Kordian - Juliusz Słowacki - darmowy ebook + audiobook

Kordian ebook i audiobook

Juliusz Słowacki

3,0

Opis

Kordian” Juliusza Słowackiego to jeden z trzech wielkich dramatów romantycznych. Dostępny teraz w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Dramat jest pierwszą częścią nigdy nieukończonej przez Słowackiego trylogii. Ta część nosi podtytuł spisku koronacyjnego. Skupia się ona na młodzieńczych latach Kordiana i dorastaniu do decyzji o przeprowadzeniu zamachu na cara Rosji.

 

W wieku piętnastu lat nieszczęśliwie zakochany Kordian próbuje popełnić samobójstwo. Później pogrążony w smutku podróżuje po Europie zdając sobie sprawę jak mało obchodzą europejczyków losy Polski. W przełomowej scenie na szczycie Mount Blanc Kordian wyznacza sobie nowy cel w życiu. Chce on teraz stworzyć spisek i doprowadzić do zabójstwa cara.

 

Kordian” posłużył Słowackiemu do krytyki powstania listopadowego oraz polemiki z Mickiewiczem. Poeta dostrzega żarliwość polskich powstańców, jednak wskazuje na istotne czynniki, które jego zdaniem, zaważył na klęsce. Daje jasno do zrozumienia, że brak jedności w społeczeństwie był jedną z głównych przyczyn upadku.

 

Kordian jest bohaterem tragicznym. Nieszczęśliwie zakochany tuła się po świecie, następnie decyduje się na heroiczne poświęcenie, aby wyzwolić swoich rodaków. W kulminacyjnym punkcie rezygnuje pod naporem obaw i strachu pogrążając się w hańbie. Jego życie w dramacie określają dwie śmierci. Pierwsza, samobójcza, nieudana. I druga, która ma nastąpić.

 

Słowacki na swój sposób rozlicza się z traumą po powstaniu listopadowym. Próbuje wskazywać winnych porażki. Jego dramat obok "Dziadów cz. III" Adama Mickiewicza i “Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego jest jednym z najciekawszych przykładów polskiego romantyzmu.  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 113

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 14 min

Lektor:

Oceny
3,0 (82 oceny)
15
15
25
11
16
Sortuj według:
natali_enka

Z braku laku…

4/10
00
AnnSalander

Całkiem niezła

Dlaczego polskie lektury muszą być tak strasznie marne?
00
deva358

Nie oderwiesz się od lektury

Nie dla każdego.
00
szszsz

Nie polecam

Czytałam to jakieś 10 lat temu i dalej nie rozumiem o co chodziło w tym lataniu na chmurach
01

Popularność




Ju­liusz Sło­wac­ki

Kor­dian

Część pierw­sza try­lo­gii

Spi­sek ko­ro­na­cyj­ny

Kor­dian

Część pierw­sza try­lo­gii

Spi­sek ko­ro­na­cyj­ny

Więc bę­dę śpie­wał i dą­żył do kre­su;  
Oży­wię ogień, je­śli jest w iskier­ce.  
Tak Egip­cja­nin w li­ście z alo­esu  
Ob­wi­ja zwię­dłe umar­łe­go ser­ce;  
Na li­ściu pi­sze zmar­twych­wsta­nia sło­wa;  
Cho­ciaż w tym li­ściu ser­ce nie oży­je,  
Lecz od ze­psu­cia wiecz­nie się za­cho­wa,  
W proch nie roz­sy­pie… Go­dzi­na wy­bi­je,  
Kie­dy myśl sło­wa ta­jem­ną od­gad­nie,  

PRZY­GO­TO­WA­NIE

Ro­ku 1799 dnia 31 grud­nia w no­cy
Cha­ta sław­ne­go nie­gdyś czar­no­księż­ni­ka Twar­dow­skie­go w gó­rach Kar­pac­kich – przy cha­cie ob­szer­ny dzie­dzi­niec – da­lej ska­ły – w do­le bez­list­ne bu­ko­we la­sy. Ciem­ność prze­rwa­na bły­ska­wi­ca­mi
Cza­row­ni­ca cze­sze wło­sy i śpie­wa…

CZA­ROW­NI­CA

Z gwiazd obłą­ka­nych,  
Z wło­sów cze­sa­nych  
Iskry pa­da­ją  
Jak z pol­skiej sza­bli;  
Wi­dzą je dia­bli,  
Od­po­wia­da­ją  
Bły­ska­mi chmur.  
Le­cą – świst piór  
Bu­ki ugi­na.  
Sza­tan zla­tu­je w po­sta­ci pięk­ne­go anio­ła

SZA­TAN

Ha, cza­row­ni­co! czy bi­ła go­dzi­na?  

CZA­ROW­NI­CA

Któ­ra?  

SZA­TAN

Go­dzi­na, któ­rej ża­den czło­wiek  
Dwa ra­zy w ży­ciu nie sły­szy[1].  

CZA­ROW­NI­CA

Ude­rzy  
Za dzie­sią­tym mgnie­niem po­wiek  
Z ba­bi­loń­skiej lu­dów wie­ży.  
A gdy bić bę­dzie, choć głu­cha, usły­szę.  
Lecz gdzież są, pa­nie, twoi to­wa­rzy­sze?  
Le­ni­wo śpie­szą z błę­ki­tu pod­nie­bień;  
Żółw, z któ­re­go to zgrze­bło uto­czył mi to­karz[2]
Prę­dzej cho­dził…  

SZA­TAN

To zgrze­bło, po­każ mi je – po­każ!…  
Łzy mi pły­ną… po­zna­ję Twar­dow­skie­go grze­bień,  
On mię zgrze­błem tym cze­sał, gdy w psa wla­zł­szy skó­rę  
U nóg mu się ła­si­łem. Odejdź, mo­ja pa­ni;  
Go­ście spro­sze­ni zle­cą się na Ły­są Gó­rę.  
Cza­row­ni­ca od­cho­dzi
Sza­tan wo­ła:
Sza­ta­ni!  
Bły­ska dzie­sięć ra­zy i dzie­sięć ty­się­cy sza­ta­nów spa­da
Spadł z nie­ba deszcz sza­ta­nów, niech zie­mię po­le­wa;  
Je­śli jesz­cze na zie­mi są edeń­skie drze­wa,  
Niech ro­sną, to je­sie­nią czło­wiek owoc zbie­rze…  
Sia­daj­cie! cóż mię­dzy wa­mi  
Nie wi­dać Me­fi­sto­fe­la?  

ASTA­ROTH

Za­szedł na grób przy­ja­cie­la.  
Na gro­bie Twar­dow­skie­go od­ma­wia pa­cie­rze.  

SZA­TAN

Ta­ki się te­raz zro­bił czu­ły i po­boż­ny  
Jak po­eta… Lecz księ­życ za­bły­snął dwu­roż­ny,  
Czas przy­stą­pić do dzie­ła…  

DIA­BLI

Co nam król roz­ka­że?  

SZA­TAN

Obej­rzeć trze­ba ko­ła w wie­ko­wym ze­ga­rze,  
Krwią dzie­cię­cia na­ma­ścić gwich­ty[3] i sprę­ży­ny;  
Niech nam bi­je wy­raź­nie la­ta, dnie, go­dzi­ny.  
Przy­nie­ście go, po­staw­cie… Co? czy nie ze­psu­ty?  

ASTA­ROTH

Wszyst­kie ko­ła, wszyst­kie dru­ty  
Ca­łe, rdza wie­ków nie tra­wi;  
Go­dzin­nik z ho­stii, co dła­wi[4],  
Po nim żą­dło Le­wia­ta­na[5]
Przez wie­ki wie­ków się to­czy,  
Na dnie wska­zu­je ząb smo­czy,  
Na go­dzi­ny żą­dło osy;  
I do­tąd trwa nie­prze­rwa­na  
Wło­sień si­wa z kós[6] sza­ta­na,  
Któ­re­mu zbie­la­ły wło­sy  
Od stra­chu, gdy grom z ob­ło­ku…  
Pa­mię­ta­cie?.. A sprę­ży­na  
Z oj­czy­zny Tel­la, Kal­wi­na,  
Na ludz­kim wsa­dzo­na oku,  
Cho­dzi jak na dy­ja­men­cie  
W ko­łek i sprę­żyn za­mę­cie  
Za­mknię­ta grzesz­ni­ka du­sza,  
Ku­rant[7] po ku­ran­cie ją­ka.  
No­ga kos­sa­cza pa­ją­ka[8]
Wszyst­kie sprę­ży­ny po­ru­sza  
Jak wa­ha­dło…  

SZA­TAN

Dość opi­sów.  
Ge­hen­no, Asta­ro­cie, naj­strasz­liw­si z bi­sów,  
Jak ase­so­ry[9] są­du, gdy ze­gar bić za­cznie,  
Licz­cie wie­ki, dnie, la­ta…  
Ze­gar bi­je, sza­ta­ni li­czą
Świe­cie! świe­cie! świe­cie!  
Wąż wiecz­no­ści łu­ska­mi w okrąg cie­bie gnie­cie,  
Zę­bem za­tru­tym bo­ki ogry­za nie­znacz­nie;  
I wie­ki mrą nad to­bą, za­sy­pu­jąc py­łem  
Umar­łych pa­mią­tek.  
Ja wi­dzia­łem twój po­czą­tek.  
Ta garść gli­ny, po­wie­trzem opa­sa­na zgni­łem,  
Ten trup cha­osu, w trum­nie za­mknię­ty błę­ki­tów,  
Stra­wio­ny zgni­li­zną cza­sów,  
Okrył się rdza­mi krusz­ców i ko­ścią gra­ni­tów,  
Po­rósł mchem kwia­tów i la­sów;  
Po­tem wy­dał ro­ba­ki, co mu ło­no to­czą  
I my­ślą.  
Bia­da im! je­śli ma­rzeń zie­mią nie okry­ślą,  
Ko­łem wi­dze­nia – bia­da, je­śli je prze­kro­czą…  

GE­HEN­NA

Kró­lu, wiek dzie­więt­na­sty ude­rzył.  

SZA­TAN

Asta­roth  
Niech li­czy la­ta; mo­że ten, co za ob­ło­kiem  
Gro­my ci­ska, chcąc wes­przeć ja­ki ziem­ski na­ród,  
Mo­że wiek któ­ry lu­dziom skró­cił jed­nym ro­kiem,  
Mo­że ukradł sza­ta­nom dzień je­den, go­dzi­nę;  
Więc się o nią upo­mnę u Bo­ga  
Lub bun­tow­ną cho­rą­giew roz­wi­nę.  
We mnie i w przy­ro­dze­niu zgwał­co­nym ma wro­ga.  

ASTA­ROTH

Ty­siąc ośm­set lat wy­bi­ło.  

SZA­TAN

Więc się ko­ło tor­tu­ry ca­łe ob­ró­ci­ło?  
Każ­dy ząb jej roz­dzie­ra, każ­da szru­ba ci­śnie.  
Te­raz, gdy nie­bo za­bły­śnie,  
Bły­ska­wi­ca trwa dłu­żej niż te wszyst­kie la­ta,  
Zbie­głe mę­czar­nią dla świa­ta;  
A każ­dy rok jak śli­mak su­nął się le­ni­wo  
Dla nę­dza­rzy, dla głu­pich ko­chan­ków na­dziei;  
A gdy śli­ną osre­brzył ślad zbie­głej ko­lei,  
Śli­zgał się po niej czło­wiek pa­miąt­ką prze­rżchli­wą[10].  
Obłą­ka­ni w prze­szło­ści że­gla­rze  
Bra­li imię dzie­jo­pi­sów;  
Sztu­ką ich by­ło pi­sać wiel­kie ka­len­da­rze,  
Peł­ne kró­lew­skich imion i dat, i na­pi­sów.  
In­ni my­ślą ści­ga­li treść my­śli,  
Fi­lo­zo­fy – głę­bo­ko my­śle­li,  
Aż nad ciem­ną prze­pa­ścią za­wi­śli,  
Obu­dzi­li się, w prze­paść spoj­rze­li  
I za­wo­ła­li: «Ciem­no! ciem­no! ciem­no!»  
To ho­san­na dla nas sza­ta­nów,  
To śpiew na­szych ko­ściel­nych or­ga­nów;  
Kto my­ślał przez go­dzi­nę, jest lub bę­dzie ze mną.  
Wiek, co przyj­dzie, ucie­szy sza­ta­ny.  
Me­fi­sto­fel wcho­dzi

ME­FI­STO­FEL

Nasz sza­tan pro­ro­ku­je w cu­do­twor­nym stro­ju,  
Ma płaszcz ca­ły Wol­te­ra[11] dzie­ła­mi ła­ta­ny  
I pió­ro gę­sie Rus­sa[12] ster­czy na za­wo­ju.  

SZA­TAN

Me­fi­sto­fe­lu, przy­szła do dzia­ła­nia po­ra,  
Wy­bierz ja­ką igrasz­kę wśród ziem­skiej cze­re­dy.  
Już nie znaj­dziesz ci­che­go wśród Niem­ców dok­to­ra[13],  
Po szwaj­car­skich się gó­rach nie snu­ją Man­fre­dy[14]
I mni­chy dłu­gim po­stem po ce­lach nie chud­ną.  
Więc obłą­kaj ja­kie­go żoł­nie­rza.  

ME­FI­STO­FEL

Trud­no!…  
Żoł­nierz to ry­ba, któ­ra krucz­kom nie do­wie­rza  
I ma roz­są­dek zdro­wy, przy ta­kiej la­tar­ni  
Oba­czy ku­rzą no­gę dia­bła ku­si­cie­la.  

SZA­TAN

Sa­miż tyl­ko ry­ce­rze uj­dą nam bez­kar­ni[15]?  
Słu­chaj! wśród na­ro­dów wie­la  
Jed­ne­mu się lu­do­wi dzień ogrom­ny zbli­ża.  
Idź tam, je­go ry­ce­rze no­szą krzy­we sza­ble  
Ja­ko księ­życ dwu­roż­ny, ja­ko ro­gi dia­ble;  
I rę­ko­jeść tych kor­dów nie ma kształ­tu krzy­ża.  
Po­móż im – oni ma­ją wal­kę roz­po­czy­nać  
Ta­ką, ja­ką­śmy nie­gdyś z pa­nem nie­bios wie­dli.  
Oni się bę­dą mo­dlić, za­bi­jać, prze­kli­nać.  
Oni na oj­ców mo­gi­łach usie­dli  
I my­ślą o ze­msty go­dzi­nie.  
Ten na­ród się pod­nie­sie, zwy­cię­ży i zgi­nie;  
Mie­cze na wro­gach po­ła­mie,  
A po­tem wro­ga my­ślą za­bi­je,  
Bo myśl je­go ogni­ste ma ra­mię,  
Ona jak po­wróz wro­gi uwią­że za szy­je  
I zwią­za­nych po­sta­wi na ta­kim prę­gie­rzu,  
Że wszyst­kie lu­dy wzro­kiem do­się­gną i plwa­niem[16].  

ME­FI­STO­FEL

Kró­lu, nie­chaj po­szu­kam w dia­bel­skim psał­te­rzu  
Mo­dli­twy na dzień, co się zo­wie zmar­twych­wsta­niem;  
Zmó­wię ją za ów na­ród… Dziś pierw­szy dzień wie­ku,  
Dziś ma­my pra­wo stwa­rzać kró­lów i nę­dza­rzy  
Na ca­łą rze­kę stu­let­nie­go cie­ku.  
Więc te­mu na­ro­do­wi stwórz­my dy­gni­ta­rzy,  
Aby ni­mi za­py­chał każ­dą rzą­du dziu­rę.  
A gdy wzro­śnie ich po­tę­ga,  
Ten na­ród, jak pięk­na księ­ga,  
W sta­rą opra­wio­na skó­rę,  
Par­ga­mi­no­wym[17] świe­cić bę­dzie czo­łem.  

SZA­TAN

Do­bra ra­da, stań­cie ko­łem,  
Stwa­rzaj­my lu­dzi do rzą­du.  
Za­wo­łaj­cie cza­row­ni­cy…  
Sza­tan da­je roz­ka­zy, dia­bli pra­cu­ją
Ży­wio­ły zie­mi i lą­du,  
W at­mos­fe­ro­wej szklen­ni­cy[18]
Za­mknię­te i w je­den zla­ne,  
Przez che­mi­ków po­ła­ma­ne;  
Kwa­so­ro­dy, gaz wę­glo­wy  
Zle­wam w ko­cioł pla­ty­no­wy;  
Dmij­cie, du­chy!…  
Gro­my bi­ją w ko­cioł
W ży­wioł zie­mi  
Do­rzu­cić szpi­lek Ka­pra­la  
Z głów­ka­mi la­ku, któ­re­mi  
Kre­śli pla­ny, kró­lów zwa­la,  
Szpi­lek czter­dzie­ście ty­się­cy  
Rzuć­cie w ko­cioł…  

SZA­TAN

I nic wię­céj[19]?  

SZA­TAN

Nic…  

DIA­BLI

Coś z ro­zu­mu Ka­pra­la?…  

SZA­TAN

Nic.  

DIA­BLI

Skoń­czo­ny.  

SZA­TAN

Nie­chaj le­ci!  
Gro­my bi­ją, duch ula­tu­je
Sta­ry – jak­by oj­ciec dzie­ci,  
Nie do bo­ju, nie do tru­du;  
Daj­my mu na po­śmie­wi­sko  
Sprzecz­ne z na­tu­rą na­zwi­sko,  
Na­zwij­my od sło­wa lu­du,  
Kmie­ciów, czy­li nędz­nych chło­pów[20].  
Te­raz, jak z nie­bie­skich stro­pów,  
Rzuć­cie wo­dza lu­dziom bied­nym.  

DIA­BLI

Pa­nie! czy skoń­czysz na jed­nym?  

SZA­TAN

Wrzu­cić do ko­tła dy­ja­ment,  
Dy­ja­ment w ogniu top­nie­je;  
Wy­lać se­kret­ny atra­ment  
Z Tal­ley­ran­da[21] ka­ła­ma­rza,  
Co w nie­wi­dzial­ność bled­nie­je  
Od oku­la­rów roz­sąd­ku…  
I dąć w ko­cioł… w ko­tła wrząt­ku  
Oba­cze­my, co się stwa­rza.  

DIA­BLI

Już go­to­wy! mi­mo cza­ry  
Wy­szedł ja­kiś czło­wiek god­ny,  
Złe w tym ko­tle by­ły wa­ry,  
Płyn za rzad­ki lub za chłod­ny.  

SZA­TAN

To nic – to nic! ta­kich trze­ba  
Bied­nym lu­dziom rzu­cać z nie­ba;  
Bę­dą przed nim giąć ko­la­na,  
Jest to sta­ra twarz Rzy­mia­na,  
Na pie­nią­dzu wpół za­tar­ta.  
Daj­my mu na po­śmie­wi­sko  
Sprzecz­ne z na­tu­rą na­zwi­sko;  
Ochrzcij­my imie­niem Czar­ta[22].  
Te­raz puść­cie! nie­chaj le­ci!  

DIA­BLI

Lep­szy bę­dzie czło­wiek trze­ci.  

SZA­TAN

Te­raz z kon­ste­la­cji ra­ka  
Odła­mać oczy i no­gi,  
Do­dać ko­gu­cie ostro­gi  
I z trwoż­li­we­go śli­ma­ka  
Ode­rwa­ne przed­nie ro­gi…  
Cóż tam w ko­tle?  

DIA­BLI

Ktoś z ry­ce­rzy.  

SZA­TAN

Wódz! cho­dem ra­ka prze­wi­ni,  
Jak śli­mak ro­giem ude­rzy,  
Spro­bu­je – i do sko­ru­py  
Scho­wa ro­gi, i do skrzy­ni  
Miej­skiej znie­sie pla­nów tru­py[23],  
Cze­ka­jąc, aż kur za­pie­je.  
Rzu­cić w ko­cioł La­chów dzie­je,  
Słow­nik ry­mo­wych koń­có­wek;  
Mi­li­jon dru­kar­skich czcio­nek,  
Sen­ne­go ma­ku trzy głó­wek.  
Coż tam?  

DIA­BLI

Sta­rzec, jak skow­ro­nek,  
Za­sty­gły pod wspo­mnień bry­łą[24],  
Na pół za­sty­głą, prze­gni­łą.  
Po­eta – ry­cerz – sta­rzec – nic,  
Dzie­wię­ciu Fe­ba suł­ta­nic[25]
Eu­nuch…  

SZA­TAN

Przy­śpie­szaj­my dzie­ła,  
Bo z tam­tej kra­kow­skiej wie­ży  
Sły­szę dzwon ran­nych pa­cie­rzy;  
W po­wie­trzu się roz­pły­nę­ła  
Woń ka­dzi­deł ka­te­dral­nych.  

CZA­ROW­NI­CA

Prze­klę­te wa­sze dzie­ło! Wi­cher dia­blej mo­wy  

PRO­LOG

PIERW­SZA OSO­BA PRO­LO­GU

Bo­że! ze­szlij na lud twój, wy­nisz­czo­ny bo­jem,  
Sen ci­chy, sen prze­spa­ny, z po­ciech ja­snym zdro­jem;  
Nie­chaj wid­mo roz­pa­czy we śnie go nie drę­czy.  
Roz­wieś nad nim ko­ta­rę z rąb­ka nie­bios tę­czy,  
Niech się we łzach nie bu­dzi przed dniem zmar­twych­wsta­nia;  
A mnie daj łzy ogrom­ne i mę­ki nie­spa­nia,  
Po mę­kach wręcz mi trą­bę sąd­ne­go anio­ła;  
A ko­go przed tron Bo­ga ta trą­ba za­wo­ła,  
Nie­chaj sta­nie przed To­bą. Daj mi si­łę, Bo­że,  
A ko­mu pa­lec prze­kleństw na czo­ło po­ło­żę,  
Niech no­si znak na czo­le… Po­zwól, Pa­nie, tu­szyć[32],  
Że sło­wem zdo­łam ciel­ce zło­te giąć i kru­szyć…  
Z brą­zu wznio­sę po­są­gi, gdzie po­kru­szę gip­sy.  
A kto ja je­stem? – Je­stem duch Apo­ka­lip­sy –  
Ob­róć­cie ku mnie oczu za­mglo­nych i twa­rzy…  
Oto sto­ję wśród sied­miu zło­ci­stych lich­ta­rzy  
Po­dob­ny do czło­wie­ka… sza­ta w dłu­gość szczo­dra  
Spły­wa do stóp; pas zło­ty prze­wią­zał mi bio­dra,  
Gło­wę kry­je włos bia­ły, jak śnie­gi, jak weł­na;  
Z oczu skra le­ci ogniów dy­ja­men­tu peł­na,  
No­gi mam jak miedź świe­żym ogni­skiem czer­wo­na,  
Głos hu­czy ja­ko wo­da wez­bra­niem sza­lo­na,  
W rę­ku sie­dem gwiazd nio­sę, a z ust mi wy­try­ska  
Miecz ostry obo­siecz­ny, a twarz mo­ja bły­ska  
Jak słoń­ce w ca­łej mo­cy wy­świe­co­ne ko­łem.  
A gdy przede mną na twarz upad­nie­cie czo­łem,  
Po­wiem wam: «Je­stem pierw­szy… i ostat­nim bę­dę…»  

DRU­GA OSO­BA PRO­LO­GU

Ja wam za­pał po­ety na ni­ci roz­przę­dę,  
Wy śmiej­cie się z za­pa­łu me­go to­wa­rzy­sza…  
Kto on? – do tu­rec­kie­go po­dob­ny der­wi­sza;  
Owe sie­dem lich­ta­rzy, jest to sie­dem gro­dów,  
Stoi wśród sied­miu zło­tem na­la­nych na­ro­dów,  
Wy­gna­niec. – A włos czar­ny w si­wość mu za­mie­nia  
Nie wiek, ale zgry­zo­ta… W oczach blask na­tchnie­nia,  
W rę­ku gwiaz­dy… to my­śli, z któ­rych ja­sność dnio­wa;  
Miecz w ustach obo­siecz­ny, jest to szty­let sło­wa,  
Któ­rym za­bi­ja lu­dzi głu­pich… al­bo wro­gów.  

TRZE­CIA OSO­BA PRO­LO­GU

Zwa­śnio­nych obu spę­dzam ze sce­nicz­nych pro­gów.  

CZĘŚĆ PIERW­SZA

AKT PIERW­SZY

SCE­NA I

Kor­dian, mło­dy 15-let­ni chło­piec, le­ży pod wiel­ką li­pą na wiej­skim dzie­dziń­cu, Grze­gorz, sta­ry słu­ga, nie­co opo­dal czy­ści broń my­śliw­ską. Z jed­nej stro­ny wi­dać dóm wiej­ski, z dru­giej ogród… za ogro­dze­niem dzie­dziń­ca staw, po­la – i la­sy so­sno­we

KOR­DIAN

za­du­ma­ny
Za­bił się – mło­dy… Zra­zu ja­kaś trwo­ga  
Kła­dła mi w usta po­tę­pie­nie czy­nu,  
By­ła to dla mnie po­sęp­na prze­stro­ga,  
Abym wnet ga­sił my­śli za­pa­lo­ne;  
Dziś gar­dzę głu­pią ostroż­no­ścią gmi­nu,  
Gar­dzę prze­stro­gą, za­pa­lam się, pło­nę,  
Jak kwiat li­ścia­mi w nie­bo otwar­te­mi  
Chwy­tam po­wie­trze, po­że­ram wra­że­nia.  
Myśl Bo­ga z two­rów wy­czy­tu­ję zie­mi  
I gła­zy py­tam o iskrę pło­mie­nia.  
Ten staw od­bi­te nie­bo w so­bie czu­je  
I my­śli nie­ba błę­ki­tem.  
Ta ci­cha je­sień, co drzew trzę­sie szczy­tem,  
Co na drze­wach li­ście tru­je  
I ró­żom roz­wie­wa czo­ła,  
Po­dob­na do śmier­ci anio­ła,  
Ci­che wy­rze­kła sło­wa do drzew: Giń­cie drze­wa!  
Zwię­dły – opa­dły.  
Myśl śmier­ci z przy­ro­dze­nia w du­szę się prze­le­wa;  
Po­sęp­ny, tę­sk­ny, po­bla­dły,  
Pa­trzę na kwia­tów sko­na­nie  
I zda­je mi się, że mię wiatr roz­wie­wa.  
Ci­cho. Sły­szę po łą­kach trzód błęd­nych wo­ła­nie.  
Idą trzo­dy po tra­wie chrzęsz­czą­cej od szro­nu  
I ob­ra­ca­ją gło­wy na nie­bo po­bla­dłe,  
Jak­by py­ta­ły nie­ba: «Gdzie kwia­ty opa­dłe?  
Gdzie są kwit­ną­ce ma­ki po wstę­gach za­go­nu?»  
Ci­cho, od­lud­nie, zim­no… Z wiej­skie­go ko­ścio­ła  
Dzwon wie­czor­nych pa­cie­rzy dźwię­kiem szklan­nym bi­je,  
Ze skrze­płych traw mo­dli­twy żad­nej nie wy­wo­ła,  
Zie­mia się mo­dlić bę­dzie, gdy słoń­cem oży­je…  
Otom ja sam, jak drze­wo zwa­rzo­ne od ki­ści,  
Sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwię­dłych li­ści;  
Ile­kroć wiatr sil­niej­szy wio­nie, zry­wa tłu­my.  
Ce­lem uczuć – zwięd­nie­nie; gło­sem uczuć – szu­my  
Bez har­mo­nii wy­ra­zów… Niech grom we mnie wa­li!  
Niech w tłu­mie my­śli ja­ką myśl wiel­ką za­pa­li…  
Bo­że! zdejm z me­go ser­ca ja­skół­czy nie­po­kój,  
Daj ży­ciu du­szę i cel du­szy wy­pro­ro­kuj…  
Jed­ną myśl wiel­ką roz­nieć, nie­chaj pa­li ża­rem,  
A sta­nę się tej my­śli na­rzę­dziem, ze­ga­rem,  
Na twa­rzy ją po­ka­żę, po­pchnę ser­ca bi­ciem,  
Roz­dzwo­nię wy­ra­za­mi i do­koń­czę ży­ciem.  
po chwi­li
Jam się w mi­łość nie­szczę­sną ca­łym ser­cem wsą­czył…  
my­śli – po­tem na­gle ob­ra­ca się do Grze­go­rza:
Grze­go­rzu, po­rzuć strzel­bę czy­ścić…  

GRZE­GORZ

Ju­żem skoń­czył.  
Co mi pa­nicz roz­ka­że?  

KOR­DIAN

Chodź tu­taj, mój sta­ry…  
Nu­dzę się…  

GRZE­GORZ

Nie no­wi­na; cóż ja po­cznę na to?  
Chcesz pa­nicz, po­wiem baj­kę, szla­chet­nie bo­ga­tą,  
Mam ja w szka­tu­le mó­zgu dyk­te­ryj­ki[33], cza­ry  
Po bab­ce mo­jej sta­rej, co w Bo­gu spo­czy­wa. –  
Chcesz pan tej, co się ga­da? czy tej, co się śpi­éwa[34]?…  
Kor­dian mil­czy; Grze­gorz mó­wi na­stę­pu­ją­cą baj­kę:
By­ło so­bie nie­gdyś w szko­le  
Pięk­ne dzie­cię, zwał się Ja­nek.  
Czuł za­wcza­su bo­żą wo­lę,  
Ze sta­ry­mi su­szył dzba­nek.  
Do­bry z nie­go był­by wia­rus,  
Bo w li­te­rach nie czuł sma­ku;  
Co dzień sta­ry ba­ka­la­rus[35]
Ła­mał wierz­by na bie­da­ku[36],  
I po set­nej, set­nej pró­bie  
Rzekł do mat­ki: «Oj, ko­bi­éto[37]!  
Twe­go Jan­ka w cie­mię bi­to,  
Nic nie wbi­to – weź go so­bie!…»  
Bied­na mat­ka wzię­ła Ja­na,  
Szła po ra­dę do ple­ba­na,  
Przed ple­ba­nem w płacz na no­wo;  
A księ­żu­lo słu­chał skar­gi  
I po­waż­nie na­dął war­gi,  
Po oj­cow­sku ru­szał gło­wą.  
Wy­słu­chaw­szy pa­cierz złe­go:  
«Patrz mi w oczy» – rzekł do ża­ka –  
«Nic do­bre­go! nic do­bre­go!»  
Po­tem ho­żą[38] twarz po­gła­dził,  
Dał opła­tek i pię­ta­ka[39]
I do szew­ca od­dać ra­dził…  
Jak po­ra­dził, tak mat­czy­sko  
I zro­bi­ło… Szewc był bli­sko…  
Lecz Jan­ko­wi nie do sma­ku  
Przy sze­wiec­kiej śli­pać igle.  
Dia­beł mię­szał żółć w bie­da­ku,  
Śni­ły mu się dzi­wy, fi­gle;  
Zwy­cię­ży­ła wil­cza cno­ta,  
Rzekł: «W świat pój­dę o pię­ta­ku!»  
A więc tak jak był – ho­ło­ta[40],  
Przed ter­mi­nem rzu­cił szew­ca  
I na stru­dze do Kró­lew­ca  
Po­pły­nął…  
Jak do wo­dy wpadł i zgi­nął…  
Mat­ka w płacz, ła­ma­ła dło­nie;  
A ksiądz ple­ban na od­pu­ście  
Prze­ciw dziat­kom[41] i roz­pu­ście  
Grzmiał jak pio­run na am­bo­nie;  
W koń­cu do­dał: «Bo­go­boj­na  
Trzód­ko mo­ja, bądź spo­koj­na,  
Co ma wi­sieć, nie uto­nie».  
Ma­ły Ja­nek gdzie się cho­wał  
Przez rok ca­ły, zgad­nąć trud­no.  
Wsiadł na okręt i że­glo­wał,  
I na ja­kąś wy­spę lud­ną  
Przy­pły­nąw­szy – wy­lą­do­wał…  
Owdzie król prze­cho­dził dro­gą.  
Jaś po­kło­nił się kró­lo­wi  
I dwo­rza­nom, i lu­do­wi;  

Zabił się – młody… Zrazu jakaś trwoga Kładła mi w usta potępienie czynu, Była to dla mnie posępna przestroga, Abym wnet gasił myśli zapalone; Dziś gardzę głupią ostrożnością gminu, Gardzę przestrogą, zapalam się, płonę, Jak kwiat liściami w niebo otwartemi Chwytam powietrze, pożeram wrażenia.

Car spogląda w oczy brata… i patrzą długo na siebie, jeden drugiego chce wzrokiem przełamać… Konstanty pierwszy spuszcza oczy… i oddala się… chodzi po sali. Car uważa każde jego poruszenie i mówi do siebie…