Kłopotliwy pokój - Joe Abercrombie - ebook

Kłopotliwy pokój ebook

Joe Abercrombie

4,6

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Spisek. Zdrada. Bunt. Pokój to po prostu inny rodzaj pola bitwy. . . Savine dan Glokta, niegdyś najpotężniejszy inwestor Adua, znajduje swój osąd, majątek i reputację w strzępach. Ale wciąż ma wszystkie swoje ambicje i żaden skrupulat nie będzie jej przeszkadzał. Dla bohaterów takich jak Leo dan Brock i Stour Nightfall, zadowolonych tylko z wyciągniętych mieczy, pokój to męka, która ma się zakończyć tak szybko, jak to możliwe. Ale najpierw trzeba pielęgnować urazy, przejąć władzę i zebrać sojuszników, podczas gdy Rikke musi opanować moc Długiego Oka. . . zanim ją zabije. Niepokoje rozprzestrzeniają się na każdą warstwę społeczeństwa. Łamacze wciąż czają się w cieniu, spiskując, by uwolnić zwykłego człowieka z jego kajdan, podczas gdy szlachcice kłócą się na własną korzyść. Orso stara się znaleźć bezpieczną ścieżkę przez labirynt noży, którym jest polityka, tylko dla jego wrogów i jego długów, aby się pomnożyć. Stare drogi zostały zmiecione, a starzy przywódcy wraz z nimi, ale ci, którzy chcą przejąć wodze władzy, nie znajdą sojuszu, przyjaźni ani pokoju, będą trwać wiecznie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 851

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Część IV

„W cza­sie pokoju czło­wiek wojow­ni­czy ata­kuje sam sie­bie”.

Frie­drich Nie­tz­sche

Krzywdy tego świata

– Nikomu chyba nie będzie prze­szka­dzało, jeśli chwi­lowo się tego pozbędę? – Orso rzu­cił koronę na stół i roz­ma­so­wał obo­lałe miej­sca powy­żej skroni. Bły­skotka zakrę­ciła się na bla­cie, złoto zalśniło w sno­pie świa­tła wio­sen­nego słońca roz­pro­szo­nego na dro­bin­kach kurzu. – Dia­bel­stwo strasz­nie obciera skórę.

Gdzieś tu kryła się meta­fora: brze­mię wła­dzy, cię­żar kró­lew­skiej korony… Ale Zamknięta Rada na pewno wszystko to sły­szała już wcze­śniej.

Gdy tylko usiadł, zaczęli zaj­mo­wać miej­sca. Krzy­wili się, gnąc stare grzbiety. Stę­kali, sadza­jąc stare tyłki na twar­dym drew­nie krze­seł. Poję­ki­wali, wsu­wa­jąc stare kolana pod stół ugi­na­jący się pod sto­sami papie­rów.

– Gdzie naczel­nik wydziału podat­ko­wego? – zapy­tał ktoś, wska­zu­jąc ruchem głowy puste krze­sło.

– Musiał wyjść. Pęcherz go drę­czy.

Odpo­wie­dzią był chó­ralny jęk.

– Możesz zwy­cię­żyć w tysiącu bitew – rzekł lord mar­sza­łek Brint, wpa­trzony w dal, jakby stał naprze­ciw wro­giej armii, i okrę­cił pier­ścio­nek na małym palcu – ale z wła­snym pęche­rzem nie wygrasz.

Orso (młod­szy od pozo­sta­łych zebra­nych o dobre trzy­dzie­ści lat) uwa­żał swój pęcherz za jeden z naj­mniej inte­re­su­ją­cych orga­nów.

– Jest jedna sprawa – powie­dział – nim zaczniemy.

Wszy­scy spoj­rzeli na niego – wszy­scy prócz sie­dzą­cego przy prze­ciw­le­głym krańcu stołu Bay­aza: legen­darny mag wyglą­dał przez okno na pała­cowe ogrody, w któ­rych poja­wiały się pierw­sze pąki kwia­tów.

– Posta­no­wi­łem udać się na objazd Unii – zaczął Orso, siląc się na sta­now­czy ton. Wład­czy nawet. Kró­lew­ski. – Zamie­rzam odwie­dzić każdą pro­win­cję i każde duże mia­sto. Kiedy po raz ostatni król wizy­to­wał Sta­ri­kland? Czy mój ojciec kie­dy­kol­wiek tam był?

Arcy­lek­tor Glokta się skrzy­wił. Bar­dziej niż zwy­kle.

– Sta­ri­kland zawsze miał opi­nię nie­bez­piecz­nego miej­sca, Wasza Wyso­kość – odparł.

– I nie­po­korny cha­rak­ter. – Lord kanc­lerz Goro­dets z roz­tar­gnie­niem przy­gła­dzał długą brodę w szpic, mierz­wił ją i znów ugła­ski­wał. – A teraz jest jesz­cze gorzej.

– Ale ja muszę wyjść do ludzi! – Dla doda­nia powagi swoim sło­wom Orso grzmot­nął dło­nią w stół. Jego doradcy nie mieli w sobie za grosz ludz­kich uczuć! Wszystko w Bia­łej Sali było zimne, oschłe, bez­na­miętne, wyra­cho­wane. – Muszę im poka­zać, że wszy­scy jeste­śmy czę­ściami jed­nego wiel­kiego przed­się­wzię­cia. Człon­kami jed­nej rodziny. Jeste­śmy Unią czy nie? Bo jeśli tak, to powin­ni­śmy się zuni­fi­ko­wać, do dia­bła!

Ni­gdy nie chciał zasia­dać na tro­nie, bycie kró­lem bawiło go jesz­cze mniej niż wcze­śniej bycie następcą tronu, choć wyda­wało się to nie­moż­liwe, ale skoro już tym kró­lem został, to zamie­rzał zro­bić ze swo­jej roli dobry uży­tek.

– To wspa­niały pomysł, Wasza Wyso­kość. – Na znak apro­baty lord szam­be­lan Hoff wiotką dło­nią pokle­pał lekko blat stołu.

– Wspa­niały – zawtó­ro­wał mu naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel, który miał talent ora­tor­ski dzię­cioła i dość podobny dziób. – Pomysł.

– Szla­chetny zamiar – dodał Goro­dets, choć uzna­nie zawarte w jego sło­wach nie zna­la­zło odbi­cia w oczach. – W dodatku świet­nie ujęty w słowa.

Jeden sta­rzec prze­kła­dał papiery, inny wpa­try­wał się w swoje wino z taką miną, jakby coś zde­chło mu w kie­liszku. Goro­dets w dal­szym ciągu gła­dził się po bro­dzie, minę miał jed­nak taką, jakby na języku czuł smak szczyn.

– Ale? – Orso zaczy­nał się uczyć, że w Zamknię­tej Radzie zawsze jest co naj­mniej jedno „ale”.

– Ale… – Hoff zer­k­nął na Bay­aza, który odpo­wie­dział led­wie zauwa­żal­nym przy­zwa­la­ją­cym ski­nie­niem głowy. – Może warto byłoby pocze­kać na lep­szy, bar­dziej sprzy­ja­jący moment? Na spo­koj­niej­sze czasy? Tu, na miej­scu, jest wystar­cza­jąco wiele pil­nych spraw, które wyma­gają uwagi Waszej Wyso­ko­ści.

– Wiele. – Naj­wyż­szy sędzia sap­nął ciężko. – Pil­nych spraw.

Z piersi Orso wydarło się coś pomię­dzy gar­dło­wym pomru­kiem i wes­tchnie­niem. Jego ojciec zawsze nie­na­wi­dził Bia­łej Sali, jej suro­wych, twar­dych krze­seł i zasia­da­ją­cych na nich suro­wych, twar­dych ludzi. Prze­strze­gał go, że z posie­dzeń Zamknię­tej Rady ni­gdy nie wynika nic dobrego – ale jeśli nie mógł cze­goś zała­twić tutaj, to gdzie? Prze­cież to ta mała, duszna, pozba­wiona wyrazu kom­nata była ośrod­kiem wła­dzy.

– Suge­ru­je­cie, że beze mnie tryby machiny pań­stwo­wej się zatrą? – zapy­tał. – Nie prze­sa­dza­cie z tym sło­dze­niem mi?

– Nie­któ­rych spraw król musi doglą­dać oso­bi­ście – zauwa­żył Glokta. – W Val­becku zadano Destruk­to­rom miaż­dżący cios…

– Nie­wdzięczne zada­nie – wtrą­cił Hoff pochleb­czo lep­kim, ośli­złym gło­sem – które zostało dosko­nale wyko­nane, Wasza Wyso­kość.

– …ale daleko jesz­cze do ich uni­ce­stwie­nia – pod­jął Glokta. – Ci zaś, któ­rzy zbie­gli, od tam­tej pory dodat­kowo się… zra­dy­ka­li­zo­wali.

– Robot­nicy. – Naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel gwał­tow­nie pokrę­cił głową. – Bun­tują się. Orga­ni­zują. Straj­kują. Napa­dają. Na ludzi. Fabryki.

– I jesz­cze te par­szywe ulotki – dodał Brint.

Znów roz­legł się chó­ralny jęk.

– Prze­klęte. Ulotki.

– Daw­niej uwa­ża­łem próby edu­ko­wa­nia pospól­stwa za stratę czasu. Dzi­siaj sądzę, że sta­no­wią zagro­że­nie.

– Ten prze­klęty Tkacz ma lek­kie pióro.

– A te obsce­niczne drze­wo­ryty?

– Pod­bu­rzają lud do nie­po­słu­szeń­stwa!

– Wznie­cają nie­po­koje!

– Mówią o nad­cho­dzą­cej Wiel­kiej Zmia­nie.

Seria tików wstrzą­snęła lewą czę­ścią zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy Glokty.

– Obwi­niają Otwartą Radę – powie­dział. Publi­ko­wane przez bun­tow­ni­ków kary­ka­tury przed­sta­wiały człon­ków Otwar­tej Rady jako świ­nie wal­czące o dostęp do koryta. – Obwi­niają Zamkniętą Radę. – Na kary­ka­tu­rach człon­ko­wie Zamknię­tej Rady dymali się nawza­jem. – Obwi­niają Waszą Wyso­kość. – A król dymał wszystko, co napo­tkał. – Obwi­niają banki.

– Roz­po­wszech­niają nie­do­rzeczne plotki, jakoby dług wobec domu ban­ko­wego Valint i Balk para­li­żo­wał kraj… – Goro­dets zawie­sił głos.

W sali zapa­dło ner­wowe mil­cze­nie.

Bayaz w końcu ode­rwał harde spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu od okna i spoj­rzał na sie­dzą­cych przy stole.

– Trzeba poło­żyć kres temu zale­wowi fał­szy­wych infor­ma­cji – stwier­dził.

– Znisz­czy­li­śmy tuzin pras dru­kar­skich – odparł Glokta – ale oni cały czas budują nowe, coraz mniej­sze i mniej­sze. Dzi­siaj każdy głu­piec może napi­sać, wydru­ko­wać i opu­bli­ko­wać swoje zda­nie na każdy temat.

– Postęp! – bia­dał Bruc­kel, prze­wra­ca­jąc oczami.

– Ci prze­klęci Destruk­to­rzy są jak krety w ogro­dzie – poskar­żył się lord mar­sza­łek Ruck­sted. Usta­wił krze­sło nieco krzywo, bokiem do stołu, by dać wyraz swo­jej nie­ustra­szo­no­ści i werwie. – Zabi­jesz pięć sztuk, uczcisz to lampką wina, a rano traw­nik znów masz usiany tymi ich prze­klę­tymi kop­czy­kami.

– Są bar­dziej iry­tu­jący niż mój pęcherz – powie­dział Brint, któ­rego słowa przy­jęto powszech­nymi chi­cho­tami.

Glokta mla­snął języ­kiem o puste dzią­sła.

– Są jesz­cze Pod­pa­la­cze.

– Sza­leńcy! – wysa­pał Hoff. – Ta cała Sędzia.

Wszy­scy wokół stołu wzdry­gnęli się z nie­sma­kiem – trudno powie­dzieć, czy na myśl o kobie­cie w ogóle, czy tylko o tym kon­kret­nym przy­kła­dzie.

– Ponoć na trak­cie do Kelnu zna­le­ziono zamor­do­wa­nego wła­ści­ciela fabryki. – Goro­dets wyjąt­kowo mocno szarp­nął brodę. – Przy­bili mu ulotkę wywro­tow­ców do twa­rzy.

Ruck­sted ude­rzył masyw­nymi pię­ściami w blat.

– Inny został zadła­wiony tysią­cem egzem­pla­rzy regu­la­minu, które roz­da­wał pra­cow­ni­kom.

– Można by powie­dzieć, że nasza reak­cja tylko pogor­szyła sprawę – zauwa­żył Orso. Przy­po­mniał mu się Mal­mer w koły­sa­nej wia­trem klatce, z nogami zwie­szo­nymi na zewnątrz. – Może przy­da­łoby się wyko­nać jakiś gest dobrej woli? Płaca mini­malna? Poprawa warun­ków pracy? Podobno w nie­daw­nym poża­rze fabryki zgi­nęło pięt­na­ścioro zatrud­nio­nych w niej dzieci…

– Głu­potą byłoby utrud­nia­nie dzia­ła­nia wol­nego rynku – odparł Bayaz, znów zain­te­re­so­wany pała­co­wym ogro­dem.

– Wolny rynek służy wszyst­kim – poparł go lord kanc­lerz.

– Dobro­byt – zgo­dził się z nim naj­wyż­szy sędzia. – Bez­pre­ce­den­sowy.

– Dzieci też na pewno byłyby zachwy­cone – powie­dział Orso.

– Bez wąt­pie­nia – przy­tak­nął lord Hoff.

– Gdyby nie spło­nęły żyw­cem.

– Dra­bina, w któ­rej szcze­ble są tylko na samej górze – wtrą­cił Bayaz – nie ma racji bytu.

Orso już otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale ubiegł go naj­wyż­szy kon­sul Mat­strin­ger:

– Nie zapo­mi­najmy o praw­dzi­wej feerii wro­gów za gra­nicą. – W swo­ich wypo­wie­dziach koor­dy­na­tor poli­tyki zagra­nicz­nej Unii nie­za­wod­nie mylił zagma­twa­nie formy z prze­ni­kli­wo­ścią tre­ści. – Gur­khul­czycy toną wpraw­dzie po szyję we wła­snych wszech­ogar­nia­ją­cych tara­pa­tach…

Na te słowa Bayaz zare­ago­wał rzad­kim u niego pomru­kiem satys­fak­cji.

– …ale u naszych zachod­nich gra­nic cesar­scy żoł­nie­rze nie prze­stają wyma­chi­wać mie­czami i pod­bu­rzać miesz­kań­ców Sta­ri­klandu do trwa­nia w nie­lo­jal­no­ści. Na wscho­dzie Sty­ria rów­nież pod­nosi łeb.

– Budują flotę wojenną. – To lord admi­rał wybu­dził się z pół­drzemki, by zabrać głos. – Nową, uzbro­joną w armaty. Tym­cza­sem nasze okręty, skraj­nie nie­do­in­we­sto­wane, gniją w por­tach.

Tym razem Bayaz odpo­wie­dział dosko­nale zna­jo­mym pomru­kiem nie­za­do­wo­le­nia.

– Dzia­łają także pota­jem­nie – mówił dalej Mat­strin­ger. – Sieją fer­ment w Zachod­nim Por­cie, pod­bu­rzają do buntu tam­tej­szych depu­to­wa­nych. Ba, udało im się zapla­no­wać na ten mie­siąc gło­so­wa­nie, które ma prze­są­dzić o ewen­tu­al­nym wystą­pie­niu mia­sta z Unii!

Widząc, jak ci starcy prze­ści­gają się w oka­zy­wa­niu patrio­tycz­nego wzmo­że­nia, Orso sam miał ochotę wystą­pić z Unii.

– Nie­lo­jal­ność – zrzę­dził naj­wyż­szy sędzia. – Nie­sna­ski.

– Prze­klęci Sty­ryj­czycy! – wark­nął Ruck­sted. – To w ich stylu, takie ukrad­kowe pocią­ga­nie za sznurki!

– My też nie pozo­sta­jemy bierni – zauwa­żył Glokta takim tonem, że pod cięż­kim od sza­me­runku mun­du­rem wszyst­kie wło­ski na ciele Orso sta­nęły dęba. – Moi naj­lepsi ludzie nie­ustan­nie pra­cują nad zagwa­ran­to­wa­niem nam lojal­no­ści Zachod­niego Portu.

– Przy­naj­mniej na pół­nocy panuje spo­kój – wtrą­cił Orso, roz­pacz­li­wie złak­niony odro­biny opty­mi­zmu.

– Taaak… – Naj­wyż­szy kon­sul jed­nym afek­to­wa­nym odę­ciem warg roz­wiał jego nadzieje. – Poli­tyka wobec Pół­nocy to istny tygiel, zresztą nie od dziś. Wil­czarz się posta­rzał. Pod­upadł na zdro­wiu. Nikt nie potrafi prze­wi­dzieć, jaki los czeka Pro­tek­to­rat po jego śmierci. Lord guber­na­tor Brock zdo­łał, zdaje się, wykuć silną więź łączącą go z nowym Kró­lem Pół­noc­nych, Sto­urem Zmierz­chu­nem…

– To na pewno dobrze wróży – wtrą­cił Orso.

Sie­dzący przy stole wymie­nili pełne powąt­pie­wa­nia spoj­rze­nia.

– Przy­naj­mniej dopóki ta więź nie sta­nie się… zbyt silna – zauwa­żył Glokta.

– Młody lord guber­na­tor jest bar­dzo popu­larny – przy­znał Goro­dets.

– Popu­larny. – Naj­wyż­szy sędzia zacmo­kał. – Niech go szlag.

– Przy­stoj­niak z niego – powie­dział Brint. – I zasłu­że­nie cie­szy się opi­nią nie­złego wojow­nika.

– Popar­cie Anglandu, Stour jako sojusz­nik… Może być groźny.

Ruck­sted uniósł krza­cza­ste brwi bar­dzo, bar­dzo wysoko.

– Nie zapo­mi­najmy, że jego dzia­dek był nie­sław­nym zdrajcą!

– Nie zga­dzam się na to, by kogo­kol­wiek potę­piać za czyny jego przod­ków! – pod­niósł głos Orso, któ­rego dziad­ko­wie cie­szyli się wąt­pliwą repu­ta­cją, oględ­nie mówiąc. – Leo dan Brock zary­zy­ko­wał życie, gdy w moim imie­niu sta­nął do poje­dynku!

– Zada­nie Zamknię­tej Rady – przy­po­mniał Glokta – polega na prze­wi­dy­wa­niu zagro­żeń dla Waszej Wyso­ko­ści, zanim staną się zagro­że­niami.

– Bo potem może być za późno – zauwa­żył przy­tom­nie Bayaz.

– Ludzie są wciąż zagu­bieni po śmierci ojca Waszej Wyso­ko­ści – powie­dział Goro­dets. – Zmarł tak młodo. Tak nie­ocze­ki­wa­nie.

– Młodo. Nie­ocze­ki­wa­nie.

– Wasza Wyso­kość zaś jest…

– Powszech­nie pogar­dzany? – pod­su­nął Orso.

– Nie­spraw­dzony. – Goro­dets uśmiech­nął się pobłaż­li­wie. – A w takich cza­sach ludzie pra­gną sta­bi­li­za­cji.

– Otóż to – poparł go lord Hoff. – Nie­wąt­pli­wie zna­ko­mi­tym posu­nię­ciem ze strony Waszej Wyso­ko­ści byłoby… – Odchrząk­nął. – Mał­żeń­stwo.

Orso zamknął oczy i przy­ci­snął powieki kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

– Czy to naprawdę konieczne?

Mał­żeń­stwo było ostat­nią rze­czą, o jakiej miał teraz ochotę roz­ma­wiać. W szu­fla­dzie noc­nej szafki na­dal trzy­mał liścik od Savine, co wie­czór patrzył na te okrutne słowa i odczy­ty­wał je na nowo, jakby sku­bał strup na świe­żej ranie: Moja odpo­wiedź musi być odmowna. Pro­szę, żebyś się wię­cej ze mną nie kon­tak­to­wał. Ni­gdy wię­cej.

Hoff znowu odkaszl­nął.

– Pozy­cja nowego króla zawsze jest tro­chę nie­pewna.

– A króla pozba­wio­nego następcy? – dodał Glokta. – W dwój­na­sób.

– Nie­wy­ja­śniona kwe­stia suk­ce­sji jest źró­dłem kło­po­tli­wego wra­że­nia tym­cza­so­wo­ści – zauwa­żył Mat­strin­ger.

– Może z pomocą matki Waszej Wyso­ko­ści mógł­bym spo­rzą­dzić listę panien do wzię­cia, dobrych par­tii, zarówno w kraju, jak i za gra­nicą? – Hoff trzeci raz odchrząk­nął. – To zna­czy… nową listę.

– Ależ oczy­wi­ście, zrób tak – burk­nął Orso, wyma­wia­jąc każde słowo z osobna z bez­li­to­sną pre­cy­zją.

– Jest jesz­cze Fedor – wymam­ro­tał naj­wyż­szy sędzia. – Dan Wet­ter­lant.

Per­ma­nentny gry­mas na twa­rzy Glokty dodat­kowo się pogłę­bił.

– Nie zamie­rza­łem zaprzą­tać tą sprawą uwagi Jego Wyso­ko­ści – odparł.

– Już została zaprząt­nięta – wark­nął Orso. – Fedor dan Wet­ter­lant… Czy ja z nim kie­dyś nie gry­wa­łem w karty?

– Miesz­kał w Adui do czasu odzie­dzi­cze­nia rodo­wej posia­dło­ści. Miał repu­ta­cję…

– Nie­wiele lep­szą niż moja? – pod­su­nął Orso.

Przy­po­mi­nał sobie Fedora: miękka twarz, harde oczy, za czę­sto się uśmie­chał. Zupeł­nie jak lord Hoff, który wła­śnie w tej chwili wykrzy­wiał twarz w skraj­nie słu­żal­czym gry­ma­sie.

– Fatalną – powie­dział. – Tak wła­śnie zamie­rza­łem powie­dzieć, Wasza Wyso­kość: miał fatalną repu­ta­cję. Został oskar­żony o poważne prze­stęp­stwa.

– Zgwał­cił praczkę – wyja­śnił Glokta. – Poma­gał mu w tym jego ogrod­nik. Kiedy jej mąż zaczął się doma­gać spra­wie­dli­wo­ści, Wet­ter­lant go zamor­do­wał, rów­nież z pomocą ogrod­nika, tyle że w karcz­mie, na oczach sie­dem­na­stu świad­ków. – Bez­na­miętny ton zgrzy­tli­wego głosu arcy­lek­tora przy­pra­wiał Orso o mdło­ści. – A potem się napił, jakby ni­gdy nic. Ogrod­nik mu pole­wał, zdaje się.

– Wiel­kie nieba… – mruk­nął Orso.

– To tylko zarzuty – przy­po­mniał Mat­strin­ger.

– Sam Wet­ter­lant im nie zaprze­cza – zauwa­żył Glokta.

– Ale jego matka już tak – pod­kre­ślił Goro­dets.

Odpo­wie­działy mu liczne jęki.

– Lady Wet­ter­lant! Na miłość losu, co za jędza!

– Bez­względ­nie. Megiera.

– Powiem tak: nie prze­pa­dam za wie­sza­niem – odparł Orso – ale widzia­łem, jak ludzie tra­fiali na szu­bie­nicę za mniej­sze prze­winy.

– Ogrod­nika już powie­szono – poin­for­mo­wał go Glokta.

– Szkoda. – Głos Brinta ocie­kał iro­nią. – Sądząc po tych opo­wie­ściach, uro­czy był z niego facet.

– Wet­ter­lant chce sta­nąć przed sądem kró­lew­skim – dodał Bruc­kel.

– To żąda­nie jego matki!

– A ponie­waż zasiada w Otwar­tej Radzie…

– Tylko teo­re­tycz­nie, jego tyłek nie tknął tam­tej­szych ławek.

– …ma prawo być osą­dzony przez rów­nych sobie, z Waszą Wyso­ko­ścią w roli prze­wod­ni­czą­cego sądu. Nie możemy mu odmó­wić.

– Możemy nato­miast prze­wle­kać postę­po­wa­nie – zauwa­żył Glokta. – Otwarta Rada ma swoje wady, ale jeśli cho­dzi o opóź­nia­nie spraw, nie ma sobie rów­nych.

– Odwlec. Prze­cią­gnąć. Odro­czyć. Mogę go omo­tać. Pro­ce­du­rami. For­mal­no­ściami. Aż umrze w wię­zie­niu. – Naj­wyż­szy sędzia uśmiech­nął się, jakby to wła­śnie było naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

– Czyli co, odmó­wimy mu roz­prawy i już? – zapy­tał Orso, cho­ciaż taka per­spek­tywa napa­wała go obrzy­dze­niem nie­wiele mniej­szym niż zbrod­nia, któ­rej miała doty­czyć.

– Oczy­wi­ście, że nie – odparł Bruc­kel.

– Abso­lut­nie nie – zawtó­ro­wał mu Goro­dets. – Niczego mu nie odmó­wimy.

– Po pro­stu niczego mu nie damy – wyja­śnił Glokta.

Ruck­sted poki­wał głową.

– Nie uwa­żam, żeby zasrany Fedor dan Wet­ter­lant albo jego prze­klęta matka mieli prawo przy­sta­wiać pań­stwu nóż do gar­dła tylko dla­tego, że on nie potrafi nad sobą zapa­no­wać.

– A skoro już koniecz­nie chciał stra­cić pano­wa­nie nad sobą, to mógł lepiej wybrać moment i nie robić tego na oczach sie­dem­na­stu świad­ków.

Uwaga Goro­detsa została skwi­to­wana spo­ra­dycz­nymi chi­cho­tami.

– Czyli nie prze­szka­dza nam, że zgwał­cił i zabił, tylko że dał się na tym nakryć, tak? – upew­nił się Orso.

Hoff powiódł wzro­kiem po innych rad­nych, jakby cie­kaw, czy ktoś się sprze­ciwi.

– No cóż…

– Dla­czego nie miał­bym wysłu­chać zain­te­re­so­wa­nych stron i roz­są­dzić sprawy na pod­sta­wie fak­tów, w taki czy inny spo­sób?

Twarz Glokty wykrzy­wiła się jesz­cze moc­niej niż dotych­czas.

– Jaki­kol­wiek wyrok posta­nowi Wasza Wyso­kość wydać, będzie on postrze­gany jako stron­ni­czy – wyja­śnił. Ota­cza­jący go starcy kiwali gło­wami, pochrzą­ki­wali, robili zbo­lałe miny i wier­cili się na nie­wy­god­nych krze­słach. – Unie­win­nie­nie Wet­ter­lanta zosta­nie uznane za prze­jaw kote­ryj­no­ści i nepo­ty­zmu i wzmocni pozy­cję zdraj­ców takich jak Destruk­to­rzy, któ­rzy pod­bu­rzą lud prze­ciw Waszej Wyso­ko­ści.

– Nato­miast ska­za­nie Wet­ter­lanta… – Goro­dets z nie­szczę­śli­wym wyra­zem twa­rzy skub­nął brodę. Pomruki innych zebra­nych dowo­dziły przej­mu­ją­cej ich zgrozy. – Ary­sto­kra­cja uzna to za afront, atak, zdradę. Wyrok ska­zu­jący doda skrzy­deł prze­ciw­ni­kom Waszej Wyso­ko­ści w Otwar­tej Radzie w tych trud­nych cza­sach, gdy zależy nam na bez­pro­ble­mo­wym zapew­nie­niu cią­gło­ści wła­dzy.

Orso jesz­cze raz roz­tarł obo­lałe skro­nie.

– Nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że każda decy­zja, jaką przy­cho­dzi mi pod­jąć w tej sali, spro­wa­dza się do wyboru mię­dzy dwiema rów­nie fatal­nymi ewen­tu­al­no­ściami, przez co naj­lep­szym moż­li­wym wyj­ściem staje się nie­podej­mo­wa­nie żad­nej decy­zji!

– Hmm… – Hoff ponow­nie popa­trzył po zebra­nych.

– Opo­wia­da­nie się przez króla po któ­rej­kol­wiek ze stron zawsze jest złym pomy­słem – powie­dział Pierw­szy Wśród Magów.

Wszy­scy poki­wali z namasz­cze­niem gło­wami, jakby wła­śnie usły­szeli naj­więk­szą mądrość wszech­cza­sów. Aż dziw brał, że nie zerwali się na równe nogi, by zgo­to­wać Bay­azowi owa­cję na sto­jąco. Orso nie miał już cie­nia wąt­pli­wo­ści, przy któ­rym krańcu stołu znaj­duje się rze­czy­wi­sty ośro­dek wła­dzy w kraju. Przy­po­mniał sobie wyraz twa­rzy ojca, gdy Bayaz prze­ma­wiał. Przy­po­mniał sobie malu­jący się na niej strach.

Pod­jął jesz­cze jedną roz­pacz­liwą próbę odgad­nię­cia naj­lep­szego wyj­ścia z sytu­acji.

– Spra­wie­dli­wo­ści powinno stać się zadość, czyż nie? To chyba oczy­wi­ste. Bo ina­czej… ina­czej… to nie będzie żadna spra­wie­dli­wość! Nie mam racji?

Naj­wyż­szy sędzia Bruc­kel obna­żył zęby jakby w gry­ma­sie ogrom­nego bólu.

– Na tak wyso­kim szcze­blu. Takie idee. Stają się… płynne. Wasza Wyso­kość. Spra­wie­dli­wość nie może być twarda. Nie­ugięta. Jak żelazo. Musi być bar­dziej jak… gala­reta. Musi się dosto­so­wać. Do waż­niej­szych spraw.

– Ale prze­cież… prze­cież wła­śnie na tym szcze­blu, naj­wyż­szym, spra­wie­dli­wość powinna być naj­bar­dziej nie­wzru­szona. Musi sta­no­wić moralną opokę! Nie można jej poświę­cać, ot tak sobie, na rzecz… prag­ma­ty­zmu?

Ziry­to­wany Hoff prze­niósł wzrok na prze­ciw­le­gły koniec stołu.

– Lor­dzie Bay­azie, zechciał­byś może…

Pierw­szy Wśród Magów wes­tchnął ciężko, pochy­lił się, oparł sple­cione dło­nie na bla­cie i zmie­rzył Orso prze­cią­głym spoj­rze­niem spod na wpół przy­mknię­tych powiek. To było wes­tchnie­nie zapra­wio­nego w bojach dyrek­tora szkoły, który po raz nie wia­domo który musi wyło­żyć obo­wią­zu­jące w szkole reguły nowemu rocz­ni­kowi tępa­ków.

– Wasza Wyso­kość, naszą rolą tutaj nie jest napra­wia­nie wszyst­kich krzywd tego świata.

Orso wytrzesz­czył oczy.

– A co nią jest, wobec tego?

Bayaz nie uśmiech­nął się ani nie spo­chmur­niał.

– Dopil­no­wa­nie, żeby­śmy na nich sko­rzy­stali.

Daleko od Adui

Supe­rior Lor­sen opu­ścił trzy­many w ręce list i marsz­cząc brwi, spoj­rzał na Vick spo­nad szkieł oku­la­rów. Wyglą­dał na czło­wieka, który dawno się nie uśmie­chał. Może nawet ni­gdy.

– Jego Emi­nen­cja arcy­lek­tor wysta­wił pani zna­ko­mite świa­dec­two. Podobno ode­grała pani klu­czową rolę w stłu­mie­niu powsta­nia w Val­becku. Uważa, że mogę potrze­bo­wać pani pomocy.

Odwró­cił się w stronę Łoja, który stał skrę­po­wany w kącie, i posłał mu takie spoj­rze­nie, jakby sama idea jego pomoc­no­ści była afron­tem dla zdro­wego roz­sądku. Vick wciąż nie bar­dzo wie­działa, dla­czego przy­pro­wa­dziła chło­paka ze sobą. Pew­nie dla­tego, że nie miała nikogo innego.

– Nie cho­dzi o to, supe­rio­rze, że może pan potrze­bo­wać mojej pomocy – odparła, pomna faktu, że żaden niedź­wiedź, bor­suk ani szer­szeń zawzię­to­ścią w obro­nie swo­jego tery­to­rium nie dorów­nuje supe­rio­rowi inkwi­zy­cji. – Nie muszę jed­nak tłu­ma­czyć panu, jak wiel­kie szkody finan­sowe, poli­tyczne i dyplo­ma­tyczne ponio­słaby Unia, gdyby Zachodni Port opo­wie­dział się za sece­sją.

– Nie – odparł oschle Lor­sen. – Nie musi pani.

Jako supe­rior Zachod­niego Portu byłby bez­ro­botny.

– Dla­tego wła­śnie Jego Emi­nen­cja uznał, że moja pomoc może się panu przy­dać.

Lor­sen odło­żył list, popra­wił jego uło­że­nie na biurku i wstał.

– Pro­szę wyba­czyć mi moje powąt­pie­wa­nie, inkwi­zy­torko, ale ope­ra­cja chi­rur­giczna na poli­tyce jed­nego z naj­więk­szych miast świata to jed­nak nie to samo, co zdła­wie­nie strajku.

Otwo­rzył drzwi pro­wa­dzące na bal­kon zawie­szony wysoko nad pod­łogą wiel­kiej sali.

– Zagro­że­nia są poważ­niej­sze, a łapówki oka­zal­sze – zgo­dziła się z nim Vick, gdy razem wyszli na bal­kon. Łój, szu­ra­jąc sto­pami, ruszył za nimi. – Z pew­no­ścią nie bra­kuje jed­nak podo­bieństw.

– W takim razie przed­sta­wiam pani naszych har­dych robot­ni­ków: oto depu­to­wani z Zachod­niego Portu.

Lor­sen pod­szedł do balu­strady i wska­zał w dół.

A tam, na zdo­bio­nej geo­me­trycz­nymi wzo­rami z pół­sz­la­chet­nych kamieni posadzce prze­past­nej Sali Zgro­ma­dze­nia Zachod­niego Portu, przy­wódcy mia­sta pro­wa­dzili arcy­ważną dys­putę o wystą­pie­niu z Unii. Nie­któ­rzy na sto­jąco wygra­żali komuś pię­ściami i trzy­ma­nymi w rękach doku­men­tami. Inni sie­dzieli, łapali się za głowę i posęp­nym wzro­kiem śle­dzili roz­wój wypad­ków. Jesz­cze inni prze­krzy­ki­wali się nawza­jem w co naj­mniej pię­ciu róż­nych języ­kach; dźwięczne echo unie­moż­li­wiało choćby roz­po­zna­nie mów­ców, nie mówiąc już o zro­zu­mie­niu tre­ści ich wystą­pień. Inni pół­gło­sem poro­zu­mie­wali się z kole­gami albo zie­wali, prze­cią­gali się, dra­pali i gapili w prze­strzeń. W kącie pię­ciu lub sze­ściu depu­to­wa­nych zebrało się przy her­batce. Ludzie wszel­kich roz­mia­rów, kształ­tów i kolo­rów, prze­krój nie­przy­tom­nie róż­no­rod­nej popu­la­cji mia­sta nazy­wa­nego Skrzy­żo­wa­niem Świata, które zaj­mo­wało wąski skra­wek wysu­szo­nej ziemi wci­śnięty pomię­dzy Sty­rię i Połu­dnie, pomię­dzy Unię i Tysiąc Wysp.

– Według naj­now­szej rachuby jest ich łącz­nie dwu­stu trzy­na­stu i każdy ma prawo głosu. – Ostat­nie słowa Lor­sen wypo­wie­dział z wyraź­nym nie­sma­kiem. – Miesz­kańcy Zachod­niego Portu słyną na całym świe­cie ze swo­jego talentu do kłótni, a tutaj ich naj­nie­złom­niejsi dys­ku­tanci prze­rzu­cają się naj­bar­dziej nie­od­par­tymi argu­men­tami. – Mru­żąc oczy, spoj­rzał na zegar zawie­szony przy prze­ciw­le­głym krańcu bal­konu. – Dzi­siaj trwa to już siódmą godzinę.

Vick wcale nie była tym zasko­czona. Powie­trze kle­iło się od mar­no­wa­nego przez mów­ców tchu. Zachodni Port był dla niej zbyt cie­pły nawet teraz, wio­sną, ale podobno latem po szcze­gól­nie inten­syw­nych sesjach w Sali Zgro­ma­dze­nia spa­dał deszcz, mżawka skro­plin napu­szo­nego języka roz­ju­szo­nych depu­to­wa­nych.

– Wygląda na to, że nie­któ­rzy nie są skłonni do zmiany poglą­dów.

– Takich nie­złom­nych i tak jest zbyt mało. Trzy­dzie­ści lat temu, po tym, jak pobi­li­śmy Gur­khul­czy­ków, nie zna­la­złoby się tu choćby pię­ciu zwo­len­ni­ków sece­sji, ale ostat­nio frak­cja sty­ryj­ska uro­sła w siłę. Wojny. Długi. Powsta­nie w Val­becku. Śmierć króla Jezala, któ­rego syn nie jest w dodatku trak­to­wany zbyt poważ­nie na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Mówiąc wprost…

– Nasz pre­stiż poszedł w dia­bły – dokoń­czyła Vick.

– Przy­sta­li­śmy do Unii ze względu na jej potęgę mili­tarną! – Czyjś naprawdę potężny głos w końcu wzniósł się ponad ogólną wrzawę. Jego wła­ści­ciel, krzepki, ciem­no­skóry i ogo­lony na łyso, gesty­ku­lo­wał przy tym z nie­spo­dzie­waną deli­kat­no­ścią. – Kiedy cesar­stwo gur­khul­skie zagra­żało nam od połu­dnia, potrze­bo­wa­li­śmy sil­nego sojusz­nika, by je odstra­szyć. Ale za przy­na­leż­ność do Unii przy­szło nam słono zapła­cić: całe tony skar­bów, a cena cały czas rośnie!

Echo przy­nio­sło nara­sta­jący pomruk na wyso­kość bal­konu.

– Co to za krzy­kacz? – zain­te­re­so­wała się Vick.

– Solu­meo Shu­dra – odparł skwa­szony Lor­sen. – Przy­wódca frak­cji pro­sty­ryj­skiej i potężny wrzód na mojej dupie. Pół Sipani, pół Kadir­czyk: ide­alny sym­bol tego kul­tu­ro­wego tygla.

Oczy­wi­ście Vick wszystko to wie­działa już wcze­śniej, zawsze sta­rała się być jak naj­le­piej przy­go­to­wana do każ­dej nowej misji, ale w miarę moż­li­wo­ści wolała zacho­wy­wać swoją wie­dzę dla sie­bie. Niech inni mają się za wiel­kich spe­cja­li­stów.

– Przez te czter­dzie­ści lat, odkąd przy­stą­pi­li­śmy do Unii, świat zmie­nił się nie do pozna­nia! – grzmiał tym­cza­sem Shu­dra. – Cesar­stwo gur­khul­skie legło w gru­zach, pod­czas gdy Sty­ria prze­obra­ziła się ze zlepka woju­ją­cych miast-państw w silny, zjed­no­czony kraj pod rzą­dami sil­nego króla. Poko­nała Unię nie w jed­nej, nie w dwóch, lecz aż w trzech woj­nach! Woj­nach, do któ­rych pchnęły Unię próż­ność i wybu­jałe ambi­cje kró­lo­wej Terez. Woj­nach, za które słono zapła­ci­li­śmy sre­brem i krwią.

– Ma gadane – zauwa­żył pół­gło­sem Łój.

– To prawda – przy­tak­nęła Vick. – Jak go słu­cham, to sama pra­wie mam ochotę dołą­czyć do Sty­rii.

– Unia to potęga chy­ląca się ku upad­kowi! – cią­gnął Shu­dra. – Sty­ria zaś jest naszym natu­ral­nym sojusz­ni­kiem. Diu­szesa Monz­carro Mur­catto wyciąga do nas przy­ja­zną dłoń. Powin­ni­śmy ją przy­jąć, póki możemy. Przy­ja­ciele, ape­luję do was: gło­suj­cie razem ze mną za wystą­pie­niem z Unii!

Bucze­nie było gło­śne, ale wiwaty gło­śniej­sze. Zde­gu­sto­wany Lor­sen pokrę­cił głową.

– W Adui mogli­by­śmy tam wkro­czyć, zwlec go z krze­sła, wycią­gnąć z niego zezna­nie i przy następ­nym odpły­wie ode­słać do Anglandu.

– Ale jeste­śmy daleko od Adui – mruk­nęła Vick.

– Każda ze stron nie­po­koi się, że otwarta demon­stra­cja siły obróci prze­ciw niej więk­szość depu­to­wa­nych, ale w miarę zbli­ża­nia się gło­so­wa­nia sytu­acja będzie się zmie­niać. Zwo­len­nicy i prze­ciwnicy sece­sji oko­pują się na swo­ich pozy­cjach, miej­sca w środku zostaje coraz mniej. Shylo Vitari, Mini­ster Szep­tów w służ­bie Mur­catto, pro­wa­dzi sze­roko zakro­joną kam­pa­nię gróźb, korup­cji, szan­tażu i przy­musu. Dru­ko­wane ulotki fruną z dachów, a malo­wane slo­gany poja­wiają się na murach tak szybko, że nie nadą­żamy z ich zama­zy­wa­niem.

