Kłamca 4. Kill’em all - Jakub Ćwiek - ebook

Kłamca 4. Kill’em all ebook

Jakub Ćwiek

4,3

Opis

Świat stanął na głowie

Loki przepadł w krainie elfów. Życie w skórze Oberona, rozrywki i miłe towarzystwo sprawiają, że trudno mu się skupić na zabijaniu Antychrysta czy martwieniu o ukochaną Jenny. Nie wie też, że w wyniku przypadkowo wypowiedzianej inkantacji z osławionego Necronomiconu powróciła do życia jego żona Sygin. Szykuje się tu komuś podróż przez Piekło? Nawet całkiem dosłownie!

Nowym Jorkiem rządzi zbuntowany anioł, na Biegunie Północnym władzę przejął Światowid, a Święty Mikołaj tkwi w więzieniu na samym mleku i zimnych pierniczkach. Dobrze, że mamy apokalipsę, inaczej trzeba by było odwołać Gwiazdkę! Loki, Samedi, a może Lucyfer? Kto jest największym kłamcą i kto wygra to ostatnie z ziemskich starć?

Najwyższa pora, by się przekonać!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Agnieszce, Tess, Elvisowi

i wszystkim, którzy czekali.

Część IWszyscy mają się dobrze

Rozdział 1

Australia

Anioł Harael wyglądał jak debil. Na własne życzenie zresztą, żadną miarą niechcący, wszak życzliwi towarzysze broni uświadomili go od razu, gdy tylko pokazał im tego dnia swoje nakrycie głowy. Poza tym ozdoba na jego hełmie nie należała do tych, które pojawiają się przypadkiem, jak ptasie odchody tworzące plamę o fantazyjnym kształcie, rdza czy zaschnięty, martwy robak. Nad czymś takim trzeba się było solidnie namęczyć. I wyglądało na to, że Harael był dumny ze swej pracy.

„Zawsze się taki trafi” – pomyślał centurion Kwiryniusz, sięgając po leżącą obok osełkę. – Tym właśnie kończą się za długie przerwy w walce. I wpuszczanie na pole bitwy chórzystów”.

Westchnął i przejechał kamieniem wzdłuż ostrza.

Reszta stroju Haraela prezentowała się bez zarzutu. Biały napierśnik na złotej kolczudze, na nim rzymska trzynastka w wieńcu z piór. Wokół bioder szeroki, prosty pas, przy nim u lewego boku miecz, a u prawego – długi, prosty sztylet. Nagolenniki i karwasze proste, bez zdobień, ale szykowne w swej surowości, podobnie zresztą jak sandały…

„I na co to wszystko? – pomyślał Kwiryniusz. – Po co nam ten cały szyk i majestat, skoro wystarczy taki drobiazg, by z miejsca odebrać Zastępom całą powagę? Jeden głupiec, potem przyśpiewka i już cały legion zyskuje złą sławę na milenia. Ci z Dziesiątego już chyba nigdy nie przestaną się z nas śmiać”.

Centurion odłożył osełkę, oparł miecz o połę namiotu i przywołał Haraela. Wezwany podbiegł truchtem.

– Anioł Harael melduje się na rozkaz, centurionie! – ryknął wyprężony jak struna. Prawie poważny, prawie zawodowo, ale te przeklęte ozdoby majtały mu się przed twarzą jak samochodowe wycieraczki podczas ulewy.

– Wiecie, jak z tym wyglądacie, Harael? – zapytał Kwiryniusz.

– Wiem, centurionie! – huknął skrzydlaty, wciąż wyprężony, ze wzrokiem wbitym w trzynastkę na pole namiotu.

– Jak?

– Jak debil, centurionie!

Kwiryniusz westchnął.

– Właśnie. Możesz mi powiedzieć, na co ci te przeklęte korki?

– Melduję posłusznie, centurionie, że anioł Jack powiedział, że to chroni przed muchami!

No tak, Jack. Kwiryniusz mógł się tego domyślić.

– Podobno tak się tutaj nosi! – dodał jeszcze Harael, wciąż krzycząc. – W ten sposób okazuję szacunek tradycji i obcym kulturom! Tak mówi Jack, centurionie! A on przecież jest stąd!

„Stąd” oznaczało oczywiście pustynną Australię, gdzie od kilku dni anioły i pomioty Lucyfera toczyły zawzięty bój na wyniszczenie. Idealne miejsce na wojnę, można by rzec – pod stopami piasek, nad głowami błękit nieba, a pomiędzy tylko falujące od żaru powietrze, czasem pojedynczy krzaczek czy kamień z wężem zwiniętym w pytajnik i niemal żadnych postronnych obserwatorów bądź potencjalnych ofiar cywilnych. Niemal jak manewry z obowiązkowym przećwiczeniem wszystkich szyków, tylko z prawdziwą bronią i prawdziwymi, krwawymi ofiarami po obu stronach.

Zdaniem Kwiryniusza bardzo humanitarne miejsce na szereg wyniszczających bitew, oczywiście pod warunkiem że wybiera się je, zanim cała reszta globu zdąży spłynąć krwią niewinnych. Apokalipsa jednak ma swoje prawa…

Powiał pustynny wiatr i centurion zmuszony był na chwilę zasłonić oczy przed piaskiem. Gdy je otworzył, Harael wciąż sterczał przed nim jak pałacowy gwardzista na służbie. Zawieszone na nitkach korki dyndały mu przed twarzą.

Kwiryniuszowi prawie zrobiło się go żal. Prawie, bo obóz wojskowy to nie miejsce na litość.

– Pamiętasz jeszcze, komu służysz, chórzysto? – zapytał. – Od kiedy to szanujemy obce tradycje, hę? Był rozkaz?

– Nie, centurionie, ale…

– Żadne „ale”!

Kwiryniusz dostrzegł kątem oka, że pogadanka zaczęła już gromadzić widownię.

Aniołowie porzucali swe zajęcia i coraz bardziej otwarcie się jej przysłuchiwali. Widział ich poharatane, zmęczone twarze, bandaże i opatrunki wyzierające spod tunik, zmęczenie w ruchach. Trudno powiedzieć, jak daleko na drodze do niesubordynacji był każdy z nich, ale od kiedy wszystko to się zaczęło, każdy już wstąpił przynajmniej na jej ścieżkę. To oznaczało, że rozmowy jak ta winny się kończyć przykładną karą za nieposzanowanie zbroi i, być może, karcerem za łamanie pierwszego przykazania. Jeszcze to tłumaczenie. Lokalne tradycje, też coś!

Harael wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, więc Kwiryniusz dał mu tę możliwość.

– Pozwolę sobie zauważyć, centurionie – zaczął anioł – że jednak zdarzało nam się szanować tradycje. Zwłaszcza odkąd Wódz Zastępów powołał Kłamcę…

– Kłamcę? – Kwiryniusz poprawił pasek mocujący napierśnik. – Co chórzysta może wiedzieć o Kłamcy? Jakoś sobie nie przypominam, żeby Loki gustował w harfie. Przynajmniej na ile go znam…

Tak, to był właściwy moment, by zagrać tę kartę. Wszyscy wiedzieli, że centurion miał okazję poznać cyngla Niebios i że to właśnie współpraca z nim uczyniła go najpierw jednym z najlepiej ocenianych Stróżów, a potem oficerem w Zastępach Pana. Cóż, nawet w Niebiosach liczy się nie tylko, co potrafisz, lecz także kogo znasz…

– Wiem, Haraelu – rzekł Kwiryniusz – że tam, skąd do nas przyszedłeś, przywołanie imienia Kłamcy może dać pewne korzyści. Tu jednak, w prawdziwym świecie, uznania w ten sposób nie znajdziesz. Loki to tylko użyteczne narzędzie w rękach Pana, którym w dodatku nie sposób się posługiwać bez brudzenia sobie rąk. Może już słyszałeś, jak kiedyś miałem…

Przerwał zaskoczony nagłą ciszą. Ustał dochodzący zza namiotów szczęk treningowych mieczy, zgrzyt osełek, jazgot rozmów. Nawet ranni w namiotach patrzyli teraz z wyczekiwaniem na swego centuriona. Choć chyba wszyscy znali już tę historię, takiego audytorium i zarazem takiego posłuchu Kwiryniusz nie miał jeszcze nigdy.

„Nie łudź się, że to twoja zasługa – pouczył się. – To Kłamca. Zawsze Kłamca. To on ich tak fascynuje”.

Nie do końca było mu to w smak, zdecydował się jednak podjąć opowieść. Wmawiał sobie, że chodziło o przestrogę płynącą z tej historii, ale tak naprawdę liczyła się cisza.

Nawet pustynny wiatr umilkł, by go teraz wysłuchać. Kto wie, może słucha go nawet ten przeklęty Jack, którego niemal cała centuria wielbiła, jak gdyby był cudownie objawionym czwartym archaniołem.

Odchrząknął jeszcze dla lepszego efektu, splunął pod nogi i zaczął opowiadać:

– Dawno temu, gdy jeszcze byłem Stróżem, opiekowałem się pewną młodą dziennikarką…

Nie zdążył powiedzieć ani słowa więcej, bo nagle rozległ się dźwięk rogu, a potem kolejny i jeszcze jeden. Kilku skrzydlatych wzbiło się w powietrze.

– Nadlatują, centurionie! Całą chmarą!

Kwiryniusz poderwał się z miejsca, złapał za miecz. Dokończy później. Wojna miała swoje prawa.

Otworzył usta, by wydać rozkaz, i… połknął muchę.

Nagle Harael nie był już takim debilem.

Archanioł Michał siedział na brzegu billabongu, kryjąc się przed słońcem w rozłożystym cieniu drzewa coolabah. Wsparty o nie plecami i rozpostarty na trzech parach skrzydeł jak na kocu odpoczywał, przecierając głownię potężnego miecza ściereczką nasączoną świętymi olejami.

W płynnych, posuwistych ruchach nie było znać żołnierskiego drygu, wręcz przeciwnie – stanowiły one jedyny rodzaj pieszczoty, jaki Wódz Zastępów znał i rozumiał. Miecz był jego jedyną kochanką. Znaczy kochankiem… To znaczy…

Ach, na Trony i Zwierzchności!

– Bądź przeklęty, Loki! – mruknął pod nosem archanioł. – Bądź przeklęty za te swoje żarty i insynuacje! Będziesz się za nie smażył…

Michał umilkł, gdy zdał sobie sprawę z tego, co właściwie chciał powiedzieć. W Piekle?

Jakim Piekle, skoro właśnie trwa Apokalipsa? Jeszcze kilka dni, miesięcy, może lat i wojna się zakończy, a Lucyferowi nie pozostanie już ani jeden wierny sługus.

Anielskie Zastępy są w przewadze, doświadczenie wodzów jest nieporównywalne, a fortel z podburzeniem mitycznych najwyraźniej się nie udał. Pomysł, by stanowili armię bez wodzów, partyzantkę o działaniach koordynowanych zakulisowo przez demony Gwiazdy Zarannej, sprawdzał się, dopóki głowę Wodza Zastępów zajmował ogólny chaos. Gdy archanioł zrozumiał, co się dzieje, wiedział od razu, jak temu przeciwdziałać.

Ogólnie całe to zamieszanie nie przyniosło demonom nic prócz zamętu i przetrzebienia ludzi, którzy i tak byli przecież niewygodni dla obu stron. W zasadzie Lucyfer oddał Michałowi przysługę. Uczynił go swoim dłużnikiem za Londyn, Moskwę, pewnie już Nowy Jork, Paryż…

„Nie!”

Michał zacisnął zęby, a płomień wokół jego oka zapłonął czerwonym blaskiem.

„Zapomnij o Paryżu! Zapomnij o…”

– Wodzu!

Archanioł uniósł głowę. Na widok szczupłego skrzydlatego w kapeluszu i z naszyjnikiem złożonym z krokodylich zębów uśmiechnął się półgębkiem. Płomień na jego twarzy z miejsca przygasł.

– A, to ty, Jack – powiedział. – Jak tam idą przygotowania? Czy wszystko już gotowe?

Jack zdjął kapelusz i przycisnął go do piersi. Wyglądał teraz jak wytrawny rewolwerowiec na wykwintnych salonach. To znaczy głupio. I z kapeluszem.

– Aye! Wszystko przygotowane, jak kazałeś, sir. Kopuła gromu opadnie, gdy…

Archanioł przyłożył palec do ust.

– Żadnych nazw, Jack – rzekł, wracając do czyszczenia miecza. – Mam ci przypomnieć, jak kilka słów za dużo zmieniło kiedyś życie twojego podopiecznego?

Jack przejechał ręką po poznaczonej bliznami twarzy. Cieniutkich różowych kresek było na niej tyle, że spokojnie mogłyby uchodzić za zmarszczki, a on sam – za podstarzałego trapera, czy jak się tam na nich mówiło na tej przeklętej ziemi.

– Wodzu, mój podopieczny po pijanemu wyzywał Żydów w Hollywood – powiedział. – To powinno się kwalifikować jako samobójstwo.

Ręka archanioła zatrzymała się w pół ruchu.

– Czy mnie słuch myli, Jack, czy chcesz powiedzieć coś złego na temat Narodu Wybranego?

– Ależ skąd, sir. – Anioł przejechał palcem po krawędzi ronda. – Nawet przeciwnie. Uważam, że są niebywale skuteczni i że bardzo by się tu przydali. W sensie w Australii.

– Wiem, gdzie jesteśmy, Jack. Zwykle pamiętam, na jakiej ziemi rozlewam krew armii Pana, a Trony mi świadkiem, że robiłem to już wszędzie w tym i innych światach. Jest jakiś powód, dla którego tu przyszedłeś, czy mam założyć, że to przerwa w robieniu durniów z chórzystów?

– Sir, te korki to świetna obrona przed muchami Belzebu…

– Po co tu przyszedłeś?!

Na widok płomienia buchającego z twarzy archanioła Jack cofnął się o krok.

Michała ucieszył ten widok. „Strach i respekt, a dopiero potem miłość”, zawsze tak mawiał. To powinni czuć twoi żołnierze, jeżeli chcesz być dobrym wodzem.

Kłamca odpowiedział na to kiedyś: „Tak, też czytam kawałki z Sun Zi w «Playboyu»”. A zaraz potem dodał, że woli jednak rozkładówkę.

„Niech cię, Loki!” – pomyślał archanioł. „Gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że już stamtąd nie wypełzniesz. Bo, Trony i Zwierzchności mymi świadkami, skończysz jak wszyscy tobie podobni. Za Jenn… Nie myśl o niej! Nie myśl o Paryżu!”

Archanioł wstał i wycelował sztychem miecza w Jacka. Po głowni biegały już w górę i w dół pierwsze płomienie gniewu Pana.

I nagle zgasły, podobnie jak tatuaż na obliczu Michała. Archanioł opuścił broń, odwrócił się i owinął środkową parą skrzydeł.

– Jeżeli nie masz nic ważnego do przekazania – zwrócił się do Jacka już spokojnie – możesz odejść, a ja…

– Chciałem powiedzieć, że nadlatują, sir. W sile stu, więc najpewniej poselstwo. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć zawczasu…

Archanioł pokiwał głową.

– Tak, dziękuję. Dobrze zrobiłeś. Możesz odejść.

Anioł Jack posłusznie skinął głową i odleciał w stronę obozu.

Michał wsunął miecz do pochwy i pochylił się, by ciepłą wodą z billabongu zmyć z palców resztkę świętych olejów. Poselstwo.

– Czyżbyś, Lucyferze, pofatygował się do mnie osobiście? – powiedział na głos. – Chcesz błagać o łaskę?

„Kłamcy nie błagają o łaskę – stwierdził cichy głos w jego głowie. – Kłamcy kłamią i w ten sposób odnoszą swe plugawe zwycięstwa. Nie potrzebują do tego armii, broni i boskiej łaski. Pragną jedynie słuchaczy”.

Nagle Michał uzmysłowił sobie z całą pewnością, że zdrajca Loki żyje i gdziekolwiek teraz jest, świetnie sobie radzi.

Dolina

Bycie Oberonem miało swoje plusy. I chyba to właśnie było w tym wszystkim najgorsze.

Gdyby cierpiał, dusił się w swej nowej roli, czuł na plecach śmierdzący cebulą oddech śmierci, Kłamca z pewnością byłby ostrożniejszy. I bardziej stanowczy w działaniach.

Zamiast tego jednak, pod pozorem gromadzenia wiadomości, budowania siatki sojuszników i przygotowywania planów, Loki siedział i pierdział w stołek, czy też raczej w poduszki. Królowi pieprzonych elfów nikt nie podstawiłby zwykłego stołka.

Wychylił się i spojrzał na wysypaną piaskiem arenę otoczoną drewnianymi palami, gdzie właśnie trwał krwawy wieczorny pokaz.

– No dalej! Przestańcie łazić w kółko, nie mamy całego dnia! – krzyknął do gladiatorów. – Inni też chcą walczyć!

To nie do końca było prawdą, ale któż by zwracał uwagę na niuanse. Skoro Oberon twierdził, że jego poddani chcą się bawić w krąg śmierci, to taka właśnie była ich wola, niezależnie od tego, co naprawdę sądzili. Loki nazywał to demokracją ukierunkowaną.

„Poza tym to podoba się tym wszystkim nadętym dupkom wkoło – myślał Kłamca, co rusz odrywając wzrok od prowizorycznej areny i przyglądając się elfim lordom i możnowładcom, ich strojom, twarzom, oraz – rzecz jasna – herbom. Te bowiem w szczególności warto było sobie odświeżyć.

Kiedyś, gdy jeszcze z pełnią praw mieszkał na dworze Odyna, Loki mógł z dumą mówić, że zna wszystkie liczące się szlacheckie rody każdego królestwa, które kiedykolwiek odwiedził. Uczył się ich historii, by wiedzieć, jak zdobyły przywileje i komu je zawdzięczają. Aby poznać kierujące nimi ambicje, czytał o zajmowanych stanowiskach, matrymonialnych planach wobec dzieci i pożyczkach udzielanych innym rodom. Pikantne plotki zbierał natomiast dla zabawy. I z przyzwyczajenia.

Tak, były czasy, że o dworze Oberona Kłamca również wiedział wszystko, ale to było naprawdę dawno temu. Dlatego teraz w chwilach wolnych od królowania Loki na nowo uczył się herbarza. Próbował zapamiętać, kto nosi zebrę, kto – węża na patyku, a kto – Angelinę Jolie z ciałem kurczaka. No dobra, wiedział, że to harpia, ale podobieństwo twarzy aż się prosiło o pozew.

Kłamca studiował pilnie. Wiązał w pamięci godło z nazwiskiem, nazwisko z historią, a gdy już wiedział to, co mógł wyczytać z tekstów, imię aktualnego dziedzica podpowiadał Lokiemu stojący zawsze tuż przy nim Kent, dowódca straży. Jego ród również był w księdze. Mieli niewymawialne nazwisko, a w herbie najbrzydszego lwa od czasów, gdy grafikom studia Dreamworks zaczęło się wydawać, że potrafią rysować zwierzęta. „To nieistotne, jaki ma herb – powtarzał sobie Kłamca. – Liczy się, że Oberonowi jest wierny jak pies. To może się kiedyś przydać”.

Tymczasem tocząca się na arenie walka zgodnie z królewskim rozkazem zyskała tempo. Walczący starli się raz i drugi, wyprowadzono kilka pchnięć, części uniknięto, kilka innych sparowano, a publiczność wyła, żądna krwawych rozstrzygnięć.

„I pewnie zaraz je dostaniecie – pomyślał Loki, czując ogarniające go jednocześnie rozdrażnienie i wesołość. – Może wtedy zamkniesz gębę, młody hrabio Mallintorne. Może, tłusty jak wieprz książę Offerniliusie, oderwiesz się od udźca swego upolowanego dziś pobratymca, a twoja córeczka da odetchnąć karłowi pracującemu skrycie pod jej suknią”.

Kłamca wodził wzrokiem od jednego lorda do drugiego, zastanawiając się, jak wiele wysiłku, kombinacji i kłamstw kosztowałoby go sprawienie, by to któryś z nich musiał znaleźć się na arenie i walczyć o życie. Ich historie z pewnością zawierały większe przewinienia niż… „No właśnie, za co skazani są ci dwaj na dole?” Loki nie potrafił sobie przypomnieć. Już miał zapytać o to Kenta, gdy nagle w dotąd wyrównanej walce nastąpił przełom.

Pierwszy spośród walczących, rozebrany do pasa olbrzym poznaczony miliardem blizn, wykorzystał potknięcie swego dużo mniejszego przeciwnika i kopnął go w brzuch z takim impetem, że tamten poleciał aż na drewniane pale, odbił się od nich i zaległ bez ruchu w głębokim błocie. Tłum ryknął.

Olbrzym wzniósł do góry obie ręce, całym ciałem chłonąc lordowski entuzjazm, po czym podszedł do nieprzytomnego i wzniósł miecz, by zadać ostateczny cios.

Ale jego oponent, drobny blondyn, którego wielkolud miał teraz u stóp, wcale nie stracił zmysłów. Chłopak wyczekał do ostatniej chwili, a gdy ostrze opadało ze świstem, błyskawicznie przeturlał się na bok, poderwał na równe nogi i ciął dobytym zza pasa kozikiem w ramię wielkoluda, znacząc je cieniutką kreską. Potem, odsunąwszy się, zaczął jak gdyby nigdy nic czyścić ubranie z błota. Jakby już było po walce.

I rzeczywiście. Miecz olbrzyma zarył o ziemię, a on sam zachwiał się, zadrżał i po krótkiej chwili opadł na kolana. Wyraz jego twarzy mógł być równie dobrze grymasem wściekłości, jak i pierwszym objawem paraliżu mięśni.

Blondyn zerknął obojętnie w jego stronę. Skończył doprowadzać ubiór do jakiego takiego porządku, schował nóż i przeczesał obiema rękami nieco oklapnięte włosy.

Dopiero wtedy przestąpił nad cielskiem olbrzyma i dziarskim krokiem podszedł niemal pod sam królewski tron.

– Panie – rzekł, kłaniając się Oberonowi w pas.

Kłamca uśmiechnął się półgębkiem.

– Trucizna? Nie przypominam sobie, bym na nią zezwolił.

– Ale i nie zakazałeś, panie.

Blondyn raz jeszcze się skłonił, a każdy jego ruch mówił wyraźnie: „Jestem prometejskim skurwysynem, który nagnie każdą zasadę tylko dlatego, że można”. I że to zabawne. Cóż, Loki nie mógł powiedzieć, że ta postawa była mu szczególnie obca. Potrzebował jeszcze tylko rozważyć, czy podoba mu się w pobliżu ktoś taki jak on sam, czy niekoniecznie.

– Możesz mi przypomnieć – poprosił, nie kryjąc rozbawienia – cóż kupiło ci przywilej walki w tym kręgu, drogi… Jak ty się właściwie nazywasz?

– Mówią na mnie Żądełko, panie – odparł blondyn. – A uwagę twoją zawdzięczam swym, wybacz brak skromności, niebywałym zdolnościom w zakresie sztuki miłości.

– Znaczy rżnąłeś mi dwórki?

– Tak, panie.

Kłamca powiódł wzrokiem po zgromadzonym wokoło tłumie, skupiając się tym razem nie tylko na twarzach lordów i ich córek, lecz także na ich służbie, pomniejszej szlachcie i parobkach wciskających się wszędzie jak słoma. Czy wyglądali na usatysfakcjonowanych starciem? Podczas oglądania na Ziemi kanałów sportowych zobaczył wyraźnie, że ludzie niekoniecznie są zadowoleni, gdy o zwycięstwie rozstrzyga oszustwo. Jednak elfy to nie ludzie. Tutejsza widownia wyglądała na uradowaną, zwłaszcza od kiedy konający olbrzym dostał drgawek i zaczął toczyć z ust krwawą pianę.

„Poza tym – pomyślał Loki – przecież to nie ostatnie starcie, jakie mam im dzisiaj do zaoferowania”.

– Kupiłeś sobie moją łaskę, Żądełko. Dołącz zatem do mnie w loży. Tylko najpierw oddaj kozik strażom, byś mnie przypadkiem nie zaciął.

Elf skłonił się w pas.

– Dziękuję za twą łaskawość, Oberonie. I z pewnością nie pozwoliłbym sobie na taki… hmm, przypadek.

– No już, już. Nie zasłaniaj.

Kłamca odgonił go gestem, po czym odwrócił się do dowódcy swej straży przybocznej stojącego tuż za jego plecami.

– Dobra, są jeszcze jacyś ochotnicy na dzisiaj?

Oczywiście byli i, jak przystało na ochotników, dawali z siebie wszystko. Podobnie zresztą jak elfki usługujące Kłamcy i walczące o to, którą z nich władca weźmie dziś do namiotu, by pokazać jej swoją kolekcję sztyletów. Czy coś tam…

„Tak – pomyślał Loki, gdy obnażona kształtna pierś jednej z dziewczyn otarła się o jego policzek. – Niestety, władza naprawdę ma sporo plusów”.

Australia

Archanioł Michał nie miał w zwyczaju szanowania posłów, gdy wszystko szło na poważnie. Dlatego też wysłannicy Lucyfera miny mieli dość nietęgie. Zwłaszcza że otoczyli ich aniołowie ze wsławionego w wielu bitwach Trzynastego Legionu. Zwłaszcza że na ich widok zapłonęła głownia Pana Niebios.

Demony dobyły broni, zbijając się w ciasną gromadkę, gotowe walczyć do ostatka.

Jedynym, który trzymał fason, był rosły, poznaczony bliznami demon pustyni o twarzy ostrej, jakby ciosanej w kamieniu, i rogu wychodzącym z podbródka niczym fantazyjna kozia bródka.

Michał rozpoznał go od razu – demon był jednym z tych, którzy od kiedy stanęli po stronie Piekieł, nie raz dali się Zastępom we znaki. I jednym spośród bardzo nielicznej garstki, której udało się przeżyć starcie z Michałem. Krótkie i przerwane przypadkiem, ale nadal się liczyło…

– Czego tu szukasz, Eublisie? – zapytał.

– Przybywam z poselstwem od twego brata Lu…

– Lucyfer nie jest moim bratem i gdzieś mam jego poselstwa – odparł Michał.

Zakręcił mieczem młynka, tworząc w powietrzu świetlisty krąg, i ruszył do przodu. Z każdym krokiem tatuaż na jego twarzy rozpalał się coraz większym blaskiem.

– Tego jednak wysłuchasz – odparł demon.

Wciąż próbował być niewzruszony, ale widok napierającego na niego Wodza Zastępów skutecznie mu to utrudniał, podobnie jak wciąż rysujący się w powietrzu krąg ognia. Oczywiste było, że gdy tylko jakakolwiek część ciała demona znajdzie się w zasięgu miecza Michała, natychmiast odcięta runie na piasek.

Mimo to demon sięgnął ostrożnie do torby i wyjął z niej lśniącą płaską płytkę o przekątnej może dziesięciu cali.

Nacisnął maleńkie kółeczko u podstawy prostokąta i zamknąwszy oczy, wyciągnął płytkę przed siebie. Na ekranie pojawiła się szczenięca twarz księcia Piekieł.

– Cześć, braciszku – powiedział Po-prostu Teddy. – Kopę lat, nie?

Michał zatrzymał się w pół kroku. Jego miecz zakręcił w powietrzu jeszcze jedno kółko, a potem przygasł.

– Nie jesteśmy braćmi, Lucyferze. Nie łączą mnie z tobą żadne wyjątkowe więzy, jakie nie łączyłyby mnie z którymkolwiek spośród moich wojowników. Wszyscy bowiem jesteśmy…

– Tak, wiem – roześmiał się tamten. – Tylko się przekomarzam.

Na dźwięk ostatniego słowa demony, ściśnięte teraz w niechlujny romb, zarechotały nerwowo. Anioły ukradkiem spoglądały na swojego wodza, licząc na jakąś reakcję, może decyzję, oznakę poirytowania.

Michał jednak tylko zmarszczył brwi i mocniej zacisnął palce na rękojeści. W jego przypadku trudno to było nazwać specjalnie gniewną reakcją.

Chwila przeciągała się nieznośnie. Nieco dalej przez pustynię przewalały się zeschnięte krzewy, falowało rozgrzane powietrze… Gdzieś w oddali zbłąkany bumerang wracał właśnie do ręki właściciela, spragnione paliwa resztki ludzkości urządzały pościg za cysterną z piaskiem. Słowem, Australia błyszczała w pełnej krasie. Tyle że po cichu, w krępującym milczeniu.

W końcu to tablet pierwszy przemówił chłopięcym głosem Lucyfera:

– No dobra, powinniśmy pogadać o tej wojnie, nie sądzisz, braciszku?

Na te słowa Michał poderwał się gwałtownie ku niebu, zakręcił wokół własnej osi, jednocześnie rozpalając głownię miecza. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować na to nagłe tornado zrodzone z piasku i ognia, Wódz Zastępów zdążył już opaść i zgrabnie złapać w lewą dłoń upadający tablet. Chwilę potem na ziemię z łoskotem upadły bezgłowe zwłoki Eublisa.

– Mówiłem ci, Lucyferze – wycedził Michał. – Nie jestem twoim bratem.

Chłopiec na ekranie tabletu westchnął tylko, udając smutek, choć w jego oczach żarzyły się iskierki rozbawienia.

– A szkoda, bo gdybyś był, nikt w szkole by mnie nie tknął – odparł. – Ale co tam, było, minęło. Podoba ci się mój nowy tablet? Świetnie leży w dłoni, prawda? Nie mów nikomu, ale to jedyny egzemplarz. Steve… Bo wiesz, rzecz jasna, że Steve jest u mnie? Oddał duszę już za Maca trójkę… Zabrał się do roboty, jak tylko się pojawił, i powiem ci, że przeszedł sam siebie. Ludzie, gdyby wciąż jeszcze żyli, dosłownie zabijaliby się o to cudo. – Parsknął śmiechem, ale zaraz przerwał, by zamachać sobie ręką przed ustami. – Dobra, głupi żart, nie powiedziałem tego. Trzeba mieć szacunek do ludzkiego życia, prawda? Już nic nie mówię.

Lucyfer udał, że sznuruje sobie usta, potem – że zakłada na nie kłódkę, i wreszcie że wyrzuca do niej kluczyk.

I znowu nastała cisza. Kilku spośród demonów zaśmiało się nerwowo, ale tym razem brzmiało to raczej jak gwar przed spektaklem niż reakcja na zapalone światełko „aplauz”. Gdzieś tam w trzecim szeregu aniołów ktoś komuś nadepnął na nogę, ktoś kazał komuś zabierać się z tymi przeklętymi korkami. Tamten odrzekł, że mu wolno, bo szanuje w ten sposób lokalną… Zamiast dokończyć, sapnął, wyrzucając z siebie na raz całe powietrze.

A Michał stał. Sztych wygaszonego miecza oparł na ramieniu, zmrużył oczy – jedno z nich wyglądające jak żarzący się ognik zawieszony w czeluści – i czekał. Na reakcję, na słowo, na znak. Cokolwiek, co wyjaśni mu, po co właściwie Lucyfer przybył tu ze swoim poselstwem.

Bo nie zrobił tego dla głupiego żartu – tego Michał był pewien. Lucyfer mógł sobie udawać chłopca, rzucać wszystkim w twarz, jak to dobrze zna ludzi, ich obyczaje, kulturę, zabawki i jak bardzo bawi go ta cała Apokalipsa. Owszem, robił to przekonująco, więc pewnie gdyby chciał, zwiódłby tą postawą prawie każdego.

Ale choć nie byli braćmi, Michał znał Lucyfera najlepiej ze wszystkich. Kto wie, może nawet lepiej, niż upadły anioł znał sam siebie. I skoro Lucyfer przebył taką drogę, nawet jako duch w maszynie, by się tu pokazać, to znaczy, że ma coś do powiedzenia. Albo do zrobienia.

„Może – pomyślał nagle archanioł – chodzi o…”

Nie było mu jednak dane dokończyć tej myśli, bo naraz doskoczył do niego anioł Jack i łapiąc go za ramię, krzyknął:

– To pułapka, wodzu! Spójrz tam, na pustynię!

Michał uniósł głowę i niemal w tym samym momencie z tabletu wystrzeliły dwie widmowe ręce. Obie uzbrojone w krótkie, cienkie ostrza wymierzone w szyję archanioła.

– Przejrzał cię – stwierdził Tom z wyraźną dezaprobatą w głosie.

Po-prostu Teddy dopił resztkę lemoniady, przełknął cienkie opłatki lodu, wypluł pestkę.

– Może tak – powiedział. – A może nie.

Toma zdenerwowała ta odpowiedź. Odkąd Po-prostu Teddy pojawił się w okolicy, obiecywał cuda i akcje lepsze niż na PlayStation. Miały być wielkie bitwy, tryskająca krew i w ogóle koniec świata.

Z początku rzeczywiście tak było. Na ekranie migały armie, oddziały maszerowały po ziemi albo atakowały w bojowych formacjach powietrznych. Były wielkie demony plujące ogniem, bestie wyskakujące spod piachu, anioły walczące w starożytnym szyku albo zupełnie współczesnymi technikami. Krew lała się i wsiąkała w piasek, a gdy dzień dochodził końca, nad polem bitwy unosił się gęsty dym i zapach topionego szkła.

Jednak od paru dni nikt już nie walczył. Siedzieli we dwóch na werandzie i tylko gapili się to na horyzont, gdzie kiedyś sporo się działo, a teraz nie było nawet chmur, to znów w mały ekranik. Owszem, czasem w oddali coś się jeszcze w powietrzu zakotłowało albo przed domem pojawiał się jakiś paskudny, poobijany koleś z błoniastymi skrzydłami, ale to było wszystko w temacie bitew. To i ten chrzaniony tablet. W nim czasem mignęła jakaś walka, nie wiadomo, czy aktualna, czy archiwalna z innego ujęcia, czasem pokazał się jakiś demon, ale zwykle Po-prostu Teddy przełączał się wtedy na jakąś sieciową grę i zbierał pomidory.

Ta dzisiejsza akcja, pułapka, miała być pierwszym prawdziwym sukcesem nowego kolegi Toma po serii porażek, remisów i umiarkowanych zwycięstw. W dodatku sukcesem naprawdę wielkiej skali, bo w końcu nie każdy może nakopać archaniołowi. Tom nie był specjalnie religijnym dzieckiem, ale wiedział, że taki archanioł to nie byle kto. Musi być ważny i trudny do zabicia.

Wszystko więc miało być piękne, tyle że… najwyraźniej znowu nie wyszło, bo ten cały Michał był czujny. A teraz w dodatku Teddy nie potrafił tego przyznać. To chyba wkurzyło Toma najbardziej.

– Nie „może tak, może nie”, tylko przejrzał. Zobacz, co robi z twoimi… no tymi. O, patrz teraz!

Na niewielkim ekranie mignął demon, archanioł i jego miecz, wreszcie głowa demona upadła na tablet.

– Cholera! – mruknął Po-prostu Teddy.

– No sam widzisz. On się teraz wkurzył i…

– Jestem pewien, że ten kretyn stłukł mi wyświetlacz. Wiesz, jak się paskudnie obsługuje urządzenie dotykowe, gdy włażą ci w palce te małe szklane drzazgi, to paskudne uczu… O, dziękuję bardzo, pani Kellen. Tak, lód też.

Mama Toma dygnęła sztucznie i oddaliła się sztywnym krokiem z połowicznie napełnionym dzbankiem. Usiadła nieporadnie na ganku, gdzie wróciła do szycia kołdry i krzywienia się w nienaturalnym uśmiechu. Wyglądała jak postać z horroru, którą zabito, a potem ożywiono, by służyła. Ale przecież Po-prostu Teddy niczego takiego nie zrobił. On, gdy się zjawił, po prostu pstryknął, a wtedy głowa mamy Toma z chrupnięciem karku obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni niczym znak „stop” odpowiednio trafiony ze strzelby. I gdy znowu spojrzała na Po-prostu Teddy’ego, już była taka jak teraz.

Thomas patrzył teraz na nią, myśląc o tamtym zdarzeniu, ale nade wszystko o tym, że też by się napił. Martwa i ożywiona czy nie, była w końcu jego matką i jego też powinna zapytać. Na głos nie powiedział jednak nic. Westchnął i wlepił wzrok w ekran tabletu, na którym Michał wykrzykiwał właśnie szereg komend do swoich podwładnych, każąc im formować nowe szyki, odpierać ataki i przeć do przodu w imię Stwórcy. Jeszcze raz zwarte bojowe formacje anielskie ruszyły wprost na nieuformowane hordy, siejąc zniszczenie.

– To naprawdę jest twój brat? – zapytał Tom. – Bo wcale nie wygląda.

Teddy przewrócił oczami.

– No i następny. Co, mam ci świadectwo urodzenia pokazać? A nie, w sumie nie mam. Cholera!

Tom podrapał się po nosie. Widział te wszystkie anioły i demony, wiedział też, że na świecie coś się w tej sprawie dzieje, ale wciąż go to przerastało. Podobnie jak tożsamość jego gościa. Zdecydował więc zmienić temat na taki, który – miał nadzieję – uda mu się ogarnąć.

– Jak to w ogóle możliwe, że ten anioł Jack zauważył twoją zbliżającą się armię? Przecież przebrałeś ich za powietrze!

– Nałożyłem iluzję, owszem – odparł Po-prostu Teddy. – Ale nie dość dokładną, jak się okazuje.

To nie była właściwa odpowiedź dla młodego Kellena. Tom przeczytał w życiu dwie książki i raz, jako dzieciak, odwiedził kino w Melbourne. Nie za bardzo wiedział, co to jest iluzja. Ale ponieważ się starał, spróbował wyjaśnić to sobie po swojemu.

– Iluzja to takie coś, co zrobiłeś mamie i dziadkowi, żeby nie wiedzieli, że tam się napierdalają anioły?

– Thomas, język! – skarciła go matka pozbawionym emocji głosem.

Na tej ślicznej, zadbanej twarzy nie sposób jednak było dostrzec gniewu. Przeciwnie, uśmiechała się szeroko, a jej oczy nie tyle się szkliły, co karmelizowały od nadmiaru radości w spojrzeniu. Gdyby nie ta koślawość, nienaturalność jej ruchów, wyglądałaby teraz zupełnie jak jedna z gospodyń domowych z tego amerykańskiego serialu, na który tak pomstował pastor Crowe. Po-prostu Teddy upił kolejne dwa łyki, po czym odpowiedział:

– To trochę bardziej skomplikowane.

– Aha.

Tym razem taka odpowiedź zdecydowanie wystarczyła Tomowi. Miał to po ojcu. Stary Kellen, zanim spłonął w pożarze buszu, zwykł mawiać, że gdy ktoś używa słowa „skomplikowane”, to tak jak gdyby sięgał po broń. Nie robi tego bez powodu.

Niemal w tym samym momencie tuż obok Po-prostu Teddy’ego zmaterializował się demon. Już tu wcześniej bywał, więc Tom znał go z imienia. Wtedy przedstawił się jako Mammon.

– O, jesteś – ucieszył się Po-prostu Teddy. – Rozumiem, że wszystko idzie, jak powinno, i wszyscy walczą?

– Co do ostatniego oddziału, panie – odparł Mammon. – Tak jak sobie życzyłeś, są tam także książęta Piekieł i ich gwardie przyboczne. To prawdziwie szturm ostateczny i, jeśli mogę dodać, wygląda na to, że bitwa powoli się kończy, lecz wcale nie na naszą korzyść.

Po-prostu Teddy pokręcił głową.

– Och, Mammonie, czy ty zawsze musisz być takim pesymistą? Przecież powiedziałem ci, że mam jeszcze niespodziankę, prawda? Prawda, Tommy?

Tom skrzywił się, gdy usłyszał swoje zdrobnione imię.

– On będzie naszym Dawidem, Mammonie. A zaraz dostanie w prezencie ogromny kamień do swej procy. Tommy, bądź łaskaw i skocz po jeepa swojego taty. Tak, wiem, że umiesz go prowadzić… I nie, nie zwracaj uwagi na skrzynię, która leży na tyle. To właśnie ją zawieziesz do mojego brata. Z pozdrowieniami.

Tom zdał sobie sprawę, że rusza w stronę szopy. Wbrew sobie, wcale nie chciał tego robić, ale coś w głowie wyraźnie mu kazało. Coś, co brzmiało jak Teddy, tylko o wiele melodyjniej. I okropniej.

– Bak jest pełen, a na dojazd masz całkiem ładną chwilę – powiedział Teddy i dopił lemoniadę. – Możesz zabrać matkę i dziadka, żeby było ci raźniej, ale nie zatrzymujcie się i nie zbaczajcie z drogi. A gdy znajdziecie się na miejscu… Cóż, wystarczy, że otworzysz skrzynię.

Gdy Tom odszedł na kilka kroków, Mammon, zachęcony przez szefa, zajął jego miejsce na leżaku. Wspólnie wlepili wzrok w tablet, na którego ekranie anioły i demony wirowały w bitewnym tańcu.

Rozdział 2

Dolina

– Czy Wasza Wysokość życzy sobie czegoś jeszcze? – zapytała najpiękniejsza ze wszystkich, które Kłamca wziął do tej pory do namiotu, a przy tym bardziej od innych drapieżna, energiczna i pomysłowa. Aż dziw, że tak długo ostała się niezauważona.

– Mam parę pomysłów, piękna, ale musisz dać chwilę staremu królowi – odparł Loki. – Idź, poślę po ciebie, gdy będę gotowy.

Skinęła głową i przeciągnęła się, eksponując swe cudowne piersi w tak rozkoszny sposób, że Kłamca naprawdę musiał się powstrzymywać, by nie przyciągnąć jej do siebie i nie zrobić z nią jeszcze raz tego wszystkiego, o czym marzą w swych ciemnych pokojach miłośnicy fantasy. I nie, wcale nie miał na myśli handlu wirtualnym uzbrojeniem.

Wiedział jednak, że przerwa jest dla niego konieczna, że musi odetchnąć, przez parę godzin pobyć sam ze sobą. Dlatego gdy tylko dziewczyna wyszła, wychylił się na chwilę z namiotu i powiadomił straże, że nie życzy sobie, by ktokolwiek przeszkadzał mu aż do odwołania. Oczywiście postraszył areną, bo czymże byłby rozkaz bez solidnej groźby.

Dawno temu, w innej rzeczywistości i czasie Loki nauczył się tego od…„No, jak mu było, na zwiotczałą pałę martwego Odyna?”

– No i właśnie dlatego potrzebujesz tej przerwy – powiedział na głos, stając nago przed lustrem. – Przestajesz pamiętać. Przestajesz być sobą…

Dotknął twarzy, przejechał koniuszkami palców po zarośniętym policzku aż do szyi i linii obojczyka. Potem wyprostował się i kilka razy odetchnął głęboko. Jeżeli miał zdążyć przed świtem, to była najwyższa pora, by zaczynać.

Złapał więc za nos i… przesunął go na policzek. Potem, nie bez trudu, oderwał brodę wraz ze skórą i uformował kość szczęki, podbródek. Wtedy zabrał się do oczu.

To była najtrudniejsza część i za każdym razem, gdy Loki brał się do kształtowania oczodołów, dumał, po co mu właściwie to wszystko. Po cholerę to udawanie Oberona i włóczenie się z jego obwoźnym cyrkiem po całej Dolinie?

Oczywiście znał odpowiedź na to pytanie, nie była wcale skomplikowana. Po pierwsze, wciąż miał do wykonania misję, bo wizja Antychrysta stającego w złocistym szyszaku na czele armii elfów i zdobywającego świat była, owszem, trochę zabawna, ale nie dość, by Loki był skłonny zaryzykować podpadnięcie Michałowi na całego. Po drugie, Kłamca tkwił w Dolinie, bo… nie miał pojęcia, jak mógłby się stąd wydostać. Ledwie stał się Oberonem, dowiedział się, że wszystkie znane przejścia zostały zamknięte z obawy przed czymś, co dzieje się na zewnątrz. Niektórzy twierdzili, że ma to związek z jakąś kolejną ekspansją anielską, i choć Loki nie do końca dawał temu wiarę, to jednak nie miał pomysłu, jak sprawnie i bez wzbudzania podejrzeń wycofać się z tego rozkazu.

Jedyna droga do normalnego świata prowadziła więc teraz zapewne przez pałac, a tam Loki mógł wrócić tylko jako Oberon. A że władca, gdy już wypuścił się na włości, nie zwykł rychło zawijać do macierzystego portu, Loki musiał się powłóczyć nieco w jego ciele tu i tam, by zachować wiarygodność.

Gdyby tu jeszcze wystarczała zwykła iluzja, jaką stosował po wielekroć na Ziemi, wtedy nie byłoby najmniejszego problemu i kłopotu. Mógłby stać się przecież kimkolwiek – kobietą, jak wtedy, gdy sprzedawał na aukcji własny obraz, albo dzieckiem, gdy zwodził szeryfów w dalekim Teksasie. Był nawet rosłym Heraklesem, kiedy musiał sprytem przeciwstawić się sile fizycznej. Ukrycie się za iluzją przypominało bowiem nałożenie ciasno przylegającego kostiumu. Zdarzało się, że zawierał gorset albo ważył tonę, ale nadal był tylko przebraniem.

Ale przeklęte elfy nie dawały się nabrać na takie sztuczki. Wychowane na magii jak na matczynym mleku, od razu widziały wszystkie szwy, niedoskonałości boskiego materiału. Gdy zwodziło się lud z Doliny, jedyne rozwiązanie stanowiła zmiennokształtność – stara, pierwotna i potwornie bolesna.

Odsunął ręce od twarzy i przyjrzał się efektowi. Nie był najlepszy. Podczas majstrowania przy oczach Kłamca zwykle układał usta, jakby właśnie mówił mocno przesadzone „o”, dzięki czemu napinały się mięśnie twarzy, ułatwiając mu dostęp do rzęs i brwi. Zdarzało się jednak, że taki wyraz twarzy zostawał mu jeszcze przez chwilę po zakończeniu pracy. Teraz też z lustra gapiła się na Lokiego wyjątkowo szpetna porno-lala.

„Musisz się opanować – zbeształ się w duchu. – Robiłeś to przecież już dziesiątki razy!”

To prawda, jednak cóż z tego, skoro każdy przypadek bolał tak samo mocno, a do tego im dłużej Loki był kimś innym, tym bardziej i mocniej przejmował jego cechy. Zupełnie tak, jak gdyby zagubiona dusza ofiary Kłamcy fruwała gdzieś w pobliżu, i nagle, dostrzegłszy przemienionego Lokiego, wołała: „O, tu jesteś, cholero! A ja cię wszędzie szukam!” A potem hyc do środka.

Od ostatniej zmiany Loki przez przeszło dwa tygodnie pozostawał Oberonem. A to kawał czasu, zwłaszcza gdy z nowym wcieleniem łączy cię tyle podobieństw, jak na przykład zamiłowanie do kobiet. Albo do luksusu. Względnie boskie pochodzenie…

– Dobra, musisz się skupić – wyszeptał Loki, gdy już udało mu się opanować mięśnie ust. – Albo raczej pomyśleć o czymś innym.

Z komody w kącie namiotu pluszowy Kłamczuch patrzył na niego obojętnie. A może przeciwnie, z zaciekawieniem? Z jego obrzydliwie słodkiej pluszowej gęby trudno było cokolwiek odczytać. Zdarzały się takie chwile, gdy Loki szczerze nienawidził tej chrzanionej zabawki.

Sapnął kolejny raz, po czym zaczął sobie wyrywać włosy z głowy.

„Myśl o czymś innym” – nakazał sobie, ale każdy pomysł, każda strategia, na której usiłował skupić uwagę, uciekała, zupełnie jakby szarpnięcia były strzałami z rusznicy, a myśli stadem płochliwych saren. Nie, plany na przyszłość nie stanowiły teraz dobrego punktu zaczepienia. Więc co?

„Albo kto” – przemknęło mu przez zdeformowany łeb, bo nagle przed załzawionymi oczami pojawiło mu się wyobrażenie elfa walczącego dziś na arenie. Ten cały Żądełko – sprytny, kłamliwy i przewrotny. Niebezpieczny? Z pewnością. Ale także rozczulający – Loki miał wrażenie, że widzi samego siebie z czasów, kiedy urządzał awantury na dworze Odyna.

Może i postąpił dziś zbyt pochopnie, przyjmując obwiesia do swojej loży, ale, cholera, facet miał zadatki. Kłamcy wystarczyłby pewnie miesiąc, a do tego ze dwa tygodnie z klasykami kina i telewizji, by zrobić z chłopaka w porządku gościa. A gdyby jeszcze nauczyć go paru sztuczek…

– Stałby się naprawdę niebezpieczny – powiedział na głos. – Ty natomiast byłbyś zastępowalny.

Podrapał się po nosie, a następnie przestawił go na właściwe miejsce.

Zajęło mu jeszcze godzinę, zanim doprowadził się do porządku i na powrót stał się sobą. Tym samym, którego znali aniołowie, tym samym, którego znała jego ukochana Syg…

Pokręcił głową. Sygin nie żyje, a ta nowa…

– Jenny. Ma na imię Jenny – szepnął.

I być może za sprawą uroczej elfki, która gdzieś tam czekała na jego wezwanie – a może z innych przyczyn – nagle to imię zabrzmiało mu zupełnie obco.

Gdy na godzinę przed świtem Loki na powrót stał się Oberonem, imię podopiecznej archanioła Michała jako pierwsze wyleciało mu z pamięci.

Paryż

Paryż wyglądał jak Drezno oczyma młodego Vonneguta. Niebo poczerniałe od dymu, kikuty ruin to wyłaniające się, to znów niknące w kłębach mgły. Gdzieniegdzie migający błędny ognik niedogaszonego pożaru, czasem snująca się niemrawo ludzka sylwetka, zgarbiona, na ugiętych kolanach; troglodyta w strzępach dżinsów i nike’ach.

Wszędzie gruz i pył, biało, jakby nad miastem rozbił się samolot z Kolumbii, ale nie było nikogo, kto by się tym ucieszył, bo narkomani znad Sekwany wyparowali wraz z wodą.

Podobnie zresztą jak kloszardzi, prostytutki, policjanci, azjatyccy turyści i ktokolwiek, kto był na ulicy, w chwili gdy deszcz siarki spadł na zabudowania i – przede wszystkim – do rzeki.

Ulice, te szerokie, główne i te całkiem wąskie, odznaczone fragmentami budynków, przywodziły na myśl zasypane śniegiem pole średniowiecznej bitwy. Zniszczone pojazdy, resztki murów, a co kilka metrów znad pyłu wyłaniała się ręka bądź noga. Czasem był to oczywiście kikut marmurowy czy mosiężny, fragment pomnika strąconego z cokołu. Ale raczej rzadko…

W tym ogólnie przygnębiającym krajobrazie rodem z Mad Maksa czy mokrego snu algierskiego terrorysty jeden tylko element wyłamywał się z powszechnej szarości.

Obraz. Dobrze wykonany, choć tandetny w swej wymowie toskański pejzażyk leżący na czymś, co w latach swej wątpliwej świetności było dachem kamienicy. Nadpalony na krawędziach, ze strzaskaną ramą, wciąż jednak pozostawał bezczelnie zielony i obrzydliwie wręcz optymistyczny.

Kiczowate drzewko wyrastające na pogorzelisku, świdrujący trel ptaka w spalonym lesie, żarcik rzucony w zaczadzonym okopie – przeklęty obraz stał się nagle tym wszystkim naraz. Wspomnieniem tego, co jeszcze niedawno było, ale teraz odeszło nieodwołalnie; obietnicą, że jeszcze nie wszystko stracone, nadzieją w niegdysiejszym mieście miłości…

A raczej byłby, gdyby nie to, co aktualnie wyprawiały namalowane na nim wkurwione po sam werniks postacie.

Eros nie mógł sobie za nic przypomnieć, kto wymyślił to całe chowanie się w obrazie, ale daleki był od wdzięczności. Zaklęty w dwóch wymiarach, wściekły niemożebnie nagle zrozumiał, jak mogli się czuć bohaterowie Avatara oglądani na tanim kinie domowym albo monitorze komputera. Obiecał sobie solennie, że kiedy już stąd wyjdzie, nigdy nie obejrzy filmu innego niż w 3D. O ile na zewnątrz są jeszcze jakieś kina i o ile w ogóle stąd wyjdzie, bo na razie nic tego nie zapowiadało.

Najgorsze w tym całym życiu w malowidle nie były wcale gacie z farby, źle namalowana fryzura czy też ból, gdy przy każdym kroku tarło się tyłkiem o płótno. Najtrudniejsza, najbardziej wymagająca była samotność wśród tłumu. Nijak nie można było z nikim normalnie porozmawiać, a jedyną formą komunikowania się z pozostałymi więźniami sztuki był alfabet Morse’a, gdy jedna płaska dłoń stukała o drugą. O ile oczywiście druga strona znała ten sposób porozumiewania, a z całego grona radziła sobie z nim jedynie madame Bixby. Czasem, gdy oboje mieli już wszystkiego dosyć, szli sobie na namalowany pagórek, pod namalowane drzewko, i stukali się dłońmi, klnąc na czym świat stoi. Czy też, aktualnie, leży.

No dobrze, Eros zawsze jeszcze mógł porozmawiać z Jenny dzięki temu, że nie wiedzieć dlaczego uaktywnił jej się na obrazie talent telepatyczny. Ale akurat ona była jedyną, z którą bóg miłości chwilowo nie chciał mieć nic wspólnego, gdyż z równie niezrozumiałych powodów dwuwymiarowa Jenny zrobiła się marudna i chimeryczna, a rozmowy z nią prędzej czy później zmieniały się w odpieranie żalów i pretensji.

„Erosie?”

Bóg miłości zatrzymał się w pół kroku, stając w pozie, którą postronny obserwator z zewnątrz określiłby pewnie mianem dynamicznej. W dwuwymiarowej rzeczywistości była tylko głupia i niewygodna.

„Erosie” – pomyślała ponownie Jenny i już było wiadomo, że nie odpuści. Znowu chce pogadać.

„Oby tylko nie kolejny raz o Lokim czy Michale” – pomyślał Eros i zaraz klepnął się w metaforyczne czoło. Przecież ona czyta w jego myślach!

„Oczywiście, że czytam, durniu. Że też ciągle się na to łapiesz”.

Roześmiała się, ale albo śmiech niespecjalnie nadawał się do odtwarzania wyłącznie w myślach, albo też Jenny zaczęła już popadać w obłęd, bo zamiast wesoło zabrzmiała histerycznie. Eros wolał już chyba, jak płakała albo…

„Dlaczego wolisz, jak płaczę?”

„No żeż kurwa! – Eros pokiwał głową, co musiało mu zastąpić gniewne nią potrząśnięcie. – Byłabyś łaskawa wyjść z mojej głowy?!”

„Wtedy nie będziemy mogli rozmawiać. A ja chcę wiedzieć, czy już wymyśliłeś, jak możemy się wydostać z tego przeklętego obrazu. Doprawdy, wolę już zombie, a poza tym Loki może nas szukać i wątpię, żeby poznał mnie taką płaską i wymalowaną”.

No tak. Bóg miłości uniósł dłoń do czoła i musnął je końcówkami palców. W pierwszej chwili przemknęło mu przez głowę, że to zdumiewające, jak irytująca może się stać kobieta, gdy zbyt długo przebywa się z nią na zbyt małej przestrzeni. Zaraz jednak się zreflektował, że to wcale nie tak. Nie chodzi o dowolną kobietę, a o jej spłaszczony, pozbawiony głębi obraz, trochę jak z wyobrażenia przeciętnego szowinisty. Jenny nie była do końca sobą, była namalowanym wyobrażeniem siebie, tyle że takim, który grzebał w jego myślach.

„Nie grzebię tylko się z nimi obnosisz!”

„Tak? To przeczytaj sobie to” – odmyślał jej bóg miłości, wyobrażając sobie przy tym najlepiej wyposażonego osła, jakiego widział w życiu. Zgodnie z przypuszczeniami zyskał chwilę obrażonego spokoju, więc znów ruszył przed siebie, w stronę malowanego wzgórza.

Na malowanym drzewie siedział malowany ptak i dusił się malowaną foliową torebką.

„Tani symbolizm” – prychnął Eros, a potem stwierdził, że sam również jest teraz jedynie wciśniętym w pejzażyk motywem antycznym. Płaskim bohaterem drugiego planu w czyjejś historii.

Gdy zaczął zastanawiać się, czy kiedykolwiek było inaczej, płaska ziemia nagle się zatrzęsła. A potem ni stąd, ni zowąd wszystko zwinęło się w ciasny rulon.

Biegun północny

Przez przeszło dwa tygodnie trzymali go w pustym magazynie na zabawki. Na pierwszy rzut oka stanowiło to ogromne marnotrawstwo – jeden gruby bóg na cały magazyn wielkości hangaru – ale gdy się zastanowić, przestrzeń była akurat tym, czego na biegunie nie brakowało.

Poza tym karły, nawykłe przecież do ciasnych, skąpanych w mroku korytarzy, z pewnością traktowały długie przebywanie tutaj jako straszliwą torturę. Widać to było zwłaszcza po minach strażników przynoszących Bachusowi jedzenie. Niepewnie wodzili oczami po metalowych stropach, z lękiem patrzyli w stronę świetlików na dachu. Nigdy nie odzywali się nawet słowem, ale akurat lęk wyrażasz całym sobą – nawet wtedy, gdy jesteś niskopienną krzyżówką mięśni, stali i włosów.

Oczywiście Bachus, który nigdy nie miał problemu z otwartymi przestrzeniami, początkowo śmiał się w duchu zarówno z karłów, jak i z tego miejsca, mówiąc sobie, że mógł trafić gorzej, a tak wreszcie potrenuje jogging i trochę schudnie. Potem jednak zrozumiał i przestało być fajnie.

Najgorsze było światło. Oślepiające jak śnieg w słoneczny dzień, nieważne, czy podnosisz, czy opuszczasz głowę. Ściany, podłoga, nawet opróżnione z zabawek regały, wszystko odbijało blask bijący od świetlików. Bez przerwy. Cały czas.

Następna w kolejce była ta wielka, ogromna przestrzeń, przez którą czuł się jak inteligent na Facebooku – samotny, opuszczony i mały.

Wreszcie trzecie miejsce na podium bachusowej listy biegunowych nieprzyjemności zajmowały przeciągi, przed którymi nie chroniła nawet sterta startych, wyliniałych futer, które wyprosił dla niego Samedi w geście łaski. Swoją drogą, wyglądało na to, że skurwiel miał u kurdupli całkiem niezłe wtyki. Bachus w przypływie czarnego humoru uznał, że to z pewnością dlatego, że wszędzie i wszystkim pokazuje swego imponującego węża.

Potem sam uznał, że to strasznie słaby żart i mógł go wymyślić tylko na wpół zidiociały koleś, głupiejący od nadmiaru miejsca do biegania. I od przeciągów. I światła. Słowem, zrobiło mu się trochę wstyd.

Na szczęście wciąż jeszcze miał swoje zdolności, dzięki którym, gdy przychodziła pora snu, potrafił sobie wyczarować buteleczkę i zasypiać metodą „hollywoodzka gwiazda na detoksie” – żadnych dragów, żadnych dziwek. Tylko alkohol.

I tak przez cały dzień, bo przecież nie było tu nocy, a jedyny wyznacznik upływającego czasu stanowili strażnicy regularnie przynoszący jedzenie.

Bachus przyjął sobie, że robią to rano i wieczorem, i według tych wytycznych odkreślał czas kreskami na ścianie. Trzy pionowe i jedna na ukos, przekreślająca pozostałe. Tak doszedł do owych dwóch tygodni. A potem przyszli, by go przenieść.

Prowadzili go we czterech – dwóch z przodu, dwóch z tyłu – wszyscy uzbrojeni w topory z długim drzewcem, które trzymali jak halabardy. Najwyższy z nich ledwie sięgał Bachusowi do piersi i bóg wina zastanawiał się przez chwilę, jak w takiej sytuacji poradziłby sobie książkowy Guliwer. Bo łatwo było w sytuacjach skrajnych, z liliputami albo olbrzymami – jednego zdepczesz, drugiemu zwiejesz pod framugę – ale w takim przypadku…

„Spróbuj tego, Jonathanie Swiftcie!” – zadrwił w myślach Bachus i wyszczerzył się jak szaleniec. Jednocześnie zwolnił, więc jeden ze strażników dźgnął go drzewcem pod żebro.

Podziałało. Bachus przyspieszył i trochę oprzytomniał. Zdał sobie sprawę, że przyszli po niego w samą porę, bo skoro już nie tylko rzucał suche żarty o czarnych penisach, lecz także wtrącał słabe, pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia literackie nawiązania, to znak, że działo się z nim coś naprawdę złego. Że był ledwie o krok od przejścia tej dziwnej granicy, kiedy człowiek wymyśla światy, bo nie umie żyć w tym, w którym utkwił. Albo zapisuje strumień świadomości, bo… mniejsza o powód. Ważne jest to, że gdyby Bachus sam nie był bogiem, teraz z pewnością by jakiemuś podziękował, że wciąż jeszcze całkiem przytomnie myśli.

Tymczasem szli. Maszerowali wielkim dziedzińcem, który byłby z pewnością parkingiem, gdyby ta fabryka znajdowała się gdziekolwiek indziej poza biegunem północnym. Krzątały się po nim setki, jeśli nie tysiące karłów taszczących tam i z powrotem wielkie pudła lalek, misiów, hula-hoopów i pistoletów na strzałki. Ich miny sugerowały, że zamierzają zrobić z tymi rzeczami coś naprawdę paskudnego. „Albo z nich” – przemknęło Bachusowi przez głowę. Cóż, w tej kwestii mimika zarośniętych mord nie była specjalnie precyzyjna.

Nie wszyscy pracowali. Przy jednym z budynków, pod zadaszeniem, banda kudłatych karłów trenowała sztuki walki, mając za instruktora konsolę i nowe wydanie Mortal Kombat. Niektórzy radzili sobie całkiem nieźle, naśladując ruchy postaci, ale większość wykładała się pokracznie na próbach kopnięć, zwłaszcza tych z obrotu. Bachus, choć było to małostkowe, nie krył satysfakcji, że kurduple z czymś sobie nie radzą.

Podrapał się po zarośniętym policzku.

– Hej, daleko jeszcze? – zapytał strażnika po lewej. Ten, rzecz jasna, nie odpowiedział.

Opuścili już dziedziniec, minęli wielką bramę i biurowiec Mikołaja, gdzie – Bachus był tego niemal pewien – w przeszklonej recepcji siedział ten przeklęty Światowid w czerwonym stroju, aż wreszcie doszli do kolejnego wielkiego magazynu. Bóg wina zadrżał.

– Żartujecie, tak? To samo, tylko w innym miejscu?! To już lepiej od razu mnie zabijcie!

Jeden ze strażników wzniósł topór, więc Bachus równie odruchowo, co bezsensownie zasłonił się rękami.

– Ej, no co ty, stary?! Metafora taka!

Karzeł opuścił topór. Podszedł do wielkich, wzmocnionych drzwi magazynu i załomotał.

Po chwili rozległ się zgrzyt i w progu stanął, a jakże, kolejny kudłacz. Miał na sobie uniform magazyniera, co w żaden sposób nie odbierało mu powagi, bo… No cóż, był wielkim skondensowanym kawałem skurwysyna. Wyższy od tych z eskorty – Bachus przerastał go ledwie o głowę – nie miał brody, tylko grube, gęste wąsiska zaplecione w dwa warkocze. Spojrzeniem mógłby wiercić dziury w ścianach, a ostre zęby ledwie mieściły się w niekształtnych ustach. Całości dopełniała czapka odwrócona daszkiem do tyłu.

Właściciel przypiął do niej znaczek: „Jestem Alafi. W czym mogę pomóc?”.

Bachus miał szczerą nadzieję, że w niczym. Nigdy. Zacisnął nogi, by opanować pęcherz, gdy rosły karzeł zmierzył go wzrokiem.

– Dać mu jedynkę? – wybełkotał Alafi.

I znowu bóg wina nie miał pojęcia, o co chodzi, ale nagle obudził się w nim awers do wszelkich na świecie jedynek. Cokolwiek bowiem proponował ten wielkolud, musiało być paskudne, obrzydliwe i ani chybi wiązać się z niewłaściwym wykorzystaniem mydła.

– Nie – odparł karzeł z eskorty. – Wrzuć go do kogoś, niech się integruje.

Alafi skinął głową, a potem zarzucił nią, wskazując Bachusowi, by ten szedł za nim. Nawet się nie obejrzał i nie sprawdził, czy więzień rzeczywiście to zrobił. Cóż, niektórzy nie muszą.