Jezioro szczęścia - Agnieszka Krawczyk - ebook + książka

Jezioro szczęścia ebook

Agnieszka Krawczyk

4,4

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Do doliny mgieł i róż zawitała jesień. Przyroda odpoczywa po długim i gorącym lecie. Sabina Dolecka jest szczęśliwa w swym ślicznym domu, w otoczeniu bliskich, ale wciąż ma jedno niezrealizowane pragnienie. Piękny sen może się jednak nie ziścić – pisarka ma problem z zajściem w ciążę. W Idzie pojawia się telewizyjna scenarzystka, Katarzyna Wimmer, która będzie wspólnie z Sabiną pisała serial według cyklu jej powieści. Niezależna i dumna Katarzyna od razu wpadnie komuś w oko, ale sprawy bardzo się skomplikują. Przeszłość dogoni też hrabinę Teklę Tyczyńską – odezwą się straszne wojenne
wspomnienia, echa rodzinnej tragedii z okresu okupacji.
Poplątane uczucia, silne emocje i tajemnica sprzed lat – tej zimy w Idzie rozwiąże się wiele problemów, choć niektóre z nich, nie tak, jakby sobie tego życzyli bohaterowie. Lecz najważniejsze jest to, by zawsze iść za swą szczęśliwą gwiazdą, w nadziei, że nie ma przeszkody, której nie mogłaby pokonać miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


 

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

Październik okazał się najpiękniejszym miesiącem tej jesieni. Wrzesień przyniósł niespodziewane ochłodzenie, smutne dni bez blasku, szare i przygaszone, październik zaś rozświetlił się wszystkimi barwami złota i czerwoności.

W powietrzu pachniały nagrzane słońcem liście, ale czasami czuło się już prawdziwie zimowy, chłodny powiew. Ranki były zimne, a noc nadchodziła bardzo szybko, jakby czaiła się wśród gałęzi drzew, czekając, by objąć ziemię w posiadanie na dłużej.

Sabina Dolecka nie mogła się zmobilizować do pracy. Zamiast pisać kolejną książkę, która miała się ukazać wczesną wiosną, spędzała poranki na przyglądaniu się unoszącym się w górę jesiennym mgłom. Chodziła po swoim ogrodzie i obserwowała przebarwiające się liście oraz trawy. Uwodził ją ten charakterystyczny dla października aromat – ostry, ziemisty, a jednocześnie pełny dogasających już nieuchronnie letnich woni. Gdy rozcierała w dłoniach suchy żółty liść, jeszcze długo czuła na palcach jego roślinny, głęboki zapach. Miała wówczas wrażenie pełnego uczestnictwa w cyklu przyrody – wiosną widziała, jak ten liść zawiązuje się na drzewie, latem podziwiała go w chwale, teraz symbolicznie żegnała, krusząc w dłoni.

Rankiem, gdy wyprawiła już swego męża lekarza do pracy, a przysposobioną córkę Julinkę odwiozła do szkoły, wracała na ganek tego pięknego domu położonego na skraju doliny mgieł i niespiesznie pijąc kawę, patrzyła na migotanie powietrza. Bardzo często towarzyszyła jej Luna – biała kotka, którą przygarnęła latem. Szczupła i piękna, o marzycielskich oczach i nieco sennym wyrazie pyszczka, siedziała na parapecie lub poręczy ganku z niepowtarzalną gracją. Jej eleganckie i oszczędne ruchy zachwycały – była kwintesencją wyrafinowania oraz dobrego stylu.

Tej jesieni Sabina najbardziej lubiła chodzić do spółdzielni wiejskiej „Ida”, gdzie trwały prace przy marynatach, sprzedawanych potem w pobliskim pensjonacie Pod Graalem i Różą, ale i w wielu sklepach na terenie całego kraju.

W tym roku absolutnym przebojem była cukinia.

Dolecka nie zdawała sobie sprawy, że z tego średnio efektownego warzywa da się wyczarować tyle niezwykle nęcących przetworów. Były tam oczywiście całkowicie banalne cukinie w marynacie lub w formie sałatki, ale gros przygotowanych przez członkinie potraw miało charakter absolutnie oryginalny. Sabina podziwiała więc cukinię w pomidorach i w wanilii, w zalewie musztardowej i curry, a nawet zielony dżem z cukinii z dodatkiem pomarańczy.

To ostatnie wzbudziło największe zainteresowanie pisarki, która długo oglądała słoiczek, zanim zdecydowała się spróbować jego zawartości. Produkt smakował całkiem dobrze, prawie tak jak galaretka agrestowa, również przygotowywana przez panie ze spółdzielni.

– Mamy tego tyle, że trzeba będzie sprzedawać przez internet – cieszyła się Iwana, nazywana przez wszystkich Asią, która kierowała kooperatywą.

Inicjatywa ta oprócz domowych przetworów opartych na tradycyjnych wiejskich przepisach zajmowała się także wyrabianiem koronek i artystycznych tkanin. Na ostatnim zebraniu wszystkie spółdzielczynie doszły do wniosku, że nadszedł czas, aby uczyć się batikarstwa – rzemiosła trudnego, prawie już zapomnianego, ale na które był ogromny popyt.

– Batikarstwo wywodzi się z wyspy Jawa w Indonezji – tłumaczyła Doleckiej Asia, pokazując cudowną tkaninę, która stanowiła wzór dla przyszłych prac. – To prawdziwa sztuka zdobienia jedwabiu, który też musi być określonego gatunku. Najlepszy jest robiony ręcznie w Tajlandii za pomocą naturalnych roślinnych farb. Na przykład indygo sprowadzanego z Laosu.

– Brzmi cudownie. – Sabina rozmarzyła się, bo jak na pisarkę przystało, puściła już wodze fantazji i w wyobraźni widziała te wspaniałe wyroby malowane wyciągami z kwiatów, kory i traw.

– Można również barwić przyprawami – dodała Asia. – Technika malowania jest bardzo skomplikowana, ale jaką przynosi satysfakcję. Zarys obrazka wykonujesz piórkiem, potem te miejsca, które nie mają być zabarwione, pokrywasz woskiem z lanoliną. Przygotowany w ten sposób materiał zanurzasz w barwniku, aż uzyska pożądaną głębię koloru. Czytałam, że aby uzyskać głęboką czerń swych tradycyjnych tkanin, kobiety w Tajlandii farbują batik w indygo aż kilkadziesiąt razy.

– A te kolory nie zlewają się podczas barwienia? – Sabina była szczerze zachwycona oglądaną tkaniną, która czarowała bogactwem odcieni i delikatnością rysunków.

– Nie. Dlatego to zajmuje tyle czasu. Każdy element pokrywasz woskiem i farbujesz wyłącznie pozostałe fragmenty. To takie drukowanie kolorów, tylko ręczne i wymagające wielkiej precyzji. Chciałybyśmy robić batiki z wizerunkami naszych rodzimych roślin, tutejszych róż, ziół i polnych kwiatów: maków, bławatków i dzwonków.

– Fantastycznie! – Pisarka zapaliła się do pomysłu, bo wysoko sobie ceniła wyroby spółdzielni.

Jej ślubna suknia, uszyta właśnie tutaj z miejscowych koronek i ozdobiona piękną atłasową różą Souvenir de la Malmaison – o gęstych, stulonych płatkach w niespotykanym perłoworóżowym kolorze – zrobiła prawdziwą furorę. Dolecka wystąpiła w niej w sesji zdjęciowej dla magazynu „Elegancki Ogród”, a potem suknia ta regularnie pojawiała się na okładkach czasopism o modzie i urodzie.

Dzięki tym zdjęciom panie ze spółdzielni miały ręce pełne roboty. Musiały nawet odmawiać wykonania niektórych zleceń, ponieważ nie starczało już na wszystko czasu.

– Późna jesień, listopad, to okres spokojniejszy, można więc wziąć się do czegoś nowego – skomentowała wesoło Asia, jakby myśląc o tym samym, co Sabina. Iwana nigdy nie siedziała z założonymi rękami, przekonana, że trzeba ciągle iść do przodu.

Spółdzielnia nie tylko zarabiała na własne utrzymanie, lecz także przynosiła pewne dochody. Skrytym marzeniem Asi było wysłanie kilku pań do Indonezji, aby na miejscu mogły się uczyć batikarstwa.

– Potrzebujemy też dostawców barwników, wszystko musi być najwyższej jakości – tłumaczyła pisarce, która wciąż nie mogła wyjść z podziwu nad jej przedsiębiorczością.

Założenie w tak małej miejscowości jak Ida wiejskiej kooperatywy, która prosperowałaby na znaczącą skalę, było prawdziwym osiągnięciem. A oprócz tego była tu jeszcze „Królowa Róż” – fabryczka wytwarzająca kosmetyki różane i zawierające wyciągi z miejscowych ziół.

Sabina była udziałowcem tej właśnie firmy. Oddała na potrzeby plantacji róż wielką łąkę przed swoim domem i wsparła przedsięwzięcie niedużym kapitałem. Jak się okazało, była to doskonała inwestycja. „Królowa Róż” nie przynosiła może kokosów, ponieważ jej prezes Marek Rokosz wszystkie zarobione środki inwestował w rozbudowę zakładu, ale miała znakomite perspektywy na przyszłość.

– I za dziesięć lat okaże się, że ożeniłem się „z posagiem”, bo moja żona, niby to artystka, co nie potrafi do czterech zliczyć, jest współwłaścicielką kosmetycznego imperium – śmiał się mąż pisarki, Krzysztof.

Ona tylko wesoło wzruszała ramionami. Sprawiało jej przyjemność przebywanie w manufakturze, którą kierowała Tekla Tyczyńska, starsza dama, potomkini dawnych właścicieli Idy. Pani hrabina wykształciła się w perfumiarskich zakładach Grasse, w szkole samego Fragonarda, i ze swych europejskich wojaży przywiozła tradycyjny sprzęt do destylacji różanych płatków – miedziany alembik.

Wykonane na bazie olejku różanego wyroby cieszyły się niesłabnącym powodzeniem. Jak wyliczył Rokosz na cokwartalnym zebraniu udziałowców, mieli już serie: „Laura Rossa” – nazwaną tak od literackiego pseudonimu Sabiny, „Złota Róża” oraz „Rose de Nuit” – nocną różę, najnowszy produkt firmy: zestaw kosmetyków zainspirowany ogrodem księżycowym pisarki. Główny zapach tej serii bazował na białych kwiatach, ze szczególnym uwzględnieniem róż, wzbogaconych o mirt i berberys. I oczywiście o supertajny składnik pani Tekli, którego nigdy nikomu nie zdradziła.

„Królowa Róż” tej jesieni prosperowała znakomicie, co było doskonałym prognostykiem na przyszłość. Naturalne kremy z nagietka i lipy, lawendowe mydła, pudry, wody oraz sole do kąpieli w przepięknie stylizowanych opakowaniach sprzedawały się świetnie.

Marek postawił na jakość i wykwintność swoich wyrobów. Nie zależało mu na tym, żeby marka stała się popularna. Starał się, by była elitarna, a dzięki temu pożądana.

Sabina i pozostali udziałowcy obserwowali jego poczynania z radością. Dolecka od początku użyczała cytatów ze swoich książek na etykietki perfum oraz kremów. Przedsiębiorca był wdzięczny, że nikt nie usiłuje wpływać na jego decyzje ani przeszkadzać mu w zarządzaniu firmą. Ostatnio poświęcił się biznesowi bez reszty, praktycznie przez cały czas przebywając za granicą, gdzie nawiązywał nowe kontakty.

Jego przepiękny dom, przerobiony z odrestaurowanego młyna, już od miesiąca czekał na powrót właściciela. Rokosz kontaktował się wyłącznie z kierującym produkcją inżynierem i czasami z Sabiną. Przesyłał jej zdjęcia nowych flakonów perfum lub opisy zapachów, które można byłoby jeszcze stworzyć. Dolecka czytała te listy Tekli, która siedziała w swej pracowni perfumiarskiej, paląc papierosa w kryształowej lufce, i kiwała ze zrozumieniem głową.

– Ach, Marek! On mnie będzie uczył komponowania zapachów. Powiem ci, Sabino, że ja właściwie to nie chcę tego słuchać. Jeszcze się czymś zasugeruję i stracę swój indywidualny styl. Dobrze, że on nie wysyła tego do mnie. Musiałabym mu odpisać tak, żeby mu w pięty poszło. Zaraz zacznie podsuwać Iwanie przepisy na marynaty. Powinien już wracać do domu, chyba jest bardzo samotny.

Pisarka także uważała, że przedsiębiorcy dokucza samotność. Oprócz pracy czas zajmowało mu jedynie czytanie książek. W swoim domu miał wielką bibliotekę, złożoną głównie z angielskiej klasyki, którą szczególnie lubił. Klub Powieściowy z nieodległych Brzózek Wielkich próbował go włączyć w swoją działalność, ale Rokosz grzecznie i stanowczo odmówił. Z biegiem czasu stawał się coraz większym odludkiem, małomównym i skupionym wyłącznie na swoich obowiązkach.

Miała jednak nadzieję, że Marek spotka na drodze swego życia kogoś, kto odmieni jego samotne dni. Jeszcze kilka miesięcy temu myślała, że będzie to Kalina Olczak, właścicielka dużego centrum ogrodniczego w Lipniku. Doskonale się rozumieli i dzielili wspólne zainteresowania. Przedsiębiorca jednak ograniczył ich znajomość do sfery czysto zawodowej, czym bardzo zniechęcił piękną i dumną kobietę. Sabina zauważyła, że od jej ślubu z doktorem Doleckim, który odbył się w połowie sierpnia, Marek i Kalina nie widują się prawie wcale. Wszelkie sprawy związane z sadzonkami, nawozami i leczeniem chorób roślin załatwiał zatrudniony w „Królowej Róż” zarządca.

– Trzeba mu dać czas – tłumaczyła Tekla, zaciągając się z lubością swoim papierosem.

Poza kawą był to jedyny nałóg, któremu ulegała, i nie potrafiła zeń zrezygnować, mimo że – jak sama mawiała – dym tytoniowy stępia zmysł powonienia, więc prawdziwy perfumiarz absolutnie nie powinien palić. – Musi się uporać ze swoimi demonami. – Tu zerknęła na Sabinę znacząco, a ona uciekła wzrokiem w bok.

Marek Rokosz oświadczył się jej przed blisko rokiem, a ona go odrzuciła, bo kochała już wtedy Krzysztofa. Wciąż jednak miała wrażenie, że przedsiębiorca nie pogodził się z tym do końca, choć twierdził, że jest zupełnie odwrotnie. Podczas ślubu Doleckich uczestniczył wyłącznie w uroczystości w kaplicy pałacu Pod Graalem i Różą, a potem z trudem dał się namówić właścicielce pensjonatu, Mili Mossakowskiej, która zorganizowała ślub, jedynie na powitalny toast. Wręczył Sabinie niezwykle drogi i cenny prezent – a był to srebrny komplet do herbaty – i wykręcił się od dalszego uczestnictwa w przyjęciu koniecznością pilnego wyjazdu.

Mila uznała, że to niepoważne i dziecinne, ale Sabina go rozumiała. Dostrzegała niezręczność tej sytuacji i była mu wdzięczna za delikatność oraz wyczucie.

Może tam, w Anglii, pozna jakąś księżniczkę i zakocha się w niej bez pamięci? – rozmyślała pisarka, której przyszłość przyjaciela bardzo leżała na sercu. Tak, angielska księżniczka, to byłoby coś w sam raz dla niego. Nie miała jednak pojęcia, czy, po pierwsze, któreś z nich są wolne, a po drugie, czy i Marek ma na to ochotę.

Właścicielka pensjonatu, której zwierzyła się z tego pomysłu podczas herbaty pewnego popołudnia pod koniec października, wybuchnęła śmiechem.

– Księżniczka! Przepraszam cię, Sabino, ty chyba na głowę upadłaś. Wyobrażasz sobie arystokratkę tutaj, w naszej Idzie i, z przeproszeniem, w Brzózkach Wielkich?

– Wyobrażam sobie doskonale. Mamy tu już jedną. Teklę.

Mila dolała herbaty, wciąż chichocząc.

– Ale to jest nasza tutejsza arystokratka. Napływowa kompletnie nie ma tu racji bytu. Co ona by tu robiła? Przechadzałaby się po polach z ziołami, a może kręciła kremy pod światłym kierownictwem inżyniera Popieli?

– Mogłaby się z nami zaprzyjaźnić – odparła pisarka z prostotą. – Przyznaj, że jesteśmy zabawnym towarzystwem.

– Tak, zwłaszcza moja szwagierka Carmen Rojas – mruknęła właścicielka, krojąc ciasto porzeczkowe.

Carmen Rojas była najmłodszą siostrą pierwszego męża Mili i agentką literacką Sabiny na kraje Ameryki Południowej i Środkowej. Charakteryzowała się ogromną bezpośredniością oraz dość oryginalnym podejściem do języka polskiego. Choć była wybitnie uzdolniona lingwistycznie – sama nie potrafiła zliczyć, iloma językami posługiwała się poprawnie – nie rozumiała idiomów. To znaczy, starała się je pojąć, znaleźć dla nich logiczne wytłumaczenie, co sprawiało, że przekręcała je niemiłosiernie, doprowadzając towarzystwo do łez ze śmiechu. Gustowała także w literaturze staropolskiej i uwielbiała kwiecisty sposób wysławiania się rodem z epoki baroku. Z drugiej strony, jako wielbicielka telewizji, swym bezbłędnym uchem wyłapywała różne potoczne wyrażenia, które skojarzone z językiem literackiej klasyki dawały dosyć komiczny efekt. Tak, Carmen z pewnością stałaby się doskonałym towarzystwem dla księżniczki, zwłaszcza sztywnie respektującej zasady właściwe wyższym sferom.

– O czym my w ogóle mówimy? O jakich księżniczkach? – Mila załamała ręce. – Dzięki spółdzielni i „Królowej Róż” będę miała mnóstwo gości w lecie, gdy zaczną się warsztaty tkackie i perfumiarskie, ale co ja zrobię zimą?

Był to poważny problem Graala i Róży. Hotel umiejscowiony w przepięknym pałacu, niegdyś należącym do rodziny Tyczyńskich, potem przekształconym w PGR, a wreszcie odkupionym przez męża Mili, Witolda, musiał zarobić na siebie. Poprzedniej wiosny obie kobiety wymyśliły warsztaty literackie, które poprowadziła Sabina, ale teraz nie miała już na to za bardzo ochoty. Chciała pracować nad swoją książką, a nauczanie innych odciągało ją od tego zajęcia. Co prawda bardzo się cieszyła, że jedna z jej kursantek, Emilia Bejart, opublikowała wkrótce po zakończeniu warsztatów swój debiutancki kryminał, który odniósł spory sukces, ale nie chciała już tego kontynuować.

Westchnęła więc tylko, przysłuchując się temu, co mówiła przyjaciółka. Pensjonat Pod Graalem i Różą był naprawdę cudownym miejscem. Mieścił się w niezwykle stylowym parku, a starannie odrestaurowane wnętrze budynku mogło zadowolić najwybredniejsze gusta. Mila dbała o to, żeby było tu elegancko i z klasą, a jednocześnie ciepło i domowo. Stąd kosmetyki z „Królowej Róż” w każdej łazience, a w kredensach w salonie wyroby spółdzielni wiejskiej „Ida”. Nie dało się jednak ukryć, że późna jesień i zima to był dla pensjonatu zupełnie martwy okres.

– Nie załamuj się – pocieszyła ją Sabina. – Zawsze tak jest, że wszystkie problemy nagle się rozwiązują.

– Albo przybywają nowe. – Właścicielka się zaśmiała. – Muszę jednak coś wymyślić, bo przestaniemy się rozwijać, a to byłoby bardzo źle.

– Mało kto słyszał o Idzie, miejscowości na końcu świata. Pewnie to dlatego.

Westchnęły obydwie i zapatrzyły się w jesienny krajobraz za oknem. Park powoli zasypiał. Czerwone liście zaścielały trawniki i mąż gospodyni z pensjonatu, pan Kowal, toczył z nimi nierówną walkę. Teraz też, gdy kobiety umilkły, słychać było tylko miarowe szuranie grabi zgarniających liście w pachnące sterty. Mała córeczka Mili, Ida Sabina, lubiła turlać się w liściach i wskakiwać na starannie ułożone pagórki. Nikt nie miał jej tego za złe, bo dziecko to było uwielbiane przez wszystkich

– Nie przejmuj się – po raz kolejny powtórzyła pisarka. – Czuję, że już niedługo coś się wydarzy i zmieni wszystko.

Nie miała tylko pojęcia, że zmiany nastąpią tak prędko, podobnie jak szybko przepiękny październik zamienił się w słotny listopad.

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

Krzysztof wrócił z gabinetu w Brzózkach Wielkich w doskonałym nastroju. Nie miał wielu pacjentów i nie trafiła mu się żadna wizyta domowa. Julinka została w Lipniku, u swej przyjaciółki Niki Olczak, więc Doleccy mogli zjeść obiad w samotności.

Pisarka snuła się po domu, przydeptując kapcie, co było u niej oznaką smutku i zniechęcenia.

– Co się dzieje, kochanie? – zapytał doktor, a ona wzruszyła ramionami. – Może masz już dosyć życia w małżeństwie? – Roześmiał się. – Nie są to takie miody, jak opisują w książkach.

– No właśnie. W książkach. – Sabina siadła przy stole i z ponurą miną patrzyła, jak Krzysztof nalewa zupę. – Nie chce mi się zupełnie pisać. A termin goni.

Mąż poklepał ją po dłoni, podsuwając jej talerz.

– Zjedz pożywnej zupki, od razu zobaczysz świat w innych kolorach. Zaraz ci postawię diagnozę, jeżeli chcesz, i to zupełnie gratis.

– Myślisz, że coś mi dolega? – zaniepokoiła się, a on pokręcił głową ze śmiechem.

– Masz charakterystyczną przypadłość nastolatków. Jesteś chora na lenia.

Obruszyła się. Nie uważała się za osobę leniwą, wręcz przeciwnie. Pracowała dużo i z zaangażowaniem. W ciągu ostatniego roku nie tylko napisała książkę, lecz także wyremontowała dom, założyła słynny w całej okolicy ogród i przeprowadziła warsztaty literackie. No i wyszła za mąż. Trudno zatem podejrzewać ją o nieróbstwo.

– No właśnie – zgodził się Krzysztof. – O tym mówię. Ty działasz całkiem sprawnie, gdy masz mnóstwo obowiązków. Wtedy realizujesz plan z żelazną konsekwencją. Gdy nagle pojawia się za dużo czasu, liczba spraw do zrobienia maleje, wszystko ci się rozłazi w rękach. To bardzo typowy problem ludzi – że się tak wyrażę, w stylu minionych epok – czynu. Człowiek czynu działa. Gdy nie ma pola do popisu, to więdnie i usycha.

– Brednie – stwierdziła żona, biorąc do ręki łyżkę. – Mam zacząć remontować inny dom albo zapisać się do spółdzielni i uczyć batikarstwa?

– Doskonały pomysł. W Brzózkach i w Lipniku jest kilka malowniczych ruin wymagających troski. A co do prac kooperatywy, ich marynaty są po prostu fantastyczne.

Sabina nie wyglądała na pocieszoną. Doktor sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę.

– Uważam, że powinnaś na chwilę zmienić otoczenie, zobaczyć wszystko z innej perspektywy. I oto trafia się okazja.

– Co to jest? – zapytała zaciekawiona.

– Zobacz sama.

Otworzyła kopertę. Na eleganckim kartoniku wydrukowano zaproszenie na wernisaż wystawy Karoliny „Loli” Adamskiej zatytułowanej Ogród dzienny i ogród nocny.

Pisarka aż pokręciła głową ze zdziwienia. Lola Adamska była szwagierką Krzysztofa i na stałe mieszkała w Anglii. Parę miesięcy wcześniej przyjechała do Idy, przysparzając Doleckim, wówczas jeszcze parze narzeczonych, wielu zmartwień. Przez cały swój pobyt dziewczyna malowała, a właściwie wykonywała rysunki piórkiem i tuszem, z których powstał przepiękny cykl przedstawiający dom i ogród Sabiny. Teraz prace doczekały się prezentacji.

– Pojedziemy na ten wernisaż? – zapytał lekarz, a pisarka zastanowiła się przez chwilę. Wizja odwiedzenia Warszawy po roku mieszkania na wsi była bardzo kusząca. Krzysztof miał rację, dobrze by jej zrobiło oderwanie się na chwilę, może wówczas jej powieść ruszy z miejsca.

– Czemu nie – zareagowała więc, a doktor przytulił ją do siebie.

– Znakomicie. Zamieszkamy sobie w jakimś ładnym hotelu i pożyjemy jak turyści!

– Julinka oczywiście jedzie z nami? – Sabina się zaniepokoiła, bo bardzo dbała o swoją przybraną córkę. Były ze sobą niezwykle związane, a ponieważ mała była dotknięta zespołem Aspergera, Dolecka starała się otoczyć ją jak najlepszą opieką. Krzysztof uważał nawet, że trochę przesadzała, najważniejsze było bowiem wyrabianie w dziewczynce samodzielności.

– No jasne – przytaknął. – Mam nadzieję, że będzie miała ochotę.

Julinka, wróciwszy późnym popołudniem do domu, podwieziona przez Kalinę Olczak, była pełna entuzjazmu.

– Fantastycznie! Nie mogę się doczekać. Pójdziemy do kina i do galerii handlowej.

– Może zwiedzimy jakieś muzeum? – podsunął Krzysztof, ale córka natychmiast zaprotestowała:

– Przecież będziemy już na wystawie cioci. To chyba wystarczy?

– I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o sztukę wysoką – skomentował z uśmiechem doktor. Sabina machnęła ręką. Postanowiła zatelefonować do swego wydawcy, pana Arenda, by go poinformować o swoim przyjeździe i umówić się na kawę.

– Po prostu genialna intuicja, pani Sabino – usłyszała, gdy następnego dnia rano wykręciła numer biura wydawnictwa Driada. – Sam miałem do pani dzwonić.

– Czy coś się stało? – zaniepokoiła się, od razu zastanawiając się, czy chodzi o nową książkę. Do upływu terminu pozostało jeszcze sporo czasu, a ona zazwyczaj nie dawała wydawcy niczego wcześniej, więc raczej nie powinien mieć powodów do obaw. Prawdopodobieństwo, by odkrył, że jego ulubiona autorka zmaga się z rozleniwieniem, było znikome. A może jednak?

– Ależ nic się nie stało. Wszystko jest w najlepszym porządku. Wręcz jest lepiej, niż można się spodziewać, proszę się nie martwić. Chciałbym przy okazji pani przyjazdu omówić pewien projekt, moim zdaniem bardzo interesujący. Kiedy pani będzie w Warszawie i na jak długo?

Pisarka wyjaśniła, że wyjeżdżają w najbliższy weekend, gdyż wernisaż zaplanowano na niedzielę.

– To doskonale, pani Sabino. Proszę zarezerwować dla mnie czas w poniedziałek w okolicach obiadu. Spotkamy się i wszystko pani wyjaśnię.

Dolecka nie mogła nic więcej z niego wyciągnąć. Zdziwiła się, bo jej wydawca nigdy nie był taki tajemniczy. Lecz cóż robić – chciała się z nim spotkać, żeby wybadać, czy nie dałoby się nieco przesunąć terminu publikacji najnowszej książki. Wciąż trudno się jej było zabrać do pracy.

Milę, której zakomunikowała nowinę o wyjeździe, natychmiast pochłonęły kwestie techniczne.

– Nie ma sensu wydawać pieniędzy na hotel, choć oczywiście tam serwują śniadania i to jest w porządku. Lepiej wynajmijcie sobie apartament.

– Apartament? Przecież to sporo kosztuje? – Przyjaciółka nie rozumiała.

Mąż Mili, Witold, także zgłosił zastrzeżenie, tylko innego rodzaju:

– I to doradza właścicielka hotelu? Wstydziłabyś się.

– Jestem właścicielką obiektu na prowincji, a mówimy o Warszawie. Tam się wszystko inaczej liczy. A poza tym nie przeszkadzaj. Sabina – zwróciła się do przyjaciółki – apartamenty to takie małe mieszkania do wynajęcia, zwykle zarządzają nimi firmy hotelarskie. Są urządzone bardzo elegancko, a mają na ogół dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Dużo większy metraż niż pokój w hotelu, no i niezależność.

Pisarce aż zaświeciły się oczy. Swoje warszawskie mieszkanie musiała sprzedać, gdy zabrakło jej na remont Bluszcza, jak nazywano jej dom ze względu na oplatające ściany pnącze. Perspektywa mieszkania w hotelu w rodzinnym mieście wydawała więc się jej dosyć nietypowa, a taki apartament był jednak bardzo dobrym rozwiązaniem.

Mila przyniosła komputer i pokazała jej jedną ze stron, na których można było dokonać internetowych rezerwacji.

– Popatrz, możesz wynająć coś w ścisłym centrum miasta i to bardzo niedrogo.

Przyjaciółka podzielała jej entuzjazm. Zdecydowała się dokonać wstępnej rezerwacji, a potem uszczęśliwiona pobiegła do domu. Rozpierała ją nowa energia.

Luna, jej księżycowa kotka, wskoczyła na okno i przyglądała się jej uważnie.

– Wyjeżdżamy na kilka dni – powiedziała Sabina, dotykając jej aksamitnego futerka. – Zaniosę cię do Mili, zaopiekują się tobą.

Kotka prychnęła pogardliwie, dobitnie wyrażając swe niezadowolenie z otrzymanej propozycji. Luna chodziła własnymi ścieżkami i potrafiła zatroszczyć się o siebie. Pisarka doskonale rozumiała swoją podopieczną. Postanowiła zostawić jej zapas jedzenia i nie zabierać z Bluszcza.

Te kilka dni do wyjazdu minęło w radosnym oczekiwaniu. Szczególnie cieszyła się Julinka, dla której była to miła odmiana od szkoły w małym miasteczku.

– Może uda mi się spotkać z Rafałem… – zwróciła się do przybranej matki, gdy siadali do ostatniej przed wyjazdem kolacji, a Krzysztof był zajęty wyciąganiem zapiekanki z pieca, co pochłaniało całą jego uwagę.

Sabina się uśmiechnęła. Rafał był synem jednego z uczestników jej wakacyjnego kursu. Chłopak, który bardzo przeżył rozwód rodziców, powtarzał pierwszą klasę liceum, ale z tego, czego pisarka dowiedziała się od jego ojca, w nowej szkole szło mu dużo lepiej. Młody człowiek bardzo zmienił się tego lata, o czym był przekonany jego rodzic. Sabina miała wrażenie, że zmienili się obaj – pan Wojciech starał się zrozumieć syna, a Rafał bardziej zbliżył się do świata dorosłych. No i zainteresował się też czymś innym niż komiksy i gry na tablecie – dzięki Mili i jej wielkiej bibliotece zakochał się w powieściach Juliusza Verne’a.

Dolecka wiedziała, że jej przybrana córka i nastolatek polubili się tego lata. Julinka miała niespotykany dar zjednywania sobie ludzi. Była bardzo spontaniczna i bezpośrednia, ceniono sobie jej szczerość. Początek znajomości z Rafałem nie okazał się zresztą łatwy, dopiero później zaprzyjaźnili się ze sobą. To określenie nie oddawało zresztą istoty ich relacji. Jako autorka poczytnych romansów Sabina musiała zauważyć, że jest w tym jednak coś więcej. Błyszczące oczy córki i te delikatne muśnięcia rąk przypominały jej czasy, kiedy sama była nastolatką.

– Możecie się umówić do kina – oznajmiła więc, stawiając na stole dzbanek z herbatą. Zapachniało malinami.

Julinka pisnęła cicho i z radością, rozkładając talerze i szklanki.

– Co tak cudownie pachnie, żono? – odezwał się Krzysztof.

– Nie żono, tylko najdroższa małżonko – poprawiła go Sabina, naśladując nieco nosowy głos wójta Kręcichwosta, który właśnie tak zwykł mówić o swojej połowicy, pani Izie.

– O przepraszam, już nadrabiam braki. Co tak pachnie, najdroższa małżonko?

Julinka ciekawie zajrzała do garnka, który został na kuchence.

– Tu się jakieś patyki gotowały – mruknęła z pewnym powątpiewaniem.

– Patyki? – Doktor się zdziwił. – Mamy herbatę z patyczaków?

– Nie z patyczaków, tylko z gałązek krzewów malinowych. Asia mi podsunęła ten pomysł. Podobno jest znakomita. Trzeba zagotować pokrojone gałązki, potem odcedzić i jeszcze raz zagotować wywar. Nabiera pięknego koloru, popatrzcie.

– I jaki aromat – dodał Krzysztof z uznaniem. – Osobiście nie mam nic przeciwko zjadaniu gałęzi, ale kiedy Iwana namówi cię na zrobienie kotleta z mchu, chciałbym o tym wcześniej wiedzieć, żeby się duchowo przygotować.

– Gałązki malin to naturalne źródło witamin – pouczyła go Sabina. – To ponoć świetna herbata na zimę. Jeśli nam zasmakuje, będę ją częściej gotowała.

– I w ten sposób do wiosny objemy wszystkie krzaki do korzeni – podsumował wesoło Krzysztof, mrugając do córki. – Zrobimy konkurencję zającom szarakom.

– Naprawdę będziemy jeść kotlety z mchu? – zapytała Julinka, która jak wszystkie osoby z zespołem Aspergera traktowała żarty poważnie. – To smaczne?

– Nie sądzę – oceniła Sabina. – Tata żartował, ale chciałam tylko powiedzieć, że czasami bardzo dziwne przepisy okazują się strzałem w dziesiątkę. Ta herbata jest po prostu pyszna.

Nie myliła się. Napój miał przepiękną, głęboką barwę i równie intrygujący smak. Na plan pierwszy wybijały się maliny, ale lekko przełamane roślinną świeżością. Sabina uświadomiła sobie, że kiedyś chętnie piła herbaty z rumianku czy napary z lipy. Warto byłoby wrócić do tych przyzwyczajeń.

Następnego dnia wyruszyli w drogę do Warszawy. Pisarka, wyglądając przez okno, przypominała sobie dzień, kiedy po raz pierwszy zawitała do Idy. Przyjechała tu szukać inspiracji do książki, a znalazła dom na całe życie.

Czy to nie dziwne? – pomyślała, uśmiechając się do siebie. Czasem znajdujemy zupełnie coś innego niż to, czego szukamy. To dobrze, że życie potrafi tak zaskakiwać, bo inaczej byłoby bardzo nudne i przewidywalne, a tak staje się pasjonującą przygodą.

Stolica przywitała ich deszczem. Julinka zasnęła w samochodzie, a Sabina patrzyła na miasto szeroko otwartymi oczami. Wszyscy się gdzieś spieszyli, migały reflektory przejeżdżających samochodów. W oknach biurowców paliły się światła, a ludzie pochylali się nad papierami lub wpatrywali w ekrany komputerów. Dolecka miała nadzieję, że choć trochę lubią swoją pracę i że czerpią z niej satysfakcję. Ona nie potrafiłaby tak żyć. Miała nawet wątpliwości, czy umiałaby z powrotem mieszkać w wielkim mieście.

– Chciałabym zobaczyć mój dawny dom – poprosiła niespodziewanie, a Krzysztof skinął głową i zawrócił. Przepychali się przez korek dobre pół godziny i pisarka gotowa była nawet zrezygnować, ale w końcu nigdzie się nie spieszyli. Były to magiczne słowa jej życia w Idzie: „wcale się nie spieszę”. Coś niewyobrażalnego w tym miejskim świecie. Tutaj człowiek, choćby nie musiał nigdzie gnać, czuł pewien przymus, by to robić. Wszystko działo się tak szybko, samochody trąbiły na siebie, ludzie chodzili nerwowym krokiem.

Przydałaby im się nalewka na pigwie pani Tekli albo herbatka z echinacei na nerwy – pomyślała z rozbawieniem kobieta.

Przejechali ulicą, przy której kiedyś mieszkała. Dolecką zdumiało, jak mało jest tutaj drzew. Kiedyś wydawało się jej, że jest to bardzo zielona i wesoła dzielnica. Teraz kilka pokrzywionych drzewek i zadeptany trawnik robiły na niej przygnębiające wrażenie. Sam budynek też wyglądał dosyć smutno – wielka szara bryła, pozbawiona wdzięku i wyrazu. Nigdy nie przyglądała mu się w ten sposób, bo gdy tu mieszkała, to po prostu był jej dom i nie zastanawiała się nad jego wyglądem.

– I nawet bluszczu nie ma – stwierdziła z westchnieniem, a jej mąż się roześmiał.

– Zachowujesz się jak prowincjusz, co pierwszy raz w życiu odwiedził metropolię. Wszystkiemu się dziwi i ciągle czuje niesmak.

Uśmiechnęła się. W rzeczywistości było w tym trochę racji, reagowała jak przybysz z dalekich stron. Brakowało tylko tego, żeby się gdzieś zgubiła we własnym mieście.

Podjechali pod kamienicę w centrum, w której wynajęli apartament. Tak jak mówiła Mila, było to wygodne lokum dla trzech osób. Z okien roztaczał się przepiękny widok na pobliskie ulice.

Julinka okręciła się z zadowoleniem wokół własnej osi.

– Zamówmy pizzę. Jesteśmy na wakacjach.

Doleccy się roześmiali.

– Julinko, może pójdziemy gdzieś na kolację? – zapytał doktor.

Sabina prychnęła.

– Jesteśmy w Warszawie, tu trzeba rezerwować stolik z wyprzedzeniem.

– A kto ci powiedział, że tego nie zrobiłem? – odparł z dumą. – Masz mnie za mało zapobiegliwego, zdaje się?

Pisarka oczywiście zaprzeczyła, a Julinka zaczęła wypytywać, gdzie jest ta restauracja.

– Tu, niedaleko, pod domem. Jako sprawny organizator wziąłem mapę i opracowałem plan. Drogie panie, kolacja, kino i spacer, wszystko dopięte na ostatni guzik.

– No proszę – powiedziała Sabina z uznaniem. – Kto by się spodziewał!

– Ty się powinnaś spodziewać. To w końcu nasza podróż poślubna. – Krzysztof się roześmiał, a Julinka zaczęła klaskać w dłonie.

– Podróż, podróż! Wspaniały pomysł, Krzysiu.

Wyszli prosto w noc wielkiego miasta. Ulicami ciągnęły sznury samochodów, a w błyszczących od deszczu kałużach odbijały się neony i światła ulicznych latarni. Kolację zjedli w niewielkiej afrykańskiej knajpce, a potem poszli do kina. Sabina długo nie mogła zasnąć przez hałas dobiegający zza okna apartamentu.

Co się ze mną dzieje? – zadumała się. – Naprawdę zrobiła się ze mnie wieśniaczka z końca świata. Jak mi świerszcz nie gra za kominem, nie mogę spać.

Pomyślała z czułością o swoim pięknym domu w dolinie mgieł i róż. Tam księżyc zaglądał jej przez okno, a gwiazdy szeptały do snu tajemne opowieści.

Wstała z łóżka i przez wielkie okno patrzyła na miasto, które nigdy chyba nie zasypiało. W oknach pobłyskiwały światła, wciąż było widać ruch na ulicach. Z budynku naprzeciwko mrugał wielki neon reklamowy. Metropolia, ogromna przestrzeń, w której można się zgubić, zostać anonimowym. Kiedyś bardzo jej to odpowiadało, gdy taiła swoją prawdziwą tożsamość, identyfikując się z Laurą Rossą. Miasto było wówczas jej parawanem, bezpiecznym schronieniem. Teraz gdy swoje życie związała z Idą, nie odczuwała tej potrzeby zniknięcia, stopienia się z tłem.

Dawniej uważała, że ukrycie się gwarantuje wolność. Dzisiaj wiedziała, że daje ją nieograniczona przestrzeń, horyzont bez kresu.

Rozejrzała się za kotem, by go pogłaskać, co zawsze koiło jej nerwy. Niestety Luna została tam, a ona była tutaj.

 

 

 

 

 

 

3.

 

 

Wernisaż wystawy Loli odbywał się w modnej galerii w centrum. Krzysztof i Sabina ruszyli tam pieszo, bo nie opłacało im się jechać samochodem. Julinka odmówiła wzięcia udziału w wyprawie. Po południu przyszedł po nią Rafał i po raz kolejny poszli do kina.

– A wie pani co? – zagadnął chłopak, gdy zostali z pisarką sami, bo dziewczynka wciąż nie mogła się zdecydować, jaką założyć apaszkę. – Przeczytałem tę książkę, co mój ojciec pisze. Nawet nie jest nudna, aż się zdziwiłem.

Jego rozmówczyni się uśmiechnęła. Wojciech Cichy podczas warsztatów pisał powieść historyczną w stylu Aleksandra Dumasa, opartą zresztą na autentycznych wydarzeniach dotyczących jego rodziny. Po zakończeniu kursu nadal korygował swe dzieło, które bez mała przerodziło się w jego opus vitae. Do końca było jednak wciąż daleko, ale najwyraźniej pan Cichy znalazł sobie miłe hobby.

– Ja co prawda z klasyki wolę Juliusza Verne’a, ale przeczytałem coś tego Dumasa. Królową Margot. Bardzo mi się podobało. Ten pomysł zabijania zatrutą księgą, no klasa. Myślę, że niejeden współczesny autor kryminału mógłby się od niego uczyć.

– Jeden się już nauczył – odparła wesoło. – Umberto Eco w Imieniu róży wykorzystał ten motyw.

– Muszę przeczytać – podsumował chłopak. – Ja się ogólnie zainteresowałem historią, wie pani. Najpierw historią wynalazków przez Verne’a, a potem to historią w ogóle…

Byłby tak gadał bez końca, ale z pokoju wyszła Julinka w szmaragdowej apaszce i nastolatek natychmiast stracił zainteresowanie rozmową z Sabiną. Krzysztof przestrzegł jeszcze Rafała, że dziewczynka ma zostać odprowadzona z powrotem przed dwudziestą pierwszą, i młoda para ruszyła do kina.

Doktor patrzył za nimi takim wzrokiem, że żona poklepała go po dłoni.

– Powinieneś jeszcze wyciągnąć polaroid, jak w amerykańskim filmie z lat osiemdziesiątych, i zrobić im pamiątkowe zdjęcie.

– A żebyś wiedziała. – Doktor się zaperzył. – To zawsze jest tragiczny moment dla ojca, gdy jego córkę zabiera do kina jakiś pryszczaty smarkacz.

– Nie ma pryszczy – oceniła żona. – A my musimy już iść, bo się spóźnimy.

Wiadomo było, że Dolecka nie znosiła się spóźniać.

Drogę do galerii przeszli więc dosyć szybkim krokiem i trafili właśnie na powitanie gości przez artystkę.

Sabina musiała przyznać, że przez te kilka miesięcy Lola bardzo się zmieniła. Wciąż była pewna siebie, ale teraz jej poczucie własnej wartości miało wyłącznie pozytywny wyraz. Emanowała zadowoleniem z życia, co było widoczne na jej twarzy. Gdzieś zniknęły charakterystyczne dla niej napięcie i nerwowość. Wyglądała jak królowa udzielająca swych łask zachwyconemu ludowi.

A było się czym zachwycać. Pracę, którą wykorzystano jako motyw plakatu informującego o wydarzeniu, pisarka rozpoznała od razu, choć nigdy jej wcześniej nie widziała. Znała jednak doskonale miejsce, które przedstawiała. Był to jej księżycowy ogród nocą. Obraz utrzymano w ciemnych barwach kobaltu i granatu, a rozjaśniały go blade plamy światła księżyca i migotliwe odblaski gwiazd. Na tle nieba rysowały się kwiaty i krzewy z tego ogrodu, a nawet sadzawka z białego kamienia o kształcie półksiężyca. Pejzaż był niezwykle nastrojowy i trudno było oderwać od niego wzrok. Dolecka dostrzegła zresztą od razu oryginał we wnętrzu. Wisiał na osobnej ścianie i gromadziło się wokół niego najwięcej widzów.

– Sabina! – wykrzyknęła Lola, gdy ich tylko zobaczyła. Stała z jakąś niewysoką, szczupłą kobietą o kruczoczarnych włosach, starannie ułożonych w grube fale.

– To wręcz arcydzieło – pochwaliła pisarka, witając się z gospodynią. Na twarzy Loli widać było dumę.

– Cieszę się, że ci się podoba, i jestem szczęśliwa, że przyjechaliście. – Uścisnęła dłoń Krzysztofa. – Nie mogę się teraz bardziej wami zająć, bo muszę witać gości.

Żona doktora skinęła głową na znak, że doskonale to rozumie, i przecisnęła się bliżej obrazu przedstawiającego jej ogród.

– Piękne miejsce, wprost magiczne – usłyszała obok siebie lekko zachrypnięty głos. – Mnie też ten najbardziej przypadł do gustu.

Odwróciła się i ujrzała kobietę, która stała przedtem obok Loli. Z bliska jej włosy aż lśniły, jakby spryskane były gwiezdnym pyłkiem. Miała wielkie fioletowe oczy, podkreślone starannym makijażem. Stylowa – pomyślała pisarka i się uśmiechnęła.

– Nie wiedziałam, że Karolina potrafi tak malować – zauważyła kobieta. – Zdaje się, pobyt w Anglii doskonale jej zrobił.

– Chyba tak – odparła oględnie pisarka. Lola miała wiele problemów ze sobą i wyjazd do Anglii był czymś w rodzaju ucieczki. Odnalazła się dopiero, wróciwszy do Polski, gdzie pogodziła się ze swoją przeszłością. Tego jednak Dolecka nie mogła powiedzieć nieznajomej kobiecie, która przypatrywała się jej ciekawie.

– Jestem Katarzyna Wimmer, bardzo interesuję się sztuką – oznajmiła, wyciągając do pisarki rękę.

– Sabina Dolecka. Jestem krewną artystki – wyjaśniła po chwili namysłu. Właściwie nie były w żaden sposób spowinowacone, ale jak inaczej miała to określić?

– Od razu wiedziałam, że jest pani z nią blisko – podsumowała Wimmer, popijając wino z kieliszka. – Tak się ucieszyła na pani widok, że mogła być pani tylko kimś z rodziny albo marszandem z Nowego Jorku.

Roześmiały się, a pisarka znowu spojrzała na obraz.

– Wieś – stwierdziła Katarzyna. – Nieco mnie przeraża, a panią?

– Mnie nie. Mieszkam na podobnej wsi.

– Tak? To pasjonujące – oświadczyła tamta z entuzjazmem.

– Dlaczego?

– Bo tak się składa, że niedługo będę musiała spędzić na wsi parę miesięcy. Trochę to dla mnie straszne. Boję się zapadłych dziur i ludzi o ciasnych umysłach. Wie pani, kogut pieje, wstają do obrządku, potem kogut pieje, kładą się spać. Nie ma z kim porozmawiać, pustynia intelektualna.

Sabina popatrzyła na nią z rozbawieniem.

– No wie pani, czasy Konopielki[1] już dawno minęły. Nie wiem, czy znajdzie pani gdzieś równie przaśny skansen.

– Jestem świadoma, że wieś to nie kosa i chodzenie za pługiem, ale co ja, nieszczęśliwa, będę robić w takiej zabitej dechami dziurze przez kilka tygodni? I to jeszcze zimą.

– Może się pani wprosić na darcie pierza z gosposiami – zaproponowała z humorem pisarka. – Albo robić wycinanki łowickie. Chyba że to inny region kraju, wtedy malowidła na szkle. Po co pani tam jedzie, skoro nie ma ochoty?

– Muszę. Taką mam pracę.

Sabina chciała jeszcze zapytać, jakiego rodzaju jest to zajęcie, ale nie zdążyła, bo ponownie u jej boku pojawiła się Lola.

– O, poznałyście się już z Kasią, to znakomicie – zagaiła swobodnie. – Katarzyna robi mi świetną reklamę wśród różnych ważnych ludzi. Kupują moje obrazy jak ciepłe bułki.

Wimmer zaśmiała się dyskretnie i lekceważąco poruszyła ręką. Ruchy miała oszczędne i pełne stonowanej elegancji, charakterystycznej dla francuskich gwiazd filmowych z lat sześćdziesiątych.

Lola rozgadała się na temat wystawy oraz swoich prac. Wprost kipiała energią i entuzjazmem. Trudno było w niej poznać tamtą zgorzkniałą i pełną pretensji dziewczynę. Pisarka doszła do wniosku, że poprzednie wcielenie zniknęło kompletnie, a teraz ma przed sobą zupełnie inną osobę. Adamska zwróciła się właśnie w jej stronę, jakby przenikając jej myśli.

– Ten obraz, Sabino, to mój ślubny prezent dla was. Nie dostaliście niczego ode mnie i bardzo mi z tego powodu głupio. Malowałam go z pamięci, więc to raczej wizerunek mojej wyobraźni niż odwzorowanie rzeczywistości, ale mam nadzieję, że i tak ci się spodoba.

– Jest przepiękny – pochwaliła Dolecka ze wzruszeniem.

– Gratuluję – dodała Wimmer ze szczerym podziwem. – Myślałam, że go kupię, ale niestety…

– Ogród Sabiny musi należeć do Sabiny, bardzo ci dziękujemy, Karolina. – Krzysztof się uśmiechnął.

– Pani jest właścicielką tego miejsca? – zdumiała się Katarzyna, a Dolecka skinęła głową.

– Owszem. To mój ogród księżycowy. Specjalne założenie, zaprojektowane dla mnie przez właścicielkę centrum ogrodniczego w naszej okolicy. Ogród ma kształt łuku i rosną w nim wyłącznie białe rośliny, poza perłową różą Souvenir de la Malmaison, moją ulubioną. Światło księżyca i gwiazd wydobywa niezwykłe kształty i podkreśla niewidoczne w dzień odcienie bieli. Teraz w ogrodzie kwitną chryzantemy. Wyglądają wręcz zjawiskowo, gdy matowy blask przesącza się przez ich postrzępione płatki. W centralnej części ogrodu jest sadzawka, nad którą przez całe lato zbierały się nocne motyle. Proszę sobie to wyobrazić: dziesiątki ciem wirujących nad wodą i muskających jej powierzchnię skrzydłami…

– Niezwykłe – stwierdziła przyjaciółka malarki z zachwytem. – Opowiada pani w tak sugestywny sposób, że aż się chce to wszystko zobaczyć. Zresztą obraz Loli daje pewne wyobrażenie o urokliwości tego miejsca.

Sabina uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nie była próżna, ale uważała, że jej dom i ogród są po prostu perfekcyjne. Włożyła wiele trudu w to, by wyglądały dokładnie tak, jak sobie to kiedyś wymarzyła. Idealne miejsce do codziennego życia i pracy. Nie chciała żadnego innego.

– Tak właśnie jest. Obraz doskonale oddaje klimat tego miejsca – potwierdził Krzysztof z uśmiechem.

– Pożegnam już państwa, bo jutro mam ważne spotkanie, do którego muszę się jeszcze przygotować – oznajmiła piękna Katarzyna i wyciągnęła rękę do Sabiny. – Miło było panią poznać. Wspaniała wystawa, Karo – rzuciła jeszcze do Loli, która wywiązując się z obowiązków gospodyni, wołała już o przyniesienie płaszcza wychodzącej. – Robisz ogromne postępy, wkrótce będziesz gościła w każdym domu w kraju.

– Jak to mówi jedna z moich przyjaciółek: „z twoich ust do uszu Boga” – roześmiała się malarka.

Katarzyna skinęła głową.

– Też znam to powiedzenie, pochodzi z Grecji. A więc, żeby utrzymać się w klimacie, cheréte. Do widzenia.

– Intrygująca osoba – stwierdził Krzysztof.

– Tak. Skończyła archeologię, ale teraz pracuje w mediach – wyjaśniła artystka. – Naprawdę strasznie się cieszę, że daliście radę przyjechać – zmieniła nagle temat.

– No, jakże by mogło być inaczej. – Doktor gromko się zaśmiał. – Nie mogliśmy przepuścić okazji oglądania cię w pełnym blasku sławy.

Lola uśmiechnęła się, po czym usiadła na najbliższym fotelu i zdjęła swe niewiarygodnie wysokie szpilki.

– Zaraz mi nogi odpadną – poskarżyła się. – Nie miałam pojęcia, że taka wystawa wymaga tyle zachodu. Trzeba wszystkiego dopilnować, być zawsze na miejscu, witać gości, z każdym rozmawiać…

– Być miłą – dorzucił przekornie Krzysztof, ale ona tylko parsknęła śmiechem.

– Tak. To dla mnie jest najgorsze. Tysiąc razy mam ochotę posłać kogoś do diabła, ale nie mogę, bo to nie wypada i może zaszkodzić karierze, tak mówi moja agentka. – Wskazała ręką kobietę, która w drugim końcu sali rozmawiała z grupką ludzi.

– Po prostu dorastasz – ocenił doktor wesoło.

– À propos. Gdzie jest moja siostrzenica? Nie zabraliście jej?

– Namawialiśmy ją na ten wernisaż, ale pojawił się Rafał Cichy, ten chłopak, który był w Idzie razem z ojcem, i porwał ją do kina – wyjaśniła Sabina.

– Rafał… – Lola zmarszczyła nos, co robiła zawsze, gdy intensywnie się nad czymś zastanawiała. – To ten, który spadł z konia podczas przejażdżki i musiałeś mu nastawiać rękę czy nogę? Niezdara taki?

– Niczego mu nie nastawiałem. Miał krwiaka. Ale rzeczywiście, to o niego chodzi – potwierdził Krzysztof. – W każdym razie, jeśli masz jutro czas, mogę ci przysłać Julinkę. Sabina idzie na spotkanie ze swoim wydawcą, a ja mam pewne sprawy w szpitalu. Mogłybyście pójść na obiad, porozmawiać.

– Doskonały pomysł. – Lola była pełna entuzjazmu. – Chętnie spędzę z nią trochę czasu. Za kilka dni wracam do Anglii, a potem… – zawiesiła głos i spojrzała niepewnie na Sabinę.

– Co potem? – zainteresowała się pisarka, wciąż nie mogąc się nadziwić, jak bardzo zmieniła się szwagierka Krzysztofa. Z odpychającej, wiecznie nadąsanej księżniczki przeobraziła się niczym motyl z poczwarki w tryskającą energią młodą kobietę.

– Myślałam o pewnym projekcie, który mogłabym zrealizować w Idzie na wiosnę. Chciałabym namalować serię portretów mieszkańców wioski, ale mają to być nie takie całkiem klasyczne podobizny, raczej coś bardziej symbolicznego, związanego z okolicą i tym, czym się dana osoba zajmuje.

– Cudowny pomysł – uznała żona lekarza, myśląc o swoich sąsiadach i ich życiu. Było ono bardzo barwne, co mogło niektórym wydawać się dziwne. Szczególnie takim osobom jak Katarzyna Wimmer.

– Jak tylko załatwię wszystkie swoje sprawy, od razu do was zadzwonię – obiecała Lola. – Mam nadzieję, że moje prace szybko się sprzedadzą. – Zatoczyła ręką koło.

– Może przyjedziesz do nas na święta? – zaproponowała cicho Sabina, a artystka skierowała na nią roziskrzony wzrok. – O ile nie masz innych planów…

– Obawiam się, że nie będę mogła z powodu pracy, ale dziękuję ci za pamięć – oznajmiła pełnym emocji głosem. Od dawna nie miała poczucia, że gdzieś przynależy i ktoś się o nią troszczy. Wspomniała Idę oraz osoby, które tam spotkała, i się uśmiechnęła. Tak, to było miejsce, do którego chciała wracać.

– Julinka już chyba przyszła z kina – zaczął Krzysztof, patrząc na zegarek. – Będziemy się powoli żegnać.

– Musisz mu to wybaczyć – skomentowała Sabina. – Pierwszy raz pozwolił córce wyjść na randkę i już tego żałuje.

– Nieprawda – obruszył się jej mąż. – Wcale nie.

Obie kobiety roześmiały się z pełnym zrozumieniem.

– Podjadę po Julinkę jutro koło południa – powiedziała na pożegnanie malarka. – Pójdziemy na obiad i na zakupy, no i oprowadzę ją po mojej wystawie. Niech przywilejem ciotki z Anglii będzie rozpuszczanie siostrzenicy.

– Bardzo słusznie – przyzwoliła pisarka z powagą, klepiąc uspokajająco Krzysztofa po dłoni, bo już chciał protestować.

Wyszli na zalaną światłem ulicę. Sabina czuła się tak, jakby porzuciła miasto wieki temu. Z ciekawością wpatrywała się w neony i rozświetlone witryny sklepów. Mijali ich ludzie pochłonięci swoimi sprawami, gadający przez telefony lub po prostu idący w pośpiechu ze wzrokiem wbitym w chodnik. Nagle zrozumiała, jak bardzo jest szczęśliwa – zrealizowała swoje marzenia i życzyła tego samego wszystkim, których spotkała na tej ulicy. Przepełniało ją poczucie spełnienia i wielka wdzięczność.

– O czym myślisz? – spytał Krzysztof, biorąc ją za rękę. – Zawsze gdy się nad czymś zastanawiasz, masz taki specyficzny wyraz twarzy.

– Głupi, prawda? – Pisarka się uśmiechnęła. Mówiono już jej o tym w szkole. Gdy się głęboko zamyśliła, jej twarz nabierała lekko nieobecnego, zagubionego wyrazu. Przyzwyczaiła się do tego.

– Nie, wcale nie – zaprotestował. – Wyglądasz, jakbyś odprawiała jakieś misterium w swojej głowie.

Wesoło się roześmiała i przytuliła do niego.

Zaczął padać drobny listopadowy deszcz, pierwsza zapowiedź zbliżającej się zimy. Jego kłujące jak małe igiełki krople były przedsmakiem przyszłych śnieżyc, mroźnych i przenikających lodowatym chłodem.

– Nie lubię późnej jesieni – oznajmił doktor. – Wszystko jest takie szare, nieostre, jakby świat odchodził w mrok.

Sabina nie przepadała za zimnem, ale każda pora roku była dla niej na swój sposób atrakcyjna. Także ta na pograniczu jesieni i zimy. Miała wrażenie, że właśnie w te listopadowe krótkie dni widzi świat spoza zasłony, jak pokazuje prawdziwe oblicze. Gałęzie drzew stawały się nagie, jakby odsłaniały swoje kontury. Uschnięte trawy, leżące na ziemi, ujawniały rzeczywiste kształty powierzchni. To, co w lecie było utajone, teraz ukazywało się w całej okazałości. Najważniejsza stawała się ziemia i jej niezwykły wygląd.

Listopad był w Idzie porą mgieł. Już nie tylko rano, lecz także do wczesnego popołudnia otulały dolinę, rozpełzając się na całą okolicę jak szary dym. Jeszcze wciąż płonęły jesienne ogniska, napełniając otoczenie niezwykłym aromatem. Gdy Sabina wychodziła na werandę, czuła ich korzenny, lekko drażniący zapach. Ogniska, gnijące liście, zapach pieczonych kartofli i chłodny powiew zimy – tego brakowało jej w mieście. Tutaj w powietrzu nie odróżniało się barw ani zapachów. Wszystko roztapiało się i ginęło w ogólnym zgiełku.

Westchnęła nieznacznie, ale była już myślami przy jutrzejszym spotkaniu z wydawcą. Gdy to załatwi, będą mogli wracać do domu.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

PRZYPISY

 

 

[1] Konopielka – powieść E. Redlińskiego z 1973 r. Przedstawia wieś Taplary, gdzie ludzie żyją z dala od cywilizacji, kultywując tradycyjne rolnictwo i zasady społeczne; nie korzystają ze zdobyczy cywilizacji. W 1981 r. nakręcono film wg powieści w reż. W. Leszczyńskiego.

 

 

 

 

 

Copyright © by Agnieszka Krawczyk, 2015

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie II, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Wasiczek/Arcangel

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-510-2

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.