Kobieta w białym kimonie - Ana Johns - ebook

Kobieta w białym kimonie ebook

Ana Johns

4,5

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Czytelniczy wybór klubu książki BBC RADIO 2!

Zapierająca dech w piersiach powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Historia żyjących po dwóch stronach Pacyfiku dwóch kobiet i jednej łączącej je tajemnicy.

Japonia, 1957 rok. Zaaranżowane małżeństwo siedemnastoletniej Naoko Nakamury zapewniłoby jej odpowiedni status rodzinny w tradycyjnej społeczności japońskiej. Ona jednak zakochuje się w przypadkowo napotkanym marynarzu, którego poślubienie oznaczałoby dla niej hańbę i odcięcie od rodziny. Nagle dziewczyna staje wobec niewyobrażalnie trudnych wyborów, które niosą ze sobą konsekwencje na całe życie.

Stany Zjednoczone, czasy współczesne. Dziennikarka Tori Kovač natrafia na list, który kwestionuje wszystko, co dotąd wiedziała o swojej najbliższej rodzinie. Strzępki informacji, jakie przekazuje jej umierający ojciec, nieoczekiwanie wywracają jej życie do góry nogami. Kobieta rozpoczyna prywatne śledztwo i wyrusza w daleką podróż, aby stawić czoła prawdzie.

Kobieta w białym kimonie” to poruszający portret dwóch kobiet: jednej rozdartej między tradycją a sercem i drugiej poszukującej odpowiedzi na pytanie, czym naprawdę są dom i rodzina.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

"Kobieta w białym kimonie" jest powieścią inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, gdzie historia współczesna przeplata się z historią z lat pięćdziesiątych. Stany Zjednoczone, czasy współczesne. Umierający na raka ojciec, Tori wręcza jej list, który wywraca jej życie do góry nogami. Dotyczy on tajemnic spowijających jej rodzinę. By poznać prawdę, dziewczyna wyrusza w podróż za ocean. Japonia, 1957 rok. Rodzina Naoko Nakamury aranżuje małżeństwo, które zapewni im wysoki stratus w społeczności. Nie wiedzą, że dziewczyna oddała swe serce innemu, lecz związek ten oznacza okrycie się hańbą i odcięcie od rodziny. Rozdarta między sercem a powinnością, staje wobec niewyobrażalnie trudnego wyboru. W tej powieści pierwsze skrzypce odgrywają emocje, te, najbardziej chwytające za serca. Zapewniam, że historia Naoko nikogo nie pozostawi obojętnym. W ogóle charakterystyka postaci zasługuje na uznanie. Z ogromnym smutkiem czytałam o wszystkim, z czym musiała zmierzyć się główna bohaterka. I prz...
11

Popularność




Mojemu ojcu, Davidowi Gaydosowi

Kiedy już się spotkamy i porozmawiamy, staniemy się siostrami.

– przysłowie japońskie

Prolog

Z domu nazywam się Naoko Nakamura. Po mężu jestem Naoko Tanaka. A kiedyś, przez krótki czas pomiędzy, nosiłam jeszcze inne nazwisko – nietradycyjne, wynikające z niekonwencjonalnej ceremonii zaślubin pod starodawnym drzewem migoczących światełek.

Rytuału nie przeprowadził wyświęcony kapłan. Nie pobraliśmy się w świątyni, a ja nie przebierałam się zgodnie ze zwyczajem w trzy różne stroje.

Za to kochałam.

Tamtego wieczoru noc otuliła kocem wioskę składającą się z małych domów i ukryła ją pod peleryną mroku, lecz pomarańczowe zachodzące słońce nie chowało się za horyzont, tylko wyglądało zza niego z zaciekawieniem. Wilgotne powietrze całowało mi policzki, kiedy schodziłam z werandy, a gdy wyszłam zza rogu, wydałam stłumiony okrzyk.

Papierowe lampiony wisiały rzędem wzdłuż kamienistej ścieżki, maślanozłote kule oświetlały drzewa niczym żółte hotaru, robaczki świętojańskie rojące się po intensywnych lipcowych opadach. Było ich tak wiele, że zadarłszy głowę pod gałęziami, odniosłam wrażenie, jakbym znajdowała się pod wielkimi parasolami chroniącymi mnie przed setkami spadających gwiazd.

Z uśmiechem powiodłam dłonią po sukni, by palce zetknęły się z bogatą fakturą. Jeszcze nigdy nie czułam się piękniejsza ani bardziej zdenerwowana. Ekscytacja rozsadzała mnie od środka jak sztuczne ognie, prąd przeszywał mnie od palców stóp po opuszki dłoni.

Przede mną, w samym środku małej czekającej grupy, stał mój przyszły mąż. Światło lampionów odbijało się w jego oczach, przez co białe pasemka w centrum źrenic tańczyły niczym żagle na najbardziej błękitnym z oceanów, a ja zatraciłam się w jego spojrzeniu. W nim. W tamtej chwili.

Kolejne kroki przybliżały mnie do przyszłości i oddalały od rodziny. Znalazłam się pod każdym względem pomiędzy ekstremami, lecz udało mi się odkryć miejsce pośrodku. Właśnie to Budda nazywał drogą środka. Równowagą w życiu.

Ja nazywałam to szczęściem.

Życie z miłością jest bowiem szczęśliwe. Życie dla miłości to głupota. Życie w duchu „gdyby tylko” jest nieznośne. W ciągu siedemdziesięciu ośmiu lat zaznałam tego wszystkiego.

Babka często powtarzała: „Ze smutkiem jest tak jak z miłością. Przeminie”. Ale pomimo mojego podeszłego wieku kiedy zamykam oczy, wciąż widzę odległy blask tysiąca światełek.

Rozdział 1

« Ameryka, czasy współczesne »

Nawet w nocy, przy obecności połowy personelu, Centrum Onkologii Taussig działa wzorowo jak okręt noszący taką samą nazwę. Modliłam się, żeby ojciec zdołał jakoś przetrwać tę burzę, skoro u steru stoi doktor Amon. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia taty przycupnęłam przy nim i wypatrywałam symptomów. Chociaż przygasiłam światło i wyciszyłam telewizor, ojciec miał problem ze snem. Urządzenia szumiały, monitory popiskiwały, rozmowy z korytarza wlewały się falami do pomieszczenia. Ktoś gwizdnął.

„Gwizdanie pod wiatr było ryzykowne” – powiedziałby tata o swoich czasach na morzu. „Mogło sprowadzić na nas silny wiatr i wysokie fale”. Szpital nie był okrętem ojca z lat pięćdziesiątych, lecz ze względu na nieprawdopodobną zbieżność nazw nie chciałam lekceważyć morskich przesądów. Podniosłam się i zamknęłam drzwi.

– Co… – Tato zamachał rękami, przez co plastikowe rurki kroplówki uderzyły o stojak niczym liny o maszt. – Tori?

– Jestem tu, tatku. – Podbiegłam do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu. – Jesteś w szpitalu, pamiętasz?

W tym tygodniu budził się kilkakrotnie zdezorientowany po coraz krótszych okresach odpoczynku. To stało się naszą nową normą.

Usiłował usiąść i skrzywił się z bólu, więc wsunęłam rękę pod górną część jego pleców, uniosłam go i podłożyłam poduszkę. Włożyłam obie ręce pod jego pachy i pomogłam mu się przesunąć zdziwiona tym, jaki się zrobił lekki. Żartował, że jest „połową faceta”, ale ja się nie śmiałam. Rzeczywistość bynajmniej nie była zabawna, a dowcip rozmijał się z prawdą. On nadal był moim wielkim ojcem.

Podałam mu plastikowy kubeczek z lodem. Potrząsnął nim, by poruszyć pokruszony lód, i pociągnął łyk płynu. To natychmiast pobudziło odruch trudnego do wyciszenia kaszlu. Odebrałam kubek, podałam ojcu chusteczki i czekałam, aż napad minie. Wraz z ostatnim kaszlnięciem opadł na poduszkę i zamknął oczy.

– Wszystko w porządku? – Puste słowa, bo przecież nie było w porządku, niemniej on uspokoił mnie kiwnięciem głowy.

Wydał z siebie długie chrapliwe westchnienie, przetykając je słowami:

– Opowiadałem ci o sławnej Błękitnej Ulicy? To była pierwsza rzecz, jaką ujrzałem, gdy zszedłem z pokładu okrętu w Japonii.

– A zaraz potem zobaczyłeś dziewczynę, której spodobały się twoje oczy, tak? – Rozpromieniłam się szczęśliwa, że myśli przytomnie. Miałam nadzieję, że ten stan utrzyma się na tyle długo, by mógł opowiedzieć tę historię.

– Cóż, wtedy wyglądałem trochę lepiej.

– Teraz też wyglądasz trochę lepiej.

To była prawda. Róż ożywiał jego policzki, spojrzenie miał bystre i skupione. Poprawiły się jego ruchy. To było cudowne i zarazem niepokojące. Doktor Amon kazał mi wypatrywać „ożywienia” tuż przed tym, jak tatko wejdzie w ostatni zakręt.

Dla ojca będzie to ostatnie hura. Dla mnie ostatnia opowieść.

Pochyliłam się do przodu na swoim fotelu i wsparłam brodę na dłoni zwiniętej w pięść.

– A więc postąpiłeś krok, schyliłeś się, by powieść palcami po lśniących kamieniach tworzących ulicę, i…?

– Wyprostowałem się i ujrzałem ją.

– Wpatrywała się w ciebie.

– Tak. Odwzajemniłem jej spojrzenie, dostrzegłem przyszłość i się zakochałem. – Tatko przechylił głowę z łagodnym uśmiechem.

Chociaż była to skrócona wersja, zakochiwałam się w tej historii za każdym razem, ponieważ prowadziła do wszystkich kolejnych.

– Zawsze kiedy wpływałem do portu, wychodziła mi na spotkanie – powiedział tatko. – Lecz ja ciągle odpływałem. Tak to już było. Byliśmy niczym dwa statki mijające się nocą, jak w wierszu Longfellowa. – Oddech ojca zaświstał.

Ujęłam jego pokrytą piegami dłoń i ścisnęłam.

– Po służbie utknąłem w Detroit i topiłem się w butelce. Potem poznałem twoją mamę i ona mnie uratowała. – Jego oczy wpatrywały się we mnie. – Musisz coś wiedzieć. Słuchasz mnie?

– Tak. – Spijałam każde jego słowo.

– Mama była miłością mojego życia, ale przed tym życiem miałem inne. I właśnie to usiłowałem ci powiedzieć. – Usta mu drgnęły.

Kiedy? Kiedy próbował mi powiedzieć? Gorączkowo przeglądałam w myślach każdą chwilę ostatnich kilku tygodni, starałam się odgadnąć, co przegapiłam. Nawet nie rozumiałam, co mogło znaczyć owo „inne życie”. I nie byłam pewna, czy chcę rozumieć.

– Będzie łatwiej, jeśli po prostu przeczytasz mój list. Musisz to zrobić teraz, Tori. Dobrze? Już czas.

„Już czas?”

Fala natychmiast wypełniła mi klatkę piersiową po brzegi. Napierała na ściśnięte żebra i dusiła serce. Powstrzymałam przypływ emocji płytkim oddechem, bojąc się erupcji. Nie mogłam się ruszyć.

Ojciec poklepał mnie po ręce.

– Jest wśród moich rzeczy. Idź po niego.

Znalazłam jego torbę za drzwiami toalety, położyłam ją na stole i rozpięłam suwak. Trzęsącymi się rękami zaczęłam przeglądać ubrania i zamarłam w bezruchu, gdy moje palce musnęły papier. Wyciągnęłam kopertę i stałam wpatrzona w nią.

Czerwony atrament. Pismo kanji. Zagięcia i załamania.

Wróciłam do ojca i nasze spojrzenia się spotkały.

Umierający człowiek. Córka ze złamanym sercem.

– Chodź tutaj i usiądź – powiedział. – Wszystko jest w porządku.

Tyle że nie było. Bo nie da się cofnąć pożegnania. Nie byłam gotowa wygłosić swojego, więc nie chciałam wysłuchać jego słów. Nie mogłam.

Gardło bolało mnie od napięcia.

– Ja…

Ruszyłam w jego stronę, ale się zatrzymałam, bo pragnęłam, żeby wszystko zwolniło i zaczerpnęło tchu, abym i ja mogła to zrobić. Stres ostatnich kilku miesięcy, smutek związany z powolnym pogarszaniem się jego zdrowia, nieustępliwy rak, a teraz… Napływowi łez towarzyszyło pojawienie się guli w gardle. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę drzwi.

Tatko coś powiedział, ja jednak znalazłam się już w korytarzu, gdzie nie mógł mnie widzieć. Zasłoniłam usta i oddychałam głęboko, starając się zapanować nad zalewem uczuć. Jakim cudem dotarliśmy do tego punktu? Szukaliśmy kuracji, stosowaliśmy wszystkie domowe sposoby, umówiliśmy się do specjalisty, lecz to nie wystarczyło. Czułam na barkach ciężar konsternacji i poczucia winy, pod którym się zachwiałam. Zerknęłam na kopertę. Z perspektywy czasu wiem, że powinnam była otworzyć ją w dniu, w którym przyszła.

Ojciec oglądał mecz w salonie.

– Tori, to ty?

– Tak, to ja. – Rzuciłam klucze i zebraną pocztę na stolik zaskoczona tym, że mnie usłyszał pomimo nastawionego głośno telewizora. – Dostałeś list. – Zajrzałam do pokoju i pomachałam kopertą.

Nie odrywał oczu od ekranu, ja natomiast spuściłam wzrok na pustą walizkę leżącą obok jego fotela. Jeszcze się nie spakował do szpitala, a przecież wyjeżdżamy rano. I chociaż specjalista cudem znalazł dla niego termin, rozumiałam brak entuzjazmu ojca.

Nienawidziłam raka.

Pożerał nie tylko ciało. Żywił się jego duchem, a przez to i moim. Dopadła mnie desperacja, stałam się dzieckiem w wieku trzydziestu ośmiu lat.

Zostawiłam ojca, żeby oglądał dalej mecz, czyli oddawał się jednej z nielicznych czynności, które nadal lubił, nalałam sobie kawy, po czym zasiadłam do sortowania dość pokaźnej ilości korespondencji. Listy powiązano grubymi gumkami i wepchnięto do skrzynki, jakby ojciec wybrał się na miesięczne wakacje i zapomniał zgłosić w urzędzie pocztowym, żeby wstrzymano doręczanie przesyłek. Tyle że nie zapomniał. Umknęło mu, by poprosić mnie o zaglądanie do skrzynki.

Pociągnęłam łyk kawy i stwierdziłam, że gapię się na list. Pokrywały go czerwone azjatyckie pieczęcie przystawione w każdym kierunku. Grube czerwone krechy przekreślały adres. Nad nim wypisano łacińskim literami: PARTI. „Parti”? Odwróciłam kopertę. Odwróciłam ją ponownie. Została złożona więcej niż jeden raz, jej krawędzie były postrzępione, jakby utknęła w automatycznym sorterze. Zdziwiłam się, że w ogóle ją doręczono.

Tkwiąca we mnie dziennikarka śledcza aż rwała się do tego, by ją otworzyć.

Przystawiłam list do żarówki nad głową. Udało mi się zobaczyć zarys złożonej kartki i jakiś sznurek. Potrząsnęłam kopertą, ale prawie nic nie ważyła. Odwróciłam ją, wygładziłam zagięcia i dostrzegłam zamazane znajomo wyglądające słowo.

„Japan”.

Atrament rozlał się na literze J. Powiodłam po niej palcem. Kogo ojciec znał nadal w Japonii? Stacjonował tam, gdy służył w marynarce, i snuł wiele przesadzonych opowieści o swoich czasach za morzem, lecz wszystkie rozgrywały się jakieś pięćdziesiąt lat temu. Na kopercie nie dostrzegłam żadnych emblematów ani wojskowych insygniów, więc nie było to oficjalne ogłoszenie o spotkaniu po latach. Może więc nieoficjalne? W wojsku grał w bejsbol, nawet w Japonii.

Swego czasu drużyna marynarki wojennej Seventh Fleet rzuciła wyzwanie Shonan Searex, klubowi ligi farmerskiej z Yokosuki, podczas meczu towarzyskiego, na który wyprzedano wszystkie bilety. Za każdym razem, gdy tatko o tym mówił, osłaniał sobie oczy dłonią, jakby patrzył na trybuny. „Ani jednego wolnego miejsca, gdziekolwiek byś spojrzał. Wyobrażasz to sobie, Tori?”

Zawsze sobie wyobrażałam.

Otwarte trybuny, perfekcyjne boisko z zadbaną trawą i mój ojciec, taki młody, zdenerwowany, rozgrzewający się przy piaszczystym wzniesieniu na mecie miotacza.

„Nawet sobie nie wyobrażasz tego hałasu” – mawiał tatko. Zamiast bić brawo, uderzano plastikowymi kolorowymi kijami w oparcia krzeseł – łup, łup, łup. Dziewczyny będące kapitanami zespołów cheerleaderek biegały między rzędami, biły w bębny i skandowały zwycięskie slogany. Zorganizowane grupy fanów w określonych sekcjach śpiewały piosenki i krzyczały przez megafony. Tatko twierdził, że w latach pięćdziesiątych w Japonii bejsbol nadawał grzmiący głos cichej kulturze.

Mimo że pojedynek miał przyjacielski charakter, meczowi z USA towarzyszyły ważne podteksty. Ojciec uważał, że Kraj Wschodzącego Słońca z całych sił pragnął sprawić lanie gwiazdom i paskom w odcieniach czerwieni, bieli i granatu.

„Niemalże chciałem, żebyśmy przegrali” – powiadał zawsze. „Na trybunach siedziała rodzina mojej dziewczyny i nie chciałem ich urazić, zwłaszcza że jeszcze ich nie poznałem”.

Opowiadając te historie, zawsze nazywał ją „swoją dziewczyną”. Nie poznałam jej imienia. A jeśli mama znajdowała się w pobliżu, nie słyszałam tych historii. Kiedy pytałam o tę dziewczynę, kręcił głową, wypuszczał powietrze z wydętych policzków i mówił: „Była wyjątkowa”.

Podobnie jak on. Uwielbiałam go.

Mężczyznę, który pił brandy jak jego ojciec Słowak, miał zawadiacki krok niczym John Wayne i snuł niestworzone historie jak nikt inny.

W przypadku większości jego opowiastek trudno było odróżnić fikcję od prawdy. „Czymże jest prawda, jeśli nie historią, którą sobie opowiadamy?” Po tych słowach puszczał do mnie oko, dawał mi pstryczka w nos i zostawiał mnie samą, bym oddzieliła fakty od fantazji. Nadal to robiłam.

Ale ten list z Japonii rzeczywiście istniał.

– Tygrysy przegrały – oznajmił tatko, czym mnie przestraszył. Powłócząc nogami, podszedł do lodówki, otworzył ją i zapatrzył się przed siebie.

– Masz ochotę na lunch?

Powinien coś jeść. Chudł. Początkowo jego szczuplejszą sylwetkę nagradzano komplementami, ale potem podziw ustał, proces chudnięcia zaś nie. Nawet jego ręce – te same, które odbijały piłkę podczas meczu przy pełnych trybunach – wyglądały jak guzowate kości.

Zamknął lodówkę z pustymi rękami, zacisnął pasek niebieskiego szlafroka i podrapał się po kilkudniowym zaroście na brodzie z dołeczkiem.

– Nie jestem głodny, dziękuję. – Wskazał na kopertę. – Co to?

– Mówiłam ci. Dostałeś list. – Podsunęłam mu go. – Z Japonii.

Przechwycił kopertę błyskawicznie i przyglądał się stemplom zmrużonymi oczami. Wyraz jego twarzy natychmiast sposępniał. Ojciec przycisnął list do piersi, odwrócił się na pięcie i wyszedł bez słowa.

Poszłam za nim po kilku minutach.

Stał w bezruchu na środku zaciemnionego pokoju wpatrzony w kopertę. Marszczone zasłony nie potrafiły powstrzymać wścibskiego spojrzenia słońca. Ani mojego. Uchyliłam drzwi o kilka centymetrów. Szpara wpuściła do środka długie palce światła, które przecięło pomieszczenie i popukało ojca w ramię. Odwrócił się, zasłaniając nieogoloną twarz dłonią, by ukryć nieznaną mi minę. Równie obcą jak sam list.

Okraszoną łzami.

Rozdział 2

« Japonia, 1957 »

Babka zawsze powtarza: „Zmartwienie sprawia, że drobiazgi rzucają długie cienie”. A co z dużymi rzeczami? Cień wiszący nade mną jest gęsty i monstrualny, niemal żywy.

Budzę się jeszcze przed wschodem słońca, żeby pomóc okaasan, matce, w przyrządzeniu porannego posiłku składającego się z ryżu, grillowanych ryb i zupy miso, lecz nie jestem głodna. Zmartwienie wypełnia mi brzuch.

Mam prawie osiemnaście lat i jutro zaczyna się omiai, spotkanie dotyczące zaaranżowanego małżeństwa.

Przynajmniej teraz, gdy amerykańskie ideały toczą wojnę z tą pradawną tradycją, rodzina decyduje wyłącznie o tym, kogo mi przedstawi. Do mnie należy wybór, kogo poślubię. Oczywiście posiadanie wyboru i możliwość dokonania go to dwie różne sprawy. Na tym polega moje wyzwanie. Jedno z wielu, jakie mam przed sobą. Biorę talerz z dłoni okaasan i kłaniam się ojcu oraz bratu wchodzącym do pokoju. Dyskutują o polityce. Ich rozmowa w przewidywalny sposób przechodzi od tematu Organizacji Narodów Zjednoczonych przez temat niepodległości Japonii do odcięcia się od Ameryki.

Ojciec ma gładko ogoloną twarz i krótko ostrzyżone włosy – polubił to w wojsku – i nosi ciemny garnitur w zachodnim stylu, żeby zaimponować zagranicznym handlowcom. Taro jest oniisan, najstarszym bratem, i pracuje z ojcem, dlatego też ubiera się i zachowuje jak on. Perfekcyjna imitacja z wyjątkiem ostrego języka, którego aż tak bardzo nie kontroluje.

– Naoko, poznasz niebawem Satoshiego i zapewnisz nam przyszłe profity – oznajmia Taro z zadowoleniem w głosie.

– Ta partia jest ci pisana – dodaje babka, która wchodzi za nimi, powłócząc nogami. Cienkie wargi układają się w uśmiechu nadającym krągłość jej policzkom o obwisłej skórze.

Poznałam Satoshiego przed laty, więc zdążyłabym się zorientować, że jest mi pisany. Powiedziałabym raczej, że jest mi wmuszany. A co z moim przyszłym szczęściem? Czy miłość się nie liczy? Stawiam czarkę przed babką i uważnie nalewam jej herbatę.

– Wszyscy zgodzili się jednak poznać najpierw tego, którego bym wolała. – Również uśmiecham się bez odsłaniania zębów.

Satoshi to partia mocno sugerowana przez moją rodzinę.

Żywię najgłębszą nadzieję, że poślubię Hajimego.

– Ten, kto ugania się za dwoma zającami, nie złapie żadnego – stwierdza babka.

To jedno z licznych porzekadeł z jej arsenału. Wypuszcza je jak strzały, ale nie pojedynczo, bo jedną strzałę łatwo złamać, lecz w wiązkach po dziesięć. Szykuję się na kolejne, ale matka staje między nami niczym tarcza.

– Myślę sobie, że jutro spotkamy się z twoim Hajimem w ogrodzie przy herbacie, żebyś mogła nam go właściwie przedstawić. Tak będzie chyba najlepiej, prawda? – Aby uniknąć pytającego wzroku ojca, matka skupia się na niesfornym kosmyku, który uciekł jej z koka.

Wszystko w okaasan jest schludne i śliczne. Ma drobną sylwetkę i długie włosy w kolorze sadzy wykorzystywanej do robienia tuszu sumi. Skręca je ciasno u nasady szyi i spina długimi szpilkami z jadeitu.

Ukłoniłam się nieznacznie, wdzięczna za jej interwencję. Przed wybuchem wojny ojciec zajmował się importem i eksportem dóbr i był władcą imperium, a my mieliśmy w domu służbę, także ogrodników. Teraz musimy sobie radzić bez pomocy. Ogólnie musimy sobie jakoś radzić, jak wszyscy. Dlatego skorzystanie z ogrodu oznacza dużo przygotowań i pracy. Deklaracja matki, by właśnie tam odbyła się niemile widziana prezentacja Hajimego, kładzie chwilowo kres dyskusji.

Okaasan wie, co jest stawką. Być może wszystko.

Ojciec Satoshiego, potężny nabywca Toshiby, to najważniejszy klient mojego ojca. Jestem przez to cenną przynętą. Jeśli Satoshi połknie haczyk, rodzina będzie czerpać korzyści w postaci stałych zysków finansowych, które ulżą nam w kłopotach. Jeżeli odmówię i wywołam skandal, ojciec Satoshiego może zrezygnować z usług firmy mojej rodziny, co podwoi nasze kłopoty.

Istnieje tylko jedno wyjście.

Hajime musi wypaść jutro idealnie, żeby mógł być brany pod uwagę, Satoshi natomiast musi stwierdzić, że mu nie odpowiadam, i wybrać inną. W ten sposób jego rodzina nie zazna wstydu, a moja konsekwencji. Moja rodzina nadal będzie odbudowywała swoją fortunę, ja zaś wejdę w związek małżeński zbudowany na miłości.

Taki mam plan.

W walce kamienia z wodą to woda w końcu wygrywa. Postanowienie mojej rodziny jest twarde jak kamień, dlatego muszę być nieustępliwa niczym woda.

– Wrócę późno, okaasan – odzywam się, ignorując ucisk w klatce piersiowej. – Przez kilka kolejnych dni nie będę chodziła na zajęcia klubu tradycyjnego tańca, więc muszę zostać po lekcjach z Kiko, żeby poćwiczyć. – Kłamię tylko połowicznie, nie będę bowiem ćwiczyła tańca z Kiko, tylko przygotowywała Hajimego do jutrzejszego spotkania.

Kenji, mój młodszy brat, wpada do pokoju i ląduje z głośnym łupnięciem na poduszce na podłodze, aż naczynia brzęczą, a babka się wzdryga przestraszona.

Ten dziewięciolatek jest uroczy. Za sprawą błyszczących oczu i długich ciemnych rzęs wszystko uchodzi mu na sucho, nawet złe maniery.

Patrzę na niego srogo. Kenji pokazuje mi język.

Skoro są już wszyscy, mówimy: „Itadakimasu” – „Przyjmuję z wdzięcznością” – lecz ja nie podnoszę głowy, prosząc o dodatkowe błogosławieństwo. Proszę, żeby jutrzejsze spotkanie przebiegło bez zarzutu, żeby fakt, że nazwisko rodowe Hajimego nie jest ważne, nie sprowadził wstydu na naszą rodzinę ani nie przydał wagi znamienitemu nazwisku Satoshiego.

Tak, jestem kłębkiem nerwów, ale z sercem pełnym nadziei.

Lekcje wlokły się w ślimaczym tempie, powoli i z wysiłkiem. Nawet teraz, gdy czekam na Hajimego na dworcu w Taurze, czas się dłuży. Schodzę z peronu, a promienie popołudniowego słońca odbijają się od stalowych dachów i oślepiają mnie. Mrużę oczy przed blaskiem i wypatruję twarzy Hajimego pośród innych. „Gdzie on jest?” Nie mogę się doczekać, by poćwiczyć.

Amerykanie w mundurach jedzą, idąc. Hajime nie popełniłby tak podstawowego błędu. Pracowaliśmy nad etykietą, żeby mógł zaimponować mojej rodzinie. Nie należy jednocześnie jeść i iść. Trzeba usiąść w celu okazania szacunku czasowi i poświęceniu potrzebnym na to, by zasadzić, zebrać i przyrządzić. Amerykanie zdają się nie zauważać lub nie przejmować tym, że każdy zasłania oczy, by nie widzieć ich braku grzeczności. Każdy z wyjątkiem Hajimego. Wchodzi prosto między nich.

Ma na sobie białą koszulkę i beżowe spodnie. Z tymi swoimi wspaniałymi włosami w odcieniu lanego żelaza, zaczesanymi do tyłu i nastroszonymi, i z głębokim dołkiem na brodzie wygląda jak Elvis albo gwiazda kina. Może jak James Dean. Szalejemy za wszystkim, co nowoczesne. Jaka szkoda, że nie mogę się przebrać z mundurka. Przynajmniej koński ogon mam upięty wysoko, zgodnie z zachodnią modą.

Macham do niego, kiedy podchodzi bliżej.

Policzki mnie bolą od uśmiechu. Miłości i kaszlu nie da się ukryć; muszę się z całych sił starać, żeby nie zerwać się do biegu lub nie krzyknąć.

Spotykamy się w tym niezręcznym momencie, gdy mamy ochotę rzucić się sobie w objęcia, ale poprzestajemy na skromnych ukłonach, a potem wybuchamy śmiechem, bo prawie zderzamy się czołami. Hajime bierze mnie za rękę – co stanowi pogwałcenie społecznego tabu – i stawiając szybkie kroki, wciąga mnie w wąską uliczkę pomiędzy witrynami sklepów.

Spuszczam głowę, bo martwię się, że moglibyśmy przyciągnąć krytyczne spojrzenia zatwardziałych serc.

– Krążą tu jak ćmy. Powinniśmy iść, Hajime.

– Przyciąga ich twoje światło. Niech sobie patrzą. – Uśmiecha się szeroko, ukazując wąską szparę między jedynkami. Wychyla się z uliczki i krzyczy: – Cześć! Kocham tę dziewczynę!

– Ciii! – Przeskakuję, by się za nim schować, przywieram do ściany, śmiejąc się. Pytam: – Jakie światło? – Uśmiecham się, lecz nie spuszczam oka z ulicy.

Odwraca się i ponownie bierze mnie za rękę.

– To w twoich oczach. – Ściska moją dłoń, potem sięga po drugą. – To, które płynie z twojego serca. – Na każdej dłoni składa szybki lekki pocałunek.

Policzki mi płoną. Teraz już tylko patrzę na Hajimego. Zawadiaka z niego, chłopiec i mężczyzna zarazem – to połączenie jest cudowne.

Przysuwa się i stykamy się czołami.

– Witaj, Świerszczyku.

– Witaj, Hajime. – Uśmiecham się szerzej zadziwiona tym, jaka jestem przy nim odważna.

Zaprzeczam naukom, jakie pobierałam przez całe życie – okazywać skromność, być cicho, stawiać innych na pierwszym miejscu. To wszystko jest dobre, a jednak… Uciekam spojrzeniem, by nie patrzeć mu w oczy. Pożre mnie wzrokiem, jeśli nie zachowam ostrożności. On jednak ujmuje moją twarz w dłonie, podnosi mi głowę.

– Pocałuję cię w usta, dobrze?

Staję na palcach, żeby pocałować go pierwsza.

Serce mi skacze, miota się między paniką a rozkoszą. Kim jest ta dziewczyna, którą się stałam? Otwieram się dla niego niczym kwiatowy pąk w promieniach porannego słońca. Tak, mój język stwierdza, że jest pyszny, słodki niczym kompeito. Jak w przypadku każdego cukierka robię się zachłanna i chcę więcej. Wziąć to, czego pragnie serce? To działa wyzwalająco. Lecz obiecaliśmy sobie. Powstrzymamy się do czasu ślubu.

Tak więc odsuwamy się od siebie.

Uśmiecham się lekko. Hajime szeroko. Uderzam go w tors i się śmieję. Tak, kim jest ta dziewczyna? Obejmuje mnie, a ja wiem. Jestem jego. Nadal jestem sobą, tyle że śmielszą, bardziej błyskotliwą, wolną. Jeżeli promienieję wewnętrznym światłem, to wywodzi się ono ze szczęśliwości, jaką on we mnie budzi.

– Mam dla ciebie niespodziankę – mówi, po czym całuje mnie w głowę i dopiero wtedy puszcza. – Chodź. – Stawiając długie kroki, wychodzi z uliczki, odwraca się i macha, żebym poszła za nim.

– Dokąd idziemy? – Muszę podbiegać, aby za nim nadążyć, kiedy schodzi z ulicy na pole wysokiej niekoszonej trawy.

Odwraca się i idzie tyłem z figlarnym uśmiechem. Wyciąga rękę po kłos trawy, zrywa go i gryzie jego koniec.

– Dokąd, Hajime?

Jego oczy są błękitne jak niebo tuż po deszczu i takie bliskie, kiedy się obraca.

– Nie mogę ci powiedzieć. – Zerka przez ramię. – To niespodzianka.

Otwieram oczy szeroko. Biegnie.

– Czekaj! – Śmieję się i gonię za nim, gdy kroczy energicznie. Wysoka trawa smaga mnie po odsłoniętych łydkach, ale zmuszam się, by iść szybciej, kiedy mój ukochany oddala się zanadto, a potem zwalniam, bo już go nie widzę. – Hajime? – Patrzę na pobliskie drzewa, zerkam w stronę, z której przyszliśmy, po czym się odwracam.

– Aaa!

Piszczę i zasłaniam twarz, mocno zaciskając łokcie przed sobą. Ze śmiechem obejmuje mnie ramionami, kołysze do przodu i do tyłu, szepcze, że mnie kocha.

Jestem po prostu szczęśliwa.

Odrobinę opuszczam ręce i spoglądam na niego spomiędzy palców. Hajime się pochyla i całuje mnie w czoło. Owszem, jestem jego. On jest mój. To jest przeznaczenie.

– Chodźmy, to już niedaleko – mówi i ciągnie mnie za rękę.

Idziemy spleceni palcami dłoni. Hajime gryzie kolejny kłos, ja natomiast przeżuwam zmartwienia.

– Musimy jeszcze poćwiczyć, pamiętasz? Chyba rozumiesz, jakie to ważne?

– Oczywiście. – Zerka na mnie spod oka. – Dlatego ćwiczyliśmy co najmniej sto razy.

– To tyle co nic. – Serce mi wali z niezadowolenia. – Aby w pełni opanować sztukę picia herbaty, trzeba ćwiczyć wiele lat, może i całe życie. Mamy tylko tę chwilę, by dopracować twoją znajomość zasad etykiety. – Zatrzymuję się. On również. Patrzę na niego błagalnie. – Jutrzejsze spotkanie przesądzi o wszystkim. Proszę, musimy poćwiczyć.

– Okej… – Podnosi wzrok, przypominając sobie odpowiedzi. – Najpierw podziwiam czarkę, obracam ją dwukrotnie, przepraszam za to, że piję jako pierwszy, by okazać skromność, i kłaniam się, zanim pociągnę łyk. – Opuszcza brodę. – Widzisz? Jesteśmy gotowi, więc chodź. – Ciągnie mnie za rękę.

Nie przekonał mnie, więc dalej go odpytuję, gdy wdrapujemy się na strome wzgórze, oddalając się od zatłoczonej ulicy poniżej. Nie jestem pewna, dokąd zmierzamy, niemniej nie pozwalam, by odciągało mnie to od celu.

– Co robisz przed podaniem czarki dalej?

Waha się.

– Musisz wytrzeć brzeg serwetką, żeby nie spowodować zażenowania, pamiętasz? – wybucham. Żołądek mi się zaciska. Takiego błędu nikt by nie zapomniał ani nie wybaczył. – W którym kierunku podajesz czarkę po tym, jak już wytrzesz jej krawędź?

Na twarzy Hajimego nadal maluje się konsternacja.

Moja wyraża niepokój.

– W lewo. W lewo! – Serce mi wali. Przyspieszam kroku i teraz to ja prowadzę. – Jak ich przekonamy, że jesteśmy dobraną parą, skoro nie potrafisz tego zapamiętać?

– Świerszczyku.

– Musimy wypaść perfekcyjnie. – Idę dalej. Maszeruję, pouczam go, panikuję. – Żadnych błędów. Nawet małej pomyłki, bo odrzucą naszą prośbę i zmuszą mnie, bym poślubiła Satoshiego. – Wymachuję rękami, wyrzucając z siebie słowa. – To ty jesteś moim szczęściem. Przy tobie jest moje miejsce. Rozumiesz to? Jesteśmy sobie pisani, więc musimy wypaść idealnie, a oni muszą to zobaczyć!

– Naoko!

Odwracam się na dźwięk mojego imienia wypowiedzianego tak ostro.

– Widzisz to? – Usiłuje ukryć uśmiech i wskazuje ruchem głowy przed siebie. – Popatrz. Jak mogą nam odmówić, skoro mamy już dom?

Odwracam się w stronę słońca, mrugam oślepiona i widzę tworzące osadę rozrzucone rzędy małych domów przytulonych do zbocza. Odwracam się szybko z powrotem do niego. „Mamy już dom?” Serce mi zamiera.

– Tutaj?

Obraca mnie znowu, opiera brodę na moim ramieniu i pokazuje przed siebie.

– Tam. Ten na szczycie małego wzgórza jest nasz. – Uśmiecha się blisko mojego policzka i czeka na mój uśmiech.

Tylko zagryzam wargę.

– Wiem, że to niewiele. Jest mały i stary, na pewno nie taki, do jakiego przywykłaś i na jaki zasługujesz – mówi pospiesznie podekscytowany. – Nie mam ci wiele do zaoferowania oprócz obietnicy, że będę cię kochał i…

„On mnie kocha”.

Który chłopak używa takich słów? Żaden z tych, których znam. Nawet ojciec nie mówi tak do matki. Hajime opowiada o planowanych naprawach, a ja opieram się o niego dla wygody i żeby móc wdychać jego zapach – świeżo opalonej skóry i cytrusów. Mało popularna woda po goleniu ma egzotyczną woń. Podoba mi się w nim wszystko, bo nic nie jest w nim przewidywalne.

– …a tam, przy tarasie, mógłbym wypielić kawałek ziemi pod ogród. Widzisz? Wiem, że z Satoshim i jego rodziną mieszkałabyś w dużej nowoczesnej posiadłości, ale…

– A na co komu duża nowoczesna posiadłość? – Patrzę na niego, zaskakując samą siebie szybką odpowiedzią. – Na co komu trudna do zadowolenia teściowa albo taniec w zgodzie z hierarchią i zasadami obowiązującymi w innej rodzinie? Mnie na tym nie zależy, więc mały jednopiętrowy dom, pod warunkiem że z tobą, jest idealny.

Przy Hajimem moje serce i umysł są nie tylko tolerowane, ale wręcz celebrowane, tyle że… Smutnieję i uciekam wzrokiem.

„Dlaczego to musi być takie trudne?”

– Co się dzieje? – Pytające spojrzenie szuka mojego, przepełnionego poczuciem winy. – Nie podoba ci się?

Przerażenie przebiega mi wzdłuż kręgosłupa.

– Świerszczyku, wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko. Nie musisz ukrywać przede mną swoich myśli, okej?

Przytakuję przepełniona wdzięcznością. Przy Hajimem mogę wyrażać własne zdanie albo się wygłupiać, bo on lubi moje myśli i mój uśmiech. „Jak mam to wytłumaczyć?” Powodem mojego zdenerwowania nie jest zniszczony domek, ale społeczność. Na tym terenie mieszkają eta, wyrzutkowie. Burakumin znajdują się na najniższym szczeblu drabiny społecznej. Są biedni, niektórzy mieszanej krwi i wykonują niezbędne zawody związane ze śmiercią – zostają rzeźnikami, garbarzami, grabarzami. Dlatego uważa się ich za zbrukanych, brudnych i mających pecha.

Ja mam pecha.

Moja rodzina mi tego zabroni. Jeślibym tu zamieszkała, zniszczyłabym reputację ojca i zaprzepaściła szanse Tara na zbudowanie własnej. Hajime nie wie, że moja rodzina preferuje Satoshiego, a jeśli dorzuci się do tego także to? Przecież to będzie strzał w kolano. Pocieram nos i patrzę na swoje stopy.

Dostrzegam długie cienie, bo to nie są małe troski.

Rozdział 3

« Ameryka, czasy współczesne »

Rankiem w dniu, w którym ojciec jechał na spotkanie z lekarzem, zapakowaliśmy rzeczy do jego cadillaca z opuszczanym dachem i ruszyliśmy na wschód. Dwupasmowa autostrada prowadzi prosto do Centrum Onkologicznego Taussig w Ohio pośród pól sojowych, wysokiej kukurydzy i wirującego metalu. Jak okiem sięgnąć ogromne turbiny wiatrowe wypełniały horyzont widokiem farm wiatrowych. Tatko uniósł daszek kaszkietu, otarł czoło chusteczką i przyglądał się wiatrakom zza podniesionej szyby.

Zerkałam na niego ukradkiem.

Nic nie powiedział o liście z Japonii – co symbolizował, kto go przysłał, jak na niego zareagował – ale to nie znaczyło, że się nad tym nie zastanawiałam. Bo jakżebym mogła się nie zastanawiać? Ojciec zabrał go ze sobą. Zauważyłam skrawek znajomej czerwieni na desce rozdzielczej, zanim wyjechaliśmy. Tatko powędrował spojrzeniem za moim wzrokiem, wziął list do ręki, złożył go i schował do kieszeni. Słowem się nie odezwał, a ja wiedziałam, że nie powinnam o nic pytać, lecz oprócz tego, że martwiłam się jego gorączką, nie myślałam o niczym innym.

Kto go przysłał? Możliwe, że stary kolega z okrętu, ale przecież wtedy wysłano by list ze Stanów, a nie zza oceanu. Przyszło mi do głowy, że to jakieś podziękowanie albo broszura z organizacji charytatywnej. Tatko sponsorował dzieciaki i różne sprawy na całym świecie, ale przecież nie zareagowałby wówczas w ten sposób. Takie łzy widziałam u niego tylko raz – na pogrzebie mamy.

Tatko zakasłał głęboko, na próżno starając się odkrztusić, po czym zerknął w moją stronę.

– Nic nie mówisz.

– Skupiam się – odparłam zgodnie z prawdą.

Kabriolet z 1958 roku przyciągał uwagę – pikowane czerwone wnętrze, perłowobiała karoseria z pasami w głębokim odcieniu czerwieni biegnącymi od żebrowanych reflektorów do wydłużonego tyłu – lecz z uwagi na pokaźne rozmiary był trudny w prowadzeniu. I kierowałam nim po raz pierwszy.

Chociaż kiedy byłam młodsza, tata sadzał mnie między sobą a matką, zanim zdążyła zaprotestować, i pozwalał, żebym pomagała mu kierować. Mama krzyczała, gdy puszczał kierownicę, którą kontrolował tylko kolanem, i łajała go, jeśli przekraczał dopuszczalną prędkość. Jazda cadillakiem taty zawsze była fajną przygodą.

Ale prowadzenie klasycznego kabrioletu to zupełnie inne doznanie. Trudno było nad nim zapanować, a za każdym razem, gdy mijał nas inny samochód, owiewał nas podmuch wiatru. Nawet przy podniesionych szybach i okularach przeciwsłonecznych na nosie co chwila odgarniałam włosy z oczu. Jazda z opuszczonym dachem w ogóle nie przypominała zapamiętanej radochy. Przynajmniej tyle powiedziałam ojcu.

Niemal jak magik wyciągnął ze schowka na rękawiczki czerwony materiał, który zabarwił wiatr i wydął się niczym majestatyczny żagiel.

Otworzyłam szeroko oczy, rozpoznawszy go. „Szal mamy!” Nie widziałam go od lat. Wciąż potrafiłam ją sobie wyobrazić w nim – jej popielate włosy zakręcone poprzedniego wieczoru na wałki, osłonięte pięknym kwiatowym wzorem.

Podczas gdy usiłowałam upchnąć włosy pod szalem, tatko przytrzymał kierownicę – nie umknęła nam ta ironia, chociaż nie udało mu się utrzymać kursu. Zjechaliśmy na bok, przez co inne auto musiało zrobić unik i otrąbiło nas. Związałam szybko końce materiału pod brodą i uśmiechnęłam się szeroko do ojca.

Odwzajemnił uśmiech.

– Ładnie ci. Powinnaś go zachować.

Zerknęłam w lusterko wsteczne i zobaczyłam swoją twarz, a nie matki.

– Nie mogłabym. Należał do niej.

– Mówię serio. – Wzruszył ramieniem. – Zawsze chciałem dać ten szal tobie, ale matka znalazła go pierwsza, więc co mogłem na to poradzić?

Poczułam, że serce mi rośnie.

– Jesteś pewien?

– Tak. Chcę, żebyś go wzięła. To ważne.

Z uśmiechem rozprostowałam materiał na włosach. Uwielbiałam ten szal. Na głowie czerwono-biały motyw odmalowywał przepiękną barwną historię, a rozłożony na płasko i wygładzony według ojca opowiadał inną.

„Sekretną” – powtarzał tatko, palcami muskając ręcznie obrobiony brzeg. I mówił o tym, jak to Chiny utrzymywały tajemnicę jedwabiu przez blisko dwa tysiące lat. Wskazywał na kwiaty we wzorze na szalu i twierdził, że takie same znajdowały się w przypałacowym ogrodzie, gdzie młoda cesarzowa po raz pierwszy odkryła coś cenniejszego od złota – jedwabniki.

„Piła sobie herbatę, kiedy kokon spadł z nieba i ku jej zaskoczeniu wylądował w czarce”. Otwierał szeroko oczy, by to zademonstrować, a ja chichotałam z jego miny. Potem udawał, że wyławia kokon, jak zapewne zrobiła cesarzowa, i oznajmiał, że kokon się rozwinął, tworząc połyskliwą nić długą na półtora kilometra.

Rodzina cesarska, urzeczona perłowym blaskiem, wykorzystała delikatne włókna do tkania egzotycznych materiałów, by sprzedawać je całemu światu. A z uwagi na to, że rzadki jedwab obrósł legendą, cesarz wydał dekret nakazujący utrzymanie jego źródła – jedwabników mieszkających na morwach – w tajemnicy. „I było tak, dopóki…” – tatko unosił w tym momencie palec.

Przysuwałam się bliżej, bo wiedziałam, że historia zmieni swój bieg.

Czasami za sprawą rozpieszczonej księżniczki zaręczonej z księciem z dalekiego kraju. Nie potrafiła znieść życia bez luksusowych strojów, więc ukryła kokony w ślubnym nakryciu głowy.

Kiedy indziej ojciec twierdził, że to dwóch nestoriańskich mnichów wyniosło jedwabniki w wysokich bambusowych laskach. Moja ulubiona wersja opowiadała o japońskich szpiegach, którzy pokonali jedwabny szlak – według ojca przedstawiony na szalu. Godzinami wyobrażałam sobie ich długą na ponad sześć tysięcy kilometrów podróż, wodząc palcem po liniach na wzorze materiału.

Cennym przedmiotem dla ojca był jego cadillac, dla mnie zaś cenne były wspomnienia o jedwabnym szalu matki, o jego misternym deseniu i ukrytych w nim opowieściach.

– Znowu milczysz – zauważył tatko, wyrywając mnie z zadumy.

Popatrzyłam na niego.

– Myślałam o cesarzowej i o tym, jak jedwabny kokon wpadł jej do herbaty.

– Pamiętasz to?

– Oczywiście. Pamiętam wszystkie twoje opowieści. Opowiadałeś mi na przykład o walce okrętów na morzu, bitwie o japońską księżniczkę…

Czasami twierdził, że chłopak był samurajem, którego mądre słowa okazywały się szybsze od miecza. A innym razem, że był on zamożnym księciem mogącym dać jej wszystko z wyjątkiem tej jedynej rzeczy, której pragnęło jej serce. Gdy pytałam, co to takiego, odpowiadał z psotnym uśmiechem: „Ja”.

– Och! – Postukałam w kierownicę. – Była też herbata z cesarzem.

– Władcą imperium. – Ojciec zaśmiał się nosowo. – To był władca wielkiego imperium handlowego. Jak mogłaś zapomnieć tę historię?

– Herbata pojawia się w wielu twoich opowiastkach. – „Podobnie jak Japonia”. Zerknęłam na niego spod oka. – Mógłbyś mi tę przypomnieć.

Uraczył mnie uśmiechem. W tym momencie czas się cofnął. Oto wspaniały mężczyzna snujący epickie opowieści dla zakochanej w nich dziewczynki. Jakże miły powrót do przeszłości.

– Cóż, mogę ci tylko powiedzieć, że oprócz jedwabiu… – Odchrząknął. – Z picia herbaty nigdy nie wyniknęło nic dobrego.

Rozdział 4

« Japonia, 1957 »

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Epilog
Od autorki
Sierociniec w Oiso

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Woman in the White Kimono

Redaktor prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawca: Monika Rossiter, Justyna Żebrowska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Alice Alinari / Unsplash.com

Copyright © Ana Johns 2019

First published in 2019 by Park Row Books, 22 Adelaide Street West, 40th Floor, Toronto,

Ontario, Canada M5H 4E3 | www.ParkRowBooks.com

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-13-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek