Kobiety nieidealne. Baśka - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles - ebook

Kobiety nieidealne. Baśka ebook

Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

4,4

Opis

Znane bohaterki w kolejnej odsłonie. Bo nie od dziś wiadomo, że kobiety perfekcyjne są tylko perfekcyjne, za to nieidealne są po prostu fajne.

Jedna z czterech przyjaciółek, Baśka, wreszcie została mamą. Czy kobieta, która przez całe życie skupiona była wyłącznie na sobie, będzie potrafiła odnaleźć się w nowej roli? Do tej pory los obchodził się z nią łaskawie, szczędząc jej większych trosk, ale i nad nią zaczynają się zbierać czarne chmury. Przyzwyczajona do luksusów i wygodnego życia, będzie musiała bardzo się postarać, żeby przetrwać burzę.

Na szczęście, jak zawsze ma wsparcie w przyjaciółkach, które potrafią wyciągać się wzajemnie za uszy nawet z największych tarapatów.

Kolejny raz Magdalena Kawka i Małgorzata Hayles potrafiły zaintrygować i skłonić mnie do tego, bym nieustannie przerzucała kolejne kartki książki. Dałam się wciągnąć! Kolejny raz! Późne macierzyństwo to niełatwy temat, ale autorki uporały się z nim na piątkę. Opowiedziały o problemach, o których wszyscy wiedzą, ale zazwyczaj nie chcą głośno o nich mówić. Ciekawe, ile czytelniczek po przeczytaniu tej książki powie: „Tak, jestem Baśką”. Fantastyczna robota, drogie panie!

Joanna Divina, dziennikarka radiowa, „Mała Czarna”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (61 ocen)
30
24
6
1
0

Popularność




Copyright © Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-54-6

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Macierzyństwo to nie moja bajka – ta uporczywa myśl znów zaczęła mnie prześladować, nie wiem który już raz. Zdaje się, że o dziewięć miesięcy za późno. Pewien rodzaj kobiet po prostu nie powinien się rozmnażać. Nie chodzi nawet o to, że jesteśmy bardziej świadome niż te wszystkie egzaltowane mamuśki albo że w przeciwieństwie do nich nie mamy instynktu macierzyńskiego; my po prostu podskórnie czujemy to, z czego one nie zdają sobie sprawy: że wydawanie na świat śmiertelnych istot jest niehumanitarne i nieuczciwe.

Próbowałam podzielić się tą odkrywczą myślą z Jackiem, ale chyba nie bardzo mnie słuchał, zajęty cmokaniem nad łóżeczkiem Hanki. Radośnie wtórowała mu pani Wiera, co chwilę nakręcając karuzelę z pozytywką; jej powtarzalne tony doprowadzały mnie do szału. Powinni to dziecko mieć ze sobą, idealnie by się dogadali. Ptaszki, cmoki i tiutania dobiegały z dziecinnego pokoju przez prawie cały dzień, choć Hanka jego większość i tak przesypiała, nieczuła na zachwyty ojca i gosposi nad własnym istnieniem. Dawało mi to nadzieję, że mimo wszystko bardziej wdała się we mnie.

W sumie to bardzo dorosłe i odpowiedzialne posiadać w domu dziecinny pokój, ale musiałam w końcu przyznać sama przed sobą, że jego mała rezydentka nieco mnie przeraża i zdarzały się chwile, że świtała mi myśl o ucieczce na drugi koniec świata. Najlepiej do Nowej Zelandii. Szczególnie o czwartej nad ranem, kiedy po raz kolejny bezskutecznie próbowałam ją oderwać od moich nabrzmiałych i drażliwych sutków, do których potrafiła się przyssać jak najbardziej stanowcza pijawka świata.

W myślach odpierałam już gadkę przyjaciółek o powinnościach kobiety i matczynej miłości. Cóż, może niektórym kobietom przychodziło to tak naturalnie jak ciąża czy urodzenie dziecka. Najwyraźniej do nich nie należałam. Bardzo kocham swoje dziecko, tak mi się zdaje, ale nic nie poradzę, że trochę się go boję i nie umiem się odnaleźć w nowej roli. Nosiłam je w sobie przez dziewięć miesięcy, a jednak wcale go nie znam. Nawet nie wiedziałam, czy będzie chłopcem, czy dziewczynką, więc nauczyłam się zwracać do niego bezpłciowo. Mówiłam do brzucha: kochanie. Zwolennicy gender zapewne by mnie pochwalili i poradzili, żebym poczekała, aż samo wybierze sobie kulturową płeć, ale jednak jak na dłoni było widać, że to dziewczynka.

Urodziła mi się jakimś nieznanym, nieodgadnionym bytem, z poczochraną czupryną, zmarszczonym noskiem i zamglonymi oczami, niebieskimi jak u wszystkich noworodków. Na dodatek z żółtaczką. Gdyby nie nadzieja, że jednak w końcu się bliżej poznamy i polubimy, chyba naprawdę dałabym stąd nogę.

Tymczasem spróbowałam odzyskać dawną siebie. Po tylu miesiącach urodowej abstynencji byłam spragniona mezoterapii, botoksu, kwasu hialuronowego i nici liftingujących, ale nawet nie miałam odwagi umówić się na manicure. Społecznie aprobowany byłby co najwyżej dentysta albo ginekolog, z naciskiem na tego ostatniego. Gdzieś podskórnie (nomen omen) czułam, że przestałam przynależeć do świata medycyny estetycznej, że wręcz nie wypada mi w nim przebywać. Właśnie zostałam mamuśką i powinnam raczej martwić się o stopień chłonności pieluszek i niemowlęcą ciemieniuchę.

W akcie desperacji, żeby poprawić sobie nastrój, wyciągnęłam z szafy piaskowy sweterek z tiulową wstawką przy dekolcie, który podarował mi Jacek, kiedy pokazałam mu dwie kreski na ciążowym teście. Sweterek był przepiękny, miał metkę bardzo znanego projektanta i był nieprzyzwoicie drogi. Jak zwykle szybko ustaliłam sama ze sobą, że kosztował dosłownie grosze, żeby nie wprowadzać w zakłopotanie moich przyjaciółek, z których chyba tylko Iza mogła sobie pozwolić na podobne ekstrawagancje. I to na dodatek w czasach, gdy jeszcze pracowała w korporacji i nie była matką na pełen etat.

Z napięciem, pełna ledwie tłumionych emocji, dotknęłam tego cudeńka. Sweterek był tak samo piękny i delikatny jak dziesięć miesięcy temu. Miałam go na sobie może ze dwa razy i jeszcze nie zdążyłam się nim nacieszyć. W ciąży się w niego nie mieściłam. Z lubością przyłożyłam policzek do mięciutkiej wełny. Przez chwilę poczułam się jak dawna Baśka. To wrażenie było orzeźwiające jak łyk najlepszego szampana. Niewiele myśląc, ściągnęłam przez głowę porozciąganą dresową bluzę, nie zawracając sobie nawet głowy rozpinaniem suwaka, i już po chwili poczułam rozkoszny, otulający dotyk dzianiny, delikatnej jak łabędzi puch.

Mój wytęskniony, komfortowy świecie – oto wróciłam!

Z ufnością zerknęłam w wielkie lustro i omal nie zemdlałam. Uroczy sweterek sterczał na moim monstrualnym biuście jak świeżo rozstawiony namiot. Na dodatek przez owo sterczenie sięgał mi zaledwie do pępka, co nie byłoby problemem dziesięć miesięcy temu, jednak dziś było dramatem. Nabrzmiałe cycki, wielki, pofałdowany brzuch i pryszczate czoło, bo w ciąży nie mogłam brać hormonów – oto portret zamożnej mieszkanki wielkiego miasta. Na dodatek nagle wydało mi się, że trochę wyłysiałam; włosy nie były już tak gęste jak kiedyś. Zamiast grubej kitki na plecach smętnie zwisał mi cienki kosmyk, który wyglądał jak zmokły zagłodzony szczur, który wgryzł mi się w kark.

W głowie słyszałam szydercze głosy moich przyjaciółek, i chociaż nie szydziły z mojego wyglądu, a jedynie z moich myśli, pogoniłam je w cholerę. Ja wam jeszcze pokażę, obiecałam mściwie.

* * *

– Nie lubisz tego obrazu? – zdziwił się Jacek niepewnie. – Nigdy nie mówiłaś. Jak chcesz, mogę go zabrać.

Szeroka panorama morza i nieco bliższe zejście na plażę – wszystko uchwycone w rozwartej, niesamowitej perspektywie, od dołu, tak realne, jakby malarz nie używał pędzla, tylko zrobił zdjęcie. Wisiał od dawna nad naszym łóżkiem w sypialni i zawsze wprawiał mnie w dobry nastrój. Co wieczór przed zaśnięciem wyobrażałam sobie, że to moja droga do krainy snów, pełna niesamowitego, magicznego światła, którego źródła próżno było szukać.

Piaskowy sweterek z tiulowym wykończeniem, naciągnięty na obraz od dołu, zasłaniał wszystko oprócz linii horyzontu i skrawka nieba. Kolorystycznie nawet wpisywał się w pejzaż, a z daleka prawie nie było widać, że z obrazu zwisają rękawy.

– Nie waż się. Ma tu wisieć – warknęłam.

Chyba nigdy nie widziałam u mojego męża takich wielkich oczu.

– Ale kochanie, nie denerwuj się. Jeśli ci się nie podoba… – zaczął znowu.

Od kiedy urodziła się Hanka, Jacek traktował mnie jak bombę z opóźnionym zapłonem. Widziałam, że się mnie boi. Nic dziwnego: byłam duża, mleczna i nieprzewidywalna. Właściwie powinnam coś z tym zrobić, ale mi się nie chciało.

– Ten sweterek… – zauważył w końcu ugodowo. – Okej, nawet pasuje. Taki… kolaż.

– Jaki znowu kolaż? Zgłupiałeś? Na cyckach mi się opina, muszę go rozciągnąć, a nie znalazłam niczego, co by się lepiej nadawało. Nie będę wyrzucała sweterka za siedem stów tylko dlatego, że jest za mały. Chyba logiczne?

* * *

– W zasadzie logiczne – przyznała Iza po namyśle, kiedy już wytłumaczyłam zdumionym dziewczynom, dlaczego zasłaniam sweterkiem całą plażę i większą część morza. Oczywiście nie przyznałam się, ile kosztował. Tę kwestię pominęłam milczeniem.

Tym razem siedziałyśmy w sypialni. To było jedno z niewielu pomieszczeń w tym domu nieskażone obecnością dziecka i tylko tu potrafiłam odnaleźć ducha dawnej siebie.

– Przyniesiesz Hanię? – zapytała Joanna. – Dawno jej nie widziałam. Urosła?

– Od przedwczoraj? – Nie umiałam ukryć złośliwości. – Raczej nie sądzę. Choć biorąc pod uwagę czas, który spędza przy moich cyckach, powinna być wielka jak dinozaur.

– Przynieś, przynieś – z ochotą poparła ją Magda, oglądając z niesmakiem odpryśnięty lakier z paznokcia. – Stówę dałam, a nic się nie trzyma – skonstatowała z pretensją. – Byłam w tym gabinecie, co mi poleciłaś. Biorą jak za zboże. Już tam nie pójdę.

– Mogłaś kupić lakier i sama pomalować. – Iza od jakiegoś czasu została orędowniczką oszczędzania. Któregoś dnia doszła do wniosku, że tyle wydała już w życiu na kosmetyki, ubrania i tym podobne bzdury, że teraz czuje się w obowiązku odpokutować za te wszystkie sterty tylko raz założonych bluzek, zgęstniałych lakierów i zjełczałych ze starości kremów, do używania których zabrakło jej systematyczności. Zwłaszcza że jej matka, żona teksańskiego nafciarza, wydawała pieniądze za nie obie i jeszcze za połowę kobiecej populacji Polski. Podejrzewałam, że Iza zamierza zrobić jej na złość. – Najlepszy kosmetyk to dobry seks – wygłosiła po raz nie wiem który.

Na dziewczynach chyba nie robiło to już żadnego wrażenia, ale we mnie coś pękło. W dawne sweterki się nie mieściłam, na manicure nie miałam czasu, a po ciąży wszystkie kremy nagle zaczęły mnie uczulać. O seksie nawet wolałam nie wspominać; siadając, nadal musiałam szukać najmniej bolesnej pozycji.

– Możesz się zamknąć? – zapytałam cicho, ledwie panując nad łzami.

Mimo to usłyszały wszystkie, bo nagle zamarły. Pewnie przeraził je mój ton. Magda przerwała oglądanie paznokci, a Iza zrobiła zdumioną minę. Jedna Joanna chyba nie była zaskoczona. Zamierzałam rozbudować poprzednią kwestię, najlepiej dodając jakieś obraźliwe zwroty, ale wciąż niebezpiecznie piekły mnie oczy. Jezu Chryste! Co się ze mną dzieje? – pomyślałam w panice. Źle ze mną, skoro zamiast kląć zaczynam ryczeć.

– No już, wszystko dobrze, to nie ty, to hormony. – Iza przyciągnęła mnie do siebie i jak dziecko głaskała po plecach. Poczułam zapach jej modnych perfum i w końcu się rozryczałam, mając w pamięci smętnego szczura zwisającego z mojego karku. Tak się wyginałam, żeby nie musiała go dotykać. – Jak się urodził Harumi, przez miesiąc chlipałam na reklamie proszku do prania. Taki rudy kotek tam był, zaplątał się w prześcieradło i mu łapka zostawała… – powiedziała filozoficznie.

– Ja beczałam krokodylimi łzami, jak wodnik porwał Rumcajsowi i Hance Cypiska. – Również Magda pospieszyła na ratunek. – Moi teściowie uznali, że zwariowałam. Nie martw się, świeżo upieczone matki nie panują nad emocjami. Wszyscy to wiedzą. Oprócz moich teściów.

Ryczałam coraz bardziej. Łzy jedna po drugiej spływały mi po policzkach i momentalnie zapchał mi się nos. Chciałam im o wszystkim powiedzieć, wytłumaczyć, że sobie nie radzę, że czuję się, jakbym wylądowała na obcej planecie, która tylko z pozoru jest podobna do mojej. Że nie znam tej małej dziewczynki, której imię rzadko wymawiam, jakby brzmiało Voldemort, a co gorsza, przestałam rozpoznawać siebie. Że patrzę w lustro i widzę jedynie oczy, nos, usta i włosy, ale nie umiem tego złożyć w kupę. Że ta obca kobieta z wielkimi cyckami to nie ja; że jestem jak z portretu Picassa, nic tam nie jest na swoim miejscu, choć wszyscy cmokają z zachwytem, że to sztuka.

Może w końcu znalazłabym słowa, ale właśnie wtedy zapukała Wiera.

– Pani Basiu, Haneczka chyba głodna. Próbowałam ją uspokoić, ale wciąż płacze. Przynieść czy pani pójdzie? – Na widok mojej zapuchniętej twarzy zamilkła zdezorientowana.

Joanna poderwała się z fotela.

– Przynieść, przynieść. Tu ją nakarmimy. Pójdę z panią.

Zanim wróciła, piastując w ramionach czerwonego na twarzy i wrzeszczącego noworodka, Magda z Izą zdołały mnie jakoś uspokoić. Pociągając nosem, z niechęcią odpięłam dwa guziki w bluzce, odsłoniłam pierś i przystawiłam wrzeszczącą wniebogłosy Hankę do cycka. Łapczywie przyssała się do sutka i wreszcie zamilkła. Kiedy na chwilę podniosłam głowę, napotkałam maślane spojrzenia moich trzech przyjaciółek. Pomyślałam wtedy, że dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zrozumieją, że to, co dla nich jest obrazkiem jak z Wyspiańskiego, dla mnie jest orką na nieznanym ugorze.

Po godzinie zaczęły się zbierać do wyjścia. Przyjechał po nie Tomek; Magda miała spać u Izy, a Joanna poprosiła, żeby po drodze podrzucili ją do nocnego sklepu. Chciała jeszcze zrobić zakupy na śniadanie. Na końcu języka miałam złośliwą uwagę, że Luśka i Hamza też mają ręce i nogi, a dodatkowo samochód, ale w efekcie milczałam, zajęta własnymi nieszczęściami. Kochałam Joannę, ale chwilowo bardziej obchodził mnie mój własny los.

Okazało się, że Joannę także. Gdy Tomek zatrąbił na podjeździe, a Iza zerwała się cała w skowronkach, ponaglając dziewczyny, żeby się pośpieszyły, i szturchając Magdę, żeby szybciej wkładała buty, Joanna nieoczekiwanie powiedziała:

– To bez sensu, jedźcie beze mnie. Zadzwonię po Hamzę. Przecież to kompletnie inna strona miasta.

– No co ty, żaden problem – zaprotestowała Iza.

– Jedźcie, jedźcie, dam sobie radę.

Iza próbowała jeszcze ją przekonywać, ale Magda chyba wyczuła, o co chodzi, i pociągnęła ją za rękę:

– Nie marudź, Tomek trąbi. Jak mówi, że sobie poradzi, to sobie poradzi. No to pa pa, kochane!

Po trzech minutach już ich nie było.

Pani Wiera wyjrzała z kuchni.

– Herbaty naparzyć? Pani Basi to rumianku raczej…

– Ja też poproszę o rumianek. – Joanna odwiesiła płaszcz. – Mam nadzieję, że nie jesteś zła?

– Ja jestem notorycznie zła, nie przejmuj się – mruknęłam, prowadząc ją z powrotem do sypialni; Hanka na szczęście znów słodko spała w swoim pokoju i miałam nadzieję, że przez kilka następnych godzin będę miała spokój. Byłam wdzięczna Joannie, że została. Jacek dwa dni temu pojechał na Węgry dopinać jakiś kontrakt, a Wiera coraz bardziej mnie irytowała. Każdym spojrzeniem, każdym gestem dawała mi do zrozumienia, że niewystarczająco czule zajmuję się Hanką. Gdyby mogła, sama zaczęłaby ją karmić piersią. – Zostaniesz na noc?

– Zostanę, już napisałam do Hamzy.

Wzruszenie chwyciło mnie za gardło. Z całej naszej czwórki to właśnie my dwie miałyśmy ze sobą najmniej wspólnego, a jednak tylko ona jedna zrozumiała, co się we mnie dzieje.

– Nie radzę sobie – powiedziałam po prostu, kiedy z kubkami naparu z rumianku ulokowałyśmy się w moim małżeńskim łożu. – A wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam i nie czekając na odpowiedź, kontynuowałam: – Mam gosposię, mam pieniądze, mogę zatrudnić tabun nianiek, czterech psychologów dziecięcych i najlepszego trenera fitness, który pomoże mi odzyskać sylwetkę, ale to nie ma żadnego znaczenia. Mam takie możliwości, że już dziś mogłabym zostawić małą Wierze i polecieć do Nowej Zelandii – dodałam z goryczą. – Sama powiedz, która z młodych matek by o tym wszystkim nie marzyła?

– Żeby zostawić noworodka i polecieć do Nowej Zelandii? No cóż…

– Oj, przestań wszystko traktować tak literalnie. To przenośnia. Chodzi o to, że nawet mając te wszystkie dogodności, ja chyba nie umiem być matką. – W końcu to powiedziałam, choć z trudem przeszło mi przez gardło. Znowu łzy zakręciły mi się w oczach. – Ja się jej boję – dodałam cicho, jakby w obawie, że ktoś może usłyszeć. – Boję się, że ona oczekuje ode mnie czegoś, czego nie umiem jej dać. Przecież nie zatrudniam sztabu nianiek, nie zostawiam jej, a jednak patrzę na nią i mi się wydaje, że mnie ocenia. I wiesz co? Ona ma takie, czy ja wiem, jak to powiedzieć… Takie krytyczne spojrzenie. Jakby czegoś we mnie szukała, ale już wiedziała, że tego tam nie ma…

Joanna chrząknęła ze dwa razy i zmarszczyła brwi. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, iż właśnie szuka jak najbardziej delikatnych słów. Nieoczekiwanie mnie to wkurzyło.

– No weź już przestań być taka poprawna, nazwij rzeczy po imieniu! – krzyknęłam, rozchlapując na kołdrę rumiankową herbatkę. – Powiedz, że do dupy ze mnie matka! Duża jestem, nie musisz mnie traktować jak przedszkolaka!

Joanna westchnęła z rezygnacją.

– Jezu, kiedy wy wreszcie przestaniecie mi wypominać mój zawód?

Powiedziała to jakoś tak żałośnie i zabawnie, że mimo woli się roześmiałam. W tym momencie rozległy się kroki na schodach i skrzypnęły drzwi.

– Suńcie się – rozkazała Iza, jak to Iza, wkraczając do sypialni. Za nią weszła Magda, piastując w jednej ręce butelkę pinot grigio, a w drugiej jakąś wielką, papierową torbę.

Zdziwiłam się bardzo, za to Joanna leciutko się uśmiechnęła.

– Wiedziałam, że wrócicie.

– Chyba nie wyobrażałaś sobie, że zostawimy tę chodzącą kupę nieszczęścia? – Magda ze znawstwem wbiła w butelkę korkociąg, który wyjęła z torebki. – Jednak bardzo cię, moja droga, przepraszamy – zwróciła się do mnie – ale już nie zamierzamy udawać przy tobie abstynencji. Doceń, że tylko jedna butelka. Ale po kieliszki nie idę – dodała zaraz. – Iza, ty idź.

Iza zamachała rękami.

– Jeszcze czego? Widziałaś, jak Wiera na nas spojrzała, kiedy znowu stanęłyśmy w progu?

Mogłam to sobie wyobrazić. Było już po północy, a ona bardzo pilnowała moich godzin snu, co nie przeszkadzało jej zrywać mnie z łóżka, gdy Hanka choćby głośniej sapnęła przez sen. Oglądała ostatnio jakiś program o śmierci łóżeczkowej i ten temat nie schodził z jej ust od rana do nocy. Twierdziła przy tym wszystkim, że muszę być zrelaksowana i wypoczęta, bo inaczej mleko mi się w cyckach zwarzy i Hanka dostanie skrętu jelit. Traktowała mnie jak urządzenie, które ma za zadanie sprawnie i dobrze obsługiwać niemowlaka.

– Nie przejmujcie się, na mnie codziennie patrzy jak na lodówkę albo na kuchenkę.

Roześmiały się, a ja poczułam, chyba pierwszy raz od porodu, że robi mi się jakoś lżej na sercu.

– Trudno – zdecydowała Magda – będziemy piły z gwinta. – Ale to potem. Najpierw ściągniesz mleko, żebyśmy jutro mogły nakarmić małą. Ewentualnie może ją karmić Wiera. Ty w każdym razie śpisz jutro do południa.

Po dwudziestu minutach siedziałyśmy wszystkie na łóżku. Magda wysypała z papierowej torby całą górę maseczek.

– Voilà! Do wyboru do koloru! Drogie koleżanki, dzisiejszą noc ogłaszam nocą alkoholizmu i rozpusty!

– Alkoholizm z jedną butelką?

– I rozpusta z maseczką na gębie? I skąd w ogóle wytrzasnęłaś maseczki o tej porze?

– Nie marudzić! Cieszcie się, że Izaura ma taką zapobiegliwą matkę. Zwiozła jej towar chyba ze wszystkich amerykańskich sklepów – roześmiała się Magda. – Kiedyś sobie o tym pogadałyśmy, ona uważa, że tylko w Stanach wiedzą, jak dbać o urodę.

Było już po drugiej, kiedy zaczął morzyć nas sen. Z gładkimi, świeżymi twarzami i pustą butelką po winie polegiwałyśmy w czterech rogach łóżka. W międzyczasie na palcach zajrzałam do Hanki, ale zastałam u niej śpiącą na fotelu panią Wierę, więc się wycofałam. Hanka także smacznie spała.

– Basia, co się dzieje? – zapytała Iza sennie. Odgłosy miasta za oknem ucichły, z nas też uszła energia; atmosfera zrobiła się intymna i ciepła. – Zanim weszłyśmy, słyszałam, jak rozmawiałyście.

– No, w zasadzie wrzeszczałaś – mruknęła Magda.

– Wcale nie jesteś złą matką. – Iza nie zwróciła na nią uwagi. Przysunęła się i odgarnęła mi włosy z czoła. Trochę zesztywniałam, ale się nie odsunęłam. Poczułam, że tego właśnie potrzebuję.

– Myślisz, że to jest takie łatwe? Przez całe życie troszczyłaś się głównie o siebie. Skąd masz wiedzieć, jak to jest być za kogoś odpowiedzialnym? Tego się trzeba po prostu nauczyć.

– A instynkt? Taki zwyczajny macierzyński instynkt, który ma nawet puszczalska kotka? Najwidoczniej ja go nie mam. Powinnam przestać myśleć o sobie, poświęcać się, a ja się czuję, jakby mi garb wyrósł. Czasem mi się wydaje, że ona nie jest dzieckiem, tylko moim zmaterializowanym wyrzutem sumienia. Karą za egoizm, za te wszystkie godziny spędzone u kosmetyczki, w SPA, w gabinetach medycyny estetycznej…

Dobrze, że było ciemno, paliła się tylko jedna mała świeca, bo wolałam nie oglądać ich twarzy. Czułam się nieswojo. W naszym kwartecie role były od zawsze obsadzone, mnie już dawno temu przypadła rola pewnej siebie, nieco aroganckiej; kogoś, kto nie potrzebuje pomocy, bo sam sobie świetnie radzi. Mogły łamać ręce nad nieporadną życiowo Joanną albo egzaltowaną Magdą, ja tego nie potrzebowałam. A tu nagle okazało się, że dobrowolnie robię przed nimi wiwisekcję. Czyżbym do tego stopnia się zmieniła? A może wcale tak naprawdę siebie nie znałam?

– Ale kto tego od ciebie wymaga? Kto wymaga poświęceń? – zapytała Iza.

– Świat. No, jeszcze Wiera.

– Głupoty gadasz. To ty sama. Nie gniewaj się, że to powiem, ale świat generalnie ma cię gdzieś. Dopóki nie wyrzucisz Hanki przez okno ani jej nie zagłodzisz, ludzi gówno obchodzi, czy chodzisz do ginekologa, czy wstrzykujesz sobie botoks. Największym swoim krytykiem i cenzorem jesteś ty sama. Przypomnij sobie, jak długo Joanna się z tego leczyła.

Joanna na dźwięk swojego imienia uniosła jedną powiekę. Mruknęła coś, ale wkrótce znowu spała. Z drugiej strony łóżka pochrapywała Magda.

