – mówi­łem face­towi z „Piłki Noż­nej”.

Byłem w pod­łym nastroju, a w dodatku mało bra­ko­wało, by pierw­sza część roz­gry­wek zakoń­czyła się wiel­kim skan­da­lem ze mną w roli głów­nej. Wra­ca­jąc z wyjaz­do­wego meczu prze­ciwko Lechowi Poznań, wypi­łem piwo. W War­sza­wie prze­sia­dłem się do swo­jego auta. Ostro grza­łem, gdy nagle przy skrę­cie na Pia­seczno zoba­czy­łem przed sobą cię­ża­rówkę. Od razu dałem po hamul­cach, ścią­łem znak i wal­ną­łem w słup. Choć bolało mnie całe ciało, wysze­dłem z samo­chodu, pró­bu­jąc ochło­nąć i uło­żyć jakiś plan dzia­ła­nia. Zanim jed­nak doszło do mnie, co tak naprawdę się wyda­rzyło, zoba­czy­łem na hory­zon­cie mili­cyjną nyskę. Wie­dzia­łem już, że mam prze­rą­bane. Oczami wyobraźni widzia­łem nagłówki gazet o gwieź­dzie Legii War­szawa, która wsia­dła za kółko pod wpły­wem alko­holu. Tym­cza­sem z nyski wyło­niło się dwóch panów w mun­du­rach i nagle usły­sza­łem:

– A co to się, Romeczku, podziało?

Oka­zało się, że tego dnia służbę miał mój kolega z Kon­stan­cina. Odpo­wie­dzia­łem, że zwy­czaj­nie wpa­dłem w poślizg, i nawet nie dmu­cha­łem w balo­nik. Zamiast mnie zatrzy­mać, mili­cjanci wsa­dzili mnie do nyski i… odho­lo­wali auto do mojego garażu. Życzyli mi powo­dze­nia w następ­nej run­dzie, zasa­lu­to­wali i się zawi­nęli.

– Widzisz, Jadzia – opo­wia­da­łem żonie – są jesz­cze dobrzy ludzie na tym świe­cie. A mówiąc poważ­nie, oczy­wi­ście uwa­żam dziś, że sia­da­jąc za kie­row­nicę po piwie, zacho­wa­łem się jak idiota. Musiało minąć tro­chę czasu, zanim zda­łem sobie sprawę, że nie jestem wiel­kim panem pił­ka­rzem, który może robić, co mu się podoba i nie ponie­sie żad­nych kon­se­kwen­cji. Wtedy nikt z klubu nie dowie­dział się o moim wypadku, ale i tak nie­spe­cjal­nie mnie to pocie­szało.

Skoń­czy­li­śmy sezon na siód­mym miej­scu. Kapera jesz­cze w trak­cie roz­gry­wek uznał, że jego czas na Łazien­kow­skiej dobiegł końca. Czarę gory­czy prze­lała porażka z Olim­pią Poznań. Szko­le­nio­wiec grzmiał po meczu, że mimo 51 lat zagrałby lepiej od nas, a po kilku dniach odszedł. Jak to sam zwykł mawiać, „poszedł w pier­dziut” i tyle go widzie­li­śmy. Sezon w roli pierw­szego tre­nera dokoń­czył Lucjan Brych­czy. Napi­sał on w swo­jej książce, że do zwol­nie­nia Kapery przy­czy­niła się w bar­dzo dużym stop­niu wspo­mniana już grupa Lam­bada, myśląca nie tylko o grze w piłkę. Każdy w szatni wie­dział, że z nie­któ­rymi zawod­ni­kami tre­ner zupeł­nie się nie doga­duje, więc w sło­wach Brych­czego jest zapewne sporo racji.

Jeśli mie­li­śmy jesz­cze jakieś nadzieje na tytuł, roz­wiał je ŁKS Łódź w 26. kolejce. Dwa dni przed tym spo­tka­niem na ślub­nym kobiercu sta­nął Jacek Cyzio. Wia­domo, że na wesele kum­pla trzeba iść, więc zamie­ni­li­śmy koszulki z „elką” na gar­ni­tury i ruszy­li­śmy na par­kiet. Andrze­jowi Łatce naj­wy­raź­niej było mało, bo chyba jako jedyny z zespołu poszedł także na popra­winy, które koń­czyły się kil­ka­na­ście godzin przed pierw­szym gwizd­kiem. Nie­długo po impre­zie zja­wił się na zbiórce w śred­nim sta­nie, ale Brych­czy naj­wy­raź­niej tego nie zauwa­żył i wysta­wił go w pierw­szej jede­na­stce. Jeśli ktoś łudził się jesz­cze, że alko­hol zdą­żył już wypa­ro­wać z orga­ni­zmu Andrzeja, pod koniec meczu „Łata” roz­wiał wąt­pli­wo­ści. Prze­jął piłkę i ruszył na bramkę, tyle że… naszą. Patrzymy po sobie, zasta­na­wia­jąc się, co on wypra­wia?! Zawod­nicy ŁKS-u tak samo. Łatka skła­dał się już do zagra­nia w pole karne Szczę­snego, ale ktoś mu krzyk­nął, że pomy­lił bramki i w ostat­niej chwili się ogar­nął. Jakby tego było mało, póź­niej dzien­ni­ka­rze dali mu naj­wyż­szą notę, a z resztą zespołu strasz­nie poje­chali, bo prze­gra­li­śmy 0:1.

