Jego własność. Hellhounds MC. - Ronnie V. Keller - ebook
BESTSELLER

Jego własność. Hellhounds MC. ebook

Ronnie V. Keller

4,6

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Romy Wilson nigdy nie sądziła, że z pozoru nic nieznaczący wieczór może zamienić jej życie w piekło. W jeden chwili jest zwyczajną dwudziestotrzyletnią dziewczyną pijącą w barze ze swoją najlepszą przyjaciółką, a w następnej znajduje wykrwawiającego się mężczyznę i zostaje wplątana w wojnę toczoną między dwoma wrogimi klubami motocyklowymi. Wbrew swojej woli trafia do brutalnego i pełnego przemocy świata Hellhounds MC. To właśnie tam poznaje mężczyznę z mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i ciałem pokrytym tatuażami. Ta wybuchowa mieszanka budzi w niej niepokój, ale również niezrozumiałą fascynację. Houston żyje w piekle od trzydziestu pięciu lat i zdążył się w nim całkiem dobrze urządzić. Zdaje sobie sprawę z tego, że w oczach Romy jest potworem i nie kryje się z tym, że nie jest dobrym człowiekiem. Od lat robi rzeczy, które przeraziłyby normalnych ludzi. Już dawno przyzwyczaił się do tego, że wzbudza lęk wśród mieszkańców miasta, wrogów, a nawet klubowych braci, jednak widok Romy przy jego rannym bracie budzi w nim emocje, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Pozostaje tylko pytanie, czy coś, co zaczęło się w morzu krwi może się dobrze zakończyć?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 468

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (775 ocen)
546
148
59
16
6
Sortuj według:
ftstrtmoh

Nie polecam

Dawno już nie czytałam tak miernej książki i nie umiem zrozumieć skąd te pozytywne recenzje. Historia całkowicie bez fabuły, już nie wspominając o tym, że nie zliczę ile razy główna bohaterka wspomina o tym, że Houston jest oschły i ją przeraża ale mimo to czuje się przy nim bezpiecznie - ta kwestia dosłownie powtarza się co stronę. Generalnie książka dla osób lubiących historię z bohaterami, z cyklu „żenujący samiec alfa”. Gdybym miała wypisywać wszystkie niedociągnięcia, to nie starczyłoby mi czasu, ogólnie nie polecam, jest wiele lepszych pozycji na jesienny wieczór.
70
paaula29

Całkiem niezła

Krzyki i rozchwianie emocjonalne. Ogólnie czytało się szybko ale z takim trochę zażenowaniem
30
Tamtamo

Całkiem niezła

No cóż, technicznie napisana bardzo sprawnie. Jednak rozterki bohaterów odebrały mi radość czytania. Bohaterka albo się boi, albo jest szaleńczo podniecona, ewentualnie jest podniecona i boi się równocześnie. On, bohater albo jest wściekły albo podniecona, ewentualnie cierpi. Słowem potencjał był, jednak się zbył. Szkoda bo tło powieści jest świetnie dopracowane : dużo różnorodnych postaci i atrakcyjne wątki.
20
jagusia27

Nie polecam

Dobrnęłam do 150 strony i aż się dziwię że tak daleko. Ona tylko się boi i.. jest podniecona. On dla odmiany ciągle jest zły i.. tak, podniecony. A styl jakby to pisała licealistka. Masakra. Jak to się może podobać???
21
Diao_skc

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z tych książek... których nie chcesz kończyć
10

Popularność




Copyright © 2022 for the Polish edition by

Wydawnictwo Romantyczne Dominika Smoleń

Redakcja:

Patrycja Kubas

Okładka:

Katarzyna Pieczykolan

Grafika:

Pixabay.com

Skład:

Patrycja Kubas

ISBN: 978-83-67439-05-3

Dla mojego R.

Pierwszego i najbardziej wytrwałego czytelnika. Przepraszam za to, że zawsze Cię torturuję

tymi wszystkimi historiami.

Dzielnie to znosisz!

Rozdział 1

ROMY

Czerwień.

Wszystko było kurewsko czerwone. Krew moczyła rękaw mojej białej bluzki, wsiąkała w czarne dżinsy i wpływała pod obskubane czarne paznokcie. Miałam wrażenie, że świat zmienił się nagle w jedną wielką, czerwoną plamę.

Powietrze śmierdziało alkoholem i starymi śmieciami, wysypującymi się z kontenera za pubem. Nie powinno mnie tu być. Nie powinnam w ogóle tutaj przychodzić.

Szloch wyrwał się z mojego gardła, kiedy mężczyzna leżący na ziemi, drgnął nieznacznie. Grymas bólu i agonii wykrzywił jego bladą twarz. Ręce mi drżały, kiedy dociskałam je do krwawiącej rany na jego brzuchu.

Musiał być przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę pokrytą drobnym zarostem i półdługie włosy w kolorze brudnego blondu. Nawet teraz, leżąc na ziemi w kałuży własnej krwi, sprawiał wrażenie twardego. Miał w sobie to coś, co sprawiało, że wszystko w człowieku ciągnęło do niego i jednocześnie krzyczało ostrzegawczo.

– Tammy… – wyszeptał cicho, zmuszając mnie tym samym, abym pochyliła się w jego stronę. Łzy spływały ciurkiem po mojej twarzy, ale ich nie ścierałam. Nie miało to najmniejszego sensu.

Mężczyzna odszukał po omacku moją dłoń i ujął ją w zaskakująco mocnym uścisku. Odwzajemniłam go, bo nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym zrobić.

Nie byłam lekarzem, nie miałam też żadnej magicznej mocy. Mogłam jedynie zadzwonić po karetkę i trzymać go za rękę, próbując jednocześnie uspokoić rozszalałe i przerażone serce.

Coś trzasnęło za nami, a ja podskoczyłam w panice. Rozejrzałam się dookoła, ale na tyłach baru nie było już nikogo oprócz nas.

Boże, miałam nadzieję, że ci, którzy mu to zrobili, nie wrócą. Powinnam uciekać. Wstać i ruszyć do mieszkania. Panika kąsała moją skórę, chłostaną chłodnymi podmuchami wiatru. Czułam, jak serce podchodzi mi do gardła i byłam pewna, że za chwilę zwymiotuję. Powinnam wstać. Chciałam zmusić moje nogi do ruchu, ale zastygły i nie chciały mnie słuchać.

Tonęłam we krwi, a ręka mężczyzny trzymała mnie

w miejscu, jakbym była jego kołem ratunkowym. Zacisnął mocniej palce, zmuszając mnie do tego, żebym jeszcze bardziej nachyliła się w jego stronę.

– Powiedz jej… – wyszeptał z trudem. Kaszel przerwał jego słowa, a wraz z nim z ust wypłynęła krew, rozpryskując się w powietrzu. Osiadła na jego bladej twarzy niczym krwawe piegi. Opanowałam w sobie odruch ucieczki. – Powiedz jej, że miała rację. Miała cholerną rację.

Pokiwałam żarliwie głową, nie będąc w stanie się odezwać. Panika i szloch utknęły w moim gardle jak jakiś pieprzony kołek. Wiedziałam, że powinnam coś zrobić. Powiedzieć coś pokrzepiającego. Być jak te cholerne bohaterki w filmach, które niczego się nie boją i zawsze zachowują zimną krew, ale nie potrafiłam… Byłam tylko sobą. Zwykłą Rosemary Wilson, która pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyszła do baru. Byłam najzwyczajniej w świecie nudna. Nie było we mnie nic, co mogłoby mnie doprowadzić do tej pieprzonej sytuacji. A oto byłam tutaj. Na tyłach jakiegoś cholernego baru, bo moja najlepsza przyjaciółka zerwała z chłopakiem i chciała się zalać w trupa.

– Wszystko będzie… – powiedziałam cicho, odnajdując mój głos, ale zaraz przerwałam, kiedy uświadomiłam sobie, że mężczyzna zamknął oczy.

Zduszony krzyk wyrwał się z mojego gardła, ale utonął w głośnym trzasku metalowych drzwi, które otworzyły się gwałtownie, uderzając w ciemnobrązową ceglaną ścianę.

– Key! – wrzasnął mężczyzna, który otworzył drzwi.

Wyrwałam rękę z uścisku martwych palców i odpychając się na piętach, skuliłam się pod ścianą. Serce biło mi głośno w piersi, a panika płynęła przez moje żyły.

Wrócili.

Mężczyzna w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Patrzyłam, jak upada na kolana obok ciała.

Boże, był wielki. Naprawdę, kurwa, wielki.

– Key, do kurwy nędzy – wyszeptał, dotykając wytatuowanymi rękami rany na brzuchu martwego faceta.

Wyglądał przerażająco. Miał wystrzyżone po bokach włosy w kolorze brudnego piasku. Skórzana kamizelka motocyklowa okalała jego szerokie barki. Cała jego szyja pokryta była tatuażami, a kiedy przeniósł na mnie spojrzenie, zamarłam. Rozszalałe oczy w kolorze whisky patrzyły na mnie z nieodgadnionym wyrazem. Czułam, jak przeszywają mnie do głębi. Były dzikie jak u drapieżnika, a ja byłam małą bezbronną myszką.

O dziwo się nie bałam.

Może dopadło mnie odrętwienie, a panika sprawiła, że straciłam cały zdrowy rozsądek, ale kiedy na mnie spojrzał, poczułam się w końcu bezpiecznie.

Jakby ten pieprzony koszmar w końcu się skończył.

Odwrócił spojrzenie, kiedy przez drzwi prowadzące na zaplecze, wypadło jeszcze trzech mężczyzn. Wszyscy w czarnych skórzanych kamizelkach. Byli wielcy i przerażali mnie jak cholera.

– Kurwa, co z nim? – zapytał jeden z nich.

– Tammy nas zabije – dodał kolejny, przeczesując ręką włosy.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja zdrętwiała ze strachu, nie byłam w stanie nawet się poruszyć.