– Sły­sza­łam, że Casa­mir dan Shenkt przy­był do Zachod­niego Portu. Ponoć Mur­catto płaci mu sto tysięcy za prze­chy­le­nie szali na jej korzyść. Cel ma uświę­cać środki.

– Ja rów­nież sły­sza­łem… te pogło­ski.

Vick odnio­sła wra­że­nie, że Lor­sen sły­szał dokład­nie te same plotki co ona, szep­tane bez tchu i obfi­tu­jące w dra­styczne szcze­góły: że talenty Shenkta wykra­czają poza umie­jęt­no­ści zwy­kłego śmier­tel­nika i zaha­czają o magię; że jest cza­row­ni­kiem, który ścią­gnął na sie­bie potę­pie­nie, żywiąc się ludz­kim mię­sem. W Zachod­nim Por­cie, gdzie wezwa­nia do modłów co godzinę nio­sły się nad mia­stem, a na każ­dym rogu jakiś tani pro­rok wygła­szał swoje kaza­nia, takich pomy­słów nie dawało się łatwo zbyć mach­nię­ciem ręki.

– Poży­czyć pani kilku prak­ty­ków? – Lor­sen zer­k­nął z ukosa na Łoja. Prawdę powie­dziaw­szy, chło­pak wyglą­dał, jakby mógł się zło­żyć wpół pod sil­niej­szym podmu­chem wia­tru, nie mówiąc o sta­wie­niu czoła magowi-ludo­żercy. – Jeżeli naj­słyn­niej­szy sty­ryj­ski zabójca rze­czy­wi­ście gra­suje w naszym mie­ście, dodat­kowa ochrona może się pani przy­dać.

– Zbrojna eskorta mogłaby być myląca. – W dodatku i tak by się na nic nie zdała, gdyby plotki miały się potwier­dzić. – Mam prze­ko­ny­wać, nie zastra­szać. Po to mnie przy­słano.

– Naprawdę? – Lor­sen nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

– Tak to ma wyglą­dać.

– Nie­wcze­sna śmierć wysłan­niczki Jego Emi­nen­cji wyglą­da­łaby fatal­nie.

– Nie śpie­szy mi się do grobu, zapew­niam pana.

– Mało komu się śpie­szy, a mimo to zie­mia w końcu połyka nas wszyst­kich.

– Co pan zamie­rza, supe­rio­rze?

– Mam huk roboty z ochroną naszych depu­to­wa­nych – odparł z cięż­kim wes­tchnie­niem Lor­sen. – Do wybo­rów zostało dzie­więt­na­ście dni, nie możemy sobie pozwo­lić na stratę choćby jed­nego głosu.

– Zatem warto byłoby odjąć głosy prze­ciw­ni­kom.

– Byle sub­tel­nie. Jeżeli poja­wią się trupy, nastroje anty­unijne z pew­no­ścią się nasilą. Obecny stan rów­no­wagi jest nad­zwy­czaj deli­katny. – Lor­sen zaci­snął dło­nie na porę­czy. Nie­zmor­do­wany Solu­meo Shu­dra cały czas dono­śnym gło­sem zachwa­lał sty­ryj­ską pro­po­zy­cję soju­szu. – Shu­dra ma dar prze­ko­ny­wa­nia. Ludzie go uwiel­biają. Ostrze­gam panią, inkwi­zy­torko: radzę nie brać go na cel.

– Bez urazy, supe­rio­rze, ale arcy­lek­tor przy­słał mnie tutaj, bym robiła rze­czy, któ­rych pan robić nie może. Pod­le­gam wyłącz­nie jego roz­ka­zom.

Lor­sen zmie­rzył Vick prze­cią­głym, lodo­wa­tym spoj­rze­niem. Być może ten wzrok mro­ził krew w żyłach ludziom nawy­kłym do cie­płego kli­matu Zachod­niego Portu, ale Vick haro­wała kie­dyś w zale­wa­nej wodą kopalni w samym środku anglandz­kiej zimy i byle co nie przy­pra­wiało jej o dreszcz.

– Wobec tego – wyce­dził Lor­sen – pro­szę panią, żeby pani tego nie robiła.

Shu­dra zakoń­czył wła­śnie swój hała­śliwy wywód przy wtó­rze ogłu­sza­ją­cego aplauzu zwo­len­ni­ków i nie mniej gło­śnych wyra­zów dez­apro­baty ze strony prze­ciw­nej. Słu­cha­cze wygra­żali sobie pię­ściami, rzu­cali papie­rami, mio­tali obe­lgi. Jesz­cze dzie­więt­na­ście dni tego przed­sta­wie­nia z udzia­łem pocią­ga­ją­cej za sznurki Shylo Vitari. Kto wie, jaki będzie osta­teczny wynik?

– Jego Emi­nen­cja chce, żeby Zachodni Port pozo­stał w Unii. Mam tego dopil­no­wać. – Vick ruszyła do drzwi. Łój dep­tał jej po pię­tach. – Za wszelką cenę.

Morze kło­po­tów

– Witam wszyst­kich po raz pięt­na­sty na odby­wa­ją­cym się co pół roku spo­tka­niu Adu­eń­skiego Towa­rzy­stwa Sło­necz­nego!

Curns­bick (który wyglą­dał olśnie­wa­jąco w kami­zelce hafto­wa­nej w srebrne kwiaty) uniósł wiel­gachne dło­nie, pro­sząc o ciszę, cho­ciaż wiwaty i tak były raczej skromne. Nie­gdyś od entu­zja­zmu publiki dach teatru pra­wie fru­wał w powie­trzu. Savine dobrze pamię­tała tamte chwile.

– Dzię­kuję w tym miej­scu naszym sza­cow­nym mece­na­som: lady Ardee i jej córce Savine dan Glok­cie.

Tra­dy­cyj­nie teatral­nym, zama­szy­stym gestem wska­zał lożę, w któ­rej sie­działa Savine. Aplauz był jesz­cze wątlej­szy niż przed chwilą. Czyżby z dołu dole­ciały pierw­sze zna­czące szepty?

„Nie jest już taka jak daw­niej, rozu­miesz. Nie jest nawet w poło­wie taka jak daw­niej…”.

– Nie­wdzięczne dra­nie – wyce­dziła z twa­rzą stę­żałą w uśmie­chu. Czy naprawdę zale­d­wie parę mie­sięcy wcze­śniej ci sami ludzie robili w gacie na dźwięk jej nazwi­ska?

– Mógł­bym stwier­dzić, że za nami ciężki rok… – Curns­bick spoj­rzał w notatki i zasę­pił się, jakby sta­no­wiły przy­krą lek­turę. – Ale byłoby to grube nie­do­po­wie­dze­nie, zwa­żyw­szy na to, z jakimi pro­ble­mami przy­szło nam się zma­gać.

– Co racja, to racja, do kurwy nędzy.

Savine schro­niła się za wachla­rzem, by wcią­gnąć szczyptę per­ło­wego proszku. Odro­binę, ot, żeby wydo­być się z bagna. Zejść z mie­li­zny. Znowu zła­pać wiatr w żagle.

– Wojna na pół­nocy. Cią­głe kło­poty ze Sty­rią. Do tego śmierć Jego Wyso­ko­ści króla Jezala Pierw­szego. Zmarł tak młodo, tak wcze­śnie odszedł z tego świata… – Głos Curns­bicka zaczął się leciutko łamać. – Wielka rodzina, jaką jest nasz naród, stra­ciła ojca.

Savine wzdry­gnęła się na dźwięk tego ostat­niego słowa, zmu­szona dys­kret­nie otrzeć oko koniusz­kiem małego palca, cho­ciaż roniła łzy raczej nad sobą i swo­imi przej­ściami niż nad ojcem, któ­rego prak­tycz­nie nie znała i z całą pew­no­ścią nie darzyła sza­cun­kiem. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku zawsze opła­ku­jemy samych sie­bie.

– A potem straszne wypadki w Val­becku. – Po teatrze roz­szedł się smętny pomruk i szmer, gdy wszy­scy krę­cili gło­wami. – Utra­cone aktywa. Pole­gli przy­ja­ciele. Manu­fak­tury, które zadzi­wiały cały świat, w ruinie. – Curns­bick ude­rzył dło­nią w pul­pit. – Ale z popio­łów już rodzi się nowy prze­mysł! Na gru­zach slum­sów wyra­stają nowo­cze­sne domy i nowe, więk­sze fabryki, wypo­sa­żone w wydaj­niej­sze maszyny obsłu­gi­wane przez bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­nych robot­ni­ków!

Savine sta­rała się nie myśleć o dzie­ciach zatrud­nio­nych w jej fabryce w Val­becku, zanim ta ule­gła znisz­cze­niu. Małe pry­cze upchane wśród maszy­ne­rii. Dła­wiący gorąc. Ogłu­sza­jący zgiełk. Duszący pył. Ale jakie one były prze­ra­ża­jąco zdy­scy­pli­no­wane… jakie okrut­nie wydajne.

– Kry­zys zachwiał ryn­kiem – lamen­to­wał dalej Curns­bick – inwe­sto­rzy się wahają, lecz z cha­osu mogą się naro­dzić nowe spo­sob­no­ści. – Jesz­cze raz grzmot­nął w pul­pit. – Nie tylko mogą, ale wręcz muszą! Jego Wyso­kość król Orso popro­wa­dzi nas w nową epokę. Postęp musi trwać! Nie dopu­ścimy, by cokol­wiek go powstrzy­mało! Dla dobra wszyst­kich my, zrze­szeni w Towa­rzy­stwie Sło­necz­nym, będziemy tru­dzić się nie­zmor­do­wa­nie, by wydo­być Unię z grobu nie­wie­dzy na zalane słoń­cem rów­niny oświe­ce­nia!

Tym razem okla­ski trwały długo. Nie­któ­rzy słu­cha­cze zerwali się na równe nogi.

– Tak jest! – ryk­nął ktoś. – Dobrze mówi!

– Postęp! – wypa­lił ktoś inny.

– Prze­mowa inspi­ru­jąca jak naj­lep­sze kaza­nia w wiel­kiej świą­tyni w Shaf­fie – mruk­nęła Zuri.

– Gdy­bym go nie znała – odparła Savine – pomy­śla­ła­bym, że też coś wcią­gnął dla kurażu.

Pod osłoną wachla­rza przy­jęła kolejną dawkę proszku, tylko jedną, ostat­nią, żeby być gotową do walki.

Pod żyran­do­lami w foyer bata­lia roz­go­rzała na dobre – uczest­ni­ków było mniej niż na poprzed­nich zebra­niach, zda­wali się też bar­dziej ocię­żali, ale w rze­czy­wi­sto­ści było w nich wię­cej zacie­kło­ści: bar­dziej wygłod­niałe psy, któ­rym przy­szło roz­szar­py­wać skrom­niej­szą niż daw­niej zdo­bycz.

Ścisk w holu przy­po­mniał jej tłumy gro­ma­dzące się w Val­becku, gdy Destruk­to­rzy roz­pro­wa­dzali jedze­nie w slum­sach. Ci tutaj nosili wpraw­dzie jedwa­bie zamiast łach­ma­nów, pach­nieli per­fu­mami zamiast zjeł­cza­łego potu, a zagra­żała im co naj­wy­żej ruina finan­sowa zamiast prze­mocy fizycz­nej, ale ich łap­czy­wość i gwał­tow­ność były bar­dzo podobne.

„Tylko spo­koj­nie” – poru­szyła bez­gło­śnie ustami. Spró­bo­wała roz­luź­nić ramiona, żeby ręce jej się nie trzę­sły, ale natych­miast stra­ciła cier­pli­wość i tylko bar­dziej się spięła. „Spo­koj­nie, spo­koj­nie, spo­koj­nie”.

Z tru­dem przy­wo­łała uśmiech na twarz, z trza­skiem roz­ło­żyła wachlarz i – z Zuri u boku – wbiła się w ciżbę. Nie przy­wy­kła do tak har­dych spoj­rzeń – jakby ludzie raczej tak­so­wali ją badaw­czym wzro­kiem, niż po pro­stu podzi­wiali, patrzyli raczej ze wzgardą niż z zazdro­ścią. Kie­dyś tło­czyli się wokół niej jak świ­nie przy jedy­nym kory­cie na gum­nie, dziś naja­trak­cyj­niej­sze kąski znaj­do­wały się gdzie indziej. Led­wie widziała Selest dan Heu­gen, oto­czoną wia­nusz­kiem dopo­mi­na­ją­cych się o jej uwagę admi­ra­to­rów: ot, bły­snęła w tłu­mie ta jej ruda peruka, roz­legł się ten odra­ża­jący, krzy­kliwy, prze­sa­dzony śmiech, który inne kobiety uczyły się naśla­do­wać.

– Na miłość losu, jak ja tej baby nie­na­wi­dzę! – mruk­nęła.

– To dla niej naj­więk­szy kom­ple­ment z two­jej strony. – Zuri posłała jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie znad książki. – Obda­rza­jąc coś nie­na­wi­ścią, potwier­dzamy istot­ność tego cze­goś.

Miała oczy­wi­ście rację, jak zawsze. Odkąd Selest zain­we­sto­wała w przed­się­wzię­cie Kaspara dan Arin­horma – przy­jąw­szy pro­po­zy­cję, którą Savine jed­no­znacz­nie odrzu­ciła – odno­siła suk­ces za suk­cesem. Inwe­sty­cja Savine w anglandz­kie kopal­nie mocno ucier­piała, gdy Arin­horm zaczął insta­lo­wać swoje nowe pompy w całej pro­win­cji.

A nie było to jej jedyne roz­cza­ro­wa­nie na polu zawo­do­wym w ostat­nim cza­sie. Daw­niej umiała jed­nym uśmie­chem zapew­nić powo­dze­nie wybra­nemu przed­się­wzię­ciu; teraz każde jabłko, w które posta­no­wiła się wgryźć, oka­zy­wało się zgniłe. Nie została cał­kiem sama, co to, to nie, ale jej wachlarz znacz­nie czę­ściej usi­ło­wał przy­wo­ły­wać ado­ra­to­rów niż ich spła­wić.

Była zmu­szona poroz­ma­wiać ze sta­rym Ricar­tem dan Sle­ishol­tem, który snuł jakieś chore wizje pozy­ska­nia ener­gii poprzez zata­mo­wa­nie Bia­łej Strugi. Od razu było po nim widać, że jest życio­wym nie­udacz­ni­kiem, ramiona mary­narki miał obfi­cie opró­szone łupie­żem, a Savine musiała spra­wiać wra­że­nie, że jest bar­dzo zajęta. Sle­isholt gadał więc i gadał, a ona pró­bo­wała odsiać z dobie­ga­ją­cych ją zewsząd roz­mów oka­zję do zro­bie­nia inte­resu. Czuła się tro­chę jak poszu­ki­wacz złota cedzący na sicie wodę z lodo­wa­tych stru­mieni Dale­kiej Kra­iny.

– …zastawę, ozdobne dra­pe­rie i zegary. Ludzie mają pie­nią­dze i chcą za nie dostać…

– …podobno Valint i Balk upo­mnieli się o spłatę kre­dy­tów. Bogacz z rana, żebrak wie­czo­rem. Poucza­jąca lek­cja dla nas wszyst­kich…

– …nie­ru­cho­mo­ści w Val­becku. Nie uwie­rzył­byś, ile można zaro­bić na tam­tej­szych pusto­sta­nach. To zna­czy… nie do końca pusto­sta­nach, ale tych szu­mo­win łatwo się pozbyć…

– …nie spo­sób prze­wi­dzieć, co zade­cy­duje Zamknięta Rada w kwe­stii podat­ków. W finan­sach pań­stwa zieje potężna dziura, wła­ści­wie cały skar­biec jest jedną wielką dziurą…

– …zapo­wie­dzia­łem im, że jeśli nie wezmą się do pracy, to spro­wa­dzę na ich miej­sce brą­zo­wo­skó­rych skur­czy­by­ków, któ­rzy zro­bią to za nich. W końcu grzecz­nie wró­cili do maszyn…

– …ary­sto­kraci się wście­kli, pospól­stwo się wście­kło, kupcy się wście­kli, moja żona wpraw­dzie jesz­cze się nie wście­kła, ale jej nie­wiele trzeba…

– Rozu­miesz zatem, pani – to Sle­isholt zbli­żał się do wiel­kiego finału – że dopóki Biała Struga pozo­staje nie­ujarz­miona niczym rumak bez uzdy…

– Za pozwo­le­niem! – Curns­bick ujął Savine pod łokieć i zręcz­nie odcią­gnął ją na bok.

– Nie­ujarz­miona, lady Savine! – zawo­łał za nią Sle­isholt. – Chęt­nie prze­dys­ku­tuję tę sprawę w szcze­gó­łach w dogod­nym dla pani ter­mi­nie!

I zgiął się wpół w napa­dzie kaszlu, który uto­nął w gwa­rze roz­mów.

– Niech ci los wyna­gro­dzi, Curns­bick – mruk­nęła Savine. – Myśla­łam, że już ni­gdy się nie uwol­nię od tego sta­rego bła­zna.

– Coś tu masz… – Curns­bick odwró­cił wzrok, przy­ty­ka­jąc palec do nosa w zna­czą­cym geście.

– Oż kurwa…

Savine dała nura pod wachlarz i otarła resztki proszku z obo­la­łych noz­drzy.

Kiedy się wynu­rzyła, Curns­bick przy­glą­dał się jej z tro­ską spod brwi, któ­rych siwi­znę prze­ty­kały poje­dyn­cze, uparte rude wło­ski.

– Zali­czam cię do grona moich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, Savine.

– Nad­zwy­czaj miło z two­jej strony.

– Wiem, że masz szczo­dre serce…

– W takim razie znasz mnie lepiej niż ja sama.

– …i ogrom­nie sza­nuję twój instynkt, nie­ustę­pli­wość, bystry umysł…

– Nie trzeba być geniu­szem, żeby wyczuć, kiedy zbliża się wiel­kie „ale”.

– Mar­twię się o cie­bie. – Curns­bick zni­żył głos. – Doszły mnie plotki, Savine. Nie­po­koję się o… hm… trzeź­wość two­ich sądów.

Skóra pod sukienką nie­przy­jem­nie ją mro­wiła.

– Trzeź­wość moich sądów? – powtó­rzyła szep­tem, z wysił­kiem odsła­nia­jąc w uśmie­chu dodat­kowo po jesz­cze jed­nym zębie z każ­dej strony.

– Ten inte­res w Kel­nie, który wła­śnie się posy­pał… Ostrze­ga­łem cię, że nic z tego nie będzie. Statki tej wiel­ko­ści…

– Na pewno jesteś zachwy­cony, że twoje prze­wi­dy­wa­nia się spraw­dziły.

– Co takiego? W żad­nym razie! Ani tro­chę. Domy­ślam się, że uto­pi­łaś tysiące w finan­so­wa­niu Dywi­zji Następcy Tronu.

Raczej miliony niż tysiące.

– Podobno prace przy budo­wie kanału Korta śli­ma­czą się z powodu two­ich kło­po­tów z robot­ni­kami – mówił dalej Curns­bick.

Nie tyle się śli­ma­czą, ile prak­tycz­nie zamarły.

– Nie jest też tajem­nicą, że w Val­becku ponio­słaś potężne straty…

– Nie masz, kurwa, zie­lo­nego poję­cia, co stra­ci­łam w Val­becku! – Zasko­czony Curns­bick aż cof­nął się o krok, a Savine zdała sobie sprawę, że wygraża mu trzy­ma­nym w zaci­śnię­tej kur­czowo pię­ści wachla­rzem. – Nie masz poję­cia.

Wstrzą­śnięta odkryła, że w nosie wierci ją od wzbie­ra­ją­cych łez. Musiała kolejny raz roz­ło­żyć wachlarz, by pod jego osłoną otrzeć łzy, nie roz­ma­zu­jąc sobie przy tym pudru.

Trzeź­wość sądów to betka. Była coraz bliż­sza chwili, w któ­rej nie będzie mogła zaufać wła­snym oczom.

A jed­nak kiedy pod­nio­sła wzrok, Curns­bick w ogóle na nią nie patrzył: odwró­cony bokiem spo­glą­dał ponad tłu­mem w stronę wej­ścia.

Oży­wione roz­mowy przy­ci­chły, tłum się roz­stą­pił i w jego śro­dek wszedł młody męż­czy­zna z licz­nym orsza­kiem straż­ni­ków, ofi­ce­rów, asy­sten­tów i pie­cze­nia­rzy. Pia­sko­wej barwy włosy miał sta­ran­nie uło­żone w taki spo­sób, by spra­wiały wra­że­nie nie­ucze­sa­nych. Jego biały mun­dur był obwie­szony meda­lami.

– A niech mnie… – mruk­nął Curns­bick. Ści­snął łokieć Savine. – Toż to król we wła­snej oso­bie!

Bez względu na zalew kry­tyki (obfit­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem, regu­lar­nie publi­ko­wane ulotki nie szczę­dziły czy­tel­ni­kom barw­nych szcze­gó­łów) trzeba było przy­znać, że król Orso pre­zen­tuje się iście po kró­lew­sku. Według Savine bar­dzo przy­po­mi­nał swo­jego ojca.

Ojca nas obojga, popra­wiła się w myślach z nie­sma­kiem.

A Orso się śmiał, ści­skał dło­nie, pokle­py­wał ludzi po ple­cach, żar­to­wał. Tak samo jak Jezal try­skał dobrym humo­rem prze­mie­sza­nym z odro­biną roz­tar­gnie­nia.

– Wasza Wyso­kość – zagul­go­tał przy­po­chleb­nie Curns­bick – opro­mie­nia swoim bla­skiem całe Towa­rzy­stwo Sło­neczne. Oba­wiam się, że roz­po­czę­li­śmy obrady, nie cze­ka­jąc na przy­by­cie Waszej Wyso­ko­ści.

– Bez obaw, panie Curns­bick. – Orso klep­nął go w ramię jak sta­rego, dobrego druha. – Wąt­pię, żebym się wam do cze­goś przy­dał, gdy wda­je­cie się w roz­wa­ża­nia natury tech­nicz­nej.

Wielki machi­neus par­sk­nął wybit­nie mecha­nicz­nym śmie­chem.

– Z pew­no­ścią zna Wasza Wyso­kość naszego mece­nasa, lady Savine dan Gloktę.

Ich oczy spo­tkały się dosłow­nie na moment, ale ten moment wystar­czył.

Savine przy­po­mniała sobie, jak Orso daw­niej na nią patrzył, przy­po­mniała sobie ten figlarny błysk w jego oku, jakby pota­jem­nie brali udział w cudow­nej grze, o któ­rej nikt inny nie wie. To było dawno, zanim odkryła, że mają wspól­nego ojca, kiedy Orso był jesz­cze następcą tronu, a trzeź­wo­ści jej sądów nikt nie poda­wał w wąt­pli­wość. Teraz jego spoj­rze­nie było puste, bez­na­miętne, mar­twe – jak spoj­rze­nie żałob­nika na pogrze­bie obcej mu osoby.

Oświad­czył jej się. Chciał, żeby została jego kró­lową. A ona bar­dzo chciała się zgo­dzić. Kochał ją, a ona kochała jego.

Ich oczy spo­tkały się dosłow­nie na moment, ale ten moment wystar­czył. Dłu­żej by tego nie znio­sła.

Dygnęła naj­ni­żej, jak się dało; żało­wała, że wyka­fel­ko­wana posadzka nie może jej pochło­nąć.

– Wasza Wyso­kość…

– Lady Selest! – usły­szała jego głos. Strze­lił obca­sami, odwra­ca­jąc się od niej. – Zechce mnie pani opro­wa­dzić?

– Będę zaszczy­cona, Wasza Wyso­kość.

Trium­falny śmiech Selest dan Heu­gen spra­wił Savine ból, jakby ktoś nalał jej wrzątku do uszu.

Taka znie­waga nie mogła ujść niczy­jej uwagi. Orso wyrzą­dziłby jej mniej­szą krzywdę, gdyby po pro­stu prze­wró­cił ją na zie­mię i przy­dep­nął jej szyję butem. Wypro­sto­wała się. Wszy­scy wokół szep­tali: oto została wzgar­dzona przez króla na wła­snym przy­ję­ciu.

Z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do pała­ją­cej rumień­cem twa­rzy prze­szła przez tłum do wyj­ścia, skąd, poty­ka­jąc się na scho­dach, zbie­gła na tonącą w pół­mroku zmierz­chu ulicę. Żołą­dek jej się burzył. Szarp­nęła koł­nie­rzyk sukni, ale prę­dzej prze­ry­łaby się paznok­ciami przez wię­zienny mur, niż polu­zo­wała te potrójne szwy.

– Lady Savine? – usły­szała zatro­skany głos Zuri.

Zato­czyła się za róg budynku, w mroczny zaułek, zgięła bez­rad­nie wpół i zwy­mio­to­wała na ścianę. Rzy­ga­nie przy­po­mniało jej Val­beck. Wszystko przy­po­mi­nało jej Val­beck.

Wypro­sto­wała się i wydmuch­nęła parzący śluz z nosa.

– Nawet wła­sny żołą­dek mnie zdra­dza.

Jedno oko Zuri zabły­sło, gdy wąski pro­myk świa­tła padł na jej śniadą twarz.

– Kiedy ostat­nio mia­łaś mie­siączkę? – zapy­tała pół­gło­sem.

Savine przez chwilę stała bez ruchu, dysząc ciężko, chra­pli­wie, po czym wzru­szyła ramio­nami.

– Tuż przed tym, jak Leo dan Brock przy­był do Aduy. Kto by pomy­ślał, że zatę­sk­nię za comie­sięczną tor­turą?

Chra­pliwy, ury­wany oddech powi­nien pew­nie przejść w zdła­wiony szloch, a ona sama powinna paść w ramiona Zuri i wypła­kać całe to wiel­kie nie­szczę­ście, jakim się stała. Curns­bick miał rację, stary dureń: stra­ciła trzeź­wość osądu i takie były skutki.

Zamiast się roz­pła­kać, zaczęła się śmiać.

– No pro­szę, rzy­gam w jakimś zaszcza­nym zaułku, w sukience za pięć­set marek, z bękar­tem w brzu­chu. Ja pier­dolę, jaka ja jestem żało­sna. – Śmiech uwiązł jej w gar­dle. Oparła się o ścianę, ocie­ra­jąc lepki od wymio­cin język o zęby. – Im wyżej się wesp­niesz, tym dłu­żej spa­dasz i tym więk­sze zro­bisz z sie­bie wido­wi­sko przy upadku. To się nazywa dra­mat, co? A widzo­wie nawet nie muszą kupo­wać bile­tów. – Zaci­snęła pię­ści. – Wszyst­kim się wydaje, że już po mnie, ale jeżeli myślą, że pod­dam się bez walki, to się grubo…

Schy­liła się i zwy­mio­to­wała ponow­nie, tym razem wąską strużką żółci. Znów par­sk­nęła śmie­chem wstrzą­sana wymiot­nymi spa­zmami. Wypluła resztkę żółci i otarła usta wierz­chem dłoni w ręka­wiczce. Ręka znów jej się trzę­sła.

– Spo­koj­nie – mruk­nęła. – Uspo­kój się, ty poje­bana suko.

Zuri miała zatro­skaną minę – a ona ni­gdy nie mie­wała zatro­ska­nej miny.

– Popro­szę Rabika, żeby przy­pro­wa­dził powóz. Powin­naś wró­cić do domu.

– Dajże spo­kój, noc jesz­cze młoda.

Savine wyjęła puz­derko z per­ło­wym prosz­kiem. Jesz­cze szczypta, ostat­nia, żeby poko­nać chwi­lowe wyboje i iść dalej.

Wyszła z zaułka.

– Mam ochotę pooglą­dać pana Ple­czy­stego przy pracy.

Rutyna

– Zna­czy… jeste­ście tu szczę­śliwe, tak?

Liddy się roze­śmiała. Cza­sem całymi tygo­dniami Ple­czy­sty nie widział, by się choć uśmiech­nęła, a ostat­nio śmiała się nie­ustan­nie.

– Gun­na­rze! Wcze­śniej miesz­ka­li­śmy w piw­nicy.

– Cuch­ną­cej piw­nicy – dodała tak samo uśmiech­nięta May.

Trudno było sobie to wyobra­zić, gdy pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca wpa­dały do jadalni przez trzy ogromne okna.

– Żywi­li­śmy się obier­kami i pili­śmy wodę z kałuż – dodała Liddy, nakła­da­jąc Ple­czy­stemu na talerz kolejny pla­ster mięsa.

– I cze­ka­li­śmy w kolejce, żeby wysrać się do dziury w ziemi – powie­działa May.

Liddy się skrzy­wiła.

– Nie wyra­żaj się w ten spo­sób.

– Ale prze­cież tak było, prawda? Nie można o tym mówić?

– Cho­dzi mi o formę, nie o treść. – Liddy uczyła się zacho­wy­wać jak praw­dziwa dama i świet­nie się przy tym bawiła. – Ale poza tym masz rację: tak wła­śnie było. Jak mogli­by­śmy nie być teraz szczę­śliwi?

Pod­su­nęła mężowi sosjerkę. Daw­niej Ple­czy­sty nie przy­pusz­czał nawet, że ist­nieje coś takiego jak spe­cjalny dzba­nu­szek na sos. Tym bar­dziej nie wyobra­żał sobie, że mógłby taki dzba­nu­szek mieć.

Też się uśmiech­nął. Z wysił­kiem, ale się uśmiech­nął.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się. – Jak mogli­by­śmy nie być szczę­śliwi?

Nabrał groszku na wide­lec i nawet zdo­łał donieść kilka zia­re­nek do ust, zanim wszyst­kie pospa­dały.

– Kiep­sko sobie radzisz z widel­cem – zauwa­żyła May.

Popy­chał sztuć­cem jedze­nie na tale­rzu. Ręka mu drę­twiała od samego trzy­ma­nia tego drań­stwa, zbyt deli­kat­nego dla jego obo­la­łych pal­ców.

– Tak sobie miar­kuję, że w pew­nym wieku trud­niej uczyć się nowych rze­czy.

– Za młody jesteś, żeby tkwić w prze­szło­ści.

– Czy ja wiem… – Dziab­nął mięso widel­cem. Pocie­kła odro­bina krwi. – Prze­szłość potrafi się ucze­pić czło­wieka.

Zapa­dło nie­zręczne mil­cze­nie.

– Powiedz, że dziś zosta­jesz na noc w domu – popro­siła Liddy.

– Chciał­bym. Ale muszę nad­zo­ro­wać prace przy kanale.

– W środku nocy?

– To nie potrwa długo. Mam nadzieję. – Odło­żył sztućce i wstał. – Trzeba pil­no­wać, żeby robota posu­wała się naprzód.

– I lady Savine sobie bez cie­bie nie pora­dzi?

May wypięła dum­nie pierś.

– Mówiła mi, że coraz chęt­niej na nim polega.

– Powiedz jej, że musi cię dzie­lić z rodziną.

– Sama jej powiedz, jakeś taka mądra – prych­nął Ple­czy­sty, obcho­dząc stół dookoła.

Liddy z uśmie­chem unio­sła głowę, kiedy ich usta się spo­tkały. Przy­brała na wadze, wszy­scy troje przy­tyli od czasu Val­becku, a ona odzy­skała dawne krą­głe kształty i blask na policz­kach z cza­sów, gdy zaczy­nali się spo­ty­kać. Pach­niała tak samo, jak kiedy pierw­szy raz się cało­wali.

Minęło tyle czasu, a on wciąż tak samo ją kochał.

– Udało nam się – powie­działa, musnąw­szy pal­cami jego poli­czek. – Prawda?

– Nie moja zasługa. – Coś dła­wiło go w gar­dle. – Prze­pra­szam za wszyst­kie kło­poty, jakie na nas ścią­gną­łem…

– To już mamy za sobą – prze­rwała mu sta­now­czo. – Pra­cu­jemy dla pięk­nej damy i nie mamy żad­nych pro­ble­mów.

– Wła­śnie – przy­tak­nął. – Żad­nych pro­ble­mów.

I powlókł się do wyj­ścia.

– Nie prze­pra­co­wuj się, tatku! – zawo­łała za nim May.

Kiedy się odwró­cił, uśmie­chała się do niego. Ten uśmiech coś w nim poru­szył, jakby w jego piersi tkwił wbity hak, za który May szar­pała każ­dym swoim sło­wem i gestem.

Uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi, pod­niósł rękę w nie­po­rad­nym poże­gnal­nym geście… Zoba­czył tatuaż na wierz­chu dłoni i natych­miast ją cof­nął, scho­wał, wcią­gnął w man­kiet pięk­nej, nowej mary­narki.

Bar­dzo sta­ran­nie zamknął za sobą drzwi.

***

Szedł przez las łusz­czą­cych się żela­znych kolumn. W mro­kach maga­zynu maja­czyła wyspa świa­tła lampy. Jego kroki nio­sły się echem w atra­men­to­wej czerni.

Hal­der cze­kał z rękami zało­żo­nymi na piersi i twa­rzą skrytą w cie­niu. Nale­żał do ludzi, któ­rzy lubią pra­co­wać w mil­cze­niu. Obok stał oparty o kolumnę Ban­ner­man, po swo­jemu zawa­diacko prze­gięty w bio­drach. Nale­żał do ludzi, któ­rzy zawsze za dużo mówią.

Ich gość sie­dział na jed­nym z trzech sfa­ty­go­wa­nych krze­seł. Ręce miał skrę­po­wane za ple­cami, nogi przy­wią­zane do nóg krze­sła na wyso­ko­ści kostek. Ple­czy­sty sta­nął przed nim i ponuro spoj­rzał na niego z góry.

– Ty jesteś Chudy? – zapy­tał.

– Tak.

Przy­naj­mniej nie pró­bo­wał zaprze­czać. Bo nie­któ­rzy pró­bo­wali. Ple­czy­sty nie miał do nich o to pre­ten­sji.

– Śmieszna ksywa, nie? – Ban­ner­man spoj­rzał na Chu­dego takim wzro­kiem, jakim mógłby obrzu­cić grudę gliny. – Bo wła­ści­wie to on jest cał­kiem krzepki. Może nie gruby, ale chu­dym na pewno bym go nie nazwał.

– Tro­chę sza­cunku – zga­sił go Ple­czy­sty, zdej­mu­jąc mary­narkę. – Róbmy, co do nas należy. Nie musimy być przy tym nie­grzeczni.

– To coś zmieni?

Ple­czy­sty prze­wie­sił mary­narkę przez opar­cie dru­giego krze­sła i bokiem dłoni wygła­dził fałdy na mate­riale.

– Dla mnie tak.

– Nie przy­szli­śmy się tu zaprzy­jaź­niać.

– Wiem, po co przy­szli­śmy. – Ple­czy­sty spoj­rzał Ban­ner­ma­nowi w oczy i wytrzy­mał jego spoj­rze­nie do chwili, gdy tam­ten obli­zał ner­wowo wargi i odwró­cił wzrok.

Ple­czy­sty obró­cił krze­sło i usiadł naprze­ciw Chu­dego. Pod­su­nął opa­da­jące oku­lary wyżej na nos i splótł dło­nie. Prze­ko­nał się, że dobrze jest cza­sem popaść w rutynę. Doce­nił ją, kiedy sprzą­tał w bro­wa­rze w Val­becku. Ot, robota jak każda inna.

Chudy wpa­try­wał się w niego bez prze­rwy. Prze­ra­żone oczy, natu­ral­nie. Pot na czole. Ale i deter­mi­na­cja. Łatwo nie pęk­nie. Ale wszystko pęka, wystar­czy odpo­wied­nio mocno przy­ci­snąć.

– Jestem Ple­czy­sty – powie­dział. Zauwa­żył, że wzrok Chu­dego spo­czął na tatu­ażu na wierz­chu jego dłoni. Odcze­kał chwilę. – Kie­dyś byłem żoł­nie­rzem.

– Jak my wszy­scy – wtrą­cił Ban­ner­man.

– Wiesz, dla kogo obec­nie pra­cu­jemy?

Chudy prze­łknął ślinę.

– Dla Korta?

– Nie.

Tym razem prze­łknię­cie przy­szło mu z więk­szym wysił­kiem.

– Dla Savine dan Glokty – domy­ślił się.

– Otóż to. Doszły nas słu­chy, że pró­bu­jesz pod­bu­rzać robot­ni­ków, Chudy. Że nama­wiasz ich do odrzu­ce­nia narzę­dzi.

Ban­ner­man zacmo­kał z dez­apro­batą.

– Zwa­żyw­szy na warunki pracy w kopalni – odparł Chudy – godziny pracy, nędzne płace… Nie trzeba ich bar­dzo nama­wiać.

Ple­czy­sty zsu­nął oku­lary niżej, roz­ma­so­wał obo­lałą nasadę nosa i umie­ścił je z powro­tem na swoim miej­scu.

– Wyglą­dasz mi na porząd­nego czło­wieka, Chudy, dla­tego sta­ram ci się dać szansę, ale lady Savine chce, żeby jej kanał został ukoń­czony. Zapła­ciła za to. I coś ci powiem: wiem z doświad­cze­nia, że jak pani Savine za coś zapła­ciła, to nie warto wcho­dzić jej w drogę. Naprawdę nie warto.

Chudy wychy­lił się na krze­śle daleko w przód, na ile pozwa­lały mu więzy.

– Przed­wczo­raj zgi­nął chło­pak. Belka roz­po­rowa go zmiaż­dżyła. Miał czter­na­ście lat. – Wykrę­cił szyję, żeby spoj­rzeć na Ban­ner­mana. – Wie­dzie­li­ście o tym?

– Coś sły­sza­łem. – Sądząc po tym, z jakim namasz­cze­niem Ban­ner­man oglą­dał sobie paznok­cie, miał to w dupie.

– Szkoda chłopka. – Ple­czy­sty pstryk­nął obo­la­łymi pal­cami przed nosem Chu­dego, żeby zwró­cić jego uwagę. – Wielka szkoda. Pyta­nie brzmi: w jaki spo­sób zmiaż­dże­nie cie­bie mia­łoby mu pomóc?

Chudy się nie pod­da­wał. Zadarł aro­gancko głowę. Przy­padł Ple­czy­stemu do gustu. Mogliby być sprzy­mie­rzeń­cami. Pew­nie nawet byli, cał­kiem nie­dawno.

– Mogę pomóc innym – powie­dział Chudy. – Ale tacy jak ty tego nie zro­zu­mieją.

– Zdzi­wił­byś się. Byłem w Val­becku, bra­cie. Z Destruk­to­rami. Toczy­li­śmy słuszną walkę. Tak mi się przy­naj­mniej wyda­wało. Wcze­śniej byłem w Sty­rii, tam też wyda­wało mi się, że to słuszna walka. Przez całe życie wal­czy­łem w słusz­nych spra­wach i wiesz, co z tego mam?

– Nic? – pod­po­wie­dział Ban­ner­man.

Ple­czy­sty spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

– Musisz mi psuć puentę?

– Powi­nie­neś odświe­żyć reper­tuar.

– Pew­nie masz rację. Odkry­łem, że kiedy walka roz­pocz­nie się na dobre, wszystko, co słuszne, z niej ula­tuje.

Ważąc słowa, Ple­czy­sty zaczął pod­wi­jać rękawy koszuli. Powoli. Sta­ran­nie. Rutyna dobra rzecz. Powta­rzał sobie, że robi to dla May i Liddy. Zasta­no­wił się przez chwilę, co by zro­biły, gdyby się o tym dowie­działy. Wnio­ski nie przy­pa­dły mu do gustu. Dla­tego nie mogły się dowie­dzieć. Ni­gdy.

– Zabi­łem… tak sobie myślę… z pięć­dzie­się­ciu ludzi. Może wię­cej. Jeń­ców, głów­nie. Niby tylko wyko­ny­wa­łem roz­kazy, ale jed­nak… zabi­łem ich. Z początku liczy­łem, potem pró­bo­wa­łem stra­cić rachubę… – Spoj­rzał na skra­wek posadzki mię­dzy butami Chu­dego. – Prawdę mówiąc, naj­czę­ściej byłem pijany. Nawa­lony jak sto­doła. Wszystko mi się mie­sza. Pamię­tam takiego jed­nego gościa, z wojny. Chyba Sty­ryj­czyk. Gadał coś do mnie i gadał, a ja nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, co mówi. Zrzu­ci­łem go z murów. To było w Mus­se­lii, tam mury mają… ile? Ze trzy­dzie­ści kro­ków wyso­ko­ści? – Spoj­rzał pyta­jąco na Hal­dera. – Byłeś w Mus­se­lii, nie?

Hal­der ski­nął głową.

– Raczej dwa­dzie­ścia – powie­dział.

– Tak czy ina­czej, wystar­czyło. Spadł na wóz. – Ple­czy­sty przy­tknął dłoń do żeber, wska­zu­jąc miej­sce ude­rze­nia. – Zło­żył się wpół, ale tak na bok, w spo­sób, w jaki żywy czło­wiek za dia­bła się nie zegnie. Stopy wykrę­ciły mu się na wspak. I wtedy zaczął wyda­wać taki dźwięk… – Pokrę­cił głową. – Słowo daję, to był odgłos pie­kła. Jęczał, zawo­dził i nie prze­sta­wał. Na woj­nie widzi się różne rze­czy. To zmie­nia czło­wieka.

– Fakt – potwier­dził Hal­der.

Chudy wytrzesz­czył oczy.

– Uwa­żasz, że jest się czym chwa­lić?

– Chwa­lić?! – Ple­czy­sty spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem spo­nad oku­la­rów. Chudy stał się roz­ma­zaną jasną plamą w bla­sku lampy. – Kurwa, no co ty… W życiu. Budzę się spo­cony jak mysz w połogu. Cza­sem pła­czę, w tych spo­koj­niej­szych chwi­lach. Nie wsty­dzę się tego.

– Ja też – dodał Hal­der.

– Po pro­stu… – Ple­czy­sty pchnął oku­lary w górę, mosz­cząc je w wyro­bio­nym zagłę­bie­niu na nosie. – Chcę, żebyś zro­zu­miał, do czego to zmie­rza. Żebyś zro­zu­miał, nim zabrniemy za daleko i stwier­dzimy, że… że wcale nie chcie­li­śmy się tam zna­leźć. – Skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Źle to zabrzmiało. Żało­wał, że nie jest bar­dziej wyga­dany, ale prawda była taka, że same słowa w tej robo­cie rzadko wystar­czały. Mal­mer miał gadane i co? Jak skoń­czył? – Zmie­rzam do tego…

– Panie Ple­czy­sty?

Odwró­cił się zasko­czony. W kan­torku na antre­soli w głębi maga­zynu paliło się świa­tło, ktoś stał przy pro­wa­dzą­cych na górę scho­dach, jakaś kobieta: wysoka, smu­kła, pełna gra­cji.

Ze stra­chu ści­snęło go w żołądku. Nastały takie czasy, że drobne kobiety napa­wały go więk­szym lękiem niż bar­czy­ści męż­czyźni.

– Pocze­kaj chwilę – powie­dział do Chu­dego i wstał.

– Ni­gdzie się nie wybiera – zapew­nił Ban­ner­man. Pokle­pał Chu­dego po policzku, aż ten się wzdry­gnął.

– Pamię­taj: sza­cu­nek – upo­mniał go Ple­czy­sty i ruszył w stronę kan­torka. – To nic nie kosz­tuje.

To była Zuri, wyraź­nie zanie­po­ko­jona – co z kolei zanie­po­ko­iło jego. Nie znał chyba dru­giej osoby, która mia­łaby rów­nie sta­lowe nerwy.

– Co się stało?

Ski­nie­niem głowy wska­zała schody.

– Przy­szła pani Savine.

– Jest teraz tutaj?

– Chce popa­trzeć, jak pan pra­cuje.

Słowa zawi­sły mię­dzy nimi w ciem­no­ści. Co innego robić takie rze­czy – Ple­czy­sty umiał sobie wmó­wić, że nie ma wyboru – a co innego chcieć na to patrzeć.

– Może mógłby jej pan to… wyper­swa­do­wać?

Skrzy­wił się.

– Gdy­bym umiał prze­ma­wiać ludziom do roz­sądku samym gada­niem, nie musiał­bym sto­so­wać innych metod.

– Mój nauczy­ciel Pisma mawiał, że ci, któ­rzy pró­bują i prze­gry­wają, są tak samo bło­go­sła­wieni jak ci, któ­rym się udaje.

– Życie nauczyło mnie ina­czej.

– Spró­bo­wać nie zawa­dzi.

– W tej kwe­stii rów­nież życie nauczyło mnie ina­czej – mruk­nął Ple­czy­sty i wszedł za Zuri na schody.

Widziana z progu Savine wyglą­dała cał­kiem zwy­czaj­nie – spo­kojna, opa­no­wana, cała ona. Dopiero z bli­ska, w lep­szym świe­tle, Ple­czy­sty stwier­dził, że coś jest nie w porządku. Obrzeża noz­drzy miała brzydko zaró­żo­wione, oczy błysz­czące oso­bli­wym zapa­łem, perukę w lek­kim nie­ła­dzie. Dostrzegł też plamy na żakie­cie – rzecz tak samo wstrzą­sa­jącą, jak w przy­padku innej osoby byłaby nagość.

– Lady Savine… Na pewno chce pani przy tym być? – zapy­tał.

– Roz­czula mnie twoja tro­ska, ale zapew­niam, mam mocny żołą­dek.

– Nie wąt­pię. I nie myśla­łem o pani. – Zni­żył głos. – Prawda jest taka, że wyzwala pani we mnie naj­gor­sze instynkty.

– Twój pro­blem, Ple­czy­sty, polega na tym, że mylisz to, co naj­lep­sze, z tym, co naj­gor­sze. Praca przy budo­wie kanału musi zostać wzno­wiona jutro z samego rana. Z samego rana, powta­rzam. Kanał musi zostać otwarty i zacząć przy­no­sić dochody.

Ostat­nie słowo wypo­wie­działa z gniew­nym gry­ma­sem, szcze­rząc zęby. Na widok jej gniewu Ple­czy­stemu serce zabiło żywiej. Była od niego o głowę niż­sza, mogłaby być nawet jesz­cze mniej­sza, a i tak by go prze­ra­żała. Nie przez to, co mogła zro­bić, tylko przez to, do czego mogła go zmu­sić.

– A teraz bądź tak miły i załatw to – dodała.

Ple­czy­sty obej­rzał się na Zuri, któ­rej ciemne oczy zalśniły w pół­mroku.

– Wszy­scy jeste­śmy pal­cami Bożej dłoni – mruk­nęła prze­pra­sza­jąco, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Szedł przez maga­zyn z powro­tem w stronę plamy świa­tła. Echo nio­sło jego kroki, a on wma­wiał sobie, że jego zapał jest uda­wany; że tylko gra wyzna­czoną rolę. Prawda była taka, że ni­gdy nie był wiel­kim akto­rem i teraz nie mógł się docze­kać, kiedy zabie­rze się do pracy.

Być może Chudy zoba­czył coś w jego oczach. Sku­lił się i wykrę­cił na krze­śle, jakby mógł unik­nąć tego, co nie­uchronne. Ale żaden z nich nie mógł przed tym uciec.

– Zacze­kaj chwi…

Wyta­tu­owana pięść Ple­czy­stego grzmot­nęła go w żebra. Krze­sło zato­czyło się w tył. Ban­ner­man zła­pał je i posta­wił do pionu. Druga pięść Ple­czy­stego tra­fiła w drugi bok. Chudy skrę­cił się w wię­zach, oczy wycho­dziły mu z orbit. Przez chwilę trwał w takiej pozy­cji, drżący, z sinie­jącą twa­rzą. Zdą­żył jeden raz wcią­gnąć ze świ­stem powie­trze do płuc, zanim zwy­mio­to­wał.

Zwy­mio­to­wał na kolana i pod­łogę. Ban­ner­man cof­nął się o krok, z nie­sma­kiem patrząc na swoje nowiut­kie, wyglan­so­wane buty.

– Rzy­gacz nam się tra­fił…

Powstrzy­ma­nie się od dal­szych cio­sów wyma­gało wysiłku, podob­nie jak opa­no­wa­nie się i próba powie­dze­nia cze­goś. Kiedy jed­nak Ple­czy­sty prze­mó­wił, sam się zdzi­wił, że jego głos brzmi tak spo­koj­nie.

– Czas cywi­li­zo­wa­nych metod dobiegł końca. Dawaj­cie go tutaj.

Hal­der wynu­rzył się z mroku, wlo­kąc za sobą mło­dego chło­paka, zwią­za­nego i bul­go­czą­cego w kne­bel.

– Nie! – wyrzę­ził Chudy.

Hal­der pchnął chło­paka na krze­sło i Ple­czy­sty zaczął go do niego przy­wią­zy­wać.

– Nie, nie, nie… – Strużka śliny sączyła się z kącika ust Chu­dego.

– Czło­wiek potrafi dużo znieść, kiedy myśli, że wal­czy w słusz­nej spra­wie. – Ple­czy­sty roz­ma­so­wał knyk­cie. – Dobrze o tym wiem. Ale kiedy musi patrzeć, jak coś takiego robią jego dziecku? To zupeł­nie co innego.

Chło­pak toczył wzro­kiem dookoła, łzy spły­wały mu po twa­rzy. Ple­czy­sty żało­wał, że nie może się napić. Pra­wie czuł smak alko­holu na języku. Picie wszystko uła­twiało – przy­naj­mniej w trak­cie roboty, bo potem było gorzej.

Odsu­nął tę myśl od sie­bie.

– Tym też nie zamie­rzam się chwa­lić – pod­jął. Spraw­dził, czy rękawy ma nale­ży­cie zaka­sane. Z jakie­goś powodu wydało mu się to nie­zmier­nie ważne. – Ale kiedy dorzu­cić to na szalę do wszel­kiego innego kure­stwa, jakiego się dopusz­cza­łem, waga nawet nie drgnie.

Pod­niósł głowę i spoj­rzał w stronę kan­torka. Może miał nadzieję, że Savine zama­cha do niego, każe mu prze­stać, ale nikogo nie zoba­czył. Było tylko świa­tło, które dowo­dziło, że patrzy. Czło­wiek musi umieć się poha­mo­wać, on jed­nak ni­gdy nie był w tym dobry. Odwró­cił się do chło­paka.

– Chciał­bym wró­cić do domu – powie­dział. Zdjął oku­lary, zło­żył je i scho­wał do kie­szeni koszuli. Twa­rze w świe­tle lampy roz­ma­zały się w nie­wy­raźne plamy. – Ale jeśli będzie trzeba, zostanę tu do rana. – Prze­ra­że­nie chło­paka, zgroza Chu­dego, bez­tro­ska Ban­ner­mana… Trudno było je odróż­nić, gdy roz­pły­wały mu się przed oczami. – Spró­buj sobie wyobra­zić – cią­gnął – w jakim wtedy będzie­cie sta­nie. – Krze­sło skrzyp­nęło pod chło­pa­kiem, gdy usta­wił je w pożą­da­nym miej­scu. – Spo­dzie­wam się, że wkrótce obaj będzie­cie wyda­wali ten dźwięk. – Pod­wi­nął rękawy jesz­cze oczko wyżej. Rutyna, rutyna, rutyna. – Odgłos pie­kła.

Wie­dział, jak sam by się czuł, gdyby tkwił bez­rad­nie przy­wią­zany do jed­nego krze­sła i miał przed sobą May przy­wią­zaną do dru­giego. Dla­tego był w zasa­dzie pewien, że to podziała.

– Nie będzie strajku! – wysa­pał Chudy. – Nie będzie żad­nego strajku!

Ple­czy­sty się wypro­sto­wał. Zamru­gał.

– To bar­dzo dobra wia­do­mość – powie­dział.

Wcale nie czuł się tak, jakby usły­szał dobrą wia­do­mość. W głębi ducha był roz­cza­ro­wany. Z wysił­kiem roz­luź­nił pię­ści. Z wysił­kiem wyjął z kie­szeni oku­lary, zało­żył je na nos i zaha­czył za uszy. Były zbyt deli­katne dla jego obo­la­łych pal­ców.

– Twój syn zosta­nie z nami, na wypa­dek gdy­byś zmie­nił zda­nie – powie­dział.

Chło­pak szar­pał się w uści­sku Ban­ner­mana, gdy ten wlókł go po pod­ło­dze w ciem­ność.

– Tylko z sza­cun­kiem! – zawo­łał za nimi Ple­czy­sty, zajęty sta­ran­nym opusz­cza­niem ręka­wów.

Rutyna dobra rzecz.

Sztuka kom­pro­misu

– Pre­cy­zja, matołki! – Filio pode­rwał się z ławki, wrzesz­cząc na parę szer­mie­rzy, któ­rzy patrzyli na niego z roz­dzia­wio­nymi ustami i opusz­czoną bro­nią. – Pre­cy­zja! Szyb­kość to zbędna bufo­nada i efek­ciar­stwo, kiedy bra­kuje pre­cy­zji.

Dobie­gał sześć­dzie­siątki, ale na­dal był cał­kiem żwawy i przy­stojny. Vick miała chyba wię­cej siwych wło­sów niż on. Klap­nął na ławkę obok niej, klnąc po sty­ryj­sku pod nosem.

– Ech, ci dzi­siejsi mło­dzieńcy… – W końcu prze­szedł na wspólną mowę. – Cze­kają, aż ktoś im poda świat na zło­tej pate­rze!

Vick zer­k­nęła na Łoja. Wyglą­dał, jakby w życiu nie widział z bli­ska żad­nej patery, zwłasz­cza zło­tej. Nawet teraz, w schlud­nym czar­nym stroju prak­tyka inkwi­zy­cji, przy­po­mi­nał jej brata. Tak samo prze­pra­sza­jąco się gar­bił, jakby stale się spo­dzie­wał, że ktoś go spo­licz­kuje.

– Nie­któ­rzy nie mają lekko – zauwa­żyła.

– Mojemu sio­strzeń­cowi przy­da­łaby się tward­sza szkoła życia. – Filio pokrę­cił głową, patrząc, jak fech­mi­strze szu­rają sto­pami po kręgu tre­nin­go­wym. Poko­le­nia mięk­kich szer­mier­skich butów wygła­dziły deski na wysoki połysk. – Ma talent i szybką rękę, ale musi się jesz­cze wiele nauczyć. – Jęk­nął, gdy jeden z mło­dzi­ków chy­bił w wypa­dzie. – Mam nadzieję, że pew­nego dnia będzie repre­zen­to­wał nasze mia­sto w Tur­nieju w Adui, ale talent zda się na nic bez dys­cy­pliny… – Znów zerwał się na równe nogi. – Myśl, ośle! Myśl!

– Sam bra­łeś udział w Tur­nieju.

Filio uśmiech­nął się chy­trze i usiadł.

– Spraw­dza­łaś mnie?

– W pół­fi­nale prze­gra­łeś z przy­szłym kró­lem Jeza­lem. Walka była zacięta do samego końca, jeśli mnie pamięć nie myli.

– Byłaś tam?! Ile mia­łaś lat, dzie­sięć?

– Osiem.

Dobry kłamca trzyma się fak­tów, na ile to moż­liwe. Rze­czy­wi­ście miała osiem lat, kiedy roze­grał się tam­ten poje­dy­nek, ale kuliła się wtedy w ciem­nej, cuch­ną­cej ładowni statku, przy­kuta do gru­bego łań­cu­cha łączą­cego ją z całą rodziną i kil­ku­dzie­się­cior­giem innych ska­zań­ców. Zmie­rzali do obo­zów pracy w Anglan­dzie, z któ­rych tylko ona jedna zdo­łała wró­cić. Nie spo­dzie­wała się, że prawda wzbu­dzi taki sam zachwyt Filia, któ­rego oczy roz­bły­sły na wspo­mnie­nie daw­nej chwały. Cała prawda mało kogo uszczę­śli­wia.

– Wiwa­tu­jące tłumy, zgrzyt stali, krąg szer­mier­czy wyty­czony wśród naj­wspa­nial­szych budowli Agriontu. W żaden inny dzień nie roz­pie­rała mnie taka duma jak wtedy!

Filio podzi­wiał struk­turę poli­tyczną Unii i towa­rzy­szącą jej bom­ba­stycz­ność, doce­niał wagę pre­cy­zji i dys­cy­pliny. To dla­tego Vick wło­żyła pełny galowy mun­dur spe­cjal­nego inkwi­zy­tora, wypu­co­wała buty na wysoki połysk, zro­biła sobie prze­dzia­łek od linijki, włosy bru­tal­nie zacze­sała w tył i cia­sno zwią­zała.

Filio ski­nął w stronę poły­sku­ją­cych kling.

– Zatem jest pani miło­śniczką tej pięk­nej nauki?

– A kto nie jest? – odpo­wie­działa pyta­niem, cho­ciaż sama nią nie była.

– Domy­ślam się, że przy­szła pani zabie­gać o głosy.

– Jego Wyso­ko­ści bar­dzo zależy na tym, żeby Zachodni Port pozo­stał w Unii, gdzie jego miej­sce.

– Jego Wyso­ko­ści czy raczej Jego Emi­nen­cji? – mruk­nął Filio, nie spusz­cza­jąc z oka fech­tu­ją­cych mło­dzi­ków. – Z kim jesz­cze pani roz­ma­wiała?

– Pan jest pierw­szy. – W rze­czy­wi­sto­ści był czwarty, ale Vick wie­działa z doświad­cze­nia, że należy zacho­wać szcze­gólną ostroż­ność, by nie ura­zić dumy śred­nio wpły­wo­wych ludzi. Zra­nić ich było znacz­nie łatwiej niż tych dzier­żą­cych praw­dziwą wła­dzę. – Supe­rior Lor­sen nie może się pana nachwa­lić: star­szy depu­to­wany, darzony powszech­nym sza­cun­kiem… Wokół kogoś takiego dele­gaci mogliby się zjed­no­czyć.

– Pochle­bia mi pani, natu­ral­nie, ale supe­rior jest nazbyt łaskawy w swo­jej oce­nie. Gdyby jed­ność mia­sta zale­żała od jed­nego głosu… to może Zachodni Port nie byłby tak skłó­cony.

– Może mogli­by­śmy panu pomóc go zjed­no­czyć. Wiem, że wie­rzy pan w Unię.

– Ależ oczy­wi­ście! Zawsze wie­rzy­łem, przez całe życie. Mój dzia­dek nale­żał do ludzi, któ­rzy nas do niej wpro­wa­dzili. – Filio spo­waż­niał. – Ale sprawy się skom­pli­ko­wały. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, czego spo­dzie­wać się po królu Jezalu. Król Orso jest zaś młody… – skrzy­wił się, gdy jego sio­strze­niec popi­sał się zama­szy­stym manew­rem – …i sądząc po tym, co się o nim mówi, prze­ja­wia wszyst­kie wady mło­dego czło­wieka, aż do prze­sady. Nie­po­wo­dze­nia w woj­nach ze Sty­rią też wam nie poma­gają. A teraz jesz­cze ten Solu­meo Shu­dra! – Zacmo­kał z tro­ską. – Sły­szała pani, jak prze­ma­wia?

– Tylko przez chwilę.

– Potrafi przy­kuć uwagę. Ma dar prze­ko­ny­wa­nia i jest nie­zwy­kle… jak to się mówi… cha­ry­zma­tyczny. Ludzie go kochają, ponie­waż kochają poli­ty­ków, któ­rzy nie mają żad­nej wła­dzy: wie­dzą, że się nie roz­cza­rują. Wielu prze­ko­nał do swo­ich racji. Unia nie ma nikogo, kto mógłby się z nim rów­nać, wasi poli­tycy są ocię­żali i nie­strawni. Cho­ciaż oczy­wi­ście trudno z zapa­łem zachwa­lać coś, co czło­wiek już ma, prawda? To nudne. Co innego piękne alter­na­tywy, toż to istny bukiet obiet­nic! Worek z marze­niami! Cudowny sta­tek wio­zący fan­ta­zje i nie­za­gro­żony zde­rze­niem z przy­krą koniecz­no­ścią ich reali­za­cji.

– Czy zatem Jego Wyso­kość może liczyć na pań­skie popar­cie?

– Chciał­bym móc odpo­wie­dzieć pro­stym, jed­no­znacz­nym unij­nym „tak”, oba­wiam się jed­nak, że chwi­lowo… – Filio skrzy­wił się z nie­sma­kiem. – Mogę dać pani jedy­nie tra­dy­cyjne sty­ryj­skie „być może”. Tutaj, w Zachod­nim Por­cie, balan­su­jąc na Skrzy­żo­wa­niu Świata pomię­dzy Gur­khu­lem, Sty­rią i Unią, musimy dosko­na­lić się w sztuce kom­pro­misu. Nie prze­trwał­bym tak długo na sce­nie poli­tycz­nej naszego mia­sta, gdy­bym upar­cie trzy­mał się raz usta­lo­nego zestawu prze­ko­nań.

– Prze­ko­na­nia są jak ubiór. – Vick obcią­gnęła poły kurtki. – Trzeba je zmie­niać, by dosto­so­wać się do ocze­ki­wań widowni.

– Otóż to. Może w odpo­wied­nim cza­sie pody­sku­tu­jemy o tym, jaka byłaby cena za to, bym przy­wdział te lub inne barwy, na razie jed­nak głu­potą byłoby pochopne opo­wie­dze­nie się po jed­nej ze stron. Mógł­bym sprzy­mie­rzyć się z poko­na­nymi!

Vick nie mogła mieć do Filia pre­ten­sji. Życie w obo­zach nauczyło ją jed­nego: trzeba trzy­mać ze zwy­cięz­cami.

– Wró­cimy zatem do tej roz­mowy, gdy przy­szłość nabie­rze bar­dziej kon­kret­nych kształ­tów – zapo­wie­działa.

Wstała z ławki, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na rwa­nie w oka­le­czo­nym bio­drze, strze­liła obca­sami i zło­żyła ofi­cjalny ukłon.

Filio spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego – choć nie na tyle, by obie­cać jej swój głos.

– Mam taką nadzieję – odparł. – Nie traćmy jed­nak wię­cej czasu, dopóki nie będziemy pewni naszych rachun­ków… Oj! – Zerwał się z ławki, gdy czu­bek klingi jego sio­strzeńca zary­so­wał skraj kręgu. – Uwa­żaj na nogę zakroczną, głup­cze! Pre­cy­zja!

***

W publicz­nych ogro­dach Zachod­niego Portu powie­wał rzadki w tych rejo­nach wia­te­rek, nio­sący zapa­chy żywicy, kwia­tów i przy­praw ze znaj­du­ją­cego się za murem bazaru. Setki róż­nych liści trze­po­tały, sze­le­ściły i szep­tały. Mocne pro­mie­nie wio­sen­nego słońca padały na wodną mgiełkę z fon­tanny i roz­pra­szały się w ulotną tęczę.

Cień padł na Vick.

– Mogę się przy­siąść?

Stała nad nią bar­czy­sta kobieta ubrana – na połu­dniową modłę – w luźną lnianą szatę. Była ciem­no­skóra, miała twarz o wyra­zi­stych rysach i puszek krótko przy­cię­tych szpa­ko­wa­tych wło­sów na gło­wie.

– Przy­kro mi – odparła we wspól­nej mowie Vick – nie znam sty­ryj­skiego.

Pół­kłam­stwo: umiała się doga­dać, co naj­wy­żej nie wychwy­ty­wała wszyst­kich niu­an­sów słowa mówio­nego, ale w nego­cja­cjach tak deli­kat­nych jak te nie mogła sobie pozwo­lić na pomyłkę. A poza tym wolała być nie­do­ce­nianą.

– Typowe dla władz Unii – odparła z wes­tchnie­niem nie­zna­joma. – Przy­sy­łają nego­cja­tora, który nawet nie zna naszego języka.

– Podobno w miej­scu zwa­nym Skrzy­żo­wa­niem Świata mówi się wszyst­kimi języ­kami. Pani Dayep Mozo­lia, jak mnie­mam.

– A pani to Vic­ta­rine dan Teu­fel.

– Nie­stety.

Vick doszła do wnio­sku, że ary­sto­kra­tyczny wydźwięk peł­nego nazwi­ska – choć w tej aku­rat chwili zupeł­nie do niej nie­pa­su­ją­cego – posłuży jej naj­le­piej przy tym spo­tka­niu. Mozo­lia miała opi­nię upar­tej kobiety inte­re­sów, więc Vick posta­no­wiła się zapre­zen­to­wać jak prag­ma­tyczna adu­enka na zagra­nicz­nej wycieczce. Włosy zaplo­tła w war­ko­cze i sta­ran­nie upięła, nie­do­pięty górny guzik bluzki miał suge­ro­wać swo­bodną przy­stęp­ność. Dawno już nie wkła­dała spód­nicy i czuła się w niej tak samo skrę­po­wana jak pod swoim peł­nym nazwi­skiem, ale luk­sus nie­skrę­po­wa­nia raczej szko­dził szpie­gom, niż poma­gał.

– Jak się pani podo­bają nasze ogrody? – zagad­nęła Mozo­lia.

– Piękne, choć suchawe.

– Ufun­do­wała je bez­dzietna dzie­dziczka pokaź­nej for­tuny kupiec­kiej. – Mozo­lia nie­śpiesz­nie sado­wiła się na ławce. – Prze­mie­rzyła cały Krąg Świata w nadziei zgro­ma­dze­nia wszyst­kich drzew stwo­rzo­nych przez Boga. – Ski­nie­niem ręki wska­zała nie­bo­tyczną jodłę, któ­rej dolne gałę­zie były zupeł­nie nagie, a i wyżej oca­lały tylko nie­liczne suche igły. – Nie­stety nie wszyst­kie dobrze się przyj­mują w naszym kli­ma­cie.

Zer­k­nęła na Łoja w libe­rii słu­żą­cego, któ­rego pokryta pla­mami rumień­ców twarz ocie­kała potem.

Nie­po­trzeb­nie go ze sobą zabrała. Zda­wała sobie sprawę, że naj­le­piej pora­dzi sobie sama: tę lek­cję wynio­sła z obo­zów po tym, jak całą rodzinę zło­żyła w sku­tej lodem ziemi. Ojciec: drżący z zimna, sino­usty, z oka­le­czo­nymi, poczer­nia­łymi pal­cami. Matka: wiecz­nie dopy­tu­jąca się, czym zasłu­żyła na taki los, tak jakby zasługi miały z tym cokol­wiek wspól­nego. Zdo­by­cie lekar­stwa dla sio­stry wyma­gało wiele bólu i potu, a gdy wró­ciła do domu, ści­ska­jąc kur­czowo fiolkę, zastała sio­strę zimną i sztywną pod wytar­tym przy­kry­ciem; brat trzy­mał ją jesz­cze za rękę. Potem zostali tylko we dwoje: ona i brat. Miał wiel­kie, smutne oczy. Cał­kiem jak Łój.

Nie da się w nie­skoń­czo­ność utrzy­mać na wodzie kogoś, kto sam nie umie pły­wać. Prę­dzej czy póź­niej pocią­gnie nas na dno.

Mozo­lia z wes­tchnie­niem zarzu­ciła ramię na opar­cie ławki.

– Domy­ślam się jed­nak, że nie po to przy­była pani z dru­giego krańca Kręgu Świata, żeby dys­ku­to­wać o drze­wach.

– Nie. Chcę poroz­ma­wiać o zbli­ża­ją­cym się gło­so­wa­niu.

– To główny temat wszyst­kich roz­mów tutaj. Donio­sła decy­zja, w któ­rej pod­ję­ciu ani pani, ani ja nie będziemy miały jed­nak żad­nego udziału. Kobiety nie mogą być depu­to­wa­nymi.

– Może same nie zasia­dają w Zgro­ma­dze­niu – prych­nęła Vick – ale z całą pew­no­ścią mogą ste­ro­wać depu­to­wa­nymi. Ma pani w kie­szeni co naj­mniej pięć gło­sów.

Mozo­lia wzru­szyła sze­ro­kimi ramio­nami.

– Sześć – odparła. – Może nawet sie­dem.

– Zasta­na­wiam się, czy dałaby się pani prze­ko­nać do popar­cia Unii.