– A co do Wiery, to zaczynam mieć nieodparte wrażenie, że mimo tej całej pomocy, wcale nie robi ci dobrze. Z jednej strony wciąż ci mówi, co i jak masz robić przy dziecku, ale z drugiej zdejmuje z ciebie całą odpowiedzialność. To niedobrze, w ten sposób nigdy nie poczujesz się pewnie. Nie możesz się bać własnego dziecka. Uwierz mi, niemowlęta wbrew pozorom są twarde – roześmiała się. – Przecież widzę, że nawet na ręce się boisz ją wziąć.

– Wiera mówi, że nie umiem podtrzymywać jej główki…

– Z całym szacunkiem, głupoty gada ta twoja Wiera. – Iza westchnęła. – Chyba muszę porozmawiać z Jackiem.

Tylko tego mi jeszcze było trzeba.

– Daj spokój, Jacek ma ostatnio tyle na głowie. Prawie go nie widuję. Nigdy nie siedział tyle w firmie, a teraz w kółko jakieś wyjazdy, narady, spotkania… Boję się, że on stąd ucieka. Tak chciał dziecka, a teraz…

Znowu się rozpłakałam.

* * *

Jacek, zamiast po trzech dniach, wrócił z Budapesztu po tygodniu. Ledwie cmoknął mnie w policzek, przywitał się z Hanką, wziął prysznic i wołając, że będzie wieczorem, pojechał do firmy. Ostatnio nie umiałam się z nim dogadać. Albo go nie było, albo chodził wiecznie zafrasowany i jakby nieobecny duchem. Prowadził długie rozmowy przez telefon i zamykał się przy tym w gabinecie. Kiedy pytałam, czy coś się stało, zbywał mnie milczeniem. Już raz przez to przechodziłam, nie miałam ani siły, ani ochoty na powtórkę z rozrywki, nawet jeśli wtedy okazało się, że moje podejrzenia się nie potwierdziły.

* * *

Wizyta przyjaciółek i wypite z nimi wino wyrwały mnie z dziwnego nastroju, w którym tkwiłam, w zasadzie odkąd wróciłam z małą ze szpitala i opuściła mnie ta kombinacja hormonów, która odpowiadała za euforyczny haj. W przeciwieństwie jednak do hormonów wino działało bardzo krótko. Na drugi dzień czułam się więc jeszcze bardziej beznadziejnie. Nadal miałam coś w rodzaju kangurzej fałdy w tym miejscu, w którym kiedyś znajdował się mój płaski brzuch, i ogromne piersi, na których już rysowały się rozstępy, nadal byłam beznadziejną matką i moja córeczka większość dnia spędzała z Wierą, tylko patrzeć, a jej pierwszym słowem będzie „mamoczka”. A do tego miałam gigantycznego kaca.

Najgorsze było jednak przede mną. Gdy zwlekłam się wreszcie z wyra z zaschniętym gardłem, w oczy rzucił mi się wiszący w kuchni kalendarz, na którym Wiera skrupulatnie oznaczała dni, żeby nie zapomnieć o wizycie położnej lub wyjazdach służbowych pana Jacka, któremu trzeba było „koszuli prasuwać”. Omal nie zemdlałam, gdy odkryłam, że już za kilka dni będzie dwudziesty czwarty grudnia. Jak to się mogło stać? Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

Ponieważ od dłuższego czasu nigdzie nie wychodziłam, jakbym sama sobie nałożyła areszt domowy, ominęło mnie przedświąteczne szaleństwo w centrach handlowych i te wszystkie świąteczne oferty różnych marek, którym co roku mówiłam: „Tak”, „Chcę”, „Potrzebuję”, „Pragnę”, „Jestem tego warta”. Miały takie śliczne opakowania i gratisy dostępne tylko w tym okresie, tak że naprawdę się opłacało. Tak przynajmniej mówiłam sobie. Jackowi nie musiałam, bo odkąd jego firma zdobyła nowe rynki zbytu, nie wypytywał o różne cudeńka, których przybywało na mojej toaletce, w garderobie czy szafie na buty. A ja jakbym chciała sobie rekompensować dzieciństwo, kiedy na nic nie było nas stać i jedyne, na co mogłam liczyć, to czyste ubranie. Pod tym względem matka była nieugięta. Uważała, że może być skromne i pocerowane, ale czyste. Cóż, mając piętnaście lat, marzyłam o choćby brudnej i wymiętej, ale wystrzałowej kiecce.

Teraz przypomniało mi się, że Jacek jakiś czas temu, dzień, tydzień, a może miesiąc, zapytał mnie: „Kochanie, co ze świętami w tym roku?”, a ja wyjęłam bombastyczną pierś, by poczęstować nią małą. Zdaje się, że ostatnio robiłam tak często. W zasadzie zawsze, gdy zadawano mi pytania dotyczące przyszłości. Gdy teraz o tym myślałam, musiałam uczciwie przyznać, że zarejestrowałam obecność choinki z mrugającymi lampkami w kącie naszego salonu i w pokoju dziecinnym. W moim pojęciu świadczyło to jednak o zbiorowym szaleństwie Jacka i Wiery, bo ubrali je już w listopadzie. Dziewczyny wczoraj też wspominały coś o świętach, ale równie dobrze mogłyby mówić o wielkanocnych. Mentalnie byłam przecież w Nowej Zelandii. Kolejny rzut oka na kalendarz upewnił mnie jednak, że jest dwudziesty pierwszy grudnia i nie chce być inaczej.

Już sam fakt, że tuż za progiem stoją święta Bożego Narodzenia, do których nie byłam w tym roku absolutnie przygotowana, był sam w sobie smutny i poczułam pod powiekami piekące łzy. Za chwilę jednak przesunęłam wzrok na dwudziesty piąty grudnia, kiedy miałam świętować swoje urodziny. Już jako dziecko uznawałam to za jawną niesprawiedliwość, bo dostawałam jeden prezent pod choinkę i na urodziny. Jeśli dostawałam prezent, bo bywało różnie.

Czasem, jak ojciec zabalował, nie było nic, a czasem świętowaliśmy na całego, tylko dziwacznie. Raz na przykład znalazłam pod choinką wielkiego konika. Nie takiego żywego, co akurat by mnie ucieszyło, ale szachowego. Ojciec musiał go przywieźć prosto z szachownicy, która ozdabiała park zdrojowy, gdzie wtedy pracował przy wycince drzew. Pewnie zamiast kasą zapłacili mu wódką, nie raz się tak zdarzało. Teraz tak myślałam, z perspektywy czasu. Wtedy byłam po prostu zdziwiona, a matka wściekła, bo przecież były święta i chciała coś włożyć do garnka. Jej ojciec podarował wielką białą królową, która – jak pamiętam – długo stała na balkonie, żółknąc z czasem od deszczu i słońca. Matka na jej koronie układała pranie. Mój konik był czarny, co idealnie pasowało do kolorystyki nastoletnich nastrojów i ubrań. Nie bardzo się dało na nim cokolwiek ułożyć, ale naciągałam mu na głowę swoje czapki, a wokół szyi wiązałam chusty i szaliki. Pamiętam, że budził zachwyt wśród kolegów i koleżanek z klasy. Cóż, meblościanka to nie była.

Zaczęłam chlipać.

Chlipałam nie z żalu za koniem, z którym nie pamiętam, co się stało, i na pewno nie za dzieciństwem, ale dlatego, że to będą TE urodziny. Moja czterdziestka. Magda, Iza i Joanna miały to już za sobą, a ja miałam ją świętować jako ostatnia z naszej „czwórki muszkieterek”, w której obecnie, zdaje się, grałam rolę opasłego Portosa. Jeszcze kilka miesięcy temu napawało mnie radością i spokojem, że oto do czterdziestki uporam się rzutem na taśmę z macierzyństwem i jako czterdziestoletnia kobieta będę spełnioną żoną i mamą. Teraz jednak czułam, że już w zestawieniu zwrotów „uporam się”, „rzutem na taśmę” i „spełnioną żoną i mamą” jest coś fałszywego i to się po prostu nie może udać.

Wytarłam oczy rękawem satynowego szlafroczka, w który na szczęście się mieściłam, bo miał uniwersalny rozmiar i pasowałby i na dawną mnie w rozmiarze trzydzieści osiem, i na mleczną krowę, w którą się obecnie przepoczwarzyłam, i przesunęłam wzrok jeszcze dalej w prawą stronę, przeskakując dwudziesty czwarty i dwudziesty piąty grudnia, które w końcu przecież przeminą. To był błąd, bo dopiero wtedy ryknęłam jak mały hipopotam oddzielany właśnie od matki. Trzydziesty pierwszy grudnia wywołał we mnie tak silną reakcję, że sama się zdziwiłam i na chwilę przestałam nawet szlochać.

– Basiu, co się dzieje?

W drzwiach kuchni stanął Jacek, który wrócił do domu o dziwnej jak na niego godzinie. Dochodziło południe. Dopiero po chwili zorientowałam się, że chyba jeszcze nigdzie nie wyszedł. Zamiast koszuli i marynarki miał na sobie sweter z powyciąganymi rękawami, który nosił z upodobaniem na studiach. Miał też dziwnie bladą twarz, co zrzuciłam na karb panującej za oknem aury. Wszyscy Polacy upodabniali się o tej porze roku kolorytem do szaroburej barwy chmur.

– Sylwester – rzuciłam tylko i wyłam dalej.

– Sylwester i…? – Chyba myślał, że bawię się w jakąś grę, w której każdy z graczy dopowiada do słowa poprzednika kolejne i w ten sposób snuje się jakaś przedziwna opowieść.

– Sylwester i dupa – smarknęłam w chusteczkę, którą szczęśliwie znalazłam w kieszeni. Poczułam ciepło wypływającego ze mnie mleka i dwa mokre kółka ozdobiły przód mojego T-shirta, wystającego z seksownego niegdyś szlafroczka. W zasadzie nawet nie niegdyś, tylko po staropolsku onegdaj, bo ostatni raz czułam się w czymś sexy bardzo dawno temu. Mleczne plamy były niczym dwa wielkie drogowskazy, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jak dotrzeć do moich gigantycznych sutków. Pomyślałam, że będę musiała znowu odciągnąć pokarm, bo mała nakarmiona przez Wierę nieskażonym przez wino mlekiem właśnie smacznie spała.

Jacek tylko zamrugał. Najwyraźniej nie miał nic do dodania do wyrażenia „Sylwester i dupa” albo nie graliśmy jednak w żadną grę. Przez chwilę milczeliśmy. On, bo czekał na mój ruch, ja, bo musiałam wydmuchać nos.

– Pamiętasz, gdzie spędziliśmy sylwestra rok temu?

– Oczywiście. Na Bali. Wyjechaliśmy tam już na święta, a w sylwestra tańczyliśmy do rana na plaży z tymi dwoma młodymi Hiszpanami, którzy cię podrywali.

– A rok wcześniej?

– W Paryżu. Chciałaś koniecznie przywitać Nowy Rok w restauracji Ciel de Paris na Montparnasse Tower.

– A rok wcześniej?

Jacek zmarszczył brwi i chwilę się zastanawiał.

– W Austrii, na nartach. Nie udawaj, że nie pamiętasz, bo bardzo ci się tam podobało. Ta urocza mała chatka zasypana śniegiem i gorące źródła nieopodal. No a poranny spacer to już na pewno pamiętasz? Chyba byliśmy jeszcze wstawieni, bo znaleźliśmy jakieś sanki i zajechaliśmy nimi prosto pod piekarnię, która okazała się winiarnią. Nie pamiętasz? – Spojrzał na mnie z troską.

– No właśnie o to chodzi, że pamiętam. Bali, Paryż, Austrię i Nowy Jork, a także Lizbonę. A w tym roku co? No co? – Podniosłam głos.

Jacek patrzył na mnie coraz bardziej zbaraniałym wzrokiem.

– Pytałem cię o nasze plany na święta i sylwestra i powiedziałaś, że wszystko ci jedno, byle z małą. Zaprosiłem więc na święta moją matkę. I twoją też. Wiesz, że one już tuptają, by spędzić z Hanią trochę czasu, jedne odwiedziny to dla nich za mało.

Westchnęłam. Poczułam się jak przekłuty balon, tyle ze mnie powietrza zeszło.

– Karmiłam ją wtedy? – Nadal nie przywykłam do używania imienia córeczki. Jackowi przychodziło to jakoś tak naturalnie, ale ja czułam, że jeszcze się z tym imieniem nie zrosła. Jeszcze go w pełni nie posiadała. Dopóki nie miała imienia, była nieco abstrakcyjnym bytem i chyba było mi to na rękę.

– Karmiłaś wtedy Hanię. – Jacek popatrzył na mnie jakby z naciskiem. Może mi się wydawało.

– No i widzisz – powiedziałam, ale mój mąż nie wyglądał na kogoś, kto cokolwiek zobaczył. Starał się patrzeć mi w oczy, choć widziałam, że jego wzrok co i rusz ucieka do mokrych plam na mojej koszulce.

– Jak kobieta karmi dziecko, uwalniają się w jej organizmie hormony. Znowu ta cholerna oksytocyna, która sprawia, że chodzisz jak w chmurach i wydaje ci się, że wszystko będzie dobrze. Pod jej wpływem z piersi wypływa mleko.

– Czyli teraz, kochanie, też chodzisz w chmurach i wydaje ci się, że wszystko będzie dobrze?

Spojrzał znacząco na mój mleczny gors, więc zasunęłam poły szlafroczka. Cóż, mieliśmy za sobą najdłuższy w naszym wspólnym życiu okres abstynencji i zdaje się, że w jego oczach byłam jakąś miss mokrego podkoszulka. Te ogromne, mleczne, cieknące piersi, z którymi sama czułam się jak dojna krowa, jego najwyraźniej podniecały. Z miseczki B wskoczyłam nagle w D i zdaniem mojego męża ten akurat aspekt połogu mógł się nie zmieniać.

