Jej wysokość gęś - Jacek Karczewski - ebook + książka

Jej wysokość gęś ebook

Jacek Karczewski

4,5

Opis

Mozart wyprawił pogrzeb, kiedy odszedł jego ulubiony szpak.
Gdyby nie wróbel, nie byłoby ani Jacka Sparrowa z Karaibów, ani Edith Piaf z Paryża.
Emily Dickinson w jednym ze swoich wierszy napisała, że nadzieja to „to coś z piórami”.

Z ptakami łączy nas ponad 50 genów odpowiedzialnych za mowę, muzykowanie i śpiewanie. Nasze włosy i paznokcie zbudowane są z tego samego białka, co ich pióra. Łączy nas też zamiłowanie do patrzenia w niebo, gadania na każdy temat oraz skłonność do wiązania się w pary. Jeszcze na początku XX wieku zabijaliśmy je regularnie i odmawialiśmy im rozumu. Dopiero od niedawna rozumiemy, że należy chronić ptaki oraz krajobraz. Tylko czy to wystarczy?
Jacek Karczewski ze stowarzyszenia Ptaki Polskie, które znane jest z takich kampanii społecznych jak „Bądź na pTAK!”, podgląda ptaki m.in. na rozlewiskach Biebrzy i przy ujściu Warty czy na angielskich Farne Islands. Obserwuje ich zwyczaje i zachowania. Opisuje niezwykłe losy ptasich bohaterów oraz wyjątkowych ludzi, takich jak Tata Żuraw czy Kobieta, która leciała z łabędziami. Wszyscy jednym głosem opowiadają nam naprawdę piękną historię - może nawet dowiecie się, czym gęś zasłużyła sobie na miano „jej wysokości".

„Nie dałbym swojemu dziecku do przeczytania takiej książki, bo potem nie chciałoby zjeść gęsi na obiad…” – tak powiedział jeden ze studentów, których zapytałam, jakim językiem mówić o przyrodzie. Mieli do porównania dwa teksty: krótki artykuł napisany w tradycyjny sposób oraz fragment „Jej wysokości gęsi”. Myślę, że jego reakcja jest najlepszą rekomendacją dla tej książki. Gorąco polecam!
- Ewa Podolska, TOK FM

Autor jest cały w ptakach:  popularyzuje wiedzę o nich, działa dla ich ochrony oraz jako animator środowiska „ptakolubów”.  I to wszystko jest w tej książce – o ptakach barwnie i bardzo osobiście, nie podręcznikowo, ale kompetentnie. Z licznymi nawiązaniami do ich odwiecznej i różnorodnej obecności w realnym oraz kulturowym świecie ludzi i odwrotnie – o coraz większej zależności ptaków od nas, jakże często im szkodzącej. To jest interesująca i kształcąca lektura zarówno dla tych, coraz liczniejszych, już owładniętych „ptasią” fascynacją, jak i tych którzy nie zaznali (jeszcze!) bogactwa przeżyć w tym zauroczeniu.    
- prof. dr hab. Maciej Luniak, Muzeum i Instytut Zoologii PAN

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Na początek

Któregoś dnia podeszła do mnie znajoma i powiedziała: „Napisz dla nas książkę o ptakach. Ale pisz tak, jak o nich opowiadasz (podobno lubiła mnie słuchać w radiu, w którym w tamtym czasie dość często bywałem). Nie skupiaj się za bardzo na szczegółach, daj się ponieść opowieści. Szczegóły same przyjdą. Przede wszystkim pisz tak, jak czujesz…”.

Od tamtego spotkania minął rok, a potem drugi, a mnie nie udało się nawet pozbierać myśli. Przełom nastąpił dopiero po tym, jak przerwałem pracę. Któregoś popołudnia usiadłem do laptopa, otworzyłem nowy dokument i po chwili przeczytałem na monitorze zdanie: „W maleńkim porcie Seahouses w północnej Anglii zaskoczyło nas wielkie poruszenie…”. Zdanie, które otwiera książkę, i chyba jedyne, które nigdy się nie zmieniło. Za nim przyszły następne. Pojawiły się, gdy zrobiłem im miejsce. Powinienem był to wiedzieć – ptaki potrzebują przestrzeni!

Mimo że książka ma w tytule gęś, nie jest wyłącznie o gęsiach, i chociaż pełno w niej naukowych informacji, w żadnym wypadku nie jest książką naukową. To jest książka o ptakach, po prostu, a czasami o ludziach, którzy tak jak ja mają na ich punkcie odlot i dla których ptaki i cała przyroda są ważne. Opowiadając o nich, starałem się robić to tak, jak opowiada się o znajomych: co robią, gdzie żyją, co się im przydarza. Bo ptaki to nasi znajomi. Kiedy na chwilę odstawimy nasze tytuły, drogie gadżety i święte prawdy, kiedy spuścimy z tonu, okaże się, że mamy podobne problemy, a nawet ambicje i pragnienia: mieć rodzinę, a czasami święty spokój, czuć się bezpiecznym w stadzie, ale zachować własną przestrzeń. Być zdrowym i sytym, mieć szacunek swojej grupy, a nawet dobrze wyglądać i się podobać…

Im bardziej nadzy jesteśmy i im głębiej zaglądamy, tym więcej widzimy podobieństw. My, ptaki i cała reszta tak zwanych kręgowców jesteśmy zbudowani według tego samego planu: czaszka, dwoje oczu, otwór gębowy, dziób czy usta – w gruncie rzeczy mało istotne. Kręgosłup, przednie kończyny – ręce lub skrzydła – klatka piersiowa, miednica, nogi. Nasze serca różnią się przede wszystkim wielkością. Naszych zarodków nawet nie umielibyśmy odróżnić. W końcu wszyscy pochodzimy od tego samego przodka i jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Jest nas przy tym tak wielu – podobnych i jednocześnie zachwycająco różnych. Przyznam, że nie rozumiem ludzi zapatrzonych w siebie lub w kosmos, którzy nie dostrzegają piękna i bogactwa życia na Ziemi. Tak samo jak nie rozumiem tych, którzy niszczą je i zabijają dla własnej przyjemności lub egoistycznego, krótkowzrocznego zysku. Czasy dla ptaków i ziemskiej bioróżnorodności są trudne, więc o rzeczach niewygodnych też tutaj wspominam.

Zależało mi na napisaniu książki osobistej, nawet intymnej. Stąd jej osobisty i mam nadzieję otwarty, humanizujący język, o który nieraz spierałem się z redaktorką, Panią Olą Deskur. Bohaterami tej książki są ptaki, a o bohaterach nie wypada opowiadać inaczej. Razem z Panią Olą prosimy o wyrozumiałość wszystkich gramatycznych legalistów oraz osoby przywiązane do sztywnych książkowych reguł, jak choćby tej, która każe spisywać indeksy gatunków małymi literami. My użyliśmy dużych liter i nazwaliśmy nasz Indeksem Bohaterów. Mimo że reguły ortograficzne mówią nieco inaczej, dużą literą zapisujemy też Ziemię w rozumieniu przestrzeni życiowej, którą dzielimy z całym ziemskim stworzeniem. Bardzo bym chciał, aby tym, którzy sięgną po Jej Wysokość Gęś, została ona w głowach raczej jako wspomnienie ciekawego spotkania niż przeczytana książka… Żeby mieli poczucie, że dowiedzieli się czegoś nowego i że ich rzeczywistość się poszerzyła. Ale być może jeszcze bardziej chciałbym, aby to spotkanie stało się inspiracją do nowego spojrzenia na świat. Wyjdźcie do ogrodu, a jeśli w międzyczasie ktoś już zamienił go w „martwą naturę”, pójdźcie do lasu lub nad rzekę. Może wybierzcie się do jakiegoś pobliskiego rezerwatu albo parku narodowego (jeśli i one nie zostały jeszcze zniszczone)? Wyciągnijcie słuchawki z uszu, oderwijcie wzrok od ekranu i spójrzcie przed siebie, na wodę, na drzewa, do góry. Może rozpoznacie tam kogoś znajomego…?

Dlaczego ptaki? Dlaczego nie wiewiórki, daniele, delfiny albo motyle, które przecież też są ciekawe i piękne? Nie wiem, zawsze tak miałem i wcale nie jestem w tym wyjątkowy. Na całym świecie są miliony ptasiarzy. Ptaki mają moc. Kto nie wierzy, niech spojrzy w niebo i posłucha głosów ciągnących tam kluczy Ich Wysokości Dzikich Gęsi.

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej opowieści. Przede wszystkim moim zapracowanym Koleżankom i Kolegom ze stowarzyszenia Ptaki Polskie, które patronuje tej książce, a także naszym niezmordowanym Przyjaciołom z brytyjskiego WWT oraz Sachy Dench, moim zdaniem najdzielniejszej i najodważniejszej kobiecie świata. Dziękuję WWT, a także Piotrowi Charze, Jackowi Droździe, Cezaremu Korkoszowi, Łukaszowi Łukasikowi, Agacie i Mateuszowi Matysiakom i Magdalenie Sarat, artystom fotografom, których zdjęcia zdobią tę książkę. Przede wszystkim dziękuję Arkowi Glaasowi, bez którego zdjęć, pomocy i wsparcia nie byłaby ona możliwa, a w najlepszym razie byłaby zupełnie inną opowieścią. Dziękuję. Niech ptaki będą z Wami!

Mam nadzieję, że też kochacie ptaki.

To się opłaca.

Nie trzeba już chodzić do nieba*.

Emily Dickinson

* O ile nie podano inaczej, tłumaczenia tekstów anglojęzycznych pochodzą od autora.

Święte wyspy

W maleńkim porcie Seahouses w północnej Anglii zaskoczyło nas wielkie poruszenie. Wszystko przez pogodę, tamtego dnia bardzo dobrą, ale sztormową przez trzy poprzednie. Ci, którzy czekali, aż wiatr spuści z tonu i chmury obeschną, gromadnie opuścili hotele, pensjonaty oraz okoliczne bed & breakfast. Spieszyli do łodzi! Rybackie kutry przerobione na turystyczne łajby w zależności od pojemności i programu zabierały na pokład po kilkunastu lub kilkudziesięciu pasażerów i wypełnione po brzegi ruszały w morze. Cel? Farne Islands National Nature Reserve. Archipelag dwudziestu kilku wysp i wysepek na Morzu Północnym, kilka kilometrów od głównego lądu. Ile jest ich dokładnie? To zależy. Niektóre każdego dnia znikają na wiele godzin pod wysoką falą przypływów, a fale sztormowe są jeszcze wyższe. Rozrzucone pośród kapryśnej wody, smagane nieustępliwym wiatrem skały i rumowiska wydają się ostatnim miejscem, gdzie ktokolwiek chciałby żyć. O tym, jak bardzo są niebezpieczne, świadczą setki wraków, które leżą u ich stóp. Nawet ptaki przylatują tutaj tylko na krótki sezon lęgowy. Ale może właśnie dlatego ludzie od najdawniejszych czasów doszukiwali się na Farne Islands świętości i nadprzyrodzonych mocy. Gdy przeminęli tajemniczy celtyccy pustelnicy, na wyspach zaczęli się osiedlać chrześcijańscy mnisi. Najbardziej znanym był święty Kutbert. Zanim został powołany na urząd biskupa w pobliskim Lindisfarne, zamieszkał na wyspie zwanej dzisiaj Inner Farne. Skromny mnich nie umiał odnaleźć się pośród przywilejów, jakie przysługiwały wysokiemu dostojnikowi Kościoła. Już po dwóch latach porzucił duszne purpury i powrócił do swojej samotni, gdzie zmarł w 687 roku. Przedtem jednak, w roku 676, wprowadził w życie wielce oryginalny dekret, który zagwarantował nietykalność edredonom oraz innym ptakom gnieżdżącym się na wyspach. Dziś uważa się, że to pierwszy tego typu akt prawny w historii. Jedno jest pewne: Kutbert kochał ptaki, a ptaki kochały Kutberta. Zachowane z dawnych czasów obrazy zwykle pokazują go w otoczeniu fal i jego skrzydlatych kompanów, przede wszystkim ukochanych edredonów, morskich kaczek, które Szkoci i miejscowi do dziś nazywają kaczkami świętego Kutberta – Saint Cuthbert’s Ducks albo zdrobniale Cuddy’s Ducks. Legenda świętego Kutberta szybko rozeszła się po świecie i rozsławiła Farne Islands. Kolejne pokolenia zakonników pragnęły pójść, lub raczej popłynąć, w jego ślady. Z myślą o nich zbudowano niewielki klasztor, a pod koniec XVIII wieku pierwszą z kilku latarni morskich. Nie oznaczało to jednak, że nikt się już tutaj nie rozbił – ostatni duży statek poszedł na dno w 1960 roku.

Dzisiaj po mnichach i druidach zostały tylko historyczne zapisy i kamienne budowle. W gotyckim kościółku swoje gniazdka lepią jaskółki, a wróble chronią się przed sztormami. Na rzeźbionych dębowych ławach przysiadają turyści, żeby posłuchać opowieści o ptakach, a klasztornego dziedzińca bronią nieustępliwe rybitwy popielate. Mam tylko nadzieję, że dla Kutberta były bardziej wyrozumiałe. Od prawie 5 wieków nikt już na wyspach nie mieszka. Ostatnio tylko wiosną i latem razem z ptakami osiedlają się tutaj przyrodnicy i naukowcy. Farne Islands przejęła National Trust, ogromna i bardzo sprawna organizacja opiekująca się dziedzictwem narodowym Brytyjczyków. Cały archipelag zamieniła w jeden ze swoich flagowych rezerwatów, który jest domem dla setek tysięcy ptaków morskich oraz mekką pielgrzymujących do nich ludzi.

Nam tamtego dnia nie udało się wsiąść na żadną z łodzi. Wszędzie był komplet! Sprawy nie ułatwiał fakt, że na 3 wyspach udostępnionych ptasiarzom i turystom można przebywać tylko do godziny 16. Nie pozostało nam nic innego, jak zasięgnąć języka u bardzo przyjaznych operatorów łodzi, sprawdzić prognozę pogody i zabukować bilety na najbliższy możliwy termin – pojutrze. Mieliśmy szczęście, które nieco zblakło w chwili płacenia: 52 funty za przejazd łodzią oraz 24 funty za wstęp do rezerwatów. Razem 76 za dwie osoby! I kto powiedział, że na przyrodzie nie można zarobić?

Po dwóch dniach stawiliśmy się z powrotem w porcie. Chwilę później płynęliśmy w morze w towarzystwie 40 innych osób na pokładzie. Początkowo niewiele się działo. Szare fale wykończone białymi koronkami morskiej piany. Szaro-białe niebo. Ciasno upakowani ludzie, odziani w trekkingową odzież z wieloma niekoniecznie potrzebnymi rzepami i suwakami. No i jak zawsze za głośny silnik, którego ryk psuje każdy krajobraz… Kilometr, może dwa od brzegu przestrzeń wokół nas zaczęły wypełniać mewy. Wkrótce na wodzie, pod wodą i w powietrzu pojawiły się pierwsze alki i nurzyki. Przybywało ich z każdym metrem. Cały ten ruch i zgiełk niczym meksykańska fala poderwał w końcu pasażerów łodzi, tym bardziej że ktoś krzyknął, pokazując palcem: There it is![1]. No i był: pierwszy tamtego dnia maskonur. W zasadzie to dla niego i dla jego ziomków ludzie tłoczyli się na tej łodzi. Od tej chwili słynny angielski dystans zaczął szybko ustępować angielskiemu entuzjazmowi. Na jego tle nawet kilkoro obecnych tam Włochów sprawiało wrażenie wyjątkowo statecznych. W gronie pasażerów byli jeszcze co najmniej Szkoci i Niemcy. Pośród monotonii maskujących kurtek zdecydowanie wyróżniała się trzydziestoparoletnia Chinka, która towarzyszyła jednemu Anglikowi. Wyraziste wzory i kolory jej ubrań rzucały się w oczy tak samo jak charakterystyczne znaki firmowe, powszechnie uważane za drogie i pożądane. Ludzie zaczęli się kręcić, wiercić i wstawać. Co bardziej niecierpliwi wyciągali z bezpiecznych pokrowców drogie aparaty, nie bacząc na ryzyko zalania ich morską wodą. Choć bladzi i zmarznięci, wszyscy zaczęliśmy się rumienić, a niektórzy nawet wzruszać. Bo i jak się nie wzruszyć na widok mknącego niemal na wyciągniecie ręki maskonura? Przecież on sam wygląda, jakby był wzruszony. Jeśli jest jakiś ptak, do którego ma się ochotę podejść i przytulić, to jest to właśnie maskonur. Idę o zakład, że gdyby były większe, wykorzystywano by je dzisiaj w psychoterapii, tak jak konie, krowy czy delfiny. Jeśli ktoś się uprze, zawsze może sobie kupić pluszowego. Są tutaj dostępne w każdym (rozsądnym) rozmiarze.

Maskonur to jeden z ulubionych ptaków Brytyjczyków. Oni co jakiś czas głosują nie tylko na to, które partie zasiądą pod Big Benem, ale wybierają też swojego ulubionego ptaka. Od kilku już kadencji stale wygrywa rudzik. Kiedy Szkoci z kolei w 2013 roku wybierali swojego narodowego ptaka, maskonur przegrał o małe piórko z takimi tuzami jak pardwa szkocka, głuszec, rybołów i orzeł przedni, który ostatecznie dostąpił tego zaszczytu. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że nie była to równa walka. Do głosowania na pardwę zagrzewało silne lobby producentów narodowego napoju Szkotów – whisky, rybołowy i głuszce są tam dobrze znanymi symbolami ochrony przyrody, a orzeł przedni to najbardziej popularny ptak herbowy na świecie. Co najmniej od czasów Cesarstwa Rzymskiego zasiedla narodowe godła, proporce dumnych armii, herby wielkich miast i znamienitych rodów, a także złote monety, biblijne przypowieści, kościelne ambony, mity, legendy itd. itp.

Tymczasem nasz maskonur wciąż leciał wzdłuż łodzi. Zamiast skrzydeł widać było tylko wir… Alki i nurzyki, kuzyni maskonurów, mają taką samą technikę lotu. Gdy się rozejrzałem, dookoła wirowały setki, a może tysiące par skrzydeł i skrzydełek! W tamtej chwili przestałem nawet słyszeć ryk silnika.

OKO W OKO Z KORMORANEM

Zacumowaliśmy przy pierwszej wyspie. Staple Island łagodnie, ale zdecydowanie wynurzała się z morza na wysokość co najmniej dwudziestu kilku metrów. Zewsząd przyglądały się nam zaciekawione maskonury. Zebrały się po jednej stronie wąskiej ścieżki, którą wchodziliśmy na rozległy, płaski szczyt wyspy. Nosy zadarte, piersi do przodu, brzuchy wciągnięte… Jak w komitecie powitalnym. Ich absurdalnie wielkie, fantazyjnie żłobione dzioby rozbłysły w słońcu niczym kolorowe lampki. Do tego bladosrebrzyste poliki z ciemnym okiem osadzonym w mocnym, czerwono-grafitowym makijażu w kształcie trójkąta. Czarne peleryny na skrzydłach i plecach opadały na lśniąco białe piersi i brzuchy. Czarne czapeczki i czarne apaszki. Wszystko to wykończone bardzo pomarańczowymi stopami z czarnymi paznokciami. I ten jedyny w swoim rodzaju, poczciwy i rozczulający wyraz twarzy maskonura! Ciekawe, że tylko one tak zareagowały na gości. Ciekawe, że goście tylko na nie tak reagowali. Coraz bardziej soczyste rumieńce na twarzach przybyszów zaczęły współgrać z czerwienią na dziobach maskonurów. Ci, co jeszcze niedawno tylko się uśmiechali, teraz się głośno śmiali. I chyba nikt już nie krył wzruszenia. W pierwszej chwili wydawało się, że na wyspie są dziesiątki maskonurów. Kiedy jednak oczy przyzwyczaiły się do nowych warunków, a mózg zaczął nadążać za ich przekazem, okazało się, że są ich tysiące. Powoli zaczęły angażować się uszy, a za nimi pozostałe zmysły. Może mnisi i druidzi mieli rację…?

Po drugiej stronie ścieżki butelkową zielenią i brązami mieniły się kormorany czubate. Wiatr targał ich hispterskie grzywki, podczas gdy reszta piór trwała niewzruszona niczym małe, lśniące zbroje. Każde pojedyncze pióro na skrzydłach i plecach w precyzyjnej, matowej obwódce. Wszystkie razem zachodziły na siebie, tworząc piękny łuskowaty wzór. Kormorany, inaczej niż maskonury, wydawały się całkowicie zajęte swoimi sprawami i nie zwracały uwagi na przyjezdnych. Zatrzymałem się przy jednym z gniazd i usiadłem na ziemi w odległości najwyżej pół metra. Spały w nim trzy grube, naprawdę brzydkie pisklęta. W pierwszej chwili nie mogłem się ich doliczyć, bo małe kormorany zachowywały się jak śpiące szczeniaki. Pochrapywały, skłębione w taki sposób, że trudno było dojść, do którego z nich prowadziła która głowa, szyja albo noga. Ich rodzice kompletnie ignorowali moją obecność. Po raz pierwszy w życiu (ale tamtego dnia nie ostatni) znajdowałem się tak blisko dzikiego ptaka, i to na gnieździe! Tutaj w relacjach z nimi obowiązywała jedna zasada: nie dotykać. Jeśli ktoś mógł ją złamać, to tylko one. I czasami łamały, zaintrygowane jakimś odstającym kawałkiem czyjejś odzieży. Mogłem do woli i bez ograniczeń patrzeć w szmaragdowe oczy kormoranów. Poza odurzającym kolorem i wrażeniem trójwymiarowej głębi były w nich wzory, które układały się jak w kalejdoskopie! Mało kto na Ziemi (o ile ktokolwiek) ma takie piękne oczy jak kormorany. Te żyjące w Polsce, chociaż to inny gatunek, też takie mają. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby pozwoliły nam w nie zajrzeć. Jakby tego było mało, tuż pod kosmicznymi oczami świeciły wielkie, neonowe usta. To woskówki, czyli nieopierzona skóra, która wygląda, jakby była pokryta woskową pomadą. U kormoranów czubatych okala kąciki lub raczej kąty ich przepastnych otworów gębowych. Każde otwarcie pozbawionego nozdrzy dzioba (jedno z wielu przystosowań do życia w częstym zanurzeniu), a już szczególnie ziewnięcie, było jak nagłe włączenie latarki. Mocne, żółte światło rozbłyskiwało nawet w pełnym słońcu! Ojciec w pozycji na pingwina siedział przy gnieździe i kontemplował okolicę. Wyraźnie znudzona matka co jakiś czas jakby od niechcenia iskała dziobem swoje pociechy. Dużo więcej iskania było w gniazdach zamieszkiwanych przez starsze pisklęta, którym wyrastały już pierwsze pióra. Szukające ulgi młodziaki mogły liczyć na swoich rodziców i siebie nawzajem.

Opierzanie się lub pierzenie to wyjątkowo irytujący czas w życiu każdego ptaka. U dorosłych, które regularnie wymieniają pióra, proces ten jest prawdopodobnie jeszcze bardziej dokuczliwy i krępujący. Przyjrzycie się w sierpniu miejskim srokom lub wronom. Wyglądają, jakby właśnie uszły z życiem ze spotkania ze zgrają sarkastycznych kotów albo cierpiały na łysienie plackowate. Dorzućcie do tego trochę empatii, a zrozumiecie, co mam na myśli. Wygląd i kondycja piór są dla ptaków bardzo ważne. Każdego dnia poświęcają im długie kwadranse, jeśli nie godziny. W zależności od gatunku wymiana piór może być częściowa lub całościowa. Zachodzi raz, dwa, a u lodówek (gatunek eleganckiej, czekoladowo-kremowej kaczki, do zobaczenia zimą na naszym Bałtyku) nawet trzy razy do roku. Z kolei duże ptaki drapieżne czy żurawie wymieniają swoje pióra stopniowo i tylko raz na dwa lata. Nowe pióra wypychają stare. Wszystko, czego potrzebują do wzrostu, rozprowadza krew. Silnie ukrwiona skóra zmienia swoją strukturę, staje się nabrzmiała i skłonna do podrażnień. Złuszczają się wielkie ilości naskórka i powstaje znany nam skądinąd łupież. Wszystko swędzi. To trochę jak… założyć rajstopy na owłosione nogi. (Sprawdzałem). Być może niewielkim pocieszeniem jest to, że poza wyjątkami, takimi jak kazuary czy kiwi, pióra porastają ptaki nierównomiernie. Miejsca, w których rosną, nazywamy pteryliami, a te, w których ich nie ma, apteryliami. Uderzenie sporej dawki hormonów aktywuje i wspiera proces pierzenia, ale to wcale nie ułatwia ptakom życia. (Jak to z hormonami. Nie, nie sprawdzałem). Wypadającym, a w szczególności rosnącym piórom i skórze trzeba poświęcić jeszcze więcej uwagi niż zwykle. Wiele kaczek, gęsi i łabędzi, które na kilka tygodni tracą zdolność lotu, udaje się w tym celu na używane od pokoleń i często odległe pierzowiska. Ważne, żeby było tam dużo dobrego jedzenia i żeby było bezpiecznie. Rozpoznamy te miejsca po stadach dziwnie wyglądających i tak samo zachowujących się ptaków oraz po wielkiej ilości piór zbierających się na brzegach wód, kłębiących się w kępach traw i krzewów lub unoszonych w podmuchach wiatru.

Mimo boleśnie przebijających się przez skórę piskląt piór i piórek nastrój odprężenia i relaksu panował w całej kolonii kormoranów czubatych, która w tamtym punkcie wyspy liczyła trzydzieści kilka rodzin. No, może z wyjątkiem dwóch spóźnialskich par. Był czerwiec, a one budowały gniazda. Być może straciły pierwszy lęg? A może zginęli ich poprzedni partnerzy i owdowiałe ptaki dopiero co znalazły nową drugą połówkę? W każdym razie bardzo się spieszyły. Potrzebny budulec – trawy, liście, łodygi i wodorosty, cokolwiek można znaleźć na wyspie lub w okalających ją wodach – wyciągały z gniazd sąsiadów. Przeważnie spotykało się to ze zrozumiałym oburzeniem. On kradł i uciekał lub dzielnie przyjmował razy. Ona bez wybrzydzania układała w nowym lokum materiał z second handu, noszący wyraźne ślady zużycia. W nielicznych gniazdach ptaki jeszcze wysiadywały jaja, jednak w większości były już młode. Od małych, półślepych i nagich, przez duże, pokryte burym puchem kluski w kształcie kartaczy, po całkowicie już opierzone, ale jeszcze nielotne ptaki. Te ostatnie na tym etapie są zwykle dużo cięższe od dorosłych. Czasami są tak opasłe, że rodzice fundują im kilkudniową głodówkę. Muszą schudnąć, żeby w ogóle myśleć o lataniu! Dzieci wkrótce zaczną się usamodzielniać, a odłożone w ciele zapasy tłuszczu są dla nich jak kanapki na drogę. Minie sporo czasu, zanim młodzież nauczy się łowić ryby z taką samą zręcznością jak rodzice. Mama i tata będą jeszcze donosić jedzenie, ale do czasu. Słowem – zbliża się czas postu. Póki co jednak, każdy dzień był jak tłusty czwartek! Co było widać, słychać i czuć, i to w każdym tego słowa znaczeniu. Wrażenie dostatku i obfitości panujących w kolonii zaskakiwało, tak samo jak duże zróżnicowanie rytmu poszczególnych par i rodzin. Wszystkie stadia, od budowy gniazd, po dorosłe już pisklęta. Każdy w swoim tempie. Ani śladu zawziętej rywalizacji, żadnej walki o pokarm lub miejsce, którą tak chętnie epatują filmy przyrodnicze. W każdym gnieździe syte dzieci, z których większość spała, ocieniana przez troskliwych rodziców.

W tamtej chwili jedynym problemem wydawało się słońce. Mimo że północne i odległe, dla ptaków pokrytych gęstymi, ciemnymi piórami i tak wyraźnie za mocne. Gładcy i pięknie połyskujący rodzice oraz ich kosmate brzydkie kaczątka – wszystkie kormorany intensywnie ziały, tak jak zieją zgrzane psy. Jedne i drugie nie mają gruczołów potowych. Ptaki ich nie mają, bo postawiły na latanie. Niektóre, tak jak kormorany, z sukcesem podbiły też wodne tonie. Wysoko w powietrzu czy pod wodą, lepiej się nie pocić, bo można umrzeć z wychłodzenia. Poza tym próbował ktoś kiedyś odparować wodę przez pierzynę? U alek, nurzyków czy maskonurów wyjątkowo gęste i sztywne pióra są w pełni wodoodporne. U kormoranów wody nie chłoną jedynie bezpośrednio przylegające do skóry pióra puchowe. Pióra okrywowe, które różnym ptakom zapewniają najbardziej wyszukane barwy i rysunki, nadają im kształt i wygląd, u kormoranów nasiąkają wodą. Dodatkowy balast ułatwia im zanurzenie. To bardzo przydatne, kiedy łowi się ryby pod wodą, choć i pewna niedogodność: po każdej dłuższej sesji nurkowania pióra trzeba wysuszyć. Robią to wszystkie kormorany, a także ich kuzyni, wężówki, i niektóre pelikany. Stąd widok dużych, czarnych ptaków stojących na wietrze z proroczo rozpostartymi skrzydłami. Pióra razem z solidną warstwą tłuszczu pod skórą zapewniają ptakom morskim lepszą izolację niż najlepszy hi-tech kombinezon. Ich prawdziwym żywiołem nie są żadne, najświętsze nawet wyspy, ale rwące morskie prądy i to tam spędzają one większość życia.

Pióra zapewniają też swoim właścicielom skuteczny kamuflaż. Wiele kormoranów, a także maskonury, alki, nurzyki, burzyki czy pingwiny ubarwione są według tego samego planu: białe od spodu i czarne, brunatne lub grafitowe z wierzchu. Gdy nurkują lub unoszą się na falach, jasne brzuchy sprawiają, że ptaki zlewają się z prześwitującym przez wodę niebem, dzięki czemu stają się mniej widoczne dla drapieżników płynących pod nimi. Ciemne plecy z kolei powodują, że te same ptaki widziane z góry zlewają się z morską tonią i są mniej widoczne dla drapieżników płynących lub lecących nad nimi. Pełen kamuflaż nie obowiązuje jedynie w krótkim sezonie godowym i natychmiast po jego zakończeniu wszyscy zrzucają swoje ekstrawaganckie ozdoby. Nawet wielkie dzioby maskonurów, ich znak rozpoznawczy, kurczą się i przestają prowokować żółcią i czerwienią. Stopy podążają w tym samym kierunku i też bledną. Nurkujące ptaki wyglądają, jakby latały pod wodą, i technicznie rzecz biorąc, to jest dokładnie to, co robią. Podczas nurkowania nogi służą im za stery, a skrzydła za wiosła. Służyć muszą dobrze, bo ptaki te żywią się przede wszystkim rybami. Żeby rybę dopaść i schwytać, muszą być od niej szybsze i zwinniejsze. Ponieważ ich skrzydła są takie małe, w locie uderzają nimi kilka razy na sekundę, zostawiając charakterystyczny ślad wiru. Muszą nimi tak szybko machać, żeby w ogóle utrzymać się w powietrzu. Wszystko dlatego, że na drodze ewolucji maskonury, a także alki i nurzyki, zafundowały sobie możliwie najmniejsze skrzydełka, za to takie, które umożliwiają im dwa w jednym: latanie pod i nad wodą. Większe nie sprawdziłyby się w morzu, mniejsze nie dałyby rady w powietrzu. Całe to towarzystwo skończyłoby jak pingwiny, które w drodze do swoich gniazd ślizgają się na brzuchach. Tymczasem nasi znajomi z Farne Islands dolatują do swoich kolonii z prędkością, która w przypadku maskonurów może sięgać 90 kilometrów na godzinę! Ptaki te często zakładają swoje kolonie w miejscach, do których można dostać się wyłącznie drogą powietrzną. O takich lokalizacjach pingwiny mogą tylko pomarzyć. Od samego patrzenia na klify i urwiska, które pionowo spadały do morza po drugiej strony wyspy, kręciło się w głowie. Na kolejnej wyspie, do której dotarliśmy, widok robił jeszcze większe wrażenie. Tamtejsze klify były dużo wyższe i jeszcze gęściej zasiedlone. Zajęta była każda półka i półeczka, która dawała oparcie chociażby parze ptaków i ich pojedynczemu jaju (alki i nurzyki) albo gniazdu z jajami (mewy trójpalczaste czy kormorany). Takie położenie gwarantuje pełną ochronę przed jakimkolwiek czworonożnym drapieżnikiem, nawet gdyby jakimś cudem udało mu się dostać na wyspę.

Na maleńkich Farne Islands zaobserwowano do tej pory aż 290 różnych gatunków ptaków. Małe Wyspy Brytyjskie to obok ogromnej Rosji region z najdłuższą listą w Europie. Na ten moment jest na niej 600 pozycji[2]. Brytyjczycy mogą poszczycić się nie tylko imponującym zestawem gatunków lęgowych, ale też długim rejestrem gości. To dzięki położeniu na skrzyżowaniu wielkich szlaków migracyjnych, które łączą Afrykę i Półwysep Iberyjski z północną Europą i Syberią z jednej strony oraz Islandią, Grenlandią i kanadyjską Arktyką z drugiej. Do tych, którzy latają regularnie i planowo, trzeba dodać ciekawych świata oraz tych, co dali się ponieść powietrznym prądom i przegapili swoje przystanki w południowej Europie. Są jeszcze tacy, co po prostu zabłądzili lub zniosły ich potężne sztormy wiejące znad zachodniego Atlantyku i zamiast na Karaibach czy w Ameryce Południowej wylądowali w Szkocji, Walii lub Kornwalii. (Sytuacje odwrotne oczywiście też się zdarzają).

Wiosną 1984 roku jedyny zakręt w prawo na trasie ze swoich zimowisk u zachodnich wybrzeży Afryki przegapiła pewna rybitwa bengalska i zamiast na libijskim wybrzeżu Morza Śródziemnego wylądowała na Farne Islands. Tam oczywiście nie miała szans na znalezienie partnera własnego gatunku. Niespeszona całym tym geograficznym zamieszaniem, przygruchała sobie lokalnego samczyka rybitwy czubatej. Elsie, jak nazwali ją angielscy ptasiarze na cześć lwicy Elsy z afrykańskiego buszu, choć z wyglądu eteryczna i krucha, okazała się prawdziwą twardzielką. A jaka wierna była! Przez 13 kolejnych wiosen wracała do swojego wybranka, nie bacząc ani na jego kiepskie pochodzenie, ani na liche północne lato. Przez cały ten czas wychowali razem kilkoro międzygatunkowych młodych. Potem ślad po niej zaginął. Nie wiemy, czy powróciła na tradycyjne dla swojego gatunku lęgowiska, czy odleciała tam, dokąd wszyscy w końcu odlatujemy… Dopóty pojawiała się na Farne Islands, każdego sezonu przyciągała tysiące birdwatcherówi twitcherów, którzy pragnęli zobaczyć ją na własne oczy[3].

Na Farne Islands przyjeżdża się jednak nie dla tych przelotnych czy nawet wyjątkowo rzadkich twitcherskich okazów. Tutaj najlepszy spektakl zapewniają ptaki „pospolite”, te, które przylatują regularnie, aby założyć gniazda i wychować pisklęta. 6 par jaskółek dymówek czy 14 par krzyżówek może nie robi dużego wrażenia (tak, nasza dobra znajoma z miejskich stawów potrafi się urządzić nawet w ekstremalnym krajobrazie sztormowego archipelagu!), ale 21 par ostrygojadów (tyle, co w całej Polsce!) albo 573 pary edredonów już tak. Podobnie jak 227 par fulmarów, bliskich krewnych albatrosów. Fulmary, w przeciwieństwie do swoich sławnych kuzynów z południowych mórz i oceanów, na swój dom wybrały wody północne. Robią one tym większe wrażenie, że gnieżdżą się kolonijnie i głośno. Bardzo głośno! Ale nie głośniej niż cała reszta tutejszej multikulturowej społeczności, do której według ostatniego liczenia w sezonie 2016 należało: 482 pary alek, 49037 par nurzyków, 671 par kormoranów czubatych, 3499 par mew trójpalczastych, 1508 par rybitw popielatych i 629 czubatych. Były tam jeszcze między innymi rybitwy rzeczne w liczbie 87 par, mewy żółtonogie – 572 pary, oraz dobrze nam znane z naszych miast mewy śmieszki – 506 par, i mewy srebrzyste – 660 par. Do tych statystyk byłoby trzeba dodać singli oraz przelotnych gości, których poza wyjątkami nikt nie liczy.

KJJJAAA! KJA! KJA!

O ile śmieszki z punktu widzenia na przykład maskonurów bywają zaledwie uciążliwe, o tyle pozostałe dwa gatunki mew, żółtonoga, a w szczególności srebrzysta, to już zupełnie inna kategoria sąsiedztwa. Śmiechy – jak nazywa się je w ptasiarskim żargonie – unoszą się nad podziemnymi osiedlami maskonurów w hałaśliwych chmarach. Wypatrują ryb, które zgubili rodzice powracający do ukrytych w norach piskląt. Nie tak trudno upuścić śliską rybkę czy dwie, kiedy ma się ich w dziobie kilka lub kilkadziesiąt. Znany rekordzista niósł na raz 62! Najpewniej każdą złowił oddzielnie. Jest to możliwe dzięki specjalnej budowie dzioba, która pozwala tym ptakom otwierać i zamykać górną i dolną część nie tylko pod kątem, ale i równolegle. Ostre, rąbkowane krawędzie, klocowate wypustki na podniebieniu oraz równie klocowaty, naciskający od dołu język pomagają z kolei utrzymać złapane sztuki w miejscu. Mały rybak może więc dokładać do koszyka kolejne szprotki i łowić dalej. Mimo tych wszystkich zabezpieczeń obładowane po brzegi maskonury czasami tracą część zdobyczy, szczególnie że zwrotność w powietrzu i lądowanie nie są ich najmocniejszą stroną. Bywa, że specjalnie coś upuszczają, żeby tylko dać zajęcie siedzącym im na ogonie piratom. Wszystko to brzmi bardzo prosto, ale łatwiej powiedzieć niż wykonać – na ziemi czekają mewy żółtonogie! Zachowują się, jakby miały oczy i uszy dookoła głowy i rzucają się na każdego lądującego z rybami ptaka. Ścigają go dopóty, dopóki ten nie odda im części swojego połowu albo nie schowa się w norze. Czasem trzeba ratować się ucieczką do pierwszego lepszego wejścia i pobiec do domu, gdy tylko teren się oczyści. Mewy chyba o tym wiedzą, bo wiele z nich zagląda do nory, w której zniknęła ich niedoszła ofiara. A może taka już natura mew, że jak coś robią, to dokładnie? Gdy idzie o jedzenie, na pewno! Widziałem, jak pewien maskonur wyszedł spod ziemi tuż za plecami swojego prześladowcy, gdy ten ciągle zaglądał do nory, w której przed sekundą mały spryciarz się schował. Poza okazjonalnym tylnym wyjściem albo okupem maskonury próbują też innych sposobów na przechytrzenie natrętnych sąsiadów. Na przykład kołują nad kolonią albo czekają w pobliżu na lepszy moment, aby bezpiecznie wylądować. Najważniejsza zasada to nigdy nie wracać z rybą do domu w pojedynkę. W grupie łatwiej rozproszyć uwagę przeciwnika i przede wszystkim zmniejsza się prawdopodobieństwo napaści zgrai mew na każdego z osobna.

Żyjąc po sąsiedzku z mewami i wydrzykami, niewielkie, najwyżej wielkości gołębia, maskonury nauczyły się ukrywać swoje gniazda pod ziemią. Inaczej wszystkie ich jaja i pisklęta (gdyby jakimś cudem się wykluły) zostałyby szybko pożarte. Alki i nurzyki składają swoje jaja na naturalnych gzymsach zawieszonych nad przepaścią, tak wąskich, że dużym mewom trudno się na nich zatrzymać. Poza tym lęgnące się tam ptaki mają przewagę obronną i mogą liczyć na wsparcie tłumu sąsiadów. Dorosłe maskonury, chociaż w pierwszym kontakcie wydają się mało asertywne, są twardymi przeciwnikami dla tych, którzy chcieliby je zjeść, i nie oddadzą swojego życia bez walki. Zdrowy maskonur kopie (nie na żarty!), drapie, dziobie i gryzie. Lepiej nie wkładać palca pomiędzy jego kolorowe szczęki! Zaskakująco silny ptak wije się, turla i koziołkuje. Jego twarde, zwarte pióra są jak gładka tarcza i bardzo trudno go utrzymać. Mimo to przed mewą srebrzystą, która właśnie wylądowała na granitowym słupku na skraju kolonii, lepiej mieć się na baczności. Swoją obecność natychmiast obwieściła głośnym, upiornym śmiechem: charakterystycznym, wielokrotnie powtarzanym „kjjjaaa-kja-kja”. I nie dajmy się zwieść jej sukni w barwach niewinnej bieli i błękitnej szarości[4]. Mewa srebrzysta to prawdziwy szwarccharakter w anielskim przebraniu. Jej spojrzenie mówi samo za siebie! Robiło tym większe wrażenie, że ciemna źrenica w pełnym słońcu skurczyła się do wielkości główki od szpilki i bladożółta, prawie biała tęczówka wypełniała całe oko ptaka. Obojętnie jak zwężona, ta źrenica widzi wszystko. Jakby cały świat przenikała. Może i coś w tym jest, bo wszystko wskazuje na to, że mewy widzą w ultrafiolecie. Kormorany mają piękne oczy, ale jakby nie z tej ziemi. A może tylko nie z tego czasu… Bez względu na to, skąd pochodzą, są dla nas nieczytelne. Wiele innych ptaków ma oczy zbyt ciemne albo po prostu za małe, żebyśmy mogli w nich dostrzec jakąkolwiek ekspresję. Ale nie mewa srebrzysta. Jej spojrzenie jest zawsze pełne wyrazu.

Przenikniony poszedłem w kierunku wysokiej krawędzi wyspy, gdzie wśród łanów pietruszki aleksandryjskiej mewy – kilka par, może więcej? – ukrywały swoje gniazda. Kiedy już wiedziałem, czego szukać – czubka śnieżnobiałej głowy pośród ciemnozielonych liści i penetrującego spojrzenia maleńkiej źrenicy – znajdowałem coraz to więcej ptaków wysiadujących jaja lub osłaniających niedawno wyklute pisklęta. Kilka innych trzymało wartę, siedząc na widocznych tu i ówdzie kamieniach. Co jakiś czas dyskretnie coś tam zagadywały. Mewy srebrzyste mają rozbudowany system komunikacji, w którym często łączą sygnały dźwiękowe i mowę ciała. Wielu badaczy uważa to za język. Okazuje się, że w zależności od body language odzywającego się ptaka, ta sama wokalizacja może oznaczać różne, nawet przeciwstawne treści. Ułożenie głowy, skrzydeł, ogona, całej sylwetki, a nawet kontekst sytuacyjny – wszystko ma znaczenie. Uderzyło mnie, że mewy srebrzyste, które w zasadzie nie okazują lęku przed nikim i niczym, tam, w swojej małej kolonii, zachowywały taką czujność. Już samo to, że tak starannie ukryły gniazda… Czyżby znały stare powiedzenie pewnego gatunku, z którym ani one, ani nikt inny na tej planecie nie może się równać, jeśli chodzi o zuchwalstwo i drapieżność: oko za oko, ząb za ząb? Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakby ptaki zdawały sobie sprawę, że skoro one plądrują gniazda innych, to inni mogą splądrować ich gniazda. Szukając potwierdzenia, zajrzałem w bladożółte oczy najbliższej z nich… Tylko czujność!

Duże mewy, takie jak srebrzysta – około 60 centymetrów długości i jakieś półtora metra rozpiętości skrzydeł – mają prosty przepis na sukces: chwycić w dziób wszystko, co chociaż trochę przypomina jedzenie – obojętnie, martwe czy ciągle jeszcze żywe – i połknąć tak szybko, jak się da. Wiedzą, że nie mają czasu do stracenia, bo według tego samego klucza działają wszystkie duże mewy. I żadna nie zawaha się wydrzeć im zdobyczy z gardła! Chyba że któraś odkryła dobrze zaopatrzony „bufet” i wie, że sama i tak wszystkiego nie zje. Wówczas zwołuje koleżanki i kolegów i chętnie się z nimi dzieli. Wystarczy krzyknąć i poczekać kilka sekund. Taki gest się opłaca, w przyszłości może zaowocować lepszymi notowaniami towarzyskimi. Gdy jedzenia nie ma dużo, a sięgnięcie po nie jest ryzykowne, mewy również szukają wsparcia i nawołują do współpracy: „Ja wskoczę do tego otwartego kontenera z resztkami ryb, a ty patrz, czy nikt nie idzie. Potem się zmienimy”. „O, zobacz, w tamtym domu jest otwarte okno! Zajrzymy?”Mewy srebrzyste to ptaki śmiałe i bardzo ambitne. A to któraś połknie gołębia na krakowskich Błoniach, ku przerażeniu starszej pani, która właśnie go karmiła. Inna powoli i sekwencyjnie pochłonie królika i na jakiś czas stanie się gwiazdą brytyjskich mediów. Wszystko dzięki serii zdjęć, którą ktoś zdążył zrobić. Na ostatnim widać tylko tylne łapy nieszczęśnika, wystające po jednej z każdej strony niedomykającego się dzioba. Jeszcze inna rzuca się na naiwnego gołąbka pokoju, którego papież Benedykt wypuścił po spotkaniu z wiernymi na placu Świętego Piotra[5]. Jej kuzynka w brawurowym natarciu kradnie hamburgera wprost z rąk rosłego nastolatka, gdy ten podnosi swoją kanapkę do ust. W biały dzień, w centrum Londynu! Mój faworyt to metoda „na tacę”. Mewy spadają na tace z jedzeniem, które ludzie niosą do stolików. Skutek jest zawsze taki sam: kiedy twój obiad jest już na ziemi, możesz jedynie podziwiać bezczelność, z jaką gang srebrzystobiałych ptaków dzieli się nową zdobyczą. W Anglii w popularnych nadmorskich miejscowościach powszechne są znaki informujące o mewach rozbójnicach. Na nich ostrzeżenia te nie robią żadnego wrażenia. Dalej z janosikową fantazją porywają frytki, gofry, ryby i co tam jeszcze zajadają letnicy na otwartych tarasach lokalnych barów. Czasami zaglądają do środka i ściągają z półki paczkę chipsów lub cokolwiek znajdą w zasięgu dzioba.

Mewy potrafią dostrzec i wykorzystać każdą okazję. Nikt nie może w ich towarzystwie spokojnie zjeść. Maskonur czy homo sapiens, nie ma to znaczenia. Jeśli zobaczą, że na przykład kormoran złowił rybę, zrobią wszystko, żeby mu ją odebrać, nawet jeśli będzie to oznaczało jej zwymiotowanie. Okup to czasami jedyny sposób, żeby pozbyć się piratów, tym bardziej że mewy w takich sytuacjach działają zespołowo. Gdy już dopną swego, obowiązuje zasada kto pierwszy, ten lepszy! Wiosną i jesienią, a tam gdzie jest cieplej również zimą, można zobaczyć, jak ptaki przechadzają się po łąkach, polach i trawnikach. Zatrzymują się i… zaczynają stepować? Tańczą solo lub w zespołach, jak w irlandzkich tańcach ludowych. Przestępując z nogi na nogę, wprowadzają wilgotną ziemię w stan wibracji. Schowane w glebie dżdżownice kojarzą to ze zbliżającym się kretem, więc ratują się ucieczką na powierzchnię. Kłopot w tym, że tam czeka na nie stepująca mewa lub cały roztańczony zespół. Im więcej ptaków, tym większe wibracje i tym więcej uciekających robaków. A nuż i jakiś kret się rozpędzi i wyjrzy spod ziemi… Jak mewy na to wpadły? W porównaniu z zaklinaniem dżdżownic łapanie złotych rybek w parkowych stawach na przynętę z chleba wydaje się banalne. Niczym niezwykłym nie będzie też widok pewnej zadowolonej z siebie mewy, która wieczorami sadowiła się na szczycie dachu, pod którym za dnia spały nietoperze. Właśnie się obudziły i jeden po drugim zaczęły wylatywać z kryjówki… Daleko nie poleciały. Zrzucane z wysokości na kamienie lub beton kraby, małże oraz inne morskie delikatesy zamknięte w twardych muszlach i skorupach to już klasyka[6]. Wbrew niewyszukanym manierom i obiegowej opinii zdrowa i syta mewa srebrzysta ma czuły smak i może być bardzo wybredna. Nie lubi słonego, kwaśnego ani nawet bardzo zepsutego mięsa. Czasami, żeby poprawić jakość swoich potraw, płucze je lub moczy w wodzie.

Mewy srebrzyste, podobnie jak inne wielkie mewy, mają też jedną szczególną umiejętność, której mógłby im pozazdrościć niejeden lekarz. Doskonale odczytują najmniejsze oznaki słabości lub choroby. Gdy już namierzą chorą lub tylko naiwną sztukę, nie dadzą jej spokoju. Nękanie i stres wywołany ich natarczywą obecnością oraz powtarzane ataki szybko osłabiają przyszłą ofiarę, która może zostać połknięta żywcem (oczywiście jeśli tylko jej rozmiary na to pozwolą). Tak samo mewy połykają jaja i pisklęta – choćby z gniazd swoich sąsiadów. Im większa kolonia, tym więcej kanibalizmu. Gdy jednak kolonii zagraża jakiś drapieżnik, wszystkie ptaki solidarnie jej bronią. Naturalnie znajdą się i tacy, co wykorzystają zamieszanie, żeby szybko posilić się czyimś jajem lub pisklęciem.

Mewy nauczyły się też współpracować z dużymi drapieżnikami. Naprowadzają je na potencjalne ofiary. Przecież gdy taki niedźwiedź polarny zabije fokę, to nie zje jej w całości. To dzięki działalności największych na Ziemi drapieżników – ludzi – jakieś 40 lat temu rozkwitła populacja mew srebrzystych. Intensywne połowy ryb morskich i coraz większe ilości rybackich odpadów nie mogły umknąć ich uwadze. Mew zaczęło przybywać. Kolejne pokolenia musiały szukać dla siebie nowych miejsc. Wzdłuż morskich wybrzeży i dużych rzek zaczęły kolonizować śródlądzie. Wisłą, na przykład, dotarły do Krakowa, a Odrą do Wrocławia. Szacuje się, że w Polsce gnieździ się dzisiaj około 2 tysięcy par mew srebrzystych. Najwięcej jest ich w miastach na Wybrzeżu, gdzie zakładają niewielkie kolonie na płaskich dachach wysokich budynków. W tak zwanym krajobrazie naturalnym srebrzyste, podobnie jak inne duże mewy, są u nas rzadkością. Ptaki te lubią duże miasta, bo tam produkuje się ogromne ilości odpadów. W większości składowane na odkrytych, łatwo dostępnych hałdach, nasze resztki utrzymują też niemałe populacje myszy i szczurów. Czegóż więcej mogłaby chcieć wszystkożerna mewa, czyścicielka i sanitariuszka, a gdy nadarzy się okazja, również drapieżnik! Jej czuły przewód pokarmowy zwykle szybko pozbywa się elementów rozpoznanych jako niestrawne. Kłopot jednak w tym, że pokarm znajdowany na śmietniskach jest bardzo marnej jakości, a często nawet trujący. Szczególnym problemem są zalegające w żołądku i jelitach sznurki czy worki plastikowe. Latanie za kutrami też już nie przynosi takich korzyści jak kiedyś. Od lat 70. XX wieku zjedliśmy lub zmarnowaliśmy 90 procent ryb żyjących w morzach i oceanach. Wzrosło zatrucie i przede wszystkim zaśmiecenie wód. Ponad 90 procent ptaków morskich nosi w sobie mniejsze lub większe ilości plastiku. Wiele z tego powodu umiera. Po latach wzrostów również srebrzystych zaczyna ubywać.

Mewy są praktyczne. Gdy dookoła śnieg i mróz taki, że nawet woda w morzu zamarza, rezolutne ptaki zamiast na lodzie, siadają na plecach łabędzi, w których towarzystwie czekają na odwilż. Umęczone zimnem wielkie ptaki nawet się nie buntują. Może same mają z tego jakąś korzyść? Na przykład dodatkową warstwę pierza na plecach? Poza tym z mewą i tak się nie wygra. Jak ktoś nie wierzy, zapraszam zimą nad polskie morze. Jeśli wiosną zabraknie potencjalnych partnerów, pozostałe wolne samice wiążą się z innymi wolnymi samicami. W tych parach wspólnie budują gniazdo, wysiadują jaja i wychowują pisklęta, które przyszły na świat dzięki życzliwej pomocy któregoś z sąsiadów. Mewy srebrzyste, jeśli tylko los im na to pozwoli, wiążą się w pary na całe życie. A żyją długo. Najstarsza, którą znamy, przeżyła 49 lat. Śmiertelność dorosłych ptaków w ciągu roku to zaledwie 5 procent. W wolne od obowiązków, pogodne i syte dni mewy znajdują czas na zabawę. Ich ulubiona to rzucanie w powietrzu jakimś gałgankiem. Może to być pęczek wodorostów, patyk, muszla, ot choćby z ciągle żywą zawartością. Nadaje się wszystko, co ma odpowiednią wielkość, kształt i podlega sile grawitacji. Zasada jest prosta: zrzucone z góry coś trzeba schwytać w dziób, zanim spadnie na ziemię. Kto upuści, ten gapa! Przede wszystkim jednak mewy całymi godzinami unoszą się na wietrze. Prawdopodobnie robią tam to, co my, leżąc na wygodnej, miękkiej kanapie, czyli nic… Kto mewie zabroni?

MEWA WSZYSTKICH MEW

Na wyspie mieszkały też mewy siodłate. Jedna para. Ale w tym przypadku to już bardzo dużo. Nie wierzycie? Zapytajcie maskonury. Ba! Zapytajcie mewy srebrzyste. Siodłate to największe z mew – blisko 80 centymetrów długości mierzonej od końca ogona do końca potężnego dzioba, który nie bez powodu wygląda jak miniatura zakończonego hakiem kija bejsbolowego. Prawie 1,70 metra rozpiętości skrzydeł i niespieszny lot dodają im w powietrzu szczególnego majestatu. Wyglądają jak inne duże mewy, ale wszystko mają większe. I ciemniejsze. Przede wszystkim charakter. A nawet głos – ochrypły, niski, tubalny. Jasnoszare u większości mew skrzydła i plecy u siodłatej są grafitowo-czarne. Z jej oczu, mógłbym przysiąc, wyziera lekceważenie. Dorosła mewa siodłata prawie nie ma wrogów naturalnych. Bieliki i orły przednie, dostatecznie duże i silne, aby na nią zapolować, robią to tylko wyjątkowo. Najczęściej zdarza się to młodym ptakom, które jeszcze nie znają swoich ograniczeń. Bywa, że potem gorzko żałują swojej brawury.

Siodłata ma słabość do ryb. Swoje potomstwo wychowuje niemal wyłącznie na zdrowej, rybnej diecie. Jak wszystkie mewy, zjada też resztki i padlinę. Przede wszystkim jednak jest drapieżnikiem, a lista jej ofiar nie ma końca. Typowi drapieżnicy mają potężny uścisk stopy i ostre jak kuchenne noże szpony. Perforują nimi płuca i czaszki albo przerywają rdzenie kręgowe. Atakują z zasadzki albo rozwijają ogromne prędkości, które same w sobie mogą być zabójcze. Śmierć najczęściej przychodzi szybko i z zaskoczenia. Zdaje się, że zawodowcy nazywają to czystą robotą. Mewa siodłata nie ma nic z tego „wyposażenia”, może z wyjątkiem wspomnianego haka na końcu dzioba. Ale i tak nie sposób porównać go z tymi, które kończą dzioby orłów czy jastrzębi. Ma za to masywną głowę, szyję i dziób. Są takie wielkie, żeby zadawać ciosy i jednocześnie amortyzować opór stawiany przez kości, mięśnie i skórę jej ofiar. Ma jeszcze zuchwałość, którą terroryzuje i onieśmiela inne zwierzęta. Jakby pozbawiała je woli walki… Mewy siodłatej zestaw do zabijania. Może mało wyrafinowany, ale wyjątkowo skuteczny. Jest przy tym silna, brutalna i ma czas. Coś, czego nie ma żaden inny drapieżnik. O powodzeniu polowania najczęściej decydują ułamki sekundy. Ale nie u mewy siodłatej. Gdy przyjdzie jej ochota na ptaki, ustawia się za jakimś lecącym maskonurem lub alczykiem i po prostu chwyta go za ogon albo skrzydło i ściąga w dół. Kiedy indziej jednym celnym uderzeniem zadaje mu głęboką ranę i zmusza do ostatniego lądowania. Jeśli za pierwszym razem się nie udało, oznacza to tylko, że pościg dopiero się rozpoczął. Jaja i pisklęta w otwartych gniazdach lub naiwne młode poza nimi nie są dla niej żadnym wyzwaniem. Podobnie jak zmęczeni długą drogą wędrowcy, którzy mają pecha, że ich szlak prowadzi nad którymś z północnych mórz. Siodłata jest też znana z napaści na ptaki powracające do gniazd z połowem. Chwyta je za zad i potrząsa tak długo, aż upuszczą lub zwymiotują schwytane przez siebie ryby. Tym razem miały szczęście! Jak tylko pozbierają się z szoku, mogą polecieć wolne.

U wybrzeży estońskiej wyspy Saaremaa widziałem, jak mewa siodłata wylądowała w odległości kilku metrów od siedzącego na wodzie perkoza dwuczubego. Początkowo wydawało się, że to zwykły przypadek, ale po upływie kilku minut mewa zaczęła podpływać bliżej. Perkoz, jak to perkoz, schował się pod wodą. Siodłata spokojnie czekała, wiedząc, że nawet taki zawodowiec jak on będzie musiał się w końcu wynurzyć, żeby zaczerpnąć powietrza. Perkoz nurkował jeszcze wiele razy, ale wypływał coraz szybciej i coraz bardziej zmęczony. Oznaczało to dla niego tylko jedno – kolejne razy zadawane wielkim dziobem. Mewa co jakiś czas z krzykiem rozpościerała nad nieszczęśnikiem swoje ogromne skrzydła. Próbowała złapać równowagę czy jeszcze bardziej przytłoczyć walczącego o życie ptaka? Pamiętam, jak mały i delikatny wydawał się przy niej perkoz, choć jest przecież wielkości kaczki. Cała scena trwała blisko godzinę, która ciągnęła się w nieskończoność… Jaki inny drapieżnik mógłby sobie na to pozwolić? Gdy perkoz już nie żył (a przynajmniej tak mi się wydawało), mewa odwróciła go na plecy i powiększając jedyny naturalny otwór w jego ciele, wyciągnęła na wierzch wnętrzności. Musiała znaleźć sposób, żeby bez specjalistycznych narzędzi przebić się przez twardą skórę i zwarte, wodoodporne upierzenie swojej ofiary. Dlaczego dwuczuby nie zanurkował i nie wypłynął gdzieś w bezpiecznej odległości? Przecież mógł schować się wśród trzcin porastających brzegi zatoczki… Prawdopodobnie mewa wiedziała coś, czego ja nie byłem w stanie dostrzec, a jemu nie udało się przed nią ukryć. Miał pecha, że tamtego ranka nad jego laguną przelatywała mewa wszystkich mew. Wyglądało to tak, jakby zatrzymała się tam tylko po to, żeby zabić perkoza. A ja myślałem, że tylko ludzie tak robią… Do zatoczki powrócił błogi spokój. Nic nie przypominało o dramacie, który wydarzył się tam przed chwilą. Poza jednym szczegółem: na atłasowej tafli wody unosiło się martwe ciało perkoza.

Wiosną tego roku w rezerwacie Titchwell Marsh w Norfolku zasadziłem się przy liczącej kilkadziesiąt par kolonii śmieszek. Słońce chyliło się ku zachodowi i cały świat był w kolorze flamingów.

– Lovely, isn’t it?– niespodziewanie zagadnął uśmiechnięty starszy pan z lunetą w garści i lornetką na szyi.

– Lovely indeed[7].

Gdyby jeszcze dźwięk można było wyłączyć… Śmieszki! Jak zwykle darły się wniebogłosy. Czy one nigdy się nie męczą? Czy szablodzioby i ostrygojady, które dzieliły z nimi lęgowe wysepki, nie marzą czasami o tym, żeby sąsiadki zamknęły na chwilę dzioby? Czy o tym samym myślały stateczne gęsi i ohary oraz strojne hełmiatki? (Kaczory mają wysoko utapirowane, płomiennie rude głowy oraz wielkie, czerwone dzioby i oczy! Kilka par hełmiatek unosiło się na wodzie w bukiecie z innymi kaczkami). Gdy odprowadzałem wzrokiem dwie warzęchy w drodze do oddalonej o kilka kilometrów kolonii, kątem oka dostrzegłem wielkie cienie przesuwające się po ognistej tafli wody. Bezszelestnie i bez uprzedzenia nadleciała eskadra 12 mew siodłatych. Zniżyły lot, zatoczyły koło i opadły na jedną z wolnych wysepek. Na stawach zapadła cisza. Zrobiło się jakby ciemniej i chłodniej. „Śmierciożercy”…? Wszyscy rezydenci przerwali swoje zajęcia i z wyczekiwaniem przyglądali się posępnym przybyszom. Ci na szczęście złożyli skrzydła i nie zwracali uwagi na otoczenie. Po dłuższej chwili zaśmiała się pierwsza śmieszka, potem druga, trzecia i kolejne. Wkrótce powrócił zwyczajny jazgot. Jaka ulga!

Przyglądałem się teraz parze mew siodłatych. Wyglądały, jakby samemu słońcu patrzyły w oczy! Niczym dwa posągi, stały na wielkiej bazaltowej płycie pozbawionej jakiejkolwiek roślinności. I nie tylko roślinności… W promieniu co najmniej 30 metrów od nich nie było żywego ducha. Jedyna wolna przestrzeń na wyspie, na której tłoczyły się tysiące ptaków. Z bardzo małym wyjątkiem: para świergotków nadmorskich ukryła tam swoje gniazdko. Korzystały z parasola ochronnego, jaki roztaczali nad nim budzący powszechną grozę sąsiedzi. Oni tylko w akcie największej desperacji albo nudy pochyliliby się nad maleństwami – w celach spożywczych, naturalnie. Za to żaden prawdziwy wróg nie odważyłby się zapuścić do rewiru lęgowego mew siodłatych. Idealnie zakamuflowani świergotkowi rodzice biegali pomiędzy rozgrzanymi od słońca kamieniami i zbierali spragnione ciepła owady. Inaczej niż u maskonurów czy mew, ich dzioby działają jak pęsety. Co kilka minut powracali do ciągle głodnych piskląt z dziobami, z których wystawały maleńkie nóżki, główki, czułki i skrzydełka. I najważniejsze: nikt im nie przeszkadzał. Czarno-białe sylwetki mew siodłatych były aż nazbyt widoczne. Pięknie i zarazem złowieszczo komponowały się z prawie czarną skałą. Kilkanaście metrów dalej, a to na boku, a to na brzuchu wylegiwały się w słońcu ich trzy podrośnięte już pisklęta. Czasami przysiadały, zmieniały bok albo przechadzały się parę metrów, znów się kładły i zasypiały. Ciekawe, jak to jest mieć rodziców, których wszyscy się boją?

Prawie