Po porażce z ŁKS-em pro­wa­dzący w tabeli Lech Poznań odsko­czył na pięć punk­tów i dotarło do nas, że tytuł znów zaczyna odjeż­dżać. Na osłodę po raz kolejny został nam Puchar Pol­ski – tym razem w finale bez pro­ble­mów upo­ra­li­śmy się z GKS-em Kato­wice, wygry­wa­jąc 2:0. Mecz trwał co prawda 90 minut, ale nie obyło się bez „dogrywki”. Po koń­co­wym gwizdku nasi kibice pró­bo­wali wbiec na boisko. Do akcji w porę wkro­czyła poli­cja i ich spa­ło­wała.

Mówiło się, że zdo­byty puchar nie do końca spodo­bał się naszym dzia­ła­czom. Po odej­ściu Kapery wypłaty i pre­mie zostały zamro­żone. Klu­bowa kasa świe­ciła pust­kami, a tym­cza­sem za poko­na­nie Gieksy obie­cano nam 300 mln zł. Pora­dzono sobie z tym w naj­prost­szy spo­sób. Zby­szek Kacz­ma­rek prze­szedł do Auxerre, a my mogli­śmy ruszyć po należne nam pie­nią­dze.

Od sezonu 1990/91 tre­ne­rem Legii został Wła­dy­sław Sta­chur­ski, który oczy­ścił atmos­ferę. Cały czas powta­rzał, że jak nie będziemy zapie­przać, tylko balo­wać, skoń­czymy jak „te maly­nowe nosy pod budką nad Wisłą”. Rzą­dził twardą ręką. Zamiast krzy­czeć na zawod­ni­ków, wolał na nas gwiz­dać, ale deli­kat­nie dali­śmy mu do zro­zu­mie­nia, że pogwiz­dy­wać to on sobie może na dziew­czyny, a nie na pił­ka­rzy. Asy­stent Sta­chur­skiego, Ryszard Kosiń­ski, ostro jechał:

– Kosa, zapie­przaj do tyłu! Trzeba się wró­cić!

– Ja? A myśli pan, że w Argen­ty­nie taki Canig­gia wraca do obrony?

– Nie, ale Canig­gia strzela po 20 goli w sezo­nie, a ty nie, więc ruszaj dupę!

Przed sezo­nem 1990/91 powie­dzie­li­śmy sobie, że celem numer jeden jest poka­za­nie się w euro­pej­skich pucha­rach. Kie­row­nic­two klubu chciało zała­twić Sta­chur­skiemu nowych zawod­ni­ków i pewien gene­rał z War­szaw­skiego Okręgu Woj­sko­wego wpadł na idio­tyczny pomysł, o czym opo­wia­dał Lucjan Brych­czy. Otóż pan gene­rał wymy­ślił sobie, że trzeba testo­wać pod kątem gry na Łazien­kow­skiej żoł­nie­rzy: 50 kilo­me­trów biegu z cięż­kim ple­ca­kiem, finisz w masce prze­ciw­ga­zo­wej. Ten geniusz tłu­ma­czył, że jeśli ktoś przej­dzie taki test, można go brać do zespołu, bo prze­cież piłka nożna to bie­ga­nie. Na szczę­ście Sta­chur­ski miał swój rozum i wyśmiał ten pomysł.

W Pucha­rze Zdo­byw­ców Pucha­rów zaczę­li­śmy od pyk­nię­cia luk­sem­bur­skich prze­bie­rań­ców ze Swi­ftu Hespe­range. Naj­pierw powieź­li­śmy ich na Łazien­kow­skiej. Potem przy­je­cha­li­śmy na ich malutki sta­dio­nik, na któ­rym atmos­fera przy­po­mi­nała nie­dzielny pik­nik. Dwa razy ogra­li­śmy ich 3:0. Na szczę­ście to nie były jesz­cze czasy, w któ­rych Legia męczy się z zespo­łem z Gibral­taru albo kom­pro­mi­tuje się z jakimś Dude­lange, a póź­niej pseu­do­ek­sperci trą­bią w pięk­nych stu­diach TV, że dzi­siaj nie ma już sła­bych dru­żyn. W latach 90. Legia nie miała prawa męczyć się w Luk­sem­burgu i się nie męczyła.

