Komisarz Barbarotti. Człowiek bez psa - Håkan Nesser - ebook

Komisarz Barbarotti. Człowiek bez psa ebook

Håkan Nesser

3,6

Opis

Pierwszy tom porywającej serii kryminalnej o inspektorze kryminalnym Gunnarze Barbarottim.

Rodzina Hermanssonów zbiera się, by uczcić sześćdziesiąte piąte urodziny nestora rodu Karla-Erika. Jednak rodzinne spotkanie ma tragiczne i nieprzewidziane następstwa. W przeddzień wielkiego jubileuszu przepada bez śladu Robert – syn Karla-Erika. Następnego wieczoru, również bez śladu, znika jego wnuk Henrik. Śledztwem w sprawie zaginięć zajmuje się inspektor kryminalny Gunnar Barbarotti. Wydaje się mało prawdopodobne, by zniknięcie dwóch osób z jednej rodziny w ciągu 24 godzin było przypadkowe. Barbarotti odkrywa najmroczniejsze tajemnice rodziny Hermanssonów i wyciąga na światło dzienne to, co na pozór było niewidoczne.

Pozostałe książki serii o inspektorze Gunnarze Barbarottim również ukazały się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

Håkan Nesser (ur. 1950) to jeden z najbardziej znanych szwedzkich twórców kryminałów. Zadebiutował w 1988 roku powieścią Choreograf. Największą popularność przyniósł mu jednak składający się z dziesięciu części cykl powieści kryminalnych o komisarzu Van Veeterenie. Po raz pierwszy bohater ten pojawił się w wydanej w 1993 roku książce Nieszczelna sieć, która polską premierę miała w 2012 roku.

Innym znanym cyklem kryminalnym Nessera jest wydana w latach 2006-2012 pięcioczęściowa seria z inspektorem Gunnarem Barbarottim, którą rozpoczyna tom Człowiek bez psa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 523

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




I

Gru­dzień

1

Kiedy Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son obu­dziła się w nie­dzielę 18 grud­nia, było kilka minut przed szó­stą, ona zaś miała w gło­wie wyraźny obraz.

Stała w drzwiach i patrzyła na nie­znany ogród. Było lato albo wcze­sna jesień. Jej wzrok przy­kuły zwłasz­cza dwa małe, grube, żółto-zie­lone ptaki; sie­działy na dru­cie tele­fo­nicz­nym jakieś dzie­sięć, może pięt­na­ście metrów od niej, a każdy z nich miał w dzio­bie komik­sowy dymek.

„Musisz się zabić” – napi­sane było w jed­nym.

„Musisz zabić Karla-Erika” – napi­sane było w dru­gim.

Wia­do­mo­ści prze­zna­czone były dla niej. To ona, Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son, miała się zabić. Albo zabić Karla-Erika. Co do tego nie było wąt­pli­wo­ści.

Karl-Erik był jej mężem i dopiero po kilku sekun­dach zdała sobie sprawę, że te nie­do­rzeczne postu­laty musiały wziąć się z cze­goś, co jej się śniło. Był to jed­nak sen, który szybko się ulot­nił, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko te dwa cudaczne ptaki na dru­cie. Dziwne.

Krótką chwilę leżała bez ruchu na pra­wym boku, w ota­cza­ją­cych ciem­no­ściach wyobra­ża­jąc sobie świt, który w tym cza­sie znaj­do­wał się pew­nie gdzieś w oko­li­cach Uralu, słu­chała nie­odmien­nie spo­koj­nego odde­chu Karla-Erika i doszła do wnio­sku, że tak wła­śnie było. Ptaki roz­ło­żyły przy­krót­kie skrzy­dła i odle­ciały, ale ich słowa wciąż wisiały w powie­trzu i nie spo­sób je było źle zro­zu­mieć.

Ona albo Karl-Erik. Wła­śnie tak. Mię­dzy dym­kami nie było „i”, było „albo”. Jedno wyklu­czało dru­gie, a wybór któ­rejś z dróg wyda­wał się… wyda­wał się nie­ubła­ganą koniecz­no­ścią. Jezu Chry­ste, pomy­ślała, prze­wie­siła nogi nad brze­giem łóżka i usia­dła. Jak to się mogło stać? Jakby ta rodzina nie dostała już za swoje.

Ale kiedy wypro­sto­wała plecy i poczuła zna­jome poranne bóle w oko­li­cach trze­ciego i czwar­tego kręgu lędź­wio­wego, wkra­dły się codzienne myśli. Bez­pieczny, choć nudny bal­sam dla duszy. Przy­jęła to ze swego rodzaju obo­jętną wdzięcz­no­ścią, wsu­nęła ręce w rękawy i po cichu poszła do łazienki. Ran­kiem czło­wiek jest taki bez­bronny, pomy­ślała. Nad­wraż­liwy i pozo­sta­wiony sam sobie. Sześć­dzie­się­cio­trzy­let­nia nauczy­cielka prac ręcz­nych nie zabija swo­jego męża, to wyklu­czone.

Co prawda była też nauczy­cielką nie­miec­kiego, ale to nie zmie­niało zna­cząco sytu­acji. Nie czy­niło jej ani tro­chę bar­dziej do przy­ję­cia, bo w tym przy­padku co to, u licha, za róż­nica – prace ręczne czy nie­miecki?

A więc przy­szło mi skró­cić swą wędrówkę po tym łez padole, pomy­ślała Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. Zapa­liła świa­tło, przyj­rzała się w lustrze swo­jej dużej, gład­kiej twa­rzy i zauwa­żyła, że ktoś przy­kleił na niej uśmiech.

Dla­czego się uśmie­cham? – zasta­no­wiła się. Nie ma prze­cież żad­nego powodu. Ni­gdy w życiu nie czu­łam się gorzej, a za pół godziny obu­dzi się Karl-Erik. Co takiego powie­dział dyrek­tor? „Ów wibru­jący, spi­żowy głos”… który co?… „który we wzra­sta­ją­cym poko­le­niu roz­brzmie­wał moral­nym i inte­lek­tu­al­nym echem”. Skąd on to wytrza­snął? A to bał­wan. „Rocz­nik za rocz­ni­kiem, poko­le­nie za poko­le­niem, przez czter­dzie­ści lat. Peda­go­giczny dąb”. Tak, Fläskbergson naprawdę nazwał Karla-Erika peda­go­gicz­nym dębem. Czy mogła się w tym kryć nutka iro­nii?

Pew­nie nie, pomy­ślała Rose­ma­rie, myjąc szczo­teczką elek­tryczną zęby po pra­wej stro­nie. Vera Ragnebjörk, jej jedyna kole­żanka z wymie­ra­ją­cej kadry ger­ma­ni­stów w szkole Kym­lin­ge­vik, twier­dziła, że Fläskbergsonowi „brak wymiaru iro­nicz­nego”. To dla­tego nie dało się z nim poroz­ma­wiać jak z czło­wie­kiem i pew­nie także dzięki temu nie­zwy­kłemu defi­cy­towi udało mu się utrzy­mać na stołku dyrek­tora przez ponad trzy­dzie­ści lat. Fläskbergson był tylko o rok młod­szy od Karla-Erika, ale o dobre czter­dzie­ści kilo cięż­szy. Aż do tego smut­nego dnia przed pra­wie ośmiu laty, kiedy jego żona Berit spa­dła z wyciągu nar­ciar­skiego w Kitzbühl i skrę­ciła kark, spo­ty­kali się cza­sem. Cała czwórka. Brydż i takie tam. Wypad do teatru w Sztok­hol­mie. Kosz­marny tydzień na Kre­cie. Rose­ma­rie pomy­ślała, że bra­kuje jej tro­chę Berit, ale nie Fläskbergsona. To zna­czy nie spo­tkań z nim.

Dla­czego trwo­nię cenne poranne chwile na roz­my­śla­nia o tym ogra­ni­czo­nym zerze? – zre­flek­to­wała się. Dla­czego nie prze­sie­dzę tych pięt­na­stu minut w spo­koju z poranną gazetą? Ani chybi tracę nad sobą kon­trolę.

Ale przy kawie i gaze­cie dobre myśli także się nie poja­wiły. Żad­nych jasnych punk­tów. Kiedy pod­nio­sła wzrok na kuchenny zegar – kupiony z roz­pędu w Ikei za 49,50 dawno temu, jesie­nią 1979 roku, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czalny – poka­zy­wał dwa­dzie­ścia minut po szó­stej; upły­nie co naj­mniej sie­dem­na­ście godzin, nim znów dane jej będzie wejść do łóżka i jesz­cze jeden ponury dzień uznać za miniony. Spać, spać.

Była nie­dziela. Jej drugi dzień w roli szczę­śli­wej eme­rytki. Ostat­nia zna­cząca życiowa zmiana przed śmier­cią, jak zauwa­żyła jakaś przy­ja­zna dusza. Rose­ma­rie powie­działa sobie, że gdyby tylko miała pod ręką broń, w jed­nej chwili urze­czy­wist­ni­łaby poranną myśl. Wpa­ko­wa­łaby sobie kulkę w czoło, zanim Karl-Erik zdą­żyłby wejść do kuchni w swo­jej pasia­stej piża­mie, prze­cią­gnąć się i ogło­sić, że spał jak dziecko. Gdyby te wszyst­kie opisy śmierci kli­nicz­nej, które czy­tała, były zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią, być może cie­ka­wie byłoby sie­dzieć sobie pod sufi­tem i obser­wo­wać jego minę, gdy znaj­dzie ją leżącą na stole z głową w wiel­kiej kałuży cie­płej krwi.

Cho­ciaż tak też się nie robi. Zwłasz­cza nie mając dobrej broni. A są jesz­cze prze­cież dzieci. Wypiła łyk kawy, parząc sobie koniu­szek języka, i włą­czyła codzienne myśli. Co jest w pro­gra­mie na ten drugi dzień po całym zawo­do­wym życiu?

Posprzą­tać cały dom. Po pro­stu. Jutro zaczną się zja­wiać dzieci i wnuki, a we wto­rek wielki dzień. Dzień, który miał być Dniem przez duże D, ale który dziw­nym tra­fem, z winy Roberta, zbladł, zmie­nia­jąc się w jakieś pom­pa­tyczne anty­wy­da­rze­nie. Wła­śnie tak. Przez całą jesień mówiło się o stu, stu dwu­dzie­stu oso­bach – wła­ści­wie jedy­nym ogra­ni­cze­niem była liczba miejsc w restau­ra­cji Svea Mat­sa­lar, ale Karl-Erik roz­ma­wiał już o tym z Brun­di­nem, wła­ści­cie­lem, i sto kil­ka­na­ście osób nie sta­no­wiło pro­blemu.

Miało nie sta­no­wić. Skan­dal z Rober­tem wyda­rzył się w sobotę 12 listo­pada. Lokal był od dawna zare­zer­wo­wany, nie było jed­nak za późno, żeby odwo­łać. Jakieś sie­dem­dzie­siąt zapro­szeń zostało już wysła­nych, ze dwa­dzie­ścia osób zdą­żyło potwier­dzić obec­ność, ale kiedy ogło­szono, że ze względu na oko­licz­no­ści zde­cy­do­wano się jed­nak na mniej­sze przy­ję­cie w gro­nie rodzin­nym, wszy­scy wyka­zali zro­zu­mie­nie.

Cał­ko­wite zro­zu­mie­nie. Pro­gram miał dwu­mi­lio­nową oglą­dal­ność, a ci, któ­rzy nie obej­rzeli, dowie­dzieli się następ­nego dnia z bru­kow­ców.

ROBI SAM-SE-ROBI. Słowa z gaze­to­wych nagłów­ków wypa­liły się na mat­czy­nym sercu Rose­ma­rie niczym znak wła­ści­ciela na par­cha­tej świni. Wie­działa, że już ni­gdy, do końca życia, nie będzie w sta­nie pomy­śleć o Rober­cie, nie wspo­mi­na­jąc tego okrop­nego prze­zwi­ska. Przy­rze­kła sobie, że ni­gdy, przeni­gdy nie prze­czyta już „Afton­bla­det” ani „Expres­sen”, i przy­sięgi tej jak dotąd nie zła­mała ani nawet nie była bli­ska jej zła­ma­nia.

A zatem mniej­sze rodzinne spo­tka­nie. W szkole podob­nie. Ta sama dys­kretna zasłona miło­sier­dzia została spusz­czona i tutaj. Kiedy pań­stwo Her­mans­so­no­wie, po prze­pra­co­wa­niu łącz­nie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, w tym samym momen­cie zeszli z krwa­wej areny peda­go­giki – jak to jakiś tęgi umysł, ale nie Fläskbergson, kie­dyś okre­ślił – podzię­ko­wa­nia ogra­ni­czyły się do prze­dłu­żo­nego zebra­nia z tor­tem, rze­czo­nej liczby czer­wo­nych róż oraz kutego mie­dzia­nego ser­wisu do glöggu; Rose­ma­rie po otwar­ciu paczki wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by zaczęła się zasta­na­wiać, czy to nie ofer­mom z klasy Elons­sona kazano natłuc tego na zaję­ciach tech­nicz­nych, gro­żąc oceną nie­do­sta­teczną. Elons­son, w prze­ci­wień­stwie do Fläskbergsona, miał roz­wi­nięte poczu­cie iro­nii.