– Teraz wydaje mi się, że moje życie się skończyło. Święta z naszymi matkami? Sylwester w domu?

– Cóż. Można powiedzieć, że w naszym przypadku to największa egzotyka, która przebija nawet wycieczkę do Południowej Afryki.

Spojrzałam na niego, podejrzewając sarkazm, ale nie, Jacek uśmiechał się szczerze i serdecznie, nawet jeśli odrobinę smutno. Przypuszczam, że martwił go mój stan ducha. Dawniej powiedziałoby się, że od powrotu ze szpitala nie byłam sobą. Dziś określiłabym to inaczej, ciesząc się, że nie chodzi za mną syn Izy ze słoikiem na kasę za każde przekleństwo matki.

Od powrotu ze szpitala nie wiedziałam, kurwa, kim jestem.

* * *

Dwudziestego czwartego byliśmy gotowi, jeśli miałam być szczera, tylko dzięki Wierze, która nalepiła tyle pierogów, że zaczęłam ją podejrzewać o nerwicę natręctw. Nasze matki, jak zwykle je z Jackiem określaliśmy, jakbyśmy byli dziećmi jakiejś lesbijskiej pary, spotkały się niestety już przed wejściem do domu.

Zwykle robiliśmy wszystko, by podejmować je pojedynczo, ale tym razem, jak wytłumaczył mi Jacek, ze względu na spędzane przez nas w domu święta i Hanię, inaczej się nie dało. Ja byłam innego zdania. Jeszcze dwudziestego czwartego rano uważałam, że należy do nich zadzwonić i poinformować, że obudziliśmy się wszyscy z jakąś wyjątkowo ekspansywną jelitówką.

– Tramwaje dziś jeżdżą aż miło. Mimo świąt. Jak w zegarku. Prawda, pani Wiero? – powiedziała moja matka, wnosząc do domu dwie ciężkie siatki, choć powiedziałam, żeby niczego nie szykowała. Nigdy mnie nie słuchała.

Wiera przytaknęła, bo dla niewprawnego uczestnika wydarzeń była to niewinna uwaga. Ja jednak dobrze wiedziałam, że matka zawarła tu pierwszą dawkę pogardy wobec matki Jacka, która właśnie wysiadała z samochodu mojego męża. Jacek, nieodmiennie kulturalny i uprzejmy syn, otworzył jej drzwi.

Po moją matkę też chciał pojechać, ale jak zawsze powiedziała, że nie jest niedołężną staruszką, a odkąd skończyła sześćdziesiąt pięć lat, posiada bilet seniora i może jeździć po całym Poznaniu za pięćdziesiąt złotych rocznie. Zamierza to wykorzystać.

– Może i jeżdżą, Wandziu – uśmiechnęła się cukierkowo moja teściowa – ale Jacek i tak musiał przyjechać do mnie z choinką. Jakoś tak jest, że w domu drzewko powinien zawsze stawiać mężczyzna. Chyba się ze mną zgodzisz?

– Czy ja wiem? U nas choinkę zawsze targałam z rynku sama. Czasem sąsiad pomógł. No ale mój często pracował poza domem.

Jacek był dobrze zorientowany w naszej przeszłości, ale tylko on. W towarzystwie moja matka nadal kreowała wizerunek świętej pamięci ojca jako jakiegoś wysokiej klasy specjalisty, który za życia jeździł po Polsce, co najmniej stawiając martenowskie piece.

Kontrast między naszymi matkami był widoczny nawet fizycznie. Matka Jacka, obfita, choć foremna, w stylu Magdy Gessler, z ciepłą i okrągłą twarzą, od lat nosiła dłuższe włosy, które nadal starannie farbowała w swoim ulubionym salonie w Kupcu Poznańskim. Jacek woził ją tam raz w miesiącu, a gdy wypadł mu jakiś wyjazd służbowy, prowadził z matką pertraktacje dużo trudniejsze od biznesowych. Jej zdaniem grafik pani Dorotki był ważniejszy od grafiku spotkań jej syna. Nosiła się w stylu romantyczno-bankietowym i dziś też włożyła falbaniastą sukienkę z dodatkiem cekinów przy dekolcie, która dodawała jej kilogramów, ale też przydawała twarzy jakiegoś tajemniczego blasku.

Nawet jeśli teściowa kiedyś pracowała zawodowo, nikt już nie pamiętał, w jakim charakterze. W przeciwieństwie do mojego ojca, który nigdy nie odnalazł się po transformacji ustrojowej w naszym kraju, a można nawet rzec, że się ostatecznie pogubił, teść podjął dobrą decyzję i założył firmę, którą przejął i rozwinął mój mąż. Teściowa zajęła się tak zwanym domem i dzieckiem, czym moja matka gardziła. Teraz też spojrzeniem pełnym pozornego zachwytu obrzuciła karpia w galarecie, którego Jacek wyniósł z samochodu.

– Krysiu, piękna galareta, klarowałaś ją jeszcze widzę, pewnie białkiem? To prawie dzieło sztuki, ależ ja ci zazdroszczę, że masz czas się tak bawić. Ja upiekłam swoje szybkie ciasto, wieczny brak czasu.

Biedna nieświadoma Wiera zaczęła cmokać z zachwytu nad galaretą, a teściowa pokraśniała, ale bynajmniej nie z zadowolenia. Nasze matki już teraz, zdaje się, przebywały zbyt długo w swoim towarzystwie.

Moja była przede wszystkim zapracowanym człowiekiem, a dopiero potem kobietą, i mówiła o tym także jej fizyczność. Była szczupła, jakby zawsze brakowało jej czasu, aby usiąść i spokojnie zjeść. Faktycznie na ogół tak było, bo na ojca nie mogła nigdy liczyć. Przynosił do domu problemy, nie pieniądze. Nawet teraz, mimo przejścia na emeryturę, nadal pomagała w biurze księgowym i dorabiała, rozliczając na zlecenie PIT-y i płace. Choć pieniędzy mieliśmy z Jackiem sporo i nie raz namawiałam ją, by przestała pracować, odpowiadała niezmiennie, że całe życie na siebie pracowała i nie zamierza tego teraz zmieniać.

Odkąd pamiętam, miała krótkie włosy, które sama farbowała na jasny kasztan, i nigdy nie widziałam jej w spódnicy, a malowała tylko rzęsy. Komunikat, jaki posyłała swoim wyglądem w świat, był jasny i brzmiał: nie mam czasu na kobiece dyrdymałki. Z moimi długimi kędzierzawymi włosami, kolekcją kosmetyków wartą małą fortunę i upodobaniem do wszelkiej maści zabiegów upiększających byłam jabłkiem, które padło tak daleko od jabłoni, że równie dobrze mogłoby być pomelo.