Wie­dzie­li­śmy, że ze szkoc­kim Aber­deen, które na nas cze­kało, nie będzie już prze­le­wek. Sztab szko­le­niowy zała­twił nagra­nia VHS z meczami rywala, ale oka­zało się, że w klu­bie nie ma magne­to­widu. Na szczę­ście do akcji wkro­czył kie­row­nik Boguś Łobacz, który poży­czył od zna­jo­mego odtwa­rzacz oraz kolo­rowy tele­wi­zor. Kosiń­ski przy­go­to­wał ana­lizę prze­ciw­nika i pod­po­wie­dział, że Aber­deen ma sto­pera, który nie potrafi grać lewą nogą. Tym­cza­sem facet tą lewą nogą rzu­cił kilka piłek na sześć­dzie­siąt metrów co do cen­ty­me­tra – taka to była ana­liza. Zresztą od początku mówi­łem, że zamiast oglą­dać Wyspia­rzy na wideo, lepiej wysłać im pocztą kilka kaset z meczami Legii, żeby zoba­czyli, jak faj­nie gramy w piłkę.

Tego, co przy­go­to­wali dla nas Szkoci, nie mogli­śmy obej­rzeć w żad­nym mate­riale. W szatni mówi­łem do chło­pa­ków, że idziemy na wojnę. Ze sta­dionu docho­dziły już okrzyki kibi­ców i dźwięki dud. Gdy wyszli­śmy na murawę, zro­biła się taka wrzawa, że nie mogli­śmy wymie­nić kilku zdań, bo jeden nie sły­szał dru­giego. Przed try­bu­nami stały bandy rekla­mowe zro­bione z cien­kiej bla­chy. Przy każ­dym uda­nym zagra­niu swo­ich pił­ka­rzy Szkoci walili w nie pię­ściami. To była praw­dziwa bitwa, co chwilę trzesz­czały kości. Już w pierw­szym kwa­dran­sie szkoccy drwale zała­twili w powietrz­nym poje­dynku Leszka Pisza. „Pisz­czyk” dostał potężną bombę, po któ­rej przez kilka minut leżał na mura­wie, nie dając oznak życia. Mimo cięż­kiego nokautu Leszek pod­niósł się z desek i pró­bo­wał wal­czyć, ale nie do końca chyba się już orien­to­wał, gdzie jest. Zro­biło się poważ­nie. Szybko zapa­dła decy­zja, że Pisz jedzie do szpi­tala. Dia­gnoza: wstrzą­śnie­nie mózgu. Boguś Łobacz opo­wia­dał póź­niej, że gdy poje­chał odwie­dzić Pisza, Leszek wyglą­dał, jakby zde­rzył się z pocią­giem pospiesz­nym – na fio­le­to­wej twa­rzy trudno było wska­zać, gdzie jest nos, a gdzie oko.

Maciek Szczę­sny bły­snął kilka razy w bramce i dzięki temu wywieź­li­śmy z pola bitwy cenne 0:0. Naj­bar­dziej byłem dumny nie tyle z samego wyniku, ile z tego, że nie pękli­śmy. W rewanżu Aber­deen zała­twił Krzy­siek Iwa­nicki, który pod koniec meczu wsa­dził bram­ka­rzowi gola lobem.

Jesz­cze przed prze­rwą zimową dołą­czył do nas Woj­tek Kowal­czyk, który wszedł do szatni Legii razem z drzwiami. Kiedy zoba­czy­łem go w pierw­szej gierce wewnętrz­nej, od razu się zorien­to­wa­łem, że chło­pak ma w sobie to coś. Był pewny sie­bie, a jed­no­cze­śnie słu­chał moich rad i rozu­miał, czym jest hie­rar­chia. Opo­wia­dał, że oglą­dał moją grę z try­bun Żylety. Wie­dzia­łem już, że żegnam się z Łazien­kow­ską i trak­to­wa­łem „Kowala” jako swo­jego następcę. Sym­bo­liczne prze­ka­za­nie pałeczki nastą­piło w ostat­nim meczu jesieni, z Zagłę­biem Wał­brzych w Pucha­rze Pol­ski. Wygra­li­śmy 3:1, a Woj­tek zdo­był debiu­tancką bramkę po moim poda­niu. Gdy nasz auto­kar obrał kurs na War­szawę, roz­po­czął się bal. „Kowal” sie­dział grzecz­nie z przodu, ale kiedy zawo­ła­li­śmy mło­dego, żeby wypił z nami piwko po swoim pierw­szym golu, ruszył jak po swoje. Tre­ne­rzy uda­wali, że nic nie widzą i nie sły­szą, w końcu kolejny mecz mie­li­śmy roze­grać dopiero za trzy i pół mie­siąca. Cóż, podróż była bar­dzo wesoła…

Nie­długo póź­niej, już jako pił­karz Gala­ta­sa­ray, przy­le­cia­łem do War­szawy przy oka­zji meczu kadry i zor­ga­ni­zo­wa­łem imprezę poże­gnalną w klu­bie Remont. Legia już beze mnie wyeli­mi­no­wała Samp­do­rię Genua, więc w ramach gra­tu­la­cji dałem każ­demu z chło­pa­ków złoty łań­cu­szek z gra­werką. Wzią­łem mikro­fon do ręki i powie­dzia­łem, że na Łazien­kow­skiej nad­cho­dzi czas „Kowala”. Kocha­łem Legię, ale wie­dzia­łem, że zosta­wiam dru­żynę w dobrych rękach. Mogłem ze spo­kojną głową i siatką pełną pie­nię­dzy wró­cić nad Bos­for.