– Postrzelony – powiedział mężczyzna z oczami w kolorze whisky. – Bierzcie go. Rush, sprawdziłeś teren?

– Czysto – rzucił zapytany, po czym dodał: – Wild Griffins?

Miał najbardziej niebieskie oczy, jakie w życiu widziałam. Nikt mu nie odpowiedział.

– Ty – zwrócił się do mnie ten, który wpadł do zaułka jako pierwszy, a ja spojrzałam na niego jak zastraszone zwierzę. Nie byłam z siebie dumna, naprawdę. – Jedziesz z nami.

Pokręciłam głową, nie ufając własnemu głosowi.

Podszedł do mnie i jednym gwałtownym ruchem postawił na nogi. Zachwiałam się lekko i gdyby mnie nie podtrzymał, znowu upadłabym na ziemię. Moje nogi były jak z waty.

– Ja nic nie wiem – szepnęłam, patrząc prosto w te przerażające oczy. Miał mocno zarysowaną szczękę z ostrymi kośćmi policzkowymi, a jego wytatuowane palce zaciskały się mocno na moim chudym ramieniu. Sięgałam mu ledwo do szyi. I nie wiem, jakim cudem mój przerażony mózg pomyślał, że jest nieprzyzwoicie przystojny.

– Ja tylko próbowałam… – Spojrzałam na mężczyznę, leżącego na ziemi i łzy pociekły strużkiem po mojej twarzy. – Starałam się… pomóc.

Jęknęłam cicho, wiedząc, jak bardzo żałośnie brzmiałam.

– Wygląda, jakby miała zaraz się zrzygać – rzucił jeden z nieznajomych, stojąc nad ciałem.

Nawet się nie zorientowałam, kiedy do zaułka wjechał samochód. Dwóch mężczyzn władowało swojego martwego kolegę do środka. Kiedy go podnieśli, zauważyłam, jak wielka była kałuża krwi pod jego ciałem.

Kolacja podeszła mi do gardła. Czerwień, pieprzona czerwień. Spojrzałam na swoje drżące dłonie. Całe, aż do łokci ociekały czerwienią.

– Sunny, zawiadom Big Jima – rzucił do mężczyzny, który sekundę temu skomentował mój wygląd. – Zawieź go do szpitala. Najszybciej, jak się kurwa da. Rush, jedziesz z nami do klubu.

Niebieskooki przytaknął bez słowa.

Oddychałam ciężko, walcząc z nadchodzącym atakiem paniki.

– Hej – zaczął mężczyzna, chwytając mnie za podbródek i zmuszając, żebym na niego spojrzała. Był to zaskakująco delikatny dotyk. Nie tego się spodziewałam. – Spójrz na mnie.

Bez trudu odnalazłam jego miodowe tęczówki.

– Jak masz na imię? – zapytał łagodnie. Niemal czule.

– Romy…

Pokiwał głową.

– Jestem Houston – powiedział. – Pojedziesz ze mną, Romy.

– Nie – Pokręciłam szybko głową, a w moim głosie brzmiało błaganie. – Ja naprawdę nic nie wiem. Proszę, chcę wrócić do domu… Proszę.

Jego oczy nie zmieniły się ani odrobinę. Nadal były tak samo beznamiętne i zdałam sobie sprawę, że wszystko się popierdoliło.

Rozdział 2

ROMY

Czułam się całkowicie odrętwiała, kiedy posadził mnie na swoim motocyklu i ruszył z głośnym warkotem silnika. Zaciskałam dłonie na jego twardym brzuchu, nawet nie czując lodowatego wiatru smagającego moje ramiona. Miałam wrażenie, że to wszystko było jakimś cholernym snem. Pieprzonym koszmarem, który zaraz się skończy. Nic stąd nie wydawało się prawdziwe – a więc nie było straszne. Zaraz miałam się obudzić w swoim łóżku.

Zamiast tego motocykl zatrzymał się przed dużym surowym budynkiem z czerwonej cegły. Rozejrzałam się dookoła, ale w zasięgu wzroku nie było innych domów. Przełknęłam głośno ślinę, czując, że żółć podchodzi mi do gardła.

Houston zeskoczył z motocykla. Ściągnął kask i spojrzał na mnie szybko.

Nie mogłam nic odczytać z jego spojrzenia, ale postanowiłam trzymać się blisko niego. Jednym płynnym ruchem, postawił mnie na nogach, jakbym nic nie ważyła i mocno złapał mnie za nadgarstek.

Przed budynkiem stały zaparkowane motocykle. Doliczyłam się dziesięciu, zanim wciągnął mnie po schodach do środka. Czułam, jak żołądek podchodził mi do gardła.

Boże, zaraz się porzygam – pomyślałam.

Ledwo widziałam przez zbierające się w moich oczach łzy. Zamrugałam kilka razy, chcąc polepszyć widoczność, ale zamiast tego łzy spłynęły po moich policzkach.

Nie byłam z siebie dumna. Chciałam być odważną twardą laską, ale cholera… Właśnie widziałam, jak ktoś zastrzelił mężczyznę, a potem zostałam porwana przez gang motocyklowy. Miałam prawo się rozkleić.

Zaprowadził mnie do jakiegoś pokoju, gdzie siedziała cała zgraja facetów w skórzanych kurtkach i kamizelkach. Wszyscy spojrzeli w moją stronę, a ja skuliłam się w sobie, chcąc stać się niewidzialną.

– Kto to? – zapytał mężczyzna, który przysiadł przy biurku. Miał na sobie zwykłe sprane dżinsy, motocyklowe buty i czarną kamizelkę ubraną na szary podkoszulek. Wydawał się starszy, bo jego włosy i broda były niemal całkiem siwe, a z drugiej strony, było w nim coś, co sprawiało, że nadal był młody. Trudno było mi określić jego wiek.

W pomieszczeniu panowała ponura atmosfera.

Bałam się rozglądać, więc utkwiłam spojrzenie w moich butach. Boże, nawet moje żółte sandały na koturnach były umazane krwią.

– Znaleźliśmy ją przy Key’u – powiedział Houston, prowadząc mnie bliżej starszego mężczyzny.

– Zabijecie mnie? – jęknęłam nagle, wbijając pięty

w podłogę.

Nie chciałam umierać. Moje życie może było jednym wielkim kurwidołkiem, ale chciałam mieć okazję, żeby je naprawić.

– Co tam robiłaś? – zapytał starszy mężczyzna. Jego wzrok wiercił dziurę w mojej głowie. – Jesteś suką Wild Griffins?

Ręka Houstona nadal zaciskała się na moim nadgarstku i miałam wrażenie, że trzymała mnie w miejscu jak kotwica.

– Zadałem ci pytanie, dziecko. – Głos mężczyzny był ostry jak stal.

Otworzyłam usta, łapiąc ciężko oddech.

– Nie – wyszeptałam. – Ja tylko… ja tylko wyszłam do baru. Przysięgam, ja nic nie wiem.

Łzy łaskotały moją szyję, niknąc w dekolcie mojej bluzki. Spojrzałam przerażonym wzrokiem na Houstona. Skinął mi lekko głową, jakby chcąc mnie zachęcić, a jego ręka zniknęła z mojego nadgarstka.

Czułam na sobie uważne spojrzenia mężczyzn. Były jak wbijające się w moje ciało szpilki.

– Dobrze – kontynuował starszy mężczyzna. Usiadł na blacie drewnianego biurka i uderzył rękami o uda. Dźwięk uniósł się w martwej ciszy, sprawiając, że podskoczyłam wystraszona. Nie miałam pojęcia czy mi wierzył, czy nie, kiedy zapytał:

– Powiedz nam, co widziałaś. Jak znalazłaś Key’a?

Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam zamiaru kłamać. To nie miało sensu, a i tak nie miałam nic do ukrycia. Tylko że, cholera, ja naprawdę niewiele wiedziałam.

– Wyszłam na zaplecze i wtedy ich usłyszałam. Ten mężczyzna… Key… z kimś rozmawiał. Nie słyszałam wyraźnie słów, ale nie brzmiało to zbyt przyjacielsko, więc zatrzymałam się i chciałam wrócić do środka, ale wtedy usłyszałam strzał.

Zadrżałam na samo wspomnienie tego okropnego dźwięku.

– Widziałaś ich? – pytał dalej mężczyzna. Bałam się spojrzeć w jego oczy, więc wbiłam spojrzenie w jego klatkę

piersiową. Na przodzie skórzanej kamizelki znajdował się napis: „Prezydent, 1%”. Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. – A oni ciebie?

Skinęłam głową.

– Jak wyglądali? Mieli kuty?

– Kuty? – Mój głos był tak słaby, że nie byłam pewna czy ktokolwiek mnie usłyszał. Usiłowałam odchrząknąć.

– Skórzane kamizelki – wyjaśnił Houston. – Takie jak nasze.

Zagryzłam mocno wewnętrzną część policzka i poczułam na języku rdzawy posmak krwi.

Znowu krew.

– Tak, chyba tak – wymamrotałam, wykręcając palce. Zamknęłam na moment oczy, przypominając sobie jednego z nich. Wyglądał na równie przerażonego co ja, kiedy uciekał z zaułka.

– Chyba? – warknął Prezydent.

– Na pewno, ale… było na niej chyba mniej… wszystkiego – wyjąkałam nieskładnie.

Skinął głową.

– Prospekci – syknął. – Pierdoleni Wild Griffins.

Znowu ta nazwa.

Zanim ktokolwiek zdążył mi zadać jeszcze jakieś pytanie lub zanim miałam szansę zrzygać się na stopy Prezydenta gangu motocyklowego, drzwi otworzyły się gwałtownie i uderzyły z głośnym hukiem o ścianę. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w tamtą stronę.

– Tato, to prawda?! – Drobna blondynka wpadła do środka jak burza. – Postrzelili Key’a?

Stanęła zaraz obok mnie i spojrzała na Prezydenta swoimi mokrymi oczami.

– Santa! – wrzasnęli w tym samym momencie Prezydent i ten facet z najbardziej niebieskimi oczami. Chyba mówili na niego Rush. Poderwał się spod ściany i ruszył w stronę blondynki.

– Zaczekaj za drzwiami, dziecko – powiedział Prezydent. Trochę mi ulżyło, kiedy usłyszałam jego ton. Najwyraźniej do własnej córki odzywał się tak samo, jak do znalezionej w złym miejscu i złym czasie, porwanej dziewczyny.

Santa szarpnęła się, kiedy Rush położył jej dłoń na ramieniu.

– Mam gdzieś te zasady, tato – mówiła nadal. – Chcę tylko wiedzieć, czy to prawda? Ktoś zawiadomił Tammy?

Tammy.

Słyszałam to imię. Spojrzałam na blondynkę, a ona na mnie. W jej brązowych oczach pojawiło się coś miękkiego.

– Kto to? – zapytała, patrząc na mnie.

– Znaleźli ją przy Key’u, a teraz wychodzisz, Santa. – Rush złapał ją za nadgarstek i pociągnął gwałtownie w stronę wyjścia. Kiedy odwróciła się plecami, zobaczyłam, że na jej czarnej, skórzanej kamizelce znajdował się napis: „Własność Rusha. Hellhounds MC” i zadrżałam.

– I przesłuchujecie tę biedną dziewczynę w otoczeniu całego klubu?! Na miłość boską, tato! – warknęła, zanim Rush zatrzasnął jej drzwi przed nosem.

Spojrzałam na Prezydenta, a ten westchnął głośno i pokręcił zrezygnowany głową.

– Zaprowadź ją na górę, Houston – rzucił do mężczyzny stojącego obok mnie. – Niech dziewczyny się nią zajmą. Powiedz prospektom, że mają nie spuszczać z niej z oka. Potem wracaj.

Houston skinął głową.

Rozdział 3

ROMY

Houston prowadził mnie po schodach na piętro budynku. Serce nadal biło mi dziko w piersi, ale łzy na szczęście przestały płynąć. Mężczyzna nie odzywał się ani słowem, kiedy niemal siłą ciągnął mnie przez korytarz. Wszędzie panowała grobowa cisza. Na zewnątrz nadal było ciemno, ale już dawno straciłam poczucie czasu. Panika złapała mnie za gardło, kiedy pomyślałam o mojej przyjaciółce Steph, która została w barze. Nie miałam przy sobie ani telefonu, ani nawet torebki. Steph musiała się zamartwiać.

– Co ze mną zrobicie? – zapytałam, kiedy wprowadził mnie do pokoju. Pomieszczenie wyglądało niemal całkiem bezosobowo, nie licząc czarnej koszulki rzuconej na starannie pościelone łóżko.

– Nie do mnie należy ta decyzja – odpowiedział, a w jego głosie nie brzmiały żadne emocje. Przerażało mnie to bardziej niż wrzaski.

Przełknęłam głośno ślinę, obejmując się ramionami.

– Nie możecie mnie tu trzymać – mówiłam dalej. – Będą mnie szukać. Nie możecie… to… to cholerne porwanie.

Zrobił w moją stronę duży krok i utkwił we mnie spojrzenie. Odruchowo chciałam się cofnąć, ale jego wielka ręka zacisnęła się na moim przedramieniu.

Czułam się jak łania złapana w światła reflektorów.

– To nie jest żadne porwanie, maleńka – warknął z nosem przy mojej twarzy. Zadrżałam od stóp do głów. – To pierdolona przysługa. Mówiłaś, że cię widzieli. Myślisz, że co zrobią? Zostawią cię?

Otworzyłam usta jak wyłowiona z wody rybka.

– Jutro Big Jim pewnie znowu będzie chciał z tobą porozmawiać – dodał, robiąc krok w tył i obrzucił całą moją sylwetkę uważnym spojrzeniem. – Potem możesz odejść i robić co ci się żywnie podoba.

***

Blondynka weszła do pokoju, nie czekając, aż powiem: „proszę”. Zaraz za nią szła rudowłosa kobieta. Miliony piegów zdobiło jej blade policzki, a prawe ramię oplatały czarne tatuaże w kształcie delikatnych kwiatów.

– Cześć, cukiereczku – powiedziała ostrożnie rudowłosa. – Jestem Trinket. Jestem kobietą Lucky’ego, nie wiem, czy go poznałaś.

– Ja jestem Santana – rzuciła blondynka. W ręku trzymała ręcznik, na którym ułożyła kosmetyki i jakieś ubrania. – Jestem córką Big Jima.

– Własnością Rusha? – wyjąkałam zaskoczona swoją odwagą.

Powinnam ugryźć się w język i w ogóle nie odzywać.

Santana uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową.

– To tylko tak źle brzmi, cukiereczku – dodała Trinket, chwytając moją dłoń. Powiodłam tam spojrzeniem. Moje dłonie nadal były obrzydliwie czerwone. – Nie martw się, ogarniemy cię – kontynuowała. – Wszystko będzie dobrze.

– Ojciec nie powinien cię przesłuchiwać w obecności całego pieprzonego klubu. Rush mówił, że znalazłaś Key’a w zaułku za barem, to prawda?

Skinęłam głową, a Trinket spojrzała na mnie ze współczuciem.

– To Wild Griffins? To znaczy, czy na ich kutach było logo z gryfem? Widziałaś coś?

– Santana – syknęła ostrzegawczo Trinket. – Mężczyźni się tym zajmą. Dziewczyna już jest przerażona.

Łzy znowu zebrały się w moich oczach.

– Houston mówił, że masz na imię Romy, tak? – zapytała, a Santana wywróciła oczami.

Wydawała się zdenerwowana.

Znowu skinęłam głową, nie ufając własnemu głosowi.

– Widzieli cię, cukiereczku? – Jej głos stał się cichszy, bardziej zmartwiony.

– Tak – wyszeptałam równie cicho. – Jeden z nich mnie widział. – Wzięłam głęboki oddech. – Wyglądali na przerażonych. Jeden z nich zobaczył mnie, kiedy uciekali. Co ze mną zrobią? Houston powiedział, że jutro prawdopodobnie będę mogła stąd iść. Wrócić do domu, ale że tamci… że oni...

– Och, kochanie – szepnęła Trinket, łapiąc mnie w ramiona. Rozryczałam się jej w ramię, dając upust wszystkim kłębiącym się we mnie emocjom.

– Pierdolony Houston – syknęła Santana. – Niepotrzebnie cię straszy. Nie ma szans, żeby Wild Griffins cię dopadli. Po moim trupie. Porozmawiam z ojcem. Hellhounderzy cię ochronią, w końcu starałaś się pomóc Key’owi. Nie zostawiamy swoich.

– Santana. – Trinket znowu powiedziała jej imię z ostrzegawczą nutą. Wydawała się zła na dziewczynę i miałam niejasne przeczucie, że mimo swojego wyszczekania, Santana tak naprawdę niewiele mogła zrobić. A to znaczyło jedno – byłam już martwa.

– Co?! To prawda!

Trinket zagryzła wargę.

– Mogę nienawidzić Key’a za wszystko, co zrobił Tammy, ale do cholery jasnej, ona się załamie, jeśli on… – Santana pokręciła głową.

– Tammy? – wychrypiałam. Musiałam odchrząknąć, bo mój głos brzmiał dziwnie ochryple. To imię coś mi przypomniało.

– To… Ona i Key byli razem – powiedziała Trinket. – Tak jakby.

Santana prychnęła cicho.

– Powinnam do niej iść jak najszybciej. – Zagryzła wargi, a jej twarz nieco pobladła.

– Ten mężczyzna… Key – zaczęłam. – Mówił coś o Tammy. Chciał, żebym jej powiedziała, że miała rację.

– Rację? – Santana poderwała się z miejsca i stanęła nade mną. – Co do czego?

– Nie wiem. – Wzruszyłam ramionami pod jej oczekującym spojrzeniem.

– Santana, daj jej spokój – powiedziała Trinket, rzucając Santanie mordercze spojrzenie. Jej głos jednak zmiękł, kiedy tylko na mnie spojrzała. – Chodź, cukiereczku. Ogarniemy cię.

Wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła w stronę maleńkiej łazienki, łączącej się z pokojem.

Nie miała okna, a zimne ledowe światło sprawiło, że moje odbicie w małym lustrze wiszącym nad umywalką, wyglądało wręcz przerażająco. Tusz rozmazał się pod moimi oczami, znacząc ślady łez. Przez lewy policzek biegła krwawa kreska, którą musiałam zrobić, starając się go wytrzeć.

– Wszystko będzie dobrze, cukiereczku – zapewniła mnie Trinket, choć miałam niejasne wrażenie, że sama po prostu chciała w to wierzyć.

– Zostawić cię samą? – zapytała, patrząc na mnie tak, jakby spodziewała się, że w każdej sekundzie mogłam się rozsypać. I jeśli miałam być szczera, byłam tego niebezpiecznie blisko.

Skinęłam głową, nie ufając swojemu głosowi. Trinket ścisnęła pocieszająco moje ramię i zostawiając czyste ręczniki oraz ubrania na zamkniętej toalecie, wyszła z pomieszczenia. Nie zamknęła jednak drzwi.

Unikając swojego spojrzenia w lustrze, zaczęłam się rozbierać. Moje dżinsy były przesiąknięte krwią. Całe uda, kolana i łydki były pokryte czerwienią. Głośny szloch chciał się wyrwać z mojego gardła, ale wiedziałam, że za uchylonymi drzwiami nadal znajdowały się te dwie kobiety, więc z całych sił zagryzłam wargi.

Rzuciłam ubranie w kąt pomieszczenia, wchodząc pod prysznic. Materiałowa zasłonka odgrodziła mnie od mojego odbicia i zamknęłam mocno powieki, odkręcając wodę.

Z każdą sekundą robiła się coraz cieplejsza, a ja stałam bez ruchu z zamkniętymi oczami, udając, że to wszystko było tylko dziwnym snem. Beznadziejnym koszmarem, z którego lada moment miałam się obudzić.

Jednak kiedy uniosłam powieki, spływająca po mnie woda nadal była czerwona. Torsje wstrząsnęły moim ciałem, zginając mnie w pół. Zacisnęłam z całej siły powieki, walcząc z uczuciem pustego żołądka i z natarczy wspomnieniem bladej twarzy mężczyzny, leżącego w zaułku.

Wiedziałam, że ten obraz będzie mnie prześladować do końca życia. Miałam tylko nadzieję, że moje życie potrwa dłużej niż kilka kolejnych godzin. Nie miałam pojęcia, ile czasu spędziłam pod strumieniem ciepłej wody, ale w końcu czerwień zniknęła, a ja znowu czułam się jak człowiek. Zakręciłam kurek, wiedząc, że nie mogłam zostać tu wiecznie. To dziwne, że kiedy spotyka człowieka coś tak popierdolonego, jak bycie świadkiem morderstwa i porwanie przez gang motocyklowy, życie toczy się dalej, jakby nigdy nic.

Wytarłam się miękkim ręcznikiem i ubrałam czarną koszulkę oraz krótkie dżinsowe szorty. Były nieco luźne, ale nie spadały mi z tyłka.

Biorąc głęboki oddech, wyszłam z łazienki. To wszystko było porąbane. Czytając książki, zastanawiałam się, czemu bohaterki zachowują się tak normalnie, kiedy w ich życiu odpierdalał się taki szajs, ale na dobrą sprawę nie mogłam zrobić nic więcej. Mogłam krzyczeć, kopać i próbować uciekać, ale wiedziałam, że nie miało to najmniejszego sensu. Mogłam tylko czekać, płynąć z prądem i zmyć z siebie krew.

Bezsilność owiała całe moje ciało jak lodowaty wiatr. Zadrżałam, wchodząc do sypialni.

Santany nie było. Jedynie Trinket siedziała na łóżku, patrząc na mnie z nieskrywaną litością. Czy była świadoma tego, co mają zamiar mi zrobić? Na pewno bardziej niż ja. Przecież ona żyła w tym popieprzonym świecie.

– Potrzebujesz jeszcze czegoś, kochana? – zapytała, próbując się przy tym uśmiechnąć. Ten uśmiech jednak nie obejmował jej zielonych oczu. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął Houston. Moje serce zgubiło jedno uderzenie. Mój umysł nie miał pojęcia jak sobie z nim radzić. Był ucieleśnieniem brutalności i pewności siebie w cholernie przystojnym opakowaniu. Niemniej jednak trudno było dostrzec, jak bardzo był przystojny, kiedy patrzył na człowieka tym pustym bursztynowym spojrzeniem. Otaczała go aura czegoś ponurego. Był jak chodzące niebezpieczeństwo. Ktoś, kto strzela ci między oczy, nawet przy tym nie mrugając. A jednocześnie zdawał mi się być jakąś bezpieczną przystanią w tym całym chaosie. Jedyną twarzą, którą znałam.

Nie minęła jeszcze doba, a ja już nabawiłam się cholernego syndromu sztokholmskiego.

– Zostaw nas, Trinket – powiedział, nie odrywając ode mnie spojrzenia.

Trinket posłała mi szybki niepewny uśmiech, zanim bez słowa spełniła polecenie.

Houston obrzucił całą moją sylwetkę spojrzeniem, pod którym aż skuliłam się w sobie.

– Zostań w pokoju – zaczął spokojnym głosem. Ten spokój mnie przerażał. – Cokolwiek by się nie działo, nie waż się wychodzić. Rozumiesz?

W jego jasnobrązowych oczach zalśniło coś niebezpiecznego. Drgnęłam odruchowo, kiedy zrobił w moją stronę krok. Zatrzymał się jednak, patrząc na mnie bez wyrazu.

Jego twarz była jak nieprzenikniona maska. Absolutnie nic nie mogłam z niej wyczytać. Skinęłam głową pod jego czujnym spojrzeniem, a on pokręcił swoją, jakby był rozczarowany.

– Poczuli krew – zaczął ponownie, powoli podchodząc jeszcze bliżej. Zaczęłam się cofać, aż natrafiłam na ścianę. Houston zatrzymał się tak blisko mnie, że poczułam zapach skóry i dymu papierosowego. – Będą pić na umór i dupczyć wszystko w zasięgu wzroku.

Przełknęłam głośno ślinę.

Byłam przerażona.

– Nie masz naszywki, więc nie jesteś bezpieczna. Rozumiesz to, Romy?

Znowu skinęłam głową, choć niewiele rozumiałam.

– Rozumiesz, Romy?! – krzyknął, uderzając ręką w ścianę tuż obok mojej głowy. Zacisnęłam mocno powieki, czując, że zbierają się pod nimi łzy. Serce dudniło mi głośno w piersi i miałam wrażenie, że zaraz je wypluję.

– T-taak – wydukałam przerażona.

– Więc co masz robić?

Przełknęłam głośno ślinę, starając się odnaleźć głos.

– Siedzieć w pokoju i nie wychodzić.

– Wychodzisz tylko ze mną albo z Big Jimem, jasne?

– Tak.

Skinął głową i zamknął na moment oczy, jakby był wyjątkowo zmęczony.

– Może być dzisiaj głośno. I bardzo niebezpiecznie… dla ciebie. Musisz to zrozumieć.

– Rozumiem – odpowiedziałam, używając całej mojej odwagi, aby spojrzeć w te puste oczy.

– Dzięki, kurwa, Bogu.

Zagryzłam mocno wewnętrzną część policzka, patrząc, jak Houston się odwraca i rusza w stronę drzwi.

– Co z tym mężczyzną? – wypaliłam. – Postrzelonym.

Chciałam wiedzieć. Musiałam wiedzieć, czy przeżył, czy może jednak tej nocy będę śniła o martwym ciele w kałuży krwi. Houston zatrzymał się w pół kroku i znieruchomiał. Obserwowałam z szybko bijącym sercem, jak jego ramiona się spięły, gdy odwrócił się powoli w moją stronę.

– Żyje.

Wypuściłam ze świstem powietrze. Chociaż tyle. Jeden pozytyw w tym całym szambie.

– A co ze mną? – zapytałam, pozwalając jednej upartej łzie potoczyć się po policzku. To było trudniejsze pytanie.

Przez chwilę przewiercał mnie spojrzeniem.

– Nie moja decyzja, maleńka.

– Zabijecie mnie? – Głos mi zadrżał.

– Powiedziałem ci… nie moja decyzja.

Houston wyszedł, nie dodając nic więcej, a ja jeszcze przez kilka minut stałam w nogach łóżka, patrząc na zamknięte drzwi. Miałam ochotę podejść i sprawdzić, czy zamknął mnie na klucz, ale z drugiej strony nie chciałam tego wiedzieć. Uczucie klaustrofobii chwyciło mnie za klatkę piersiową, więc odwróciłam się pośpiesznie w stronę okna.

Niebo było całkowicie czarne, nieprzysłonięte nawet jedną najmniejszą chmurą. Całkowicie straciłam poczucie czasu. Kiedy wychodziłam razem ze Steph z mieszkania, było przed osiemnastą. Nie miałam pojęcia, ile czasu spędziłyśmy w barze, zanim moje życie wywróciło się do góry nogami.

Po drugiej stronie drzwi usłyszałam zamieszanie. Podeszłam bliżej, żeby usłyszeć, jak Houston rozkazuje komuś pilnować drzwi.

Jak pieprzonego oka w głowie.

Zdławiłam w sobie szloch, przytykając z całych sił rękę do ust.

Rozdział 4

ROMY

Oczy musiały mi się w końcu zamknąć mimo strachu

i krążącej w żyłach adrenaliny, bo obudziło mnie głośne dudnienie i czyjś spanikowany krzyk. Przez jedną rozkoszną sekundę nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Nieświadomość jednak zniknęła, kiedy krzyk rozbrzmiał ponownie, sprowadzając mnie brutalnie na ziemię.

Stłumiona muzyka przedzierała się przez ściany, ale krzyk brzmiał gdzieś zdecydowanie bliżej. Usiadłam na łóżku, odgarniając z twarzy brązowe włosy i spojrzałam w stronę drzwi. Dudnienie się ponowiło. Nastawiłam uszu, dochodząc do wniosku, że ktoś uderzał w drzwi, a dźwięk był coraz bliżej. Wyskoczyłam z łóżka, czując rosnący niepokój.

Niepewnie podeszłam do drzwi, a dźwięk basów mieszał się z moim szybko bijącym sercem. Walenie w drzwi znowu uniosło się w powietrzu. Zaraz potem dołączył do niego spanikowany okrzyk: „Pomocy!”.

Wiedziałam, że nie powinnam otwierać. Houston wyraźnie powiedział, że nie wolno mi wychodzić. Pod żadnym pozorem.

A co jeśli wybuchł pożar? Jeśli na dole wszystkich mordują? Gdzie do cholery byli ci, którzy mieli mnie pilnować? Czy nie powinni jakoś zareagować?

Adrenalina uderzyła mi do głowy, a panika zaciskała się na gardle jak imadło. Dłoń mi drżała, kiedy położyłam ją na metalowej klamce. Nacisnęłam ją, a drzwi ustąpiły, otwierając się z ledwo dosłyszalnym skrzypieniem.

Korytarz pogrążony był w półmroku rozproszonym jedynie małą naścienną lampką wiszącą na początku korytarza. Miałam wrażenie, jakby świat zatrzymał się w zawieszeniu, mimo że muzyka stała się dużo głośniejsza.

Zamrugałam zaskoczona, patrząc na dziewczynę pukającą do drzwi naprzeciwko mojego pokoju. Odwróciła się szybko w moją stronę, a jej rozmazane błękitne oczy patrzyły na mnie z czystym przerażeniem. Była młoda. Nie mogła mieć więcej lat niż ja. Miała na sobie krótką skórzaną spódniczkę

i potargany żółty top.

– Potrzebuję pomocy – powiedziała, kiedy wychyliłam głowę. Nadal zaciskałam mocno palce na klamce gotowa

w każdej sekundzie zamknąć drzwi. Prospektów nigdzie nie było. Wskazała ręką przed siebie i dopiero wtedy dostrzegłam, że na podłodze ktoś leżał. Nowy zastrzyk adrenaliny wystrzelił w moje żyły, sprawiając, że włoski na karku stanęły mi dęba.

– Nie wiem, co robić – mówiła nadal dziewczyna, chwytając się za głowę. Włosy w kolorze brudnego blondu miała poplątane i sprawiała wrażenie oszalałej. Kiedy spojrzałam w jej oczy, dostrzegłam nienaturalnie rozszerzone źrenice. – Suzie… ona… upadła i nie wiem, co robić. Ona chyba nie oddycha.

Powiodłam spojrzeniem do dziewczyny leżącej na ziemi. Jej głowa odwrócona była w moją stronę, a jej powieki były zamknięte. Była chorobliwie blada, co potęgowały pomalowane na krwistoczerwony kolor usta.

Zawahałam się przez chwilę, słysząc w głowie głos Houstona. Cholera, czy naprawdę mogłam zamknąć tej dziewczynie drzwi przed nosem?

– Powinnaś poszukać kogoś innego – powiedziałam cicho. – Ktoś na dole powinien pomóc. Może wezwać karetkę. – Mocniej zacisnęłam palce na klamce. – Nie mam telefonu.

I nawet nie znam adresu. – Chciałam dodać, ale w tej samej chwili dziewczyna leżąca na ziemi dostała drgawek.

Z ust blondynki wydobył się wysoki pisk i osunęła się po ścianie, trzymając za głowę. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Nie mogłam zamknąć się w pokoju. Rzuciłam szybkie spojrzenie za siebie na posłane, pogrążone w ciemności łóżko, po czym podbiegłam do nieprzytomnej dziewczyny.

Odwróciłam ją na bok w tej samej chwili, w której wymiociny pociekły jej po brodzie.

– Idź na dół! – krzyknęłam do blondynki. – Zawołaj kogoś!

Patrzyła na mnie rozszerzonymi źrenicami, ale miałam wrażenie, że nawet mnie nie widziała. Patrzyła jakby przeze mnie, a jej łzy mieszały się z tuszem, spływając po policzkach.

Serce biło mi jak szalone, kiedy spojrzałam w stronę schodów prowadzących na parter. Wystarczył jeden rzut oka na blondynkę i już wiedziałam, że nie ma co na nią liczyć. A ja nie mogłam stać i patrzeć, jak dziewczyna leżąca na podłodze umiera na moich oczach.

Niemal biegiem ruszyłam w stronę schodów, zbiegając po dwa stopnie naraz. Zatrzymałam się jednak jak wryta, kiedy dotarłam na parter. Znalazłam się w piekle. Muzyka była tak głośna, że ledwo słyszałam własne myśli. Posadzka drgała od rytmicznych basów, ale nie to sprawiło, że skamieniałam.

Na środku salonu znajdowała się naga kobieta. Całkowicie naga z szeroko rozłożonymi nogami, a kilku mężczyzn stało obok niej, wchodząc w nią po kolei. Dreszcz przerażenia przebiegło mi po plecach, jednak nie byłam w stanie odwrócić wzroku od tego widoku. Obserwowałam z trwogą, jak odwracają ją tyłem, a jeden z nich wchodzi w nią niemal w tym samym czasie, kiedy drugi wsadził jej penisa w usta.

Przez myśl przeszło mi, że powinnam uciekać.

Przecież gdzieś tutaj muszą być drzwi prowadzące na zewnątrz. Wystarczy tylko, że je znajdę i pobiegnę przed siebie – mówiłam sobie w myślach, ale moje stopy zdawały się przyrosnąć do posadzki.

Houston miał rację. Nie powinnam wychodzić z pokoju. Byłam idiotką, cholerną, głupią idiotką.

Wrzasnęłam głośno, kiedy czyjeś ręce objęły mnie od tyłu i uniosły w powietrze. Ktoś odwrócił mnie gwałtownie w swoją stronę, a w moje nozdrza uderzył zapach alkoholu i starego potu. Próbowałam strząsnąć z siebie lepkie łapy, które wślizgnęły się pod moją koszulkę. Były jak obrzydliwe, obślizgłe węże. Dreszcz przebiegł mi po plecach.

Grupka mężczyzn w skórzanych kutach przesunęła się nieco w bok, a mój spanikowany wzrok padł na Houstona. Siedział całkowicie rozluźniony w czarnym fotelu z butelką piwa w ręku i szczupłą szatynką na kolanie.

– HOUSTON!!! – wrzasnęłam, chcąc przebić się przez dudniącą muzykę, ale on już podłapał moje spojrzenie. Przez chwilę jego twarz była tak samo obojętna, jak zawsze, ale w pewnej chwili widać było, że mnie rozpoznał.

– Houston! – krzyknęłam znowu, kiedy mężczyzna popchnął mnie w stronę najbliższej ściany. Siła uderzenia pozbawiła mnie oddechu, a przed oczami pojawiły się żółte plamy.

Jak przez mgłę widziałam, jak Houston zrzuca z kolan kobietę. Piwo uderzyło o drewnianą posadzkę, kiedy poderwał się na równe nogi i rzucił w moim kierunku. Łzy ulgi zaszczypały mnie pod powiekami.

– HEJ! – Jego wściekły wrzask przebił się przez muzykę. – Zabieraj od niej łapy, Rooster!

W pierwszej chwili mężczyzna nie zareagował. Minęła cała ciągnąca się w nieskończoność sekunda, zanim jego łapy wysunęły się spod mojego stanika, a ręka Houstona zacisnęła się na jego ramieniu i odciągnęła go do tyłu. Zatoczył się lekko do tyłu i spojrzał dzikim wzrokiem na Houstona, który jednym płynnym ruchem przyciągnął mnie do siebie i niemal zasłonił swoim ciałem. Ledwo dostrzegłam, że ktoś wyłączył muzykę i wszystko ucichło. Krew szumiała mi głośno w uszach.

– Co do kurwy, Houston? – warknął mężczyzna nazwany Roosterem. – Znajdź sobie swoją dziwkę. Pełno ich tu dzisiaj.

– Ona nie jest dziwką – powiedział przerażająco spokojnym i cichym tonem, od którego dostałam gęsiej skórki. – Zbliż się do niej ze swoim zasyfionym kutasem, a ci go własnoręcznie odetnę, jasne?

Nie miałam pojęcia, kim był Houston, ani jaką funkcję pełnił w tym cholernym gangu, ale najwyraźniej nie był byle kim, sądząc po reakcji Roostera. Jego jabłko Adama drgnęło, kiedy nerwowo przełknął ślinę i skinął głową. Rooster pochylił lekko głowę, uciekając spojrzeniem i oddalił się na bezpieczną odległość. Patrzyłam, jak jego plecy z wyszytą na kamizelce nazwą Hellhounds, znikają w tłumie.

Białe oczy wściekłego psa patrzyły na mnie z jego kuty. Wszystkie spojrzenia były wbite we mnie i Houstona. Zadrżałam, uświadamiając sobie, że teraz ta dzika furia płonąca w jego bursztynowych oczach skierowana jest tylko i wyłącznie na mnie. Zacisnął mocno palce na moim przedramieniu i przyciągnął mnie do siebie. Syknęłam cicho z bólu, próbując się odruchowo wyrwać i jednocześnie utrzymać równowagę. Moje nagie stopy nadepnęły na coś zimnego.

Zbliżył do mnie swoją twarz tak blisko, że widziałam ciemną plamkę w jego lewym oku.

– Czego, kurwa, nie zrozumiałaś w słowach „zostań

w pierdolonym pokoju”? – Trzymał wściekłość na wodzy jak dziką bestię, która jeśli zerwie się z uwięzi, to rozsadzi cały cholerny świat.

Otwarłam usta, chcąc się bronić, ale żadne słowa nie chciały z nich wyjść. Przez chwilę nie wiedziałam, co tutaj robiłam.

– Na korytarzu jest dziewczyna – powiedziałam powoli, nawet nie mrugając. Jego oczy trzymały mnie w dziwnej pułapce.

– Co? – warknął wybity z rytmu.

– Dostała drgawek – kontynuowałam. – Nie wiedziałam, co zrobić. Chciałam… chciałam cię znaleźć.

Coś się zmieniło w jego oczach. Zmiana ta była jednak tak mała, że równie dobrze mogłam ją sobie tylko wyobrazić.

Pokręcił głową, przymykając na moment powieki.

– Jesteś jakąś pierdoloną dobrą samarytanką czy co?

Ktoś znowu włączył muzykę. Drgnęłam lekko, a palce na moim przedramieniu się rozluźniły. Byłam pewna, że będę miała siniaki, ale czym były siniaki w porównaniu do gówna, w które wdepnęłam?

Szarpnął mnie za ramię, wyciągając jednocześnie z kieszeni dżinsów telefon. Postukał w niego kilka razy palcem i schował z powrotem. Ludzie rozstąpili się przed nami jak Morze Czerwone, kiedy ciągnął mnie w stronę schodów. Nawet nie próbowałam się wyrywać.

– Co z dziewczyną? – zapytałam w połowie schodów.

– Już się tym zajmują – odpowiedział grobowym tonem, pchając mnie przed siebie, gdy weszliśmy na piętro. Światło z lampy naściennej rzuciło na jego twarz ponure cienie, sprawiając, że jego kości policzkowe stały się jeszcze wyraźniejsze. Miałam wrażenie, że składał się z samych ostrych krawędzi. Popchnął mnie w stronę drzwi do pokoju, z którego dopiero wyszłam. Zdążyłam rzucić tylko wystraszone spojrzenie na blondynkę i jej nieprzytomną koleżankę, zanim wepchnął mnie brutalnie do środka i zatrzasnął za nami drzwi.

– Przepraszam, ja tylko… – zaczęłam niepewnie, obracając się w jego stronę. Mięśnie jego szczęki drgnęły, kiedy zacisnął mocno zęby.

– Zamknij się – syknął, robiąc krok w moją stronę. Odruchowo odskoczyłam w tył. – Miałaś jedno pierdolone zadanie, Romy! Kazałem ci zrobić jedną prostą rzecz! Zostać w tym jebanym pokoju i nie wyściubiać z niego cholernego nosa! – krzyczał, sprawiając, że kurczyłam się w sobie. –

A gdzie cię znajduję!?

– Nie moja wina, że urządzacie sobie pieprzone orgie! – odkrzyknęłam, dziwiąc się samej sobie. Może to z winy tych wszystkich kłębiących się we mnie emocje, tak nagle wybuchłam. – Ta dziewczyna potrzebowała pomocy! Nie mogłam stać i patrzeć jak umiera! Gdybyś mi chociaż zostawił telefon, mogłabym zadzwonić na pogotowie i nie musiałabym wychodzić!

– POGOTOWIE?! – zagrzmiał tak głośno, że podskoczyłam. – Pierdolone pogotowie?! Do reszty zgłupiałaś, Romy? Myślisz, że jakby to się skończyło? Wpadliby do domu klubowego i nie wezwali policji? Gdybyś miała cholerny telefon, wpadłabyś w jeszcze większe tarapaty niż do tej pory!

– Ja… – zaczęłam.

– TY CO?! – wrzasnął wściekle. – Przeszło ci przez myśl co mogło się stać, gdyby mnie tam nie było?! POMYŚLAŁAŚ KURWA O TYM?! TWOJE CZYNY MAJĄ KONSEKWENCJE, ROMY! KIEDY MÓWIĘ CI, ŻE MASZ SIEDZIEĆ

W POKOJU, TO DO KURWY NĘDZY, ROBISZ TO!

Nawet nie wiedziałam, kiedy znalazł się tuż przy mnie, dociskając mnie całym ciężarem swojego twardego ciała do ściany. Oddychał równie szybko co ja. Zamrugałam zaskoczona i przerażona jednocześnie tym, co się właśnie działo.

– Jesteś jak pieprzone dziecko we mgle – syknął.

Nie dzielił nas nawet milimetr. Moje piersi rozpłaszczyły się na jego torsie, a jego ręce znalazły się po obu stronach mojej głowy, zamykając mnie w pułapce z jego ramion. I nawet w tej sytuacji, doświadczając swojego przerażenia w zetknięciu z jego wściekłością, pomyślałam, że jest mega przystojny.

– Siedź cicho i się, kurwa, nie ruszaj z tego pokoju, jeśli chcesz, żebyśmy kiedykolwiek puścili cię wolno, jasne?

Przełknęłam głośno ślinę.

– Co z dziewczyną? – zapytałam, butnie unosząc brodę. Zacisnęłam mocno zęby, z całych sił walcząc o to, żeby panika nie przejęła sterów. Nie mogłam dopuścić do tego, bym się psychicznie przy nim rozsypała. Robiłam wszystko, by utrzymać swoje emocje na wodzy, do czasu aż opuści pokój.

– Czy ty w ogóle mnie słuchasz? – warknął prosto do mojego ucha. Włoski na karku stanęły mi dęba, a potężny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, kiedy jego usta otarły się o płatek mojego ucha.

– Powiedziałem ci, że sprawa jest już załatwiona.

– Co to znaczy?

– Że to nie twój pierdolony interes – powiedział, nie ruszając się ani o milimetr. Poczułam na swoim brzuchu jego erekcję i zadrżałam jeszcze mocniej. Nie miałam tylko pojęcia czy ze strachu, czy z podniecenia. Miałam wrażenie, że jestem na cholernym rollercoasterze. Nie miałam pojęcia, co się działo w mojej głowie.

– Dacie jej umrzeć? – zapytałam cicho, obracając w lewo głowę. Chciałam się od niego odsunąć, by zwiększyć dystans między nami, jednakże mój ruch spowodował tylko, że miał lepszy dostęp do mojej szyi. Przejechał po niej nosem, zaciągając się mocno moim zapachem.

– Nie martw się, maleńka – powiedział szeptem. – Nie jesteśmy aż takimi sukinsynami.

Odepchnął się od ściany i zanim wyszedł z pookoju rzucił mi jedno nieodgadnione spojrzenie. Usłyszałam dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza i osunęłam się powoli po ścianie na ziemię.

Rozdział 5

HOUSTON

Pachniała jak orchidee. Obezwładniający, iście niewinny zapach, sprawiający, że mój fiut twardniał w sekundzie. Miałem ochotę zedrzeć z niej te niedorzecznie krótkie szorty i zapakować kutasa w jej cipkę. A wcześniej spuścić jej porządne lanie, ale była taka przerażona, taka płochliwa. Jak cholerna sarenka.

Patrzyła na mnie z przerażeniem, które widziałem w tych wielkich szarych oczach. Jej piersi unosiły się w górę i w dół, sprawiając, że krew wrzała mi w żyłach i nie mogłem pozbyć się spod powiek tego widoku.

Uderzyłem mocno pięścią w ścianę, ściągając na siebie spojrzenie Sunny’ego. Stał oparty o ścianę kilka metrów dalej, a jakaś ruda laska ssała jego fiuta. Zawsze, kurwa, były rude. Uniósł w górę brew, patrząc na mnie na wpół przytomnie, ale wystarczyło jedno moje pochmurne spojrzenie, żeby zajął się swoimi sprawami.

Lubiłem to, że dawali mi spokój. Upajałem się tym niepokojem, jaki w nich budziłem. Pozwalało mi to odciąć się od tego całego szajsu.

Zaciskałem mocno oczy, dopóki nie pojawiły się żółte plamy. Potrzebowałem dziwki. Na już. Albo nawet dwóch. Byle nie myśleć o tych przestraszonych szarych oczach.

Wszedłem do salonu, łapiąc za nadgarstek jedną z siedzących na kanapie kobiet. Była młoda i nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Jej oczy były już lekko zamglone, a uśmiech prowokujący i chętny. Była tak zupełnie inna od Romy zamkniętej w moim pokoju, że musiałem ją mieć.

Jednak kiedy ciągnęła mi druta w łazience, wyobrażałem sobie, że to cholernie niewinne i drżące usta Romy obejmują mojego kutasa. Że to jej włosy przesmykują się między moimi palcami, kiedy dociskam jej głowę do moich bioder, i że to jej cipka zaciska się na moim kutasie, kiedy szczytuję z głośnym krzykiem.

***

Krew zawrzała mi w żyłach, kiedy wyszedłem na zewnątrz domu klubowego, a mój wzrok padł na dwóch prospektów. Rozmawiali o czymś z Rushem, kiwając przy tym ulegle głowami.

Słońce wzeszło kilka godzin temu, a powietrze znowu stawało się nieznośnie gorące. Przy garażu kręciło się kilku braci, klnąc i zaglądając pod maski na wpół rozebranych samochodów.

Wszystko mnie kurewsko bolało po tym, jak musiałem spędzić noc na cholernym krześle w klubowej kuchni, bo oddałem tej lasce swój pokój.

Zaciągnąłem się ostatni raz fajką i rzuciłem ją na ziemię, przygniatając czubkiem ciężkiego buciora. Prospekci nadal byli wpatrzeni w Rusha, kiedy do nich podszedłem. Jednym ruchem odwróciłem niższego z nich w swoją stronę i z całej siły przywaliłem mu pięścią w gębę. Upadł na ziemię jak szmaciana lalka, wzbijając w powietrze głąb kurzu.

Krew z jego złamanego nosa rozbryzgała się na żwirze. Rush spojrzał na mnie spod uniesionych brwi, a drugi prospekt omal nie posikał się w gacie.

– Mieliście jedno pierdolone zadanie – powiedziałem, rozprostowując palce. – Jedno, kurwa, zadanie! PILNOWAĆ DRZWI! NIE POZWOLIĆ SUCE WYJŚĆ Z POKOJU!

Prospekt nadal leżał na ziemi, nawet nie próbując się podnieść. Drugi wbił spojrzenie we własne buty. Rush z kolei uśmiechnął się kpiąco i skrzyżował ręce na piersi.

– A gdzie ją znajduję!? – wrzeszczałem nadal. – W salonie! W pieprzonym salonie z łapami Roostera na jej cyckach!

– Houston… przepraszamy – powiedział ten, który leżał na ziemi. Kopnąłem go w brzuch, sprawiając, że jęknął i zamknął pierdoloną mordę.

Na samą myśl o tym, że ręce Roostera jej dotykały, widziałem na czerwono.

– I bardzo, kurwa, dobrze, że przepraszacie – warknąłem.

Rush uniósł brew.

– Big Jim chce nas widzieć – powiedział. – Mamy zabrać dziewczynę.

– I po chuj mi to mówisz? Sam to zrób.

– Bo wydaje mi się, że lubisz ją bardziej niż ja. – Wzruszył ramieniem. – Stary, ta akcja wczoraj. Myślałem, że serio odstrzelisz Roosterowi fiuta.

– Mogę odstrzelić ciebie, jeśli chcesz.

Uniósł ręce w obronnym geście.

– Tak tylko mówię.

Musiałem znowu zapalić.

Wyciągnąłem paczkę fajek z kieszeni i wsadziłem jednego papierosa między wargi. Zapaliłem go, rozkoszując się spokojem i nikotyną. Głównie nikotyną.

– Co z Key’em? – zapytałem, kiedy prospekt pozbierał się z ziemi z pomocą kolegi i wraz z nim odszedł w stronę garaży.

Rush wzruszył ramieniem. Był w klubie stosunkowo krótko, bo może jakieś cztery lata, nie więcej, ale sukinsyn wiedział, co robić, żeby zapewnić sobie dobrą pozycję. I nie miałem tu na myśli ruchania córki szefa.

– Złego diabli nie biorą – odpowiedział. – Sukinsyn się wyliże. Całe, kurwa, szczęście, bo nie zdzierżę kolejnej nocy z Tammy.

Tym razem to ja uniosłem w górę brew. Zaciągnąłem się mocno.

– Odkąd się dowiedziała, śpi z Santaną. W moim łóżku. Kurwa, nie tak wyobrażałem sobie trójkąt z moją kobietą.

– Nie radzę wspominać, że w ogóle wyobrażałeś sobie jakikolwiek pierdolony trójkąt przy swojej Starej.

– A ty? – odbił piłeczkę. – Dowiedziałeś się czegoś o tych sukinsynach, którzy strzelali do Key’a?

– Brak kamer. Brak innych świadków oprócz niej.

– Niezła z niej suczka, co? – Przechylił głowę, patrząc na mnie z zaciekawieniem.

Dmuchnąłem mu w twarz dymem. Skrzywił się lekko.

– Widziałem lepsze.

Może i nawet była to prawda, ale mój fiut wiedział lepiej. Chciał jej. I cholernie mi się to nie podobało. Miałem nadzieję, że Big Jim szybko rozwiąże sprawę i nie będę musiał jej już nigdy oglądać.

Rozdział 6

ROMY

Słońce przedarło się przez brudne okiennice, łaskocząc mnie po twarzy. Przez chwilę wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w popękany niegdyś biały sufit. W pewnym momencie zmiażdzyła mnie świadomość tego, w jakiej sytuacji się znalazłam. Byłam zamknięta w pokoju w siedzibie gangu motocyklowego, bo wczorajszego wieczora widziałam, jak inny gang morduje człowieka. Widziałam cholerną orgię w salonie i omal nie zostałam zgwałcona.

Zacisnęłam mocno powieki, ale żaden z tych obrazów nie chciał zniknąć. Wyrył się po wewnętrznej stronie moich powiek jak tatuaż. Zamrugałam kilka razy i podeszłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę, ale drzwi nadal były zamknięte. Byłam cholernym więźniem. Powinnam zwinąć się w kłębek na podłodze i rozsypać na kawałki. Zamiast tego postanowiłam umyć zęby. Santana i Trinket zostawiły mi w łazience szczoteczkę i pastę do zębów, za co byłam im cholernie wdzięczna.

Moje odbicie w łazienkowym lustrze patrzyło na mnie zmęczonymi, szarymi oczami. Po wczorajszym makijażu nie było nawet śladu. Wyglądałam blado i słabo. Do moich uszu dotarł dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza i te zaskrzypiały lekko. Odwróciłam się w stronę dźwięku, czując, jak całe moje ciało się spina.

Nie miałam pojęcia, co tym razem miało się wydarzyć. Czy naprawdę mogło być gorzej?

Tak, mogłaś być martwa – odezwał się głosik w mojej głowie.

Ostrożnie weszłam do pokoju, zatrzymując się niepewnie w progu na widok Houstona. Miał na sobie podarte czarne dżinsy, idealnie pasujące do motocyklowych butów. Na szarą koszulkę miał narzuconą swoją klubową kamizelkę. Wyglądał jak uosobienie męskości i testosteronu. Był szeroki w barach i wąski w biodrach i dałabym sobie obie ręce uciąć, że pod tą koszulką skrywało się idealnie wyrzeźbione ciało. Nie powinno mnie to w ogóle interesować.

– Big Jim chce cię widzieć – powiedział, obrzucając mnie spojrzeniem. Zagryzłam mocno wargę, pozwalając skołtunionym brązowym włosom opaść na moje ramiona, kiedy skuliłam się w sobie.

– Puścicie mnie wolno? – zapytałam.

– Wszystkie pytania będziesz mogła zadać jemu.

Skinęłam głową.

– Czy z Suzie wszystko w porządku? – odważyłam się zapytać. Patrzyłam na jego przystojną twarz, ale bałam się spojrzeć prosto w jego oczy.

– Z kim?

– Suzie? – Przygryzłam wargę tak mocno, że poczułam na języku krew. – Ta nieprzytomna dziewczyna. Wczoraj…

– Żyje – przerwał mi. – A teraz chodź, czekają na ciebie.

Ruszył w moją stronę, jakby chciał mnie wytargać z tego pokoju siłą, ale wyciągnęłam przed siebie ręce.

– Czekaj! – powiedziałam, cofając się w panice. – Pozwól mi zadzwonić. Moja przyjaciółka będzie się o mnie martwić. Zniknęłam wczoraj w środku nocy, bez telefonu, bez torebki… Mogła już zawiadomić policję – jęknęłam żałośnie. – Pozwól mi tylko do niej zadzwonić. Powiedzieć, że… że żyję – zająknęłam się.

Przez chwilę byłam stuprocentowo pewna, że odmówi. Stał na środku pokoju z tą samą znudzoną miną, którą ciągle u niego widziałam. A potem bez słowa sięgnął do kieszeni dżinsów i wyciągnął w moją stronę telefon.

Wpatrywałam się w niego z niepewnością.

– Nie wybuchnie – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.

Potarłam policzek ramieniem i ruszyłam w jego stronę. Dłoń mi zadrżała, kiedy chwyciłam komórkę. Przez chwilę wbijałam w nią pusty wzrok, próbując sobie przypomnieć numer Steph.

Odebrała po piątym sygnale, kiedy niemal się poddałam.

– Steph… – rzuciłam na wdechu.

– Romy? – Usłyszałam po drugiej strony. – Na miłość boską, dziewczyno! Nawet nie wiesz, co ja przeżywałam! Szukałam cię przez pół nocy! Gdzie ty do cholery jasnej jesteś?!

– Wszystko ze mną w porządku – powiedziałam, zamykając oczy. Jej głos sprawił, że chciało mi się płakać. A naprawdę nie chciałam tego robić w obecności Houstona. Odwróciłam się do niego tyłem, ale czułam, że jego wzrok nadal wiercił mi dziurę z tyłu głowy. – Chciałam tylko dać znać, że żyję.

– Gdzie ty jesteś?

Odwróciłam się w stronę Houstona, rzucając mu błagalne spojrzenie, a ten w odpowiedzi pokręcił ledwo dostrzegalnie głową.

– Pamiętaj, im więcej wie, tym w większe gówno wdepnie – powiedział cicho z tym samym wyrazem twarzy.

– Steph, ja…

– Mam dzwonić na policję?! Romy, masz kłopoty?! Odpowiedz mi!

Houston znowu pokręcił głową.

– Zero policji – szepnął, a jego głos był twardy jak stal.

– Nie. Nikogo nie powiadamiaj. – Znowu się zająknęłam, a wielka gula stanęła mi w gardle. – Nic mi nie jest, naprawdę. Zatrzymałam się… zatrzymałam się u znajomych. Wszystko ci opowiem, kiedy wrócę, dobrze?

– U jakich znajomych, Romy? Co ty kręcisz? Znam cię od tylu lat i doskonale wiem, że nie wyszłabyś bez słowa! Bez telefonu i torebki!

– Wszystko ci opowiem, obiecuję. Nic się nie martw, jestem cała i zdrowa. Przepraszam, że cię wystraszyłam. Odezwę się niedługo. Pa, kocham cię.

Rozłączyłam się, walcząc z cisnącymi się do oczu łzami. Wyciągnęłam do niego rękę z telefonem. Złapał ją, ale nie zwolnił uścisku. Był to o dziwo niezwykle delikatny gest. Zdziwiło mnie to tak bardzo, że szybko odnalazłam jego spojrzenie.

– Zrobiłaś dobrze – zapewnił. Skinęłam głową, mrugając zawzięcie. Wcale nie czułam, żebym zrobiła cokolwiek dobrze. Patrzyłam uparcie na jego rękę, zaciskającą się na mojej dłoni. Jego knykcie były czerwone.

– Co ci się stało? – zapytałam cicho, podnosząc spojrzenie na jego twarz. Dotknęłam drugą dłonią jego pękniętych kostek.

– Chodź. – Zignorował mnie.

Jego dotyk zniknął z mojej dłoni, a ja poczułam dziwne rozczarowanie. Przypomniało mi się to uczucie bezpieczeństwa, które poczułam w momencie, gdy ujrzałam go po raz pierwszy.

Przepuścił mnie przodem kładąc dłoń w połowie moich pleców i delikatnie prowadząc w stronę korytarza. Jego ręka nie zniknęła, kiedy schodziliśmy po schodach, ani wtedy, gdy zaprowadził mnie do małego pomieszczenia z wielkim, dębowym biurkiem, przy którym siedział Prezydent.

– Chcę wiedzieć wszystko, co widziałaś – powiedział Big Jim bez owijania w bawełnę. – Z najmniejszymi szczegółami. Wszystko może się, kurwa, przydać.

Zagryzłam mocno wargę, czując na sobie spojrzenie Houstona. Jego twarz znowu wyglądała jak maska. Nie wiedziałam, co jest gorsze. Jego wczorajsza zwierzęca furia czy ta całkowita obojętność. Ta pustka w jego oczach przerażała mnie bardziej niż stanowcze i gniewne oczy Prezydenta klubu.

Big Jim wskazał mi ręką krzesło, na którym niepewnie usiadłam. Sam mężczyzna przysiadł na skraju biurka i skrzyżował ręce na piersi. Obok niego stał kolejny członek gangu, a sądząc po naszywce na jego piersi, miał na imię JJ. O ścianę po mojej prawej stronie opierał się Rush, a Houston usiadł okrakiem na krześle, wspierając się łokciami o oparcie i bawiąc się bezmyślnie zapalniczką.

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka weszło jeszcze dwóch mężczyzn. Oboje mieli gęste brody, a delikatne zmarszczki w kącikach ich oczu wyraźnie zdradzały, że mogli dobijać do czterdziestki.

Big Jim wyciągnął w moją stronę kartkę.

– Czy na ich kutach były takie symbole? – zapytał, kiedy tamta dwójka oparła się o ścianę.

Przyjrzałam się zdjęciu. Pół lew, pół orzeł z otwartą paszczą i rozpostartymi skrzydłami sprawił, że przeszły mnie dreszcze.

Skinęłam głową, czując, jak serce bije mi szybciej. Musiałam na moment zamknąć powieki, ale obraz krwawiącego Key’a nadal widniał przed moimi oczami, jak jakiś cholerny tatuaż wytatuowany pod powiekami.

– Pierdoleni Wild Griffins – warknął JJ. – Sukinsyny pozwalają sobie na coraz więcej.

– Mówiłaś, że ich słyszałaś? Kłócili się. O co? – dopytywał Prezydent.

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem, przysięgam. Słyszałam tylko głosy, nic więcej. Wyszłam na zewnątrz, byłam trochę pijana. Naprawdę nie wiem. Chciałabym pomóc, ale nie wiem.

Big Jim skinął głową.

– Musieli szpiegować albo handlować na naszym terenie – rzucił jeden z mężczyzn z brodą. – Key ich przyłapał i gówniarze chcieli go sprzątnąć.

– Wyglądali na przestraszonych – dodałam głosem ledwo głośniejszym od szeptu. Wszystkie spojrzenia wróciły do mnie, a ja automatycznie się skuliłam.

– Każdy jest przerażony, kiedy strzela do człowieka po raz pierwszy… – rzucił cicho Houston, sprawiając, że na niego spojrzałam.

Jego twarz nadal była całkowicie nieprzenikniona, a oczy w kolorze whisky patrzyły na mnie tak, jakby chciały mnie prześwietlić. Przez długą chwilę nie mogłam oderwać od niego spojrzenia.

Mięśnie jego kwadratowej, pokrytej drobnym zarostem szczęce, drgnęły lekko, ale to by było na tyle. Zero emocji.

– Tia, niewykluczone, że te świeżaki nie mają doświadczenia – powiedział któryś z mężczyzn i dopiero wtedy wyrwałam się z pułapki, jaką były oczy Houstona. Zamrugałam oszołomiona.

– Tak – mruknął Big Jim. – Prospekci strzelają do naszego człowieka na naszym terenie. Muszą być pierdolonymi idiotami, żeby dać wywołać wojnę szczeniakom.

W tej samej sekundzie rozbrzmiał dzwonek telefonu i podskoczyłam na drewnianym krześle jak rażona prądem.

Big Jim sięgnął do kieszeni i zmarszczył ciemne brwi. Powoli przyłożył telefon do ucha.

– Rake – powiedział cicho, ale w jego głosie brzmiała dziwna stanowczość. Jakaś część mojej świadomości dostrzegła, że wszyscy się spięli. – Twoje szczeniaki chyba narozrabiały.

W powietrzu zawisła ciężka cisza, kiedy Big Jim słuchał odpowiedzi.

– Znasz zasady. Krew za krew. Oddasz mi tego dzieciaka. Mamy prawo się zemścić.

Odszukałam spojrzeniem Houstona, czując, jak włoski na rękach stają mi dęba. On jednak patrzył z tym samym znudzonym wyrazem twarzy na swojego szefa.

– W porządku. – Skinął głową. – Dwudziesta w Fake Point.

– Co masz zamiar zrobić? – zapytał Rush, kiedy Big Jim schował telefon do kieszeni dżinsów.

– Odebrać to, co nasze – odpowiedział zwyczajnie.

– To dobry pomysł? Zjawiać się na spotkaniu? – dopytał Rush. – Nie możemy ich po prostu wystrzelać? Po tym, co odpierdolili w zeszłym roku z Santaną, powinni być już, kurwa, dawno martwi.

Jeden z mężczyzn z brodą, przytaknął bez słowa.

– Jeśli będą chcieli wojny, to ją dostaną – odpowiedział Big Jim. – Ale jeśli możemy jej uniknąć, to zrobimy to. Nie narażę mojej dziewczynki na jeszcze większe niebezpieczeństwo, Rush. A jestem kurewsko pewny, że jeśli zdecydują się na wojnę, będą chcieli ją dostać, żeby dostać się do mnie.

Rush zacisnął wargi, ale nic nie powiedział.

– Co z dziewczyną? – odezwał się ku mojemu zdziwieniu Houston i wszystkie spojrzenia znowu spoczęły na mnie. Zadrżałam, zagryzając mocno wewnętrzną część policzka. Szczypała już jak cholera.

– Sprawdziłeś ją dokładnie? – zapytał Houstona.

– Tak, nie ma żadnych powiązań z tymi sukinsynami. Czyste konto. Nawet żadnego mandatu.

Nawet na mnie nie patrzyli, zupełnie tak, jakbym mnie tu nie było. Albo jakbym była małym, nierozumnym dzieckiem.

– Każ jej na razie pilnować. Tym razem niech prospekci tego nie spierdolą – zawyrokował, a Houston ledwo dostrzegalnie skinął głową. – Zobaczymy, jak pójdzie spotkanie. Jeśli pójdzie dobrze, to nie będzie nam już potrzebna.

Houston ponownie skinął głową i wszyscy mężczyźni, jak na komendę, poderwali się z miejsca. Prezydent, zanim zniknął za drzwiami, poklepał mnie po ramieniu. Serce biło mi w piersi tak szybko, że byłam pewna, że lada moment je wyrzygam.

Houston nawet nie drgnął.

– Co to znaczy? – zapytałam cicho, przyglądając się uważnie jego kamiennej twarzy. Szukałam na niej czegoś, co dałoby mi nadzieję, że nadal jest człowiekiem.

– To, że mają pierdolone szczęście, że Key żyje.

Zagryzłam wargę.

– A co to znaczy dla mnie?

Wstał powoli, a krzesło zaszurało o drewnianą podłogę.

– Zobaczymy.

Rozdział 7

HOUSTON

– Się popierdoliło – zagrzmiał Rake, kiedy przekroczyliśmy próg baru. Było nas pięcioro, a za szefem Wild Griffins, dostrzegłem tyle samo ludzi. Kelnerka rzuciła nam przestraszone spojrzenie, znikając za kontuarem baru. Sam Rake wyglądał na odprężonego, ale zdradzał go drgający mięsień w szczęce. Nadal był tak samo łysy, jak zapamiętałem, a chujowe czarne tatuaże oplatały boki jego głowy.

– Się popierdoliło? – Big Jim sarknął, siadając naprzeciwko niego. Zatrzymałem się nieco z tyłu, opierając się o ścianę. JJ, Rush i Lucky stanęli obok, krzyżując ramiona na piersi. – Tyle masz, kurwa, do powiedzenia?

Rake wzruszył ramieniem.

– Wiesz, jakie są dzieciaki – odpowiedział. – Czasem ciężko je upilnować. Zapuszczają się tam, gdzie nie powinny i robią problemy.

– Twoi prospekci byli na naszym terenie, Rake. – warknął Big Jim. – Nie moja wina, że nie potrafisz pilnować własnych ludzi.

– Uważaj, co mówisz, James – syknął.

Big Jim uderzył pięścią w stół, na co kelnerka, która obsługiwała klientów kilka stolików dalej, spojrzała na nas z przestrachem.

– Postrzelili mojego człowieka. Na moim terenie. Omal go nie zabili. Masz kurewskie szczęście, że żyje, bo inaczej już zarobiłbyś kulkę między oczy. – powiedział grobowym głosem. – Chcę tego prospekta. Znasz zasady, Rake. Krew za krew.

– Młody został już ukarany.

– Nie przeze mnie.

Rake pokręcił głową, ale jego harda postawa nieco złagodniała, jakby powoli docierało do niego, że znajdował się na przegranej pozycji. Nie mógł ugrać zbyt wiele i był tego świadomy. Jego ludzie, prospekci czy nie, zapuścili się na nasz teren i postrzelili jednego z naszych. Rake nie mógł się tego wyprzeć. A skoro zadzwonił i zaproponował spotkanie, najwyraźniej nie stać go było na wojnę.

Stąpał po niepewnym gruncie. Pomimo pozornego pokoju, jaki osiągnęliśmy w zeszłym roku po tym, jak sukinsyni z Dust Devils próbowali nas wygryźć z interesu, nadal wiele gówna wisiało w powietrzu. Chociażby porwanie Santany.

A Big Jim i Rush łatwo nie zapominali.

– Dobra – powiedział w końcu. – Ale oddacie nam dziewczynę.

Poczułem, jak wnętrzności skręcają mi się w supeł i automatycznie się wyprostowałem. Słowa same opuściły moje usta:

– Jest poza układem.

Big Jim spojrzał na mnie w tej samej sekundzie co Rake. Czułem na karku wzrok JJ’a i Rusha. Wypalał dziurę w tyle mojej głowy.

– Jest pierdolonym świadkiem – rzucił Rake. – I należy do nas. Dobrze wiesz, Jim, że ostatnio policja siedzi nam na ogonie. Jeśli tylko zostanie rzucona w eter wzmianka o kolejnej strzelaninie z naszym udziałem, dobiorą się nam do dupy. Nie możemy sobie na to pozwolić.

– Trzeba było pilnować prospektów – rzucił Rush.

– Rush ma rację, Rake. Sam jesteś sobie winny. To, że nie kontrolujesz swoich ludzi to nie mój problem. Mam to w dupie. Wiem tylko, że dwaj mali sukinsyni z twoimi barwami, byli na moim terenie i postrzelili mojego człowieka. Masz pierdolone szczęście, że Key jeszcze żyje. Inaczej już bylibyśmy w stanie wojny.

– Dziewczyna nic nie powie – zapewniłem, kiedy Big Jim skończył mówić. Oparłem się o ścianę i wyciągnąłem

z kieszeni paczkę fajek. Odpaliłem jedną, swoją czarną zapalniczką. Dym uniósł się nad moją głową, a ja przymknąłem na moment oczy, delektując się przenikającą mnie nikotyną.