– No i gdzie ta nasza Hania? – Matka podała Jackowi dwie siatki, w których kryło się ciasto i prezenty dla nas wszystkich, które z pewnością okażą się czymś praktycznym.

Wzięłam małą z rąk Wiery, bo domagała się właśnie karmienia, i wyjęłam obrzmiałą pierś, gotowa na tę dawkę oksytocyny, która pozwoli mi jakoś przetrwać ten wieczór i spokojnie patrzeć, jak między naszymi matkami niemal dochodzi do rękoczynów.

– Ona jest za ciepło ubrana – powiedziała teściowa.

Obejrzałam się z przerażeniem za siebie, ale Wiera na szczęście oddaliła się już do kuchni, by zająć się szykowaniem kolacji. Gdyby nie to, jestem pewna, że położyłaby moją teściową jednym ciosem. Każda z nich miała już swoje lata, ale Wiera była zbita i sprężysta. No i jednak z Ukrainy. Byłam pewna, że w walce wręcz nasze matki nie dałyby jej rady.

– To prawda – cmoknęła moja matka i gdybym karmiła malutką na krześle, a nie w fotelu, właśnie bym z niego spadła. Nasze matki zgodne?

Jacek spojrzał na nie zdezorientowany.

– Kawy? Herbaty?

– Wy tu w ogóle macie za ciepło, a ona potówek dostanie. Ma na sobie kaftanik, sweterek, śpioszki, a do tego ten gruby bet, no dajcie spokój. Sama się tak ubierz i obwiń grubą kołdrą.

Nie śmiałam wskazać palcem Wiery, która trzaskała w kuchni garnkami. Może jednak coś usłyszała?

– Przecież niemowlęta muszą mieć ciepło.

– Ciepło, ale przewiewnie, kochanie. Ależ ona jest śliczna – dodała miękko teściowa.

– Śliczna – przytaknęła moja matka. – Tylko źle ją trzymasz do karmienia.

– Otóż to. Główkę musisz troszkę inaczej, o tak, lepiej wtedy sutek złapie – poinstruowała mnie teściowa.

– Położna mi pokazywała tak – mruknęłam z uporem.

– Ach, co one tam dzisiaj wiedzą, prawda, Wandziu?

Patrzyłam na nie, jakby mi się śniły.

Odłożyłam Hankę do kołyski, ale obudziła się już po godzinie, gdy zajadaliśmy się barszczem Wiery z uszkami. Natychmiast zerwałam się z miejsca, rozsznurowując górę ciążowej sukienki. Innych nawet nie chciałam mierzyć. Po co sobie psuć humor.

– Nie biegaj tak do niej, dziecko, bo zwariujesz. Przecież ledwo zakwiliła.

Moja matka przytaknęła, a ja uszczypnęłam się w rękę.

– Te nowomodne pomysły z karmieniem na żądanie to wielka głupota, od tego się zaczyna bezstresowe wychowanie.

– Otóż to – podchwyciła teściowa. – Nauczysz ją tak, to będzie co chwilę płakać, żebyś latała. Chwili nie będziesz miała dla siebie.

Normalność wróciła dopiero, gdy przeszliśmy do karpia i kompotu z suszu, a matki zdążyły uśpić naszą czujność tą swoją nieoczekiwaną zgodnością i przytakiwaniem sobie nawzajem. Jeśli mam być szczera, ja to w ogóle już przysypiałam, bo funkcjonowałam ostatnio „na żądanie” małej, czyli – jak to właśnie skwitowały – głupio i niewłaściwie.

– Tylko to imię: Hania. Nie było nigdy takiego w naszej rodzinie – rzuciła moja matka, schludnie odkładając ości na jedną stronę talerza. Wypiła właśnie jeden kieliszek wina, czego zwykle nie robiła, i być może dlatego postanowiła przedyskutować tę kwestię.

– Ani w naszej.

– W waszej też nie? Widzisz, a ja myślałam, że to Jacek wymyślił.

– A gdzie tam. Imię ładne, ale żadnej Hanki nie było.

Skrzyżowały na nas oskarżycielskie spojrzenia, a ja dopiero po chwili odzyskałam rezon.

– To imię po nieżyjącej siostrze bliźniaczce Joanny.

– Joanna miała siostrę? – zdziwiła się moja matka.

– Piękny gest, ale kim ta siostra właściwie była? – Teściowa zamachała falbanami i wydała mi się podobna do egzotycznej ryby.

– No właśnie. To już lepsza byłaby Zyta po mojej mamie.

– Albo Halinka po mojej, bo jakby na to dziecko wołali w szkole? Zycia? Zyćka?

– Zyta by po prostu mówili. Po co tak wszystko zdrabniać? – obruszyła się moja matka, walcząc z jakąś wyjątkowo oporną ością.

– A jak ma na drugie i trzecie?

– A po co drugie i trzecie? To takie pretensjonalne. Im prościej, tym lepiej. – Ość dołączyła wreszcie do pozostałych na talerzu.

– No pewnie. – Teściowa wydęła usta. – To może w ogóle tylko numer identyfikacyjny, jak w obozie.

Odetchnęliśmy z Jackiem z ulgą. Sprawy najwyraźniej wracały do normy i koniec wieczoru można było streścić w ten oto sposób:

Matka Krystyna: Piękny ten wisiorek, ale słuchaj, synku, na pewno nie wyrzuciłeś paragonu, jak w zeszłym roku?

Jacek: Nie wyrzuciłem, a co mamie nie pasuje tym razem?

Matka Krystyna: Pasuje, wszystko pasuje, ale wiesz, w jubilerze obok mojego fryzjera mają takie piękne kolczyki. Ja ci nawet pokazywałam ostatnio palcem.

Jacek: A wisiorek ci się nie podoba? W środku kuli są takie piękne płatki kwiatów.

Matka Krystyna: Tak, synku, ale wspominałam o kolczykach. Ale ty jesteś jak twój ojciec i nigdy mnie nie słuchasz.

Matka Wanda (po wspomnianym już jednym kieliszku czerwonego wina): Ależ dajcie spokój. Takie duże wydatki na prezenty. Chodzi przecież o symbol.

Matka Krystyna (po dwóch kieliszkach): Po prostu wolałabym symboliczne kolczyki.

Matka Wanda: A ja bym wolała, żeby przestały mnie boleć plecy.

Ja: Bolą cię plecy, mamo? Chcesz ibuprom?

Matka Wanda: Nie będę brać żadnej chemii.

Matka Krystyna: Cóż, mnie boli głowa. Ciśnienie dziś niskie.

Jacek: Mamo, chcesz ibuprom?

Matka Krystyna (patrzy z naciskiem na matkę Wandę): A daj. Najlepiej od razu dwie tabletki.

Kurtyna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej