Klauzula ojca - Jonas Hassen Khemiri - ebook

Klauzula ojca ebook

Jonas Hassen Khemiri

4,3

Opis

Jonas Hassen Khemiri, jeden z najbardziej uznanych szwedzkich pisarzy młodego pokolenia, powraca z nową powieścią.

Klauzula ojca” to wciągająca powieść o współczesnym rodzicielstwie. Dziadek, który przed laty opuścił rodzinę, powraca do kraju, żeby odwiedzić swoje dorosłe dzieci. Syn jest życiowym nieudacznikiem. Córka zachodzi w ciążę z nieodpowiednim mężczyzną. Podczas dziesięciu wspólnie spędzonych dni powracają wspomnienia, a podpisana w przeszłości tajemnicza klauzula, wydaje się coraz bardziej nieaktualna.

Klauzula ojca jest opowieścią o walce o relacje, akceptację i bycie docenionym, którą toczymy każdego dnia. Portret szwedzkiej rodziny, mistrzowsko nakreślony przez Khemiriego, to także przejmujące świadectwo współczesnego ojcostwa i oczekiwań społecznych, jakie ze sobą niesie.

Jonas Hassen Khemiri z ogromną wrażliwością przygląda się więziom rodzinnym, a w jego postaciach odbijają się współczesne postawy i lęki. W swoich wnikliwych obserwacjach zjawiskowo posługuje się humorem i ironią.

Jonas Hassen Khemiri, ur. 1978 w Sztokholmie (matka Szwedka, ojciec Tunezyjczyk), jest jednym z najbardziej uznanych i poczytnych młodych szwedzkich pisarzy i dramaturgów. Jego dwie wcześniejsze powieści zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, a jego debiutancka sztuka Invasion! była wystawiana w USA, gdzie przyznano jej nagrodę Obie Award za najlepszy scenariusz. Khemiri był nominowany do szwedzkiej Augustpriset za powieść Montecore, otrzymał nagrodę za najlepszy debiut przyznawaną przez dziennik „Borås Tidning”, nagrodę Szwedzkiego Radia za najlepszą powieść roku, Aniarapriset oraz nagrodę imienia P.P. Enquista dla młodych pisarzy. W 2015 roku otrzymał nagrodę literacką Augustpriset za powieść Wszystko, czego nie pamiętam. Jego sztuka Pięć razy Bóg była publikowana w „Dialogu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




I. ŚRODA

Dziadek, który jest ojcem, wrócił do kraju, którego nigdy nie opuścił. Stoi w kolejce do kontroli paszportowej. Jeśli policjantka za szybą zacznie zadawać podejrzliwe pytania, ojciec, który jest dziadkiem, zachowa spokój. Nie nazwie policjantki świnią. Nie zapyta, czy dostała mundur za zaliczeniem pocztowym, tylko uśmiechnie się, pokaże paszport i zwróci jej uwagę, że jest obywatelem tego kraju i nigdy nie opuścił go na dłużej niż sześć miesięcy. Dlaczego? Dlatego, że mieszka tu jego rodzina. Ukochane dzieci. Wspaniałe wnuki. Zakłamana eksżona. Nigdy nie wyjechałby na dłużej niż sześć miesięcy. Sześć miesięcy to maksimum. Zwykle wyjeżdża na pięć miesięcy i trzydzieści dni. Czasem na pięć miesięcy i dwadzieścia siedem dni.

Kolejka posuwa się do przodu. Dziadek, który jest ojcem, ma dwoje dzieci. Nie troje. Syna. I córkę. Kocha ich oboje, zwłaszcza córkę. Czasem słyszy, że są do niego podobne, ale on tego nie widzi. Po matce odziedziczyły i wzrost, i upór, i kształt nosa. Można by nawet powiedzieć, że są małymi, a raczej dużymi kopiami swojej matki. Zwłaszcza syn. Syn jest tak podobny do matki, że ojciec, który czasem, a nawet dosyć często, jest dziadkiem, ma ochotę pochylić się i przywalić mu z główki. Nie robi tego jednak. W żadnym wypadku. Opanowuje się. Zbyt długo już mieszka w tym kraju, by nie wiedzieć, że emocje są tu niemile widziane. Emocje powinno się zamykać w małych, najlepiej starannie opisanych szufladkach i nie wypuszczać, dopóki nie będzie się miało gotowych zaleceń i rozwiązań, dopóki na miejsce nie przybędą profesjonaliści, dopóki pracownik administracji państwowej nie weźmie odpowiedzialności za to, co mogą spowodować.

Kolejka stoi nieruchomo. Nikt się nie wścieka. Nikt nie podnosi głosu. Nikt się nie przepycha. Ludzie tylko wywracają oczami i głęboko wzdychają. Dziadek również. Przypomina sobie czasy, kiedy sam był ojcem. Przyjęcia urodzinowe i wakacje w ciepłych krajach, treningi dżudo i jelitówki, lekcje gry na pianinie i apele na zakończenie roku szkolnego. Pamięta łapkę do garnków, którą zrobiła jego córka, a może raczej syn, na zajęciach praktyczno-technicznych, z wyhaftowanym napisem: „Najlepszy tata na świecie”. Był fantastycznym ojcem, a teraz jest fantastycznym dziadkiem. Kto twierdzi inaczej, kłamie.

Gdy ojciec, który jest dziadkiem, podchodzi do stanowiska kontroli paszportowej, siedząca za szybą kobieta w mundurze potrzebuje zaledwie kilku sekund, żeby spojrzeć mu w oczy, zeskanować paszport i dać mu znak ręką, że może przejść dalej.

* * *

Syn, który jest ojcem, jedzie do biura zaraz po położeniu dzieci do łóżek. Zbiera jedną ręką pocztę z podłogi, a drugą zamyka drzwi wejściowe. Wstawia zakupy do lodówki i wrzuca strój na siłownię do jednej z szaf wnękowych. Zanim wyjmie odkurzacz, obchodzi kilkakrotnie mieszkanie z ręcznikiem papierowym i szufelką, żeby pozbierać truchła karaluchów z ostatnich kilku dni leżące w kuchni, łazience i przedpokoju. Zmienia pościel w aneksie sypialnym, ręczniki w łazience i napełnia zlew wodą, żeby namoczyć kubki z zaschniętymi resztkami kawy. Otwiera drzwi balkonowe i wietrzy pomieszczenie. Napełnia kosz w kuchni ulotkami reklamowymi, zeschniętymi owocami kiwi, mandarynkami twardymi jak piłki hokejowe, rozerwanymi kopertami z okienkiem i zbrązowiałymi ogryzkami jabłek. Patrzy na zegar i widzi, że ze wszystkim zdąży. Nie musi się nawet za bardzo śpieszyć.

Przeciera na mokro podłogę w przedpokoju i kuchni. Szoruje wannę, umywalkę i sedes. Na koniec kładzie na wierzchu mydło i gąbkę. Próbuje przekonać samego siebie, że jeśli tylko ojciec to zobaczy, być może nie zostawi biura w takim stanie jak ostatnio. I jak przedostatnio.

Przesypuje kapsułki z kawą do foliowej torebki, torebkę wkłada do kartonu, karton wstawia na sam koniec szafki. Do drugiej torebki przekłada świeczki zapachowe, które dostał w prezencie urodzinowym od siostry, i chowa to do skrzynki z narzędziami. Konserwy z drogim tuńczykiem i słoiki z orzeszkami piniowymi, orzechami włoskimi i pestkami dyni wkłada do pustego kartonu po tonerze, który stoi na lodówce. Monety z miseczki na komodzie w przedpokoju przesypuje do prawej kieszeni dżinsów. Okulary słoneczne wkłada do plecaka. Robi ostatni obchód. Skończył. Biuro jest gotowe na przyjazd ojca. Patrzy na zegarek. Ojciec powinien już tu być. Pewnie zjawi się lada moment.

* * *

Ojciec, który jest dziadkiem, stoi przy taśmie bagażowej. Wszystkie leżące na niej walizki wyglądają tak samo, mają kółka jak deskorolki i lśnią niczym statki kosmiczne. Z daleka widać, że zostały wyprodukowane przez azjatyckich tandeciarzy. On ma porządną walizkę, wyprodukowaną w Europie. Przetrwała ponad trzydzieści lat i przetrwa co najmniej kolejne dwadzieścia. Nie ma kółek, które mogą się zepsuć. Ma za to naklejki linii lotniczych, które dawno temu zbankrutowały. Gdy ściąga ją z taśmy, jakaś barczysta dziewczyna pyta go, czy nie potrzebuje pomocy. Nie, dziękuję, odpowiada z uśmiechem. Nie potrzebuje pomocy, a już na pewno nie od obcych ludzi, którzy chcą pomóc tylko dlatego, że liczą na zapłatę.

Podnosi walizkę, przekłada na wózek bagażowy i popycha go w kierunku wyjścia. Samolot miał jakąś awarię techniczną. Pasażerowie weszli, potem wyszli, a potem znów weszli na pokład. Dzieci na pewno widziały w internecie, że nastąpiło opóźnienie. Syn zgarnął siostrę samochodem, pojechali autostradą na północ. Zaparkował na tym horrendalnie drogim parkingu krótkoterminowym, a córka wyjęła z bagażnika elegancki płaszcz ojca. Teraz stoją po drugiej stronie ulicy. Córka jak zwykle promiennie roześmiana, syn jak zwykle ze słuchawkami w uszach. Nie ma dla nich prezentów, nie potrzebują ich, wystarczy, że przyjechał.

* * *

Syn, który jest ojcem, próbuje zająć się czymś w oczekiwaniu na powrót ojca. Zagląda do czajnika, sprawdza, czy nie leżą w nim truchła karaluchów, i dopiero potem wstawia wodę na herbatę. Uruchamia komputer i p rzegląda roczne sprawozdanie finansowe spółdzielni mieszkaniowej Widok 9. Zalogowuje się na stronie Urzędu Skarbowego i składa wniosek o odroczenie płatności w imieniu niezależnego dziennikarza i konserwatora, którzy spóźniają się z zapłatą za rachunki. Spisuje listę spraw do załatwienia przed przyjęciem urodzinowym córki w przyszłą niedzielę. Przypomnieć się rodzicom, którzy jeszcze nie odpowiedzieli na zaproszenie. Przygotować zabawy. Kupić balony, papierowe talerzyki, serpentyny, słomki, soki, składniki na tort. I jeszcze sznurki i klamerki do bielizny do zabawy w łowienie fantów na zakończenie urodzin. Patrzy przez okno. Wszystko jest w porządku, nic się nie stało. Ojciec tylko trochę się spóźnia.

Dawniej spotykali się z siostrą na Cityterminalen i razem czekali na przyjazd ojca. Siedzieli za szybą na ławkach naprzeciwko przystanku autobusowego, oparci o siebie plecami albo z głową położoną na ramieniu lub kolanach. Patrzył na dworcowy zegar i zastanawiał się, gdzie podział się ojciec; siostra szła do Pressbyrån i wracała z malinowym smoothie, kanapką i kawą latte na wynos. Zdejmował słuchawki i dawał siostrze do posłuchania najnowszych kawałków Royce da 5’9’’, Chino XL i Jadakiss. Zdejmowała słuchawki, ziewała i wracała do rozmowy, na przykład o higienie intymnej, z kilkoma emerytkami czekającymi na nocny autobus do Varberg. Syn, który wówczas nie był jeszcze ojcem, podnosił się z ławki i podchodził do okna. Siostra, która wówczas nie była jeszcze matką, wyciągała się na ławce, wsuwała pod głowę torebkę i zasypiała. Co kwadrans przyjeżdżał nowy autobus z lotniska, ale ojca jak nie było, tak nie było. Syn siadał, wstawał, potem znów siadał. Ochroniarze obudzili jakiegoś bezdomnego. Dwaj taksówkarze grali w kółko i krzyżyk albo obstawiali wyścigi konne. Z autobusów wysiadło kilkoro zagubionych turystów, ruszyli w jedną stronę, zawrócili, ruszyli w przeciwną. Spojrzał na śpiącą siostrę. Nie potrafił zrozumieć, jak może być tak spokojna. Czy nie przeszło jej przez myśl, że coś się stało? Ich ojciec został aresztowany. Gdy wsiadał do samolotu, zatrzymało go wojsko, kazali mu pokazać paszport, oskarżyli go, że jest tajnym agentem, przemytnikiem, członkiem opozycji. Teraz siedzi w zimnej celi, próbując przekonać wojskowych, że nie jest spokrewniony z tym chłopakiem, który podpalił się w więzieniu w proteście przeciwko polityce rządu. Nasz klan jest naprawdę liczny, powiedział. To popularne nazwisko. Nie jestem politykiem, jestem sprzedawcą, powiedział i uśmiechnął się czarująco. Ten to potrafiłby się wydostać z celi samym gadaniem. Usiądź, uspokój się, powiedziała siostra, kiedy się obudziła. Oddychaj, wszystko jest dobrze. Półtorej godziny, powiedział syn i pokręcił głową. Naprawdę nie wydaje ci się dziwne, że samolot wylądował półtorej godziny temu, a jego jeszcze nie ma? Spokojnie, odparła siostra i posadziła go z powrotem na ławce. Nie ma w tym nic dziwnego. Przecież wiesz, że najpierw musi zaczekać, aż wszyscy wysiądą z samolotu, i zebrać porozrzucane gazety i butelki po winie. Potem musi pójść do swojej ulubionej toalety, odebrać bagaż i obejrzeć go uważnie z każdej strony. I jeśli na walizce znajdzie choćby najmniejsze zadrapanie, a tak jest za każdym razem, stanie w kolejce do reklamacji, prawda? Syn pokiwał głową. Powie, że chciałby złożyć reklamację, ponieważ walizka została uszkodzona, a obsługa nie zrozumie, czy mówi poważnie, czy żartuje, bo przecież tę walizkę wyprodukowano pewnie zaraz po drugiej wojnie światowej. Próbują mu wytłumaczyć, że ubezpieczenie nie pokrywa uszkodzeń wynikających ze zużycia, i wtedy on się wścieka i krzyczy, że klient ma zawsze rację. Chyba że za ladą stoi jakaś młoda i ładna kobieta, wtrącił syn. No właśnie, odpowiedziała siostra. Wówczas uśmiechnie się i zapewni, że wszystko rozumie. No a co potem, zapytał syn i nawet się uśmiechnął. Potem musi przejść przez kontrolę celną, stwierdziła siostra. I jakiś niedoświadczony celnik pomyśli, że ma coś do ukrycia. Zatrzymują go. Zadają pytania. Proszą, żeby wszedł do pomieszczenia na zapleczu, pokazał, co ma w walizce. I co znajdą? Nic, walizka jest praktycznie pusta. Ma w niej tylko kilka koszul. I trochę jedzenia. To zawsze tyle trwa, powiedziała siostra. Niepotrzebnie panikujesz.

Siedzieli bez słowa. Przyjechał autobus, potem kolejny. Gdy w końcu ruszył z przystanku, zobaczyli ojca stojącego na chodniku. Miał na sobie to samo ubranie co zawsze. Tę samą wytartą do gładkości marynarkę i te same znoszone buty. Tę samą walizkę, ten sam uśmiech i padło to samo pierwsze pytanie: Macie mój płaszcz? Córka i syn wyszli przez drzwi automatyczne. Okryli go płaszczem i wzięli od niego walizkę. Powiedzieli: witaj w domu, choć za każdym razem zastanawiali się, czy dom to rzeczywiście odpowiednie słowo.

* * *

Ojciec, który jest dziadkiem, wchodzi do hali przylotów. Spotyka się wzrokiem z ludźmi oczekującymi pasażerów. Mają rozmazane twarze, jak przestępcy na nagraniach z monitoringu. Młode kobiety piją z kubków herbatę na wynos. Brodaci mężczyźni w przyciasnych spodniach wpatrują się w ekrany telefonów. Dwoje elegancko ubranych rodziców trzyma zwinięty transparent, nagrywa ich ktoś z rodziny – wyciągnięte w górę przedramię przypomina kobrę. Kilku mężczyzn ściska w dłoniach bukiety i dodatkowe kurtki. Dobrze wie, co to za jedni, nieraz już ich widział: to Szwedzi czekający na swoje tajskie żony. Poznali się w internecie i zaręczyli jeszcze przed pierwszym spotkaniem, a teraz przynieśli kurtki, żeby okazać troskę i oszczędzić dziewczynom szoku termicznego. Tyle że troskliwi mężczyźni nie biorą sobie za żonę prostytutek z drugiego końca świata, myśli, kierując się do wyjścia. Nie rozgląda się za swoimi dziećmi, wie, że ich tu nie ma. Mimo to jego oczy szukają. Oczy wciąż mają nadzieję.

Zauważa dużą afrykańską rodzinę, mężczyźni wyglądają na dilerów. Widzi młodego Pakistańczyka ze znamieniem pod okiem, chłopak mruga intensywnie, jakby był zdenerwowany albo przed chwilą się obudził. Pewnie gej. Od razu widać po obcisłej koszuli i luźno zawiązanym szaliku. Dziadek idzie dalej przed siebie, mija całodobową kawiarnię i kierowców taksówek o szwedzko brzmiących nazwiskach lub z angielskimi nazwami korporacji. Mija zamknięty nocą kantor wymiany walut i owalny słup z dużymi zielonymi naklejkami, które informują, że w tym miejscu znajduje się defibrylator. Kurwa, a co to jest defibrylator? I skoro jest taki ważny, dlaczego nie ma go na wszystkich lotniskach? Otóż to. Z jakiegoś powodu tylko tutaj, w tym dziwnym kraju, politycy postanowili, że w hali przylotów nie może zabraknąć defibrylatora.

Dziadek, który nie czuje się już jak ojciec, pcha wózek w kierunku przystanku autobusowego. Na zewnątrz wieje. Przez całe życie przylatywał na to właśnie lotnisko i z niego tylko odlatywał. Słońce czy deszcz, zima czy lato. Nieważne. Po wyjściu z terminala 5 zawsze wieje wiatr. Przypomina orkan niezależnie od pogody. Zmienia szalik we flagę, marynarkę w spódnicę. Wieje tak mocno, że czekający na autobus muszą chować się między betonowymi słupami, żeby uniknąć niekontrolowanego tańca: dwa kroki w prawo, krok do przodu, a wiatr śmieje się i pogwizduje do taktu.

Mruży oczy, żeby przeczytać napis na tablicy elektronicznej. Do odjazdu następnego autobusu zostało czternaście minut, widocznie dopiero odjechał. Czternaście cholernych minut. Zza rogu wychyla się żona. Czternaście minut!, woła uradowana. Całe szczęście, że nie sto czternaście! Piździ, odburkuje. Rzeczywiście, wyjątkowo rześko, odpowiada. Nikt po mnie nie wyjechał, mówi. Przecież jestem, odpowiada. Choruję, mówi. Co za szczęście w nieszczęściu, że to tylko cukrzyca, a nie jakaś inna nieuleczalna choroba, odpowiada, bo z cukrzycą da się żyć, słyszałam o cukrzykach, którym udało się odstawić insulinę tylko dzięki zmianie diety, choć przyznaj się, ty pewnie lubisz te wszystkie strzykawki i mierzenie poziomu cukru? Tracę wzrok, mówi dziadek. No ale mnie chyba widzisz? Tak, odpowiada. Co za szczęście, odpowiada i się uśmiecha. Krótko ścięte włosy furkoczą na wietrze. Szczęście w nieszczęściu – to była jej mantra niezależnie od tego, co się działo. Gdy koleżanka z klasy córki złamała rękę, jej pierwsze pytanie brzmiało: prawą czy lewą? Lewą, odpowiedziała córka. Co za szczęście w nieszczęściu, powiedziała. Ona jest leworęczna, odpowiedziała córka. W takim razie będzie mieć okazję poćwiczyć prawą rękę. Co za szczęście w nieszczęściu. Ojciec uśmiecha się na to wspomnienie. Wiatr się uspokaja, zapada cisza. Żona podchodzi do niego, gładzi go po skroni i całuje w policzek ustami zimnymi jak przyciski w windzie. A tak na marginesie, szepcze. Żona? Dlaczego myślisz o mnie jak o swojej żonie? Przecież rozwiedliśmy się ponad dwadzieścia lat temu. Wiatr wzmaga się, już jej nie ma. Czuje się osłabiony. Coś złego dzieje się z jego oczami, chciałby wrócić do domu. Nie ma domu. Są za to taksówki. I szybkie pociągi, ale on i tak zaczeka na autobus. Zawsze czeka na autobus.

* * *

Siostra, która jest córką, ale która nie jest już matką, wychodzi z restauracji, zatrzymuje taksówkę i podaje adres. I jak wieczór?, pyta taksówkarz. Nie najgorzej, odpowiada. Byłam na urodzinach znajomej, skończyła trzydzieści osiem lat. Trzydzieści osiem cholernych lat. Siostra wzdycha. Czas leci, mówi taksówkarz. To prawda, odpowiada. Ma pani dzieci? Trzydzieści osiem, powtarza siostra. Pamiętam, kiedy moja mama skończyła trzydzieści pięć. Prowadziła własną firmę i trzymała wszystkie dokumenty w teczkach. Wydawała mi się tak niezwykle dojrzała i zorganizowana. Moi znajomi pieprzą się na prawo i lewo i pracują od projektu do projektu. Choć może ona też tak myślała o swoich znajomych, kiedy porównywała ich ze swoimi rodzicami, jak pan sądzi? Bardzo możliwe, odpowiada taksówkarz. Zapada cisza. Za to jedzenie mają niezłe, mówi. Był pan tam? Nie, odpowiada. I całkiem spore porcje, dodaje. Nie znoszę chodzić do miejsc, gdzie danie główne kosztuje trzysta koron i nie można się najeść. Prawda, że to okropnie wkurzające? Prawda, odpowiada taksówkarz. Człowiek chce się przecież najeść. Otóż to, mówi siostra. Niestety mieli jakiś problem z wentylacją, w całym lokalu cuchnęło tłuszczem. Do tego stopnia, że musiałam wyjść, żeby zaczerpnąć powietrza, inaczej bym zwymiotowała. Spotykają się wzrokiem w lusterku wstecznym. Zapada cisza. Siostra sięga po telefon. Pierwsza wiadomość z wpół do dziewiątej. Brat pisze, że czeka na ojca w biurze. Racja, kurwa. Przecież dzisiaj miał przyjechać ojciec. Kolejna wiadomość od brata z dziewiątej piętnaście. Pisze, że ojca wciąż nie ma. Wpół do dziesiątej. Pisze, że zaczyna się martwić. Kwadrans po dziesiątej. Pisze, że samolot ma opóźnienie i że niedługo zacznie zbierać się do domu. Prosi, żeby oddzwoniła. Siostra patrzy na zegarek, jest wpół do dwunastej. Na pewno już śpi. Porozmawiają jutro. Nie jest w stanie o tym dłużej myśleć, bo taksówkarz pachnie, jakby wylał na siebie wiadro perfum. A osoba, która siedziała przed nią na tylnym siedzeniu, musiała być nałogowym palaczem. Niedomknięte opakowanie mokrych chusteczek w przegródce na drzwiach pachnie chemiczną morelą, a puszka ze snusem należąca do kierowcy – mchem. Gdy wyjeżdżają z tunelu, szybko otwiera tylne okno i przystawia nos do szczeliny. Za gorąco?, pyta taksówkarz. Może trochę, odpowiada. Zamyka jej okno z przedniego fotela i skręca temperaturę na panelu sterowania klimatyzacją. Siostra słyszy swój oddech, usta napełniają się śliną. Tutaj będzie dobrze, mówi, gdy taksówka zjeżdża z ronda. Podaje kartę i wysiada z samochodu. Przez kolejne pięć minut kuca przy kwietniku. Potem rusza w kierunku domu. Nie zwymiotowała. Nie zwymiotuje. Coś się jednak zmieniło. Czuje się jak superbohaterka obdarzona niezbyt przydatną supermocą, dzięki której potrafi wyczuć każdy zapach z odległości kilku przecznic, a potem dostać z jego powodu mdłości: smród parówek przed wejściem do Seven Eleven, psie kupy przy przystanku autobusowym, krem na twarzy jakiegoś mężczyzny. Na jej ulicy pachnie stęchłymi jesiennymi liśćmi. Skręca w prawo i zbliża się do wejścia do budynku. Za jej plecami rozlegają się kroki. Są coraz szybsze. To nie musi nic oznaczać. Ktoś pewnie wyszedł pobiegać w nocy. Lub jej sąsiad hardcorowiec zobaczył, jak kuca na ulicy, i wyszedł, żeby sprawdzić, czy potrzebuje pomocy. Mimo to wyjmuje pęk kluczy, szykuje się do ataku. Klucze zamieniają się w kastet. Wzrok się wyostrza. Nudności minęły. Najpierw oczy, potem krocze. Oczy, krocze. Przejmij inicjatywę. Krzycz. Nie pozwól, by napastnik zobaczył, że się boisz. Bierze zamach, odwraca się i rusza prosto na zbliżającego się mężczyznę. Czego chcesz?, krzyczy. Mężczyzna wyjmuje słuchawkę z ucha. Słucham? Przestań mnie śledzić. Ale ja tu mieszkam, odpowiada i pokazuje palcem. Która klatka? Dwadzieścia jeden. Nie ma takiej klatki. No jest. Bo tam mieszkam. Przy której ulicy? Podaje nazwę. Okej, mówi. Przechodź. Mężczyzna przyśpiesza kroku i mija ją wystraszony, kręcąc głową. Czuć od niego popcornem na maśle. Odprowadza go wzrokiem. Osuwa się i kuca na ziemi, gdy on znika za rogiem. Pieprzona restauracja. Pieprzona zaśmierdła taksówka. Pieprzone ohydne sterty liści. Wjeżdża windą na piętro, w ostatniej chwili wbiega do łazienki i wymiotuje do toalety. Kochanie?, dobiega ją zza drzwi szept tego, który nie jest jej chłopakiem. Mogę ci jakoś pomóc? Nie odpowiada. Leży obrócona na bok na podłodze i czeka, aż świat przestanie wirować.

Patrzy na haczyki, na których nie wisi jego ręcznik. Patrzy na kubek, w którym nie ma jego szczoteczki. Patrzy na zasłonkę prysznicową z fioletową papugą, którą zawiesiła tylko dlatego, że za każdym razem, gdy brał prysznic, łazienka zamieniała się w las tropikalny i trzeba było wymieniać papier toaletowy. Naprawdę potrafiła się zezłościć o te kilka kałuż? Patrzy na otwieraną szafkę ścienną, w której miał najniższą półkę, bo tylko do niej dosięgał bez wchodzenia na biały taboret. Na półce stawiał dezodorant i jednorazowe maszynki do golenia, których jeszcze nie potrzebował, i kolekcję kremów nawilżających, które brała z hoteli podczas wyjazdów służbowych. Teraz najniższa półka w szafce jest pusta i kiedy ten, który myśli, że jest jej chłopakiem, położył na niej bez pytania swój trymer, w reakcji wyrzuciła go do kosza.

Gdy wychodzi z łazienki, ten, który nie jest jej chłopakiem, siedzi na kanapie ze wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu. Co, przesadziłaś?, pyta z uśmiechem. Nie, skąd, odpowiada. Przez cały wieczór piłam tylko wodę gazowaną. Nie miałam ochoty na wino. Chłopak odkłada telefon. Co jest?, pyta go. Dlaczego mi się tak przyglądasz?

* * *

Syn, który jest ojcem, patrzy na zegarek. Zbliża się północ, siostra nie oddzwania. Godzinę temu jego dziewczyna napisała esemesa. Odpisał, że samolot miał opóźnienie i że zaraz wraca do domu. Zebrał się do wyjścia i nie wyszedł, nie wie dlaczego. Na próbę wybiera zagraniczny numer ojca, potem szwedzki. Oba telefony są wyłączone albo rozładowane, albo skonfiskowane. Nasłuchuje odgłosu klucza przekręcanego w zamku. Próbuje sobie przypomnieć, kiedy przestali odbierać ojca z Cityterminalen. Trzy lata temu? Pięć? Nie pamięta dokładnie, ale podejrzewa, że musiało to być w czasie, gdy on został ojcem, a ojciec dziadkiem. Coś się wtedy zmieniło. Nadal jednak odpowiada za kwestie organizacyjne, prowadzi konto bankowe ojca i sprawdza pocztę. Opłaca rachunki, wypełnia deklaracje podatkowe, odwołuje wizyty u lekarza i otwiera listy z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Odpowiada również za zakwaterowanie ojca. I to niezależnie od tego, czy ojciec zostaje na dziesięć dni, czy na cztery tygodnie. Tak było zawsze i tak już pozostanie.

Z filiżanką w dłoni wchodzi do kuchni. Kiedy zapala światło, słychać szelest karaluchów chowających się za kuchenką. Kątem oka widzi cień ostatnich dwóch, które wbiegają pod zamrażarkę. Na blacie kuchennym zastygł połyskujący na czerwono karaluch, próbuje udawać niewidzialnego, czułki kołyszą się w powietrzu. Syn odstawia filiżankę na kuchenkę i powoli wyciąga się po ręcznik kuchenny. Zwilża papier, zgniata karalucha, wyciera do czysta blat i wyrzuca papier prosto do sedesu, żeby zapobiec roznoszeniu się jajeczek. Niebieskie pułapki lepowe z Anticimexu stoją tu od kilku tygodni. Koleś od dezynsekcji był w ostatni czwartek i spryskał śmiercionośnym kremem przypominającym pastę do zębów puste miejsca między kuchenką a zlewem i między lodówką a zamrażarką. Mimo to nadal przychodzą. Są dwa gatunki: jeden bardziej czarny, drugi bardziej czerwony. Po zjedzeniu trucizny umierają jednak dokładnie tak samo. Kładą się na grzbiecie i podwijają odnóża. Ich długie czułki kołyszą się w przód i w tył jak źdźbła trawy. Sprawiają wrażenie pogodzonych z losem, jakby już tylko czekały na zmiażdżenie kawałkiem mokrego ręcznika papierowego. Na każdego karalucha odrywa zawsze jeden listek ręcznika, dzięki temu na dłużej starcza. Jeśli przypadkiem oderwie dwa kawałki, znajduje dwa karaluchy, tak jest sprawiedliwie i nie marnuje pieniędzy na kolejne rolki papieru. To nie były jego słowa. To były słowa jego ojca. Wystarczy jeden kawałek, wołał zza drzwi, gdy syn siedział w toalecie. Dwa kawałki, jeśli chcesz zmoczyć papier. Chcę zmoczyć, wołał syn. W takim razie weź dwa kawałki, odpowiadał ojciec. Syn brał dwa kawałki, moczył pierwszy i się podcierał. A teraz jeszcze jeden, żeby sprawdzić, czy jest czysto, instruował ojciec. Najlepiej użyj całej rolki, krzyczała matka z kuchni. Nie słuchaj jej, mówił ojciec. I syn robił tak, jak mu kazano. Przez całe cholerne życie robił tak, jak mu kazano. Teraz to się zmieni, myśli i bierze do ręki długopis. Nie pisze, że to ostatni raz, kiedy ojciec tu mieszka. Nie pisze, że chce zerwać klauzulę. Zamiast tego pisze: „Witaj, ojcze. Mam nadzieję, że miałeś dobrą podróż. Tutaj jest twoja poczta. Odezwij się w wolnej chwili, żebym nie martwił się, że coś się stało”.

Gasi światło i wychodzi na klatkę schodową. Zamyka drzwi wewnętrzne, zewnętrzne i przekręca klucz w zamku patentowym. Na wszelki wypadek sprawdza raz jeszcze, czy zamknął. Teraz już naprawdę może iść do domu. Potem wraca, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie otworzył zamka, gdy sprawdzał, czy go zamknął. Przecina plac, przy którym trwa remont lokalnego baru. Mija sklep spożywczy na rogu ulicy, prowadzony przez miłego, choć lekko zagubionego starszego pana, który sprawiał wrażenie, jakby w nim nocował, teraz chyba zamknięty na dobre. Zostawia za sobą zabezpieczony łańcuchem szyld reklamowy „Masaż tajski – Zdrowie”, „Salon fryzjerski K&N”, zieloną toaletę publiczną w kształcie wieży i tablicę ogłoszeniową z odbitymi na ksero kartkami A4 reklamującymi wyprowadzanie psów („oddany przyjaciel psów od 1957!”), feministyczny stand-up, warsztat rowerowy i lekcje zumby. Przechodzi obok wejścia do metra, nieczynnej kawiarni, zlikwidowanej pralni chemicznej. Chce skinąć głową w stronę miejsca, gdzie zawsze siedzi żebrak, ale nikogo tam nie ma, zostało tylko kilka koców, pusta miska i kawałek kartonu ze zdjęciami jego dzieci. Skręca w lewo w żwirową ścieżkę, którą niedawno wyasfaltowano, mija boisko do piłki nożnej wyłożone sztuczną trawą, czerwony budynek przebieralni i lasek, gdzie przez kilka dni na ścieżce leżało przewrócone drzewo i nikt z tym nic nie zrobił. Mija osiedle domków jednorodzinnych, ronda, place budowy. Widziałeś się z nim?, mruczy przez sen dziewczyna, kiedy wsuwa się obok niej pod kołdrę. Dzisiaj nie, odpowiada szeptem.

II. CZWARTEK

Dziadek, który jest zapomnianym przez wszystkich ojcem, czeka na przystanku, ale autobus wciąż nie przyjeżdża. Jest chory. Umierający. Kaszle, jakby miał wypluć płuca. Niedługo całkiem straci wzrok i pewnie nie przeżyje tej nocy. To wszystko przez dzieci. Chrzanić ten kraj z tą jego zakichaną pogodą, absurdalnymi cenami taksówek i nudną telewizją. Do dziś pamięta program telewizyjny z okresu krótko po przeprowadzce. Najpierw prognoza pogody, zaraz potem program dla dzieci: dwie różnokolorowe skarpetki z cekinami zamiast oczu i kościstymi rączkami, przekonujące, że walka klas jest warunkiem koniecznym szczęśliwego społeczeństwa. Potem znów prognoza pogody. Potem Tablica ogłoszeniowa, specjalny program, w którym państwo szwedzkie udzielało obywatelom porad, jak postępować w przypadku oparzenia się dziecka (wstaw dziecko pod prysznic, polewaj chłodną, ale nie zimną wodą przez dwadzieścia minut, nie zdejmuj mu ubrania), wreszcie materiał o tym, jak ważne są kijki w jeździe na biegówkach, potem wiadomości, potem prognoza pogody, potem wieczorny film, który zawsze, w stu przypadkach na sto, był dokumentem o latynoamerykańskich poetach albo ukraińskich ekorolnikach. Mimo to całymi nocami przesiadywał przed telewizorem, jego jedynym towarzyszem w bezsenności. I choć czuł się samotny, to przecież wcale samotny nie był, bo miał ją. To dla niej tu przyjechał. To dla niej wszystko zostawił. I nie był to wolny wybór, bo miłość to przeciwieństwo wolnego wyboru. Miłość to w 100% system niedemokratyczny, 99% głosów na tego z wąsem, dawnego wojskowego, którego portrety wiszą w każdej trafice, przy wszystkich alejach, we wszystkich salonach fryzjerskich, w każdej kawiarni, aż do końca rewolucji, kiedy to wszystkie portrety zostaną wyrzucone, zdeptane, spalone i zastąpione zdjęciem innego człowieka z wąsem, dawnego wojskowego, który mówi, że ten poprzedni z wąsem, dawny wojskowy, nie był prawdziwym przywódcą, był skorumpowany, nie dbał o ojczyznę tak, jak ona na to zasługuje. Miłość to dyktatura, myśli ojciec, a dyktatury są dobre, bo bez wątpienia najszczęśliwszy był wtedy, gdy miał minimum wolności, gdy na pewno wiedział tylko to, że zginie, jeśli nie będzie miał jej przy sobie. Żony. Dziś byłej żony. I jeśli czegoś nauczyła go ta nieudana rewolucja, to tego, że silny mężczyzna u władzy ma swoje zalety. I że jednostkowe ludzkie głosy nie mają jako takie wartości. Ludzie to idioci, są jak mrówki. Nie wiedzą, co dla nich najlepsze. Trzeba ich kontrolować, żeby nie budowali mrowisk gdzie popadnie i nie plenili się w obcych domkach letniskowych. Nie pamięta już, kto to powiedział, możliwe, że sam to wymyślił. Nawet bardzo możliwe, bo jest o 100% mądrzejszy niż 100% ludności tego świata. Wie o sprawach, o których inni nie mają nawet odwagi pomyśleć. Wie, że Chińczycy niedługo przejmą kontrolę nad światem. Wie, że dziewięć na dziesięć osób kierujących światowymi mediami to Żydzi. Wie, że za atakiem na World Trade Center stała CIA. Wie, że NASA sfingowała lądowanie na Księżycu, że FBI zabiło Malcolma X, Martina Luthera Kinga, JFK, Johna Lennona i J.R. Ewinga. Wie, że bankom zależy, by ludzie płacili kartami, bo wówczas mają ich na oku i wiedzą, gdzie się znajdują, mają pełną kontrolę nad każdym z nas i mogą zacząć nami sterować, jakbyśmy byli mrówkami. Tyle że ludzie nie są mrówkami. Ludzie są mądrzejsi od mrówek, więksi od mrówek, mają rozum, język, dwie nogi zamiast sześciu, ręce zamiast czułek, chodzą wyprostowani, a nie z brzuchem do dołu, a to tylko kilka z wielu dowodów na to, że ludzie nigdy nie pogodzą się z rządami dyktatora.

Próbował wytłumaczyć to wszystko kobiecie, która miała szczęście siedzieć obok niego w samolocie. Przyznała, że jest pod wrażeniem jego wiedzy, ale jej mały mózg nie umie przyswoić takiej ilości informacji. Po posiłku ziewnęła i stwierdziła, że musi się przespać. Śpij, śpij, powiedział dziadek. Wypił dwie buteleczki wina, a trzecią schował do bagażu podręcznego. Słodkich snów. Prawda powinna być przyjmowana w niewielkich dawkach. Kobieta włożyła słuchawki do uszu i natychmiast zasnęła.

Teraz dziadek stoi na chodniku, wiatr wieje mu w twarz. Z naprzeciwka jedzie samochód. Czy to możliwe, że…? Nie, to nie jego dzieci. Syn siedzi w domu i słucha muzyki, która nie jest muzyką. Córka baluje gdzieś na mieście. Myślą tylko o sobie. Kobieta w samochodzie wygląda znajomo, to ona siedziała obok niego w samolocie. Na moment spotykają się wzrokiem. Kobieta mówi coś do mężczyzny za kierownicą. Mówi: zatrzymaj się, kochanie! To ten zajmujący człowiek, z którym miałam okazję rozmawiać w samolocie, ten, który ma tak ciekawe poglądy. Spójrz na niego, chyba jest zmęczony. Zawieźmy go do domu, żeby nie musiał tu stać na wietrze. Dziadek uśmiecha się i unosi dłoń w stronę samochodu. Kobieta odwraca wzrok. Mężczyzna za kierownicą pochyla się do przodu i patrzy na niego, po czym wciska gaz i odjeżdża w kierunku autostrady.

Wreszcie ojcu, który jest dziadkiem, udaje się jakimś cudem złapać autobus do Cityterminalen. Ostatkiem sił znosi bagaż na stację metra czerwonej linii. Zbliża się wpół do drugiej w nocy, gdy wysiada z pociągu na właściwej stacji, a jakiś uprzejmy brodaty chłopak z pomarańczowymi słuchawkami i podejrzanie rozszerzonymi źrenicami pomaga mu wnieść bagaż po schodach.

Idzie przez lasek, mija sklep spożywczy, lokalną restaurację. Zatrzymuje się przed wejściem na klatkę prowadzącą do biura syna. Nie ma siły wnieść walizek po schodach. Poddaje się i osuwa na chodnik. Wstaje, zbierając resztki sił. Musi dać radę, to już ostatnia prosta. Otwiera drzwi i taszczy walizki na pierwsze piętro. Potem zasypia w ubraniu na kanapie. Nie zdąży podpiąć telefonu do ładowarki. Nie zdąży umyć zębów. Zdąży tylko włączyć telewizor, na tyle głośno, żeby móc zasnąć.

* * *

Syn, który jest na urlopie ojcowskim, w zły dzień wstaje za dziesięć czwarta, a w dobry – wpół do piątej rano. Pierwszy zwykle budzi się jednolatek, czasem udaje się go przetrzymać, wsuwając przez szczeblinki łóżeczka kartonikowe książeczki i pluszaki, jednak po kwadransie traci zwykle cierpliwość i chce wyjść. Podciąga się i pokazuje palcem na drzwi. Buczy muuu. Robi poranną kupę w ciężką po nocy pieluchę, która w każdej chwili może zacząć przeciekać. Gdy ojciec w końcu zapala światło, jednolatek chichocze i próbuje wydostać się z łóżeczka. Czterolatka budzi się około piątej i wychodzi z potarganymi włosami z pokoju, mrużąc oczy. Trzyma w ręku butelkę ze smoczkiem, której wciąż używa, choć ojciec próbuje ją czasem namówić, żeby zaczęła pić ze szklanki albo z plastikowego kubka, albo z tej nowej, superfajnej sportowej butelki. Córka protestuje, nie chce oddać butelki ze smoczkiem. Pozwól jej, mówi matka. Tylko to jej zostało z czasów, gdy była niemowlęciem. I ojciec pozwala, choć wolałby, żeby przestała jej używać. Tłumaczy, że jeśli będzie tak dalej chodzić z butelką ze smoczkiem, może się zdarzyć, że zobaczą ją koledzy z przedszkola i będą się śmiać. Mogą zacząć wołać za nią „dzidzia” albo „smarkula”, albo jeszcze coś innego, dlatego naprawdę byłoby lepiej, gdyby przestała z niej pić. Córka patrzy na niego i wzrusza ramionami. Mam ich w nosie, mówi i wsuwa butelkę za gumkę spodni od piżamy jak pistolet. Sam słyszałeś, mówi matka, wychodząc z mokrymi włosami spod prysznica, i nalewa kawy z ekspresu. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Choć pod tym względem padło cholernie daleko, przynajmniej od jabłoni ojca, dodaje. Parska śmiechem i przelotnie całuje go w policzek. Będę koło piątej, rzuca i dopija kawę, stojąc przy blacie kuchennym. Nigdy jeszcze nie zdarzyło ci się wrócić o piątej, myśli, ale nie mówi tego na głos. Napisz mi esemesa, gdybym miała kupić coś po drodze, dorzuca. Luz, odpowiada. Ogarnę to.

Idzie w kierunku metra, ma nową torebkę, nową fryzurę, płaszcz, rękawiczki i wygląda naprawdę profesjonalnie, wychodząc na spotkanie z wielkim światem. On tkwi w chaosie, który opanował kuchnię. Ma na sobie szlafrok z rękawem zasmarkanym przez jednolatka i śladami ubrudzonych kaszą rączek czterolatki na kieszeni. Po mieszkaniu biega jednolatek z wózeczkiem, ryczy zirytowany za każdym razem, gdy zahaczy o dywan albo wjedzie w kąt. Czterolatka prosi, żeby poszedł z nią do toalety, musi zrobić kupę, ale nie wolno mu na nią patrzeć, musi więc stać blisko, ale odwrócony plecami, bo czterolatka boi się zostać sama w toalecie. Jednolatek wdrapuje się na kanapę i próbuje dosięgnąć ramy obrazu. Czterolatka chce posłuchać bajki, ale bajka musi być na tyle straszna, żeby jednolatek się bał. Jednolatek znowu robi kupę, czterolatka chce ją zobaczyć. Jednolatek nie chce leżeć spokojnie na przewijaku, ojciec prosi więc czterolatkę, żeby przyniosła mu jakąś zabawkę, czterolatka wraca z nakładką na długopis w kształcie trolla ze świecącymi fioletowymi włosami. Ojciec dziękuje czterolatce, jednolatek spogląda na trolla i spuszcza go jak bombę głębinową prosto na podłogę, która okazuje się nie podłogą, tylko otwartą toaletą, troll wpada prosto do sedesu, włosy zamieniają się w cienką, długą kreskę, troll leży na brzuchu i wygląda na naprawdę nieżywego, czterolatka w pierwszej chwili parska śmiechem, a potem wybucha płaczem, ojciec wyciera mokrymi chusteczkami płynną zielonkawożółtą kupę z rąk, z białego przewijaka i z pupy jednolatka, zakłada świeżą pieluchę i próbuje odwrócić uwagę jednolatka oraz pocieszyć czterolatkę, sięgając jednocześnie po torebkę foliową, którą nakłada na prawą rękę, żeby zanurzyć ją w toalecie i wyłowić trolla. Jednolatek podciąga się do wstawania, trzymając się komody w przedpokoju, i krzyczy z wrażenia, bo się nie przewraca. Czterolatka chce mu pomóc w chodzeniu, ale przypadkiem go przewraca. Jednolatek płacze. Czterolatka się śmieje. Jednolatek gryzie czterolatkę w piszczel. Czterolatka płacze. Jednolatek znika. Znajdują go skulonego pod stołem w dużym pokoju, z dwoma plastikowymi koralikami w buzi. Ojciec zanosi jednolatka do pokoju czterolatki. Teraz muszą się ubrać. Czterolatka chce włożyć krótkie spodenki i koszulkę piłkarską. Ojciec tłumaczy, że jest zima, a już na pewno późna jesień. Czterolatka chce włożyć krótkie spodenki pod długie spodnie. Ojciec się poddaje. Jednolatek zniknął. Znajdują go w sypialni, przy stoliku nocnym z ostrymi metalowymi narożnikami, gdzie udało mu się odkleić plastikową nakładkę, naklejoną właśnie dlatego, że narożniki są ostre. Czterolatka chce się bawić duplo, ale pod warunkiem, że ojciec usiądzie obok, a jednolatek nie będzie mógł się z nimi bawić. Wszyscy bawią się duplo. Wszyscy z wyjątkiem jednolatka siedzącego nieco dalej z zadowoloną miną, którą ma tylko wtedy, gdy trzyma coś w ustach. Ojcu udaje się wydłubać mu z buzi jeden z matczynych stoperów do uszu. Jednolatek wrzeszczy. Czterolatka buduje garaż. Jednolatek rozwala garaż. Czterolatka rzuca piłką w jednolatka. Jednolatek myśli, że to taka zabawa, przynosi piłkę i podaje czterolatce. Czterolatka chowa piłkę. Jednolatek znajduje oponę z klocków Lego i wkłada ją do buzi. Ojciec wyławia oponę z buzi jednolatka tą samą ręką, którą dziesięć minut wcześniej zanurzył w toalecie. Czterolatka mówi, że znudziło jej się duplo. Jednolatek trze oczy. Ojciec patrzy na zegarek i stwierdza, że zostało półtorej godziny do odprowadzenia czterolatki do przedszkola. Chciałby, żeby czas szybciej płynął, żeby w przedszkolu znalazło się miejsce dla jednolatka. Czasem, kiedy jedzą pierwsze śniadanie, to znaczy śniadanie, które jedzą przed śniadaniem w przedszkolu, ojciec próbuje rozmawiać z czterolatką o poważnych sprawach. Sięga po gazetę i pokazuje zdjęcie prezydenta Filipin. Tłumaczy, co oznaczają rozruchy. Mówi, że akcje humanitarne są konieczne, kiedy ludziom brakuje jedzenia. Czterolatka przytakuje i sprawia wrażenie, jakby rozumiała. Potem mówi, że wszyscy ludzie ze sznurem na szyi to prezydenci. I ojciec przyznaje jej rację – rzeczywiście, kiedy w gazecie jest zdjęcie kogoś w krawacie, bardzo często okazuje się, że to prezydent lub przynajmniej polityk. Po pierwszym śniadaniu przebierają się w czyste ubrania. Potem bawią się w badaczy kosmosu albo rodzinę tygrysów, albo policjanta i złodzieja, albo miotacz ognia i strażaka, albo w nosorożce, które tupią jedną nogą w podłogę, żeby pokazać, jak bardzo są złe i zaraz zaczną bóść. Ojciec zmienia ostatni raz pieluchę jednolatkowi i wreszcie mogą wyjść do przedszkola. Czterolatka ubiera się samodzielnie, robi wszystko na wyścigi: kto pierwszy włoży polar, ten wygrywa. Wygrałam, krzyczy czterolatka. Kto pierwszy włoży kombinezon. Znów wygrałam! Kto pierwszy wciśnie przycisk do windy. Patrz, tato, jestem najszybsza na świecie, mówi, a ojciec przytakuje, ojciec przyznaje rację: czterolatka jest rzeczywiście wyjątkowo szybka, nieprawdopodobnie mądra, niezwykle dobra we wszystkim, w czym można być dobrym. Choć czy na pewno? Gdzieś w środku słyszy głos: po moim trupie, wcale nie jesteś najlepsza we wszystkim. Gdybym tylko chciał, mógłbym się ubrać superszybko. Mógłbym pokonać cię z palcem w nosie, wystarczy, że choć trochę się postaram. Potrafię lepiej liczyć w pamięci, bo nie muszę używać palców, żeby dodać trzy do trzech. Pamiętasz te litery, za które wszyscy cię chwalą? Wyobraź sobie, że ja też je znam. Wszystkie. I to dużo lepiej niż ty.

Wysiadają z windy, zatrzymują się, żeby pogłaskać znajomego kota o imieniu Jelcyn, i jadą dalej pod górkę, ulicą biegnącą przy niewielkim placu z poidełkiem dla ptaków, przychodnią, kawiarnią, trzema zakładami fryzjerskimi, zakładem pedicure i domem starców. Jednolatek przeciera oczy. Czterolatka biegnie pierwsza. „Prosimy zakładać po dwa ochraniacze”, czyta na kartce w szatni. Ojciec zwykle bierze tylko jedną parę ochraniaczy, branie dwóch uważa za marnotrawstwo zwłaszcza, gdy na dworze nie pada. Bierze jednolatka na ręce, pozdrawia rodziców, z którymi zawsze się wita, ale nigdy nie rozmawia. Czterolatka biegnie do sali i wpada dosłownie chwilę przed tym, jak Leffe wjeżdża z wózkiem ze śniadaniem. Naprawdę dobrze im dziś poszło. Czterolatka wskakuje na krzesło między dwoma kolegami i macha ojcu na pożegnanie. Ojciec pyta pracowników przedszkola o to, jak się dziś czują. Wita się ze sprzątaczką. Staje za przeszklonymi drzwiami i wychyla się zza szyby, żeby rozśmieszyć czterolatkę. Robi to raz. Dwa razy. Trzy razy. Za czwartym razem córka przestaje na niego patrzeć, choć ojciec dalej wychyla się, robiąc coraz to nową minę. Potem wraca do szatni. Chciałby tylko, żeby spojrzała na niego i pomyślała, że jest fajny. I żeby jej koleżanki pomyślały, że jest fajny. I ich rodzice. I kadra przedszkolna. I sprzątaczka. Z trudem ściąga ochraniacze i gdy idzie do wózka z przysypiającym jednolatkiem na ramieniu, myśli o tym, dlaczego nie potrafi nawet odprowadzić dziecka do przedszkola, żeby nie zastanawiać się nad tym, jak widzą go inni, i że to kolejny dowód na to, że coś jest z nim nie tak, że nie funkcjonuje jak inni, że coś musiało się wydarzyć w jego przeszłości, co sprawiło, że tak trudno mu robić rzeczy, które innym przychodzą bez najmniejszego wysiłku.

Jednolatek zasypia w wózku. Ojciec schodzi na nabrzeże, żeby popatrzeć na kaczki. Przy brzegu spaceruje para emerytów, trzymając się pod ramię. Na ławkach wygrzewają się matki na urlopach macierzyńskich, jedzą jabłka, opierając nogę o tylne koło wózka. Na przystani ganiają się dwa psy. Trawa pokryła się cienką warstwą szronu. Żwir na ścieżce stwardniał jak zawsze wtedy, gdy temperatura spada do zera. Syn, który jest ojcem, czuje, jak ogarnia go spokój. Córka jest w przedszkolu, syn zasnął. Poradził sobie. Przeżył kolejny zwykły poranek. Z rodzaju tych, z którymi wszyscy inni rodzice radzą sobie bez problemu, a który dla niego oznacza walkę. Ale dziś się udało. I jutro też się uda.

Czuje się gotów, żeby zadzwonić do ojca. Sięga po telefon i wybiera szwedzki numer. Ojciec nie odbiera. Wysyła wiadomość i chowa komórkę. Dzwoni raz jeszcze. Chodzi tam i z powrotem nad wodą, przegląda listę spraw do załatwienia przed piątymi urodzinami czterolatki, próbuje skupić wzrok na kaczkach, na emerytach, na matkach na urlopie macierzyńskim, ale jego myśli krążą wciąż wokół ojca, który nie odbiera telefonu i być może już nie żyje. Próbuje się uspokoić, uspokaja się. Wchodzi do kawiarni, zostawiwszy wózek ze śpiącym synem na zewnątrz. Nie boi się, że coś się stanie. Wierzy w przychylność kosmosu, ale na wszelki wypadek przypiął wózek do stolika na dworze, tak jak to robią inni rodzice. Nic dziwnego w nadmiernej ostrożności, kiedy ma się pod opieką niemowlę. Wychodzi z kubkiem kawy na wynos. Świeci słońce. Wraca nad wodę. Po drugiej stronie dostrzega szczelinę w skale. Można przez nią przejść, spojrzeć w górę na niebo i ujrzeć chmury z zupełnie nowej perspektywy, w obramieniu skalnych krawędzi. Na lewo znajdują się dawne wyłomy po wybuchach dokonywanych przez Alfreda Nobla. To właśnie tutaj, w bezpiecznej odległości od ludzkich skupisk, testowany był dynamit. Produkowano 16 000 kilogramów nitrogliceryny, ale po śmiertelnych wypadkach w roku 1868 i 1874 zakład produkcyjny przeniesiono na południowy cypel i otoczono wałami ochronnymi, czyta na tablicy informacyjnej. Wie, że zapomni o tym, że otwory w skałach przypominają twarz o krzywych zębach, a tablica jest zardzewiała i ledwo da się przeczytać tekst po angielsku. Zapamięta natomiast cyfry, daty, dokładną ilość nitrogliceryny. Idzie dalej żwirową ścieżką, wózek wjeżdża bezgłośnie na drewnianą keję. Zatrzymuje się na samym końcu. Oddycha. Próbuje chłonąć wszystko, co widzi, wodę, niebo, wiatr, wyspy, horyzont, żaglówki, fale, ptaki. Ktoś inny mógłby z pewnością to wszystko opisać. On nie potrafi. Może tu jednak stać i czuć się częścią tego wszystkiego. Sięga po telefon i dzwoni do ojca. Ten wciąż nie odbiera.

* * *

Co prawda siostra nie zna się z pracownikami apteki, ale woli zaczekać na zewnątrz. Dlaczego nie możemy wejść tam razem?, pyta ten, któremu najwyraźniej wydaje się, że jest jej chłopakiem. Dlatego, że chcę zostać tutaj, odpowiada i nie rusza się z miejsca. Ale dlaczego? Dlatego, odpowiada. Ile ty masz właściwie lat?, mówi i wchodzi do środka. Robi to jednak z uśmiechem i z taką swobodą, że brzmi to bardziej jak komplement niż krytyka. Ile ona ma lat? Z pewnością za dużo, żeby być z nim, i za dużo, żeby robić coś, na co nie ma ochoty, nigdy więcej. Raz dała się nabrać, ale wtedy była za młoda, żeby wiedzieć, jakie są tego konsekwencje.

Staje na przystanku autobusowym. Dzwoni do ojca. Nikt nie odbiera. Przez okno wystawowe widzi, jak jej chłopak wchodzi do apteki tym swoim cholernie irytującym krokiem. Idzie tak wyluzowany, jakby właśnie zdobył medal na olimpiadzie. Kobieta za ladą wita go, ale jest zbyt zajęty czytaniem napisów nad półkami. Mruży oczy. Podchodzi najpierw do półki z artykułami do higieny ustnej, potem pyta o półkę z kondomami, pigułkami dzień po i testami ciążowymi. Czyta skład na dwóch identycznych opakowaniach. Potem bierze oba, podchodzi do kasy i płaci.

Ty naprawdę jesteś jakiś upośledzony społecznie, mówi, gdy on wraca, niosąc pudełka w małej zielonej reklamówce. Co tym razem zrobiłem? Nie widziałeś, że się z tobą przywitała? Kto? Ta babka za ladą. Kiedy wszedłeś, widziałam, że powiedziała dzień dobry, ale ty ją zwyczajnie minąłeś. Stąd to widziałaś? I kto tu jest upośledzony społecznie? Podaje jej z uśmiechem reklamówkę. Idą do jej mieszkania. Ona wjeżdża windą. On wchodzi po schodach, jak zwykle.

Gdy byli na pierwszym wspólnym spacerze, próbowała dać mu jasno do zrozumienia, że niezależnie od tego, jak dobrze im ze sobą w łóżku, niezależnie od tego, jak miło spędzają razem czas, oglądają seriale i budzą się obok siebie, nie szuka stałego związku. Czy możemy się tak umówić?, zapytała. Że to jest tylko układ dwojga dorosłych osób, w którym zaspokajamy swoje potrzeby? Trudno było jej jednak prowadzić poważną rozmowę z kimś, kto bez przerwy rozglądał się za patykami, które mógłby połamać, i kamieniami, którymi mógłby trafić w inne kamienie. Halo, słuchasz mnie? No jasne, odpowiedział, pokazując palcem wyjątkowo duże mrowisko. Rozumiesz, co próbuję powiedzieć?, zapytała. No przecież, odpowiedział. Czuję to samo. A to co?, pokazał na pomarańczowy słupek drogowy z gumową podstawą, postawiony wśród drzew. O rany, jak mnie to wkurza, warknął, chwycił słupek i zaniósł go z powrotem na parking.

Po kilku tygodniach spróbowała jeszcze raz. Powiedziała, że go nie kocha. Tylko się trochę zadurzyła. Powiedziała, że co prawda śpią ze sobą niemal każdej nocy, od kiedy się poznali, ale nie ma czasu na chłopaka, nie chce się wiązać, jest skupiona na swojej pracy i ponad wszystko ceni sobie wolność. Ma na głowie napięte terminy, klientów, którym musi się przypodobać, szefów, którym trzeba imponować, i przyjaciół, z którymi powinna mieć czas się spotykać. Przyjaciół bardziej podobnych do niej – nie są od niej o siedem lat młodsi i lubią coś więcej, niż tylko wyluzować, zrelaksować się, wrzucić na luz, trenować i oglądać w nieskończoność rosyjskie filmy nieme. No weź, to ostatni film Jewgienija Bauera, powiedział i wskazał ekran komputera, na którym akcja posuwała się tak wolno do przodu, że trudno było stwierdzić, czy przypadkiem nie wcisnął pauzy. Wyjaśniła mu, że tak naprawdę nie są ze sobą. Spojrzał na nią tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami. Kochasz mnie, powiedział. W żadnym wypadku, odparła. Kochasz, tylko jeszcze tego nie wiesz, dodał i tym razem wyjątkowo się nie uśmiechnął.

Spotykali się od jakiegoś miesiąca, gdy zabrała go na after work zorganizowany przez jej firmę. Pojechali autobusem z przystanku na Slussen, promienie słońca padały przez szybę na jego tatuaże. Gdy mijali terminal Viking Line, wyznała mu, że ma syna. Otworzył usta i nie zamknął ich jeszcze przez kilka kolejnych sekund. Masz dziecko?, zapytał. Dlaczego o niczym mi nie powiedziałaś? Nie pytałeś, odrzekła. Normalnie takie rzeczy same wychodzą, stwierdził. Ze mną nie jest normalnie, powiedziała. Powinieneś był zdążyć się zorientować. Jak ma na imię? Spojrzała przez okno. Z trudem wymówiła na głos imię syna. Gdy tylko wypowiedziała te dwie sylaby, już leżał znowu w jej ramionach chwilę po porodzie, spał z nosem wtulonym w jej szyję, wyciągał do niej rączki, gdy przychodziła po niego do przedszkola, stał krzywo na treningu piłki ręcznej i utykając, schodził z boiska z teatralnie wykrzywioną miną, wracał ze szkoły z rozpiętym plecakiem i pytał, czy może zjeść obiad u kolegi. Ładne imię, powiedział ten, który nie był jej chłopakiem. Wysiadamy, rzuciła krótko i wstała z miejsca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki