Kobieta ze wschodu - Mateusz Kuśmierek - ebook

Kobieta ze wschodu ebook

Mateusz Kuśmierek

3,7

Opis

Kobieta ze wschodu” to osadzony w niedalekiej przyszłości kryminał, sensacyjna powieść szpiegowska, czasem komedia, a nawet romans, ale przede wszystkim opowieść o kobiecie, która staje się elementem politycznej rozgrywki na najwyższych szczeblach światowej władzy. To również historie ludzi, których niechcący wplątuje w tę grę. Zaś tłem tego political fiction jest z jednej strony zamach bombowy, który ma miejsce w Krakowie 23 grudnia, a o który podejrzani są zwolennicy jihadu, z drugiej – nasilanie się napięcia między Rosją i Ukrainą. I to właśnie tam, na wschodzie, na granicy tych państw, dwa tygodnie wcześniej dochodzi do porwania córki rosyjskiego ministra spraw zagranicznych. Znalezione na miejscu ciało jednego z porywaczy nie pozostawia wątpliwości co do pochodzenia sprawców…

***

Tego w pełni nie pojmował żaden z nas. Staliśmy się częścią jej historii. Zostaliśmy w nią wplątani, a nawet nie wiedzieliśmy, jak jest niezwykła, jak bardzo złożona. Porwana, córka ministra, ofiara, cel misji. Garść faktów, urywki rozmów, sieć niedopowiedzeń. Plus wrażenie, że los połączył nas z kimś wyjątkowym. I tyle. Mało w tym człowieka, niewiele kobiety. Jak oglądanie muzealnego eksponatu przez szkło gabloty, obcowanie bez poznania. Nasze manewry zaś, przypominały krążenie po labiryncie kiedy pożądanym było spojrzenie nań z lotu ptaka.

Dla takiej intrygującej enigmy codziennie ryzykowaliśmy życie.

Dla cienia.

 

Zabijasz z miłości, z zemsty, w samoobronie, z potrzeby heroizmu, ze strachu albo dla korzyści. My zabijaliśmy, mając co najwyżej wątłą nadzieję, że warto, że sens przyjdzie z czasem. A przecież kluczem do poznania istoty naszych działań było poznanie ich przyczyny. Odkrycie istoty rzucającej cień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1027

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (14 ocen)
4
4
4
2
0

Popularność




CZĘŚĆ 01

Ry­ce­rze świa­tła w po­dar­tych raj­tu­zach

Czuję się jak krzyk w ciem­no­ści.

Zima, bia­ło, płat­ki śnie­gu le­ni­wie opa­da­ją. Sie­dzę na ław­ce, palę pa­pie­ro­sa i po­ci­ągam z flasz­ki. W mó­zgu be­to­niar­ka. Mie­li i wy­plu­wa pro­jek­cje. Ni­g­dy nie sądzi­łem, że do­świad­czę ha­lu­cy­na­cji. Szcze­gól­nie ta­kich, któ­rych będę w pe­łni świa­dom i któ­rym bez wal­ki po­zwo­lę prze­su­wać się przed ocza­mi. Tra­cę czu­cie w pal­cach, drży pa­pie­ros, trzęsie się bu­tel­ka. Śnieg le­ni­wie pró­szy a ob­ra­zy szyb­ko prze­my­ka­ją. Na ław­ce wy­ry­to na­pis: Praw­dzi­wi mężczy­źni nie za­pi­ja­ją kaca. Niech i tak będzie. Ni­g­dy nie mia­łem pre­ten­sji do przed­sta­wia­nia się przed sa­mym sobą jako ma­cho. Te­raz ja, mężczy­zna nie­praw­dzi­wy, w tym par­ku, na tej męskiej ław­ce, bio­rę ży­cie na prze­cze­ka­nie, wstrzy­mu­ję la­wi­nę kon­se­kwen­cji. Uczeń, któ­ry kła­mie, żeby nie do­stać i tak nie­unik­nio­nej na­ga­ny. Kła­mię wód­ką, łżę wy­pusz­cza­nym dy­mem.

Mia­sto wo­kół mnie mi­go­cze dzie­si­ąt­ka­mi spó­źnio­nych ko­gu­tów po­li­cji, stra­ży po­żar­nej i ka­re­tek. Ja­zgo­cze sy­re­na­mi złud­nej na­dziei, że zdąży się od­wró­cić nie­od­wra­cal­ne.

Ja sie­dzę poza tym i w sa­mym tego cen­trum.

Ona ode­szła.

ROZ­DZIAŁPIERW­SZY

PRAW­DZI­WI MĘŻCZY­ŹNI NIE ZA­PI­JA­JĄ KACA

Rewo­lu­cja, po­spo­li­te ru­sze­nie, wiel­ka za­wie­ru­cha, po­płoch. Jak wiel­kie ru­chy na­ro­do­we w hi­sto­rii świa­ta. Całe rze­sze lu­dzi wy­cho­dzą na uli­ce w jed­nym celu, z mi­sją łączącą wszyst­kie my­śli i po­czy­na­nia. Ty­si­ące, nie, set­ki ty­si­ęcy oby­wa­te­li ma­sze­ru­jących ra­mię w ra­mię. Po­ru­sze­nie przy­wo­dzące na myśl mo­men­ty, w któ­rych lud brał spra­wy w swo­je ręce. Mro­wia, hor­dy, le­gio­ny. I je­den przy­świe­ca im cel.

Zdążyć z za­ku­pa­mi przed Wi­gi­lią.

Uli­ce – prze­jść się nie da, tram­wa­je – po­wo­dze­nia, sta­nie w kor­kach – tyl­ko dla zu­chwa­łych, we­jście do ga­le­rii han­dlo­wej – li­te­ra­tu­ra nie po­do­ła opi­so­wi. Lecz wal­czyć trze­ba, na­le­ży, war­to. W imię Boże, kar­pio­we, barsz­czo­we, cho­in­ko­we, lamp­ko­we i maku do ku­tii, o pie­ro­żkach nie wspo­mi­na­jąc, a i kom­pot z su­szu sam się nie zro­bi.

Więc szła, dziel­nie ocie­ra­jąc się o po­zo­sta­łych ce­le­bru­jących wy­da­rze­nia spod strze­chy ma­łej, ci­chej, zim­nej i ogól­nie nie­przy­jem­nej sta­jen­ki gdzieś na za­du­piu. Z uśmie­chem tak fa­łszy­wym, że aż oso­bli­wie szcze­rym. To ten mo­ment, kie­dy ma­ska sta­je się ob­li­czem.

Po­wo­dem wzbie­ra­jącej w niej żó­łci był nie tyl­ko wi­dok prze­py­cha­jących się prze­chod­niów, sta­nia w nie­sko­ńcze­nie dłu­gich ko­lej­kach i dźwi­ga­nia na­pęcz­nia­łych od wszel­kie­go do­bra re­kla­mó­wek. Przy któ­ry­mś z ko­lei skle­pie prze­la­ła się cza­ra oso­bi­stej, bio­gra­ficz­nej go­ry­czy.

– To chuj! – ob­wie­ści­ła nie­spo­dzie­wa­nie, krzy­cząc niby do sie­bie, ale też jak­by do licz­nie zgro­ma­dzo­nych ku­pu­jących. – Ni­g­dy nie wy­cho­dźcie za pi­sa­rza, dro­gie pa­nie! Cho­dzisz sama, dźwi­gasz sama, do­ko­nu­jesz sama wszyst­kich ży­cio­wych, czy­li dla nie­go oczy­wi­ście przy­ziem­nych, wy­bo­rów, a kie­dy już wy­bie­rzesz, sama mu­sisz wszyst­ko zre­ali­zo­wać i ni­g­dy… po­wia­dam, ko­cha­ne… ni­g­dy nie mo­żesz mieć pew­no­ści, że nie po­wie: ta­kie so­bie, mo­głaś wzi­ąć inny ko­lor, ja bym ku­pił coś in­ne­go, prze­pła­ci­łaś albo w naj­gor­szym wy­pad­ku: trze­ba było mnie za­py­tać… ale, ale, ja nie mo­głam go za­py­tać. Dla­cze­go? Bo ka­żdą, kur­wa, chwi­lę swo­je­go li­te­rac­kie­go ży­cia po­świ­ęca cho­ler­nym li­ter­kom, fra­zom i me­ta­fo­rom. Z prze­rwa­mi na na­praw­dę śred­ni seks i wci­na­nie obia­dów, któ­re mu się prze­cież na­le­żą, a któ­re ja w po­cie czo­ła go­tu­ję i nie, nie prze­sa­lam. I skur­wiel po­tra­fi wy­trzeć ryj ser­wet­ką i wy­gło­sić mo­nu­men­tal­ne: ta­kie so­bie. Dro­gie pa­nie, ni­g­dy nie wy­cho­dźcie za pi­sa­rza. O, dzień do­bry, po­pro­szę dwa­dzie­ścia deka tego sera.

Sklep wy­pe­łni­ła ci­sza. Mil­cze­nie za­gar­nęło ten wy­ci­nek prze­strze­ni, jak­by od­ci­ęło go od zgie­łku ga­le­rii. Na ob­li­czach ko­biet sto­jących w ko­lej­ce po­ja­wi­ła się apro­ba­ta, za­ha­cza­jąca o nie­sły­szal­ny aplauz. Mak nie­me­go po­dzi­wu zo­stał za­sia­ny. Nie na dłu­go. Se­kun­dy pó­źniej tę ci­szę za­kłó­ci­ło po­tężne, nie­zno­śne ude­rze­nie dźwi­ęku.

Po nim już nikt nic wi­ęcej nie usły­szał.

Zwle­kam się z ław­ki. Nie mam po­jęcia, jak dłu­go na niej sie­dzia­łem. Kom­pre­sja cza­su i miej­sca to nie żad­na baj­ka. Ściem­nia się albo świ­ta, więc pew­nie było oko­ło któ­re­jś szó­stej. Tyl­ko ja, śnieg, park, pu­ste uli­ce i wie­le, bar­dzo wie­le de­mo­nów. Nie wzi­ąłem nic poza wy­star­cza­jącą do upi­cia się ilo­ścią go­tów­ki. Mó­głbym czuć się jak Bu­kow­ski, wy­gła­sza­jący: Life is as kind as you get free, ale praw­da jest taka, że je­stem tyl­ko par­szy­wym nie­wol­ni­kiem. Isto­tą w ab­so­lut­nym wła­da­niu wy­rzu­tów su­mie­nia. Co za ba­nał. Ja­kiś nie­świe­ży, a wręcz nad­gni­ły je­go­mo­ść pod­cho­dzi, a w za­sa­dzie przy­pe­łza z pro­śbą o pa­pie­ro­sa. Aku­rat dziś nie jest nam w su­mie do sie­bie tak da­le­ko. Za­po­wia­da się kla­sycz­nie.

– Któ­ra go­dzi­na? – py­tam ła­god­nie.

– Szó­sta – od­po­wia­da Moc­ny Anioł, za­ci­ąga­jąc się głębo­ko.

Ja­kąś go­dzi­nę pó­źniej trze­źwa cząst­ka mo­jej oso­bo­wo­ści daje o so­bie znać. Za­kła­dam, że nie było jej ła­two wy­do­stać się z męt­nych cze­lu­ści. Przy­wra­ca orien­ta­cję w cza­sie i prze­strze­ni. Kra­ków, Ka­zi­mierz, go­dzi­na dzie­wi­ęt­na­sta, mi­nus pi­ęt­na­ście, bank­not o naj­wy­ższym no­mi­na­le ocie­pla w kie­sze­ni roz­trzęsio­ną dłoń. Re­kom­pen­su­je chłód bra­ku per­spek­tyw. Bo fak­tycz­nie nie mam na to wszyst­ko po­my­słu. Śnieg ci­ągle le­ni­wie pada, uli­ce są pu­ste, knaj­py prze­pe­łnio­ne – i nie może cho­dzić tyl­ko o tem­pe­ra­tu­rę. Wy­star­czy spoj­rzeć na pierw­szą na­po­tka­ną wi­try­nę do­wol­ne­go baru. Nie tyle strach, co nie­po­kój. Już po­go­dze­nie się z fak­ta­mi, ale jesz­cze nie prze­jście nad nimi do po­rząd­ku dzien­ne­go. Ta­kie same twa­rze tak ró­żnych oso­bo­wo­ści. Po­łączo­ne wspól­nym, na­pi­ętym za­sępie­niem. Za­sty­głe w po­nu­rej, ale nie­po­zba­wio­nej emo­cji kon­ster­na­cji. Jak­by spo­koj­nie krzy­cza­ły, że sta­ło się coś nie­od­wra­cal­ne­go, że spra­wy za­szły za da­le­ko i nikt do ko­ńca nie wie, co z tym da­lej zro­bić. Oksy­mo­ron bez­na­dziej­nej wia­ry. Po­czu­cia sła­bo­ści i ab­so­lut­nej woli wal­ki. Szko­da zmar­no­wa­ne­go za­pa­łu i bra­ku od­po­wie­dzi na py­ta­nie, z kim wal­czyć.

Ma­li­gna wie­dzie mnie do lo­ka­lu, któ­ry od ja­kie­goś cza­su omi­ja­łem. Po­wo­dem był świ­ęty spo­kój, któ­re­go tam za­znać nie mo­głem. Opi­sa­łem bo­wiem owo miej­sce w jed­nej z po­wie­ści i od tam­tej pory ka­żda moja wi­zy­ta ko­ńczy­ła się nad­mier­nym spo­ufa­la­niem zu­pe­łnie nie­zna­nych mi osób. Lecz nie dziś. Tej nocy nikt nie będzie się na­rzu­cał. Zbyt po­wa­żne rze­czy wi­szą w gru­dnio­wym po­wie­trzu. Sia­dam więc przy ba­rze i w sku­pie­niu od­da­ję się od­dzie­la­niu praw­dy od fik­cji. Praw­dy o mnie sa­mym od fik­cji uda­wa­nia ko­goś zu­pe­łnie in­ne­go.

Śmie­rć po­tęgu­je. Wszyst­ko, cze­go się nie po­wie­dzia­ło, cze­go się nie zro­bi­ło, wra­ca te­raz z po­trój­ną siłą. Po­trój­ną, bo się tego nie zro­bi­ło, bo już się tego nie zro­bi i co naj­gor­sze, bo prze­cież mo­żna było to zro­bić. A ze­szła Wi­gi­lia da­wa­ła dużo na­dziei na po­pra­wę. Moją po­pra­wę. Je­sie­nią wy­da­łem po­wie­ść – sprze­da­ła się bar­dzo do­brze – i nie­sio­ny tym en­tu­zja­zmem po­tra­fi­łem ja­koś wy­krze­sać z sie­bie ro­dzin­ne cie­pło, ro­dzaj czu­łej wdzi­ęcz­no­ści za całą moją śmier­dzącą staj­nię Au­gia­sza, któ­rą ona mu­sia­ła co chwi­lę czy­ścić. Tak, po­przed­nia zima była do­bra, a ta…

ZE­SZŁEJZIMY

UNI­WER­SY­TETJA­GIEL­LO­ŃSKI, AU­DI­TO­RIUMMA­XI­MUM

„Nie jest praw­dą, że li­te­rac­ki biz­nes się nie kręci, bo lu­dzie nie mają cza­su na czy­ta­nie ksi­ążek. Za­bie­ga­nie, za­ro­bie­nie, urwa­nie gło­wy… W wi­ęk­szo­ści wy­pad­ków to tyl­ko wy­god­ne kłam­stwo za­mkni­ęte w krót­ką – bo nie ma cza­su – for­mu­łę. Jest czas na cho­dze­nie do ko­ścio­ła, na dys­ku­to­wa­nie o po­li­ty­ce, na mecz, na wie­lo­go­dzin­ne po­szu­ki­wa­nie tych a nie in­nych bu­tów w ga­le­rio­wym mo­lo­chu, na za­ta­pia­nie się w al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści in­ter­ne­tu, na ogląda­nie se­ria­li, na piwo, na jog­ging. Poza tym ostat­nim – same ża­ło­sne bzdu­ry.

Nie jest praw­dą, że nie czy­ta się, bo nie ma się na to cza­su. Nie czy­ta się, bo nie ma ta­kiej po­trze­by. Trud­no się zresz­tą dzi­wić – ci­ężko czy­tać w tym ha­ła­sie.

Ha­ła­sie roz­wy­drzo­nej cy­wi­li­za­cji na­pędza­nej po­tom­ka­mi śrub­ki i ża­rów­ki.

I cho­ciaż to ro­zu­miem, poj­mu­ję de­wa­lu­ację war­to­ści sło­wa pi­sa­ne­go i spro­wa­dze­nie go do roli za­py­cha­cza cza­su w tram­wa­ju, po­zo­sta­ję nie­ste­ty roz­dra­żnio­nym uto­pi­stą. Nie wie­dząc do ko­ńca, do­kąd to wszyst­ko zmie­rza, bu­dzę się ka­żde­go ran­ka, pod­cho­dzę do okna i pa­trzę. Czy idzie ktoś z ksi­ążką pod pa­chą, czy sie­dzi w knaj­pie na­prze­ciw­ko za­jęty chło­ni­ęciem pro­zy, czy z bil­bor­du krzy­czy wiel­ki­mi li­te­ra­mi re­kla­ma ko­lej­nej po­czyt­nej po­wie­ści. Włączam te­le­wi­zor, włączam ra­dio, pa­trzę, słu­cham, czy mówi się o pi­ęk­nych świa­tach na­ma­lo­wa­nych sło­wem, czy w naj­lep­szym cza­sie an­te­no­wym prze­pro­wa­dza się wy­wia­dy z pi­sa­rza­mi. Bu­dzę się i spraw­dzam, czy świat wró­cił do idei hu­ma­ni­zmu, któ­ra to idea od za­wsze ten świat na­pra­wia­ła. Dzi­siej­sze prze­bu­dze­nie, jak i kil­ka­set po­przed­nich, za­sta­ło świat nie­na­pra­wio­nym. Zo­ba­czy­my ju­tro. Dzi­ęku­ję za uwa­gę”.

GO­DZI­NĘPÓ­ŹNIEJ

PUB „KA­LI­GRA”

– Pi­ęćdzie­si­ąt? – Łysy bar­man, na któ­re­go mó­wio­no Pa­dre, gdyż uosa­biał ko­goś w ro­dza­ju prze­ora za­ko­nu Za­gu­bio­nych Pi­ja­ków, ofe­ru­je po­słu­gę stru­dzo­ne­mu pi­sa­rzo­wi.

– Pi­ęćdzie­si­ąt, oj­cze. – Roz­glądam się po pu­stym lo­ka­lu, któ­re­go je­dy­nym ja­snym punk­tem jest bar, ołtarz podświe­tlo­nych pó­łek po­śród ciem­no­ści sa­mot­nych sto­li­ków i krze­seł.

– Jak spo­tka­nie au­tor­skie? – Pa­dre wy­pe­łnia pły­nem dwa kie­lisz­ki i uno­si swój w ge­ście za­chęty.

– Za­raz się tu prze­nie­sie. Ni­g­dzie nie ma pry­wat­no­ści.

– Po­le­cia­łeś swo­ją stan­dar­do­wą gad­ką o bu­dze­niu się rano?

Prze­mil­czam nie­for­tun­ne i uwła­cza­jące py­ta­nie, spo­gląda­jąc wy­mow­nie na szkło o po­jem­no­ści pi­ęćdzie­si­ęciu mi­li­li­trów.

– Co ty, kur­wa, za kit wci­skasz tym bied­nym lu­dziom… „Po­zo­sta­ję nie­ste­ty roz­dra­żnio­nym uto­pi­stą”. Skąd ty bie­rzesz ten szajs?

– Pro­sto z ser­ca, Pa­dre.

– Pro­sto z dupy, pro­sto do port­fe­la, pro­sto do łó­żka. Ile ona mia­ła lat?

– Mó­wi­ła, że osiem­na­ście, pa­nie pro­ku­ra­to­rze.

– Rób, co chcesz, ale uwa­żam, że to cho­re pić whi­sky star­szą od ko­chan­ki.

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi w lo­ka­lu zja­wia­ją się en­tu­zja­ści pro­zy, a jed­no­cze­śnie bez­wied­ni ad­o­ra­to­rzy obrzy­dli­we­go hi­po­kry­ty. Wcho­dzą… i na tym w za­sa­dzie po­prze­sta­ją, tu za­pał się ko­ńczy. Ustępu­je miej­sca szcze­re­mu skrępo­wa­niu. No niby jest sam, w su­mie sie­dzi przy ba­rze i pije, mo­żna by po­de­jść, za­ga­ić, ale na ra­zie się po­gap­my, zo­ba­czy­my, jak się roz­wi­nie sy­tu­acja. Taką tak­ty­kę obie­ra gru­pa przy­by­łych fa­nów. Cze­kać, ści­ska­jąc w spo­co­nych łap­kach dłu­go­pi­sy oraz eg­zem­pla­rze naj­now­szej po­wie­ści tego, przez któ­re­go po­wsta­ło całe za­mie­sza­nie. Czy­li mnie.

Zaś ja, pi­sarz, słu­cham opo­wie­ści bar­ma­na, świa­dom, że ob­cho­dzą mnie, ob­cho­dzą się ze mną jak z jaj­kiem, jaja so­bie ro­bią z sie­bie i w ogó­le nie mają jaj, żeby się ośmie­lić, mie­lić ozo­rem tyl­ko po­tra­fią, tra­fią pal­cem do dupy, tyl­ko je­śli ak­tu­al­nie wiel­bio­ny au­to­ry­tet po­wie im jak.

– Jak? – pyta ak­tu­al­nie wiel­bio­ny au­to­ry­tet. – Jak to mo­żli­we… taki zbieg oko­licz­no­ści?

– Obu­dzi­łem się. – Pa­dre od­pa­la pa­pie­ro­sa i roz­po­czy­na je­den ze swo­ich słyn­nych mo­no­lo­gów. Pod­sta­wo­wą de­wi­zą bar­ma­na było stwier­dze­nie, iż ży­cie to nie­for­tun­ny splot dy­gre­sji. – Obu­dzi­łem się, czy­li, jak ty to mó­wisz, w pew­nym sen­sie tym nie­wiel­kim wy­si­łkiem mo­głem za­cząć po­ten­cjal­nie cie­ka­wą hi­sto­rię. Więc na­stąpi­ło wzno­wie­nie gry. Była dzie­si­ąta, już nie za wcze­śnie, a jesz­cze nie za pó­źno. No i do­brze, ostat­nio tyl­ko prze­pusz­cza­łem dni przez roz­trzęsio­ne pal­ce kaca. Z dru­giej stro­ny, nie po­wiem, żeby omi­ja­ło mnie coś szcze­gól­nie istot­ne­go. Żad­nej no­wej woj­ny, po­wa­żniej­szej ka­ta­stro­fy, kon­kla­we albo przy­naj­mniej re­wo­lu­cji. Niby dru­ga tura wy­bo­rów pre­zy­denc­kich, ale je­śli coś cie­szy się fak­tycz­nym za­in­te­re­so­wa­niem trzy­dzie­stu pro­cent w po­pu­la­cji kra­ju, ci­ężko to uznać za istot­ne wy­da­rze­nie. Więc zwy­czaj­nie nie mar­no­wa­łem cza­su na pa­trze­nie, jak świat czas mar­nu­je. Ty­si­ące lat krwa­wych rze­zi, a my bo­imy się glo­bal­ne­go ocie­ple­nia. W ka­żdym ra­zie. Od­zy­sku­ję zmy­sły, orien­tu­ję się po­wo­li, że świat się jesz­cze nie sko­ńczył. Do­pó­ki sły­chać tram­wa­je, wia­do­mo, że lu­dzie ist­nie­ją i na­dal mają po­wód, by ist­nieć, i z tego po­wo­du prze­miesz­czać się tram­wa­ja­mi w prze­ró­żnych kie­run­kach z wa­żnych, ży­cio­wych po­wo­dów…

Opo­wie­ść za­czy­na umy­kać, snu­je się co­raz mniej re­je­stro­wa­na przez moją świa­do­mo­ść. Pa­dre tego nie wi­dzi, nie chce wi­dzieć, ma to w du­pie (nie­po­trzeb­ne skre­ślić). Istot­ny jest po­wód mo­je­go lek­ce­wa­że­nia jego nar­ra­cji, a nie zwy­kłem opusz­czać cho­ćby zda­nia z bar­ma­ńskich wy­wo­dów. Jak w fil­mach o gwiaz­dach roc­ka z tłu­mu gro­upies wy­ła­nia się ta osob­na, niby taka jak resz­ta, a jed­nak uno­sząca się nad zgro­ma­dzo­nym licz­nie śli­ni­ącym się ta­ła­taj­stwem. I co naj­wa­żniej­sze, zu­pe­łnie obo­jęt­na wo­bec wi­ze­run­ku ido­la, ca­łkiem od­por­na na owczy pęd za­pa­trze­nia. Przez co, rzecz ja­sna, nie­ziem­sko atrak­cyj­na. Papa bar­man mówi, jego twarz świad­czy o tym, że hi­sto­ria jest wy­bit­nie zaj­mu­jąca. Lecz ja nie nią za­jęty je­stem, ja za­jęty je­stem Nią. Jest jak je­dy­ny widz w ki­nie, któ­ry nie śmie­je się z idio­tycz­nej ko­me­dii. Pły­nie pi­ęk­nie pod prąd, nie zo­sta­wia­jąc po so­bie żad­ne­go śla­du na ta­fli wy­da­rzeń. Stoi ci­chut­ko na ubo­czu, a mimo to spra­wia wra­że­nie sło­ńca, wo­kół któ­re­go ob­ra­ca­ją się bez­rad­ne pla­ne­ty.

Poza tym ma fan­ta­stycz­ną, cie­płą, wil­got­ną, sie­dem­na­sto­let­nią cip­kę.

– Słu­chaj, prze­pra­szam cię na chwi­lę, Pa­dre.

Za­ma­szy­ście ze­ska­ku­ję ze sto­łka ba­ro­we­go, żeby nie po­wie­dzieć – wy­cho­dzę so­lid­nie z pro­gu. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szam ku wy­jściu. Tłum roz­stępu­je się jak mo­rze przed wia­do­mo kim, woda sa­mo­ist­nie wle­wa się do me­ta­for, wil­goć wisi w po­wie­trzu. Chwi­lę pó­źniej sto­ję przed drzwia­mi lo­ka­lu i za­pa­lam pa­pie­ro­sa. Mro­źna noc, pod­nie­ce­nie ocze­ki­wa­niem i nie­oczy­wi­sto­ścią sy­tu­acji. Gdy­bym zwy­czaj­nie do niej pod­sze­dł i jak to się ład­nie, choć ozi­ęble mówi, wsze­dł w in­te­rak­cję, nic by z tego być nie mo­gło, sa­mo­spa­le­nie na dzień do­bry. Uśmiech­nęła­by się i z uro­kiem Kop­ciusz­ka da­ła­by mi po­tężne­go ko­sza, na­wet bu­ci­ka po so­bie nie zo­sta­wia­jąc. Tak da­le­ce mia­ła po­su­ni­ętą nie­na­wi­ść do afi­sza. Za­tem grzecz­nie cze­kam tu­taj, na tym wy­dep­ta­nym zi­mo­wym chod­ni­ku. Ona wie, że ja wiem; ist­nie­je szan­sa, że zro­zu­mie alu­zję. Szan­sa o roz­mia­rach jed­ne­go pa­pie­ro­sa – nie mo­żna ro­bić z sie­bie mi­ęcza­ka po­zba­wio­ne­go za­sad. Je­śli się nie zja­wi, wró­cę do baru, upi­ję się znacz­nie, wy­słu­cham do ko­ńca opo­wie­ści ojca oj­ców, roz­dam na po­cie­sze­nie ego au­to­gra­fy i na ko­lej­ne po­cie­sze­nie ego uwio­dę ja­kąś mło­dą en­tu­zjast­kę mrocz­nej li­te­ra­tu­ry, o po­dar­tych ce­lo­wo raj­sto­pach, za­ła­twię eks­taz­kę i… ha, po cóż gdy­bać, gdy kar­ta sprzy­ja.

Sta­je i jak kot za­czy­na wpa­try­wać się w moją twarz, cze­ka­jąc na ruch pana pi­sa­rza. Prze­rzu­ca na mnie ci­ężar ini­cja­ty­wy, co zgod­ne jest z kon­wen­cją i tak ge­ne­ral­nie po­win­no się to od­by­wać.

– Przej­dzie­my się? – py­tam ni­skim gło­sem, ale na­tu­ral­nie i dość ła­god­nie. W od­po­wie­dzi uj­mu­je mnie pod ra­mię. Idzie­my kil­ka kro­ków.

– Mó­wi­łaś, że za­dzwo­nisz. – Nie pa­trzę na nią, za­ga­du­ję w prze­strzeń.

– A, nie mia­łam ja­koś cza­su – od­po­wia­da, jak­by cho­dzi­ło o pro­mo­cję w Bie­dron­ce. A za­częło się nie­gdyś tak miło. W ra­mach za­li­cze­nia z języ­ka pol­skie­go mia­ła prze­pro­wa­dzić ze mną wy­wiad, ja się zgo­dzi­łem i cóż… za­li­czy­li­śmy. Nie ro­zu­miem więc, po co te­raz tak się ob­wąchi­wać, jak­by­śmy wkra­cza­li na swo­je te­ry­to­ria pierw­szy raz.

– Zim­no jest. Za­pra­szam na kawę, mam nowy eks­pres.

– Na kawę bar­dzo chęt­nie.

Bar­dzo chęt­nie.

– To co z tą kawą? – Prze­ci­ąga się na łó­żku jak… no wła­śnie, na ka­żdym kro­ku ko­ja­rzy mi się z ko­ta­mi. Za­pa­lam pa­pie­ro­sa, gdyż tego wy­ma­ga li­te­ra­tu­ra, i idę przy­go­to­wać to, po co w grun­cie rze­czy tu przy­by­ła. Czu­ję jej spoj­rze­nie, kie­dy tak sto­ję przy tym eks­pre­sie ple­ca­mi do niej. Wiem, sek­sow­nie wy­glądam w szla­frocz­ku. Już nie ob­na­żo­ny, a jesz­cze in­tym­ny. Smo­king hot.

– Ile sło­dzisz, moja dro­ga?

– Nie sło­dzę. My­ślisz, że je­steś zdol­ny do mo­no­ga­mii?

Te­le­fon wi­bru­je w pu­szy­stej kie­sze­ni szla­frocz­ka. Od­czy­tu­ję dys­kret­nie tre­ść SMS-a: „Wi­dzi­my się na pa­ster­ce? Ku­pi­łam nowy pas do po­ńczoch. Chy­ba że wo­lisz zo­stać z żoną…”. Od­pi­su­ję, że w ta­kim ukła­dzie opusz­cze­nie pa­ster­ki by­ło­by świ­ęto­kradz­twem.

– Tak.

– Co to za pani?

Pi­ąta rano, wi­gi­lia Bo­że­go Na­ro­dze­nia, pra­wie pu­sty lo­kal, Pa­dre wy­cie­ra­jący szkło i ja­kaś ład­na, choć le­ci­wa ko­bie­ta w nie­mym te­le­wi­zo­rze. Sy­tu­acja znacz­nie bar­dziej wzru­sza­jąca niż czte­ry ścia­ny domu i zrzędli­wa ma­łżon­ka.

– Była mo­del­ka opo­wia­da pani dzien­ni­kar­ce o prze­mi­ja­niu, za­tar­ciu się wzor­ców ko­bie­co­ści oraz pó­źnym ma­cie­rzy­ństwie.

– Wy­czy­ta­łeś to z ru­chu warg?

– To po­wtór­ka, wi­dzia­łem ca­ło­ść wczo­raj w domu. Zaj­mu­jąca hi­sto­ria. Jak na byłą mo­del­kę.

– To musi być nie­zwy­kła pre­sja. Mo­del­ki, spor­tow­cy, pew­nie jesz­cze parę za­wo­dów by się zna­la­zło. Wie­dzą, że mają ja­kieś pi­ęt­na­ście lat na to, żeby usta­wić się na całe ży­cie. Czy­li po­świ­ęcić mło­do­ść na sta­ro­ść. Tra­ge­dia.

– Za­mie­rzasz dzi­siaj iść do domu? – Pa­dre nie wy­ga­nia, Pa­dre tro­skli­wie pyta.

– Wy­cho­dzi o ósmej. Po­cze­kam u cie­bie te trzy go­dzi­ny. Nie mam ocho­ty wy­słu­chi­wać, nie mam ocho­ty na nią pa­trzeć ani czuć jej spoj­rze­nia ci­ężkie­go od pre­ten­sji. Grunt, że zo­sta­wi mi obiad do od­grza­nia.

– Do­brze było tej nocy?

– Tak.

– Zno­wu idziesz na ny­lo­no­wą pa­ster­kę?

– Tak.

– Dla­cze­go się nie roz­wie­dziesz?

– Tak. Co? Przy­zwy­cza­iłem się do spo­ży­wa­nia obia­dów.

– A ona?

TE­RAZ

A te­raz ona nie żyje i nie może mi wy­ba­czyć grze­chów. Tak, ko­niec z wma­wia­niem so­bie, że było się do­brym albo cho­ciaż przy­zwo­itym dla tra­gicz­nie zma­rłej. Ze­szłej zimy by­łem skur­wy­sy­nem, jak ka­żdej po­przed­niej zresz­tą. I tej pew­nie by­ło­by tak samo. Moje uża­la­nie się i gra­nie nie­szczęśli­we­go wdow­ca jest po­ni­żej ja­kie­go­kol­wiek po­zio­mu. Cho­ciaż mar­ke­tin­go­wo jest to za­cne i spryt­ne. Na­pi­sać ko­lo­ro­we wspo­mnie­nia mi­ło­sne i do­pra­wić mrocz­nym wąt­kiem nie­na­wi­ści do ter­ro­ry­zmu…

– Pi­ęćdzie­si­ąt? – Pa­dre za­wsze w czas i ade­kwat­nie do po­trze­by.

– Pi­ęćdzie­si­ąt. Dla cie­bie też.

Mi­nęła pra­wie doba od wy­da­rzeń, któ­re spa­ra­li­żo­wa­ły mia­sto, ludz­kie psy­chi­ki oraz po­zba­wi­ły po­czu­cia bez­pie­cze­ństwa cały kraj. Bar­dzo po­wo­li otrząsa­no się ze zbio­ro­wej tra­ge­dii. Nie na­ka­za­no jed­nak za­my­kać ba­rów i skle­pów. Ktoś po­sze­dł po ro­zum do gło­wy. Naj­gor­sze, co mo­żna zro­bić, to zmu­sić spo­łe­cze­ństwo w ta­kiej chwi­li do sa­mot­ne­go oto­cze­nia się czte­re­ma ścia­na­mi i pro­wa­dze­nia woj­ny z go­ry­czą, wście­kło­ścią i nie­na­wi­ścią. Dużo le­piej wy­cho­dzi smut­ne, spo­koj­ne ra­dze­nie so­bie z tym przy kie­lisz­ku z in­ny­mi ża­łob­ni­ka­mi. Nie ma szans na ba­ro­wą bój­kę. Wkur­wio­ny na­ród zjed­no­czo­ny prze­ciw jed­ne­mu, choć nie­zna­ne­mu jesz­cze wro­go­wi to naj­bez­piecz­niej­sze to­wa­rzy­stwo na zie­mi. Pod wa­run­kiem, że jest się częścią tego na­ro­du. Bo ke­ba­by na przy­kład za­mkni­ęto. Cho­ciaż nie było od­gór­ne­go na­ka­zu. Tak się ob­ja­wia cier­pie­nie nie­win­nych za grze­chy swo­ich bra­ci.

Tak wy­gląda Kra­ków w noc przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Prze­stra­szo­ny, smut­ny, zroz­pa­czo­ny, lek­ko pi­ja­ny, szu­ka­jący win­nych, pra­gnący ze­msty, ale spo­koj­ny. Przy­gnie­cio­ny ci­ęża­rem, nie­mo­gący się ru­szyć. Moc stru­chla­ła.

– Moje kon­do­len­cje. Za­ma­rłem, kie­dy zo­ba­czy­łem na­zwi­sko two­jej żony na li­ście ofiar za­ma­chu. Bar­dzo mi przy­kro, sta­ry.

Pa­dre nie wie, że ja, Edward Wer­ner, szyb­ko, obrzy­dli­wie szyb­ko otrząsnąłem się z jed­nost­ko­wej tra­ge­dii. W prze­ci­wie­ństwie do zbio­ro­wej.

– No. Prze­je­ba­na spra­wa z tym za­ma­chem – mó­wię i za­mie­ram. „Kur­wa, po­wie­dzia­łem to na głos? On to zrzu­ci na szok albo na męską po­trze­bę uda­wa­nia twar­de­go w ob­li­czu tra­ge­dii, ale tak ge­ne­ral­nie to trze­ba się pil­no­wać. Fakt, iż ogól­nie mam w du­pie tak ją, jak i jej ze­jście, nie jest mar­ke­tin­go­wo ani za­cny, ani spryt­ny, oj, nie”.

– Zresz­tą chuj z tym za­ma­chem, Pa­dre! Moja Olga, moja ko­cha­na Olga, mia­łem jej w te świ­ęta wszyst­ko wy­na­gro­dzić! – Roz­pacz­li­we wzbu­rze­nie za­kwi­ta w moim fa­łszy­wym wy­eks­po­no­wa­niu. No, da się? Da się. Za­raz sam sie­bie na­gro­dzę bra­wa­mi.

– Lej i nie py­taj, Pa­dre. Pi­ęćdzie­si­ąt, sto, kur­wa, pi­ęćset. I tak nie mam do kogo wró­cić… Znasz moje grzesz­ki, ża­łu­ję ich bar­dziej, niż my­ślisz… ale przez te wszyst­kie lata tak na­praw­dę ko­cha­łem tyl­ko ją, moją żonę, moją Olgę. – Pra­wie sam w to uwie­rzy­łem, wy­star­czy. Ko­niec „Mody na suk­ces”, idę się od­lać, a pó­źniej się zo­ba­czy. Jesz­cze tej nocy się upodlę i pas. Trze­ba się po­zbie­rać. Pew­nie na dniach za­dzwo­ni ja­kiś dzien­ni­karz i się do­pie­ro za­cznie od­sta­wia­nie tra­ge­dii. Pysz­nie.

Nie­kie­dy pla­ny masz am­bit­ne my­śli gór­no­lot­ne, uno­sisz się na wy­so­ko­ść, z któ­rej nie­mal ro­zu­miesz kszta­łt świa­ta, a i tak pro­za ży­cia spro­wa­dza cię na dół, sta­wia­jąc przed es­te­tycz­nym dy­le­ma­tem: naj­pierw się od­lać czy wy­rzy­gać, bo jed­no­cze­śnie to nie po dżen­tel­me­ńsku. Po­dej­mu­ję de­cy­zję i ele­ganc­ko wstrzy­mu­jąc nie­po­kor­ny mocz, wty­kam dwa pal­ce w gar­dziel. Po ja­ki­mś tam, in­ten­syw­nie spędzo­nym cza­sie czu­ję lek­ki po­wiew ulgi i sia­dam na se­de­sie. I wy­czu­wam lek­ki po­wiew Olgi. Żona sta­je mi przed ocza­mi. Może jed­nak coś do niej kie­dyś czu­łem. Na pew­no czu­ję te­raz al­ko­hol. Nie­wa­żne. Tak czy ina­czej, wy­pa­da cho­ćby cie­płą my­ślą po­dzi­ęko­wać jej za to, że aku­rat zna­la­zła się w ta­kim miej­scu i ta­kim cza­sie, że jej śmie­rć nie po­szła na mar­ne. Za kil­ka dni będę na­czel­nym wdow­cem po ofia­rach ter­ro­ry­zmu w tym kra­ju. A ten kraj ko­cha mar­ty­ro­lo­gię, te­le­wi­zja ko­cha mar­ty­ro­lo­gię, ra­dio ją ko­cha, ko­bie­ty ją ko­cha­ją, pie­ni­ądze też ko­cha­ją pol­ską mar­ty­ro­lo­gię. Sie­dzę i czu­ję ulgę chwi­li prze­mie­sza­ną z ogar­nia­jącym mnie en­tu­zja­zmem na myśl o przy­szło­ści.

Co może pó­jść źle?

Jak w ka­żdej hi­sto­rii, jak zwy­kle w ży­ciu, jak to ma w na­tu­rze dzie­jo­wa spra­wie­dli­wo­ść, gdy po­ja­wia się to py­ta­nie, na­le­ży spo­dzie­wać się ka­ta­stro­fy.

– Wiem, na czym ci za­le­ży. – Głos do­cie­ra ze­wsząd i zni­kąd jed­no­cze­śnie. Jest tyl­ko pi­jac­ką pro­jek­cją w mo­jej gło­wie, czy sły­szę go na­praw­dę?

– A… halo… czy ktoś tu jest? – Chy­ba za dużo tych pi­ęćdzie­si­ątek. Chcia­ło­by się po­wie­dzieć: o jed­ną, ale to nie o jed­ną. Za­czy­nam świ­ro­wać. Czu­ję czy­jąś obec­no­ść, będąc sa­me­mu w ki­blu.

– Wi­ęcej. Znam cię na tyle, że wiem, co masz za­miar z tym zro­bić.

– Co?

– Je­steś ni­kim. Gów­nem, od któ­re­go wali tak bar­dzo, że gdy­bym nie mu­siał, nie zbli­ży­łbym się do cie­bie na ki­lo­metr. Nie­ste­ty, je­steś mi po­trzeb­ny. Upo­ka­rza mnie to, ale ży­cie nie jest usła­ne ró­ża­mi. Jest usła­ne gni­da­mi ta­ki­mi jak ty.

Sku­piam się i lo­ka­li­zu­ję źró­dło dźwi­ęku. Do­bie­ga z sąsied­niej ka­bi­ny. Brzmi mrocz­nie ni­czym z hor­ro­rów. To taki ro­dzaj ludz­kie­go gło­su, któ­re­go nie chce się usły­szeć, je­śli nie ma się pew­no­ści ist­nie­nia Boga i czy­ste­go su­mie­nia jed­no­cze­śnie. I jesz­cze ta chwi­lo­wa, in­tym­na ci­sza, ob­skur­na aura to­a­le­ty, ja­rze­niów­ki jak na prze­słu­cha­niu i, no wła­śnie, ten spe­cy­ficz­ny ro­dzaj na­pi­ęcia. Za­raz, prze­cież to ja je­stem ce­nio­nym pi­sa­rzem li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej, prze­cież to ja de­cy­du­ję, co jest mrocz­ne, a co jest je­dy­nie po­zo­ranc­twem.

– Lej, kur­wa, jak masz lać, czy co ty tam so­bie ro­bisz, ale… ale się, kur­wa, za­mknij. – Tro­chę mi się język plącze, ale prze­kaz jest ra­czej zro­zu­mia­ły.

Lecz ta­jem­ni­cza po­stać nie za­mie­rza prze­stać. Mężczy­zna mówi te­raz bar­dzo kon­kret­nie. Sy­pie fak­ta­mi, da­ta­mi, a na­wet, nie­ste­ty, pa­ra­gra­fa­mi. Przy­tom­nie­ję z ka­żdym jego po­grąża­jącym mnie sło­wem. Aż w ko­ńcu osi­ągam stan pe­łnej, prze­ra­ża­jącej trze­źwo­ści I mo­men­tal­nie do­cie­ra do mnie, że żar­ty się sko­ńczy­ły.

Żar­ty się sko­ńczy­ły, ale gro­te­ska po­zo­sta­ła. Na­wet nie musi mnie do ni­cze­go zmu­szać w spo­sób fi­zycz­ny. Siła ar­gu­men­tu wy­star­czy w zu­pe­łno­ści. Opusz­cza­my lo­kal i idzie­my przez śnieg jak dwaj sta­rzy kum­ple. Po dzie­si­ęciu mi­nu­tach zmie­nia się sce­ne­ria. Gdzie my je­ste­śmy?

Za­rządza przy­sta­nek po krót­kim spa­ce­rze, któ­ry wy­da­wał się ci­ągnąć w nie­sko­ńczo­no­ść. Te­raz coś mi świ­ta. Jak­bym znał to miej­sce z nie­od­le­głej prze­szło­ści.

– Sia­daj – war­czy to­nem, jaki nie spodo­ba­łby się na­wet owczar­ko­wi nie­miec­kie­mu. W ogó­le jest gro­źnym fa­ce­tem. Jed­nak to nie strach zaj­mu­je mój umy­sł, a py­ta­nie o przy­pa­dek, o teo­rię cha­osu, wręcz o ja­kiś ta­jem­ny kie­ru­nek, któ­ry wszech­świat nam usta­la, a my na­wet o tym nie wie­my. A wszyst­ko przez je­den wy­ry­ty na opar­ciu na­pis.

„Praw­dzi­wi mężczy­źni nie za­pi­ja­ją kaca”.

ROZ­DZIAŁDRU­GI

CENA CI­SZY, CENA ROZ­GŁO­SU

23 grud­nia, go­dzi­na 18.40

KRA­KÓW

„We fran­cu­skiej stre­fie arab­skiej zbu­rzo­no pierw­szy ko­ściół ka­to­lic­ki”. Nie­źle, nie? – Wy­chy­lił się znad ga­ze­ty i spoj­rzał na swo­je­go pó­łprzy­tom­ne­go ko­le­gę za­le­ga­jące­go na miej­scu kie­row­cy. Sie­dzie­li tak już czas ja­kiś w tej toy­ocie za­re­je­stro­wa­nej jako peu­ge­ot, będący wła­sno­ścią Te­le­ko­mu­ni­ka­cji Pol­skiej.

– Bez jaj, to nie­mo­żli­we. – Bru­no Rant, do­wód­ca jed­nost­ki sztur­mo­wej wy­dzia­łu do wal­ki z ter­ro­ry­zmem, za­pło­nął we­so­łym ogniem śmie­chu, by po chwi­li zga­snąć wsty­dli­wie od chło­du spoj­rze­nia prze­ło­żo­ne­go.

– „To nie­mo­żli­we” – za­czął spo­koj­nie, ale sta­now­czo ma­jor Czer­ny – po­wie­dział kie­dyś Fran­cuz, po­pi­ja­jąc po­ran­ną kawę z cro­is­san­tem na rogu Mont­mar­tre, gdy sze­lest ga­ze­ty przy­nió­sł wia­do­mo­ść o ata­ku III Rze­szy na Pol­skę. „To nie­mo­żli­we”… pa­nie ko­le­go, tym stwier­dze­niem za­czy­na­ją się naj­wi­ęk­sze ka­ta­stro­fy ludz­ko­ści.

Zie­lo­ny sa­mo­chód do­staw­czy za­trzy­mał się przy bra­mie po dru­giej stro­nie uli­cy. Wy­sia­dło z nie­go dwóch mężczyzn o uro­dzie i ga­ba­ry­tach, któ­re od­da­la­ły ich od in­te­lek­tu­ali­zmu na dłu­go­ść nie­sko­ńczo­no­ści. Bez na­my­słu, jak ro­bo­ty, za­częli wy­ła­do­wy­wać skrzyn­ki. Ro­bi­li to w tem­pie, ja­kie cha­rak­te­ry­zu­je lu­dzi, któ­rym pła­ci się nie od go­dzi­ny, a od wy­ko­na­nej pra­cy.

– Ty to za­wsze umiesz wszyst­ko przed­sta­wić w czar­nych bar­wach Czer­ny. Ale przy­zna­ję, trze­ba było za­pier­do­lić cia­pa­tych bom­ba­mi, dro­na­mi i czym jesz­cze się dało, póki był na to czas.

Po­da­jący to­war ze­sko­czył z paki. Roz­ła­du­nek kil­ku­na­stu ci­ężkich skrzyń trwał może pięć mi­nut. Tak to się robi wśród przo­dow­ni­ków pra­cy. Wschod­nia krew.

– Po raz pierw­szy od nie­pa­mi­ęt­nych cza­sów mu­szę się z tobą zgo­dzić, Bru­no. Czas już się sko­ńczył. Za­częły się kon­se­kwen­cje to­le­ran­cji i otwar­cia. Pew­nie na­wet są za­wie­dze­ni…

Krępi mężczy­źni otwo­rzy­li bra­mę i za­częli no­sić skrzy­nie w głąb po­dwó­rza.

– Kto jest za­wie­dzio­ny?

– Cia­pa­ci, jak to zgrab­nie ująłeś. Pew­nie li­czy­li na so­lid­ny dżi­had, wiesz, ostrą śre­dnio­wiecz­ną po­ta­ńców­kę. Tym­cza­sem oka­za­ło się, że wróg przyj­mu­je ich eks­pan­sję z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Sam bym się wkur­wił, gdy­bym był fa­na­ty­kiem i en­tu­zja­stą agre­syw­nej in­ter­pre­ta­cji Ko­ra­nu. Tyl­ko…

Dziel­ni i nie­stru­dze­ni do­staw­cy sko­ńczy­li prze­no­sze­nie ta­jem­ni­czych to­wa­rów. Za­pa­li­li pa­pie­ro­sy, opar­li się o sa­mo­chód i roz­po­częli coś, co w nie­któ­rych kręgach na­zy­wa się kon­wer­sa­cją. Wy­gląda­li jak pierw­sze ko­mu­ni­ka­ty, któ­re od­ró­żni­ły czło­wie­ka od ma­łpy.

– Tyl­ko?

– Tyl­ko iro­nia hi­sto­rii mnie prze­ra­sta. Cho­dzi mi o to, że jako je­dy­ni nie chce­my ich wpu­ścić.

– I co to ozna­cza?

– Py­tasz po­wa­żnie?

Oczy za­świe­ci­ły w mro­ku. Spoj­rze­nie kota go­nio­ne­go przez sfo­rę psów. Blask stra­chu przed pia­ną na py­sku i ta je­dy­na w swo­im ro­dza­ju aura ofia­ry. Wy­sta­wi­ła nie­śmia­ło gło­wę i ro­zej­rza­ła się spon­ta­nicz­ny­mi, prze­ry­wa­ny­mi ru­cha­mi szyi. W ko­ńcu wy­sko­czy­ła z paki, a za nią jesz­cze dwie.

– Są – po­in­for­mo­wał ma­jo­ra Rant z wy­ra­źnym znu­dze­niem. – Mo­żesz mi wy­tłu­ma­czyć, po co od dwóch ty­go­dni ob­sta­wia­my wszyst­kie nie­le­gal­ne trans­por­ty lu­dzi ze Wscho­du?

– Roz­kaz to roz­kaz. Mnie też się nie po­do­ba, że mu­si­my tu od­sta­wiać dru­gie El Paso, ale i tak wolę szu­kać czło­wie­ka, niż grze­bać w ba­ga­żni­kach, szu­ka­jąc kilo kok­su. Cho­dź. Czas się przy­wi­tać.

Szyb­ki­mi, drob­ny­mi krocz­ka­mi trzy ko­bie­ty prze­mknęły do bra­my i znik­nęły w ciem­no­ści. W ciem­no­ści, któ­ra mia­ła ozna­czać dla nich upra­gnio­ną, choć opła­ca­ną upo­ko­rze­niem wol­no­ść.

Nic bar­dziej myl­ne­go.

godz. 19.00

LO­KAL „TE­QU­ILAPA­RA­DI­SE”

Spra­wa zo­sta­ła za­ła­twio­na po ame­ry­ka­ńsku i chwa­ła za to tym, któ­rzy ją za­ła­twi­li. Duży, oświe­tlo­ny po­dest w kszta­łcie okręgu na środ­ku lo­ka­lu, wo­kół nie­go sto­li­ki z lamp­ka­mi noc­ny­mi, ścia­na na­prze­ciw­ko we­jścia sta­no­wi­ąca je­den, dłu­gi bar z ko­lo­ro­wy­mi al­ko­ho­la­mi. Kszta­łt­ne strip­ti­zer­ki, ma­jące znacz­nie szer­szy za­kres obo­wi­ąz­ków niż roz­ta­ńczo­ne po­zby­wa­nie się gar­de­ro­by, wresz­cie nad ca­łym tym lu­na­par­kiem nie­dro­gie, cia­sne po­ko­je, obo­wi­ąz­ko­wo sła­bo oświe­tlo­ne na czer­wo­no. Prze­pis na syn­te­zę baru, bur­de­lu i ho­te­lu. Za jed­nym za­ma­chem za­ła­twio­no wszyst­kie po­trze­by kla­sycz­ne­go szo­wi­ni­stycz­ne­go he­do­ni­sty. Zresz­tą nie tyl­ko, gdyż po­praw­no­ść po­li­tycz­na nie omi­nęła rów­nież tego przy­byt­ku, w zwi­ąz­ku z czym ofer­ta obej­mo­wa­ła rów­nież dwie les­bij­ki i trzech ge­jów. Z tru­dem uda­ło się wy­wal­czyć, żeby ci ostat­ni da­wa­li po­ka­zy ta­ńca ero­tycz­ne­go je­dy­nie w ra­mach pry­wat­ne­go spo­tka­nia w za­mkni­ętym po­miesz­cze­niu. „Obyś żył w cie­ka­wych cza­sach”.

Nie­stru­dzo­ny di­dżej o sza­le­nie au­to­bio­gra­ficz­nym pseu­do­ni­mie Spe­ed za­ser­wo­wał sta­re, do­bre Los Lo­bos na roz­po­częcie pierw­szej tury po­ka­zów. Wal­ki­rie wtar­gnęły na sce­nę i roz­po­częły za­ci­ętą wal­kę z ułu­dą pru­de­rii. Na po­hy­bel hi­po­kry­zji. Wal­czy­ły na­praw­dę ład­nie. Jed­nak to nie uro­dzi­we, te­raz nie­mal na­gie wo­jow­nicz­ki mia­ły tej nocy sta­no­wić gwó­źdź pro­gra­mu. Rów­no­cze­śnie do ero­tycz­nej Wal­hal­li za­ma­szy­ście wkro­czy­li wi­kin­go­wie.

Plu­sem by­cia ofi­ce­rem sze­ro­ko po­jętych słu­żb bez­pie­cze­ństwa, kie­dy wcho­dzi się do miej­sca, w któ­rym jaw­nie ła­mie się pra­wo, jest w za­sa­dzie nie­ogra­ni­czo­na bez­kar­no­ść. Mo­żna wal­nąć ochro­nia­rza, zła­pać za ty­łek ho­stes­sę, nie za­pła­cić za drin­ka, roz­wa­lić sto­lik, za­pa­lić jo­in­ta i sko­rzy­stać z wie­lu in­nych atrak­cji, je­śli ma się wła­dzę na pod­sta­wie jed­ne­go pa­ra­gra­fu za­mknąć ren­tow­ny in­te­res. Na­sta­ły zło­te cza­sy dla lu­dzi ta­kich jak ma­jor Czer­ny. Ta­ki­mi przy­byt­ka­mi nie in­te­re­su­je się opi­nia pu­blicz­na. Nie ma skan­da­lu, jest sa­mo­wol­ka. Tyl­ko że jego mo­dus ope­ran­di opie­rał się na nie­zwy­kle dro­bia­zgo­wym dba­niu o za­cho­wa­nie dys­kre­cji. Cho­ro­ba za­wo­do­wa. Po­cząt­ki oraz szczyt jego ka­rie­ry przy­pa­dły na cza­sy ci­ężkiej rze­czy­wi­sto­ści po­li­tycz­nej i me­dial­nej, w któ­rej naj­mniej­sza afe­ra mo­gła zruj­no­wać lata wzo­ro­wej pra­cy w słu­żbach. I ja­koś tak się do tego przy­zwy­cza­ił, tak we­szło mu to w krew, że na­wet je­śli w głębi du­szy chciał, to nie po­tra­fił funk­cjo­no­wać ina­czej. Za to do­wód­ca jed­nost­ki sztur­mo­wej Bru­no Rant sko­rzy­stał z przy­wi­le­jów skwa­pli­wie i wsze­dł do lo­ka­lu jak świ­nia do chle­wu. Tu ko­goś po­pchnął, tam ja­kąś zma­cał, coś tam prze­wró­cił, by fi­nal­nie do­jść do baru, przy któ­rym cze­kał już nie­zau­wa­żo­ny przez ni­ko­go ma­jor, spo­koj­nie sączący whi­sky. Od­wiecz­ny sche­mat do­bry – zły gli­na za­mie­ni­li na sche­mat ta­ran – duch. Przez ostat­nie kil­ka mie­si­ęcy ta­kie roz­wi­ąza­nie oka­zy­wa­ło się nie­zwy­kle sku­tecz­ne. Ta­ra­na bano się sy­tu­acyj­nie; szko­da twa­rzy, zębów, że­ber i pa­znok­ci. Ale to duch wy­wo­ły­wał praw­dzi­wie pa­nicz­ny strach. Jego ofia­ry czu­ły pod­skór­nie, że może za­mie­nić resz­tę ży­cia ich i ich naj­bli­ższych w pie­kło. Nie bez­pod­staw­nie. Tym­cza­sem ci dwaj po­czci­wi pa­no­wie w śred­nim wie­ku opar­li się o bar i cze­ka­li, co od za­wsze sta­no­wi­ło dzie­wi­ęćdzie­si­ąt pro­cent ich pra­cy. Cze­ka­li cier­pli­wie, bo wie­dzie­li, jaką sa­tys­fak­cję daje so­lid­ne wy­ko­na­nie po­zo­sta­łych dzie­si­ęciu.

Sta­no­wi­li le­gen­dar­ny tan­dem, choć wspó­łpra­co­wa­li do­pie­ro od roku, kie­dy w wy­ni­ku na­si­la­jących się po­gró­żek ze stro­ny świa­ta arab­skie­go, z sy­ryj­ski­mi eks­tre­mi­sta­mi na cze­le, mi­ni­ster­stwo po­sta­no­wi­ło po­łączyć część Woj­sko­wej Agen­cji Wy­wia­dow­czej z jed­nost­ka­mi sztur­mo­wy­mi po­li­cji. Tak po­wstał wy­dział do wal­ki z ter­ro­ry­zmem, któ­re­go głów­ną sie­dzi­bę usta­no­wio­no w Kra­ko­wie. Nie­przy­pad­ko­wo. W zwi­ąz­ku z tym, że poza po­gró­żka­mi nic się w za­sa­dzie nie wy­da­rzy­ło, nowo po­wsta­łą in­sty­tu­cję wy­ko­rzy­sty­wa­no do zgo­ła in­nych ce­lów niż tro­pie­nie is­lam­skich przy­szłych mar­ty­rów. Od­kąd bo­wiem w ze­szłym roku Ro­sja w wy­ni­ku re­fe­ren­dum wśród lud­no­ści wschod­niej Ukra­iny ofi­cjal­nie prze­jęła ten ob­szar, a le­wo­brze­żna Ukra­ina sta­ła się osob­nym pa­ństwem ze sto­li­cą we Lwo­wie i, żeby było mało, człon­kiem Unii Eu­ro­pej­skiej, szcze­gól­nie dzi­ęki po­par­ciu Pol­ski, roz­po­czął się mek­syk. Prze­myt bro­ni, nar­ko­ty­ków, lu­dzi i jesz­cze bar­dziej ma­ka­brycz­nych rze­czy ni­g­dy nie miał się le­piej. Ka­żdy na gó­rze wie­dział, że nie ma sen­su z tym wal­czyć. W zwi­ąz­ku z tym trze­ba to kon­tro­lo­wać.

Z tego wła­śnie po­wo­du an­ty­ter­ro­ry­sta sie­rżant Bru­no Rant i szpieg ma­jor Czer­ny sie­dzie­li wła­śnie w bur­de­lu na po­łud­niu Kra­ko­wa z za­mia­rem prze­jęcia kon­tro­li nad jed­ną z ko­biet, któ­re wła­śnie tu przy­wie­zio­no. Roz­kaz z sa­mej góry, prio­ry­te­to­wy dla od­mia­ny i ku ucie­sze sie­dzących przy ba­rze. Bo­wiem nu­dzi­li się przez ostat­nie mie­si­ące jak mop­sy, do­wo­dząc prze­trze­py­wa­niem zde­ze­lo­wa­nych sa­mo­cho­dów prze­wo­żących w za­pa­so­wych ko­łach ki­lo­gra­my ko­ka­iny. Nie po to się zo­sta­je szpie­giem.

DWAPI­ĘTRAWY­ŻEJ

Dużo nie­przy­jem­nie go­rącej wody, szo­ro­wa­nie ca­łej udręczo­nej po­wierzch­ni ko­bie­ce­go cia­ła chro­po­wa­tą gąb­ką, sza­lo­ne ilo­ści my­dła i szam­po­nu, hor­ror szar­pa­nia się z wło­sa­mi. Wresz­cie naj­wi­ęk­sze wy­zwa­nie: twar­de, żeby nie po­wie­dzieć ska­mie­nia­łe, i dłu­gie jak źle przy­cze­pio­ne tip­sy szpo­ny, bo już na pew­no nie pa­znok­cie, po­cho­dzących z by­łe­go blo­ku wschod­nie­go – po­żal się Boże – pi­ęk­no­ści zo­sta­ły usu­ni­ęte i za­stąpio­ne czer­wo­ną sztucz­ną ma­te­rią. Dru­gi etap: za­cnie opła­co­ny gi­ne­ko­log, spraw­dza­jący, czy wszyst­ko gra, i spra­wia­jący, że za­wsze wszyst­ko będzie gra­ło, z bez­dziet­no­ścią na cze­le. W ko­ńcu meta, czy­li do­bór gar­de­ro­by. Dwie go­dzi­ny za­ba­wy i spo­nie­wie­ra­ne sza­re mysz­ki prze­po­czwa­rzy­ły się w po­nęt­ne divy. Mo­ral­nie bar­dziej Men­ge­le niż sa­lon pi­ęk­no­ści, es­te­tycz­nie „Bóg wi­dział, że to było do­bre”.

– Zro­bi­li­śmy dla was bar­dzo dużo – Ma­da­me, kla­sycz­na bur­del­ma­ma, zmru­ży­ła bło­go oczy i po­god­nie się uśmie­cha­jąc, za­częła gła­skać ka­żdą z dziew­cząt – bo chce­my wa­sze­go szczęścia. Więc mam na­dzie­ję, że na­sze wa­run­ki są dla was zro­zu­mia­łe. Je­że­li ja­kiś klient cho­ciaż przez se­kun­dę zo­ba­czy na wa­szych twa­rzach cień smut­ku, któ­re­go nie ma pra­wa prze­cież być, od razu idzie­cie na or­ga­ny. No, to te­raz pa­no­wie ochro­nia­rze za­pro­wa­dzą was do po­koi. I pa­mi­ętaj­cie: tu­taj ścia­ny mają oczy.

godz. 20.40

LO­KAL „TE­QU­ILAPA­RA­DI­SE”

– Dłu­go jesz­cze? – Bru­no po­wo­li tra­cił trze­źwo­ść i cier­pli­wo­ść.

Bar­man po­da­wał ko­lej­ne szklan­ki co­raz bar­dziej roz­trzęsio­ną ręką na sku­tek eks­pre­syj­nych spoj­rzeń i od­zy­wek Ran­ta, któ­re­go ko­le­dzy od ja­kie­goś cza­su na­zy­wa­li Ta­ra­nem. Ka­ta­stro­fa wi­sia­ła w po­wie­trzu.

– Spie­szy ci się gdzieś? – za­py­tał ci­cho Czer­ny, le­d­wie się uśmie­cha­jąc. Taki lek­ki gry­mas wy­pe­łnio­ny po brze­gi iro­nią. Jed­nak po pi­ęciu se­kun­dach Bru­no nie mógł przy­po­mnieć so­bie re­ak­cji part­ne­ra. A nie był jesz­cze na tyle pi­ja­ny, żeby tra­cić wro­dzo­ną spo­strze­gaw­czo­ść.

Duch.

– Za­raz Wi­gi­lia. W prze­ci­wie­ństwie do cie­bie mam ro­dzi­nę, dzie­cia­ki – re­ni­fer­ki, cho­in­ka, za­ku­py i gru­by czer­wo­ny pe­do­fil.

– Gru­by czer­wo­ny pe­do­fil to był Ni­ki­ta Chrusz­czow, ty je­steś po roz­wo­dzie… Ochro­nia­rze się ru­szy­li, będą wpro­wa­dzać dziew­czyn­ki, czas na nas.

– Chrusz­czow… Wie­rzę na sło­wo. Wy­glądasz, jak­byś po­znał go oso­bi­ście. Zaj­mę się chło­pa­ka­mi, ty po­roz­ma­wiaj z al­fon­sem. A z tym roz­wo­dem to wca­le nie…

– Idzie­my.

Ży­cie to nie tani film sen­sa­cyj­ny, w zwi­ąz­ku z tym na­wet taka chlu­ba po­li­cji jak sie­rżant Bru­no Rant nie wje­dzie te­raz z buta do po­ko­ju ochro­nia­rzy i nie sko­si ich jak spa­lo­ne sło­ńcem, lek­ko zgi­ęte źdźbła pro­sa. Nie sta­nie się tak, po­nie­waż bram­ki w klu­bach na­le­żących po­śred­nio do wschod­nich przy­ja­ciół są naj­częściej ob­sta­wio­ne by­ły­mi człon­ka­mi naj­le­piej wy­szko­lo­nych słu­żb spe­cjal­nych na świe­cie. Spryt i tech­no­lo­gia za­miast twar­dej pi­ąchy, tak się te­raz dzia­ła. Za­tem sie­rżant, po uprzed­nim przed­sta­wie­niu się, wy­jął swój te­le­fon i za­pre­zen­to­wał trans­mi­sję na żywo, któ­ra przed­sta­wia­ła skrzy­żo­wa­nie ulic pi­ęt­na­ście me­trów od lo­ka­lu. Tam, za po­kry­tym bia­łym pu­chem za­gaj­ni­kiem, sta­ło so­bie dwu­dzie­stu an­ty­ter­ro­ry­stów z au­to­ma­tycz­ną bro­nią dłu­gą, tar­cza­mi, ta­ra­na­mi, gra­na­ta­mi i szcze­ry­mi chęcia­mi.

– Te trzy pa­nie do po­ko­ju, pa­no­wie na dół i nikt nam nie prze­szka­dza przez naj­bli­ższe dwa­dzie­ścia mi­nut. Raz­cwi­ta­li ja­bła­ni i gru­szy… – tak podśpie­wu­jąc, Bru­no za­pro­sił do środ­ka trzy ko­bie­ty po to­tal­nej me­ta­mor­fo­zie, po­zo­sta­wia­jąc osi­łków w osłu­pie­niu.

Part­ner sie­rżan­ta omi­nął afe­rę z wła­ści­wą so­bie dys­kret­ną gra­cją i prze­kro­czył próg biu­ra czło­wie­ka za­wia­du­jące­go lu­na­par­kiem dla do­ro­słych. Sie­dzący w wiel­kim skó­rza­nym fo­te­lu mężczy­zna nie krył zdzi­wie­nia. Coś wy­mam­ro­tał, odło­żył słu­chaw­kę i wło­żył rękę pod biur­ko.

– Nie ma ta­kiej po­trze­by, Olaf. Do­bry wie­czór, to po pierw­sze. Ja cię znam, ty mnie nie. I w grun­cie rze­czy tak ma zo­stać. Odłóż broń na miej­sce, je­śli sza­nu­jesz cen­ny czas stra­ży po­żar­nej. Taki lo­kal nie­ła­two uga­sić. – Ma­jor Czer­ny przy­sia­dł so­bie na biur­ku ko­goś, kto w nor­mal­nych wa­run­kach na­zy­wa­ny jest ma­na­ge­rem lo­ka­lu. – Ha­ra­szo. Te­raz mo­że­my za­czy­nać. Ja mó­wię: stręczy­ciel­stwo, ty mó­wisz…

– Trzy­dzie­ści ty­si­ęcy euro. – Pro­ces ad­ap­ta­cji kul­tu­ro­wej w tym przy­pad­ku nie ob­jął po­sza­no­wa­nia dla języ­ka kra­ju, w któ­rym się żyje. Za­ci­ągał nie­mi­ło­sier­nie.

– Ja mó­wię: stręczy­ciel­stwo i pró­ba prze­ku­pie­nia funk­cjo­na­riu­sza, ty mó­wisz…

– Pi­ęćdzie­si­ąt, wi­ęcej się nie da. Ten po­li­cej­skij, co przy­cho­dził wcze­śniej, był lep­szy…

– Dla­te­go go awan­so­wa­li. Dwie go­dzi­ny temu przy­je­cha­ły tu trzy mło­de ko­bie­ty. Pil­nu­je ich mój ko­le­ga. Prze­by­wa­ją na te­re­nie Pol­ski nie­le­gal­nie i ja mu­szę coś z tym zro­bić, sam ro­zu­miesz.

– To tak Unia Eu­ro­pej­ska wita nowe pa­ństwo człon­kow­skie? To już nie mo­żna na­wet ko­le­ża­nek do Pol­ski za­pro­sić?

– Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, Ukra­ina zo­sta­ła­by wcie­lo­na częścio­wo do Pol­ski, częścio­wo do Ro­sji i sko­ńczy­ło­by się to całe nie­po­trzeb­ne za­mie­sza­nie, któ­re po­wo­du­je­cie nie­ustan­nie od szes­na­ste­go wie­ku. Zo­staw­my po­li­ty­kę. Za­bie­ram jed­ną z two­ich no­wych dziew­czyn, nie za­my­kam ci lo­ka­lu, w ogó­le je­stem dla cie­bie miły, a ty stop­nio­wo prze­ko­nu­jesz się do mnie, stwier­dzasz, że masz u mnie dług wdzi­ęcz­no­ści i ge­ne­ral­nie je­stem fan­ta­stycz­nym fa­ce­tem, z któ­rym war­to trzy­mać. No to paka, Olaf. Sie­dź so­bie grzecz­nie i prze­my­śl, jak do­kład­nie te pa­nie się tu do­sta­ły. Może za­dzwoń do sze­fo­wej czy gdzie tam mu­sisz. Wra­cam za dwie go­dzi­ny i chcę wte­dy znać miej­sca, daty i na­zwi­ska. Do swi­da­ńja.

Pi­ętro ni­żej, w czer­wo­nym po­ko­ju dla go­ści spe­cjal­nych od­by­wa­ła się w tym cza­sie rand­ka w ciem­no. Sie­rżant Rant i trzy świe­żo upie­czo­ne pro­sty­tut­ki. Bru­no nie był ni­g­dy szcze­gól­nie em­pa­tycz­ny, ale bra­ku do­cie­kli­wo­ści nie mo­żna mu było za­rzu­cić. Więc za­czął za­bi­jać czas, za­bi­ja­jąc w so­bie wszel­ką na­dzie­ję wo­bec sy­tu­acji na Ukra­inie.

– Ja­kie mia­łam inne wy­jście, two­im zda­niem? Syn ma nie­ca­łe dwa lat­ka, mąż pra­cu­je w urzędzie za dwie­ście do­la­rów na mie­si­ąc. Wa­sze za­po­mo­gi wy­no­szą wi­ęcej. Nie pra­cu­jąc tu­taj, będę mia­ła le­piej, niż pra­cu­jąc tam, i na dziec­ko mogę wy­sy­łać… a jako żensz­czi­na do to­wa­rzy­stwa mogę wy­ci­ągnąć ty­si­ąc do­la­rów na mie­sjacz.

– Chy­ba ob­ci­ągnąć ty­si­ąc na mie­sjacz – za­uwa­żył sub­tel­nie le­gen­dar­ny an­ty­ter­ro­ry­sta. – I niby co na to twój mąż, głu­pia kur­wo? Po­wie­dzia­łaś mu, że je­dziesz na tru­skaw­ki? W grud­niu? Do­bra, na­stęp­na. Tak, ty. Tak, ty, mysz­ko prze­stra­szo­na…

– Wzi­ęli mnie z po­praw­cza­ka. Często przy­cho­dzą szu­kać dziew­czyn w do­brym sta­nie, nie po­obi­ja­nych, nie wy­chu­dzo­nych, no i bez HIV. Ale to na­wet oczień ha­ra­szo, tam, w kra­ju, nie zo­stał mi nikt. Po­dob­no mam bab­cię w Ode­ssie, nie wiem, nie po­zwo­li­li… Tu jest do­brze, pła­cą, nie biją, jest do­brze, bu­djet do­brze, ja wiem to… tut mo­żna żyć.

– Ja­sne, da­jąc rzy­ci. Do­bra, te­raz ty, trze­cia ksi­ężnicz­ko, tam za pa­ra­wa­nem! Po­dej­dź tu i opo­wiedz mi swo­ją wzru­sza­jącą do bólu ja­jec hi­sto­rię.

W od­po­wie­dzi na uro­cze za­pro­sze­nie sie­rżan­ta ko­bie­ta wsta­ła spo­koj­nie i po­wo­li wy­nu­rzy­ła się zza za­sło­ny. W prze­ci­wie­ństwie do pierw­szej nie była wy­szcze­ka­na ani agre­syw­na, nie było w niej cie­nia żalu czy zgorzk­nie­nia. Nie była też w ni­czym po­dob­na do tej dru­giej, prze­stra­szo­nej, skrzyw­dzo­nej i za­wsty­dzo­nej, go­to­wej znie­ść wszyst­ko, by­le­by za­cho­wać po­zor­ne reszt­ki daw­no utra­co­nej ko­bie­cej to­żsa­mo­ści. Ta, któ­ra te­raz bez skrępo­wa­nia, ale też bez non­sza­lan­cji po­de­szła do Ran­ta, re­pre­zen­to­wa­ła zu­pe­łnie inny ga­tu­nek nie­wia­sty. Na­wet taki ja­ski­nio­wiec jak on za­uwa­żył jej od­mien­no­ść, a na­zy­wa­jąc rzecz po imie­niu, dał się po­nie­ść nie­me­mu za­chwy­to­wi. A na­zy­wa­jąc rzecz jesz­cze bar­dziej po imie­niu, jego sam­czy or­ga­nizm zgo­to­wał mu zu­pe­łnie nie­kon­tro­lo­wa­ny wzwód. Za­wład­nął nim głód nie do po­wstrzy­ma­nia. Po­żądał, sza­le­nie po­żądał.

– Wy dwie, wy­pier­da­lać mi z po­ko­ju. Ja z tą pa­nią mu­szę po­roz­ma­wiać sam. Je­śli nie znaj­dę was sie­dzących grzecz­nie na ko­ry­ta­rzu, do­sta­nie­cie bi­let na Kam­czat­kę w jed­ną stro­nę.

Pro­sty­tut­ki opu­ści­ły po­miesz­cze­nie, zo­sta­wia­jąc sie­rżan­ta z cud-dziew­częciem jak z ka­len­da­rza Pi­rel­li.

– Cho­dź tu do mnie, bli­żej.

„Boże, jaka pi­ęk­na” – po­my­ślał Rant. Cia­ło cia­łem – wy­mia­ro­wych pa­nien miał już wie­le, gdyż wier­no­ść żo­nie nie była jego spe­cjal­no­ścią – ale to bo­skie stwo­rze­nie było z zu­pe­łnie in­nej ligi. Chód jak na wy­bie­gu, ale bez nad­mier­ne­go po­wa­bu, zmy­sło­wa gra w ka­żdym po­zor­nie zwy­kłym ge­ście, po­zba­wio­na jed­nak jed­no­znacz­no­ści, gęste kasz­ta­no­we wło­sy, drob­ne usta i prze­ni­kli­we, wiel­kie, nie­bie­skie oczy. Praw­dzi­wa ko­bie­ta w sa­mym środ­ku pie­kła. Do­ty­kał jej ina­czej niż tam­te. Jak­by obej­mo­wał ołtarz, przy­naj­mniej przez chwi­lę, bo to jed­nak tyl­ko nasz gru­bia­ński bar­ba­rzy­ńca, ta­ran, sie­rżant Rant. Po krót­kim ocie­ra­niu się o ab­so­lut za­to­pił w ko­ńcu dło­nie w jej jędr­ny ty­łek. Tak, sy­tu­acja nie­uchron­nie zmie­rza­ła do upra­gnio­ne­go fi­na­łu, już bli­sko: roz­pi­ąć sta­nik, zdjąć majt­ki, pi­ęk­no­ść, żad­na tam kur­wa…

– Kur­wa! – za­klął szpet­nie sto­jący w drzwiach Czer­ny. – Nie ma mnie pi­ęt­na­ście mi­nut. A ty… Wiesz, nie dzi­wię się Mi­le­nie, że…

Prze­rwa­ło mu trzęsie­nie. Za­drża­ły szy­by, ścia­ny, podło­ga, szklan­ki po­spa­da­ły ze sto­li­ków. Trwa­ło może pięć se­kund, po czym wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my. Przy­naj­mniej z per­spek­ty­wy obec­nych w po­miesz­cze­niu. Ra­czej nic po­wa­żne­go. Może di­dżej prze­gi­ął na mo­ment z ba­sem.

– Imię i na­zwi­sko? – zwró­cił się do ko­bie­ty i sam w du­chu przy­znał, że dla ta­kiej isto­ty mo­żna na­gi­ąć wie­le za­sad. Oczy­wi­ście po słu­żbie.

– Ta­tia­na Ku­ry­lo­va – oznaj­mi­ła spo­koj­nie, za­pi­na­jąc bluz­kę.

Sie­rżant opa­dł ci­ężko na krze­sło i spoj­rzał na part­ne­ra, jak­by co naj­mniej zo­stał przez nie­go zgwa­łco­ny. Bez wspo­ma­ga­czy.

– Pani pa­su­je do ry­so­pi­su.

– Już trzy ci pa­so­wa­ły do ry­so­pi­su w tym ty­go­dniu – prych­nął nie­po­cie­szo­ny ofi­cer po­li­cji.

– Co zro­bić, taki ry­so­pis. Za­bie­ram ją.

– Ale…

– Ale po­zwo­lisz, że ja to zwe­ry­fi­ku­ję. Idź po sa­mo­chód. I po­wiedz panu Spe­edo­wi, żeby się uspo­ko­ił. Tu się roz­ma­wia.

Rant wy­sze­dł kro­kiem słu­żbo­wym. Wa­lił ob­ca­sa­mi, jak­by sam chciał za­trząść po­sa­da­mi bu­dyn­ku. I jesz­cze tam­te dwie mu się na­wi­nęły na ko­ry­ta­rzu.

– Co mamy ro­bić, pa­nie po­li­cej­skij? – za­py­ta­ły skon­fun­do­wa­ne przy­szłe pro­sty­tut­ki.

– Pier­dol­cie się.

Bru­no Rant po­sy­łał w my­ślach, a i nie tyl­ko, roz­ma­ite epi­te­ty w kie­run­ku swo­je­go prze­ło­żo­ne­go, któ­re­go zo­sta­wił sam na sam z kimś, z kim to on po­wi­nien po­zo­stać sam na sam. My­śląc nie­ustan­nie o ko­bie­cie ma­rzeń, wrzu­cił ręcz­ny, eh!, nie taki ręcz­ny, za­ci­ągnął ha­mu­lec, za­kręcił bącz­ka na śnie­gu i wy­lądo­wał pod tyl­nym we­jściem klu­bu. Drzwi otwo­rzy­ły się, uka­zu­jąc Czer­ne­go pro­wa­dzące­go w spo­sób kul­tu­ral­ny, acz zdy­scy­pli­no­wa­ny dam­ską syl­wet­kę ide­al­ną. Tro­chę nie­grzecz­nie po­na­glił ją przy wsia­da­niu do sa­mo­cho­du, po czym tro­chę bar­dziej nie­grzecz­nie wy­pro­sił z po­jaz­du do­wód­cę jed­nost­ki sztur­mo­wej.

– Mogę je­chać z wami? Nie mam trans­por­tu, a jest strasz­nie zim­no – za­skam­lał sie­rżant, a to mu się rzad­ko zda­rza­ło. Ko­bie­ty po­tra­fią z „rzad­ko” zro­bić „często”.

– Nie mo­żesz. Dal­sza część ope­ra­cji jest ści­śle taj­na, mój dro­gi. Trze­ba było zdać ma­tu­rę, ta­kie te­raz wy­wiad ma wy­mo­gi. Za­dzwoń na sto dwa­na­ście, oni po­ma­ga­ją lu­dziom w po­trze­bie. Do­bra­noc, we­so­łych świ­ąt – wy­gło­sił spo­koj­nie na jed­nym wy­de­chu, po czym od­je­chał w mrok, z nią.

Rant wzi­ął swo­ją ko­mór­kę i fak­tycz­nie za­dzwo­nił na sto dwa­na­ście, bo po­my­sł wy­dał mu się w za­sa­dzie sen­sow­ny. Lecz nie­ste­ty po­in­for­mo­wa­no go, po­mi­ja­jąc nar­ra­cję, a prze­cho­dząc do pu­en­ty, że wszyst­kie słu­żby w mie­ście mają go w du­pie. Ro­zu­mie­ją trud­ne po­ło­że­nie istot­nej per­so­ny i ko­le­gi po fa­chu za­ra­zem, ale z przy­kro­ścią do­no­szą, że jed­nost­ki z ca­łe­go mia­sta zo­sta­ły we­zwa­ne do znacz­nie po­wa­żniej­szej tra­ge­dii niż pa­nicz­ne po­szu­ki­wa­nie dar­mo­wej tak­sów­ki. Na­tu­ral­ną re­ak­cją smut­ne­go sie­rżan­ta był więc po­wrót do „Te­qu­ila Pa­ra­di­se” i sko­rzy­sta­nie z tam­tej­szych do­bro­dziejstw. Ru­szaj się, Bru­no, idzie­my na piwo, nie­chyb­nie bra­ku­je tam nas… i niech w te pi­ęk­ne świ­ęta za­wa­li się cały świat. Bied­ne­mu Bru­no­wi nie było jed­nak dane na­wet do­jść do baru.

Wa­lący się świat po­trze­bo­wał bo­ha­te­ra.

Pro­ce­du­ry wy­wia­dow­cze w XXI wie­ku od­wró­ci­ły ogo­nem kota ewo­lu­cji. To, do cze­go ludz­ko­ść dąży­ła i w efek­cie w po­cie czo­ła do­ta­rła, sta­ło się naj­bar­dziej new­ral­gicz­ną częścią pra­cy słu­żb spe­cjal­nych. Do szpie­gow­skie­go de­ka­lo­gu do­szło ko­lej­ne przy­ka­za­nie: będziesz jak ognia tech­no­lo­gii uni­kał. Dys­kret­ne prze­my­ka­nie przez ko­ry­ta­rze klu­bu nie było je­dy­nie ta­nim szpie­gow­skim chwy­tem. Dzi­ęki uprzej­mo­ści ko­le­gów z firm za­kła­da­jących mo­ni­to­ring Czer­ny po­zna­wał wszyst­kie luki w sys­te­mie, z któ­rym miał się kon­fron­to­wać. Od lat z po­wo­dze­niem wcho­dził, za­ła­twiał spra­wy i zni­kał, nie zo­sta­wia­jąc po so­bie żad­nych trwa­łych śla­dów. Tak się ucie­ka przed wcze­sną eme­ry­tu­rą. Szpieg trwa­le roz­po­zna­ny prze­sta­je być szpie­giem. Ba­nał, na któ­rym nie­je­den się już prze­je­chał. Nie zwa­ża­jąc na roz­pacz­li­we ge­sty part­ne­ra, Czer­ny usia­dł wy­god­nie na sie­dze­niu kie­row­cy i wło­żył ba­te­rię z po­wro­tem do te­le­fo­nu. Ten włączył się i na­tych­miast za­wie­sił. Ni­g­dy wcze­śniej się to nie zda­rza­ło. W ana­li­tycz­nym umy­śle ma­jo­ra za­pa­li­ła się czer­wo­na lamp­ka. Pa­ra­no­ja mo­men­tal­nie roz­pa­no­szy­ła się w jego prze­wra­żli­wio­nej ja­źni. Cze­mu się wie­szasz, co? Ktoś wpu­ścił ci ma­łe­go, brzyd­kie­go wi­ru­sa? Otóż nie. Przy­czy­ny nie­spraw­no­ści urządze­nia oka­za­ły się da­le­ce bar­dziej bła­he. Osiem­dzie­si­ąt je­den nie­ode­bra­nych po­łączeń i czter­dzie­ści sze­ść SMS-ów pró­bo­wa­ło wy­świe­tlić się na­raz. Ktoś, a na­wet bar­dzo wie­lu kto­siów, miał do nie­go ja­kąś bar­dzo wa­żną spra­wę. Zła­ma­li wszel­kie pro­ce­du­ry, pró­bo­wa­li go na­mie­rzyć, zna­jąc całe ry­zy­ko. Prze­kręcił klu­czyk w sta­cyj­ce. Trze­ba naj­pierw wy­ko­nać bie­żące za­da­nie, po­tem się będzie za­sta­na­wiał, skąd po­top. Ru­szył. By za­raz sta­nąć. Sta­nął, bo cały świat sta­nął.

W za­si­ęgu wzro­ku w ko­ńcu po­ja­wił się bar. Przy nim zaś al­ko­hol i dziew­częta. Ura­tuj­my mar­ne reszt­ki tego przedświ­ątecz­ne­go wie­czo­ru, ze­żryj­my ochła­py przy­jem­no­ści. Bru­no Rant przy­spie­szył kro­ku. Jego wy­ci­szo­ny na czas ak­cji te­le­fon za­wi­bro­wał. Wy­świe­tlacz po­ka­zy­wał dwie istot­ne in­for­ma­cje. Po pierw­sze, pró­bo­wa­no po­łączyć się z nim kil­ka­dzie­si­ąt razy pod­czas ostat­niej go­dzi­ny, ale sie­rżant był zbyt za­jęty i zi­gno­ro­wał to. Po dru­gie, po raz pi­ęt­na­sty dzwo­nił jego bez­po­śred­ni prze­ło­żo­ny. Wi­taj, abs­ty­nen­cjo! Czo­łem, ce­li­ba­cie!

– Sie­rżant Bru­no Rant. Coś się sta­ło, na­czel­ni­ku? – Uznał, że już za pó­źno na nie­ro­bie­nie z sie­bie nie­od­po­wie­dzial­ne­go idio­ty.

– Mark Wahl­berg w „Bo­ogie Ni­ghts” po­wie­dział, że ka­żdy ma w so­bie coś spe­cjal­ne­go. Ty nie masz tego, co on, i nie masz tego, co ja. W tym dru­gim wy­pad­ku cho­dzi o mózg. Ale masz jed­ną umie­jęt­no­ść, któ­ra spra­wi, że dziś jesz­cze cię nie wy­le­ję.

Świe­cący czer­wie­nią po­li­cyj­ny li­zak wy­ło­nił się z ciem­no­ści wy­mu­sza­jąc zjazd na po­bo­cze. Mun­du­ro­wy pod­bie­gł do sa­mo­cho­du i na­ka­zał Czer­ne­mu opu­ścić szy­bę. Do­pie­ro z bli­ska dały się zo­ba­czyć stru­gi potu, bla­do­ść twa­rzy i prze­ra­że­nie bi­jące z ka­żde­go od­cie­nia tęczów­ki.

– Je­stem… – za­czął przed­sta­wiać się ma­jor Woj­ska Pol­skie­go, lecz tym ra­zem ni­ko­go nie in­te­re­so­wał jego sta­tus.

– Dro­ga za­blo­ko­wa­na. Całe cen­trum jest za­mkni­ęte, co naj­mniej na tę noc, pro­szę ob­je­chać, do­bra­noc – mó­wił tak szyb­ko, że le­d­wie dało się co­kol­wiek zro­zu­mieć. Bał się, ro­bił w ga­cie z ka­żdym wy­po­wie­dzia­nym sło­wem.

– Co się sta­ło?

– Co się sta­ło?! Z ksi­ęży­ca pan spa­dłeś?! Niech… niech pan cho­ciaż włączy ra­dio… i na­tych­miast stąd od­je­dzie! Je­zus Ma­ria!

„Dzie­je się” – pod­su­mo­wał w my­ślach Czer­ny. Wy­co­fał i włączył ra­dio.

Dwie­ście trzy­na­ście ofiar śmier­tel­nych, po­nad czte­ry­sta osób ran­nych, a po­szu­ki­wa­nia kil­ku­na­stu wci­ąż trwa­ją. Pa­ra­liż mia­sta, pa­ra­liż ca­łe­go kra­ju, a w kon­se­kwen­cji ca­łe­go świa­ta. Nie­wy­obra­żal­ne stra­ty mo­ral­ne, ból, smu­tek, roz­pacz, ogrom­ne stra­ty fi­nan­so­we. To wła­śnie po­zo­sta­wił po so­bie pierw­szy atak ter­ro­ry­stycz­ny w Pol­sce. Co jed­nak wa­żniej­sze w dal­szej per­spek­ty­wie, a o czym się nie mówi: ten atak po­zo­sta­wił Po­la­ków po­grążo­nych w to­tal­nej dez­orien­ta­cji i pa­nicz­nym cha­osie. Po­sta­wił rów­nież otwar­te py­ta­nie o sens ist­nie­nia słu­żb wy­wia­dow­czych w tak nie­sku­tecz­nej i po­wiedz­my wprost – nie­zdol­nej do obro­ny kra­ju for­mie. Z Kra­ko­wa Mi­chał Ziel­nik, Pol­skie Ra­dio.

„Dzie­je się” – pod­su­mo­wał w my­ślach Czer­ny. Przy­spie­szył, wy­łączył ra­dio, włączył Mud­dy’ego Wa­ter­sa.

Tyl­ko sta­ry do­bry blu­es, kie­dy śmie­rć ta­ńczy wo­ko­ło. Wy­lu­zo­wać się przez chwi­lę, za­nim całe to gów­no spad­nie wła­śnie na lu­dzi ta­kich jak on, człon­ków słu­żb wy­wia­dow­czych w tak nie­sku­tecz­nej i po­wiedz­my wprost – nie­zdol­nej do obro­ny kra­ju for­mie. „Co ci de­bi­le mogą wie­dzieć… Za­mach ra­dy­kal­nych wy­znaw­ców Al­la­ha prze­wi­dzie­li­śmy daw­no temu, ale sze­fo­wi nie uda­ło się prze­for­so­wać usta­wy o za­ka­zie… Zresz­tą nie­wa­żne, nie będę te­raz na­wet my­ślał o nie­udol­no­ści po­li­ty­ków”. Zre­zy­gno­wa­ny Czer­ny wy­ci­ągnął ze schow­ka pier­siów­kę. Za­zwy­czaj nie po­pi­jał w pra­cy ani w au­cie, ani ge­ne­ral­nie poza do­mem. Lecz te­raz nie było za­zwy­czaj. Za­trzy­mał się na chod­ni­ku i od­kręcił za­kręt­kę. Jed­nak nie dane mu było za­znać chwi­li re­lak­su. Ode­zwa­ła się pa­sa­żer­ka, o któ­rej nie­mal już za­po­mniał. Za­kręcił pier­siów­kę i prze­nió­sł spo­koj­nie wzrok na lu­ster­ko.

– Co te­raz ze mną będzie? – Po pol­sku mó­wi­ła do­brze, cho­ciaż za­ci­ąga­ła me­lo­dyj­nie, jak lwow­skie damy z cza­sów, kie­dy to uro­cze mia­sto na­le­ża­ło do Rzecz­po­spo­li­tej.

Po­dob­nie jak jego part­ner wi­dział w niej coś nie­zwy­kłe­go, przy czym do­ce­niał zu­pe­łnie inne wa­lo­ry. In­te­li­gen­cję mia­ła wy­pi­sa­ną na twa­rzy wiel­ki­mi li­te­ra­mi, prze­ni­kli­wo­ść za­cza­jo­ną w oczach, de­ter­mi­na­cję ukry­tą w ja­kie­jś nie­gro­źnej dla uro­dy zmarszcz­ce na czo­le. Wy­da­wa­ło się też, że jest oso­bą, któ­ra ode­bra­ła so­lid­ne wy­kszta­łce­nie, acz­kol­wiek na­le­ża­ło to jesz­cze zwe­ry­fi­ko­wać. Świat pe­łen jest spra­wia­jących do­bre wra­że­nie igno­ran­tów.

– Za­wio­zę cię do strze­żo­ne­go miesz­ka­nia. Zo­sta­niesz tam, do­pó­ki mój prze­ło­żo­ny, czło­wiek, któ­ry po­le­cił mi cię uwol­nić, nie zde­cy­du­je, co z tobą da­lej po­cząć.

Po­smut­nia­ła, a Czer­ny, od za­wsze uda­jący przed sobą, że nie za­uwa­ża tego typu zmian emo­cjo­nal­nych u ko­biet, nie po­tra­fił tym ra­zem tego zi­gno­ro­wać. Bo wi­dział i bo­la­ło go to. Jed­nak i tym ra­zem, jak przy ka­żdej in­nej oka­zji zbli­że­nia z in­te­re­su­jącą ko­bie­tą, pro­fe­sjo­nal­nie za­mknął uczu­cia na klucz, któ­ry wy­rzu­cił hen da­le­ko w stro­nę ciem­nej, chłod­nej otchła­ni wspo­mnień, wra­żeń i sa­mot­nej wśród nich, men­tal­nej ona­nii. Tak wła­śnie zo­stał za­pro­gra­mo­wa­ny. Naj­pierw roz­ka­zy, po­tem cała resz­ta zwa­na ży­ciem. Nie­za­le­żnie od wła­snych pra­gnień i osądów, je­śli staw­ka była wy­so­ka, był skłon­ny za­pła­cić ka­żdą cenę za po­wo­dze­nie mi­sji. I za­pła­cił. Kie­dyś. Naj­wy­ższą.

Roz­pacz, wy­rzu­ty su­mie­nia, tęsk­no­ta – uczu­cia od­su­wa­ły się od nie­go sa­mo­ist­nie w mo­men­cie otwie­ra­nia ko­per­ty z roz­ka­za­mi. Tym bar­dziej zu­pe­łnie obca mu, jak za­kła­dał, Ro­sjan­ka, jak uro­cza by nie była, nie mo­gła na­kło­nić go do po­rzu­ce­nia ko­dek­su szpie­ga.

– Ten za­mach… Boże, tu nie jest bez­piecz­nie, a pan… pan wy­gląda na czło­wie­ka, któ­ry po­tra­fi o sie­bie za­dbać… Pro­szę pana… Za­bierz mnie ze sobą. – Pró­bo­wa­ła, nie wie­dząc, z kim ma do czy­nie­nia.

– Może in­nym ra­zem. Te­raz mu­szę za­sło­nić ci twarz. Ale nie martw się, tam, gdzie je­dzie­my, będziesz bez­piecz­na – skła­mał z ła­two­ścią, z jaką strząsa się po­piół z pa­pie­ro­sa. Co rów­nież uczy­nił.

Od­kręcił pier­siów­kę, na­pił się. Po­dał jej, a ona zro­bi­ła to samo. Ru­szył z pi­skiem. Czas się kur­czył, per­spek­ty­wy na spo­koj­ne świ­ęta się zwęża­ły. On zaś czuł, że będzie tyl­ko go­rzej.

RU­INYGA­LE­RIIKRA­KOW­SKIEJ

Śmie­rć i znisz­cze­nie wi­dział już nie­raz, ale ni­g­dy na taką ska­lę. Szcząt­ki wa­la­ły się jak pa­pier­ki wo­kół śmiet­ni­ka. Doj­mu­jąco lo­so­we szcząt­ki. Tu coś przy­po­mi­na­jące gło­wę ko­bie­ty, tam rącz­ka na oko sze­ścio­let­niej dziew­czyn­ki, parę me­trów da­lej ro­ze­rwa­ny kor­pus mężczy­zny, wiek nie do okre­śle­nia. Sem­teks nie robi se­lek­cji. Rant po­my­ślał, że to naj­wy­ższe sta­dium tchó­rzo­stwa. Tak się nie zdo­by­wa miej­sca w hi­sto­rii. Wal­ka o te­ry­to­rium, prze­ko­na­nia, re­li­gię była, jest i będzie, ale bom­by i dro­ny to nie wal­ka, naj­wy­żej bez­i­mien­na eks­ter­mi­na­cja. Tchórz­li­we skur­wy­sy­ny, żad­ni tam wo­jow­ni­cy Al­la­ha. Rant po­mi­nął w swo­im sza­le py­ta­nie, czy ist­nie­je cho­ciaż pół do­wo­du na to, że do za­ma­chu przy­czy­nił się ja­kiś mu­zu­łma­nin. Żad­nych świad­ków, do­wo­dów, nikt nie przy­zna­wał się do po­pe­łnie­nia tej zbrod­ni. Praw­do­po­do­bie­ństwo było fak­tycz­nie wi­ęk­sze niż w przy­pad­ku pi­ja­ne­go lon­dy­ńczy­ka albo an­ty­kon­sump­cjo­ni­stycz­nej eko­lo­żki, nie­mniej tak szyb­kie i bez­pod­staw­ne wska­zy­wa­nie win­nych nie­raz pro­wa­dzi­ło do nie­od­wra­cal­nych błędów w hi­sto­rii. Tyl­ko że sie­rżant miał to gdzieś. Mu­siał na­tych­miast na­zwać i zwi­zu­ali­zo­wać so­bie wro­ga. Ten wróg przy­sze­dł mu do gło­wy od razu. Całe roz­go­ry­cze­nie spo­wo­do­wa­ne wła­sną bez­sil­no­ścią za­mie­nił w nie­na­wi­ść do spraw­ców. Przy­naj­mniej tym­cza­so­wych i tyl­ko w jego mnie­ma­niu.

A bez­sil­no­ść była to­tal­na. Pod gru­za­mi Ga­le­rii Kra­kow­skiej cze­ka­ły na po­moc dzie­si­ąt­ki lu­dzi w ago­nal­nym sta­nie. Oni nie wie­dzie­li tego, co wie­dział on. Że nie da się ich ura­to­wać. Nie w tak krót­kim cza­sie, jaki wi­ęk­szo­ści z nich po­zo­stał. Rant rów­nież usły­szał re­la­cję Pol­skie­go Ra­dia. Może me­dia mają ra­cję. Może na­praw­dę nie je­ste­śmy w żad­nym stop­niu przy­go­to­wa­ni na woj­nę, któ­ra się wła­śnie za­częła.

Ma­jor Czer­ny za­trzy­mał się na ko­ńcu śle­pej ulicz­ki w sa­mym ser­cu kwin­te­sen­cji za­du­pia. Pa­ra­dok­sal­nie nie­szcze­gól­nie da­le­ko od cen­trum mia­sta. Taka ci­sza, bli­sko naj­gło­śniej­szych krzy­ków. Tyl­ko sy­re­ny za­kłó­ca­ły spo­kój. Ko­gu­ty wszel­kiej ma­ści słu­żb mi­go­ta­ły po dru­giej stro­nie Wi­sły. Za­wie­ru­cha ogar­nęła „tam”. A „tu” było zu­pe­łnie od­kle­jo­ne od cha­osu tej tra­gicz­nej przedświ­ątecz­nej nocy. Tu ko­ńczy­ło się osie­dle, za­czy­na­ły się po­je­dyn­cze dom­ki jed­no­ro­dzin­ne, oto­czo­ne za­gaj­ni­ka­mi, a za nimi roz­ci­ąga­ła się łąka. Po­gra­ni­cze be­to­nu i tra­wy, z prze­wa­gą na­tu­ry. W ostat­nim domu przy alej­ce nie pa­li­ła się cho­ćby jed­na lamp­ka. Je­dy­nie po­bli­ska la­tar­nia po­zwa­la­ła co­kol­wiek zo­ba­czyć.

– Cho­dź. – Otwo­rzył drzwi i po­mó­gł jej wy­si­ąść. Zdjął wo­rek z gło­wy, któ­ry od po­cząt­ku wy­da­wał mu się idio­tycz­nym po­my­słem (lecz, jako się rze­kło, roz­kaz to roz­kaz), i przyj­rzał się jej nie­mal tro­skli­wie.

– W po­rząd­ku?

Kiw­nęła twier­dząco, cho­ciaż opu­ści­ła ją po­cząt­ko­wa pew­no­ść sie­bie.

– Spo­koj­nie. Idzie­my.

Zza furt­ki wy­ło­nił się ubra­ny na czar­no, za­ma­sko­wa­ny mężczy­zna z wy­tłu­mio­nym au­to­ma­tem MP5 za­wie­szo­nym na szyi.

– Ilu was jest? – Ma­jor wsze­dł na te­ren po­se­sji, trzy­ma­jąc ją za ra­mię.

– Sze­ściu. Dłu­go mamy tu sie­dzieć?

– Nie wiem. – Czer­ny wzru­szył ra­mio­na­mi i ro­zej­rzał się po oko­li­cy. Co za de­bil urządza kry­jów­kę w tak od­sło­ni­ętym miej­scu. – Za­le­ży, co po­wie góra. Ten bur­del w ga­le­rii wszyst­ko opó­źni. Cze­kaj­cie, na­słu­chuj­cie. Za­bierz ją, spie­szę się.

– Tak jest. – Zła­pał ko­bie­tę tro­chę za moc­no.

– Ostro­żnie, to nie jest ko­lej­ny z wa­szych zbi­rów.

– Tak jest.

– No to we­so­łych.

– Tak jest. We­so­łych.

Tak jest.

– Tak jest. – Czer­ny w ko­ńcu wy­brał nu­mer prze­ło­żo­ne­go i cze­kał, aż fala gów­na za­le­je jego je­ste­stwo. – Ro­zu­miem, pa­nie ge­ne­ra­le.

– Nic, kur­wa, nie ro­zu­miesz! Mamy je­de­na­sty wrze­śnia, pier­do­lo­ne W11 w ser­cu Pol­ski, a ty masz, kur­wa, wy­łączo­ny te­le­fon?! – sa­pał nie­mi­ło­sier­nie, brzmiał, jak­by ko­mu­ni­ko­wał się reszt­ka­mi sił. Co jed­nak nie umniej­sza­ło eks­pre­sji wy­po­wie­dzi.

Ani tro­chę.

– Pa­nie ge­ne­ra­le, trwa­ła ope­ra­cja, po­stąpi­łem zgod­nie z pro­to­ko­łem – po­wie­dział po­tul­nie, my­śląc, że ta­kie tłu­ma­cze­nie przed­szko­la­ka uwła­cza jego god­no­ści, do­świad­cze­niu i za­słu­gom. – Poza tym było mnie nie wy­rzu­cać z sek­cji arab­skiej.

– Ty się, kur­wa, nie mądruj. Do­brze wiesz, że były na­ci­ski na Ro­sję i Ukra­inę.

– Te pa­ństwa to się te­raz chy­ba ina­czej na­zy­wa­ją, pa­nie ge­ne­ra­le.

– Kur­wa­aa! – Na­stąpił po­tężny wy­buch, wiel­ki wul­kan roz­dra­żnie­nia rzy­gnął lawą, któ­ra za­la­ła ja­ło­wą kra­inę chłod­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu.

– Pro­szę o wy­ba­cze­nie, pa­nie ge­ne­ra­le.

– Cze­go się do­wie­dzia­łeś? – Ge­ne­rał od­dy­chał ci­ężko, a ka­żde wy­po­wie­dzia­ne sło­wo sta­no­wi­ło dla nie­go wy­si­łek. Nie po­wi­nien pro­wa­dzić tej roz­mo­wy w prze­rwie na roz­ci­ąga­nie. Nie po­wi­nien rów­nież cze­kać z jog­gin­giem do pi­ęćdzie­si­ąt­ki.

– Ale w ja­kiej spra­wie? – Ma­jor skrzy­wił się. Przez całą tę roz­mo­wę mu­siał uda­wać głu­pie­go, co ni­g­dy nie przy­cho­dzi­ło mu ła­two.

– Na­wet nie za­czy­naj. Wy­łączo­ny te­le­fon nie ozna­cza, że ty je­steś wy­łączo­ny ze spra­wy, któ­ra za­trzęsła fun­da­men… fun­da­men­ta­mi tego kra­ju… uff.

– Ja je­stem od sla­va Ukra­inu, nie od sa­lam alej­kum. Wszyst­ko w po­rząd­ku, pa­nie ge­ne­ra­le?

– Je­steś od pil­no­wa­nia po­rząd­ku, z na­ci­skiem na po­rządek wschod­ni. Na woj­nie we­te­ry­na­rze ope­ru­ją lu­dzi i nie na­rze­ka­ją, że jam­nik jest faj­niej­szy fi­zjo­lo­gicz­nie. Te­raz wszy­scy są od sa­lam alej­kum, hi­dżry i po­dej­rza­nej nie­straw­no­ści po kuch­ni Ma­gh­re­bu – strze­lił se­rią słów, któ­ra w ak­tu­al­nym sta­nie ge­ne­ra­ła zde­cy­do­wa­nie prze­kra­cza­ła jego fi­zycz­ne mo­żli­wo­ści. Po­czuł, że szyb­ko tra­ci kon­tro­lę nad swo­im or­ga­ni­zmem, czuł się, jak­by miał za­raz umrzeć.

I uma­rł.

– Do­brze, pa­nie ge­ne­ra­le, ro­zu­miem. Przy oka­zji, zna­la­złem tę pa­ńską dziew­czy­nę i… halo, halo, pa­nie ge­ne­ra­le?

Lecz ma­jo­ro­wi od­po­wia­dał tyl­ko szum. Szef Woj­sko­wej Agen­cji Wy­wia­dow­czej nie roz­łączył się, ale nie było z nim kon­tak­tu. Na­gle, w pół sło­wa, za­mil­kł, o czym Czer­ny nie wie­dział, na wie­ki.

Tak, śmie­rć ko­si­ła tej nocy ist­nie­nia jak sza­lo­na. Żeby móc nor­mal­nie pra­co­wać, na­le­ża­ło uni­kać po­żo­gi, za­mie­sza­nia, ofiar, wrza­sku, pła­czu, ka­re­tek, stra­ża­ków, ognia, gru­zów, la­men­tu, me­diów, zna­le­źć się mo­żli­wie da­le­ko od tej za­gła­dy. Ła­twiej my­śleć o sta­ty­sty­kach, kie­dy nie wi­dzi się ode­rwa­nych ko­ńczyn i ma­tek klęczących nad zwło­ka­mi dzie­ci. Ma­jor wie­dział, że je­śli cho­ciaż tro­chę na­kar­mi się tra­ge­dią, je­śli łyk­nie z cza­ry go­ry­czy, wpły­nie to na jego obiek­ty­wizm i pro­fe­sjo­na­lizm. Zo­sta­wił sa­mo­chód na Pod­gó­rzu i ob­sze­dł całą ka­ta­stro­fę, wra­ca­jąc do domu. Nie było to ła­twe, gdyż miesz­kał przy uli­cy Ba­to­re­go. Rzut ka­mie­niem… Może na­wet pod jego oknem leży ja­kiś odła­mek, frag­ment ścia­ny Ga­le­rii Kra­kow­skiej.

W ja­kim punk­cie mia­sta by się nie zna­la­zł, w tle wi­dać było mi­ga­jące na nie­bie­sko-czer­wo­no świa­tła. Wszędzie. I za­wsze ktoś bie­gł, ktoś krzy­czał przez te­le­fon, ktoś pła­kał. Na ka­żdej uli­cy tra­ge­dia go­ni­ła tra­ge­dię. Za­blo­ko­wa­no ob­szar o pro­mie­niu ki­lo­me­tra od ga­le­rii. Ra­ko­wic­ka, Lu­bicz i Pa­wia ob­sta­wio­ne były ba­rier­ka­mi, wo­za­mi, ra­tow­ni­ka­mi, po­li­cją… wszyst­kim. Wo­kół zgro­ma­dzi­ło się chy­ba z pół mia­sta, żeby ce­le­bro­wać mękę, brać czyn­ny, choć bier­ny udział w hi­sto­rycz­nym mo­men­cie na­ro­do­we­go dra­ma­tu. Na­stąpi­ła zbio­ro­wa ne­ga­tyw­na eks­cy­ta­cja.

Czer­ny prze­mknął ja­koś przez cały ten zgie­łk. Do­ta­rł do swo­jej ka­mie­ni­cy. Ca­łko­wi­cie wy­lud­nio­nej ka­mie­ni­cy. Chy­ba na­wet zwie­rzęta za­bra­li, aby z nimi uczest­ni­czyć w tym wy­da­rze­niu. To aku­rat do­brze. Po­za­my­kał okna, żeby stłu­mić wy­cie sy­ren, ka­re­tek i sil­ni­ków he­li­kop­te­rów GOPR-u. Ci­sza i spo­kój. Jak w „De­ka­me­ro­nie”. Na chwi­lę schro­nił się przed dżu­mą.

– Halo, Bru­no? Co ro­bisz? – Nie­mniej kon­takt z za­dżu­mio­ny­mi mu­siał po­zo­stać. Trze­ba wie­dzieć, co się dzie­je, żeby za­pla­no­wać dal­sze wy­da­rze­nia.

– Coś, cze­go two­je de­li­kat­ne rącz­ki by się nie pod­jęły. Je­stem pod ga­le­rią. Cze­go chcesz? – Rant, z tru­dem prze­bi­ja­jący się przez po­bo­jo­wi­sko, nie za­mie­rzał wda­wać się w gier­ki ma­jo­ra. Tra­ge­dia po­chło­nęła go w pe­łni.

– Słu­chaj, ze sta­rym jest coś nie tak. Mo­żesz do nie­go za­dzwo­nić?

– Co zna­czy „nie tak”?

– Gdy­bym wie­dział, to bym ci dupy nie za­wra­cał. Mam złe prze­czu­cia. Po pro­stu za­dzwoń. Cze­ść.

Odło­żył słu­chaw­kę i spoj­rzał przez okno na mia­sto, któ­re po­pa­dło w obłęd. Szyb­ko od­wró­cił wzrok ze stra­chu, że i jemu się udzie­li. Spo­kój. Tyl­ko spo­kój może nas ura­to­wać.

Za­tem prysz­nic. Na go­rącz­kę wi­gi­lij­nej nocy. Ca­łe­mu świa­tu po­trzeb­ny jest prysz­nic. Nie wia­do­mo, czy świat sko­rzy­sta, ale ma­jor Czer­ny na pew­no. Bez­re­flek­syj­ne sta­nie pod stru­mie­niem wody przez dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­ma­ga jak nic in­ne­go. Te­raz będzie mógł dzia­łać, sku­piać się, my­śleć ja­sno i ra­cjo­nal­nie. Za­pla­no­wać, jak i komu sko­czyć do gar­dła za to, co się sta­ło. Po­trzeb­ny jest jesz­cze tyl­ko je­den mały, ale istot­ny czyn­nik spraw­czy.

Otwa­rły się ma­gicz­ne wro­ta szpie­gow­skie­go bar­ku, a tam cuda, cuda, eg­zo­ty­ka z ca­łe­go świa­ta, pa­mi­ąt­ki po miej­scach, przy­słu­gach, ukła­dach, prze­ró­żnych to­wa­rzy­skich kon­fron­ta­cjach. Whi­sky w wie­ku jego mat­ki od wi­ce­dy­rek­to­ra CIA, rum od am­ba­sa­do­ra Kuby, te­qu­ila od pre­zy­den­ta Mek­sy­ku, ko­niak od mera Pa­ry­ża, wód­ka nad wód­ka­mi od Bo­ry­sa Jel­cy­na, wino od Edu­ar­do Fre­ia, Aber­lo­ur od ja­kie­goś przy­du­pa­sa kró­lo­wej Elżbie­ty II i wie­le in­nych sma­ko­ły­ków dla praw­dzi­wych ła­su­chów. Wszyst­ko kusi, ale nie od wczo­raj szpie­dzy piją szkoc­ką. Za kró­lo­wą i oj­czy­znę. Na­lał, wy­pił, na­lał, wy­pił, na­lał, te­raz już mo­żna się de­lek­to­wać. Te­raz już mo­żna dzia­łać.

Wsze­dł do ga­bi­ne­tu, włączył te­le­wi­zor z wy­ci­szo­nym dźwi­ękiem, żeby mieć ro­ze­zna­nie w ofi­cjal­nych prze­ka­zach in­for­ma­cji. Na­stęp­nie uru­cho­mił lap­to­pa, żeby do­wie­dzieć się tego, o czym zwy­kły Ko­wal­ski nie do­wie się ni­g­dy.

Ku zdzi­wie­niu, ale i ura­do­wa­niu ma­jo­ra wszyst­kie ka­na­ły prze­pły­wu szpie­gow­skich da­nych zo­sta­ły przed chwi­lą za­blo­ko­wa­ne. Tyl­ko je­den czło­wiek w tym kra­ju mógł tego do­ko­nać. Na szczęście byli w do­brej ko­mi­ty­wie. Sko­ro Czer­ny nie miał do­stępu, nikt nie miał do­stępu, co da­wa­ło pew­ne po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa.

Nikt poza tym, oczy­wi­ście, któ­ry za­blo­ko­wał.

Wy­stu­kał nu­mer i usły­szał po­nęt­ny że­ński au­to­mat pro­szący o po­da­nie sied­mio­cy­fro­we­go kodu.

– Sie­dem, je­den, trzy, je­den, pięć, osiem, dwa.

– Gall, w czym mogę po­móc? – ode­zwał się głos jak u wal­czące­go z reszt­ka­mi trądzi­ku dwu­dzie­sto­lat­ka, ale na­le­żący w rze­czy­wi­sto­ści do ko­goś tro­chę star­sze­go i znacz­nie gro­źniej­sze­go. Wy­star­czy wspo­mnieć, że za po­mo­cą swo­ich chu­dych, de­li­kat­nych pa­lusz­ków wie­lo­krot­nie ura­to­wał lub uni­ce­stwił wi­ęcej ist­nień niż wszyst­kie ka­ra­bi­ny Gro­mu ra­zem wzi­ęte. Poza tym był w pierw­szej dzie­si­ąt­ce naj­lep­szych gra­czy on­li­ne na zie­mi. W ko­smo­sie pew­nie też.

– Ja się bar­dzo cie­szę, że wszyst­ko utaj­ni­łeś, tyl­ko wiesz, utaj­ni­łeś też przede mną. Tro­chę mi będzie ci­ężko pra­co­wać bez ja­kich­kol­wiek po­szlak. – Dla Czer­ne­go Gall sta­no­wił uoso­bie­nie no­wych cza­sów. Bar­dzo nie­faj­nych cza­sów. Ale bez umie­jęt­no­ści ad­ap­ta­cji nic tu po ma­jo­rze, więc od roku za­ci­skał zęby i ro­bił swo­je w opar­ciu o pra­cę rze­czo­ne­go pana „mle­ko pod no­sem, a wie wi­ęcej ode mnie”. Czuł się cza­sem jak bo­ha­ter „Psów”, za­gu­bio­ny w no­wych re­aliach, któ­re zmie­nił nie ustrój, a sa­te­li­ta.

– Pa­nie ma­jo­rze, ja nic nie utaj­ni­łem.

– Nie ro­zu­miem. To dla­cze­go nie mamy po­wi­ązań, po­dej­rza­nych trans­ak­cji, ope­ra­cji sia­tek, or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych, na­zwisk, te­le­fo­nów, ad­re­sów, mi­gra­cji, po­gró­żek… Dla­cze­go nie mamy nic? – Ma­jor dra­pał się po gło­wie, wy­li­cza­jąc wszyst­kie ele­men­ty, na któ­rych opie­rał swo­je dzia­ła­nia, a któ­re nie­za­wod­nie do­star­czał mu jego mło­dy wspó­łpra­cow­nik o od­wiecz­nym sta­tu­sie: on­li­ne.

– Bo nic nie ma.

– Co nic nie ma, jak nic nie ma… Prze­cież taka ak­cja to ewi­dent­ny ma­ni­fest. Cios jako ostrze­że­nie, wia­do­mo­ść, gro­źba…

– Nie tym ra­zem. Nikt, a pod­słu­chu­ję pół świa­ta, na­wet się nie za­jąk­nął. To co, mam na­mie­rzyć wszyst­kich pro­du­cen­tów dy­na­mi­tu? Za­cząć od ko­pal­ni czy roz­bió­rek?

– No nie – od­pa­rł Czer­ny ze zre­zy­gno­wa­niem. Wie­dział, że w ta­kiej sy­tu­acji trze­ba będzie cze­kać, a tego bar­dzo nie lu­bił. Cze­kać, aż ktoś, coś, gdzieś, nie wia­do­mo kto i gdzie, wy­ła­py­wa­nie drob­no­stek z szu­mu in­for­ma­cyj­ne­go z na­dzie­ją, że uda się coś z czy­mś po­wi­ązać. O nie. Na to ma­jor nie go­dził się wca­le. Za­wsze znaj­dzie się inny spo­sób niż to cho­ler­ne cze­ka­nie. Za­wład­nęła nim po­trze­ba prze­jęcia ini­cja­ty­wy.

– To co mam ro­bić?

– Po­trze­bu­ję li­sty zna­nych ofiar za­ma­chu, ak­tu­ali­zuj cały czas.

– OK, mo­ment… jest już na pa­ńskim pul­pi­cie – oznaj­mi­ło dum­nie cho­dzące po­łącze­nie bez­czel­ne­go ge­niu­sza i roz­wy­drzo­ne­go ma­min­syn­ka.

– Mu­sisz wła­my­wać się za ka­żdym ra­zem? Są na to pa­ra­gra­fy, wiesz?

– Tak jest bez­piecz­niej, pa­nie ma­jo­rze.

– Wca­le nie czu­ję się bez­piecz­niej.

– Po­le­cam przy oka­zji dać so­bie spo­kój z tymi por­no­sa­mi ko­ńczący­mi się uda­wa­ną…

– Do­bra, do­bra.

– Tyl­ko mó­wię. Na to też są pa­ra­gra­fy. We­so­łych, pa­nie ma­jo­rze.

– Cze­kaj, cze­kaj. Nie mam kon­tak­tu ze sta­rym. Mo­żesz go na­mie­rzyć?

– Jesz­cze nie.

Z moc­nym, zu­chwa­łym na­ci­skiem na „jesz­cze”. Ma­jor bar­dzo lu­bił ten na­cisk.

– W kon­tak­cie. We­so­łych, Ano­ni­mie.

Czer­ny odświe­żył pul­pit i po­czuł doj­mu­jący de­fi­cyt pry­wat­no­ści. Ka­żdy nie­śmia­ły ruch mysz­ką, ka­żda Bogu du­cha win­na li­ter­ka wy­stu­ka­na na kla­wia­tu­rze, wszel­kie dzia­ła­nia re­je­stro­wa­ne były na bie­żąco przez czło­wie­ka o ade­kwat­nym pseu­do­ni­mie Gall Ano­nim, któ­re­go pra­wie nikt na oczy nie wi­dział, a do któ­re­go wszy­scy ży­wi­li bez­gra­nicz­ne za­ufa­nie. W ta­kim sa­mym stop­niu czu­li zresz­tą strach. Prze­dziw­na kon­fi­gu­ra­cja: ufam ci, bo to je­dy­na moja li­nia obro­ny. Prze­cież wiem, że wiesz o mnie wszyst­ko. W do­bie wy­par­cia re­al­ne­go świa­ta przez wir­tu­al­ną rze­czy­wi­sto­ść, taka sy­tu­acja była jak ubez­wła­sno­wol­nie­nie. W świe­tle tych bo­le­snych fak­tów ma­jor po­sta­no­wił prze­ło­żyć he­do­nizm na pó­źniej i wzi­ąć się do ro­bo­ty. Przej­rzy te­raz li­stę ofiar w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­jś in­te­re­su­jącej per­so­ny, a naj­wy­żej ju­tro kupi so­bie świersz­czy­ka. Po­wrót do prze­szło­ści. Tyl­ko tak mo­żna oca­lić reszt­ki pry­wat­no­ści.

– Nic się panu nie sta­ło? – Ja­kiś prze­cho­dzień, mimo tej zbio­ro­wej tra­ge­dii, któ­ra ro­ze­gra­ła się tej nocy, za­re­ago­wał, wi­dząc sa­mot­ne­go, dziw­nie wy­gląda­jące­go mężczy­znę. Tkwił na par­ko­wej ław­ce w nie­co nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji. Śmie­rć przy­szła bo­wiem po nie­go, gdy aku­rat roz­ci­ągał mi­ęśnie łyd­ki. W ob­li­czu tak do­nio­słej sy­tu­acji, jaką jest umie­ra­nie, jego wi­ze­ru­nek przed­sta­wiał się tro­chę nie­po­wa­żnie, żeby nie po­wie­dzieć ośmie­sza­jąco. Tu jed­na noga wy­ci­ągni­ęta, dru­ga wy­wi­ni­ęta – pra­wie szpa­gat. Jed­na ręka zwi­sa­jąca bez­wład­nie, dru­ga, jak­by so­bie grze­bał w skar­pet­ce. Dziw­nie zgar­bio­ny, gło­wa opar­ta na ko­la­nie, ciek­nąca z ust śli­na. Że­nu­jący brak sza­cun­ku dla prze­mi­ja­nia. Już nie wspo­mi­na­jąc o tym, że ge­ne­ra­ło­wi Woj­ska Pol­skie­go taka poza po pro­stu nie przy­stoi.

Bre­ak­dan­ce dan­se ma­ca­bre.

– To pew­ne? – Czer­ny upar­cie trwał w prze­ko­na­niu, że tej nocy nic nie jest w sta­nie go za­sko­czyć. Ślęczał przed uzu­pe­łnia­ny­mi na bie­żąco bio­gra­fia­mi osób, któ­re sem­teks ro­ze­rwał na strzępy. To dy­stan­su­je. A jed­nak rze­czy­wi­sto­ść po­ra­dzi­ła so­bie i z tym. Do­tkli­wie i gro­te­sko­wo. Głos w słu­chaw­ce żywo re­la­cjo­no­wał. – Na­praw­dę tak go zna­le­zio­no? – Głos w słu­chaw­ce re­la­cjo­no­wał żar­to­bli­wie. – Od po­cząt­ku był za­baw­ny, cze­mu mia­łby spo­wa­żnieć w ob­li­czu ko­ńca… A tak na se­rio… Mo­żesz po­wie­dzieć, że je­stem pa­ra­no­ikiem, ale…

– Nie, pa­nie ma­jo­rze. W na­szym słow­ni­ku pod P nie po­win­no być dwóch słów: pa­ra­noi oraz przy­pad­ku.

– Wła­śnie. My­ślisz, że mo­żna to po­wi­ązać?

– Na chwi­lę obec­ną za­mach w ga­le­rii z tym, że sta­re­mu nie wy­trzy­ma­ła pi­ka­wa, mo­żna po­wi­ązać tyl­ko tak, że nie wy­trzy­ma­ła sta­re­mu pi­ka­wa, bo był za­mach w ga­le­rii. Plus zbyt am­bi­cjo­nal­ne pod­sze­dł do stu­ka­nia ki­lo­sów na En­do­mon­do w wie­ku eme­ry­tal­nym.

– Mhm. – Ma­jor za­sępił się. Może tak wła­śnie było. Brak for­my, stres, prze­ci­ąże­nie.

– Z in­nej becz­ki. Ty tam sie­dzisz w ka­drach, wła­mu­jesz się do kom­pu­te­rów i w ogó­le. Wie­my, kto awan­su­je, Gal­lu? – Czer­ny uznał, że o pew­nych spra­wach mo­żna spo­koj­nie po­roz­ma­wiać tyl­ko z Ano­ni­mem. W obec­nej sy­tu­acji wy­dał mu się je­dy­nym pew­nym so­jusz­ni­kiem. Ten le­ni­wy i roz­piesz­czo­ny pó­łbóg in­for­ma­ty­ki od za­wsze funk­cjo­no­wał poza ukła­da­mi i po­dzia­ła­mi, bo ta­kie miał wi­dzi­mi­się. Mo­ty­wa­cje są nie­istot­ne. Wa­żne, że ni­g­dy nie po­zwo­lił so­bie na re­zy­gna­cję z po­li­tycz­ne­go obiek­ty­wi­zmu. Przy­dat­ny part­ner w ta­kim mo­men­cie. Na­gła śmie­rć sze­fa wy­wia­du nie­mal na pew­no wró­ży­ła kło­po­ty. Nie do ko­ńca było tyl­ko wia­do­mo, z któ­rej stro­ny za­wie­je siar­ką.

Jak­by mało było pro­ble­mów.

– Pu­łkow­nik Tyr­man. Od daw­na jest fa­wo­ry­tem. To do­brze czy źle?

– Jesz­cze nie wiem. Przy­sze­dł za in­nej wła­dzy. Nie mia­łem z nim za bar­dzo kon­tak­tu. W wol­nej chwi­li mo­żesz cze­goś na nie­go po­szu­kać. Grzecz­ny był, ale za­wsze coś się znaj­dzie. Tak czy ina­czej, zaj­mie mu ja­kiś czas we­jście w buty sze­fa. Szcze­gól­nie przy za­rządza­niu kry­zy­so­wym. To nam daje kil­ka chwil, żeby po­pra­co­wać na wła­sny ra­chu­nek. Wcho­dzisz?

– Z pa­nem, ma­jo­rze, za­ry­zy­ku­ję we­jście w ba­gno. – Mimo wie­lu wad po­tra­fił być cza­sem sym­pa­tycz­ny.

– Zrób so­bie po­rząd­ną kawę, to będzie dłu­ga noc.

– Wie­dzia­łem, że pan za­dzwo­ni. Już stoi ku­be­czek, cie­pły i pach­nący.

– Spraw­dź mi na­zwi­sko: Ta­tia­na Ku­ry­lo­va, pra­wie na pew­no fa­łszy­we.

– To jest ta, któ­rą ge­ne­rał ka­zał panu…

– Praw­do­po­dob­nie. Mam wra­że­nie, że cho­dzi o coś po­wa­żne­go. Ja­koś za bar­dzo się prze­jął po­szu­ki­wa­nia­mi za­gi­nio­nej Ro­sjan­ki. Daw­no nie ro­bił z ni­cze­go ta­kiej ta­jem­ni­cy, a już na pew­no ni­g­dy nie po­ry­wał dzi­wek z im­por­tu. Nikt nie wie, po co ra­to­wa­łem to dziew­czę.

– Trze­ba ją wzi­ąć na spyt­ki. Co da­lej?

– Z ak­tu­al­nej li­sty ofiar nie­wie­le dla nas wy­ni­ka, cho­ciaż jest jed­na pani, któ­rą mo­żna się po­słu­żyć. Spraw­dź, czy to nie zbie­żno­ść na­zwisk: Olga Wer­ner.

– Je­śli mó­wi­my o żo­nie… po cho­le­rę panu…

– Nie wiem, gło­śno my­ślę.

– Pa­nie ma­jo­rze­ee…

– Wszyst­ko w swo­im cza­sie. O mężu, je­śli to fak­tycz­nie on, wiem spo­ro, ale i tak wie­rzę, że zgłębisz te­mat. Zo­ba­czy­my…

– Pa­nie ma­jo­rze­ee…

– Gal­lu, Gal­lu. Do­brze. Zro­bi­my afe­rę. Wy­my­śli­my lu­dziom le­gen­dy z po­gra­ni­cza po­li­ty­ki i li­te­ra­tu­ry, któ­re łyk­ną bez po­pit­ki we­ry­fi­ka­cyj­nej. Będzie wia­ry­god­nie jak ni­g­dy. – Czer­ny mó­wił, pa­lił, pił whi­sky, eks­cy­to­wał się, stu­kał w kla­wia­tu­rę, gła­skał kota, w za­sa­dzie jed­no­cze­śnie. Wie­lo­funk­cyj­ny ro­bot szpie­gow­ski. Cie­szył się jak dziec­ko, że cho­ciaż przez chwi­lę może dzia­łać sa­mo­dziel­nie i we­dług wła­snej teo­rii na te­mat tego co się dzie­je.

– Nie trud­no się do­my­ślić, że opra­co­wał pan już cały plan, ma­jo­rze. Tyl­ko po co?

– Żeby nasi wro­go­wie przy­szli do nas i po­da­li nam się na tacy. Dzwoń, jak tyl­ko tra­fisz na coś, o czym nie prze­czy­ta się w ga­ze­cie.

– Niech się pan prze­śpi. Ju­tro rano wszyst­ko znaj­dzie pan w fol­de­rze „Les­bian wam­pi­res”, pana ulu­bio­nym. Do­bra­noc, ma­jo­rze.

Czer­ny był jak pies spusz­czo­ny ze smy­czy, któ­ry przy­wy­kł do słu­że­nia. Dzi­ęki od­zy­ska­nej wol­no­ści sam mógł de­cy­do­wać, komu bądź cze­mu będzie słu­żył. Po­sta­no­wił więc po­zo­stać wier­nym ob­ro­ńcą do­brej spra­wy, ale na wła­snych wa­run­kach. Zde­cy­do­wał, że war­to spró­bo­wać ugrać coś jed­no­cze­śnie na dwóch fron­tach, póki są ta­kie mo­żli­wo­ści. W tej grze mo­żli­wo­ści szyb­ko się ko­ńczą. Tym­cza­sem wy­bie­rze środ­ki i cele. Tam gdzie pod­czas woj­ny ko­ńczy się wy­ko­ny­wa­nie roz­ka­zów, za­czy­na się czło­wie­cze po­słan­nic­two. Kur­ty­na.

Wy­bi­ła dru­ga w nocy dwu­dzie­ste­go czwar­te­go grud­nia. Dru­ga go­dzi­na dnia upa­mi­ęt­nia­jące­go po­czątek dro­gi do zba­wie­nia ludz­ko­ści. Ci­cha eks­po­zy­cja przed naj­wa­żniej­szym nie­mow­lęcym pła­czem w dzie­jach. Ma­jor, lek­ko już wsta­wio­ny, po­my­ślał so­bie, że za­sad­ni­czo Je­zus jest tro­chę prze­re­kla­mo­wa­ny. „Fa­cet po­świ­ęcił ży­cie, żeby nas oca­lić, i ja to sza­nu­ję. Tyl­ko że po­wi­nien być na sza­rym ko­ńcu ran­kin­gu ob­ro­ńców ludz­ko­ści. To ja, zwy­kły, sza­ry Czer­ny, po­ten­cjal­nie po­świ­ęci­łem ży­cie dla ogó­łu mniej wi­ęcej pi­ęt­na­ście razy w ci­ągu ostat­nie­go ćwie­rćwie­cza. Ja­sne, prze­ży­łem, ale za ka­żdym ra­zem go­dzi­łem się na wła­sną śmie­rć (nie­jed­no­krot­nie w gor­szym wy­da­niu niż przy­bi­cie do drew­na), by­łem w pe­łni świa­dom mo­żli­wo­ści po­świ­ęce­nia ży­cia. A to, na­praw­dę, pra­wie jak umrzeć. Mniej wi­ęcej pi­ęt­na­ście razy. I ni­ko­mu nie przy­szło do gło­wy, żeby na­pi­sać o tym cho­ćby wier­szyk, o naj­wi­ęk­szym be­st­sel­le­rze wszech cza­sów nie wspo­mi­na­jąc. A sza­now­ny syn Boży? Raz je­den, i to nie w ciem­nej pod­mo­skiew­skiej piw­ni­cy z aku­mu­la­to­rem przy­pi­ętym do jaj, a sie­dząc na re­lak­sie w pi­ęk­nym ogród­ku. I taki ra­ban się z tego zro­bił. Jed­nak oka­zu­je się, że ro­dzin­ka ma zna­cze­nie. Ne­po­tyzm, kur­wa, wszędzie”.

Ma­jor nie­trze­źwiał co­raz moc­niej. Do tego stop­nia, że od prze­śmiew­czych roz­wa­żań teo­lo­gicz­nych prze­sze­dł do po­wa­żniej­szych, mrocz­niej­szych i znacz­nie bar­dziej oso­bi­stych re­flek­sji. Ko­lej­na już bu­tel­ka szkoc­kiej we­pchnęła go do naj­cia­śniej­szej celi psy­chicz­nych lo­chów, a me­ta­lo­wy pro­sto­kąt krat za­trza­snął się za nim z po­tężnym hu­kiem. Zna­la­zł się w wi­ęzie­niu, któ­rym jest py­ta­nie: Czy pa­trząc w lu­stro, zo­ba­czę coś wi­ęcej niż po­two­ra?

Cie­pły ko­bie­cy głos, mó­wi­ący „ko­cham cię”,wwier­cał się w jego mózg. Zmy­sły za­częły my­lić wspo­mnie­nia z dniem dzi­siej­szym. Schi­zo­fre­nia prze­szło­ści wbi­ja­jącej się w te­ra­źniej­szo­ść. A ty mnie ko­chasz?

Ko­chasz mnie?

Ból prze­to­czył się falą przez jego cia­ło. Ustał na kil­ka se­kund, by po­wró­cić z jesz­cze wi­ęk­szą mocą. Pro­ce­du­rę po­wta­rza­no kil­ka­krot­nie. Za ka­żdym ra­zem cier­pie­nie było co­raz trud­niej­sze do znie­sie­nia. W krót­kich prze­rwach ulgi za­da­wa­no py­ta­nia. Cia­sna piw­ni­ca, ko­ły­sząca się hip­no­tycz­nie brud­na tak, że pra­wie nie­da­jąca świa­tła ża­rów­ka, za­ma­sko­wa­ne po­sta­ci, nad któ­ry­mi gó­ro­wał mężczy­zna po­wta­rza­jący jak man­trę tę samą fra­zę.

– Dla­cze­go nie uda­ło się zwer­bo­wać obiek­tu?

Krót­ka ci­sza, na­iw­ne wy­cze­ki­wa­nie na od­po­wie­dź, upar­te mil­cze­nie prze­słu­chi­wa­ne­go, ko­lej­na run­da tor­tur.

– Dla­cze­go nie uda­ło się zwer­bo­wać obiek­tu?!

„Za­raz po­ra­żą mnie daw­ką, któ­rą le­d­wie wy­trzy­mam, na­stęp­nej już nie prze­ży­ję. A je­bał was pies, skur­wy­sy­ny. Za ko­goś tak wspa­nia­łe­go czło­wiek mo­je­go po­kro­ju może sko­nać, a ostat­nią rze­czą, któ­rą zro­bię, będzie cy­nicz­ny uśmiech i splu­ni­ęcie wam w twarz”.

– Dla­cze­go nie uda­ło się zwer­bo­wać obiek­tu?!