Sześć­dzie­siąt pięć plus czter­dzie­ści. Wynik dru­giego wiel­kiego gru­dnio­wego doda­wa­nia wyno­sił sto pięć. Rose­ma­rie wie­działa, że Karla-Erika zmar­twiło tro­chę, iż nie wyszła równa setka, ale z fak­tami się nie dys­ku­tuje. Karl-Erik w ogóle ni­gdy nie dys­ku­to­wał z fak­tami. Nie wsta­jąc z krze­sła, kilka razy nie­pew­nie roz­pro­sto­wała plecy i pomy­ślała o tej nocy sprzed czter­dzie­stu lat, kiedy udało jej się dwa razy powstrzy­mać skur­cze, aż minęła dwu­na­sta. Kiep­sko skry­wa­nej rado­ści Karla-Erika nie spo­sób było nie zauwa­żyć, i dobrze. Pier­wo­rodna córka wypchnęła się z macicy na świat w jego dwu­dzie­ste piąte uro­dziny. Mię­dzy Ebbą a Kar­lem-Eri­kiem zawsze była nie­zwy­kle silna więź; Rose­ma­rie zda­wała sobie sprawę, że zawią­zała się już wów­czas – w szpi­talu w Örebro cztery minuty po pół­nocy 20 grud­nia 1965 roku. Położna nazy­wała się Geral­dine Tul­pin – tego imie­nia rów­nież nie dawało się łatwo zapo­mnieć.

Święta Bożego Naro­dze­nia w ich rodzi­nie zawsze miały w sobie pewną obłudę. Rose­ma­rie ni­gdy tego nie powie­działa, nie użyła tego słowa, ale wła­śnie o obłudę cho­dziło. Nor­malni ludzie, chrze­ści­ja­nie i niechrze­ści­ja­nie, uwa­żali 24 grud­nia za wyspę na morzu zimo­wych ciem­no­ści, ale w rodzi­nie Wun­der­li­chów–Her­mans­so­nów 20 grud­nia był co naj­mniej rów­nie ważny. Dzień uro­dzin Karla-Erika i Ebby. Następny był naj­krót­szym dniem w roku, jądrem ciem­no­ści, a Kar­lowi-Eri­kowi w jakiś szcze­gólny spo­sób udało się – bez nacią­ga­nia fak­tów, choć nie­wiele bra­ko­wało – doko­nać jed­no­dnio­wego prze­su­nię­cia, tak że osią­gnięto swo­iste trio. Jego uro­dziny, uro­dziny Ebby i powrót świa­tła na zie­mię.

Ebba zawsze była pupilką ojca i jego oczkiem w gło­wie; z nią od początku wią­zał i na­dal wiąże naj­więk­sze nadzieje. Nawet nie sta­rał się tego ukryć.

– Nie­które dzieci mają wię­cej kara­tów od innych, tak już jest w gene­tycz­nym tyglu bio­lo­gii. Czy się to komu podoba, czy nie – oznaj­mił któ­re­goś razu, kiedy wyjąt­kowo wlał w sie­bie o jeden kie­li­szek koniaku za dużo.

I jak dotąd – pomy­ślała Rose­ma­rie z gory­czą, nale­wa­jąc drugą fili­żankę kawy, spraw­dzony fun­da­ment nie­zbyt wytę­sk­nio­nego poran­nego roz­bu­dze­nia – wszystko wska­zuje na to, że posta­wił na wła­ści­wego konia.

Ebba była opoką. Robert – zawsze czarną owcą, a teraz już w ogóle szkoda słów. Moż­liwe, że było to mniej zaska­ku­jące, niż sami chcieli przy­znać. A Kri­stina? Tak, o Kri­sti­nie można było powie­dzieć, że jest, jaka jest; ostat­nimi laty, po uro­dze­niu dziecka, tro­chę się ustat­ko­wała, wypły­nęła na spo­koj­niej­sze wody, ale Karl-Erik upar­cie twier­dził, że nie ma co się cie­szyć na zapas. Jesz­cze na to za wcze­śnie, o wiele za wcze­śnie.

Czy ty w ogóle kie­dy­kol­wiek cie­szy­łeś się na zapas, mój drew­niany książę? – myślała Rose­ma­rie za każ­dym razem, gdy to mówił, i tego ciem­nego poranka w kuchni znów jej to przy­szło do głowy.

W tym wła­śnie momen­cie do kuchni wszedł Karl-Erik.

– Dzień dobry – powie­dział. – Dziwne. Mimo wszystko spa­łem jak dziecko.

– Ty chyba pani­ku­jesz – odparła.

– Co takiego? – zapy­tał Karl-Erik, nasta­wia­jąc czaj­nik. – Gdzie jest moja nowa her­bata?

– Druga półka. Sprze­daż domu i prze­pro­wadzka do tej tam urba­ni­za­cji. To takie… no, pani­kar­skie. Tak jak mówię. Nie, na lewo.

Pobrzę­ki­wał kub­kami i pusz­kami.

– Ur-ba-ni-za-ción – wymó­wił z nie­na­gan­nym hisz­pań­skim akcen­tem. – Wiem, że teraz nie jesteś do końca prze­ko­nana, ale pew­nego dnia mi podzię­ku­jesz.

– Wąt­pię – odpo­wie­działa Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. – Z całych sił w to wąt­pię. Powi­nie­neś wyciąć włosy z nosa.

– Rose­ma­rie – powie­dział Karl-Erik, wypi­na­jąc pierś. – Tutaj nie mogę już spoj­rzeć ludziom w oczy. Męż­czy­zna powi­nien cho­dzić wypro­sto­wany i nosić głowę wysoko.

– Trzeba też umieć się ugiąć – odparła. – To mija. Ludzie zapo­mi­nają, a rze­czy zyskują wła­ściwe pro­por…

Prze­rwał jej, trza­snąw­szy o blat puszką swo­jej nowej her­baty.

– Myślę, że już tę sprawę prze­dys­ku­to­wa­li­śmy. Lund­gren obie­cał, że w środę pod­pi­szemy papiery. Dosyć już mam tego mia­sta. Koniec. Tylko gnu­śność i tchó­rzo­stwo nas tutaj trzy­mają.

– Miesz­ka­li­śmy tu trzy­dzie­ści osiem lat.

– I wystar­czy. Już wypi­łaś dwie kawy? Nie zapo­mi­naj, że cię ostrze­ga­łem.

– Ale żeby prze­no­sić się do miej­sca, które nie ma nawet nazwy… – powie­działa. – Mogłoby się cho­ciaż jakoś nazy­wać.

– Będzie, jak tylko hisz­pań­skie wła­dze się zde­cy­dują. Co ci się nie podoba w nazwie Este­pona?

– Do Este­pony jest sie­dem kilo­me­trów. Do morza cztery.

Nie odpo­wie­dział. Zalał wrząt­kiem swoją zdrową zie­loną her­batę i wyjął z chle­baka pie­czywo ze sło­necz­ni­kiem. Wes­tchnęła. O jej śnia­da­nio­wych przy­zwy­cza­je­niach roz­ma­wiali dwa­dzie­ścia pięć lat. O sprze­daży domu i prze­pro­wadzce do Hisz­pa­nii – dwa­dzie­ścia pięć dni. Choć roz­mowa to nie jest dobre słowo, pomy­ślała. Karl-Erik pod­jął decy­zję, po czym wyko­rzy­stał swoją dobrze naoli­wioną demo­kra­tyczną machinę do prze­cią­gnię­cia jej na swoją stronę. Zawsze tak to wyglą­dało. Ni­gdy się nie pod­da­wał. Kiedy cho­dziło o coś waż­nego, mógł mówić, mówić i mówić, aż w końcu kapi­tu­lo­wała z czy­stego znu­dze­nia i zmę­cze­nia. Jak nic sto­so­wał obstruk­cję par­la­men­tarną. Tak było z zaku­pem samo­chodu. Z pie­kiel­nie dro­gimi rega­łami w biblio­teczce – jak lubił nazy­wać ich wspólną pra­cow­nię, w któ­rej spę­dzał czter­dzie­ści godzin tygo­dniowo, ona cztery. Z waka­cyj­nymi wyjaz­dami na Islan­dię, Bia­ło­ruś i do Zagłę­bia Ruhry; w końcu było się kie­row­ni­kiem Zakładu Geo­gra­fii i Socjo­lo­gii.

Zaliczkę za ten dom mię­dzy Este­poną a Fuen­gi­rolą też wpła­cił, nie pyta­jąc jej o zda­nie. Z Lind­gre­nem z banku roz­po­czął nego­cja­cje w spra­wie sprze­daży willi, nie wsz­czy­na­jąc nawet domo­wego pro­cesu demo­kra­tycz­nego. Temu nie był w sta­nie zaprze­czyć. I nie zaprze­czył.

Choć tak na dobrą sprawę może powinna być mu wdzięczna. Rów­nie dobrze mogło to być Lahti albo Wup­per­tal. Prze­ży­łam z tym czło­wie­kiem całe doro­słe życie, pomy­ślała nagle. Sądzi­łam, że coś mię­dzy nami w końcu doj­rzeje, ale tak się nie stało. To było zgniłe już na początku, a z każ­dym rokiem gnije tylko bar­dziej.

I dla­czego jest tak skraj­nie pod­po­rząd­ko­wana, że musi jego winić za swoje zmar­no­wane życie? Oznaka kom­plet­nej sła­bo­ści, czyż nie?

– O czym tak myślisz? – zapy­tał.

– O niczym – odparła.

– Za pół roku o tym zapo­mnimy – powie­dział.

– O czym zapo­mnimy? O życiu? O dzie­ciach?

– Nie gadaj bzdur. Wiesz, o czym mówię.

– Nie, nie wiem. A w ogóle to czy nie byłoby lepiej, gdyby Ebba i Leif zamiesz­kali w hotelu? To w końcu czwórka doro­słych, cia­sno będzie.

Prze­szył ją wzro­kiem, jakby była uczen­nicą, która trze­cią lek­cję z rzędu nie oddała pracy, ona zaś wie­działa, że zapro­po­no­wała to tylko po to, by go ziry­to­wać. Oczy­wi­ście miała rację, że Ebba, Leif i dwóch nasto­let­nich chło­pa­ków zajmą wię­cej miej­sca, niż jest w domu, ale Ebba była Ebbą i Karl-Erik prę­dzej sprze­dałby swój ostatni kra­wat, niż ulo­ko­wał ulu­bie­nicę w innym miej­scu niż ten dom i pokój, w któ­rym dora­stała. Zwłasz­cza że był to ostatni raz, naprawdę ostatni.

Poczuła ucisk w gar­dle i wlała w sie­bie na wpół wysty­głą kawę. A Robert? Tak, biedny Robert musi się oczy­wi­ście scho­wać przed oczami świata naj­le­piej, jak potrafi; nie można mu pozwo­lić obi­jać się po hotelu, gdzie każdy mógłby się na niego gapić i z niego szy­dzić. Robi Sam-Se-Robi z Fuc­king Island. Pod­czas ich ostat­niej roz­mowy, ubie­głego wie­czoru, brzmiał tak, jakby się miał zaraz roz­pła­kać.

Tak więc hotel przy­padł Kri­sti­nie, Jako­bowi i małemu Kelvi­nowi. Jak można nazwać dziecko Kelvin?

– Zero abso­lutne – oświe­cił Karl-Erik świeżo upie­czo­nych rodzi­ców, ale to nie pomo­gło.

Nawia­sem mówiąc, Rose­ma­rie była w zasa­dzie pewna, że hotel trak­to­wali jak wygraną na lote­rii; nastrój, w jaki wpra­wiała ją Kri­stina po tym, jak doro­sła i wypro­wa­dziła się z domu, był mie­sza­niną poczu­cia winy, niż­szo­ści i nie­speł­nie­nia. Przez krótką, ale wyraźną chwilę miała w gło­wie myśl, że jedy­nym z jej trojga dzieci, o które się trosz­czy i któ­remu współ­czuje, jest Robert. Czy dla­tego, że to syn? To aż takie pro­ste?

Cho­ciaż prę­dzej czy póź­niej z Kri­stiną nastąpi prze­łom; to zna­czy, jeśli cho­dzi o nią, nie o Karla-Erika. To zawsze on był głów­nym obiek­tem nie­prze­jed­na­no­ści tej dziew­czyny. Jest takie słowo? Nie­prze­jed­na­ność? Było tak już od pierw­szego dnia jej doj­rze­wa­nia, ale peda­go­giczny dąb stał twardo i nie ugiął się pod cię­ża­rem nie­zli­czo­nych sprze­czek, kłótni i dys­ku­sji – udo­wod­nił, że posiada cechy tej zacnej rośliny. Stój tam, gdzie sto­isz, nie zgi­naj się ani o cal. Jestem dla niego nie­spra­wie­dliwa, pomy­ślała. Ale tak mi cho­ler­nie smutno, że z tego wszyst­kiego chce mi się rzy­gać.

Wska­zówka zegara zbli­żała się do siód­mej, do czasu radio­wych wia­do­mo­ści, a Karl-Erik wyta­czał cięż­kie i nie­moż­liwe do odpar­cia argu­menty na to, że Ebba ma być ugosz­czona w domu. Rose­ma­rie przy­szło na myśl, że tak naprawdę chcia­łaby podejść do niego, wycią­gnąć mu język z ust i go uciąć.

Jego dzia­łal­ność peda­go­giczna była wszak zakoń­czona, więc może to dobry moment.

I zaraz potem poja­wiła się ta auto­ma­tyczna myśl, że znów jest nie­spra­wie­dliwa.

– Okej, okej – powie­działa. – Nie­ważne.

– Czyli tak – odparł. – No to się zga­dzamy. W sto­sunku do Roberta spró­bu­jemy się zacho­wy­wać tak jak zwy­kle. Nie chcę, żeby­śmy o tym wspo­mi­nali. Poroz­ma­wiam z nim w cztery oczy i tyle. Powie­dział, że o któ­rej będzie?

– Pod wie­czór. Przy­je­dzie autem. Nie powie­dział dokład­nie.

Karl-Erik ski­nął w zamy­śle­niu głową, roz­dzia­wił usta i wpa­ko­wał w nie czu­batą łyżkę natu­ral­nego jogurtu z musli, nie­tknię­tego ludzką ręką i wzbo­ga­co­nego o trzy­dzie­ści dwa korzystne dla zdro­wia mine­rały plus selen.

Odku­rzyła na pię­trze. Karl-Erik, w odru­chu domo­wej soli­dar­no­ści, wziął listę zaku­pów, samo­chód i poje­chał za mia­sto do liczą­cego rok cen­trum han­dlo­wego Coop w Bil­lunds­berg, aby tam nabyć pięć­set kilo uro­dzi­no­wych arty­ku­łów pierw­szej potrzeby oraz cho­inkę. Kiedy Rose­ma­rie tara­ba­niła się z wie­ko­wym i już prze­sta­rza­łym vol­ta­nem – kupio­nym na przed­wio­śniu 1983 roku w skle­pie elek­trycz­nym braci Eriks­so­nów, Wszystko dla Domu, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czal­nym – zasta­na­wiała się, ile waż­nych decy­zji pod­jęła w ciągu swo­jego sześć­dzie­się­cio­trzy­let­niego życia.

Że wyszła za Karla-Erika Bel­fer­dęba? Raczej nie. Spo­ty­kali się już w cza­sach liceum Karo­lin­ska (ona – skromna uczen­nica pierw­szej klasy, on – w gar­ni­tu­rze, ele­gancki i porządny chło­pak z klasy trze­ciej) i skru­szył jej opór, tak jak kru­szył przez resztę ich wspól­nego życia. Kiedy się jej oświad­czył, jej począt­kowe „nie” zmię­kło do postaci „Być może, tylko powin­ni­śmy to prze­ło­żyć do czasu skoń­cze­nia szkoły”, a to z kolei do osta­tecz­nego „No dobrze, ale naj­pierw musimy mieć gdzie miesz­kać”. Pobrali się w roku 1963, w czerwcu 1965 ukoń­czyła eko­no­mikę gospo­dar­stwa domo­wego, spe­cja­li­za­cję włó­kien­ni­czą, a pół roku póź­niej na świat przy­szła Ebba. To także nie była jej decy­zja.

Nauczy­cielką prac ręcz­nych rów­nież została dla­tego, że jej naj­lep­sza (i jedyna) kole­żanka z liceum, Bodil Rönn, już nią była. Szkołę skoń­czyły w tym samym cza­sie i Bodil dostała stałą pracę w Boden, w szkole odda­lo­nej o nie­całe pięć­set metrów od domu jej chło­paka Sunego, gdzie chyba do tej pory miesz­kają. Pisały do sie­bie i przez pięt­na­ście lat były w kon­tak­cie, ale ostat­nia kartka świą­teczna od niej była sprzed sied­miu czy ośmiu lat.

Jak dotąd zero waż­nych decy­zji, pomy­ślała i prze­cią­gnęła vol­tana-potwora przez przed­po­kój, żeby zacząć odku­rzać pokoje gościnne. Albo też dawne pokoje dzie­cięce, czy jak by je teraz nazwać. Pokój Ebby, pokój Roberta i cia­sna nora Kri­stiny, nie więk­sza od schowka – ale też ni­gdy nie pla­no­wali wię­cej niż dwoje dzieci, zwłasz­cza że przy tylko dwóch podej­ściach udało im się mieć po jed­nym każ­dej płci. A jed­nak stało się, jak się stało. Życie pły­nęło nie zawsze według planu: Kri­stina uro­dziła się w 1974 roku. Dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej Rose­ma­rie, za radą gine­ko­loga, odsta­wiła tabletki anty­kon­cep­cyjne i choć kata­stro­falna podróż z Fläskbergsonami do Gre­cji nie zaowo­co­wała przy­jem­nymi wspo­mnie­niami, zakoń­czyła się nie­pla­no­waną córką. Karl-Erik zapo­mniał kupić pre­zer­wa­tywy i nie zdą­żył wycią­gnąć w porę. Shit hap­pens na tym naj­lep­szym ze świa­tów, jak i na każ­dym innym. W cóż to za język ubrały się jej myśli w ten zimny i mokry gru­dniowy pora­nek? God knows, holy cow – tak czy siak, było jakoś ina­czej niż zwy­kle. Lepiej zająć się czymś neu­tral­nym. Jaką to dziś mamy pogodę? Tu na zachod­nim krańcu nie uświad­czył czło­wiek na razie ani cen­ty­me­tra śniegu; kiedy wyj­rzała przez okno, wydało się jej, że nawet świa­tło dnia ska­pi­tu­lo­wało. Niebo przy­po­mi­nało owsiankę.

Dopiero kiedy zwi­nęła długi dywan w przed­po­koju, zdjęła nasadkę i zaczęła odku­rzać par­kiet, udało jej się przy­po­mnieć sobie roz­strzy­ga­jącą decy­zję. Tak, u licha.

Nazy­wał się Göran, nie nosił skar­pe­tek do san­da­łów i w seme­strze zimo­wym zastę­po­wał peda­goga szkol­nego. To był jej trzeci rok w szkole, pięć lat po Kri­sti­nie, i nie mie­ściło jej się w gło­wie, że trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia kobieta z trójką dzieci naprawdę jest kimś, kogo ten bro­daty cza­ruś potrze­buje, dla­tego też odpo­wie­działa „nie”. I naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie to „nie” było naj­waż­niej­szą decy­zją jej życia. Odpra­wie­nie z kwit­kiem świeżo roz­wie­dzio­nego, bar­czy­stego, napa­lo­nego peda­goga; stało się to pod­czas rejsu na służ­bową kon­fe­ren­cję w Fin­lan­dii: Bel­fer­dąb po raz trzeci w życiu zacho­ro­wał (jeśli nie liczyć prze­pu­kliny, z którą się uro­dził), a peda­gog pół nocy spę­dził w jej kabi­nie. Kleił się do niej, zakli­nał i bła­gał. Zapra­szał na wolny od cła varg­tass. Nic z tego. Zapra­szał na wolny od cła likier z moro­szek. Nic z tego.

Zasta­na­wiała się, co się z nim teraz dzieje; miał opa­lone na brą­zowo palce u nóg z inte­re­su­ją­cymi kęp­kami wło­sów i był szansą na odmianę życia, szansą, którą wypu­ściła z rąk. Może i dobrze; jeden jedyny męż­czy­zna uto­ro­wał sobie drogę do jej teraz już na zawsze wyschnię­tego i zamknię­tego łona – ale nic to, z tego, co wie­działa, pta­szek Karla-Erika także ni­gdy nie zbłą­dził przez te czter­dzie­ści dwa lata. Zanim się pobrali, wyznał, że w dru­giej kla­sie, pod­czas zwy­cza­jo­wej cało­noc­nej zabawy przed świę­tem Łucji, przy­gru­chał sobie dziew­czynę, która miała na imię Kata­rina, ale nie była w jego typie, co stało się wyraź­nie widoczne jakoś w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy to zaznała krót­ko­trwa­łej popu­lar­no­ści, po tym jak wzięła zakład­ni­ków w cza­sie napadu na bank w Säffle. Dla­czego napa­dać na bank aku­rat w Säffle?

Tak czy ina­czej, suma waż­nych decy­zji zamknęła się w przy­krej licz­bie jeden. Rose­ma­rie uznała, że dosyć już odku­rza­nia, i zaczęła się zasta­na­wiać, czy na dobrą sprawę byłaby uza­sad­niona opty­mi­styczna myśl, że miała dość siły na numer dwa. Wie­działa, że dom zapi­sany był na ich oboje. Bez jej pod­pisu na doku­men­tach śro­dowa trans­ak­cja speł­znie na niczym. Zain­te­re­so­wana kup­nem para, Singlövowie, miesz­kała obec­nie w Rim­minge; nie wie­działa o nich nic ponad to, że on jest elek­try­kiem i że mają trójkę dzieci.

Nato­miast z tym, że zostało już wpła­cone sto tysięcy koron bez­zwrot­nej zaliczki za trzy­po­ko­jowy dom w Hisz­pa­nii, nie mogła nic zro­bić. Wybrzeże Skle­ro­ty­ków, czy nie tak to się nazy­wało? Przez bole­sną sekundę oczyma wyobraźni zoba­czyła nowy nagłó­wek: ROBI SAM-SE-ROBI WYSYŁA RODZI­CÓW NA WYBRZEŻE SKLE­RO­TY­KÓW. Gdy­bym tylko nie była taka zre­zy­gno­wana, pomy­ślała i po raz kolejny włą­czyła eks­pres do kawy. Gdyby wszystko nie wyda­wało się tak strasz­nie pozba­wione sensu. Skąd mam brać siłę?

Ostat­nie dni i śmierć nauczy­cielki prac ręcz­nych, pomy­ślała chwilę póź­niej, opa­da­jąc na krze­sło z trze­cią tego dnia fili­żanką kawy. Cał­kiem chwy­tliwy tytuł książki czy sztuki teatral­nej, o ile mogła oce­nić, ale samemu sta­no­wić jej treść to chyba nic, z czego można być dum­nym.

Uch – roz­legł się pro­test jakie­goś zwoju mózgo­wego, który wciąż jesz­cze funk­cjo­no­wał – tyloma czar­nymi myślami doprawdy zazwy­czaj się nie ota­czam. Czy to moż­liwe, żebym wczo­raj dostała małego wylewu? Gdy­bym cho­ciaż paliła, mogła­bym przy­naj­mniej pozwo­lić sobie na dymka. No nie, co się dzi­siaj dzieje z moimi myślami? – zasta­na­wiała się Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son.

Była naj­wy­żej dzie­siąta. Na­dal pozo­sta­wało wię­cej niż dwa­na­ście godzin do snu, a jutro dzieci i wnuki zaczną napły­wać jak… no wła­śnie, jak co? Jak żoł­nie­rze przy­mu­sowo zmo­bi­li­zo­wani na odwo­łaną wojnę?

Życie, gdzie podział się twój pazur?

2

Kri­stof­fer Grundt leżał w łóżku i zma­gał się z oso­bli­wym pra­gnie­niem. Chciał prze­sko­czyć cztery naj­bliż­sze dni swo­jego życia.

Może dla innych takie pra­gnie­nie nie było szcze­gól­nie oso­bliwe, nie wie­dział, ale jemu zda­rzyło się to pierw­szy raz. Miał czter­na­ście lat – przy­szło mu do głowy, że może jest to oznaka dora­sta­nia. To, że czło­wie­kowi trudno wytrzy­mać.

Pew­nie, że bał się róż­nych rze­czy. Kla­sówki z matmy. Lek­cji WF-u na base­nie. Zna­le­zie­nia się w nie­pil­no­wa­nym zakątku szkoły jedy­nie w towa­rzy­stwie Oscara Som­mer­la­tha i Kenny’ego Lythéna z 9C.

Ale przede wszyst­kim tego, co wytrzy­mać naj­trud­niej: spoj­rze­nia matki, gdy prze­szy­wała go wzro­kiem, uka­zu­jąc, z jak mar­nej ule­piony jest gliny.

Nie z tej samej co Hen­rik. Co to, to nie – z Kri­stof­fe­rem coś poszło nie tak. Mieli te same geny, tych samych rodzi­ców, te same wspa­niałe warunki; nie, błąd nie tkwił ani w genach, ani w śro­do­wi­sku – cho­dziło jedy­nie o ten maleńki szcze­gół, jakim był on sam. Kri­stof­fer Tobias Grundt i jego krę­go­słup. Nie, źle, Kri­stof­fer Tobias Grundt i jego brak krę­go­słupa. Dziura, którą miał w duszy tam, gdzie zwy­kli ludzie mają cha­rak­ter.

Tak wła­śnie było. Tak źle miały się sprawy, gdy im się bli­żej przyj­rzeć.

Ale żeby prze­ska­ki­wać cztery dni? Z pre­me­dy­ta­cją skra­cać sobie życie o dzie­więć­dzie­siąt sześć godzin? Czy nie jest to kpina z samej… idei życia?

Było wpół do dzie­sią­tej. Nie­dziela. Gdyby zamiast tego był czwar­tek rano, 22 grud­nia, dwa dni do Wigi­lii… Obie­cał sobie, że jeśli w ogóle dotrwa do tego czasu, zatrzyma się i wyśle w prze­szłość podzię­ko­wa­nie. Się­gnie myślami wstecz i przy­po­mni sobie, że czas, cokol­wiek by się o nim sądziło, mimo wszystko pły­nie.

Kło­pot w tym, że czę­sto pły­nie tak strasz­nie nie­mrawo i ni­gdy niczego nie prze­ska­kuje.

Nie prze­sko­czy nie­zno­śnej podróży samo­cho­dem do Kym­linge.

Nie prze­sko­czy babci, dziadka i reszty bez­na­dziej­nych krew­nych.

Nie prze­sko­czy uro­czy­sto­ści z oka­zji sto pią­tej rocz­nicy i rów­nie nie­zno­śnej jazdy z powro­tem do domu.

I, pomy­ślał Kri­stof­fer, zamy­ka­jąc oczy, przede wszyst­kim nie prze­sko­czy roz­mowy z matką.

– Rozu­miem – rze­kła wczo­raj wie­czo­rem z głębi pogrą­żo­nej w mroku sofy w dużym pokoju, gdy już myślał, że udało mu się nie­po­strze­że­nie dostać do środka. – Rozu­miem, że według cie­bie to odpo­wied­nia pora, żeby wra­cać do domu? Jest druga. Chodź tu i chuch­nij.

Pod­szedł i dmuch­nął jej w twarz wąskim stru­mie­niem powie­trza. W ciem­no­ści nie widział jej oczu, a nie sko­men­to­wała od razu. Ale nie łudził się.

– Jutro przed połu­dniem – powie­działa. – Spo­dzie­wam się wyja­śnień. Jestem zmę­czona, Kri­stof­fer.

Wes­tchnął. Obró­cił się w łóżku i zaczął myśleć o Lin­dzie Gran­berg.

To przez Lindę Gran­berg wypił wczo­raj wie­czo­rem sześć piw i kie­li­szek czer­wo­nego wina oraz wypa­lił dzie­sięć papie­ro­sów. To przez Lindę w ogóle zde­cy­do­wał się pójść na tę tak zwaną imprezę u Jensa & Månsa. Jens & Måns byli bliź­nia­kami, cho­dzili do rów­no­le­głej ósmej klasy i mieli rodzi­ców nie­po­czu­wa­ją­cych się do odpo­wie­dzial­no­ści. Któ­rzy na przy­kład szli na wła­sną imprezę w mie­ście i obie­cy­wali, że nie wrócą przed trze­cią. Któ­rzy wpraw­dzie nie kupo­wali im alko­holu, ale w piw­nicy mieli dość pokaźny i dość nie­kon­tro­lo­wany zapas.

Była mowa o ośmiu oso­bach, ale Kri­stof­fer doli­czył się co naj­mniej pięt­na­stu. Ludzie wcho­dzili i wycho­dzili. Swoje cztery piwa opróż­nił w nie­całą godzinę; Erik mówił, że idzie lepiej, jeśli od początku porząd­nie dawać w pal­nik – podzia­łało cał­kiem nie­źle. Wyglą­dało na to, że Linda nie pozo­staje w tyle; odwa­żył się wci­snąć koło niej na kanapę i roz­ma­wiał z nią w spo­sób, na jaki ni­gdy wcze­śniej się nie zdo­był. Śmiała się z niego i z nim, a tuż przed jede­na­stą wzięła go za rękę i powie­działa, że go lubi. Pół godziny i jedno piwo na głowę póź­niej zaczęli się cało­wać – to był jego pierw­szy raz. Sma­ko­wała cudow­nie: piwem, chip­sami, świe­żym tyto­niem i czymś jesz­cze, mięk­kim, cie­płym i dobrym, po pro­stu sobą. Samą… jak to się nazy­wało?… esen­cją… Lindy Gran­berg. Kiedy teraz, dzie­sięć godzin póź­niej, leżał w łóżku, prze­su­wa­jąc języ­kiem po pod­nie­bie­niu, wciąż znaj­do­wał resztki tego smaku.

Było to jed­nak szybko roz­pły­wa­jące się i przy­kre wspo­mnie­nie. Przede wszyst­kim przy­kre. Po cało­wa­niu wci­nali pizzę rękami pro­sto z pude­łek, jeden z bliź­nia­ków roz­dał wszyst­kim kwa­śne wino z kar­tonu w pla­sti­ko­wych kubecz­kach i Lin­dzie zro­biło się nie­do­brze. Wstała, zata­cza­jąc się tro­chę, i powie­działa, że zaraz wróci. Chwiej­nym kro­kiem udała się tam, gdzie powinna być toa­leta, a pół godziny póź­niej zna­lazł ją zupeł­nie gdzie indziej, śpiącą w ramio­nach Kril­lego Lun­dina z 9B. Wyże­brał od Erika jedno piwo, wypa­lił jesz­cze trzy papie­rosy i poszedł do domu. Kiedy się głę­biej nad tym zasta­no­wił, nie tylko naj­bliż­sze cztery dni chciałby wyma­zać; chęt­nie pozbyłby się też wczo­raj­szego dnia.

Linda Gran­berg, fuck you, pomy­ślał, ale były to tylko puste słowa, a dokład­nie rzecz bio­rąc, wła­śnie to chciał prze­cież z nią zro­bić. Mówiąc szcze­rze. Dobrze wie­dział, że gdyby tylko tro­chę lepiej roze­grał swoją par­tię, to on, a nie Hokej-Krille Lun­din, leżałby tam i ją obej­mo­wał. Życie jest cza­sem tak cho­ler­nie przy­pad­kowe, ale wia­domo, że pięt­na­sto­letni hoke­ista z ligi junio­rów ma tysiąc razy więk­sze szanse niż… no wła­śnie, kto? Cie­płe klu­chy? Mega­fra­jer? Zero, nerd, wiel­kie nic? Do wyboru, do koloru.

Wzdry­gnął się, gdy zoba­czył, że w drzwiach stoi matka.

– Jedziemy teraz na małe zakupy. Wstań może i zjedz śnia­da­nie, poroz­ma­wiam z tobą po powro­cie.

– Jasne – powie­dział.

Miało to zabrzmieć dziar­sko i życz­li­wie, ale dźwięk, jaki dobył się z gar­dła, przy­po­mi­nał bar­dziej pisk malut­kiego zwie­rzątka, które sta­nęło na dro­dze kosiarki do trawy.

* * *

– Ustalmy może naj­pierw, kogo ma ta roz­mowa doty­czyć.

– Mnie – odpo­wie­dział Kri­stof­fer, pró­bu­jąc odpo­wie­dzieć na sta­lowe spoj­rze­nie matki swoim wła­snym, zie­lon­ka­wym. Nie za bar­dzo się to udało.

– Tak, Kri­stof­fer, cie­bie – odparła powoli, skła­da­jąc ręce przed sobą na stole.

Byli sami. Godzina wpół do dwu­na­stej. Tata znów poszedł coś zała­twić. Hen­rik wró­cił wczo­raj póź­nym wie­czo­rem, po pierw­szym wyczer­pu­ją­cym seme­strze na uni­wer­sy­te­cie w Uppsali. Jedne i dru­gie drzwi były zamknięte, buczała zmy­warka.

– Słu­cham.

– Mie­li­śmy umowę – odparł. – Ja ją zła­ma­łem.

– Ach tak?

– Mia­łem być w domu o dwu­na­stej. Przy­sze­dłem o dru­giej.

– Dzie­sięć po.

– Dzie­sięć po dru­giej.

Pochy­liła się tro­chę w jego stronę. Gdyby tak mnie przy­tu­liła, pomy­ślał. Już teraz. Wie­dział jed­nak, że to nie nastąpi, dopóki wszystko nie będzie wyja­śnione. A nie wszystko było wyja­śnione. I jesz­cze długo nie będzie.

– Nie lubię zada­wać pytań, Kri­stof­fer. Chcesz powie­dzieć coś wię­cej?

Wziął głę­boki oddech.

– Skła­ma­łem. Już wcze­śniej.

– Nie rozu­miem.

– Wcze­śniej. Wcale nie mia­łem zamiaru iść do Jonasa.

Zazna­czyła zdzi­wie­nie, o dwa mili­me­try uno­sząc brew. Nic jed­nak nie powie­działa.

– Mówi­łem, że mamy z Jona­sem oglą­dać u niego film, ale kła­ma­łem.

– Tak?

– Byłem u bliź­nia­ków.

– Jakich bliź­nia­ków?

Dla­czego cały czas prze­ry­wasz pyta­niami, skoro nie chcesz ich zada­wać? – pomy­ślał.

– Månsa i Jensa Pet­ters­so­nów.

– Rozu­miem. I dla­czego musia­łeś skła­mać?

– Jak­bym powie­dział, toby­ście mnie nie puścili.

– Dla­czego mie­li­by­śmy cię nie puścić?

– Dla­tego, że to nie… to nie jest dobre miej­sce na sobotni wie­czór.

– Dla­czego nie­do­brze jest cho­dzić do braci Pet­ters­so­nów w sobotę wie­czo­rem?

– Oni piją… pili­śmy. Było dzie­sięć, pięt­na­ście osób, pili­śmy piwo i pali­li­śmy. Nie wiem, dla­czego tam posze­dłem, to było bez­na­dziejne.

Kiw­nęła głową, widział, że spra­wił jej dużą przy­krość.

– Nie bar­dzo rozu­miem. To po co posze­dłeś? Jakiś powód musia­łeś mieć.

– Nie wiem.

– Nie wiesz, dla­czego coś robisz, Kri­stof­fer? To poważna sprawa.

Wyglą­dała teraz na zmar­twioną, auten­tycz­nie zmar­twioną. No przy­tul mnie, do kurwy nędzy, pomy­ślał. I tak ni­gdy nie speł­nię two­ich ocze­ki­wań. Przy­tul mnie i olejmy sprawę.

– Chcia­łem tylko spró­bo­wać… tak mi się wydaje.

– Czego spró­bo­wać?

– Jak to jest.

– Co?

– Pić i palić, do kurwy nędzy! Skończ już, nie widzisz, że nie mogę…

Płacz i zre­zy­gno­wa­nie wez­brały w nim gwał­tow­niej i szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał; w pew­nym sen­sie był z tego zado­wo­lony. Przy­jem­nie było móc się pod­dać. Sku­lił się nad sto­łem z twa­rzą wtu­loną w rękaw i pła­kał. Ona się jed­nak nie poru­szyła i nic nie powie­działa. Po minu­cie czy dwóch uspo­koił się, wstał i poszedł urwać znad zlewu jakieś pół metra papie­ro­wego ręcz­nika. Wydmu­chał nos i wró­cił do stołu.

Sie­dzieli jesz­cze przez chwilę w ciszy i pomału dotarło do niego, że naprawdę nie zamie­rza go przy­tu­lić.

– Kri­stof­fer, chcę, żebyś opo­wie­dział to samo tacie – powie­działa. – I chcia­ła­bym wie­dzieć, czy zamie­rzasz dalej nas okła­my­wać, czy jed­nak możemy na tobie pole­gać. Może od teraz wolisz prze­by­wać wię­cej w towa­rzy­stwie braci Pet­ters­so­nów? Jeste­śmy twoją rodziną, tata, ja i Hen­rik, ale jeżeli wolał­byś…

– Nie, ja… – chciał prze­rwać, ale to ona prze­rwała jemu.

– Nie teraz – powie­działa. – Wej­ście na drogę prawdy lub kłam­stwa to ważna decy­zja. Naj­le­piej zasta­nów się nad tym przez kilka dni.

Wstała i zosta­wiła go samego.

Nie, pomy­ślał, nie dotknęła mnie ani razu. Nawet nie pogła­dziła po ple­cach.

Zaczęło nagle w nim wzbie­rać jakieś osłu­pie­nie, rów­nie nowe, co para­li­żu­jące. Pocze­kał chwilę, po czym wybiegł z kuchni i wbiegł po scho­dach do swo­jego pokoju. Usły­szał, że po dru­giej stro­nie cien­kiej ściany obu­dził się Hen­rik; rzu­cił się na łóżko i zaczął bez­gło­śnie modlić się o to, żeby star­szy brat zde­cy­do­wał się wziąć prysz­nic, zanim przyj­dzie się z nim przy­wi­tać.

Wymie­ni­liby mnie, gdyby mogli, pomy­ślał Kri­stof­fer Grundt. Tak, dawno już wymie­ni­liby mnie na kogoś innego.

Leif Grundt przy­tu­lił syna tro­chę jakby od nie­chce­nia. Po krót­kiej roz­mo­wie, którą z nim odbył, zanim sie­dli do kola­cji, po raz kolejny doszedł do wnio­sku, że on i jego żona dosyć się od sie­bie róż­nią.

Deli­kat­nie mówiąc. Ebba to zna­ko­mi­tość i zagadka, tak ją defi­nio­wał, a do tego zagadka, na któ­rej roz­wią­za­nie już dawno stra­cił nadzieję. Bez­pow­rot­nie. W przy­padku alko­ho­lowo-tyto­nio­wego debiutu Kri­stof­fera – jeżeli naprawdę można tu mówić o debiu­cie, jak upar­cie i wytrwale utrzy­my­wał – dla żony liczyło się kłam­stwo. Wpro­wa­dze­nie w błąd, roz­myślne zła­ma­nie umowy. Jeśli cho­dzi o Leifa, miał dokład­nie odwrotne zda­nie. Jeśli chło­pak chciał pić i palić, to, na miły Bóg, nie mógł chyba powie­dzieć tego wcze­śniej rodzi­com? Można się doro­bić mar­sko­ści wątroby od alko­holu i raka płuc od papie­ro­sów, ale nikt chyba jesz­cze nie umarł od małego kłam­stwa?

Lep­szy trzeźwy kłamca niż praw­do­mówny alko­ho­lik, pomy­ślał Leif Grundt. Gdyby miał wybie­rać przy­szłość swoim dzie­ciom. Wie­dział jed­nak, że ni­gdy nie będzie mu to dane.

Temu, że jego sto­su­nek do kłam­stwa jako takiego był cokol­wiek wąt­pliwy, nie spo­sób zaprze­czyć. Tro­chę wyol­brzy­mia­jąc, czego także nie zamie­rzał robić, zwłasz­cza przy żonie, można by stwier­dzić, że całe ist­nie­nie rodziny Grund­tów opiera się na kłam­stwie. O tak, wła­śnie poważ­nej i wspa­nia­łej misty­fi­ka­cji chłopcy w ogóle zawdzię­czają przyj­ście na świat.

Gdyby Leif Grundt trzy­mał się prawdy, ni­gdy nie dobrałby się ich matce do maj­tek. Ale do rze­czy. Myśl, że Ebba Her­mans­son pozwoli pra­cow­ni­kowi działu mię­snego w spół­dzielni Kon­sum ode­brać sobie dro­go­cenne dzie­wic­two, była rów­nie nie­praw­do­po­dobna jak to, że… że jego jąka­jący się przy­rodni brat Henry ożeni się z Pamelą Ander­son. Leif to wie­dział, Ebba też. Rów­nie dobrze wie­dział, że ona do tego psy­cho­lo­gicz­nego faktu się nie przy­zna, nawet gdyby ją posta­wić przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym. Kiedy wio­sną 1985 roku na balu stu­denc­kim w Uppsali (wszedł dzięki sfał­szo­wa­nej legi­ty­ma­cji) zde­cy­do­wał się wystą­pić jako stu­dent prawa Leif von Grundt, ta wła­śnie nobi­li­tu­jąca toż­sa­mość, nie zaś jego na wskroś pro­za­iczna fujarka z Kon­sumu koło dru­giej w nocy na stan­cji u Ebby, zała­twiła mu wstęp na jej dzie­wi­cze mokra­dła. O tak.

– Kła­ma­łeś – stwier­dziła dwa mie­siące póź­niej, kiedy wyni­kłej z tego ciąży nie spo­sób już było dłu­żej kwe­stio­no­wać.

– Tak – przy­znał się. – Chcia­łem cię mieć, a to był jedyny spo­sób, żeby cię zdo­być.

– Jesteś nie­spra­wie­dliwy – odparła. – Doce­ni­ła­bym twoją szcze­rość.

– Bar­dzo moż­liwe – powie­dział. – Ale nie na twoim doce­nie­niu mi zale­żało.

– I tak bym ci się oddała.

– Wąt­pię – odparł Leif Grundt. – Naprawdę bar­dzo wąt­pię. Co chcesz zro­bić?

– Zro­bić? – zapy­tała Ebba Her­mans­son. – Zamie­rzam wyjść za cie­bie i uro­dzić dziecko, rzecz jasna.

I na tym sta­nęło.

Kosz­to­wało ją to rok prze­rwy w stu­diach medycz­nych, nie wię­cej. Mak­sy­malne wyko­rzy­sta­nie urlopu ojcow­skiego było nie­malże obo­wiąz­kiem, jeśli pra­co­wało się w Kon­su­mie w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych. A kiedy pięć lat póź­niej na świat przy­szedł Kri­stof­fer, był to jak naj­bar­dziej zapla­no­wany krok przed zbli­ża­jącą się dwu­let­nią prak­tyką lekar­ską Ebby. Jak na zawo­ła­nie poja­wiła się też wycze­ki­wana koniunk­cja: szpi­tal w Sund­svall i jakby stwo­rzona z myślą o nim posada kie­row­nika Kon­sumu przy Ymer­ga­tan w tym samym mie­ście. Pomału udało się rów­nież zała­twić spe­cja­li­za­cję – a na to, że różne sprawy naprawdę można połą­czyć, Ebba Her­mans­son Grundt była żywym dowo­dem, kiedy jako trzy­dzie­sto­ośmio­let­nia matka dwójki dzieci objęła w rze­czo­nym szpi­talu posadę ordy­na­tora oddziału chi­rur­gii naczy­nio­wej. Swego dia­beł nie ruszy, za dwa dni skoń­czy czter­dziestkę.

Tak myślał Leif Grundt, uśmie­cha­jąc się krzywo w duchu. Szcze­rość kon­tra kłam­stwo to bar­dziej skom­pli­ko­wana sprawa, niż się ludziom na ogół wydaje – tę prawdę głę­boko w sobie pie­lę­gno­wał. W swego rodzaju maga­zy­nie mądro­ści życio­wej, można by tak rzec, do któ­rego wpraw­dzie co jakiś czas zaglą­dał, lecz coraz rza­dziej zapra­szał tam żonę. Bo, co tu gadać, nie było powodu.

Cho­ciaż z dru­giej strony gów­niarz zaczął pić i palić – jasne, że należy mu się nagana. Powi­nien się wsty­dzić, czuć naprawdę źle i tyle.

Zado­wo­lony z tego pro­stego wnio­sku Leif Grundt usiadł do stołu razem z synami i żoną. Był nie­dzielny wie­czór, na świe­cie na dobrą sprawę żyło się dobrze. Jutro podróż do Kym­linge i trzy dni ist­nego pie­kła, wie­dział o tym, ale jutro to jutro i nie warto teraz mysleć o przy­szłych udrę­kach.

3

Już przy pierw­szym, tro­chę krę­pu­ją­cym spo­tka­niu tydzień po skan­dalu Robert Her­mans­son wyznał swo­jemu tera­peu­cie, że ma myśli samo­bój­cze.

Była to jed­nak odpo­wiedź na bez­po­śred­nie pyta­nie; czuł, że ten nie­śmiały szczu­ro­waty męż­czy­zna w przy­ciem­nia­nych oku­la­rach chce, by tak powie­dział. Ocze­ki­wano od niego myśli samo­bój­czych, powie­dział więc, że tak, oczy­wi­ście, po tym, co się stało, myślał o tym wie­lo­krot­nie.

Także przed samym sobą przy­zna­wał, że byłoby to cał­kiem logiczne zakoń­cze­nie całego tego szajsu, że wspa­niale byłoby nie prze­wra­cać się już z boku na bok każ­dej nocy, przy­po­mi­na­jąc sobie swoje żało­sne, zmar­no­wane życie. Wspa­niale byłoby nie budzić się wię­cej przed połu­dniem, spo­co­nym ze stra­chu przed kolej­nym dniem bez zna­cze­nia.

A pogardę dla samego sie­bie móc wresz­cie kop­nąć w dupę, myślał. Zro­bić krok nad prze­pa­ścią i znik­nąć. Nikt, ani jedna osoba nie mia­łaby wra­że­nia, że jest w tym cokol­wiek dziw­nego, gdyby Robert Her­mans­son ode­brał sobie życie.

Nie­mniej czuł, że tak by się nie stało. Jak zwy­kle zabra­kłoby mu siły. Co zro­bić z życiem, które jesz­cze miał przed sobą – nie wie­dział; pew­nie cho­dziło o to, żeby prze­trzy­mać naj­bliż­szy mie­siąc, a potem wyje­chać za gra­nicę. Był na zwol­nie­niu do 26 grud­nia, na zastęp­stwie w gaze­cie miał pozo­stać do końca roku, a nie łudził się, że w stycz­niu będą go chcieli zatrud­nić na dłu­żej.

Jakieś pomniej­sze wydaw­nic­two ode­zwało się z pro­po­zy­cją wyda­nia „jego wer­sji” w for­mie książ­ko­wej, obie­cy­wali zaliczkę w wyso­ko­ści pięć­dzie­się­ciu tysięcy koron i pro­fe­sjo­nal­nego gho­stw­ri­tera. Wyja­śnił, że w żad­nym wypadku nie potrze­buje gho­stw­ri­tera, i pro­sił o czas do namy­słu. Może powi­nien sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji? Czemu nie? Mógłby wziąć pie­nią­dze, poje­chać na Wyspy Kana­ryj­skie, do Taj­lan­dii czy cho­lera wie gdzie. Nie, nie znów Taj­lan­dia. Ale wyle­gi­wać się dwa mie­siące na leżaku z ręko­pi­sem swo­jej sta­rej powie­ści i w końcu dopiąć ją na ostatni guzik… Czło­wiek bez psa. Może by to wzięli? Może tak naprawdę to gów­niane wydaw­nic­two nie było zain­te­re­so­wane jego wer­sją wyda­rzeń na wyspie, a samym jego nazwi­skiem. Robi Sam-Se-Robi Her­mans­son.

A nawet jeśli potem by odrzu­cili, to czy nie ucieczki wła­śnie potrze­bo­wał? Pracy w sku­pie­niu. Odosob­nie­nia i dobrej pogody. Sie­dem lat minęło, odkąd ostatni raz prze­glą­dał Czło­wieka bez psa, może wła­śnie takiej prze­rwy i takiej sytu­acji było mu trzeba, żeby doszli­fo­wać tekst i wydać powieść. W końcu. Cztery naj­więk­sze kra­jowe wydaw­nic­twa dostały go do oceny, Bon­niers w dwóch turach; Robert miał oka­zję prze­czy­tać opi­nie trzech recen­zen­tów i roz­ma­wiał z dwoma wydaw­cami. Zwłasz­cza czło­wiek z Albert Bon­niers Förlag zro­bił mu nadzieję. Nie­mal nachal­nie pro­sił go, by przej­rzał te sześć­set pięć­dzie­siąt stron, wyciął przy­naj­mniej sto pięć­dzie­siąt i dał znać. W zasa­dzie byli chętni, by książkę wydać, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści.

Ale wtedy, we wrze­śniu 1999 roku, kiedy Seikka wyja­wiła swoje zamiary, nie był w sta­nie. Nie potra­fił siąść i ponow­nie dłu­bać w meta­fo­rach. Kto by potra­fił? Miał na kon­cie dwa tomy wier­szy. Kamienne drzewo z 1991 i Przy­padki han­dla­rza owo­ców z 1993 roku. Oba zebrały przy­zwo­ite recen­zje; pisano, że poszu­kuje wła­snego głosu; wziął udział w czte­rech spo­tka­niach autor­skich i jed­nym festi­walu poezji.

Nie, dla­czego Robert Her­mans­son miałby się wie­szać? Ist­niała jesz­cze nadzieja.

Czy przy­naj­mniej moż­li­wość ucieczki, o któ­rej myślał przed chwilą. Wię­cej nie żądał.

Ni­gdy nie żądał wiele od życia. Życie wyma­gało od niego wię­cej niż on od życia, czyż nie tak było? O dwu­na­stej w nie­dzielę 18 grud­nia jesz­cze nie wstał z łóżka, roz­wią­zał pół krzy­żówki w piąt­ko­wym „Sven­ska Dag­bla­det” i ze trzy razy przy­snął. Moż­li­wość ucieczki, pomy­ślał. Sym­bol mojego życia?

Praw­do­po­dob­nie tak można było na to spoj­rzeć. Ni­gdy nie musiał niczego zno­sić, a gdyby nawet się nauczył, to coś nie znio­słoby jego. Miał trzy­dzie­ści pięć lat i zaj­mo­wał się w życiu jed­nym – poszu­ki­wa­niem cze­goś innego. Tak, do cho­lery, pomy­ślał, odwra­ca­jąc poduszkę, gdy dora­stało się w cie­niu Ebby, tęskni się za słoń­cem.

Prze­żu­wał tę myśl wiele razy i już dawno stra­ciła słodki smak. Pewne rze­czy można zrzu­cać na rodzinę i star­szą sio­strę, ale nie bez końca. Czło­wiek może być ofiarą zewnętrz­nych oko­licz­no­ści, ale chyba nie przez całe życie, zwłasz­cza jeśli należy się do szwedz­kiej klasy śred­niej końca dwu­dzie­stego wieku. Robiąc prze­gląd histo­rii i geo­gra­fii, trudno było zna­leźć ludzi mają­cych rów­nie wiel­kie moż­li­wo­ści decy­do­wa­nia o wła­snym życiu, co Ebba, Robert i Kri­stina Her­mans­so­no­wie. Był to – mówiąc języ­kiem taty, Karla-Erika – nie­zbity fakt.

A ści­ślej mówiąc, to prze­cież, od czasu gdy stał się kowa­lem wła­snego losu, wszystko zaczęło iść nie tak. We wła­ści­wym ter­mi­nie zdał maturę w kla­sie o pro­filu bio­lo­giczno-che­micz­nym, w liceum w rodzin­nym Kym­linge. Był rok 1988. Nawet jeśli nie był naj­lep­szy w kla­sie, oceny miał bez wąt­pie­nia chlubne. Nie na pozio­mie tych, z któ­rymi kilka lat wcze­śniej skoń­czyła szkołę Ebba, ale też nikt tego nie wyma­gał. Tej samej jesieni poszedł do woja, gdzie przez dzie­sięć mie­sięcy har­to­wał się na męż­czy­znę jako dowódca grupy pan­cer­nej w Strägnäs. Nie­na­wi­dził każ­dego dnia. Każ­dej minuty. W 1989 roku prze­niósł się do Lund i zaczął stu­dio­wać.

Nauki huma­ni­styczne. Ojciec odra­dzał, star­sza sio­stra odra­dzała, ale on się uparł. Poznał Made­le­ine – była ładna, odważna i trzy­mała jego stronę. Uczyli się filo­zo­fii i pie­przyli się. Uczyli się histo­rii idei i pie­przyli się. Pili czer­wone wino, popa­lali hasz, uczyli się lite­ra­tu­ro­znaw­stwa i pie­przyli się. Pró­bo­wali amfe­ta­miny, ale w porę odsta­wili, uczyli się histo­rii sztuki, pie­przyli się, wydali dwa tomiki wier­szy (Robert), a jeden im odrzu­cono (Made­le­ine). Uczyli się fil­mo­znaw­stwa, usły­szeli odmowę wyda­nia sześć­set­pięć­dzie­się­cio­stro­ni­co­wej powie­ści (Robert), pie­przyli się, zaszli w ciążę (Made­le­ine), skoń­czyli z haszem, ale i tak w trze­cim mie­siącu poro­nili, a potem mieli: a) zespół lęku napa­do­wego (Made­le­ine), b) dosyć Roberta (Made­le­ine), na zła­ma­nie karku zor­ga­ni­zo­wali prze­pro­wadzkę do rodzi­ców do Växjö (Made­le­ine). Patrzyli bez­czyn­nie, jak wszystko wokół się wali (Robert).

I przed komi­sją sty­pen­dialną, i przed rodziną udało mu się w jakiś spo­sób pod­trzy­mać ilu­zję, że naprawdę stu­diuje, ale po odej­ściu Made­le­ine było finito. Miał dwa­dzie­ścia cztery lata, od dyplomu dzie­liły go setki kilo­me­trów. Miał do spła­ce­nia ponad trzy­sta pięć­dzie­siąt tysięcy koron pań­stwo­wej pożyczki i nad­uży­wał alko­holu. Jego piękna i odważna narze­czona zosta­wiła go, a oba wychwa­lane tomiki wier­szy sprze­dały się w łącz­nej licz­bie stu dwu­na­stu egzem­pla­rzy. Był naj­wyż­szy czas na inter­wen­cję rodziny.

Do jesieni 1994 roku wszystko było roz­wią­zane (oprócz pożyczki na stu­dia, która chyba miała go prze­śla­do­wać nawet w gro­bie). Przy pomocy męża sio­stry – zatrud­nio­nego w spół­dzielni nudzia­rza z Medel­pad – udało się wycza­ro­wać sto­sun­kowo dobrze płatną posadę w biu­rze okrę­go­wym w Jönköpingu. Papier­kowa robota plus trzy, cztery wyjazdy w mie­siącu do róż­nych skle­pów spół­dzielni Kon­sum w pół­noc­nej Smålandii i Västergötlandii. Robert ugiął się i na to przy­stał. Duma do kie­szeni, a arty­styczna dusza na wewnętrzną emi­gra­cję – nie było wyboru. W pierw­szym tygo­dniu wrze­śnia prze­niósł się do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z jako takim wido­kiem na jezioro Vättern, a w trze­cią sobotę wie­czo­rem, w trze­cim (i ostat­nim) pubie w mie­ście poznał Seikkę. Pra­co­wała w przed­szkolu i cho­dziła na wie­czo­rowe zaję­cia twór­cze w róż­nych sto­wa­rzy­sze­niach oświa­to­wych. Była to twór­czość róż­nego rodzaju, od aro­ma­te­ra­pii po femi­ni­styczne szki­co­wa­nie aktów i trans­cen­den­talną samo­obronę. W grud­niu zamiesz­kali razem, a w listo­pa­dzie 1995 roku uro­dziła im się córka Lena-Sofie.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie Robert zaczął bie­gać, ina­czej wewnętrzne napię­cie roz­sa­dzi­łoby go. Z początku dzie­sięć, dwa­na­ście kilo­me­trów co wie­czór, potem coraz dłuż­sze odcinki. W 1996 roku pobiegł w trzech mara­to­nach z cza­sem poni­żej 2.50 (z wyjąt­kiem ostat­niego, kiedy musiał skoń­czyć nie­całe dwa kilo­me­try przed metą z powodu kło­po­tów żołąd­ko­wych, ale czas miał w gra­ni­cach 2.46 i pół). Zapi­sał się do klubu lek­ko­atle­tycz­nego Vin­dar­nas IF, i odkrył, że ma praw­dziwy talent do bie­gów dłu­go­dy­stan­so­wych. Swoje pierw­sze pięć kilo­me­trów prze­biegł w zwy­kłych zawo­dach klu­bo­wych i wygrał z prze­wagą trzy­stu metrów. Nawią­zał kon­takt listowny ze zna­nym fizjo­lo­giem sportu, który wyja­śnił mu, że dłu­go­dy­stan­sowcy czę­sto osią­gają szczyt swo­ich moż­li­wo­ści po trzy­dzie­stce i z poważ­nym tre­nin­giem można spo­koj­nie zacze­kać do dwu­dzie­stego pią­tego roku życia. Robert miał dwa­dzie­ścia sześć lat, pamię­tał Evy Palm.

Naj­bliż­sze trzy sezony miały więc stać się cza­sem jego wiel­ko­ści. W 1997 roku został mistrzem okręgu na pięć i dzie­sięć tysięcy metrów, ale dopiero kiedy bez przy­go­to­wa­nia tech­nicz­nego wystar­to­wał na sta­dio­nie w Malmö w biegu z prze­szko­dami na trzy tysiące metrów, zna­lazł swoją dys­cy­plinę. Był trzeci, po bie­ga­czu repre­zen­ta­cji i uty­tu­ło­wa­nym Polaku, ze zna­ko­mi­tym cza­sem 8.58.6.

Lena-Sofie uro­sła i poszła do przed­szkola, Seikka zapi­sy­wała się na nowe kursy. Zanie­dby­wał je, prze­szedł na pół etatu, żeby mieć czas na tre­ningi. Kochali się raz w mie­siącu. Na święta poje­chali do teściów do Lap­pe­en­ranty w Fin­lan­dii. Robert wdał się w bójkę ze szwa­grem i naba­wił czte­ro­cen­ty­me­tro­wej bli­zny pod lewym uchem. W 1998 roku po raz pierw­szy wystą­pił w zawo­dach lek­ko­atle­tycz­nych Fin­n­kam­pen. Czwarte miej­sce i drugi czas w repre­zen­ta­cji Szwe­cji – 8.42.5. Swój rekord życiowy na mistrzo­stwach Szwe­cji w Umeå popra­wił na 8.33.2, zdo­by­wa­jąc srebrny medal. Seikka i Robert kochali się raz na kwar­tał. Teścio­wie, korzy­sta­jąc z urlopu, przy­je­chali na tydzień z wizytą do Jönköpingu. Obe­szło się bez bójek i innych zgrzy­tów. W cza­sie świąt u Rose­ma­rie i Karla-Erika przy Allvädersgatan w Kym­linge Lena-Sofie ugry­zła dziadka w wargę aż do krwi.

Rok 1999 był ostat­nim rokiem dla Roberta jako lek­ko­atlety. Nie udało mu się wyśru­bo­wać rekordu życio­wego; pró­bo­wał, ale co jakiś czas dawało mu się we znaki ścię­gno Achil­lesa, choć i tak powtó­rzył czwarte miej­sce w Fin­n­kam­pen, tym razem na wyjeź­dzie, na sta­dio­nie olim­pij­skim w Hel­sing­fors. Teścio­wie też byli i oglą­dali. Na ostat­nim zakrę­cie i fini­szu Robert wal­czył łeb w łeb z fiń­skim bie­ga­czem o trze­cie miej­sce, ale na ostat­nich metrach pod­dał się. Pierw­sze, dru­gie i trze­cie miej­sce zajęli Fino­wie. Zawody były w sierp­niu, z Seikką kochali się ostat­nio w kwiet­niu i kiedy wró­cił do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z wido­kiem na jezioro Vättern, oka­zało się, że opróż­niła je z sie­bie, córki i całego kobie­cego dobytku. Na stole w kuchni leżała kartka; napi­sała, że już go nie kocha, że wcale go nie obcho­dziła ani ona, ani Lena-Sofie, że wraca do domu do Fin­lan­dii i nie chce go wię­cej widzieć.

Robert uznał, że każde słowo tra­fia w sedno, i zde­cy­do­wał, że da za wygraną. Jed­nak trzy razy wybie­rał numer do teściów, ale też trzy razy odkła­dał słu­chawkę, gdy tylko usły­szał sygnał.

Wyda­rzyło się to póź­nym wie­czo­rem w nie­dzielę 29 sierp­nia 1999 roku, a w ponie­dzia­łek zadzwo­nił tam­ten życz­liwy wydawca z Albert Bon­niers Förlag i zachę­cał go do zabra­nia się do Czło­wieka bez psa na poważ­nie. Robert rze­czy­wi­ście sie­dział nad opa­słym ręko­pi­sem kilka godzin w ponie­dzia­łek i wto­rek wie­czo­rem, ale potem poczuł, jak wewnętrzna pustka para­li­żuje w nim wszyst­kie arty­styczne wysiłki. Wrzu­cił sześć­set pięć­dzie­siąt stron do bor­do­wej skrzyni z meta­lo­wymi oku­ciami, gdzie prze­le­żały aż do grud­nia 2005 roku.

Popra­co­wał jesz­cze dwa tygo­dnie w biu­rze okrę­go­wym, a pod koniec wrze­śnia cały doby­tek i wszystko, co nie zmie­ściło się do jed­nego ple­caka, oddał na prze­cho­wa­nie i prze­niósł się do Austra­lii.

Dzwo­nek tele­fonu prze­rwał Rober­towi ana­lizę życia. Dzwo­niła matka. Powie­działa, że ojciec chce wie­dzieć, kiedy przy­je­dzie.

– A ty nie chcesz wie­dzieć? – zapy­tał.

– Oczy­wi­ście, Rober­cie. Nie łap mnie za słówka – odparła Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son.

– Dobra, mamo. Jutro wie­czo­rem. Muszę parę rze­czy zała­twić, ale koło dru­giej, trze­ciej wyjadę.

– Robert?

– Tak.

– Jak ty się wła­ści­wie czu­jesz?

– Jest, jak jest.

– Naprawdę nie chcę…

Nie dokoń­czyła zda­nia, a on nie wypeł­nił ciszy.

– Wiem, mamo. No to do zoba­cze­nia jutro wie­czo­rem.

– Robert, cze­kamy na cie­bie. Jedź ostroż­nie. Masz zimowe opony, prawda?

– Tak, mamo. Pa, mamo.

– Pa, synku.

Wstał z łóżka. Było pięt­na­ście po dwu­na­stej. Sta­nął przy oknie i wyj­rzał na mia­sto; zaczął padać śnieg, po raz pierw­szy tej zimy.

Pomy­ślał o matce.

Pomy­ślał o Jeanette. Nie, nie pomy­ślał. Spró­bo­wał ją sobie wyobra­zić.

Zadzwo­niła tydzień wcze­śniej. W zeszłą sobotę.

– Na pewno mnie nie pamię­tasz – powie­działa.

– Nie za bar­dzo – zgo­dził się Robert.

– Jestem od cie­bie tro­chę młod­sza. Ale cho­dzi­li­śmy do tej samej szkoły. W Mal­men i do liceum. Byłam kilka klas niżej od cie­bie.

– Rozu­miem – odparł Robert.

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, po co dzwo­nię.

– Mhm – odparł.

– Widzia­łam ten pro­gram.

– Wiele osób go widziało.

– Jasne. Ale ja po pro­stu… ech, nie wiem, jak mam to powie­dzieć. Lubię cię, Robert.

– Dzięki.

Chciał w tym momen­cie odło­żyć słu­chawkę, ale w jej gło­sie było coś, co mu się spodo­bało. Był tro­chę schryp­nięty i na swój spo­sób poważny. Nie brzmiała jak idiotka, nawet jeśli to, co do tej pory powie­działa, mogło na to wska­zy­wać.

– Prawda jest taka, że zawsze cię lubi­łam. Nale­ża­łeś do tej małej grupki chło­pa­ków, któ­rzy mają w sobie coś wyjąt­ko­wego. Gdy­byś tylko wie­dział, jak czę­sto się o tobie myślało w wieku nastu lat. A…

– Tak?

– A ty nawet nie wiesz, kim ja jestem. Tro­chę to nie­spra­wie­dliwe.

– Przy­kro mi.

– Nie powinno ci być przy­kro. Prze­cież w tym wieku naj­chęt­niej prze­bywa się z wła­sną klasą. Nie patrzy się, że tak powiem, w dół, tak już jest.

Znowu pauza, z któ­rej mógł sko­rzy­stać, poże­gnać się i odło­żyć słu­chawkę. Wyglą­dało, jakby naprawdę chciała dać mu tę szansę.

– Hmm, dla­czego wła­ści­wie dzwo­nisz?

– Wybacz. Widzia­łam ten pro­gram i rozu­miem, że porząd­nie za niego obe­rwa­łeś po dupie.

– No raczej.

– Więc pomy­śla­łam, że może chciał­byś wie­dzieć, że są tacy, któ­rzy na­dal cię lubią. Pew­ność sie­bie, te sprawy.

– Dzięki, ale…

– No i sły­sza­łam, że może wpad­niesz do domu. Twój ojciec i sio­stra obcho­dzą prze­cież uro­dziny. Nie wiem, czy wiesz, ale twój tata był moim wycho­wawcą. Więc pomy­śla­łam, że skoro będziesz tu kilka dni…

– Hmm – odparł Robert.

– To tylko pro­po­zy­cja. Ale ja od pół roku jestem sama. Chęt­nie bym się z tobą napiła wina i poga­dała o życiu. Miesz­kam przy Fabriks­ga­tan, jeśli pamię­tasz, gdzie to jest.

– Chyba tak.

– Żad­nych dzie­cia­ków, nawet kota nie mam. Mogła­bym dać ci mój numer? Zadzwo­nisz, jak będziesz miał ochotę. Poza tym może faj­nie będzie ode­rwać się na chwilę od rodziny?

– Pocze­kaj, sko­czę po dłu­go­pis – powie­dział Robert Her­mans­son.

Nazywa się Anders­son, zdra­dziła to, zanim zakoń­czyli roz­mowę.

Jeanette Anders­son?

Nie, nie był w sta­nie wyło­wić jej z pamięci. Gdyby mógł spoj­rzeć na szkolne zdję­cie, pew­nie by ją roz­po­znał, ale sta­rych albu­mów ze szkol­nymi zdję­ciami nie miał. Robert Her­mans­son nie był czło­wie­kiem, który prze­cho­wy­wałby tego rodzaju relikty.

Kiedy jed­nak parę dni póź­niej zadzwo­niła wie­czo­rem mama i od nowa zaczęła Rober­towi maru­dzić, że musi przy­je­chać na sto piąte uro­dziny, to Jeanette Anders­son stała się języcz­kiem u wagi. Nie było jed­nak tak źle, by nie mógł się do tego przy­znać.

Ale tylko od biedy i tylko przed samym sobą. Może wła­śnie tak to sobie wymy­śliła. Nie oprze się poku­sie, żeby pójść do obcej kobiety, zadzwo­nić do drzwi i wejść do środka.

Oczy­wi­ście, mamu­siu. Przy­jadę.

Opony z kol­cami? Robert Her­mans­son?

Lata w Austra­lii były lep­sze i gor­sze. Przez pierw­szy sezon włó­czył się po Wschod­nim Wybrzeżu i pra­co­wał w nie­zli­czo­nych obiek­tach tury­stycz­nych. Kel­ner, kucharz, recep­cjo­ni­sta, ste­ward, opie­kun zwie­rząt (cho­rych koali, które osiem­na­ście godzin na dobę spały, a jadły i faj­dały pozo­stałe sześć). Byron Bay. Noosa Head. Arlie Beach. Kie­row­nik krę­gielni w Mel­bo­urne. Żadna praca nie trwała dłu­żej niż kilka tygo­dni. Począ­tek nowego tysiąc­le­cia świę­to­wał w pubie irlandz­kim w Syd­ney, także w Syd­ney poznał Paulę i roz­po­czął trzeci (i ostatni?) dłuż­szy zwią­zek w życiu.

Paula była Bry­tyjką i, tak jak Robert, w pew­nym sen­sie na uchodź­stwie. Ucie­kła od bru­tal­nego męża alko­ho­lika. Była w Syd­ney dwa mie­siące, kiedy poznała Roberta; miesz­kała kątem u sio­stry i jej męża, leka­rzy. Ze sobą przy­wio­zła z Anglii córkę Judith, lat cztery i pół. Paula, Judith i Robert zamiesz­kali razem w maju 2000 roku, po nie­spełna pół­rocz­nej zna­jo­mo­ści. Jed­no­cze­śnie prze­nie­śli się na prze­ciw­le­gły brzeg ogrom­nego kon­ty­nentu i osie­dli na stałe w Perth.

Kochał ją. Nie jest jasne, jak to wła­ści­wie było z Made­le­ine i Seikką, się­ga­jąc myślami wstecz, mógł jed­nak przy­siąc, że Paulę kochał. Miała to łagodne i wyro­zu­miałe uspo­so­bie­nie, które kobieta musi mieć, żeby móc miesz­kać przez sześć lat z alko­ho­li­kiem. Robert rozu­miał, że tego uspo­so­bie­nia nie należy wyko­rzy­sty­wać. Było tak, jakby razem dora­stali, poza tym była ładna. Zwłasz­cza jak na Bry­tyjkę. Tak, Paulę kochał.

Judith też. Wła­snej córki, Leny-Sofie, która miała pięć lat, kiedy poznał Paulę, nie widział od bar­dzo dawna; Seikka co dwa, trzy mie­siące wysy­łała maila, odpo­wia­dał przy­jaź­nie, a w port­felu miał dwa zdję­cia. Oczy­wi­ście w jakiejś mie­rze Judith stała się swego rodzaju namiastką i pocie­sze­niem.

Powinno było się udać, pomy­ślał Robert, włą­cza­jąc eks­pres ciśnie­niowy. Z Paulą i Judith powinno było się udać.

Jego trze­cia (i ostat­nia?) poważ­niej­sza próba bycia z kobietą także speł­zła na niczym, nie z powodu jego wła­snych nie­do­sko­na­ło­ści. Prze­ciw­nie, to obo­sieczny miecz złej i nagłej śmierci oraz złej i nagłej reli­gij­no­ści spra­wił, że Paula i Judith go zosta­wiły. Prze­ra­ża­jące sprzy­się­że­nie nie­szczę­śli­wych oko­licz­no­ści, dokład­nie rzecz bio­rąc. W kwiet­niu 2003 roku, po trzech szczę­śli­wych latach (tak wła­śnie o nich myślał i to wiel­kimi lite­rami: Moje Szczę­śliwe Lata), przy­szła bowiem wia­do­mość z Anglii, że ojciec Pauli zgi­nął pod kołami tira. Paula poje­chała z sio­strą i Judith do Bir­ming­ham, żeby być na pogrze­bie i przez kilka tygo­dni wspie­rać matkę. Robert spo­dzie­wał się ich powrotu 28 kwiet­nia. Potem spo­dzie­wał się go 5 maja, a potem 12. Jede­na­stego przy­szedł jed­nak długi mail, w któ­rym Paula wyja­śniała, że stało się coś nie­praw­do­po­dob­nego – nie­gdy­siej­szy dam­ski bok­ser i pijak odna­lazł wiarę i prze­mie­nił się w odpo­wie­dzial­nego i dobrego czło­wieka. Koniec koń­ców to Geof­frey był praw­dzi­wym ojcem Judith, a ona w cza­sie tych tygo­dni w ojczyź­nie na nowo odkryła swoje uczu­cia do niego. Poza tym matka zała­mała się po nagłym odej­ściu ojca i zosta­wiać ją samą byłoby nie w porządku.

Robert zło­żył wypo­wie­dze­nie w fir­mie infor­ma­tycz­nej, w któ­rej pra­co­wał przez ostat­nie osiem­na­ście mie­sięcy, prze­niósł się na drugi koniec kon­ty­nentu i ponad pół roku spę­dził na Manly Beach koło Syd­ney. Kiedy lato na anty­po­dach zaczęło chy­lić się ku jesieni, wró­cił do Szwe­cji. Wylą­do­wał na lot­ni­sku Arlanda 15 marca 2004 roku, zadzwo­nił do młod­szej sio­stry i zapy­tał, czy mógłby się u niej zatrzy­mać.

– Dla­czego nie zadzwo­nisz do Ebby? – zapy­tała Kri­stina.

– No, nie bądź głu­pia – odparł Robert.

– Na jak długo?

– Dopóki cze­goś nie znajdę. Naj­wy­żej kilka tygo­dni.

– Zda­jesz sobie sprawę, że nie­długo rodzę?

– Jeśli to zbyt duży kło­pot, to coś wymy­ślę.

– Niech ci będzie, ciołku cho­lerny – odparła Kri­stina.

* * *

Miesz­kał u Kri­stiny i Jakoba (i Kelvina, który uro­dził się w pierw­szym tygo­dniu maja) w ich domu na Gamla Enskede do połowy czerwca, kiedy to mógł prze­nieść się na Kung­shol­men do dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia, które na­dal wynaj­mo­wał z dru­giej ręki. Jed­no­cze­śnie zaczął pra­co­wać jako bar­man i doszedł do wnio­sku, że jego życie jest jak trzcina na wie­trze.

Czy też jak owad przy żarówce. Pod­leci za bli­sko i się odbija, za bli­sko i się odbija.

Za bli­sko i się spala? Za bli­sko czego?

Mniej wię­cej tak to się odbyło – choć sie­dział w innej knaj­pie i pra­co­wał już doryw­czo jako kol­por­ter dar­mo­wej gazety „Metro” – kiedy w maju 2005 roku prze­czy­tał ogło­sze­nie w „Afton­bla­det” i zgło­sił się do pro­gramu Więź­nio­wie Koh Fuk – naj­gor­sza ze wszyst­kich decy­zji jego życia.

Przy­naj­mniej mam eks­pres ciśnie­niowy, pomy­ślał, odmie­rza­jąc kawę na kolejną fili­żankę. Więk­szość ludzi takiego nie ma.

Unik­nął zagłę­bia­nia się w kolejną ana­lizę trau­ma­tycz­nego paź­dzier­ni­kowo-listo­pa­do­wego wiru wyda­rzeń, ponie­waż zadzwo­nił tele­fon.

– Jak ty się wła­ści­wie czu­jesz?

Iden­tyczne pyta­nie zadała wcze­śniej matka, udzie­lił więc iden­tycz­nej odpo­wie­dzi.

– Jest, jak jest.

– Nie chcesz jechać z nami? Wiesz, że mamy miej­sce.

– Nie, dzięki. Sam pojadę. Muszę przed wyjaz­dem zała­twić parę rze­czy.

– Ja myślę.

Co chciała przez to powie­dzieć? Czyżby były sprawy, które powi­nien zała­twić? I wszy­scy o tym wie­dzieli, tylko on był ślepy?

– No dobra – zakoń­czył. – Do zoba­cze­nia jutro wie­czo­rem.

– Robert?

– Tak?

– Nic, to już jak się spo­tkamy.

– Okej. Na razie.

– Na razie. Cześć.

– Cześć.

Więc to tego się spo­dzie­wają – przy­szło mu nagle do głowy, kiedy odło­żył słu­chawkę. Że się zabiję. Wszy­scy. Max z gazety. Mój tera­peuta; dla­tego chce, żeby mu pła­cić po każ­dym spo­tka­niu. Nawet moja sio­stra.

4

Jakob Wil­l­nius pod­cią­gnął żalu­zje w barku i wyjął butelkę whi­sky laph­ro­aigh.

– Napi­jesz się?

– Kelvin śpi?

– Jak suseł.

– Tylko cen­ty­metr. O co cho­dziło z Jef­fer­so­nem?

Kri­stina odchy­liła się do tyłu na wiel­kiej, wygię­tej jak banan sofie Fogia i pró­bo­wała roz­strzy­gnąć, czy jest zła, czy tylko zmę­czona. Czy też może cho­dzi o pew­nego rodzaju ocze­ki­wa­nie na wielką złość. Psy­chiczne łado­wa­nie bate­rii przed cichym kon­flik­tem, który nie­uchron­nie nazna­czy naj­bliż­sze dni. Nie wolno mi o tym myśleć. To śmieszne i nie­godne, zosta­wiam tu duszę i będę tań­czyć jak mi zagrają. Jestem doro­sła, a to prze­cież jed­no­ra­zowe wyda­rze­nie.

Jakob posta­wił na stole dwie szkla­neczki i usiadł koło niej.

– Dzwo­nił z Oslo.

– Jef­fer­son?

– Tak. Tak czy ina­czej, zdąży przy­je­chać do Sztok­holmu. Byłoby świet­nie, gdyby udało mi się z nim spo­tkać przed świę­tami, choć na kilka godzin.

Złość na krótką sekundę stała się realna.

– Co ty chcesz powie­dzieć?

Jakob przy­glą­dał się jej, krę­cąc szklanką. Nie­prze­nik­niony jak kot, gdy ogląda tele­ga­zetę, pomy­ślała. Jak zwy­kle. W jego uśmie­chu nie było iro­nii, usta miał wygięte iden­tycz­nie jak sofa, wyra­cho­wa­nie nie kryło się w jego jasno­zie­lo­nych oczach, w któ­rych kie­dyś chciała się uto­pić; no i oczy­wi­ście ten pozorny brak oporu, który spra­wiał, że tak trudno było zdo­być nad nim prze­wagę. I który spo­wo­do­wał, że… odwró­ciła wzrok i pogrą­żyła się w myślach… że plan dzia­ła­nia przed zbli­ża­ją­cym się kon­flik­tem znaj­do­wał się tylko i wyłącz­nie w niej samej. To było nie­spra­wie­dliwe, mocno nie­spra­wie­dliwe; cztery lata temu dała się zła­pać na tę pry­mi­tywną ela­stycz­ność, czy jak to cho­ler­stwo nazwać, a teraz przez głowę, nie pierw­szy raz, prze­mknęła jej para­dok­salna myśl, że ze względu na te same cechy kie­dyś go zostawi. Bar­dziej nada­wał­byś się do filmu, Jako­bie Wil­l­niu­sie, pomy­ślała. O wiele bar­dziej.

– Zdro­wie, Kri­stino – powie­dział. – Więc chcę powie­dzieć, że skoro Ame­ry­ka­nie są gotowi zain­we­sto­wać dzie­sięć milio­nów w pro­jekt Sam­son, głu­pio byłoby to zaprze­pa­ścić tylko z powodu obmier­z­łej rodzin­nej kola­cji w Kym­linge. Mówiąc „obmier­zła”, cytuję dobrze poin­for­mo­wa­nego i sta­tecz­nego opi­nio­dawcę, ja może nie…

– Rozu­miem. A kiedy ten cały Jef­fer­son ma przy­je­chać?

– We wto­rek wie­czo­rem. W środę w porze obia­do­wej leci do Paryża. Ale spo­tka­nie przy śnia­da­niu byłoby do pomy­śle­nia.

– Do pomy­śle­nia? W domu będziemy naj­wcze­śniej w środę wie­czo­rem.

– Nie­wąt­pli­wie.

Prze­stał na nią patrzeć, zaczął za to przy­glą­dać się swoim paznok­ciom – liczył je, czy jak?

– Kri­stino, wiesz, że na pewno sta­wię się na ten spek­takl, ale z tego, co rozu­miem, mógł­bym wyje­chać we wto­rek wie­czo­rem. Albo w nocy. Ty i Kelvin może­cie wró­cić pocią­giem albo zabrać się z Rober­tem. Podobno i tak wraca jakoś w środę… tak w ogóle faj­nie, że mimo wszystko przy­jeż­dża.

Faj­nie? – pomy­ślała. Co, do cho­lery, jest faj­nego w Rober­cie? Pijąc whi­sky, żało­wała, że nie popro­siła o dwa cen­ty­me­try. Albo cztery.

– O ile dobrze zro­zu­mia­łem – cią­gnął Jakob – nie cho­dzi o to, żeby­śmy tam sie­dzieli całą noc. Prze­cież miesz­kamy w hotelu, nie muszą nawet wie­dzieć, że urwę się tro­chę wcze­śniej. Jak myślisz?

Wzięła głę­boki oddech.

– Skoro ten Jef­fer­son jest taki ważny i skoro już zde­cy­do­wa­łeś, nie musisz się tu ze mną nara­dzać, Jakob.

Dała mu sekun­dową szansę na pro­test, ale popi­jał tylko whi­sky i kiwał głową z zacie­ka­wie­niem.

– A skąd ja mam wie­dzieć, co oni zapla­no­wali? To czter­dzie­ste uro­dziny mojej sio­stry i sześć­dzie­siąte piąte ojca. Po raz pierw­szy spo­tkasz całą rodzinę razem i pew­nie też po raz ostatni, prze­cież chcą sprze­dać dom i prze­nieść się na Wybrzeże Skle­ro­ty­ków. Rodzina jest skom­pro­mi­to­wana, ojciec całe swoje życie sta­rał się być jakimś drob­no­miesz­czań­skim fila­rem, moro­wym chło­pem, a tu jego jedyny syn wali konia w tele­wi­zji… Nie, ja nie wiem, co nas tam czeka, ale jeśli musisz zjeść śnia­da­nie w towa­rzy­stwie jakiejś ame­ry­kań­skiej szy­chy, to pro­szę bar­dzo.

Wybrał naj­prost­sze wyj­ście. Wziął to dosłow­nie i udał, że nie dostrzega bez­miaru iro­nii.

– Dobrze – powie­dział krótko. – Pro­po­no­wa­łem środę o dzie­wią­tej, w takim razie zadzwo­nię i potwier­dzę.

– A jeśli przy­ję­cie potrwa do pół­nocy?

– To bez zna­cze­nia, pojadę od razu. W nocy jedzie się tylko trzy godziny. Cztery, pięć godzin snu, wię­cej mi nie potrzeba.

– Zro­bisz, jak będziesz chciał – odparła Kri­stina. – Kto wie, może poje­dziemy z tobą.

– Nic by mnie bar­dziej nie ucie­szyło – powie­dział Jakob z nowym, łagod­nym uśmie­chem. – Może jesz­cze dzie­sięć mili­li­trów? Dobre to ośle mleko.

W nocy obu­dziła się koło wpół do trze­ciej i przez godzinę nie mogła zasnąć. Zwy­kle nie była to dobra pora na pozy­tywne myśli, tym razem też.

To się nie uda, myślała. Mój zwią­zek z Jako­bem nie prze­trwa.

Nasze instru­menty nie stroją… powoli, lecz swo­bod­nie argu­menty i meta­fory wypły­wały na powierzch­nię… ni­gdy nie znaj­du­jemy się w tym samym pokoju, nie mówimy tym samym języ­kiem, jak ogień i woda, ni­gdy nie przy­cho­dzi mu do głowy nic, co przy­po­mi­na­łoby to, o czym ja myślę. Za pięć lat… za pięć lat będę sie­dzieć jako samotna matka na pierw­szej wywia­dówce w szkole. I dla­czego, u licha, mia­ła­bym zacząć teraz szu­kać nowego faceta? Pod­daję się.

Mam za duże wyma­ga­nia, pomy­ślała minutę póź­niej.

Tak wła­śnie uję­łaby to Ebba. Cudowna sio­stra Ebba. Nie zadzie­raj tak nosa, sio­strzyczko. Ciesz się lepiej z tego, co masz, naprawdę mogłaś tra­fić gorzej.

Nie żeby Kri­sti­nie miało kie­dyś przyjść do głowy roz­ma­wiać o tym z Ebbą. Ale gdyby. Zbyt duże wyma­ga­nia, za wiele żądasz – stwier­dzi­łaby Ebba. Dla­czego wydaje ci się, że komu­kol­wiek (a do tego męż­czyź­nie!) mogłoby coś przyjść z błą­dze­nia w two­jej pogma­twa­nej femi­ni­stycz­nej duszy? Weź na przy­kład ten sce­na­riusz, z któ­rym się zma­gasz! Wszy­scy pozo­stali w gru­pie cho­wają dumę do kie­szeni i pra­cują zgod­nie z umową, tylko ty to kom­pli­ku­jesz i potrzeba ci dwa razy tyle czasu na prze­róbki. Prze­pi­su­jesz i prze­pi­su­jesz, i prze­pi­su­jesz. Masz pro­du­ko­wać szmirę, naucz się więc robić, co do cie­bie należy, i na tym poprze­stań. Świat i tak ni­gdy nie pozna się na twoim geniu­szu.

Tak mogłaby powie­dzieć Ebba. Gdyby wie­działa, jak sprawy się mają.

Po następ­nej minu­cie nade­szła obo­wiąz­kowa skru­cha. Kiedy sta­nęła na bary­ka­dzie Ebby i skie­ro­wała ostrze w swoją stronę. Pod twoją kością czo­łową nie kryje się geniusz, Kri­stino Her­mans­son! Nie masz ani krzty ory­gi­nal­no­ści. Żad­nej rdzen­nej siły twór­czej. Zwy­kła nie­za­do­wo­lona młoda sucz owład­nięta manią wiel­ko­ści. Zawsze nią byłaś, jedyna zmiana w twoim życiu pole­gać będzie na tym, że naj­pierw sta­niesz się suczą w śred­nim wieku, a potem starą suczą.

Wstała i napiła się soku jabł­ko­wego. Zja­dła kawa­łek chrup­kiego pie­czywa z ched­da­rem. W łazience sta­nęła przed lustrem i przyj­rzała się sobie. To samo stare, zwy­czajne ciało, kie­dyś było młod­sze, ale piersi były rów­nej wiel­ko­ści, brzuch pła­ski, a bio­dra odpo­wied­nio sze­ro­kie. Żad­nego cel­lu­litu. Wyglą­dała naprawdę jak kobieta – gdyby była face­tem, pew­nie spodo­ba­łoby się jej to, co widzi.

Choć prze­cież na resztę życia zaprze­dała się jed­nemu sam­cowi, czyż nie? A on naj­bar­dziej lubił kochać się po ciemku. Chyba dla­tego, że nie chciał, by widziała jego małą oponkę.

A zatem tylko ona mogła od czasu do czasu popa­trzeć na to jak na razie dobrze zacho­wane ciało. Trzy­dzie­ści jeden lat. Jakob miał czter­dzie­ści trzy. Gdyby to było dwa­na­ście lat w drugą stronę, wycho­dzi­łoby na to, że mogłaby sobie wziąć dzie­więt­na­sto­latka. Szybki dreszcz prze­szył wnę­trze ud, ale nic wię­cej się nie stało. Na razie.

Zabawne, pomy­ślała. Jakie, cho­lera, zabawne stwo­rze­nia z nas, ludzi. Po co tyle czasu i wysiłku mar­no­wać na zasta­na­wia­nie się nad sobą i swoim wydu­ma­nym życiem? Nasza ego­cen­tryczna wędrówka do grobu.

Powin­nam zacząć wie­rzyć. Albo cho­ciaż inte­re­so­wać się czymś. Wie­lo­ry­bami, afgań­skimi kobie­tami albo jakimś innym zagro­żo­nym gatun­kiem. A może mężem i synem? Mniej chyba żądać nie można.

Może Rober­tem – wie­działa, że nie wyba­czy­łaby sobie, gdyby naprawdę się zabił.

Ale Jakob?

Jak miała się zmu­sić?

Schle­biał jej od samego początku. Mówił, że jej sce­na­riusz wyróż­nia się na tle dwu­dzie­stu czte­rech nade­sła­nych prac, sku­tecz­nie schle­biał jej kobie­cej próż­no­ści. Zatrud­nił ją od zaraz; miała dwa­dzie­ścia sie­dem lat, ale dała się zła­pać jak lecąca na uzna­nie nasto­latka.

To było w maju 2001 roku; po raz pierw­szy kochali się w sierp­niu, a jakieś dzie­sięć minut przed wyznał, że jest żonaty i ma pięt­na­sto­let­nie bliź­niaczki.

Taka szcze­rość też ją urze­kła. I kiedy nie­całe pół roku póź­niej rze­czy­wi­ście wziął roz­wód, ponura prze­po­wied­nia jej przy­ja­ciółki Karen mogła się scho­wać („Ni­gdy się nie roz­wiodą! Jak, do kurwy nędzy, możesz być tak durna, książki psy­cho­lo­gicz­nej ni­gdy w życiu nie czy­ta­łaś? Takie ameby jak ty powinno się ste­ry­li­zo­wać!”). Dopiero kiedy sama zaszła w ciążę, a ich ślub był tuż-tuż, zro­zu­miała, że Annica, mama bliź­nia­czek, wyprze­dza swo­jego męża o rok, jeżeli cho­dzi o pokrętną zabawę w szu­ka­nie sobie nowego part­nera. To nie Jakob odkrył przed nią prawdę, lecz Liza, jedna z jego dra­pież­nych córek („Nie myśl sobie, że wysiu­da­łaś naszą mamę. Tylko cze­kała, aż ktoś taki jak ty się pojawi!”).

Dawna rodzina Jakoba – pod prze­wod­nic­twem nowego samca alfa – prze­nio­sła się do Lon­dynu mniej wię­cej wów­czas, gdy na świat przy­szedł Kelvin, a pamięć o nich wybla­kła jak stare foto­gra­fie w zbyt ostrym świe­tle. Na dobrą sprawę było to cho­ler­nie dziwne, coś musiało być poważ­nie zwi­chro­wane, ale po co roz­grze­by­wać stare brudy?

Dom na Gamla Enskede był potwor­nie drogi. Jakob Wil­l­nius miał jed­nak i pie­nią­dze, i pozy­cję; był takim szczę­ścia­rzem w odczło­wie­czo­nym ultra­cy­fro­wym budynku tele­wi­zji nowych cza­sów, że pora­dził sobie z dwiema cie­szą­cymi się złą sławą sze­fo­wymi jak żaden inny rasowy męż­czy­zna („Ma w sobie coś naprawdę wyjąt­ko­wego, zgoda – przy­znała Karen. – Ale o tym, czy na dłuż­szą metę wycho­dzi to na dobre, wolę się nie wypo­wia­dać”). Tra­fiła mu się dwa­na­ście lat młod­sza żona, myślała Kri­stina w przy­pły­wach cynicz­nego nastroju. Jestem dla niego jak wygrana na lote­rii i z wła­snej woli mnie nie zostawi, dopóki będę się zga­dzała na rżnię­cie raz w tygo­dniu. Jeśli któ­re­goś dnia umrę z głodu, będzie to tylko i wyłącz­nie moja wina.

Nie dało się jed­nak zaprze­czyć, że nie­zmien­nie dokucz­liwe codzienne nie­za­do­wo­le­nie w ostat­nich mie­sią­cach przy­brało na sile. Potrzeba… wła­śnie, czego? Uka­ra­nia go? To też śmieszne, co by jej przy­szło z „uka­ra­nia” Jakoba? Co to za pod­stępne słowa zakra­dły się do jej myśli?

Myśli i uczu­cia nie chciały jed­nak żyć w zgo­dzie. Ska­kały sobie do gar­deł; wie­działa, że na tym to polega. Cały pro­blem. Wła­śnie na tym.

Jestem pry­mi­tywna, myślała, kła­dąc się z powro­tem do łóżka w bez­piecz­nej odle­gło­ści od niego. Ale dobrze, że rozu­miem swoje motywy. Oto i całe życie. Bon­jour tri­stesse.

Co mam w takim razie zro­bić? – myślała potem. Czy raczej co chcia­ła­bym zro­bić? Co jest z tym moim życiem, że nagle stało się takie nie­zno­śne?

Nie zaczęła jesz­cze usu­wać tych upo­rczy­wych zna­ków zapy­ta­nia, kiedy zawład­nął nią długo ocze­ki­wany sen. Naj­wyż­szy czas, już pew­nie mniej niż trzy godziny zostały do chwili, gdy Kelvin zacznie rościć sobie do niej pre­ten­sje. Na swój spo­kojny spo­sób.

Kiedy skan­dal liczył sobie dopiero jeden dzień, zadzwo­niła jej matka z pyta­niem, czy Jakob przy­pad­kiem nie maczał pal­ców w wybo­rze Roberta do „tego pro­gramu”.

Kri­stina skwi­to­wała to jako absurd, ale nie mogła się powstrzy­mać i zapy­tała go tego samego wie­czoru.

Nie­ty­powo dla sie­bie oka­zał wtedy coś na kształt zło­ści.

– Kri­stina, co to za insy­nu­acje? To jest, do cho­lery, poni­żej two­jego poziomu. Wiesz, co myślę o Lind­man­ne­rze i Krant­zem.

– Prze­pra­szam, to matka pytała. W domu wydają się nie­źle wstrzą­śnięci.

– No, ja myślę – stwier­dził Jakob. – Szcze­rze mówiąc, sądzę, że dobrze się stało. Trudno im teraz będzie uza­sad­nić podobne inwe­sty­cje pro­gra­mowe.