Kocham cię, Lilith - Radek Rak - ebook

Kocham cię, Lilith ebook

Radek Rak

3,7

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Debiutancka powieść laureata Nagrody Literackiej NIKE 2020.

Napisana przepięknym językiem opowieść o poszukiwaniu miłości i spełnienia, literaturze i życiu, których czasem nie można od siebie oddzielić.

Do sanatorium w Beskidzie Niskim przyjeżdża młody kuracjusz Robert. Chce odpocząć i podreperować zdrowie. Ale czy to się uda, jeśli niemal cały czas dzieli między spotkania z piękną i demoniczną malarką Iwoną oraz intrygującą lekarką Małgorzatą? Na dodatek pogrąża się w lekturze powieści o lwowskim detektywie Jesipowiczu, który staje się jego wiernym towarzyszem i doradcą w miłosnych podbojach.
Po nocy, którą Robert i Iwona spędzają razem, malarka znika i okazuje się, że nikt w sanatorium nie pamięta takiej kuracjuszki. Czy wszystko się tylko Robertowi wydaje? Czy wszystko jest tylko powieścią?

Pierwsza powieść Radosława Raka jest jak pierwsza miłość: bezbronna, szczera, naiwnie odważna i rozgorączkowana. Czytajcie delikatnie, te Leśmianowe bańki młodzieńczych pasji tak łatwo pękają pod brutalnym dotykiem prozy.
Jacek Dukaj

"Kocham cię, Lilith” to opowieść zwodnicza. Zaczyna się niewinnie, by niebawem wciągnąć nas w dziwne krainy duszy, które zazwyczaj omijamy. Transowa, wspaniale napisana proza. Radek Rak już teraz zapuszcza się w regiony polszczyzny, które dla wielu pisarzy pozostają niedostępne. Znakomity debiut!
Wit Szostak

Radek Rak (ur. 1987) - lekarz weterynarii, pracuje w swoim zawodzie. Mieszka w Dębicy na Podkarpaciu. Lokalny patriota, miłośnik gór, zwłaszcza Beskidu Niskiego. Publikował opowiadania w "Nowej Fantastyce", "Lampie" i e-zinie "Esensja". Jego pierwsza powieść nosi tytuł "Kocham cię, Lilith" (2014). W 2017 roku za powieść "Puste niebo" (2016) otrzymał Złote Wyróżnienie w Nagrodzie Literackiej im. Jerzego Żuławskiego oraz nominację do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Za książkę “Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” otrzymał Literacką Nagrodę Nike 2020.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
kto28

Dobrze spędzony czas

Śliczne! Jak na debiut bardzo dobra.
00

Popularność




Copyright © Radosław Rak, 2014

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcia na okładce

Andrey Korotich/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Agata Pieniążek

Redakcja

Roman Honet

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-519-3

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Istnieją ludzie, którzy wywołują duchy.

Ja wywołuję ciała.

Salwa an-Nu’ajmi

– Nie odpowiadam za swoje sny.

– Owszem, odpowiada pan.

Bruno Schulz

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. PONIEDZIAŁEK

Ruskich Bukownik nie ma na żadnej mapie. Odkąd wyjechałem z lesistej doliny Rymanowa-Zdroju, wokoło wznosiły się wyłącznie wzgórza, wzgórza i wzgórza, bezwstydnie nagie i jałowe. Żeby choć chałupa, żeby większy kawałek lasu – ale tu nic, pusto. Droga otwarta przede mną, nikogo z przodu, nikogo z tyłu, pedał gazu kusi, ale strach nacisnąć, kiedy trasa kręta jak ciało zaskrońca wciąż wznosi się i opada.

Mijam starą cerkiew – drewno czarne od wilgoci, impregnowane halnym wiatrem i upływającymi latami, dzwonnica zapadnięta, okna jak martwe oczodoły. Obok cerkwi wyblakła zielona tabliczka w kształcie strzałki w prawo, białe litery głoszą: „Ruskie Bukowniki 5”.

Pod nią mniejsza, biała z brązowym rysunkiem kościoła: „Podkarpacki Szlak Architektury Drewnianej, Zespół Klasztorny oo. Zmartwychwstania Pańskiego, XVIII w.”. Skręcam.

O Ruskich Bukownikach dowiaduję się przypadkiem. Jestem w drodze do sanatorium „Iwona”, za mną trzysta kilometrów drogi, jadę z Lublina. Sanatorium ma rymanowski adres, ale skierowano mnie tędy; podobno to jedyna droga dojazdowa.

Gdy tylko trafiam do Rymanowa-Zdroju, pytam miejscowego o drogę do „Iwony” – widzę, ubrany schludnie, choć gęba czerwona, zjeżona od kilkudniowego zarostu. Kiedy odsuwam ze szmerem szybę po stronie pasażera, uderza mnie zapach taniego wina.

– To dej pan pięć złoty – krzywi gębę w szczerbatym uśmiechu, usta po lewej stronie otwiera szerzej niż po prawej, mówi jakby bokiem, szyderczo, pokątnie. – Na wino.

– Panie, ja tylko o drogę do sanatorium „Iwona” pytam! – niecierpliwię się. – „I-wo-na”!

– No to se pan pytej. – Uśmiech tamtego jeszcze szerszy, jeszcze bardziej szczerbaty, oczy jasne i czyste jak niebo, jak kryształki lodu.

Wypluwam z siebie ciche „kurwa”, ruszam z piskiem. Szyby nie zasuwam. Ludzi wzdłuż ulicy mało, w dodatku to kuracjusze, ale z innych sanatoriów. O „Iwonie” nikt nie słyszał. Plecy i ramiona coraz mocniej odczuwają kilometry, które zostawiłem za sobą.

Drogę pokazała mi dopiero kobieta z dzieckiem. To ona skierowała mnie na Ruskie Bukowniki.

– Na skrzyżowaniu za kościołem skręci pan w prawo, minie korty tenisowe i wyjedzie z miasteczka, i jeszcze raz w prawo przy starej cerkwi. Trzeba minąć wieś, Ruskie Bukowniki, i tam jest sanatorium, na końcu drogi. Tylko dojazd niedobry, bo piechotą to można szybko dojść, ścieżką i schodkami w górę, o, tu, za „Stomilem”, niedaleko.

Jadę więc po wertepach przez te Ruskie Bukowniki – domów pięć na krzyż, wszystkie krzywe, zgarbione, kryte azbestem. Wraz z zapachem młodej wiosny do środka pcha się odór kurzych gówien. Zasuwam szybę. Po prawej czarny, drewniany kościół klasztorny, niegdyś zapewne cerkiew. Dzwonnica osobno, z tyłu, za niewysokim murem z czerwonej cegły, kulą się domki zakonników. Ciekawe, czy to ciągle grecka świątynia, czy może już rzymska, jak wiele w tym rejonie. Kręcę głową, wierzyć się nie chce, czas zatrzymał się tu chyba przed pięćdziesięciu laty. Z kościoła przez uchylone drzwi przeciska się chudy chłopak z wiadrem i mopem w rękach, gimnazjalny meszek sypie się mu nad górną wargą. Obrzuca niechętnym spojrzeniem moje srebrne suzuki i odwraca się.

Sanatorium drzemie jakieś pół kilometra za wsią, w cieniu okrywającego się już młodą zielenią lasu. Bryła budynku szarawej barwy, prosta, prawie sześcienna, tylko weranda, ogród zimowy i taras ponad nim nieco ożywiają całość. Styl – na oko: późny Gierek. Ale skalniak jest barwny nawet o tej porze roku, choć kwiecień dopiero się rozpoczął, a duże okna od frontu sprawiają miłe wrażenie. Rzut oka w bok – i niespodzianka, domek fiński z jacuzzi na tyłach, właściwie już w lesie. Odprężam się lekko, napięcie barków, pleców i pośladków ustępuje. Zajeżdżam po wysypanej białym, chrzęszczącym żwirem alejce prawie pod samo wejście. Na parkingu zaledwie trzy samochody. Ostatecznie sanatorium wygląda nie najgorzej. Należy mi się wypoczynek.

***

Kiedy zgłosiłem swoją obecność w portierni i załatwiłem wszystkie formalności, w biurze na parterze poinformowano mnie, że doktor Bryniewicz tego dnia już nie przyjmuje i muszę stawić się w gabinecie nazajutrz po śniadaniu. Przekazałem dokumentację lekarzowi dyżurnemu i miła pani z recepcji zaprowadziła mnie do mojego pokoju pod numerem 18.

Pokój numer 18 znajduje się na pierwszym piętrze, tuż obok tarasu. Korytarze i klatka schodowa sanatorium „Iwona” wyłożone są po staroświecku boazerią, zapach drewna przenika wszystko; popołudniowe słońce znaczy deski złotymi smugami. Pokój jest niewielki, ale sympatyczny: ściany w kolorze soku grejpfrutowego, własna łazienka, łóżko, które nawet bardzo nie skrzypi. Do kolacji było jeszcze daleko, cisnąłem więc torbę na podłogę, wziąłem szybki prysznic i poszedłem na spacer po okolicy.

Łagodne zbocze spływało ku wschodowi, w stronę Rymanowa. Miasteczko w dolinie rozciągnięte jak biały potok, po drugiej stronie doliny zza moich pleców słońce rozświetlało porosły szarawą buczyną miękki garb wzgórza. Mój cień szedł przede mną. Wyższe góry po prawej okrywał już przedwieczorny półmrok. Chłodno, rześko; w powietrzu wisiał zapach mokrej ziemi i fiołków – zapach młodej wiosny.

Stała tam, gdzie ścieżka przechodzi w drewniane schodki, skąd rozciąga się najszerszy widok. Przed nią sztalugi, obraz na wpół ukończony, wiatr szarpał lekko jej miedziane włosy z ciemnymi odrostami. Sztruksowy brązowy żakiet, oliwkowa spódnica, dłonie w rękawiczkach bez palców. Spostrzegła mój cień, ale malowała dalej; zatrzymałem się o kilka kroków od niej.

– Bardzo piękny obraz.

Odwróciła głowę, popatrzyła, zasłaniając dłonią oczy od światła i krzywiąc nieładnie usta. Spojrzenie dłuższe niż przelotne.

– Piękny to ma pan wzrok, skoro pan stamtąd widzi. – Głos głęboki, trochę ochrypły. Odkaszlnęła, wróciła do malowania.

– Przepraszam, nie znam się na sztuce – odpowiedziałem po prostu, uśmiech sam pchał się na usta.

– Wiem.

Podszedłem bliżej. Malowała teraz motylka cytrynka, kanarkowa żółć odcinała się od szarozłotego tła uzdrowiskowego pejzażu. Zapach fiołków jakby się nasilił, powiał wiatr. W pewnej chwili zdało mi się, że motyl poruszył skrzydełkami, a liście osiki w rogu obrazu zadrżały. Mrugnąłem. Obraz był oczywiście nieruchomy.

– Całkiem jak prawdziwe…

– Przecież nie zna się pan na sztuce.

– Może w takim razie pani opowie mi coś o niej?

– Bardzo proszę – przerwała, motyl był już prawie skończony. – To są sztalugi. To płótno. To paleta, farby, pędzel. A to ja. Malowałam właśnie pejzaż pod tytułem Spokój nad Rymanowem.

– Proszę więc malować dalej.

– Pejzaże maluję tylko z natury. – Spojrzała natarczywie. Oczy orzechowe.

Uszy zapłonęły mi ze wstydu, bąknąłem jakieś słowa przeprosin i pożegnania. Chyba nie odpowiedziała. Powlokłem się z powrotem do sanatorium, szło mi się sztywno, miałem wrażenie, że w tyłek wetknięto mi kijek. Odwróciłem się raz, gdy dostałem zadyszki i zatkało mnie w piersi. Patrzyła na mnie nadal. Ruszyłem niezgrabnie dalej: tyłek sztywny, uszy płoną, w piersi zatyka. Jak gówniarza mnie spławiła, a ja nic przecież… Obok mnie przeleciał cytrynek.

Nie poszedłem na kolację, przegryzłem tylko snickersa, umyłem zęby i rzuciłem się na łóżko. Uszy płonęły nadal.

Jak gówniarza.

I tak upłynął ranek i wieczór, dzień pierwszy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI