Klara i Słońce - Kazuo Ishiguro - ebook + audiobook
BESTSELLER

Klara i Słońce ebook i audiobook

Kazuo Ishiguro

4,3

153 osoby interesują się tą książką

Opis

Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2021 roku.

Pierwsza powieść Kazuo Ishigury opublikowana po tym, jak w 2017 roku otrzymał Nagrodę Nobla.

Historia, w której słychać echa jego wcześniejszej książki – Nie opuszczaj mnie.

Świat widziany oczami niezwykłej narratorki.

Rzeczywistość, którą od naszej dzieli tylko krok… a może nawet mniej.

Odwieczne pytania o to, co człowieka jako jednostkę czyni istotą wyjątkową. Czy jest coś takiego jak ludzka dusza? Czy jedną osobę można zastąpić drugą? I wreszcie najważniejsze: czym jest miłość?

Klara to Sztuczna Przyjaciółka, wprawdzie nie najnowszej generacji, ale posiadająca niezwykłe zdolności poznawcze, pamięć i – co najważniejsze – empatię. Z witryny sklepu obserwuje ulicę, czekając na klienta, który ją stąd zabierze. Kiedy wreszcie los się do niej uśmiecha, jest gotowa jak najlepiej służyć nastolatce, dla której zostaje zakupiona.

I choć przed opuszczeniem sklepu otrzymuje ostrzeżenie, że ludziom nie zawsze można ufać, jest gotowa zrobić wszystko, by wywiązać się ze swojego zadania. Ale żeby jej starania przyniosły rezultat, nieodzowna jest pomoc Słońca. Właśnie w nim i jego dobroczynnym działaniu Klara widzi nadzieję. Bo choć świat, który poznaje, jest daleki od idealnego, Klara nie traci optymizmu.

Klara i Słońce to powieść o wielkiej sile emocjonalnej (… ) porywająco świeża i zaskakująca, a jednocześnie spójna z całym dorobkiem Ishigury.

Angus Cargill, Faber & Faber

Klara i Słońce to ekscytująca książka, która przedstawia spojrzenie na nasz zmieniający się świat oczami niezapomnianej narratorki i która stara się odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co to znaczy kochać?

Jordan Pavlin, The Knopf Doubleday Publishing Group

Kazuo Ishiguro, brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia, znany m.in. z takich powieści, jak Okruchy dniaNie opuszczaj mnie, jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2017 rok. W uzasadnieniu Akademia Szwedzka napisała, że nagroda należy się Ishigurze, który w swych powieściach o wielkiej emocjonalnej sile odsłonił otchłań pod naszym iluzorycznym poczuciem łączności ze światem. W krótkim wywiadzie udzielonym tuż po ogłoszeniu wyników stała sekretarz Akademii, Sara Danius, powiedziała, że proza Ishiguro to połączenie pisarstwa Jane Austen i Franza Kafki z domieszką stylu Marcela Prousta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 45 min

Lektor: Laura Breszka

Sortuj według:
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Tajemnicza to książka, ale pozostająca w pamięci i skłaniająca do refleksji. O oddaniu jakie wykazuje robot człowiekowi.
00

Popularność




JEDNA Z NAJBARDZIEJ WYCZEKIWANYCH KSIĄŻEK 2021 ROKU.

PIERWSZA PONOBLOWSKA POWIEŚĆ KAZUO ISHIGURY.

HISTORIA, W KTÓREJ SŁYCHAĆ ECHA JEGO WCZEŚNIEJSZEJ KSIĄŻKI – NIE OPUSZCZAJ MNIE.

Świat widziany oczami niezwykłej narratorki. Rzeczywistość, którą od naszej dzieli tylko krok… a może nawet mniej.

Odwieczne pytania o to, co człowieka jako jednostkę czyni istotą wyjątkową. Czy jest coś takiego jak ludzka dusza? Czy jedną osobę można zastąpić drugą? I wreszcie najważniejsze: czym jest miłość?

Klara to Sztuczna Przyjaciółka, wprawdzie nie najnowszej generacji, ale posiadająca niezwykłe zdolności poznawcze, pamięć i – co najważniejsze – empatię. Z witryny sklepu obserwuje ulicę, czekając na klienta, który ją stąd zabierze. Kiedy wreszcie los się do niej uśmiecha, jest gotowa jak najlepiej służyć nastolatce, dla której zostaje zakupiona. I choć przed opuszczeniem sklepu otrzymuje ostrzeżenie, że ludziom nie zawsze można ufać, jest gotowa zrobić wszystko, by wywiązać się ze swojego zadania. Ale żeby jej starania przyniosły rezultat, nieodzowna jest pomoc Słońca. Właśnie w nim i jego dobroczynnym działaniu Klara widzi nadzieję. Bo choć świat, który poznaje, jest daleki od idealnego, Klara nie traci optymizmu.

KAZUOISHIGURO

Brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia, autor ośmiu powieści i zbioru opowiadań, laureat licznych nagród literackich, m.in. Bookera i – przede wszystkim – Nobla w 2017 roku za całokształt twórczości. W uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej podano, że Ishiguro „w swych powieściach o wielkiej emocjonalnej sile odsłonił otchłań pod naszym iluzorycznym poczuciem łączności ze światem”. W krótkim wywiadzie udzielonym tuż po ogłoszeniu wyników stała sekretarz Akademii, Sara Danius, dodała, że proza Ishigury to „połączenie pisarstwa Jane Austen i Franza Kafki z domieszką stylu Marcela Prousta”.

Dwie powieści Ishigury zostały zekranizowane – Okruchy dnia, z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson w rolach głównych, oraz Nie opuszczaj mnie z Kerią Knightley, Carey Mulligan i Andrew Garfieldem.

W 2018 roku królowa Elżbieta nadała pisarzowi tytuł szlachecki za zasługi dla literatury. Ishiguro został odznaczony także francuskim Orderem Sztuki i Literatury oraz japońskim Orderem Wschodzącego Słońca II klasy.

Tego autora

NIE OPUSZCZAJ MNIE

KIEDY BYLIŚMY SIEROTAMI

OKRUCHY DNIA

NOKTURNY: PIĘĆ OPOWIADAŃ

O MUZYCE I ZMIERZCHU

NIEPOCIESZONY

PEJZAŻ W KOLORZE SEPII

MALARZ ŚWIATA UŁUDY

POGRZEBANY OLBRZYM

KLARA I SŁOŃCE

Tytuł oryginału:

KLARA AND THE SUN

Copyright © 2021 by Kazuo Ishiguro

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2021

Redakcja: Anna Walenko

Projekt graficzny wyklejek i okładki oryginalnej: Faber & Faber

Opracowanie graficzne wyklejek i okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-489-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Pamięci mojej matkiShizuko Ishiguro(1926–2019)

CZĘŚĆ PIERWSZA

Kiedy Rosa i ja byłyśmy nowe, stałyśmy pośrodku sklepu, po stronie stołu z czasopismami, i miałyśmy widok przez większą część okna. Mogłyśmy przez nie obserwować zewnętrzny świat – przechodzących szybko pracowników biurowych, taksówki, biegaczy, turystów, Żebrzącego Mężczyznę z jego psem oraz dolną część Budynku RPO. Gdy już się bardziej zadomowiłyśmy, Kierowniczka pozwalała nam podchodzić do przodu, aż do wystawy sklepowej, i zobaczyłyśmy wtedy, jak wysoki jest Budynek RPO. I jeśli zjawiłyśmy się tam w odpowiednim momencie, dostrzegałyśmy Słońce, które w swojej podróży pokonywało dystans między szczytami budynków po naszej i po drugiej stronie ulicy.

Jeżeli miałam szczęście je tam zobaczyć, wystawiałam twarz, by pobrać jak najwięcej środków odżywczych, a jeśli była ze mną Rosa, radziłam jej, by robiła to samo. Po kilku minutach musiałyśmy wracać na nasze miejsce i kiedy byłyśmy nowe, martwiłyśmy się, że będziemy coraz słabsze, bo zdarzało się często, że nie mogłyśmy zobaczyć Słońca ze środka sklepu. SP Chłopiec Rex, który był wtedy z nami, powiedział, że nie ma się czym martwić, bo bez względu na to, gdzie się znajdujemy, Słońce ma sposoby, by do nas dotrzeć.

– Tu jest wzór Słońca – oznajmił, wskazując klepki podłogi. – Skoro tak się martwicie, możecie go po prostu dotknąć i znów nabierzecie sił.

Kiedy to mówił, w sklepie nie było klientów. Kierowniczka układała akurat coś na Czerwonych Półkach, a ja nie chciałam jej przeszkadzać, pytając o zgodę. Zerknęłam na Rosę i gdy odpowiedziała mi pustym spojrzeniem, dałam dwa kroki do przodu, przykucnęłam i wyciągnęłam obie dłonie w stronę wzoru Słońca na podłodze. Ale kiedy tylko go dotknęłam, wzór zniknął i choć robiłam wszystko, co mogłam – poklepałam miejsce, gdzie był przed chwilą, a potem potarłam dłońmi podłogę – więcej się nie pokazał.

– To było zachłanne, Klaro – zauważył SP Chłopiec Rex, kiedy się wyprostowałam. – Wy, SP Dziewczynki, jesteście zawsze takie zachłanne.

Choć byłam wtedy nowa, przyszło mi do głowy, że to wcale nie moja wina; że Słońce cofnęło swój wzór, gdy go dotykałam, zupełnie przypadkowo. SP Chłopiec Rex miał jednak nadal poważną minę.

– Pobrałaś wszystkie środki odżywcze, Klaro. Zobacz, zrobiło się prawie ciemno.

Rzeczywiście, wnętrze sklepu tonęło w półmroku i nawet zawieszony na ulicznej latarni znak Strefy Zakazu Zatrzymywania wydawał się szary i niewyraźny.

– Przepraszam – powiedziałam do Rexa, a potem zwróciłam się do Rosy: – Przepraszam. Nie chciałam pobrać ich wszystkich dla siebie.

– Przez ciebie do wieczora zupełnie stracę siły – pożalił się SP Chłopiec Rex.

– Żartujesz – odparłam. – Wiem, że żartujesz.

– Wcale nie żartuję. Mogę zaraz poczuć się gorzej. A co powiesz o tych SP z tyłu sklepu? Już teraz coś jest z nimi nie tak. Na pewno się gorzej poczują. Byłaś taka zachłanna, Klaro.

– Nie wierzę ci – powiedziałam, ale nie byłam już tego taka pewna.

Spojrzałam na Rosę, lecz jej twarz nadal pozostawała bez wyrazu.

– Już teraz czuję się chory – dodał SP Chłopiec Rex i pochylił się do przodu.

– Przecież mówiłeś, że Słońce ma sposoby, żeby do nas dotrzeć. Robisz sobie żarty, wiem o tym.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że tylko się ze mną droczył. Wyczułam jednak tamtego dnia, że nie mając wcale takiego zamiaru, skłoniłam Rexa do poruszenia krępującego tematu, sprawy, o której większość SP w sklepie wolała nie mówić. I niedługo Rexowi przytrafiło się coś, co kazało mi uznać, że nawet jeśli tamtego dnia żartował, to po części mówił też serio.

Był jasny poranek i Rex nie stał już obok nas, bo Kierowniczka przeniosła go do frontowej wnęki. Powtarzała zawsze, że każde miejsce, które zajmujemy, jest starannie przemyślane i możemy zostać wybrani bez względu na to, czy stoimy tu, czy tam. Mimo to wiedzieliśmy wszyscy, że każdy wchodzący do sklepu klient zerka najpierw na frontową wnękę, i Rex był oczywiście zadowolony, że tam trafił. Obserwowaliśmy ze środka sklepu, jak stoi z uniesionym podbródkiem.

– Czyż nie wygląda wspaniale? – powiedziała Rosa, nachylając się do mnie. – Z pewnością znajdzie wkrótce dom!

Trzeciego dnia pobytu Rexa we frontowej wnęce do sklepu weszła dziewczynka z matką. Nie umiałam jeszcze wtedy dobrze rozpoznawać wieku, ale pamiętam, że oceniłam dziewczynkę na trzynaście i pół roku, i wydaje mi się, że miałam rację. Matka była pracownicą biurową – sądząc po butach i stroju, całkiem wysokiej rangi. Dziewczynka od razu podeszła do Rexa i stanęła przed nim, a matka skierowała się w naszą stronę. Zerknęła na nas, po czym ruszyła w głąb sklepu, gdzie dwóch SP siedziało na Szklanym Stole, machając swobodnie stopami, jak kazała im to robić Kierowniczka. Matka w którymś momencie zawołała córkę, lecz ta nie zwróciła na nią uwagi i nadal wpatrywała się w Rexa. A potem wyciągnęła rękę i pogładziła go po dłoni. Rex oczywiście nic nie powiedział ani nawet nie drgnął, tylko uśmiechnął się, zgodnie z tym, jak kazano nam się zachowywać, gdy klient okazywał szczególne zainteresowanie.

– Popatrz! – szepnęła Rosa. – Zaraz go wybierze! Jest nim zachwycona. Ale mu się poszczęściło!

Trąciłam Rosę, żeby się opanowała, bo łatwo można ją było usłyszeć.

Teraz to dziewczynka zawołała matkę i wkrótce stały obie przed SP Chłopcem Rexem, taksując go wzrokiem, a dziewczynka co jakiś czas go dotykała. Przez dłuższą chwilę konferowały półgłosem.

– Ale on jest idealny, mamo. Jest piękny – usłyszałam, jak mówi córka. A nieco później dodała: – Och, mamo, naprawdę, daj spokój.

W tym momencie Kierowniczka przystanęła już dyskretnie za ich plecami. Matka w końcu się do niej odwróciła.

– Co to za model? – zapytała.

– B dwa – odparła Kierowniczka. – Trzecia seria. Rex może stać się idealnym towarzyszem dla odpowiedniego dziecka. Nadaje się zwłaszcza do wytworzenia w młodej osobie skrupulatności i sumienności.

– Cóż, tej młodej damie na pewno się to przyda.

– Och, mamo, on jest idealny.

– Mówi pani, że to model B dwa, trzecia seria? – zapytała nagle matka. – To te, które mają problemy z absorpcją światła słonecznego?

Powiedziała to tak po prostu, nadal się uśmiechając, w obecności Rexa. On też nadal się uśmiechał, lecz dziewczynka sprawiała wrażenie zmieszanej i zerkała to na niego, to na matkę.

– To prawda, że z trzecią serią było na początku kilka drobnych problemów – przyznała Kierowniczka. – Ale relacje na ten temat okazały się mocno przesadzone. W środowisku z normalnym poziomem oświetlenia nie ma z nimi żadnych kłopotów.

– Słyszałam, że zakłócenia w absorpcji światła słonecznego mogą prowadzić do innych problemów – oznajmiła matka. – Nawet behawioralnych.

– Z całym szacunkiem, proszę pani, ta seria uszczęśliwiła wiele dzieci. Jeśli nie mieszka pani na Alasce lub w szybie kopalnianym, nie ma powodów do niepokoju.

Matka nadal przyglądała się Rexowi. W końcu pokręciła głową.

– Przykro mi, Caroline. Rozumiem, dlaczego ci się spodobał. Ale on nie jest dla nas odpowiedni. Znajdziemy ci takiego, który będzie idealny.

Rex uśmiechał się aż do wyjścia klientek i nawet później nie dał po sobie poznać, że jest mu przykro. Wtedy właśnie przypomniał mi się jego wcześniejszy żart i uświadomiłam sobie, że te pytania o Słońce i o to, ile jego środków odżywczych możemy pobrać, zajmowały go od dłuższego czasu.

Dzisiaj zdaję sobie oczywiście sprawę, że dotyczyło to nie tylko Rexa. Oficjalnie jednak problem nie istniał – każde z nas miało swoją specyfikację, gwarantującą, że w żaden sposób nie wpływa na nas to, jakie miejsce zajmujemy w danym pomieszczeniu. Niemniej po kilku godzinach przebywania poza Słońcem SP mogli wpadać w letarg i zaczynali się niepokoić, że coś jest z nimi nie tak – że mają jakiś sobie tylko właściwy defekt i jeśli to wyjdzie na jaw, nigdy nie znajdą domu.

To było jedną z przyczyn, dla których tak często myśleliśmy o wystawie sklepowej. Obiecano nam, że każde z nas tam kiedyś trafi, i marzyliśmy o dniu, gdy tak się stanie. Wiązało się to również z czymś, co Kierowniczka nazywała „szczególnym honorem” reprezentowania sklepu na zewnątrz. Poza tym, bez względu na to, co mówiła, wiedzieliśmy wszyscy, że na wystawie sklepowej mamy o wiele większe szanse, że zostaniemy wybrani. Najważniejsze jednak – i rozumieliśmy to bez słów – było Słońce i jego środki odżywcze. Rosa po cichu zagadnęła mnie o to na krótko przed tym, nim nadeszła nasza kolej.

– Myślisz, Klaro, że kiedy będziemy na wystawie sklepowej, otrzymamy tyle dobra, że nigdy nam go już nie zabraknie? – zapytała.

Byłam wtedy wciąż całkiem nowa i choć zadawałam sobie w myślach to samo pytanie, nie znałam na nie odpowiedzi.

W końcu nadeszła nasza kolej i pewnego ranka Rosa i ja zajęłyśmy miejsce w oknie; uważałyśmy, by nie przewrócić niczego, co tam stało, jak to się przytrafiło w poprzednim tygodniu wcześniejszej parze. Sklep oczywiście był jeszcze zamknięty i myślałam, że krata będzie do końca opuszczona. Ale kiedy usiadłyśmy na Sofie w Paski, zobaczyłam, że przy dolnej krawędzi kraty jest wąska szpara – Kierowniczka musiała lekko unieść kratę, gdy sprawdzała, czy wszystko jest gotowe na nasze przyjęcie – i Słońce rysuje jasny prostokąt, który sięgał naszego podwyższenia i kończył się prostą linią tuż przed nami. Wystarczyło trochę wyciągnąć stopy, by znalazły się w jego cieple. Domyśliłam się wtedy, że obojętnie, jak brzmi odpowiedź na pytanie Rosy, otrzymamy teraz wszystkie środki odżywcze, jakich będziemy potrzebowały w najbliższym czasie. A kiedy Kierowniczka nacisnęła przycisk, krata się podniosła i zalało nas oślepiające światło.

Powinnam tu przyznać, że powodem, dla którego zawsze chciałam znaleźć się w oknie, było coś, co wcale nie wiązało się ze środkami odżywczymi Słońca i pragnieniem, by być wybraną. W przeciwieństwie do Rosy i większości innych SP, zawsze marzyłam, by zobaczyć więcej zewnętrznego świata – zobaczyć go we wszystkich szczegółach. Kiedy więc krata podjechała w górę, świadomość, że między mną a chodnikiem jest tylko cienka szyba i mam możliwość oglądać z bliska i w całości tyle rzeczy, które wcześniej widziałam tylko we fragmentach, tak mnie podnieciła, że na chwilę niemal zapomniałam o Słońcu i o tym, jak dobroczynnie na nas działa.

Po raz pierwszy zobaczyłam, że Budynek RPO składa się z oddzielnych cegieł i że nie jest biały, jak zawsze sądziłam, lecz jasnożółty. Przekonałam się też, że jest jeszcze większy, niż myślałam – liczył dwadzieścia dwa piętra – i że pod każdym oknem ma osobny parapet. I choć wiedziałam już, że cała fasada Budynku RPO jest jasnożółta, zobaczyłam, że Słońce rysuje na niej ukośne linie, przez co po jednej jej stronie był trójkąt, który wydawał się prawie zupełnie biały, a po drugiej inny, bardzo ciemny. I widziałam nie tylko wszystkie okna, aż po sam dach, ale również tu i ówdzie ludzi w środku: stojących, siedzących i przemieszczających się po wnętrzach. A na dole, na ulicy, przechodniów, ich różne rodzaje butów, papierowe kubki, torby na ramię i małe pieski. I jeśli miałam ochotę, mogłam śledzić wzrokiem każdego z nich aż do przejścia dla pieszych i drugiego znaku Strefy Zakazu Zatrzymywania, gdzie dwaj pracownicy remontowi stali przy studzience kanalizacyjnej i coś sobie pokazywali. Mogłam zajrzeć do taksówek, które zwalniały, by przepuścić tłum na przejściu dla pieszych – zobaczyć dłoń kierowcy poklepującą kierownicę, czapkę na głowie pasażera.

Dzień mijał, Słońce dalej nas grzało i widziałam, że Rosa jest szczęśliwa. Zauważyłam jednak, że prawie niczemu się nie przygląda, tylko wbija wzrok w wiszący przed nami pierwszy znak Strefy Zakazu Zatrzymywania. Obracała głowę jedynie wtedy, gdy coś jej pokazywałam, ale szybko traciła zainteresowanie i znów zaczynała się wpatrywać w chodnik na zewnątrz i w pierwszy znak.

Przyglądała się dłużej czemuś innemu wyłącznie wtedy, kiedy jakiś przechodzień przystanął przed oknem. W takim wypadku robiłyśmy to, czego nauczyła nas Kierowniczka: przybierałyśmy neutralny uśmiech, ze wzrokiem utkwionym w Budynek RPO, gdzieś w jego połowie. Kusiło nas, by przyjrzeć się uważniej przechodniowi po drugiej stronie szyby, ale Kierowniczka uprzedziła nas, że nawiązywanie w tym momencie kontaktu wzrokowego jest wysoce niestosowne. Miałyśmy reagować tylko wówczas, gdy przechodzień dał nam znak albo przemówił do nas przez szybę, nigdy wcześniej.

Okazało się, że część przystających ludzi w ogóle się nami nie interesuje. Chcieli po prostu zdjąć swój sportowy but i coś w nim poprawić albo wcisnąć coś na swoich panelach. Niektórzy jednak podchodzili do szyby i zaglądali do środka. Wśród nich było wiele dzieci, w wieku, w którym byliśmy dla nich najbardziej przydatni, i nasz widok sprawiał im chyba radość. Dziecko przybliżało się, podekscytowane, samo albo ze swoim dorosłym, pokazywało nas palcem, śmiało się, robiło dziwne miny, stukało w szybę i machało ręką.

Co jakiś czas – a dość szybko nauczyłam się obserwować tych po drugiej stronie szyby, udając, że wpatruję się w Budynek RPO – któreś z dzieci podchodziło, by się nam przyjrzeć, i wyczuwało się w nim smutek, a niekiedy gniew, jakbyśmy zrobiły coś złego. Nastrój takiego dziecka mógł się w każdej chwili zmienić: mogło zacząć się śmiać i machać ręką jak inne, lecz ja po drugim dniu w witrynie sklepowej potrafiłam już dostrzegać różnicę.

Za trzecim albo czwartym razem, kiedy podeszło do nas takie dziecko, próbowałam o tym porozmawiać z Rosą, ale ona tylko się uśmiechnęła.

– Za bardzo się przejmujesz, Klaro – powiedziała. – Jestem pewna, że to dziecko było całkowicie szczęśliwe. Jak można nie być szczęśliwym w taki dzień? Dziś szczęśliwe jest całe miasto.

Pod koniec naszego trzeciego dnia poruszyłam jednak ten temat w rozmowie z Kierowniczką. Chwaliła nas, mówiąc, że „wyglądamy w witrynie pięknie i bardzo dystyngowanie”. Światła w sklepie zostały już przygaszone. Byłyśmy w jego tylnej części i niektórzy z nas przeglądali przed snem interesujące czasopisma. Rosa stała obok mnie i po linii jej ramion widziałam, że przysypia. Dlatego kiedy Kierowniczka zapytała, jak minął mi dzień, wykorzystałam to, by opowiedzieć o podchodzących do szyby smutnych dzieciach.

– Jesteś naprawdę niezwykła, Klaro – odrzekła Kierowniczka półgłosem, żeby nie przeszkadzać Rosie i innym. – Tyle zauważasz i tyle przyswajasz. – Pokręciła głową, jakby nie mogła się nadziwić. – Musisz zrozumieć – ciągnęła – że jesteśmy bardzo szczególnym sklepem. Wiele dzieci pragnęłoby móc wybrać ciebie, wybrać Rosę, wybrać którekolwiek z was, lecz nie mają takiej możliwości. Pozostajecie poza ich zasięgiem. Dlatego podchodzą do okna: żeby o was pomarzyć. A potem robią się smutne.

– Czy takie dziecko, Pani Kierowniczko… czy takie dziecko będzie miało w domu SP?

– Chyba nie. Na pewno nie takiego jak ty. Jeśli więc któreś dziecko spojrzy na ciebie czasem w dziwny sposób, z goryczą lub smutkiem, i powie coś niemiłego przez szybę, nie zwracaj na to uwagi. Pamiętaj, że jest najprawdopodobniej sfrustrowane.

– Takie dziecko bez SP będzie na pewno samotne.

– Tak, to też – przyznała cicho Kierowniczka. – Samotne. Tak.

Opuściła wzrok i milczała przez chwilę, a ja czekałam. I nagle uśmiechnęła się i wyjęła mi z dłoni interesujące czasopismo, które przeglądałam.

– Dobranoc, Klaro. Bądź jutro tak samo wspaniała, jak byłaś dzisiaj. I nie zapominaj, że ty i Rosa reprezentujecie nas przed całą ulicą.

*

W połowie naszego czwartego poranka w witrynie zobaczyłam zwalniającą taksówkę, której kierowca wychylał się, chcąc, by inni kierowcy pozwolili mu podjechać do krawężnika przy naszym sklepie. Wysiadając z taksówki, Josie… choć wtedy nie wiedziałam oczywiście, jak ma na imię… nie spuszczała ze mnie wzroku. Była blada i chuda i kiedy zbliżała się do witryny, zauważyłam, że idzie jakoś inaczej niż reszta przechodniów. Nie w tym sensie, że szła wolniej, ale po każdym kroku jakby się upewniała, że jest bezpieczna i nie upadnie. Oceniałam jej wiek na czternaście i pół roku.

Kiedy znalazła się tak blisko, że inni przechodnie mijali ją z tyłu, zatrzymała się i uśmiechnęła do mnie.

– Cześć – powiedziała przez szybę. – Hej, słyszysz mnie?

Rosa wpatrywała się w Budynek RPO, jak tego od niej oczekiwano, lecz ja, skoro ktoś się do mnie zwrócił, mogłam spojrzeć bezpośrednio na dziewczynkę, odwzajemnić jej uśmiech i pokiwać zachęcająco głową.

– Naprawdę? – spytała Josie. – Sama ledwo się słyszę. Naprawdę słyszysz, co mówię?

Ponownie kiwnęłam głową, a ona pokręciła swoją, jakby była pod wielkim wrażeniem.

– Niesamowite.

Obejrzała się przez ramię – nawet ten ruch wykonała bardzo ostrożnie – na taksówkę, z której właśnie wysiadła. Jej drzwi nadal wisiały otwarte nad chodnikiem, tak jak je zostawiła, a z tyłu siedziały dwie osoby, rozmawiając ze sobą i wskazując coś za przejściem dla pieszych. Josie ucieszyło chyba, że dorosłe osoby nie mają na razie zamiaru wysiąść, i dała krok do przodu, tak że jej twarz niemal dotknęła szyby.

– Widziałam cię wczoraj – powiedziała.

Próbowałam odtworzyć w myślach poprzedni dzień, jednak w ogóle nie pamiętałam Josie, więc spojrzałam na nią zaskoczona.

– Och, nie rób sobie wyrzutów, nie miałaś szans mnie zobaczyć. Siedziałam w taksówce, która tędy przejeżdżała, wcale nie tak wolno. Ale dostrzegłam cię w tej witrynie i dlatego poprosiłam mamę, żebyśmy się tu dziś zatrzymały. – Znów się obejrzała, tak samo ostrożnie jak wcześniej. – Niesamowite. Wciąż rozmawia z panią Jeffries. To będzie dość droga rozmowa, nie sądzisz? Z tykającym taksometrem.

Zobaczyłam wtedy, że kiedy się uśmiecha, na jej twarzy odbija się czysta dobroć. Co dziwne, w tym samym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest jednym z tych samotnych dzieci, o których rozmawiałam z Kierowniczką.

Josie zerknęła na Rosę, która nadal sumiennie wpatrywała się w Budynek RPO.

– Twoja przyjaciółka jest naprawdę słodka – powiedziała, spoglądając już znowu na mnie.

I patrzyła tak w milczeniu przez kilka sekund, aż zaczęłam się martwić, że dorosłe osoby wysiądą z taksówki, nim powie coś więcej.

– Wiesz co? – odezwała się w końcu. – Twoja przyjaciółka na pewno będzie idealną przyjaciółką dla kogoś tam. Ale kiedy przejeżdżałyśmy tędy wczoraj i cię zobaczyłam, pomyślałam sobie: to ona, to jest SP, jakiej szukam! – Znów się uśmiechnęła. – Przepraszam. Może to brzmi lekceważąco. – Obróciła się jeszcze raz w stronę taksówki, lecz osoby na tylnym siedzeniu wcale nie miały zamiaru z niej wysiadać. – Jesteś Francuzką? – spytała nagle. – Wyglądasz, jakbyś była Francuzką.

Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową.

– Na nasze ostatnie spotkanie przyszły dwie francuskie dziewczyny – podjęła Josie. – Obie miały włosy krótko i równo ścięte, tak jak ty. Fajnie wyglądały. – Patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu i wydawało mi się, że widzę kolejną oznakę smutku, ale byłam wtedy jeszcze całkiem nowa i mogłam się mylić. Nagle się rozchmurzyła. – Nie jest wam za gorąco, kiedy tu tak siedzicie? – zapytała. – Nie musicie się napić wody?

Znów pokręciłam głową i podniosłam dłonie, żeby pokazać, jak wspaniałe są wartości odżywcze padającego na nas Słońca.

– No tak. Nie pomyślałam. Uwielbiacie przebywać na Słońcu, prawda?

Obróciła się ponownie, teraz po to, by zerknąć na szczyty budynków. W tym momencie Słońce znalazło się dokładnie między nimi i Josie natychmiast zacisnęła powieki, odwracając się z powrotem do mnie.

– Nie wiem, jak wy to robicie. To znaczy jak może was nie razić ten blask. Ja nie wytrzymuję nawet sekundy.

Przystawiła dłoń do czoła i po raz kolejny się odwróciła; tym razem patrzyła nie na Słońce, lecz gdzieś blisko szczytu Budynku RPO. Po pięciu sekundach zerknęła na mnie ponownie.

– Domyślam się, że kiedy patrzycie z tego miejsca, wydaje się wam, że Słońce musi zachodzić za tym wielkim budynkiem, prawda? To oznacza, że nigdy nie zobaczycie, gdzie to się dzieje naprawdę. Ten budynek zawsze wam to zasłania. – Sprawdziła szybko, czy dorosłe osoby nadal siedzą w taksówce. – Tam, gdzie mieszkamy, nic nam nie zasłania widoku. Z mojej sypialni na piętrze wyraźnie widać, gdzie zachodzi Słońce. Widać dokładnie to miejsce, dokąd idzie w nocy.

W tym momencie musiałam zrobić zaskoczoną minę. Kątem oka spostrzegłam, że Rosa najwyraźniej się zapomniała i też wpatruje się ze zdziwieniem w Josie.

– Ale nie widać miejsca, gdzie wschodzi rano – dodała Josie. – Zasłaniają je wzgórza i drzewa. Wygląda to trochę jak tutaj. Różne rzeczy zawsze coś zasłaniają. Choć wieczorem to co innego. Z tej strony, na którą wychodzą okna mojego pokoju, nic nie zasłania widoku. Jeśli przyjedziesz i u nas zamieszkasz, sama zobaczysz.

Najpierw jedna, a potem druga kobieta wysiadły nagle z taksówki. Josie nie widziała ich, ale chyba coś usłyszała, bo zaczęła mówić szybciej.

– Słowo daję. Widać dokładnie miejsce, w którym zachodzi.

Sądząc po strojach kobiet, obie były pracownicami biurowymi wysokiej rangi. Domyśliłam się, że ta wyższa jest matką Josie, bo nie spuszczała z niej oczu, nawet kiedy całowała na pożegnanie w policzek swoją towarzyszkę. Chwilę później druga kobieta zniknęła wśród przechodniów, a Matka obróciła się w naszą stronę. I przez jedną sekundę jej przeszywające spojrzenie padło nie na plecy córki, lecz na mnie, a ja natychmiast skierowałam wzrok na wyższe piętra Budynku RPO.

– Muszę już iść – powiedziała Josie cichym, choć nadal słyszalnym przez szybę głosem. – Ale niedługo wrócę. Porozmawiamy dłużej. Nie odejdziesz stąd, prawda? – dodała szeptem, który tylko ja mogłam usłyszeć.

Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się.

– To dobrze. W porządku. No to na razie do widzenia. Tylko na razie.

Matka stała już w tym momencie tuż za nią. Była czarnowłosa i szczupła, choć nie tak bardzo chuda jak Josie lub niektórzy z biegaczy. Teraz, kiedy mogłam przyjrzeć się z bliska jej twarzy, oceniłam, że jest starsza, niż myślałam, mogła mieć nawet czterdzieści pięć lat. Jak już mówiłam, nie byłam wtedy zbyt dobra w odgadywaniu wieku, ale okazało się to z grubsza trafną oceną. Z daleka wzięłam ją za młodszą, lecz teraz zobaczyłam wokół jej ust głębokie zmarszczki, a także rodzaj gniewnego zmęczenia w oczach. Zauważyłam też, że jej wyciągnięta do Josie dłoń zawisła na chwilę w powietrzu i prawie się cofnęła, nim spoczęła na ramieniu córki.

Zaraz potem obie dołączyły do strumienia przechodniów idących w stronę drugiego znaku Strefy Zakazu Zatrzymywania – Josie stawiała ostrożnie stopy, matka obejmowała ją ramieniem. Zanim straciłam je z oczu, Josie obejrzała się i choć musiało to zakłócić rytm ich kroków, po raz ostatni mi pomachała.

*

– Czy to nie dziwne, Klaro? – zwróciła się do mnie później tego samego popołudnia Rosa. – Zawsze myślałam, że kiedy siądziemy w witrynie, zobaczymy wielu SP. Wszystkich tych, którzy znaleźli już dom. Ale wcale nie ma ich aż tylu. Zastanawiam się, gdzie się podziali.

To właśnie było w niej wspaniałe. Mogła nie być zbyt spostrzegawcza i nawet kiedy jej coś pokazywałam, nie rozumiała, co w tym takiego ciekawego, a mimo to co jakiś czas odkrywała takie rzeczy. Kiedy tylko to powiedziała, zdałam sobie sprawę, że ja też spodziewałam się zobaczyć z witryny o wiele więcej SP, spacerujących radośnie ze swoimi dziećmi, a nawet załatwiających własne sprawy, i choć sama się do tego nie przyznawałam, ja również byłam zaskoczona i lekko rozczarowana.

– Masz rację – przyznałam, rozglądając się na boki. – W tej chwili w całym tym tłumie nie ma ani jednego SP.

– A ten tam? Ten, który mija Budynek ze Schodami Przeciwpożarowymi?

Obie przyjrzałyśmy mu się dokładniej i jednocześnie pokręciłyśmy głowami.

Chociaż to Rosa poruszyła kwestię znikomej liczby SP, w typowy dla siebie sposób przestała się tym wkrótce interesować. Kiedy dostrzegłam w końcu po drugiej stronie ulicy nastolatka i jego SP, przechodzących obok budki z sokiem, ledwie na nich spojrzała.

Ja jednak rozmyślałam intensywnie nad jej słowami i za każdym razem, gdy ulicą przechodził SP, bacznie mu się przyglądałam. I już wkrótce zauważyłam coś dziwnego: przez cały czas dostrzegałam więcej SP po stronie Budynku RPO niż po naszej. I często, jeśli SP zbliżał się do nas z dzieckiem, za drugim znakiem Strefy Zakazu Zatrzymywania szedł przejściem dla pieszych na drugą stronę i nie przechodził obok naszego sklepu. A jeżeli jednak obok nas przechodził, prawie zawsze zachowywał się dziwnie; przyspieszał kroku i odwracał głowę. Zastanawiałam się, czy my – cały sklep – nie budzimy w nich po prostu skrępowania. Zastanawiałam się, czy kiedy Rosa i ja odnajdziemy już nasze domy, nie będziemy się czuły niezręcznie, gdy przypomni się nam, że mieszkałyśmy kiedyś w sklepie, a nie z naszymi dziećmi. Ale choć bardzo się starałam, nie mogłam sobie wyobrazić, żebyśmy ja lub Rosa odczuwały tego rodzaju skrępowanie w stosunku do sklepu, Kierowniczki i innych SP.

A potem, kiedy obserwowałam dalej to, co działo się na zewnątrz, przyszła mi do głowy inna możliwość: SP nie czuli się skrępowani, tylko się bali. Bali się, bo byliśmy nowymi modelami i ich dzieci mogły wkrótce uznać, że pora się ich pozbyć i zastąpić nowymi SP, takimi jak my. Dlatego człapali tak niezdarnie i nie chcieli na nas patrzeć. I dlatego tak niewielu SP widziałyśmy z naszej witryny. Wszystko wskazywało na to, że na sąsiedniej ulicy, tej, która biegła za Budynkiem RPO, jest ich pełno. Wszystko wskazywało na to, że SP w świecie na zewnątrz robili, co mogli, by wybrać trasę, która nie zaprowadzi ich w pobliże naszego sklepu, bo ostatnią rzeczą, jakiej chcieli, było to, żeby ich dzieci nas zobaczyły i podeszły do okna.

Nie zwierzałam się z tych myśli Rosie. Co więcej, za każdym razem, kiedy zauważyłyśmy na zewnątrz SP, zastanawiałam się na głos, czy jest szczęśliwy ze swoim dzieckiem i zadowolony ze swojego domu, i to zawsze ekscytowało i cieszyło Rosę. Stało się to dla niej rodzajem zabawy.

– Popatrz tam, Klaro – mówiła, wskazując jakiegoś SP. – Widzisz? Ten chłopiec po prostu kocha swojego SP! Och, popatrz, jak się razem śmieją!

I rzeczywiście, było dużo par, które wydawały się ze sobą szczęśliwe. Rosa nie dostrzegała jednak wielu sygnałów. Często zachwycała się głośno jakąś parą, a ja, kiedy się im przyjrzałam, widziałam, że choć dziewczynka uśmiecha się do swojego SP, tak naprawdę jest na niego wściekła i właśnie w tym momencie wyobraża sobie na jego temat okrutne rzeczy. Stale zauważałam coś takiego, lecz nic nie mówiłam, pozwalając Rosie wierzyć w to, w co wierzyła.

Piątego dnia naszego pobytu w oknie zobaczyłam rano po stronie Budynku RPO dwie taksówki, jadące tak powoli i tak blisko siebie, że ktoś mógłby je wziąć za jeden pojazd – rodzaj taksówkowego tandemu. A potem ta z przodu lekko przyspieszyła i w odstępie, jaki między nimi powstał, ujrzałam na chodniku po drugiej stronie ulicy czternastoletnią dziewczynkę w koszulce z nadrukiem, idącą w kierunku przejścia dla pieszych. Nie towarzyszył jej żaden dorosły ani SP, ale robiła wrażenie pewnej siebie i trochę zniecierpliwionej, a ponieważ szła z taką samą szybkością, z jaką jechały taksówki, mogłam ją przez jakiś czas obserwować. Później odstęp między dwiema taksówkami jeszcze bardziej się zwiększył i zauważyłam, że towarzyszy jej jednak SP – SP Chłopiec – który szedł trzy kroki za nią. I w tej krótkiej chwili zorientowałam się, że nie przypadkiem pozostawał w tyle; to dziewczynka zdecydowała, że tak właśnie będą chodzić: ona z przodu, on kilka kroków z tyłu. SP Chłopiec pogodził się z tym, mimo że inni przechodnie to widzieli i musieli dojść do wniosku, że dziewczynka go nie kocha. Stąpał ciężkim krokiem, a ja zastanawiałam się, jak to jest, kiedy trafiasz do jakiegoś domu i dowiadujesz się, że twoje dziecko cię nie chce. Dopóki nie zobaczyłam tej pary, nie przyszło mi do głowy, że SP może być z dzieckiem, które nim pogardza, które go nie chce, a jednak są razem. Potem taksówka z przodu zwolniła przed przejściem dla pieszych, ta z tyłu podjechała bliżej i dziewczynka ze swoim SP zniknęli mi z oczu. Wypatrywałam, czy nie pojawią się na przejściu, ale nie było ich wśród przechodzących na drugą stronę, której nie widziałam już zza tych wszystkich taksówek.

*

Nie chciałabym w tamte dni siedzieć na wystawie sklepowej z kimś innym niż z Rosą, jednak wspólnie spędzony czas podkreślał różnice w naszym podejściu. Tak naprawdę nie chodziło o to, że bardziej niż Rosa miałam ochotę dowiedzieć się czegoś o zewnętrznym świecie; ona też była na swój sposób spostrzegawcza, ekscytowały ją różne rzeczy i tak samo jak ja pragnęła stać się maksymalnie miłym i pomocnym SP. Lecz ja im więcej spostrzegałam, tym bardziej chciałam się uczyć i w przeciwieństwie do Rosy, intrygowały mnie i fascynowały pewne zagadkowe emocje, które okazywali na naszych oczach przechodnie. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli przynajmniej w części ich nie zrozumiem, nie zdołam w stosownym czasie optymalnie pomóc mojemu dziecku. Dlatego zaczęłam wypatrywać – na ulicy, w przejeżdżających taksówkach, w czekającym na przejście przez ulicę tłumie – zachowań, które powinnam lepiej poznać.

Z początku zależało mi, by Rosa robiła to samo, ale zorientowałam się szybko, że to nie ma sensu. Trzeciego dnia naszego pobytu w witrynie, kiedy Słońce zaszło już za Budynkiem RPO, po naszej stronie ulicy zatrzymały się dwie taksówki. I nagle kierowcy wysiedli z nich i zaczęli się bić. Nie była to pierwsza bójka, którą widziałyśmy; kiedy byłyśmy całkiem nowe, podeszłyśmy raz do okna, by mieć jak najlepszy widok na trzech policjantów, którzy przed zamkniętą bramą bili się z Żebrzącym Mężczyzną i jego psem. Ale tamta bójka nie była brutalna i Kierowniczka wyjaśniła nam później, że policjanci martwili się o Żebrzącego Mężczyznę, bo się upił, i chcieli tylko mu pomóc. Dwaj kierowcy taksówek nie zachowywali się jak tamci policjanci. Bili się tak, jakby chcieli w jak największym stopniu uszkodzić jeden drugiego. Ich twarze przybrały tak straszliwe kształty, że ktoś nowy mógłby uznać, że w ogóle nie są ludźmi. I okładając się pięściami, przez cały czas wykrzykiwali do siebie okrutne słowa. Przechodnie byli z początku tak zszokowani, że nikt nie interweniował, ale potem rozdzielili ich jacyś pracownicy biurowi i biegacz. I chociaż jeden kierowca miał krew na twarzy, obaj wsiedli z powrotem do swoich taksówek i wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Chwilę później zauważyłam nawet, że obie taksówki – te, których kierowcy przed chwilą się tłukli – czekają cierpliwie, jedna za drugą, na zmianę świateł.

Kiedy chciałam porozmawiać o tym z Rosą, zrobiła zdziwioną minę.

– Bójka? Nie widziałam żadnej bójki, Klaro.

– Przecież nie mogłaś ich nie zauważyć, Roso. To działo się na naszych oczach. Mówię o tych dwóch kierowcach.

– A, masz na myśli tych taksówkarzy! Nie sądziłam, że mówisz o nich. Widziałam ich, oczywiście, że tak. Ale nie sądzę, żeby się bili.

– Przecież to jasne, że się bili.

– Och, nie, tylko udawali. Po prostu zwykłe wygłupy.

– Roso, oni się bili.

– Nie bądź niemądra, Klaro! Przychodzą ci do głowy takie dziwne rzeczy. Oni tylko się wygłupiali. I świetnie się bawili, podobnie jak przechodnie.

– Możliwe, że masz rację – powiedziałam w końcu i nie sądzę, by jeszcze kiedykolwiek wróciła myślami do tego incydentu.

Ale ja nie umiałam tak łatwo zapomnieć o dwóch taksówkarzach. Często śledziłam wzrokiem idącą po chodniku osobę, zastanawiając się, czy ona też może się tak nagle rozgniewać. Albo wyobrażałam sobie, jak mogłaby wyglądać jej wykrzywiona w złości twarz. Najczęściej – i tego Rosa na pewno nie potrafiłaby zrozumieć – próbowałam poczuć w myślach złość, jakiej doświadczali tamci kierowcy. Usiłowałam wyobrazić sobie Rosę i mnie tak zezłoszczone na siebie, że zaczynamy się bić, starając się wzajemnie uszkodzić nasze ciała. Pomysł wydawał się komiczny, lecz widziałam przecież tych taksówkarzy i chciałam odnaleźć w sobie ślad takich emocji. Ale nic z tego nie wychodziło i w końcu zawsze śmiałam się z własnych myśli.

Za szybą widziałyśmy jednak także inne rzeczy – inne emocje, których z początku nie rozumiałam, ale których jakieś wersje odnalazłam w końcu w sobie, choć nie różniły się wiele od cieni rzucanych na podłogę przez sufitowe lampy, gdy opuszczano kratę. Myślę na przykład o tym, co przytrafiło się Filiżankowej Damie.

To było dwa dni po moim pierwszym spotkaniu z Josie. Ranek był deszczowy i przechodnie szli szybko, mrużąc oczy, pod parasolami i w ociekających wodą czapkach. Budynek RPO nie zmienił się zbytnio w ulewie, choć w wielu jego oknach paliło się światło, jakby zapadał wieczór. Sąsiedni Budynek ze Schodami Przeciwpożarowymi miał po lewej stronie elewacji wielką mokrą plamę, jakby ktoś oblał go sokiem z rogu dachu. I nagle Słońce przedarło się przez chmury, zalało światłem mokrą ulicę i dachy taksówek, a przechodnie, kiedy to zobaczyli, wylegli tłumnie na chodniki. I właśnie w tym tłumie spostrzegłam niskiego mężczyznę w płaszczu przeciwdeszczowym. Miał, jak oceniłam, siedemdziesiąt jeden lat. Machając ręką i wołając coś, szedł po stronie Budynku RPO, tak blisko krawężnika, że bałam się, że wpadnie pod którąś z przejeżdżających taksówek. W tym momencie Kierowniczka była akurat w witrynie razem z nami – poprawiała planszę przed sofą – i też zauważyła wymachującego ręką mężczyznę. Pasek brązowego płaszcza przeciwdeszczowego zwisał mu z boku aż do kostki, lecz on nie zwracał na to uwagi, tylko wciąż machał w naszą stronę i krzyczał. Przed naszym sklepem zebrało się więcej przechodniów, nie żeby się nam przyglądać, lecz dlatego, że na chwilę zrobił się tu straszny tłok i nikt nie mógł iść dalej. A potem coś uległo zmianie, zator się rozładował i zobaczyłam stojącą przed nami niewysoką kobietę, która przez cztery pasy ruchu wpatrywała się w wymachującego mężczyznę. Nie widziałam jej twarzy, ale po posturze i nachyleniu pleców poznałam, że ma sześćdziesiąt siedem lat. Nazwałam ją w myślach Filiżankową Damą, bo z tyłu, w swoim grubym wełnianym płaszczu, wydawała się niska, szeroka i okrągła niczym ceramiczne filiżanki na Czerwonych Półkach. Chociaż mężczyzna machał do niej i wołał, a ona z całą pewnością musiała go widzieć, nie zareagowała w żaden sposób. Stała zupełnie nieruchomo, nawet kiedy zbliżyli się do niej dwaj biegacze, ominęli ją, jeden z jednej, drugi z drugiej strony, i pobiegli dalej obok siebie, rozchlapując kałuże.

I wreszcie ruszyła się z miejsca. Skierowała się w stronę przejścia dla pieszych, jak wskazywał jej wcześniej mężczyzna; z początku szła wolno, potem coraz szybciej. Po chwili musiała się zatrzymać na światłach, jak wszyscy, i mężczyzna przestał wymachiwać rękami, lecz obserwował ją tak niecierpliwie, że ponownie zaczęłam się bać, że wpadnie pod taksówkę. W końcu jednak się opanował i podszedł do przejścia dla pieszych, żeby na nią zaczekać. Kiedy taksówki się zatrzymały i Filiżankowa Dama zaczęła wraz z innymi przechodzić przez ulicę, zobaczyłam, że mężczyzna podnosi pięść do oka, tak jak robiły to niektóre dzieci, gdy były czymś zmartwione. Filiżankowa Dama dotarła tymczasem na drugą stronę ulicy i objęli się tak mocno, że wydawali się jedną dużą osobą, a Słońce dostrzegło to i zalało ich swoimi środkami odżywczymi. Nadal nie widziałam twarzy Filiżankowej Damy, a mężczyzna miał zaciśnięte powieki i nie potrafiłam rozpoznać, czy jest bardzo szczęśliwy, czy bardzo przygnębiony.

– Ci ludzie wydają się tacy zadowoleni z tego, że się spotkali – powiedziała Kierowniczka i zdałam sobie sprawę, że przygląda im się równie bacznie jak ja.

– Tak, wydają się tacy szczęśliwi – przyznałam. – Ale to dziwne, bo wydają się również przygnębieni.

– Och, Klaro – odparła cicho Kierowniczka. – Tobie nic nigdy nie umknie, prawda?

Przez dłuższy czas milczała, trzymając planszę w ręce i patrząc na drugą stronę ulicy, nawet po tym, jak tych dwoje zniknęło nam z oczu.

– Może od dawna się nie widzieli – odezwała w końcu. – Od bardzo, bardzo dawna. Może kiedy ostatni raz tak się obejmowali, byli jeszcze młodzi.

– Chce pani powiedzieć, Pani Kierowniczko, że stracili ze sobą kontakt?

Znowu przez chwilę milczała.

– Tak – potwierdziła wreszcie. – To chyba to. Stracili ze sobą kontakt. I być może w tym momencie, zupełnie przypadkowo, znów się odnaleźli.

Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle i chociaż spoglądała na ulicę, wydawało mi się, że nie patrzy na nic konkretnego. Zaczęłam się nawet niepokoić, co sobie pomyślą przechodnie, widząc ją tak długo w witrynie razem z nami.

W końcu odwróciła się i mijając nas, położyła mi rękę na ramieniu.

– Czasami w takich wyjątkowych chwilach ludzie czują jednocześnie radość i ból. Cieszę się, że wszystko tak uważnie obserwujesz, Klaro – powiedziała i odeszła.

– Dziwne – mruknęła Rosa. – Co ona mogła mieć na myśli?

– Nieważne – odparłam. – Mówiła o czymś, co działo się na ulicy.

Rosa zaczęła wtedy rozmawiać o czymś innym, lecz ja nadal myślałam o Filiżankowej Damie, o jej Mężczyźnie w Płaszczu Przeciwdeszczowym i o tym, co powiedziała Kierowniczka. Próbowałam sobie wyobrazić, jakie ogarnęłyby mnie uczucia, gdybyśmy Rosa i ja w jakiejś odległej przyszłości, długo po tym, jak znalazłyśmy nowy dom, zobaczyły się przypadkiem na ulicy. Czy czułabym wtedy, jak ujęła to Kierowniczka, „jednocześnie radość i ból”?

*

Pewnego ranka, na początku naszego drugiego tygodnia w witrynie, rozmawiałam z Rosą o czymś, co działo się po stronie Budynku RPO, i nagle przerwałam, bo zdałam sobie sprawę, że na chodniku przed nami stoi Josie. Towarzyszyła jej Matka. Za ich plecami nie czekała tym razem taksówka, choć niewykluczone, że właśnie z niej wysiadły i odjechała, a ja tego nie zauważyłam, bo między szybą a nimi przystanęła grupka turystów. Po chwili turyści ruszyli dalej i Josie posłała mi promienny uśmiech. Znowu pomyślałam, że kiedy się uśmiecha, na jej twarzy maluje się czysta dobroć. Nie mogła jednak podejść do okna, bo Matka coś do niej mówiła, pochylając się i trzymając rękę na jej ramieniu. Matka miała na sobie płaszcz – cienki i ciemny, jak ktoś całkiem wysokiej rangi – lekko trzepoczący wokół jej ciała, tak że skojarzyła mi się z tymi ciemnymi ptakami, które nawet przy silnym wietrze przysiadały na zawieszonych wysoko ramionach sygnalizacji świetlnej. Rozmawiając ze sobą, obie patrzyły prosto na mnie i widziałam, że Josie nie może się doczekać, by do mnie podejść, lecz Matka nie chce jej puścić i dalej coś do niej mówi. Oczywiście powinnam patrzeć na Budynek RPO, tak jak robiła to Rosa, ale nie mogłam się powstrzymać i co chwila na nie zerkałam. Bałam się, że znikną w tłumie.

Matka w końcu się wyprostowała i choć nadal nie spuszczała ze mnie oka, przechylając głowę za każdym razem, gdy zasłaniał jej widok jakiś przechodzień, zabrała rękę z ramienia Josie i ta podeszła do mnie swoim ostrożnym krokiem. To, że Matka pozwoliła jej samej podejść do okna, przyjęłam za dobry znak, ale spojrzenie, którym nadal mnie mierzyła i które ani na chwilę nie złagodniało, a także to, jak stała tam, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, skubiąc palcami materiał płaszcza, uświadomiły mi, że jest jeszcze wiele sygnałów, których nie nauczyłam się rozpoznawać. Josie stanęła tymczasem przede mną po drugiej stronie szyby.

– Cześć. Co u ciebie?

Uśmiechnęłam się, pokiwałam głową i podniosłam kciuk – gest, który widziałam często w interesujących czasopismach.

– Przepraszam, że nie mogłam tu wrócić wcześniej – powiedziała. – Minęło już… ile czasu?

Wysunęłam trzy palce i dodałam pół palca drugiej dłoni.

– Za długo – stwierdziła. – Przepraszam. Tęskniłaś za mną?

Skinęłam głową i zrobiłam smutną minę, starając się jednak pokazać, że to nie jest na serio i że zbytnio się nie martwiłam.

– Ja też za tobą tęskniłam. Naprawdę myślałam, że wrócę tu szybciej. Sądziłaś pewnie, że dałam nogę. Bardzo mi przykro. Domyślam się, że oglądało cię wiele innych dzieci. – Przestała się uśmiechać.

Pokręciłam głową, ale to chyba nie przekonało Josie. Zerknęła przez ramię na Matkę, nie żeby szukać u niej wsparcia, lecz żeby sprawdzić, czy nie podeszła bliżej.

– Wiem, że mama wygląda dziwnie, gapiąc się w ten sposób – podjęła. – To dlatego, że powiedziałam jej, że chcę właśnie ciebie. Oświadczyłam, że to musisz być ty, więc teraz taksuje cię wzrokiem. Przepraszam. – Tak jak poprzednio dostrzegłam na jej twarzy jakby ślad smutku. – Ale przyjedziesz do nas, tak? Jeśli mama się zgodzi i w ogóle?

Pokiwałam energicznie głową, lecz Josie nadal wydawała się nieprzekonana.

– Bo nie chcę, żeby to się stało wbrew twojej woli. To nie byłoby uczciwe. Naprawdę pragnę, żebyś przyjechała, ale jeśli nie masz na to ochoty, powiem mamie, że w porządku, nie możemy jej mieć, wykluczone. Tyle że ty chcesz do nas przyjechać, prawda?

Znów pokiwałam głową i tym razem chyba udało mi się ją przekonać.

– To świetnie. – Na twarzy Josie z powrotem pojawił się uśmiech. – Spodoba ci się u nas, na pewno ci się spodoba – powiedziała, a potem z triumfem zawołała do Matki: – Mamo! Ona mówi, że chce do nas przyjechać!

Matka kiwnęła lekko głową, ale nie odezwała się słowem. Wciąż się we mnie wpatrywała, skubiąc palcami materiał płaszcza. Kiedy Josie znów się do mnie odwróciła, już się nie uśmiechała.

– Posłuchaj – zaczęła, lecz przez kilka następnych sekund milczała. – To wspaniale, że chcesz przyjechać. Ale wszystko powinno być między nami jasne od samego początku, więc ci to powiem. Nie martw się, mama tego nie słyszy. Myślę, że spodoba ci się nasz dom. I mój pokój, bo tam zamieszkasz, nie w jakiejś szafie czy gdzieś. I będziemy robiły wspaniałe rzeczy przez cały czas, kiedy będę dorastała. Jedyny problem polega na tym, że czasami… hm… – Josie zerknęła szybko przez ramię. – W niektóre dni nie czuję się zbyt dobrze. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale coś może się dziać. Nie bardzo wiem, co to jest. Nie wiem nawet, czy to coś złego. Tak czy inaczej, sytuacja robi się czasami… jak by to powiedzieć… nietypowa. Nie zrozum mnie źle, przez większość czasu nie będziesz tego odczuwać. Chciałam po prostu być z tobą szczera. Bo wiesz, jak to parszywie wygląda, kiedy ludzie obiecują, że będzie idealnie, a nie są z tobą szczerzy. Dlatego wolałam cię uprzedzić. I powiedz, proszę, że nadal chcesz przyjechać. Spodoba ci się mój pokój, jestem tego pewna. I zobaczysz, gdzie zachodzi Słońce, tak jak ci mówiłam. Nadal chcesz przyjechać, prawda?

Pokiwałam głową, najpoważniej jak potrafiłam. Chciałam ją zapewnić, że jeśli w jej domu trzeba będzie stawić czoło czemuś trudnemu i strasznemu, zrobimy to razem. Nie wiedziałam jednak, jak przekazać tak skomplikowany komunikat bez słów, przez szybę, więc splotłam dłonie i podniosłam je, lekko nimi potrząsając, w geście, który podpatrzyłam u kierowcy taksówki, gdy odpowiedział w ten sposób, nie puszczając kierownicy, komuś, kto machał do niego z chodnika. Cokolwiek zrozumiała z tego Josie, najwyraźniej ją to ucieszyło.

– Dzięki – powiedziała. – Nie zrozum mnie źle. To nie musi być nic poważnego. Może tylko wymyślam różne rzeczy…

W tym momencie Matka zawołała do niej i ruszyła w naszą stronę, ale na drodze znów stanęli jej turyści.

– Wrócę tu naprawdę szybko – zdążyła dodać Josie. – Obiecuję. Jeśli się uda, to już jutro. Na razie do widzenia.

*

Josie nie wróciła ani nazajutrz, ani dzień później, a w połowie drugiego tygodnia nasza tura w witrynie dobiegła końca.

Przez cały ten czas Kierowniczka była wobec nas życzliwa i dodawała nam otuchy. Każdego ranka, gdy sadowiłyśmy się na Sofie w Paski, czekając, aż podniesie się krata, mówiła: „Byłyście wczoraj obie wspaniałe. Postarajcie się wypaść tak samo dobrze dzisiaj” albo coś podobnego. A pod koniec dnia stwierdzała z uśmiechem: „Obie świetnie się spisałyście. Jestem z was taka dumna”. Dlatego w ogóle nie przyszło mi do głowy, że robimy coś nie tak, i gdy ostatniego dnia krata zjechała w dół, spodziewałam się, że Kierowniczka znów nas pochwali. Kiedy nie zwracając na nas uwagi, po prostu odeszła, byłam zaskoczona. Rosa posłała mi zdziwione spojrzenie i przez jakiś czas siedziałyśmy dalej na Sofie w Paski. Po opuszczeniu kraty znalazłyśmy się jednak prawie w kompletnych ciemnościach, więc po chwili wstałyśmy i zeszłyśmy z podwyższenia.

Byłyśmy zwrócone twarzami do środka sklepu i widziałam jego wnętrze aż do Szklanego Stołu daleko z tyłu, lecz cała przestrzeń rozpadła się nagle na dziesięć segmentów i nie miałam już przed sobą jednolitego widoku. Frontowa wnęka znalazła się, jak należało tego oczekiwać, w skrajnym prawym segmencie, ale sąsiadujący z nią stół z czasopismami pojawił się w kilku różnych miejscach; jedną z jego części widać było w segmencie położonym najbardziej na lewo. Światła były już przygaszone i wewnątrz kilku segmentów zauważyłam innych SP, stojących przy ścianach w środku sklepu i szykujących się do snu. Moją uwagę przykuły jednak trzy centralne segmenty, w których zobaczyłam teraz różne ujęcia obracającej się w naszą stronę Kierowniczki. W jednym segmencie widziałam ją tylko od pasa do szyi; sąsiedni wypełniały prawie w całości jej oczy. Jedno oko było o wiele większe od drugiego, ale w obu malowały się życzliwość i smutek. Natomiast trzeci segment ukazywał część jej szczęki i usta i ujrzałam w nich gniew i frustrację. I nagle, kiedy przestała się obracać i ruszyła w naszą stronę, obraz sklepu ponownie stał się jednolity.

– Dziękuję wam obu – powiedziała, po czym wyciągnęła rękę i lekko dotknęła każdej z nas. – Bardzo wam dziękuję.

Mimo to czułam, że coś się zmieniło – że w jakiś sposób ją zawiodłyśmy.

*

Zaczęłyśmy naszą drugą turę pośrodku sklepu. Rosa i ja nadal byłyśmy często razem, ale Kierowniczka zmieniała teraz nasze pozycje i nieraz spędzałam cały dzień, stojąc obok SP Chłopca Rexa albo SP Dziewczynki Kiku. Na ogół jednak wciąż mogłam dostrzec fragment okna i dowiadywać się różnych rzeczy o zewnętrznym świecie. Kiedy pojawiła się na przykład Maszyna Cootingsa, stałam przy stole z czasopismami, naprzeciwko środkowej wnęki, i miałam na nią prawie tak samo dobry widok jak z wystawy.

Już kilka dni wcześniej stało się jasne, że Maszyna Cootingsa będzie czymś niezwykłym. Najpierw przybyli pracownicy remontowi, by poczynić stosowne przygotowania, i odgrodzili cały odcinek ulicy drewnianymi barierkami. Kierowcom taksówek wcale się to nie podobało i robili sporo hałasu, wciskając klaksony. Potem pracownicy remontowi zaczęli wiercić i rozbijać ziemię, nawet fragmenty chodnika, co przeraziło dwóch SP w oknie. Kiedy hałas stał się naprawdę straszny, Rosa przytknęła dłonie do uszu i trzymała je tam, mimo że w sklepie byli klienci. Kierowniczka przepraszała każdego, kto wchodził, choć nie ponosiliśmy żadnej winy za ten hałas. Jeden z klientów zaczął opowiadać o Zanieczyszczeniach i wskazując pracowników remontowych, stwierdził, że są one niebezpieczne dla wszystkich. Dlatego gdy pojawiła się Maszyna Cootingsa, pomyślałam, że być może zwalcza ona Zanieczyszczenia, ale SP Chłopiec Rex twierdził, że nie, że to coś, co zaprojektowano specjalnie, by je eskalować. Powiedziałam, że mu nie wierzę.

– W porządku – mruknął. – Sama się przekonasz.

Okazało się oczywiście, że miał rację. Maszyna Cootingsa – nazywam ją tak w myślach, bo z boku miała namalowany wielkimi literami napis „Cootings” – zaczęła pracować z wizgiem, który nie był nawet w przybliżeniu tak przykry jak dźwięk młotów pneumatycznych i nie gorszy od hałasu odkurzacza Kierowniczki. Ale na dachu miała trzy krótkie kominy, z których zaczął wylatywać dym. Z początku były to trzy małe białe obłoczki, które później pociemniały i złączyły się w jedną gęstą smugę.

Kiedy tam ponownie spojrzałam, ulica na zewnątrz podzieliła się na kilka pionowych segmentów – z miejsca, gdzie stałam, widziałam je całkiem wyraźnie, nie pochylając się nawet do przodu. Ilość ciemnego dymu różniła się w zależności od segmentu i wyglądało to tak, jakby ktoś prezentował nam do wyboru różne odcienie szarości. Ale nawet tam, gdzie dym był najgęstszy, mogłam wychwycić wiele detali. W jednym z segmentów był na przykład fragment barierki pracowników remontowych, do której przylegał teraz przód taksówki. W sąsiednim, z ukośnie odciętym górnym rogiem, był metalowy drążek, w którym rozpoznałam wysokie ramię sygnalizacji świetlnej. A kiedy przyjrzałam mu się uważniej, dostrzegłam ciemny zarys przycupniętego na nim ptaka. W pewnym momencie zauważyłam biegacza, który przemieszczał się z jednego do drugiego segmentu. Kiedy to robił, jego postać zmieniała rozmiary i trajektorię ruchu. Wkrótce Zanieczyszczenia przybrały taką skalę, że stojąc przy stole z czasopismami, nie widziałam nawet rąbka czystego nieba, a samo okno, które czyściciele szyb tak dumnie myli dla Kierowniczki, pokryły brudne placki sadzy.

Współczułam dwóm SP Chłopcom, którzy tak długo czekali na swoją turę w witrynie. Siedzieli tam we właściwej pozycji, lecz nagle zobaczyłam, że jeden z nich zasłania twarz ramieniem, jakby obawiał się, że Zanieczyszczenia mogą przeniknąć przez szybę. Kierowniczka wspięła się wtedy na podwyższenie i przez chwilę szeptem go pocieszała, jednak gdy w końcu stamtąd zeszła i zaczęła układać bransoletki w Szklanej Gablocie na Kółkach, zauważyłam, że też jest zdenerwowana. Myślałam, że może nawet wyjdzie na zewnątrz i porozmawia z pracownikami remontowymi, ale ona spojrzała na nas i uśmiechnęła się.

– Posłuchajcie wszyscy, proszę – powiedziała. – To niefortunna sytuacja, ale nie ma się czym przejmować. Będziemy musieli to przez parę dni znosić, a potem wszystko się skończy.

Jednak przez kolejne dni Maszyna Cootingsa wciąż pracowała i dzień upodobnił się do nocy. W pewnym momencie zaczęłam wypatrywać na podłodze, na ścianach i we wnękach wzorów Słońca, lecz nigdzie ich nie było. Wiedziałam, że Słońce robi, co może, i pod koniec drugiego popołudnia, choć dym był gorszy niż kiedykolwiek, wzory z powrotem się pojawiły, ale były bardzo niewyraźne. Zmartwiło mnie to i zapytałam Kierowniczkę, czy wciąż otrzymujemy nasze środki odżywcze.

– Ta okropna maszyna była tutaj już kilka razy wcześniej – odparła, uśmiechając się – i nikt w sklepie w najmniejszym stopniu nie ucierpiał. Więc po prostu nie zawracaj tym sobie głowy, Klaro.

Mimo to po czterech kolejnych dniach Zanieczyszczeń poczułam, że słabnę. Próbowałam tego nie okazywać, zwłaszcza gdy w sklepie byli klienci. Jednak z powodu Maszyny Cootingsa zdarzały się teraz długie okresy, kiedy w ogóle nie było klientów, i czasami garbiłam się tak bardzo, że SP Chłopiec Rex musiał dotykać mojego ramienia, żebym się wyprostowała.

A potem pewnego ranka krata poszła w górę i zniknęła nie tylko Maszyna Cootingsa, ale też wszystkie barierki. Zanieczyszczeń nie było, wrócił rąbek nieba, które było olśniewająco błękitne, i Słońce znów pompowało do sklepu środki odżywcze. Nic już nie blokowało ruchu taksówek i kierowcy byli zadowoleni. Nawet biegacze mijali nas z uśmiechem. Przez cały czas, gdy na ulicy pracowała Maszyna Cootingsa, martwiłam się, że Josie być może próbuje wrócić do sklepu i nie jest w stanie tego zrobić z powodu Zanieczyszczeń. Lecz teraz, kiedy się to skończyło i wszyscy, na zewnątrz i wewnątrz, byli tak podniesieni na duchu, poczułam, że jeśli Josie w ogóle wróci, musi się to stać właśnie tego dnia. Po południu zdałam sobie jednak sprawę, jak bardzo nierozsądne było to oczekiwanie. Przestałam więc jej wypatrywać i skupiłam się na tym, by dalej poznawać zewnętrzny świat.

*

Dwa dni po zniknięciu Maszyny Cootingsa do sklepu weszła dziewczynka ze sterczącymi na wszystkie strony krótkimi włosami. Oceniłam jej wiek na dwanaście i pół roku. Była ubrana jak biegaczka, w jasnozielony tank top, który odsłaniał jej chude ręce aż do barków. Przyszła ze swoim ojcem, który miał na sobie nieformalny strój pracownika biurowego całkiem wysokiej rangi. Rozglądali się dokoła, z początku niewiele się odzywając. Choć dziewczynka zerknęła w moją stronę tylko raz, a potem zawróciła, wiedziałam od razu, że jest mną zainteresowana. Po minucie pojawiła się znowu i zaczęła udawać, że fascynują ją bransoletki w Szklanej Gablocie na Kółkach, przed którą stałam. A potem sprawdziła, czy nie obserwuje jej ojciec albo Kierowniczka, i oparła się o gablotę, wskutek czego ta przesunęła się kilka centymetrów do przodu. Robiąc to, dziewczynka uśmiechnęła się do mnie figlarnie, jakby przesunięcie Gabloty było naszym wspólnym sekretem. Następnie przesunęła ją w poprzednie miejsce i znów się uśmiechnęła.

– Tato?! – zawołała.

Ojciec nie odpowiedział – zainteresowali go akurat dwaj SP siedzący na Szklanym Stole w tyle sklepu – więc dziewczynka posłała mi ostatnie spojrzenie i dołączyła do niego. Szeptali ze sobą, stale zerkając w moją stronę, więc nie ulegało wątpliwości, że rozmawiają na mój temat. Widząc to, Kierowniczka wstała zza swojego biurka, podeszła bliżej i stanęła przy mnie, ze splecionymi dłońmi.

W końcu, po długich szeptach, dziewczynka wróciła, przemaszerowała obok Kierowniczki i ustawiła się dokładnie naprzeciwko mnie. Dotknęła obu moich łokci, a potem wzięła moją lewą dłoń w swoją prawą i trzymając mnie w ten sposób, spojrzała mi prosto w twarz. Patrzyła całkiem poważnie, ale jednocześnie ścisnęła lekko palcami moją dłoń i zrozumiałam, że to ma być nasz kolejny wspólny sekret. Mimo to nie uśmiechnęłam się do niej. Z neutralnym wyrazem twarzy patrzyłam ponad jej sterczącymi włosami, wbijając wzrok w Czerwone Półki na przeciwległej ścianie, a konkretnie w rząd obróconych do góry dnem ceramicznych filiżanek na trzeciej półce. Dziewczynka ścisnęła jeszcze dwukrotnie moją dłoń, za drugim razem trochę mocniej, lecz ja nie opuściłam oczu ani się nie uśmiechnęłam.