Jak rządzić światem - Pedro Banos Bajo - ebook
NOWOŚĆ

Jak rządzić światem ebook

Pedro Banos Bajo

4,0

Opis

Pedro Banos (autor): Niniejsza książka przedstawia niezłe podsumowanie moich prac i badań na przestrzeni dwudziestu pięciu lat: od licznych artykułów opublikowanych w periodykach i magazynach wszelkiego rodzaju, po rozdziały i wstępy do różnych dzieł, których byłem współautorem.

Skorzystałem w niej również z niezliczonych osobistych notatek uczynionych podczas setek zajęć i wykładów, jakich udzieliłem podczas tego ćwierćwiecza, w instytucjach wojskowych, na uniwersytetach, w ośrodkach i fundacjach, na temat geopolityki, strategii, wywiadu, obronności, bezpieczeństwa, terroryzmu i stosunków międzynarodowych. Niezmiernie cenne okazało się doświadczenie zgromadzone podczas wielu lat pracy jako wykładowca strategii i stosunków międzynarodowych na wydziale Sztabu Głównego w Wyższej Szkole Sił Zbrojnych (Escuela Superior de las Fuerzas Armadas, ESFAS) oraz jako szef Jednostki Analizy Geopolitycznej Ministerstwa Obrony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 518

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Od autora

Od autora

Niniej­sza książka sta­nowi dobre pod­su­mo­wa­nie moich prac i badań w ciągu dwu­dzie­stu pię­ciu lat: od licz­nych arty­ku­łów opu­bli­ko­wa­nych w perio­dy­kach i maga­zy­nach wszel­kiego rodzaju po roz­działy i wstępy do róż­nych dzieł, któ­rych byłem współ­au­to­rem. Sko­rzy­sta­łem w niej rów­nież z nie­zli­czo­nych oso­bi­stych nota­tek uczy­nio­nych pod­czas setek zajęć i wykła­dów, które wygło­si­łem pod­czas tego ćwierć­wie­cza w insty­tu­cjach woj­sko­wych, na uni­wer­sy­te­tach, w ośrod­kach i fun­da­cjach – na temat geo­po­li­tyki, stra­te­gii, wywiadu, obron­no­ści, bez­pie­czeń­stwa, ter­ro­ry­zmu i sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. Nie­zmier­nie cenne oka­zało się doświad­cze­nie zgro­ma­dzone pod­czas wielu lat pracy jako wykła­dowca stra­te­gii i sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych na wydziale Sztabu Głów­nego w Wyż­szej Szkole Sił Zbroj­nych (Escu­ela Supe­rior de las Fuerzas Arma­das, ESFAS) oraz jako szef Jed­nostki Ana­lizy Geo­po­li­tycz­nej Mini­ster­stwa Obrony.

Wszystko to uzu­peł­ni­łem, korzy­sta­jąc z roz­le­głej biblio­gra­fii. Muszę zauwa­żyć, że nie każdą rzecz przy­ta­cza­łem dosłow­nie, lecz mody­fi­ko­wa­łem cytaty – cho­ciaż oczy­wi­ście ni­gdy nie zmie­nia­łem ory­gi­nal­nego prze­sła­nia – kiedy uzna­łem, że dzięki temu lek­tura sta­nie się łatwiej­sza. Moim zamia­rem było stwo­rze­nie dzieła przy­jem­nego i atrak­cyj­nego dla sze­ro­kiego kręgu czy­tel­ni­ków, od naj­bar­dziej obzna­jo­mio­nych w tych tema­tach po ich miło­śni­ków, nie wyłą­cza­jąc tych, któ­rzy się­gną po tę książkę z cie­ka­wo­ści lub zwy­czaj­nie dla roz­rywki.

Nie­mniej jed­nak za każ­dym razem, gdy cyto­wa­łem ideę lub bar­dzo kon­kretną kon­cep­cję pocho­dzącą od innej osoby, sta­ra­łem się przy­to­czyć odpo­wied­nie źró­dła. W pozo­sta­łych przy­pad­kach, żeby nie zanu­dzić czy­ta­ją­cych, podaję je w biblio­gra­fii.

Z dru­giej strony osoby czy­ta­jące zauważą, że cza­sami nie­które stra­te­gie nakła­dają się na sie­bie, przy­kłady histo­ryczne mogą bowiem być ade­kwatne dla wię­cej niż jed­nej z nich.

Jeśli odno­szę się do nie­któ­rych kra­jów czę­ściej niż do innych, to dla­tego, że dys­po­nują więk­szą potęgą, a w związku z tym mogą w zna­czący spo­sób wywie­rać świa­towy wpływ poprzez swoje stra­te­gie. Nie zwra­cam się jed­nak kon­kret­nie prze­ciwko żad­nemu kra­jowi, ide­olo­gii czy reli­gii, nie żywię zatem szcze­gól­nych uprze­dzeń w sto­sunku do nikogo, z wyjąt­kiem tych, któ­rzy jaw­nie wyko­rzy­stują pokrzyw­dzo­nych i nie tak świa­tłych, czę­sto usi­łu­jąc utrzy­mać ich w sta­nie odrę­twie­nia, by móc lepiej kon­tro­lo­wać.

W celu uzy­ska­nia dzieła naj­bar­dziej kom­pe­tent­nego, jak to moż­liwe, spraw­dzi­łem i uwia­ry­god­ni­łem wszyst­kie przy­to­czone dane, posłu­gu­jąc się wysoce wyspe­cja­li­zo­wa­nymi stro­nami inter­ne­to­wymi i innymi bar­dziej ogól­nymi. Dołą­czy­łem do przy­pi­sów na stro­nie te odno­śniki, które uzna­łem za naj­cie­kaw­sze dla osoby chcą­cej posze­rzyć swój zasób infor­ma­cji.

Nie­mniej jed­nak, jako że wszystko da się udo­sko­na­lić, jeśli ktoś z miłych czy­ta­ją­cych wyśle­dzi jaką­kol­wiek ano­ma­lię lub roz­bież­ność, wdzięczny będę za jego komen­tarz i chęt­nie go przyjmę. W tym celu może się ze mną skon­tak­to­wać za pośred­nic­twem poczty elek­tro­nicz­nej: direc­tor@geo­stra­te­gia.com.

Wstęp

Wstęp

Istotą wła­dzy jest wpły­wa­nie na zacho­wa­nie prze­ciw­nika.

Robert D. KaplanThe Revenge of Geo­gra­phy (Zemsta geo­gra­fii)

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów potężni sta­rali się narzu­cić swoją wolę i pozo­sta­wić swój ślad wszę­dzie tam, dokąd się­gnęły ich macki i wpływy. Do XVI w. eks­pan­sja potęgi obej­mo­wała ogra­ni­czoną strefę geo­gra­ficzną, lecz posze­rzyła się ona w następ­stwie odkry­cia Ame­ryki. Rewo­lu­cja prze­my­słowa sta­no­wiła ostatni etap wywie­ra­nia tego wpływu w stre­fach dotych­czas nie­zna­nych, aż do naj­od­le­glej­szych zakąt­ków Ziemi.

W miarę upływu czasu potęga zmie­niała swój tytuł wła­sno­ści, acz­kol­wiek ambi­cje pozo­stały takie same. Prócz próby ujarz­mie­nia wszel­kich grup ludz­kich, jakie napo­ty­kała na swej dro­dze, bro­niła dostępu innym potę­gom, które mogłyby z nią rywa­li­zo­wać w dzie­dzi­nie mili­tar­nej, eko­no­micz­nej czy reli­gij­nej. Ta nie­zmienna histo­ryczna zasada na­dal działa obec­nie i będzie obo­wią­zy­wała nie­za­leż­nie od upływu czasu. Zmieni się tech­no­lo­gia i spo­sób speł­nia­nia ludz­kich aspi­ra­cji, nie­mniej jed­nak ambi­cja, żeby domi­no­wać i pod­po­rząd­ko­wać sobie bliź­niego, pozo­sta­nie nie­śmier­telna, jak była do tej pory. Geo­po­li­tyka prze­kształ­ciła się w narzę­dzie „geo­wła­dzy” (którą można by także nazwać „geo­kon­trolą” lub „geo­pa­no­wa­niem”), przy usil­nych sta­ra­niach, by prze­jąć kon­trolę nad świa­tem – czy przy­naj­mniej nad tak roz­le­głymi stre­fami świata, jak to moż­liwe – a także by unik­nąć popad­nię­cia w nie­wolę kogoś innego bądź też by nie być przez niego zbyt­nio znie­wo­lo­nym.

Koniecz­no­ścią staje się zatem wie­dza, jak potęgi ste­ro­wały i ste­rują świa­tem wokół sie­bie. Pewne stra­te­gie sto­suje się od wie­ków, inne są śwież­sze, lecz nic nie skła­nia do myśli, że zostaną zanie­chane w przy­szło­ści, cho­ciaż zapewne z pew­nymi waria­cjami. W tych ramach dwa­dzie­ścia dwie geostra­te­gie przed­sta­wione w tej książce obra­zują zale­d­wie prak­tyczne zasto­so­wa­nie owej glo­bal­nej wła­dzy, ukon­kre­ty­zo­wa­nie i usta­le­nie tego, jak posta­no­wiono dzia­łać i wpły­wać w danej mię­dzy­na­ro­do­wej sfe­rze.

Ta wie­dza pozwoli nam być czuj­nymi, aby, w miarę moż­li­wo­ści, nie dać się ste­ro­wać jak mario­netki w rękach wiel­kich świa­to­wych mistrzów. Nawet wów­czas musimy jed­nak mieć świa­do­mość znacz­nego zewnętrz­nego wpływu na nasze życie i trud­no­ści, żeby się od niego wyzwo­lić.

Sądzimy, że jeste­śmy wolni, że nie­za­leż­nie możemy wybie­rać nasz los, nasze upodo­ba­nia, spo­sób ubie­ra­nia się czy zacho­wa­nia, to, co jemy lub czemu poświę­camy wolny czas, a jed­nak per­ma­nent­nie jeste­śmy skła­niani do podej­mo­wa­nia dzia­łań, decy­zji i obie­ra­nia postaw. Z rosnącą sub­tel­no­ścią ci, któ­rzy decy­dują za nas, narzu­cają nam styl życia, wzorce spo­łeczne i ide­olo­gie, tak że jeste­śmy pod­po­rząd­ko­wani ich zamy­słom. Jest to pewne dzi­siaj bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, gdy modne stało się słowo „post­prawda” na okre­śle­nie glo­bal­nego kon­tek­stu dez­in­for­ma­cji, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści słusz­niej byłoby nazwać ją „pre­kłam­stwem”, „wie­lo­kłam­stwem” lub „plu­ri­kłam­stwem”, gdyż w zasa­dzie to, co dociera do ogółu, jest niczym wię­cej jak wiel­kim fał­szem prze­bra­nym za prawdę.

Jedy­nie pozna­jąc te geo­po­li­tyczne realia, zdo­bę­dziemy pew­ność, że trzeba jesz­cze przejść długą drogę, aby stwo­rzyć świat, w któ­rym fak­tycz­nie naj­waż­niej­szą rze­czą będzie bez­pie­czeń­stwo ludzi.

1. Geo­po­li­tyka i geo­stra­te­gia

1

Geo­po­li­tyka i geo­stra­te­gia

Dra­mat państw zachod­nich polega na tym, że libe­ral­nym demo­kra­cjom brak kon­se­kwent­nej stra­te­gii i mylą stra­te­gię z tak­tyką.

Ale­xan­dre de Maren­ches

Aby zro­zu­mieć obecne zna­cze­nie słowa „geo­po­li­tyka”, nie wystar­czy przyj­rzeć się jego tra­dy­cyj­nym zna­cze­niom. Nie pomi­ja­jąc ich, trzeba posta­wić kolejny krok i popraw­nie osa­dzić je w obec­nym świa­to­wym kon­tek­ście.

Zgod­nie z kla­syczną wizją wyda­rze­nia poli­tyczne można zro­zu­mieć, zin­ter­pre­to­wać, a nawet uspra­wie­dli­wić poprzez ich powią­za­nia z miej­scami na mapie i histo­rycz­nymi prze­słan­kami. Przy takim nasta­wie­niu akcep­tuje się ist­nie­nie serii sta­łych geo­po­li­tycz­nych, które współ­two­rzą, nie­mal w nie­zmienny i nie­prze­mi­ja­jący spo­sób, ramy roz­woju wyda­rzeń, powta­rza­ją­cych się od minio­nych cza­sów do chwili obec­nej.

Nie odrzu­ca­jąc tych zało­żeń, współ­cze­sna geo­po­li­tyka wymaga szer­szej i głęb­szej per­spek­tywy. Nie­za­prze­czalna glo­ba­li­za­cja i nara­sta­jąca współ­za­leż­ność mię­dzy pań­stwami spra­wiają, że geo­po­li­tyka prze­stała się odno­sić wyłącz­nie do ziemi – przed­ro­stek „geo-” zawę­żał ją do okre­ślo­nego tery­to­rium, do bar­dzo kon­kret­nej fizycz­nej prze­strzeni – a zaczęła do Ziemi, do całej kuli ziem­skiej. W kon­se­kwen­cji w dzi­siej­szych cza­sach nawet naj­mniej­sze pań­stwa są zmu­szone do okre­śle­nia swo­jej geo­po­li­tyki, jako że nie­wiele z tego, co dzieje się w pozo­sta­łej czę­ści świata, nie oddzia­łuje na nie w ten czy inny spo­sób. Geo­po­li­tyka wpływa nawet na prze­strzeń poza­ziem­ską – koniecz­ność poszu­ki­wa­nia nowych źró­deł surow­ców i ener­gii bądź też po pro­stu miejsc do osie­dle­nia się dla rosną­cej popu­la­cji z coraz bar­dziej wyja­ło­wio­nej powierzchni Ziemi spra­wia, że współ­cze­sna geo­po­li­tyka inte­re­suje się rów­nież wymia­rami poza­ziem­skimi.

Z dru­giej strony ter­min „geo­po­li­tyka” zyskał ogromną dyna­mikę, gdy obo­wiąz­kiem stało się zgłę­bia­nie nie tylko stu­diów nad prze­szło­ścią i teraź­niej­szo­ścią, lecz także zapusz­cza­nie się w przy­szłość. Jeśli uda się nam wyja­śnić, jak będą się roz­wi­jać wyda­rze­nia w naj­bliż­szych latach, będziemy mogli opra­co­wać zawczasu dzia­ła­nia korzystne dla wła­snych inte­re­sów, te jed­na­ko­woż powinny być inte­re­sami całej ludz­ko­ści.

W słow­niku Hisz­pań­skiej Aka­de­mii Kró­lew­skiej dwa pierw­sze zna­cze­nia słowa „poli­tyka” dostar­czają cen­nych infor­ma­cji dla tego stu­dium. Pierw­sze defi­niuje poli­tykę jako „sztukę, dok­trynę lub opi­nię odno­szącą się do rządu państw”, pod­czas gdy dru­gie pod­kre­śla fakt, że jest to „dzia­ła­nie tych, któ­rzy kie­rują lub usil­nie pra­gną kie­ro­wać spra­wami publicz­nymi”, co spo­koj­nie można by prze­tłu­ma­czyć jako aspi­ra­cję do kie­ro­wa­nia losami swo­ich współ­braci.

Obecną geo­po­li­tykę można by zatem zde­fi­nio­wać jako dzia­łal­ność pro­wa­dzoną w celu wpły­wa­nia na sprawy w sfe­rze mię­dzy­na­ro­do­wej, rozu­mie­jąc te sta­ra­nia jako usi­ło­wa­nie uzy­ska­nia wpływu na skalę glo­balną, przy rów­no­cze­snym uni­ka­niu pod­da­nia się wpły­wom innych. Można by nawet uści­ślić to dąże­nie i okre­ślić je jako dzia­ła­nie tych, któ­rzy aspi­rują do okre­śle­nia świa­to­wych pla­nów (a przy­naj­mniej na roz­le­głych obsza­rach świata), rów­no­cze­śnie sta­ra­jąc się prze­szko­dzić innym mię­dzy­na­ro­do­wym akto­rom w kie­ro­wa­niu swo­imi pla­nami i dążąc do tego, by nikt nie miał moż­li­wo­ści wtrą­ca­nia się w ich decy­zje.

Mimo tej nowo­ści w ter­mi­no­lo­gii geo­po­li­tyka na­dal pozo­staje ści­śle zwią­zana z warun­kami geo­gra­ficz­nymi (które naj­mniej się zmie­niają), to zna­czy zwy­kłymi ele­men­tami fizjo­gra­ficz­nymi, takimi jak łań­cu­chy gór­skie czy cie­śniny, roz­lo­ko­wa­nymi miej­sco­wo­ściami oraz roz­ma­itymi zaso­bami natu­ral­nymi (ener­ge­tycz­nymi, mine­ral­nymi, wod­nymi, rol­ni­czymi, rybac­kimi etc.). Nie można rów­nież zapo­mnieć, że geo­po­li­tyka będzie oddzia­ły­wać na inne, mniej nama­calne, acz­kol­wiek przez to nie mniej ważne czyn­niki, jak gospo­darka i finanse.

Wła­śnie dla­tego, że obej­muje tak sze­ro­kie spek­trum, ta nowo naro­dzona geo­po­li­tyka jest rów­no­cze­śnie czyn­ni­kiem spraw­czym pozo­sta­łych poli­tyk naro­do­wych, do któ­rych się przy­le­pia. Nie­wiele, a wła­ści­wie nic nie może się cał­ko­wi­cie uwol­nić od sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej, domi­nu­ją­cych świa­to­wych ten­den­cji i powszech­nych nie­bez­pie­czeństw. W tej pano­ra­mie na skalę pla­ne­tarną, gdzie zło­żo­ność i nie­ja­sność nie prze­stają się powięk­szać, dla geo­po­li­tycz­nych decy­den­tów coraz bar­dziej nie­odzowne staje się posia­da­nie dokład­nych danych wywia­dow­czych, które umoż­li­wiają mgli­ste doj­rze­nie przy­szłych zda­rzeń.

W ramach pro­cesu usta­no­wie­nia wytycz­nych geo­po­li­tycz­nych (tego, „co”) w pierw­szej kolej­no­ści należy okre­ślić potrzeby i inte­resy pań­stwa (tego, „po co”). Z tego wyło­nią się sto­sowne stra­te­gie prze­mie­nione w geostra­te­gie, to zna­czy w pro­ce­dury, akcje i spo­soby nie­zbędne do zaspo­ko­je­nia celów geo­stra­te­gicz­nych (tego, „jak” i „czym”). Mówiąc ina­czej, geo­stra­te­gia jest kon­cep­cją zasto­so­waną rów­nież w prak­tyce zgod­nie z wytycz­nymi dzia­łań, by osią­gnąć cele wyzna­czone przez geo­po­li­tykę.

2. Jaki jest świat

2

Jaki jest świat

Rze­czy­wi­stość rzą­dząca rela­cjami mię­dzy­na­ro­do­wymi jest smut­niej­sza i bar­dziej ogra­ni­czona niż ta, która kie­ruje spra­wami naro­do­wymi.

Robert d. KaplanZemsta geo­gra­fii

Świat jest jak szkolny dzie­dzi­niec

We wszyst­kich szko­łach świata są chłopcy i dziew­czynki, któ­rzy kon­tro­lują swoje kółeczko kole­gów. Prze­wo­dzą w kla­sie lub na całym roku, wszy­scy w szkole ich znają, sza­nują i boją się ich. Ten sche­mat szkol­nej wła­dzy można szcze­gól­nie dostrzec na dzie­dziń­cach pod­czas przerw, kiedy ucznio­wie poka­zują, jacy są naprawdę, uwol­nieni od napię­cia panu­ją­cego w kla­sach. Tam dokład­nie można zaob­ser­wo­wać, któ­rzy z nich mają umie­jęt­ność wpły­wa­nia na pozo­sta­łych, spra­wują wła­dzę mogącą być wyni­kiem jed­nej lub róż­nych oko­licz­no­ści: siły fizycz­nej, wro­dzo­nej zdol­no­ści przy­wód­czej, talentu do upra­wia­nia spor­tów, przy­na­leż­no­ści do potęż­nej rodziny, bły­sko­tli­wej i zja­dli­wej elo­kwen­cji, umie­jęt­no­ści przy­po­do­ba­nia się nauczy­cie­lom… lub zwy­kłej pod­ło­ści pod­bu­do­wa­nej prze­bie­gło­ścią.

Te dzieci zaj­mu­jące szcze­gólną, góru­jącą nad pozo­sta­łymi pozy­cję mogą dzia­łać w spo­sób dobro­czynny dla grupy, pocią­ga­jąc ją do reali­zo­wa­nia szla­chet­nych czy­nów. Czę­sto jed­nak bywają ini­cja­to­rami chu­li­gań­skich wybry­ków, pono­szą odpo­wie­dzial­ność za orga­ni­zo­wa­nie aktyw­no­ści nie­zna­nych nauczy­cie­lom, a naru­sza­ją­cych szkolne zasady, lub, co jesz­cze gor­sze, nękają psy­chicz­nie, a nawet fizycz­nie kole­gów słab­szych bądź też mniej uzdol­nio­nych lub lubia­nych.

Dzieci zacho­wu­jące się w ten spo­sób wyra­biają sobie nawyk ota­cza­nia się innymi, szu­ka­ją­cymi w bli­sko­ści z nimi ochrony i uzna­nia, siły, jakiej im bra­kuje lub nie mają jej w tak wyso­kim stop­niu jak lide­rzy, któ­rym się pod­po­rząd­ko­wują. To oni śmieją się z dow­ci­pów potęż­nych, to oni ich pro­wo­kują, by zacho­wy­wać się per­fid­nie w sto­sunku do sła­bych obiek­tów, do kpin i żar­tów, to oni okla­skują ich pokazy siły i zręcz­no­ści fizycz­nej. Mówiąc krótko, należą do klubu tych, któ­rzy wolą utra­cić część swo­jej oso­bo­wo­ści w zamian za przy­na­leż­ność do dworu pochleb­ców, co nadaje im pewien sta­tus i względy.

Oczy­wi­ście, żeby lider i jego orszak mogli tak dzia­łać, muszą funk­cjo­no­wać razem z innymi uczniami, któ­rych uwa­żają za gor­szych, a tym samym ni­gdy nie bra­kuje im uspra­wie­dli­wień. Jed­nych igno­rują, gdyż nie należą do tej samej war­stwy towa­rzy­skiej lub po pro­stu dla­tego, że nie są tak dobrzy w naj­bar­dziej popu­lar­nych w szkole spor­tach. Inni, nie­stety, stają się tar­czą, w którą będą ciskać strzał­kami zło­śli­wo­ści, co pozwoli im poczuć się lep­szymi. Jeśli ci nie­szczę­śnicy są rów­nież wybit­nymi uczniami, potężna grupa, czu­jąc wście­kłość, będzie się nad nimi pastwiła, by nie dopu­ścić do tego, żeby zaczęli z nią rywa­li­zo­wać i kwe­stio­no­wać jej wyż­szość. Jeżeli nie­któ­rym z tych ofiar bra­kuje wystar­cza­ją­cej siły ducho­wej lub rodzin­nego wspar­cia, grupa może nawet wyrzą­dzić im straszną krzywdę, nie­po­we­to­waną i nie­za­tartą. Spo­śród nich mogą brać się osoby pra­gnące dołą­czyć do orszaku przy­wódcy, aby nie być już codzien­nym celem. Smutne jest to, że owi kon­wer­tyci mogą stać się naj­więk­szymi okrut­ni­kami w sto­sunku do pozo­sta­łych.

Znajdą się jed­nak i inni, któ­rzy opie­rają się wpły­wom przy­wódcy czy pre­sji całej grupy z cał­kiem nie­złym rezul­ta­tem. Będzie i taki, który, rów­nież posia­da­jąc pewną wła­dzę, po pro­stu nie chce przy­na­le­żeć do kliki ani wywie­rać pomniej­szego wpływu – zado­wala się pro­wa­dze­niem wła­snego życia, sza­no­wany, pozo­sta­jąc na ubo­czu i nie uczest­ni­cząc w nie­wła­ści­wym trak­to­wa­niu kole­gów. W pew­nych sytu­acjach być może zain­te­re­suje go sojusz z bie­żą­cym wodzem, lecz na ogół może cie­szyć się nie­za­leż­no­ścią. W końcu znajdą się i tacy, któ­rzy posta­no­wią odizo­lo­wać się od uczniow­skiej wspól­noty i nie uczest­ni­czyć w żad­nej dzia­łal­no­ści, ani pozy­tyw­nej, ani nega­tyw­nej, zacho­wu­jąc spo­kój lub reagu­jąc z nie­umiar­ko­wa­niem przy pierw­szej oka­zji, gdy ktoś będzie usi­ło­wał ich zlek­ce­wa­żyć.

To samo można powie­dzieć o każ­dej zbio­ro­wo­ści, kiedy two­rzące ją osoby muszą spę­dzać ze sobą wiele godzin – jak może dziać się w kosza­rach, wię­zie­niu czy w miej­scu pracy. Podob­nie jest w sfe­rze mię­dzy­na­ro­do­wej: ist­nieją potęgi o róż­nym stop­niu moż­li­wo­ści wpływu na świa­towe decy­zje.

Hipo­kry­zja, naczelna zasada geo­po­li­tyki

Zdo­bywca zawsze jest miło­śni­kiem pokoju; pra­gnie wedrzeć się na nasze tery­to­rium, nie napo­ty­ka­jąc oporu.

Carl von Clau­se­witz

Nie ma niczego bar­dziej zakła­ma­nego i okrut­nego niż poli­tyka mię­dzy­na­ro­dowa, wszystko bowiem, co w niej się przy­go­to­wuje i reali­zuje, opiera się wyłącz­nie na inte­re­sach każ­dego kraju, które to inte­resy są zawsze efe­me­ryczne i zmienne, mając bar­dzo nie­wiele lub nic wspól­nego z inte­re­sami pozo­sta­łych państw. Poli­tyka naro­dowa rów­nież jest bez­li­to­sna i bra­to­bój­cza, bez żad­nych wzglę­dów dla poli­tycz­nego prze­ciw­nika, jako że każdy śro­dek zasto­so­wany prze­ciwko niemu uważa się za uspra­wie­dli­wiony, jeśli służy do osła­bie­nia go i pozba­wie­nia wła­dzy, z jedy­nym zamia­rem zaję­cia jego miej­sca. Mimo to należy zakła­dać, że wszyst­kie grupy poli­tyczne – nawet te o najbar­dziej odmien­nych poglą­dach – dążą do tego samego celu i mają ten sam inte­res, dobro oby­wa­teli i swo­jego narodu, cho­ciaż każda z nich może je inter­pre­to­wać odmien­nie, zgod­nie ze swoją przy­na­leż­no­ścią ide­olo­giczną.

W prze­strzeni mię­dzy­na­ro­do­wej, w któ­rej pro­wa­dzona jest geo­po­li­tyka, nie ma jed­nak żad­nego wspól­nego celu, przy­naj­mniej trwa­łego, który mógłby posłu­żyć do poha­mo­wa­nia naj­niż­szych instynk­tów, ani nawet żaru, jaki się zawsze pod­syca, aby mógł posłu­żyć jako spo­iwo. Wspólne inte­resy są tak nie­trwałe, że natych­miast nisz­czeją i są zastę­po­wane innymi, toteż soju­sze, przy­jaź­nie i wro­go­ści prze­mi­jają z para­dok­salną i zaska­ku­jącą szyb­ko­ścią. Żyje się w per­ma­nent­nym sta­nie rywa­li­za­cji, w któ­rym wszyst­kie strony roz­py­chają się łok­ciami, żeby zna­leźć sobie wyłom i spra­wić, by to ich wła­sne inte­resy zapu­ściły korze­nie. Nawet nie­bez­pie­czeń­stwa i zagro­że­nia, które można by uznać za powszechne, jakimi mogą być skutki zmiany kli­ma­tycz­nej, nie wywie­rają real­nego wpływu. W tym szcze­gól­nym bowiem śro­do­wi­sku każdy kraj dba wyłącz­nie o wła­sne inte­resy. Można powie­dzieć wię­cej: im potęż­niej­szy jest jakiś kraj, tym mniej tak naprawdę dba o potrzeby pozo­sta­łych naro­dów. Cho­ciaż zda się to wariac­twem – żeby wszyst­kie pań­stwa zgo­dziły się na decy­zje korzystne dla całej ludz­ko­ści, musia­łoby poja­wić się poza­ziem­skie zagro­że­nie pod posta­cią inwa­zji albo cze­goś podob­nego. Tym­cza­sem jed­nak dzieje się tak i dziać będzie, że każdy kraj zapa­trzony jest we wła­sny pępek i działa, by osią­gnąć korzy­ści dla sie­bie, nawet wtedy, gdy ma cał­ko­witą świa­do­mość szkody, bez­po­śred­niej lub pośred­niej, jaką może wyrzą­dzić pozo­sta­łym.

Histo­ryk woj­sko­wo­ści Michael Howard pod­su­mo­wuje ogrom­nie wysoki sto­pień hipo­kry­zji, na któ­rej opie­rają się rela­cje mię­dzy­na­ro­dowe, zawsze ste­ro­wane, ukie­run­ko­wane i praw­nie usta­no­wione przez wiel­kie mocar­stwa, tym zda­niem: „Czę­sto pań­stwa które uka­zują naj­więk­sze zain­te­re­so­wa­nie zacho­wa­niem pokoju, to te, które gro­ma­dzą naj­więk­sze arse­nały broni”.

Gra wpły­wów

Silni robią to, co chcą, a słabi cier­pią z powodu ich samo­woli.

Tuki­dy­des

W prze­strzeni mię­dzy­na­ro­do­wej współ­ist­nieją potęgi o róż­nym stop­niu moż­li­wo­ści wpły­wa­nia na świa­towe decy­zje. Można zało­żyć, że mamy dwa pod­sta­wowe typy państw: domi­nu­jące i zdo­mi­no­wane. Pierw­sze spra­wują kon­trolę na skalę regio­nalną lub glo­balną. Kraje mogą być im pod­po­rząd­ko­wane w mniej lub bar­dziej bez­po­średni spo­sób i w róż­no­ra­kiej for­mie (mili­tar­nej, eko­no­micz­nej, kul­tu­ral­nej, tech­no­lo­gicz­nej etc.), w mniej­szym czy więk­szym stop­niu akcep­to­wać swoją pozy­cję, nawet z bierną rezy­gna­cją. Jeśli zaj­dzie taka koniecz­ność, mogą pod­po­rząd­ko­wać się potęż­niej­szym w celu wzbu­dza­nia sza­cunku, a nawet stra­chu.

Kraje, które z jakie­go­kol­wiek powodu nie czują się potężne – posia­da­nie lub nieposia­da­nie broni ato­mo­wej sta­nowi wyraźny punkt zwrotny – sta­rają się schro­nić pod para­so­lem więk­szej potęgi, która, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie, gwa­ran­tuje im zarówno bez­pie­czeń­stwo, jak i nie­ty­kal­ność. To wła­śnie ofe­rują potęgi nukle­arne, jeśli cho­dzi o środki czy­sto stra­te­giczne, tak samo jak czy­nią to stali człon­ko­wie Rady Bez­pie­czeń­stwa Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych w obli­czu hipo­te­tycz­nych sank­cji mię­dzy­na­ro­do­wych. Tak wła­śnie postą­piły Chiny w sto­sunku do Sudanu i jego pre­zy­denta Umara al-Baszira, który trwał na sta­nowisku1, mimo że Mię­dzy­na­ro­dowy Try­bu­nał Karny wysto­so­wał w marcu 2009 r. mię­dzy­na­ro­dowy nakaz aresz­to­wa­nia za zbrod­nie ludo­bój­stwa i zbrod­nie wojenne, do jakich doszło w Dar­fu­rze. Pre­zy­dent al-Baszir wie, że dopóki kryje się w cie­niu Chin, jest nie­ty­kalny. Pekin ofe­ruje rów­nież tę „usługę” innym kra­jom w trak­cie pro­ce­sów nego­cja­cyj­nych, pod­czas któ­rych sto­suje metodę win-win, pozor­nie przej­rzy­ste per­trak­ta­cje, z któ­rych obie strony wycho­dzą zwy­cię­sko. W rela­cjach z Suda­nem Pekin na przy­kład uzy­skuje dostęp do ropy i ziem upraw­nych w tym kraju. Chiny mają tę prze­wagę, że nie były potęgą kolo­nialną, a tym samym nie wzbu­dzają takiej nie­chęci jak inne rywa­li­zu­jące potęgi, zwłasz­cza w Afryce.

Syria sta­nowi przy­kład tego, jak słabe pań­stwo ata­ko­wane przez inne, bar­dziej wojow­ni­cze, czuje się zmu­szone do szu­ka­nia opar­cia u trze­ciego, sil­niej­szego. Pre­zy­dent Basz­szar al-Asad musiał przy­jąć pomoc Rosji – która oczy­wi­ście dążyła do reali­za­cji wła­snych inte­re­sów – aby nie utra­cić wła­dzy w chwili, kiedy chwiała się ona pod napo­rem rebe­lian­tów wspie­ra­nych przez Stany Zjed­no­czone i kilku ich sojusz­ni­ków regio­nal­nych i świa­to­wych.

Z dru­giej strony, kiedy jakiś kraj uważa, że nie ma dosta­tecz­nej rangi lub pre­stiżu w regio­nie bądź na świe­cie, sprzy­mie­rza się z innymi w celu uzy­ska­nia zna­cze­nia geo­po­li­tycz­nego. Nie­które z tych kra­jów zasła­niają się zało­że­niem sfor­mu­ło­wa­nym przez Ottona von Bismarcka, pre­miera Prus (1862–1873) i kanc­le­rza Nie­miec (1871–1890): „Narody, które cał­ko­wi­cie się izo­lują, wie­rząc, że są samo­wy­star­czalne, jeśli cho­dzi o obronę swo­jej ojczy­zny i inte­re­sów, w końcu znikną, przy­tło­czone cię­ża­rem pozo­sta­łych naro­dów”. Kiedy tak się dzieje, pod­po­rząd­ko­wa­nie może osią­gać taki sto­pień, że nie­które pań­stwa, nawet uwa­żane za śred­niej wiel­ko­ści potęgi, dają się powo­do­wać super­mo­car­stwom danej chwili i wdają się w wojenne awan­tury, cał­ko­wi­cie nie­zwią­zane z ich inte­re­sami. Tak jest z rzą­dami wysy­ła­ją­cymi swoje woj­ska do odle­głych miejsc, w któ­rych nie mają żad­nego praw­dzi­wego wła­snego inte­resu do bro­nie­nia. Cho­ciaż póź­niej znajdą się teo­re­tycy – zawsze tacy się znaj­dują i zawsze są gotowi przy­po­do­bać się aktu­al­nie rzą­dzą­cym – któ­rzy będą to uspra­wie­dli­wiać za pomocą takich teo­rii jak „obrona z wyprze­dze­niem”, zagro­że­nie dla świata, któ­rego nie spo­sób powstrzy­mać w poje­dynkę, obrona praw czło­wieka (jakby tylko w tym miej­scu były naru­szane) lub sze­rze­nie war­to­ści demo­kra­tycz­nych. Nie­rzadko te „pań­stwa sate­lic­kie” uzy­skują jedy­nie to, że przy­spa­rzają sobie nowych wro­gów, któ­rych wcale nie potrze­bo­wały. A to może pro­wa­dzić zarówno do zama­chów na ich wła­snym tery­to­rium – do któ­rych zwy­kle docho­dzi, jeśli na odle­głym tere­nie dzia­łań pań­stwa te musiały wal­czyć lub po pro­stu w jakiś spo­sób nara­ziły się ugru­po­wa­niu, które ucieka się do ter­ro­ry­zmu w swo­jej tak­tyce – jak i nie­po­ko­jów spo­łecz­nych wywo­ła­nych bra­kiem popar­cia wła­snych oby­wa­teli dla nie­ja­snej eks­pe­dy­cji woj­sko­wej, które mogą skoń­czyć się oba­le­niem rządu odpo­wie­dzial­nego za wysła­nie woj­ska.

Nie­które pań­stwa, bar­dzo nie­liczne, nie miesz­czą się w żad­nej ze wspo­mnia­nych wcze­śniej kate­go­rii. Jedne, ponie­waż nie dys­po­nują odpo­wied­nimi warun­kami, żeby domi­no­wać, lecz także nie chcą być w żaden spo­sób zdo­mi­no­wane. To takie, które trzy­mają się z dala od sys­temu mię­dzy­na­ro­do­wego i stają się „bun­tow­ni­kami”. W Stra­te­gii Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego Sta­nów Zjed­no­czo­nych z 9 lutego 2015 r. to okre­śle­nie zastą­piono sło­wem „nie­od­po­wie­dzialne” – do tej kate­go­rii zali­cza się dzi­siaj takie kraje jak Korea Pół­nocna. Nie­mniej jed­nak podob­nie jak w przy­padku dzieci, które usi­łują żyć na mar­gi­ne­sie domi­nu­ją­cych w szkole grup, pań­stwa odma­wia­jące udziału w walce o wła­dzę i sta­ra­jące się sto­so­wać wła­sne sys­temy poli­tyczne i spo­łeczne, nara­żają się na nie­wąt­pliwe ryzyko, muszą bowiem samot­nie bro­nić swej egzy­sten­cji.

Pewne kraje – jak Ara­bia Sau­dyj­ska, Tur­cja, Egipt i Iran – two­rzą inną pomniej­szą grupę: będąc już regio­nal­nymi przy­wód­cami, aspi­rują do dal­szego roz­woju i zyski­wa­nia wpły­wów, acz­kol­wiek wyrze­kają się uzy­ska­nia bar­dziej glo­bal­nego wpływu z obawy, by nie obra­zić super­mo­car­stwa, z któ­rym utrzy­mują dość nie­ja­sne rela­cje. Nie zga­dzają się jed­nak na wyzna­cze­nie im miej­sca w gru­pie poli­tycz­nych wasali.

Podobne roz­róż­nie­nie zapro­po­no­wał poli­to­log Zbi­gniew Brze­ziń­ski, dla któ­rego ist­nieli „gra­cze stra­te­giczni” i „sworz­nie geo­po­li­tyczne”. Do pierw­szych zali­czają się pań­stwa mające poten­cjał i wolę spra­wo­wa­nia wła­dzy oraz wywie­ra­nia wpły­wów poza swo­imi gra­ni­cami i zmie­nie­nia obec­nego stanu kwe­stii geo­po­li­tycz­nych. Ci „stra­te­giczni gra­cze” zawsze są waż­nymi i potęż­nymi pań­stwami, cho­ciaż nie wszyst­kie, które posia­dają te cechy, muszą takimi być, zale­żeć to bowiem będzie w rów­nym stop­niu od woli rzą­dzą­cych, jak i tego, czy włą­czą się do walki o wła­dzę. Z dru­giej strony „sworz­nie geo­po­li­tyczne” to takie pań­stwa jak Ukra­ina, Azer­bej­dżan, Korea Połu­dniowa, Tur­cja i Iran, któ­rych waż­ność zależy od ich poło­że­nia geo­gra­ficz­nego, pozwa­la­ją­cego sta­wiać innym kra­jom warunki dostępu do pew­nych zaso­bów i miejsc.

Rywa­li­za­cja, ambi­cja i prze­moc

Ludzie wal­czą, ponie­waż są ludźmi.

Mau­rycy Saski

Kon­flikt, współ­ist­nie­jący z naturą ludzką i spo­łeczną rze­czy­wi­sto­ścią, jest nie­unik­nio­nym rezul­ta­tem róż­no­rod­no­ści inte­re­sów, per­cep­cji i kul­tur. Kon­flikt zbrojny z kolei jest nie­od­łączny dla każ­dego mię­dzy­na­ro­do­wego sys­temu. Pisząc o woj­nie pelo­po­ne­skiej (432–404 r. p.n.e.), ateń­ski histo­ryk Tuki­dy­des twier­dzi, iż jej praw­dziwą przy­czyną było to, że Ateń­czycy, osią­gnąw­szy potężną pozy­cję, zaczęli wzbu­dzać strach u Lace­de­moń­czy­ków, zmu­sza­jąc ich tym samym do walki. To samo można zasto­so­wać do każ­dego momentu w histo­rii, prze­szłego czy przy­szłego, ten bowiem, kto jest potężny, wszel­kimi spo­so­bami będzie się sta­rał prze­szko­dzić poja­wie­niu się kogoś, w jakim­kol­wiek śro­do­wi­sku, kto mógłby zagro­zić jego hege­mo­nii. Stąd można wysnuć wnio­sek, że walka mię­dzy gru­pami ludzi będzie trwać wiecz­nie, bez względu na liczne próby jej unik­nię­cia. Zmieni się jej forma, będzie bar­dziej lub mniej okrutna i bru­talna, sto­so­wane będą metody bez­po­śred­nie lub sub­telne, lecz nic nie zdoła poło­żyć jej kresu. Jest to bez wąt­pie­nia pesy­mi­styczna wizja, lecz rze­czy­wi­stość, jaką obser­wu­jemy, każe myśleć, że dosko­nale pasuje do aktu­al­nego kon­tek­stu i prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści.

W 1929 r. Liga Naro­dów zle­ciła Morit­zowi Bon­nowi i André Sieg­frie­dowi opra­co­wa­nie raportu zaty­tu­ło­wa­nego Ten­den­cje eko­no­miczne wpły­wa­jące na pokój świa­towy. Ci dwaj naukowcy doszli do wnio­sku, że znaczną część histo­rii można wyja­śnić jedy­nie pra­gnie­niem zamoż­nych państw, by utrzy­mać swoją uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję w zakre­sie wła­dzy i bogac­twa, pod­czas gdy mniej syte pań­stwa usi­łują zdo­być bogac­twa, by stać się potęż­niej­sze, lub też zdo­być wła­dzę w celu wzbo­ga­ce­nia się. Można powie­dzieć, że ten, kto nie ma, chce mieć, a ten, kto ma, pra­gnie mieć wię­cej, nato­miast ten, kto ma dużo, pra­gnie jedy­nie tego, żeby mu tego nie zabrano. Doty­czy to zarówno poje­dyn­czych ludzi, jak i państw, gdyż jest niczym innym, jak nie­prze­mi­ja­jącą prak­tyką ego­izmu i ambi­cji. Jak wyka­zuje histo­ria, nawet ci, któ­rzy zaj­mu­jąc nie­ko­rzystną pozy­cję, zapew­niają, że ni­gdy nie zmie­nią swo­jego powo­ła­nia, żeby krze­wić rów­ność wśród bliź­nich, w końcu zmie­niają per­spek­tywę, gdy już osią­gną pewien sto­pień uprzy­wi­le­jo­wa­nia, czy to zrzą­dze­niem losu, czy to po cięż­kich tru­dach, i cier­pią na te same ułom­no­ści, które wcze­śniej tak bar­dzo kry­ty­ko­wali.

Według gene­ra­łów Penga Guan­gqiana i Yao Youzhi – człon­ków chiń­skiej Aka­de­mii Nauk Woj­sko­wych – trak­tat wojenny Wuzi (V–IV w. p.n.e.) wska­zy­wał, że w okre­sie wal­czą­cych kró­lestw (475–221 r. p.n.e.) ist­niało pięć powo­dów wyru­sze­nia na wojnę: walka o sławę, walka o korzy­ści, nagro­ma­dze­nie wro­go­ści, wewnętrzny nie­ład i głód. Z kolei hra­bia Ale­xan­dre de Maren­ches, dyrek­tor gene­ralny fran­cu­skiej Służby Doku­men­ta­cji Wywiadu i Kontr­wy­wiadu w latach 1970–1981, z całą sta­now­czo­ścią twier­dził, że obecny kon­flikt mię­dzy­na­ro­dowy polega na walce o pano­wa­nie nad surow­cami i na psy­cho­lo­gicz­nej kon­troli nad spo­łe­czeń­stwami za pomocą środ­ków komu­ni­ka­cji, Kościo­łów, edu­ka­cji i dez­in­for­ma­cji. Mówił to w 1986 r., zanim nastą­pił gwał­towny roz­wój inter­netu i sieci spo­łecz­no­ścio­wych, które wykład­ni­czo zwięk­szyły tę psy­cho­lo­giczną mani­pu­la­cję masami.

Walka zawsze toczyła się o wła­dzę, sta­tus, pano­wa­nie, kon­trolę nad ludźmi i zaso­bami, przy zasto­so­wa­niu dostęp­nych w danej chwili środ­ków, a chęć zysku sta­wała się czy­stym pra­gnie­niem pano­wa­nia. A jeśli prze­moc jest naj­sku­tecz­niej­szym środ­kiem do odnie­sie­nia zwy­cię­stwa w kon­flik­cie, nie ma wąt­pli­wo­ści, że zosta­nie zasto­so­wana.

Młot czy kowa­dło?

Na tej twar­dej ziemi trzeba być albo mło­tem, albo kowa­dłem.

Bern­hard von Bülow

Bismarck twier­dził, że „wdzięcz­ność i zaufa­nie nie przy­cią­gną do nas ani jed­nego czło­wieka, tylko strach to uczyni, jeśli będziemy umieli zasto­so­wać go zręcz­nie i ostroż­nie”. Dawał jasno do zro­zu­mie­nia, że siła i prze­moc – zarówno jego armia, jak i sama groźba jej uży­cia – wywie­rają okre­ślony wpływ na sto­sunki mię­dzy­ludz­kie. Nie­mal cztery wieki wcze­śniej Niccolò Machia­velli posu­nął się jesz­cze dalej, twier­dząc, że lepiej, by się nas bano, niż nas kochano. Nie­mniej jed­nak samo to, że ktoś się nas boi, jak zale­cał wło­ski myśli­ciel, może dzia­łać na krótką metę. Rów­no­cze­śnie rodzi się bowiem nie­na­wiść, która może wybuch­nąć, wywo­łu­jąc nie­prze­wi­dy­walne skutki. Z dru­giej strony próba zyska­nia miło­ści może zostać zro­zu­miana przez nie­któ­rych jako jawny prze­jaw sła­bo­ści. Wyko­rzy­stają to oni i będą nad­uży­wać, a nawet pozba­wią sil­niej­szego wła­dzy.

Cho­ciaż mówi się, że nie­które grupy ludzi dzia­łają i reagują powo­do­wane miło­ścią, inne stra­chem, a pozo­stałe prze­ko­na­niem, w rze­czy­wi­sto­ści czy­nią tak w rezul­ta­cie połą­cze­nia tych trzech czyn­ni­ków i nie zawsze dając taką samą odpo­wiedź. Toteż w sfe­rze sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych naj­waż­niej­sze jest, żeby wie­dzieć, w jaki spo­sób można uzy­skać to, by pozo­stali akto­rzy pod­dali się naszym inte­re­som danej chwili, mając pełną świa­do­mość, że jakieś w zało­że­niu zwień­czone suk­ce­sem postę­po­wa­nie nie­ko­niecz­nie może być takim w innym przy­padku. W takiej sytu­acji należy wycią­gnąć naukę, że strach przed zasto­so­wa­niem siły, cho­ciażby miało to nastą­pić w osta­tecz­no­ści, nie prze­staje być pod­sta­wo­wym ele­men­tem wszel­kiej zewnętrz­nej rela­cji. Koniec koń­ców jest rze­czą oczy­wi­stą, że można dia­log pro­wa­dzić jedy­nie z kimś, kto jest gotów słu­chać, rozu­mieć i postę­po­wać roz­sąd­nie. Trzeba mieć świa­do­mość, że wykształ­ce­nie i uprzej­mość nie są w sta­nie poko­nać prze­mocy i bru­tal­no­ści, i nie­stety stwier­dzić, cho­ciaż może wydać się to godne poża­ło­wa­nia, że są tacy, któ­rzy reagują jedy­nie na zasto­so­wa­nie siły.

Wojna, zor­ga­ni­zo­wana prze­moc

Cho­ciaż uda się czło­wie­kowi unik­nąć jakie­goś nie­bez­pie­czeń­stwa, ni­gdy nie zdoła w pełni unik­nąć takiego, jakie sta­no­wią ci, któ­rzy pra­gną, by nie ist­niały istoty jego rodzaju.

Demo­ste­nes

Do wojny, jako gwałtu zasto­so­wa­nego w celu for­so­wa­nia spo­łecz­nej woli, ni­gdy nie prze­sta­nie docho­dzić, zawsze bowiem będą ist­niały grupy ludzi goto­wych narzu­cić innym swoje idee i styl życia, skła­nia­jąc nawet naj­bar­dziej poko­jowo nasta­wio­nych do pod­ję­cia walki, chyba że będą woleli się pod­dać. Kant, wielki pesy­mi­sta, rozu­miał, że „sama wojna nie potrze­buje szcze­gól­nych moty­wów, zdaje się bowiem wsz­cze­piona w naturę ludzką”, i uwa­żał, że „sta­nem natu­ral­nym czło­wieka nie jest pokój, lecz wojna”. Nic nowego, jako że znacz­nie wcze­śniej grecki filo­zof Pla­ton zapew­niał, że „pra­wem natury jest, że wojna trwać będzie wiecz­nie mię­dzy mia­stami”. Dla Era­zma z Rot­ter­damu „wojna jest tak okrutna, że bar­dziej przy­stoi dzi­kim bestiom niż ludziom”. A to dosko­nale oddaje abso­lutną dehu­ma­ni­za­cję, jaką ozna­cza wojna, spi­ralę prze­mocy, jaką nakręca, naj­niż­sze instynkty, jakie wydo­bywa. Wojna ujaw­nia i uwy­dat­nia naj­bar­dziej nega­tywne aspekty czło­wieka. Kiedy już wybuch­nie, motywy jej wsz­czę­cia lub jej legi­ty­mi­za­cji są aż nadto liczne. Od tej chwili ist­nieje tylko jedna obse­sja: wygrać ją. Nie­zbyt ważne są środki, jakimi się to osią­gnie, nawet te naj­bar­dziej nie do pomy­śle­nia.

W prze­mó­wie­niu wygło­szo­nym 9 maja 2007 r. z oka­zji sześć­dzie­sią­tej dru­giej rocz­nicy zwy­cię­stwa Sowie­tów w II woj­nie świa­to­wej Wła­di­mir Putin powie­dział:

Mamy odpo­wie­dzial­ność pamię­tać, że przy­czyny każ­dej wojny przede wszyst­kim biorą się z błę­dów i nie­wła­ści­wych kal­ku­la­cji doko­na­nych w cza­sie pokoju, i że te przy­czyny mają korze­nie w ide­olo­gii kon­fron­ta­cji i eks­tre­mi­zmu. Jest nie­zwy­kle ważne, żeby pamię­tać o tym dzi­siaj, gdyż te groźby nie zmniej­szają się, a tylko zmie­niają się i mody­fi­kują swój obraz. Te nowe zagro­że­nia, jak za cza­sów Trze­ciej Rze­szy, wyka­zują taką samą pogardę dla ludz­kiego życia i taką samą dąż­ność do wyłącz­nego zawład­nię­cia świa­tem.

Moż­liwe, że w rów­nym stop­niu odno­sił się do dżi­hadu, co do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, lecz nie ma żad­nej wąt­pli­wo­ści, że w każ­dym wypadku jego słowa odzwier­cie­dlają nie­prze­mi­ja­jącą ludzką ambi­cję zapa­no­wa­nia nad innymi.

Dla fran­cu­skiego gene­rała i geo­po­li­tyka Pierre’a M. Gal­lo­isa to nie zawsze silni ini­cjują wojny, gdyż, jak dowiódł bry­tyj­ski myśli­ciel i histo­ryk woj­sko­wo­ści John F.C. Ful­ler, „nie ma niczego nie­lo­gicz­nego w pra­gnie­niu obszar­pań­ców, żeby zagar­nąć bogac­twa potęż­nych”. Tak zwany świat zachodni liczy około 900 milio­nów ludzi2, jed­na­ko­woż obec­nie Zie­mię zamiesz­kuje 6,6 miliarda innych ludzi, o odmien­nych wizjach i kul­tu­rach, które w pewien spo­sób uwa­żają się za stratne na roz­woju i glo­ba­li­za­cji. Jest zatem oczy­wi­ste, że więk­szość miesz­kań­ców Ziemi może pra­gnąć zmiany biegu spraw, tak by to oni stali się uprzy­wi­le­jo­wa­nymi.

Czy moż­liwa jest sku­teczna kon­trola prze­mocy?

Ni­gdy żaden gene­rał nie wie­rzy tak bar­dzo w pokój, żeby nie przy­go­to­wy­wać się do wojny.

Seneka

W tym świa­to­wym kon­tek­ście ende­micz­nej prze­mocy ame­ry­kań­ski poli­tyk Henry Kis­sin­ger – doradca do spraw bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego Sta­nów Zjed­no­czo­nych (1969–1975) i sekre­tarz stanu (1973–1977) – wska­zał, że super­mo­car­stwa cza­sami zacho­wują się jak dwaj uzbro­jeni po zęby ślepcy szu­ka­jący drogi w pokoju, prze­ko­nani, że każdy z nich znaj­duje się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie z powodu dru­giego, każdy z nich prze­świad­czony, że ten drugi ma dosko­nały wzrok. Z cza­sem obaj mogą w końcu wyrzą­dzić sobie wza­jem­nie ogromną krzywdę, nie wspo­mniaw­szy o zaj­mo­wa­nym przez nich pokoju, to zna­czy pla­ne­cie Zie­mia. Tak się już działo i może zda­rzyć się ponow­nie, dopro­wa­dza­jąc całą ludz­kość do spa­zmów, kiedy weź­mie się pod uwagę ogromny nisz­czy­ciel­ski poten­cjał, jakim dys­po­nują obec­nie super­mo­car­stwa, i to nie tylko z nukle­ar­nego punktu widze­nia. Dla­tego roz­wią­za­niem byłoby pod­trzy­my­wa­nie sta­łego dia­logu mię­dzy wiel­kimi, nie­mniej jed­nak nie prze­staje to być uto­pią wobec odwiecz­nych pra­gnień posia­da­nia abso­lut­nej wła­dzy.

Główny pro­blem traf­nie okre­śla dzien­ni­karz i ana­li­tyk poli­tyczny Robert D. Kaplan, kiedy stwier­dza, że „świat trwa w pew­nego rodzaju natu­ral­nym sta­nie, w któ­rym nie ist­nieje Lewia­tan Hob­besa karzący nie­spra­wie­dli­wych”. W zasa­dzie mówi on, że cho­ciaż pozor­nie działa jakaś mię­dzy­na­ro­dowa jurys­dyk­cja dążąca do takiego celu, mocar­stwa zawsze znaj­dują for­mułki, żeby ją obejść, acz­kol­wiek, ow­szem, sto­sują ją surowo w sto­sunku do pozo­sta­łych akto­rów. Jak zoba­czymy póź­niej bar­dziej szcze­gó­łowo, jedną z zasad geo­po­li­tyki jest to, że śred­nie i małe potęgi opie­rają – lub chcia­łyby, żeby tak było – rela­cje mię­dzy pań­stwami na mię­dzynarodowej pra­wo­rząd­no­ści, na orzecz­nic­twie, które naprawdę byłoby spra­wie­dliwe i bez­stronne w sto­sunku do wszyst­kich kra­jów, nie­za­leż­nie od ich roz­miaru i siły. Potęgi jed­nak opie­rają się wła­śnie na swo­jej mocy, swoim zna­cze­niu geopoli­tycznym i swo­jej zdol­no­ści wpły­wa­nia.

Innym waż­nym pyta­niem, które zawsze się poja­wia, jest kwe­stia uży­cia siły przed­sta­wio­nej jako walka dobra ze złem. Pro­blem polega na tym, że wszyst­kie strony kon­fliktu bez­u­stan­nie uwa­żają, iż dobro i racja są po ich stro­nie, a prze­ciw­nik się myli, dzia­ła­jąc w spo­sób nie­le­galny i pod­stępny, a zatem można by powie­dzieć, że walka toczy się mię­dzy odmien­nymi spo­so­bami poj­mo­wa­nia dobra.

Z dru­giej strony, kiedy mówi się o poli­tyczno-woj­sko­wych soju­szach mię­dzy kra­jami jako hipo­te­tycz­nej for­mie osią­gnię­cia więk­szego stop­nia kolek­tyw­nego bez­pie­czeń­stwa, należy uści­ślić ter­miny. W przy­padku, kiedy grupa państw posta­na­wia połą­czyć się w celu osią­gnię­cia więk­szego bez­pie­czeń­stwa w obli­czu zagro­że­nia ze strony innych kra­jów, jest wielce praw­do­po­dobne, że te dru­gie także dojdą do poro­zu­mie­nia i połą­czą się, żeby bro­nić się przed pierw­szymi, stwa­rza­jąc tym samym moż­li­wość nowej wojny mię­dzy więk­szymi, która może oka­zać się jesz­cze bar­dziej nisz­czy­ciel­ska. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku nowe zbrojne soju­sze nie­ko­niecz­nie dają więk­szą sta­bil­ność niż stare ani nie czy­nią świata mniej bru­tal­nym.

Jak prze­żyć w geo­po­li­tycz­nej dżun­gli?

Czło­wiek rze­czy­wi­ście jest kró­lem zwie­rząt, gdyż jego bestial­stwo prze­wyż­sza bru­tal­ność bestii.

Leonardo da Vinci

W świe­cie, w któ­rym prze­moc na­dal swo­bod­nie rzą­dzi, jakby ludz­kość nie była w sta­nie porzu­cić pry­mi­tyw­nego bar­ba­rzyń­stwa, Michael Howard zaleca: „Dla zacho­wa­nia pokoju należy zwa­żać na tych, dla któ­rych ist­nie­jący porzą­dek nie sta­nowi pokoju, i na to, czy są gotowi użyć siły, aby zmie­nić porzą­dek, jaki nam wydaje się akcep­to­walny”. W taki spo­sób zwraca uwagę na to, że należy poznać zamiary i zdol­no­ści wroga, obec­nego i prze­wi­dy­wal­nego, a nie uwa­żać, ze wystar­czy, iż jedna strona uzna za błąd przy­stą­pie­nie do wojny, aby tak wyda­wało się i pozo­sta­łym.

W zawsze zło­żo­nych mię­dzy­na­ro­do­wych rela­cjach nie ma ani dobrych, ani złych. Każdy podąża wyłącz­nie za wła­snym aktu­al­nym inte­re­sem, za każ­dym razem coraz bar­dziej ulot­nym i zmien­nym. Mniej potęż­nym, któ­rych świa­towy wpływ jest mini­malny lub żaden, pozo­staje jedy­nie prze­ana­li­zo­wać to, jakie przy­nie­sie im korzy­ści lub wyrzą­dzi szkody to, co mogą uczy­nić wiel­kie potęgi, i usi­ło­wać wycią­gnąć moż­li­wie naj­więk­sze korzy­ści lub ponieść naj­mniej­sze straty dla swo­jego kraju. Mogą trzy­mać się na mar­gi­ne­sie walki wiel­kich, jeśli to odizo­lo­wa­nie im nie zaszko­dzi, albo dołą­czyć do tego, kto w danych oko­licz­no­ściach będzie dla nich naj­lep­szy. Wszelka inna ide­ali­styczna postawa nie przy­nie­sie nic poza szko­dami dla naro­do­wych inte­re­sów. Możemy zatem powie­dzieć, że w geo­po­li­tyce nic nie jest dobre ani złe samo w sobie, lecz tym­cza­sowo korzystne lub szko­dliwe.

A w obli­czu sce­na­riu­sza, w któ­rym wła­dają hipo­kry­zja i cynizm, można wyłącz­nie pora­dzić: licz jedy­nie na wła­sne siły.

Umar al-Baszir po 30 latach utra­cił wła­dzę – podob­nie jak ją zdo­był – w wyniku woj­sko­wego zama­chu stanu 11 kwiet­nia 2019 r. (przyp. tłum.). [wróć]

Naj­bar­dziej ogra­ni­czoną wer­sję „świata zachod­niego” two­rzą Europa, Stany Zjed­no­czone, Kanada, Austra­lia i Nowa Zelan­dia. W szer­szej per­spek­ty­wie nale­ża­łoby włą­czyć inne roz­wi­nięte pań­stwa, takie jak kraje Ame­ryki Łaciń­skiej, Izrael i Afrykę Połu­dniową. [wróć]

3. Nie­zmienne zasady geo­po­li­tyczne

3

Nie­zmienne zasady geo­po­li­tyczne

W ciągu całej histo­rii sze­reg geo­po­li­tycz­nych zasad sto­so­wano stale. Cho­ciaż sama geo­po­li­tyka jako taka zmie­niała się z upły­wem czasu, w miarę roz­woju wyda­rzeń i tech­no­lo­gii te nie­zmienne zasady na­dal obo­wią­zują w rela­cjach mię­dzy­na­ro­do­wych i w spra­wach świata, do któ­rego nale­żymy.

PAŃ­STWO JEST ISTOTĄ ŻYWĄ

Dla ojców kla­sycz­nej kon­cep­cji geo­po­li­tyki, opra­co­wa­nej w pełni roz­woju rewo­lu­cji prze­my­sło­wej w dru­giej poło­wie XIX w., pań­stwo jest istotą żywą, która jako taka potrze­buje poży­wie­nia, żeby prze­żyć i rosnąć. Nie­miecki geo­graf Frie­drich Rat­zel w dziele Geo­gra­fia poli­tyczna uczy­nił podobną ana­lo­gię i wyli­czył sie­dem powszech­nych według niego zasad wzro­stu prze­strzen­nego państw.

Roz­rost prze­strzenny państw jest zwią­zany z roz­wo­jem ich kul­tury.

Ich eks­pan­sja tery­to­rialna prze­biega rów­no­le­gle do ich potęgi eko­no­micz­nej, han­dlo­wej lub ide­olo­gicz­nej.

Pań­stwa roz­ra­stają się, wchła­nia­jąc lub asy­mi­lu­jąc jed­nostki poli­tyczne o mniej­szym zna­cze­niu.

Gra­nica jest żywym orga­nem.

Główną logiką pro­cesu eks­pan­sji jest wchło­nię­cie naj­bo­gat­szych tere­nów.

Pań­stwo roz­sze­rza się z powodu ist­nie­nia na jego pery­fe­riach cywi­li­za­cji mniej roz­wi­nię­tej od jego wła­snej.

Ogólna ten­den­cja do asy­mi­lo­wa­nia lub wchła­nia­nia słab­szych skła­nia do zwie­lo­krot­nia­nia zawłasz­czeń tery­to­riów w samo­na­pę­dza­ją­cym się ruchu.

Za tymi postu­la­tami skrywa się idea, że nie wszyst­kie kraje są równe. Zawsze będą pań­stwa wyżej roz­wi­nięte kul­tu­rowo, mili­tar­nie czy eko­no­micz­nie lub takie będą mieć o sobie mnie­ma­nie – co będzie skła­niać je do zawłasz­cza­nia tych, które uwa­żają za gor­sze. Rat­zel uwa­żał, że pań­stwa znaj­dują się w per­ma­nent­nym sta­nie rywa­li­za­cji o prze­ję­cie kon­troli i posze­rze­nie swo­jej prze­strzeni życio­wej (Leben­sraum). Z począt­kiem XX w. ten aspekt był istotny dla prze­cho­dzą­cych peł­nię pro­cesu indu­stria­li­za­cji Nie­miec, któ­rym jed­nak bra­ko­wało nie­mal nie­ogra­ni­czo­nych zaso­bów, jakimi dys­po­no­wały Fran­cja czy Wielka Bry­ta­nia dzięki roz­le­głym kolo­niom, czy też Rosja z uwagi na ogromne i prze­bo­gate w surowce tery­to­rium. Cho­ciaż w owej epoce można było w zasa­dzie ogra­ni­czyć rywa­li­za­cję do sąsia­dów, to póź­niej­szy pro­ces glo­ba­li­za­cyjny spra­wił, że teren star­cia roz­sze­rzył się na cały świat.

Podą­ża­jąc tym samym tro­pem, szwedzki geo­graf i poli­tyk Rudolf Kjellén – który jako pierw­szy w 1899 r. zasto­so­wał ter­min „geopoli­tyka” – uwa­żał, że pań­stwo jest żywym orga­ni­zmem i jako takie rodzi się, wal­czy o prze­ży­cie, roz­wija, wywiera wpływ, osiąga epokę schył­kową i w końcu umiera, ustę­pu­jąc miej­sca nowemu sys­te­mowi spo­łecz­nemu. Ponadto, będąc żywą istotą, jest auto­rem wła­snego losu.

Kon­ty­nu­ator zasad geo­po­li­tyki i prze­strzeni życio­wej, jakiej potrze­buje każde pań­stwo, by zagwa­ran­to­wać sobie moż­li­wość prze­trwa­nia, Nie­miec Karl Hau­sho­fer, twórca mona­chij­skiej szkoły geo­po­li­tycz­nej i cza­so­pi­sma „Geo­po­li­tik”, wywarł wielki wpływ na roz­wój myśli i ambi­cji poli­tycz­nych Nie­miec zmie­rza­ją­cych do II wojny świa­to­wej. Dla tego gene­rała i geo­grafa nie­miecka eks­pan­sja mogłaby być uza­sad­niona, jako jedyny spo­sób, by zagwa­ran­to­wać zaspo­ko­je­nie potrzeb pań­stwa w fazie wzro­stu. Wspie­rał się przy­kła­dem, jaki dawała ówcze­sna Japo­nia, do któ­rej go wysłano w cha­rak­te­rze doradcy woj­sko­wego. Kon­cep­cja prze­strzeni życio­wej w dobitny spo­sób wpły­nęła na geo­po­li­tykę Hitlera, któ­remu Hau­sho­fer udo­stęp­nił dzieło Rat­zela, aby je prze­czy­tał w cza­sie spę­dzo­nym w wię­zie­niu w Lands­bergu. Hau­sho­fer uwa­żał sytu­ację Trze­ciej Rze­szy za ogrom­nie nie­ko­rzystną z punktu widze­nia geo­gra­fii mili­tar­nej i ogra­ni­czeń Nie­miec w kwe­stii zaso­bów i surow­ców. Zarówno poglądy Rat­zela, jak i Hau­sho­fera pozwo­liły Hitle­rowi zna­leźć nie­mal naukowe uspra­wie­dli­wie­nie dla roz­wi­nię­cia idei sfor­mu­ło­wa­nych w Mein Kampf (Mojej walce) i obec­nych w jego eks­pan­sjo­ni­stycz­nych pla­nach. Te teo­rie ucie­le­śniły się w ope­ra­cji Bar­ba­rossa, inwa­zji na Zwią­zek Radziecki, dzięki któ­rej Führer pra­gnął pozy­skać Leben­sraum, jakiego poszu­ki­wał dla Nie­miec.

Wiele lat póź­niej Pierre Gal­lois napi­sał, że wojna o prze­strzeń – począt­kowo jako źró­dło zaopa­trze­nia, następ­nie bez­pie­czeń­stwa, a w końcu supre­ma­cji – jest w isto­cie histo­rią ludz­ko­ści. W spo­sób oczy­wi­sty podą­żał on tokiem rozu­mo­wa­nia Rat­zela i Kjelléna, twier­dząc, że grupy, powo­do­wane wła­sną dyna­miką egzy­sten­cjalną, dążyły do celów eks­pan­sjo­ni­stycz­nych, dosto­so­wa­nych do swo­ich potrzeb i moż­li­wo­ści, co jest stałą histo­ryczną.

Te zało­że­nia pozo­stają w pełni wią­żące. Jako żywy orga­nizm pań­stwo musi dbać o swoje żywotne i egzy­sten­cjalne inte­resy, zarówno pod­stawy prze­trwa­nia i zacho­wa­nia sta­tus quo, jak i roz­wój oraz ewo­lu­cję. W celu zaspo­ko­je­nia „fizjo­lo­gicz­nych” prio­ry­te­tów powinno dbać o dwa różne, cho­ciaż bli­sko sple­cione fronty: pod­sta­wowe potrzeby miesz­kań­ców, przede wszyst­kim ich wyży­wie­nie, i wymogi prze­my­słu, dla któ­rych będzie potrze­bo­wało surow­ców i zaso­bów ener­ge­tycz­nych.

EKO­NO­MIA RZĄ­DZI

Żeby pro­wa­dzić wojnę, potrzeba trzech rze­czy: pie­nię­dzy, pie­nię­dzy i pie­nię­dzy.

Napo­leon Bona­parte

Lenin, przy­wódca rosyj­skiej rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej z 1917 r., mawiał, że „poli­tyka jest skon­cen­tro­wa­nym wyra­zem eko­no­mii”, co pozo­staje cał­ko­wi­cie praw­dziwe w obec­nych cza­sach i nie­ustan­nie takie będzie, jako że aspekty eko­no­miczne od zawsze są głów­nym moto­rem rela­cji mię­dzy ludźmi i mię­dzy pań­stwami. Jeśli dodać słynne słowa pru­skiego stra­tega Carla von Clau­se­witza: „Wojna jest tylko kon­ty­nu­acją poli­tyki innymi środ­kami”, można dojść do wnio­sku, uzna­jąc to za sylo­gizm, że wojna jest także pew­nego rodzaju kon­ty­nu­acją eko­no­mii. Można by nawet spa­ra­fra­zo­wać słowa Lenina i powie­dzieć, że wojna nie jest niczym wię­cej, jak skon­cen­tro­wa­nym wyra­zem geoeko­no­mii.

Można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że to realia eko­no­miczne tak naprawdę wyzna­czają rytm pozo­sta­łym dzie­dzi­nom poli­tyki, w tym wojen­nej (przy­po­mnijmy, na przy­kład, że mary­narki wojenne powstały, mając za główny cel ochronę flot han­dlo­wych). Podob­nie dzieje się w poli­tyce mię­dzy­na­ro­do­wej, w któ­rej poza fasa­dami i ide­ali­zmami two­rzo­nymi na uży­tek wła­snych oby­wa­teli, nie ma żad­nych zaha­mo­wań, by robić inte­resy z dyk­ta­to­rami, tyra­nami, wład­cami abso­lut­nymi czy rzą­dami nie­ma­ją­cymi nic wspól­nego z demo­kra­cją.

Pie­niądz wpływa na geo­po­li­tykę

Kto ma pie­nią­dze, ma w swo­jej kie­szeni tych, któ­rzy ich nie mają.

Lew Toł­stoj

W opi­nii nie­miec­kiego histo­ryka Wal­tera Görlitza jed­nym z mece­na­sów, któ­rzy umoż­li­wili Hitle­rowi doj­ście do wła­dzy, był holen­der­ski finan­si­sta Henri Deter­ding, zało­ży­ciel kon­cernu Royal Dutch Petro­leum Com­pany, a po jego fuzji z Shell Com­pany dyrek­tor gene­ralny i zażarty wróg bol­sze­wic­kiego reżimu, który zawłasz­czył sobie nale­żące do Shella bogate złoża ropy naf­to­wej w Baku (Azer­bej­dżan). Görlitz twier­dzi rów­nież, że pod­czas wojny domo­wej w Hisz­pa­nii w latach 1936–1939 ame­ry­kań­ski kon­cern Texaco dostar­czał Franco całą ropę, jakiej ten potrze­bo­wał, za sumę co naj­mniej 6 milio­nów dola­rów. Jako rekom­pen­satę Texaco nie tylko ścią­gnął dług zacią­gnięty przez Franco, lecz także na całe lata uzy­skał mono­pol na sprze­daż ropy Hisz­pa­nii. Ówcze­sny pre­zes Texaco Tor­kild „Cap” Rie­ber uza­sad­niał te poczy­na­nia, argu­men­tu­jąc, że koniecz­no­ścią było prze­ję­cie tego rynku, aby zapo­biec temu, by w przy­szło­ści docie­rało do Hisz­pa­nii wię­cej rosyj­skiej ropy – do czego by doszło, gdyby zwy­cię­żyli repu­bli­ka­nie.

Nawet w pełni wojny zabez­pie­cza się środki eko­no­miczne na nadej­ście pokoju. Bel­gij­ski dyplo­mata Jacques de Lau­nay opo­wiada, że 10 sierp­nia 1944 r. różni repre­zen­tanci nie­miec­kich firm prze­my­sło­wych (głów­nie Krupp, Röchling, Rhe­in­me­tall i Vol­skwa­gen­werk) zebrali się w Stras­burgu, aby zasta­no­wić się nad spo­so­bami zabez­pie­cze­nia ich prze­my­sło­wych mająt­ków po klę­sce Nie­miec w II woj­nie świa­to­wej. Pod­czas dru­giego spo­tka­nia spe­cjalny wysłan­nik nie­miec­kiego Mini­ster­stwa Uzbro­je­nia nale­gał na prze­my­słow­ców, aby pota­jem­nie i nie­zwłocz­nie zbu­do­wali bazy han­dlowe za gra­nicą na czasy powo­jenne.

Taką wagę i wpływ wywiera gospo­darka na sta­bil­ność i bez­pie­czeń­stwo kraju, że jak powie­dział Richard A. Clarke – ame­ry­kań­ski koor­dy­na­tor dzia­łań anty­ter­ro­ry­stycz­nych w 2001 r. – po zama­chach z 11 wrze­śnia główną tro­ską pre­zy­denta Geo­rge’a W. Busha były straty mate­rialne spo­wo­do­wane przez ataki. Jego pierw­sze roz­kazy były nakie­ro­wane na zacho­wa­nie dzia­ła­nia gospo­darki: firm, ban­ków, giełdy, komu­ni­ka­cji lot­ni­czej etc. Mimo fizycz­nych szkód, jakie ponio­sła infra­struk­tura Wall Street, szef Bia­łego Domu naka­zał, by wszystko otwarto ponow­nie naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Ale­xan­dre de Maren­ches i dyplo­mata David A. Andel­man zapew­niają, we wspól­nie napi­sa­nym dziele, że Włosi byli bar­dzo bli­sko powią­zani z Libią, gdyż Mu’ammar al-Kad­dafi posia­dał wiel­kie inwe­sty­cje we Wło­szech i fak­tycz­nie był jed­nym z głów­nych akcjo­na­riu­szy Fiata. To samo można powie­dzieć dzi­siaj o bli­skich związ­kach łączą­cych pewne euro­pej­skie kraje z egip­skim rzą­dem gene­rała Abd al-Fat­taha as-Sisiego, który doszedł do wła­dzy dzięki zama­chowi stanu w 2013 r. Na przy­kład Niemcy sprze­dali Egip­towi cztery okręty pod­wodne typu 209/1400, z kolei Fran­cja – dwa­na­ście myśliw­ców Rafale, z moż­li­wo­ścią zwięk­sze­nia tej liczby o następne dwa­na­ście.

Innym nie­zwy­kle zwra­ca­ją­cym uwagę przy­kła­dem jest pro­duk­cja opium w Afga­ni­sta­nie. W tym azja­tyc­kim kraju tra­dy­cyj­nie upra­wiano mak, z któ­rego eks­tra­huje się opium, acz­kol­wiek tali­bo­wie, w latach, kiedy spra­wo­wali rządy, prak­tycz­nie wyko­rze­nili jego uprawę, uwa­ża­jąc ją za sprzeczną z naka­zami islamu. Co cie­kawe, od chwili inwa­zji w 2001 r. pro­duk­cja opium nie prze­staje wzra­stać z roku na rok, osią­ga­jąc rekor­dowe wiel­ko­ści, co jest praw­dzi­wym skan­da­lem, wziąw­szy pod uwagę, że dochody pły­nące z han­dlu nim wyko­rzy­stuje się do wspie­ra­nia powsta­nia. Według pew­nych źró­deł kiedy armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych opra­co­wała raport pre­cy­zu­jący, jakie inne uprawy mogłyby zastą­pić mak, wycią­gnięto wnio­sek, że naj­bar­dziej ren­towna byłaby uprawa bawełny, któ­rej pro­duk­cja mogłaby być bar­dzo wydajna na nie­któ­rych, spe­cjal­nie dosto­so­wa­nych obsza­rach. Kiedy jed­nak ame­ry­kań­scy pro­du­cenci bawełny dowie­dzieli się o tym pro­jek­cie, natych­miast zaczęli wymie­niać wszel­kiego rodzaju prze­szkody, żeby plan ten nie został wpro­wa­dzony w czyn. Dobrej jako­ści i bar­dzo tania bawełna, jaką mógłby sprze­da­wać Afga­ni­stan, sta­no­wi­łaby bowiem dla nich okrutną kon­ku­ren­cję, mogącą dopro­wa­dzić ich do ruiny.

Coraz bar­dziej pod­bój ryn­ków i pano­wa­nie nad wio­dą­cymi tech­no­lo­giami przy­bie­rają na zna­cze­niu – stają się waż­niej­sze niż zwy­kła kon­trola nad jakimś tery­to­rium. Skła­nia to do myśle­nia, że w pewien spo­sób broń eko­no­miczna zastą­piła woj­skową jako instru­ment na usłu­gach pań­stwa w jego dąże­niu do potęgi i umoc­nie­nia się na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej.

To samo mogli­by­śmy powie­dzieć o poli­tyce naro­do­wej państw, z którą rów­nież zwią­zany jest silny ładu­nek eko­no­miczny. W tym wzglę­dzie fran­cu­ski geo­po­li­tyk François Thual defi­niuje sepa­ra­tyzm jako pro­ces, przez który bogate regiony jakie­goś kraju sta­rają się pozbyć regio­nów bied­nych, ucie­ka­jąc się w tym celu do róż­nych pre­tek­stów. Nie zmie­nia to faktu, że jest to pewien rodzaj zbio­ro­wego ego­izmu dążący do wyda­le­nia mniej zamoż­nych regio­nów.

Trzy obse­sje: zasoby natu­ralne, ener­gia i tech­no­lo­gia

Cisi posiądą zie­mię… lecz nie jej zasoby mine­ralne.

Paul Getty

W despe­rac­kim poszu­ki­wa­niu korzy­ści, wła­ści­wym dla czy­stego i twar­dego zasto­so­wa­nia kapi­ta­li­zmu i libe­ra­li­zmu eko­no­micz­nego, glo­ba­li­za­cja usta­no­wiła pewne wzorce, od któ­rych nie może uwol­nić się żaden kraj. Po znik­nię­ciu bloku komu­ni­stycz­nego ze Związ­kiem Radziec­kim na czele, któ­rego sys­tem pro­duk­cyjny, podą­ża­jący za zasa­dami mark­si­zmu-leni­ni­zmu, cecho­wały stałe nie­do­bory, nie­mal wszyst­kie nale­żące do niego daw­niej pań­stwa dzi­siaj kie­rują się w gospo­darce mer­kan­tyl­nymi zasa­dami wol­nego han­dlu. Nawet pań­stwom ofi­cjal­nie socja­li­styczno-komu­ni­stycz­nym jak Chiny czy Wiet­nam bli­żej do tych zało­żeń niż do daw­nych reguł eko­no­micz­nych w stylu sowiec­kim.

W dzi­siej­szym świe­cie pry­matu libe­ra­li­zmu han­dlowo-finan­so­wego i kapi­ta­li­stycz­nego gospo­darka opiera się wyłącz­nie na korzy­ściach. W celu osią­gnię­cia owych upra­gnio­nych rezul­ta­tów zarówno przed­się­bior­stwa, jak i pań­stwa muszą za wszelką cenę sprze­da­wać, a im wię­cej, tym lepiej. Aby to osią­gnąć, prócz koniecz­nego pozy­ska­nia, utrzy­ma­nia i powięk­sza­nia wypła­cal­nych i sta­bil­nych ryn­ków – które trzeba cały czas posze­rzać i chro­nić w twar­dej walce z rosnącą kon­ku­ren­cją – potrze­bują sze­regu ele­men­tów nie­odzow­nych do utrzy­ma­nia i wzmoc­nie­nia w moż­li­wie naj­więk­szym stop­niu pro­duk­cji prze­my­sło­wej, wydaj­nej i ren­tow­nej, wytwa­rza­ją­cej „sprze­da­walne” dobra: zasoby natu­ralne (mine­rały, drewno etc.), ener­gię (głów­nie węglo­wo­dory i elek­trycz­ność) oraz tech­no­lo­gię. W tym wła­śnie miej­scu roz­po­czyna się walka, zwa­żyw­szy na to, że są to dobra rzad­kie, a przez to godne pozaz­drosz­cze­nia i wielce pożą­dane.

Co tyczy się zaso­bów natu­ral­nych, te są naj­róż­niej­szego rodzaju. Do tego sze­roko rozu­mia­nego poję­cia zali­cza się drewno i mine­rały o stra­te­gicz­nym zna­cze­niu, od nie­zbęd­nych dla prze­my­słu, po pro­du­ku­jące ener­gię lub potrzebne do pro­duk­cji wyso­kiej tech­niki, takie jak mię­dzy innymi miedź, nikiel, uran, dia­menty, złoto, bok­syt czy kol­tan.

Do dru­giej połowy XVIII w., kiedy zasto­so­wano mecha­ni­za­cję i zaczęto uży­wać maszyn, ener­gia pocho­dziła głów­nie od czło­wieka wspo­ma­ga­nego pracą pew­nych zwie­rząt. Wła­śnie dla­tego pod­czas pod­bo­jów poj­ma­nie jeń­ców i nie­wol­ni­ków sta­wało się tak fun­da­men­tal­nym celem jak zasoby. Począw­szy od rewo­lu­cji prze­my­sło­wej, trwał stały wyścig o pozy­ska­nie ogrom­nych ilo­ści surow­ców (kau­czuku, mine­ra­łów etc.) oraz ener­gii (węgla dla maszyn paro­wych).

Szybki roz­wój prze­my­słowy, jaki ma miej­sce na całym świe­cie, włącz­nie z kra­jami, które jesz­cze do nie­dawna wyka­zy­wały spore opóź­nie­nie, jak Chiny czy Indie, pochła­nia coraz więk­sze ilo­ści surow­ców natu­ral­nych, wśród nich szcze­gól­nie węglo­wo­do­rów i mine­ra­łów. Według Françoisa Thu­ala Stany Zjed­no­czone zaczęły zde­cy­do­wa­nie pene­tro­wać Afrykę za admi­ni­stra­cji Reagana, mając za cel prze­ję­cie kon­troli nad tym kon­ty­nen­tem, od zaso­bów kopal­nych i ener­ge­tycz­nych potrzeb­nych prze­my­słowi po rolne. Zda­niem tego fran­cu­skiego geo­po­li­tyka jed­nymi z głów­nych źró­deł kon­flik­tów we współ­cze­snej Afryce są inte­resy wiel­kich mocarstw, któ­rych cele wywo­łały wojnę eko­no­miczną o prze­ję­cie kon­troli nad surow­cami.

Dodaje on, że obecna Ukra­ina stała się sceną rywa­li­za­cji mię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi i ich sojusz­ni­kami z jed­nej strony a Rosją z dru­giej. Powo­dami są próba unie­moż­li­wie­nia Moskwie dostępu do Morza Czar­nego – stąd walka o Krym – oraz walka o wszel­kiego rodzaju ważne zasoby natu­ralne, które znaj­dują się w ukra­iń­skiej ziemi i mogą być istot­nym maga­zy­nem dla zachod­niej gospo­darki. Podob­nie Thual i Labévière nie wahają się stwier­dzić, że w grze o Ark­tykę cho­dzi o podział bogactw – ropy naf­to­wej i mine­ra­łów. Według obu Stany Zjed­no­czone dokła­dają sta­rań, aby zapew­nić sobie w przy­szło­ści na Gren­lan­dii eks­plo­ra­cję bogactw natu­ral­nych oraz kon­tro­lo­wa­nie spółek prze­my­sło­wych i han­dlo­wych przez ame­ry­kań­skie firmy. Obec­nie głów­nym inwe­sto­rem na Gren­lan­dii jest ame­ry­kań­ska firma Alcoa, jeden z naj­więk­szych na świe­cie pro­du­cen­tów alu­mi­nium w sta­nie suro­wym, bar­dzo aktywny w klu­czo­wych sek­to­rach prze­my­słu, takich jak zbro­je­niowy, kosmiczny, auto­ma­ty­za­cja i budow­nic­two.

Pro­ble­ma­tyka mine­ra­łów jest zło­żona i wywo­łuje napię­cia: w znacz­nej czę­ści te zasoby są bar­dzo ogra­ni­czone, nawet bowiem kiedy posiada się ich zasobne złoża, wydo­by­cie jest bar­dzo kosz­towne (trudno dostępny teren, kło­po­tliwy trans­port, pro­blemy z ochroną śro­do­wi­ska etc.); znaj­dują się w posia­da­niu jed­nego kraju lub nie­licz­nej grupy państw; znaj­dują się w bar­dzo nie­sta­bil­nych stre­fach, gdzie czę­sto docho­dzi do aktów prze­mocy i/lub ist­nieje pod­wyż­szone ryzyko sani­tarne dla pra­cow­ni­ków. Toteż zapew­nie­nie sobie obfi­tych złóż zdol­nych ryt­micz­nie dostar­czać zna­czące ilo­ści tych stra­te­gicz­nych mine­ra­łów jest jed­nym z prio­ry­te­tów państw i mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji.

W róż­nych momen­tach w histo­rii i zależ­nie od potrzeb zmie­niały się mine­rały uwa­żane za stra­te­giczne. Od mie­dzi po cynę, przez żelazo i węgiel, któ­rych potrze­bo­wała rewo­lu­cja prze­my­słowa, aż po uran, miedź, kobalt, man­gan, chro­mit, metale ziem rzad­kich, ger­man, beryl, bok­syt, lit oraz metale z grupy pla­tyny, wszyst­kie obec­nie istotne. Główne mocar­stwa gro­ma­dzą rezerwy „wojenne”, pozwa­la­jące im utrzy­mać rytm pro­duk­cji przez kilka lat – od na ogół dwóch do pię­ciu – nawet pod­czas domnie­ma­nej eks­tre­mal­nej sytu­acji, kiedy jakiś bar­dzo inten­sywny kon­flikt unie­moż­liwi im zaopa­trze­nie się w nie­zbędne im mine­rały. Spra­wia to, że ter­min „mine­rał stra­te­giczny” rozu­mie się zazwy­czaj jako bez­po­śred­nio zwią­zany z aspek­tem mili­tar­nym lub wojen­nym, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści w dzi­siej­szych cza­sach należy postrze­gać to bar­dziej z per­spek­tywy cią­głej mię­dzy­na­ro­do­wej walki eko­no­micz­nej niż hipo­te­tycz­nego woj­sko­wego star­cia mię­dzy pań­stwami.

Zawsze gdy koń­cowe rezul­taty mogą być zyskowne, tak narody, jak i firmy gotowe są do naj­więk­szych poświę­ceń i ocie­ra­nia się, jeśli nie prze­kra­cza­nia gra­nicy prawa mię­dzy­na­ro­do­wego i innych aspek­tów, nawet naj­bar­dziej wąt­pli­wych. Pozna­nie dokład­nych danych o pro­duk­cji i komer­cja­li­za­cji nie­któ­rych z głów­nych mine­ra­łów jest tyta­nicz­nym zada­niem, jako że są one okryte tajem­nicą unie­moż­li­wia­jącą szcze­gó­łowe bada­nia. W ofi­cjal­nych doku­men­tach Sta­nów Zjed­no­czo­nych, takich jak Mine­rals Year­book wyda­wany corocz­nie przez Ame­ry­kań­ski Insty­tut Geo­lo­giczny (Uni­ted Sta­tes Geo­lo­gi­cal Survey), przy­znaje się, że kol­tan – będący mie­sza­niną dwóch mine­ra­łów: kolum­bitu i tan­ta­litu, sto­so­wany w elek­tro­nice, tele­ko­mu­ni­ka­cji i w prze­my­śle kosmicz­nym – oraz inne mine­rały nie są otwar­cie komer­cja­li­zo­wane. Przy­kła­dem waż­no­ści mine­ra­łów i ich loka­li­za­cji geo­gra­ficz­nej jest jedna z not dyplo­ma­tycz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ujaw­niona przez Wiki­Le­aks. Dato­wana na 2009 r. wyli­cza istotne surowce, od któ­rych są zależne Stany Zjed­no­czone, a które znaj­dują się na tere­nach innych państw: bok­syt w Gwi­nei, kobalt w Kongo, kro­mit w Afryce Połu­dnio­wej, Kazach­sta­nie i Indiach, man­gan w Gabo­nie, Bra­zy­lii i na Ukra­inie, ger­man, gra­fit i metale ziem rzad­kich w Chi­nach, cyna w Indo­ne­zji, ruda żelaza w Bra­zy­lii, uran, nikiel i pal­lad w Rosji.

Na szcze­gólną wzmiankę zasłu­guje przy­pa­dek Afga­ni­stanu. Według róż­nych badań i rapor­tów pod­gle­bie tego kraju jest ogrom­nym maga­zy­nem mine­ra­łów, a nie­które z nich są obec­nie uwa­żane za stra­te­giczne. Głów­nymi są: złoto, miedź, ruda żelaza, kobalt, metale ziem rzad­kich, lit, chrom, ołów, cynk, beryl, flu­oryt, niob i uran. Można by do nich dołą­czyć inne, znane od odle­głej sta­ro­żyt­no­ści z uwagi na ich war­tość, jak szla­chetne i półszla­chetne kamie­nie. Skło­niło to pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Donalda Trumpa – praw­do­po­dob­nie zachę­co­nego przez Ste­phena Fein­berga, miliar­dera i pre­zesa Dyn­Corp, oraz Micha­ela Silvera, dyrek­tora Ame­ri­can Ele­ments, firmy spe­cja­li­zu­ją­cej się w wydo­by­ciu metali ziem rzad­kich – do wygło­sze­nia pod koniec lipca i na początku sierp­nia 2017 r. nastę­pu­ją­cych dekla­ra­cji: „Wydo­by­cie mine­ra­łów mogłoby sta­no­wić uspra­wie­dli­wie­nie dal­szego zaan­ga­żo­wa­nia Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Afga­ni­sta­nie”; „Stany Zjed­no­czone nie robią wystar­cza­jąco dużo, żeby eks­plo­ato­wać bogac­twa natu­ralne Afga­ni­stanu”; „Chiny robią pie­nią­dze w Afga­ni­sta­nie na mine­ra­łach ziem rzad­kich, pod­czas gdy Stany Zjed­no­czone pro­wa­dzą wojnę”.

Z kolei geo­po­li­tykę odno­śnie do ener­gii można by zde­fi­nio­wać jako walkę o kon­trolę nad źró­dłami ener­gii (rezer­wami, wydo­by­ciem-pro­duk­cją, trans­por­tem, prze­ra­bia­niem, gro­ma­dze­niem i dys­try­bu­cją) w okre­ślo­nych ramach geo­gra­ficz­nych, które mogą stać się glo­balne. Jak wyja­śnia poli­to­log i dyplo­mata John G. Sto­es­sin­ger, waż­ność ropy naf­to­wej wywarła wyraźne piętno na I woj­nie w Zatoce Per­skiej. Gdyby Sad­dam Husajn opa­no­wał szyby naf­towe Ara­bii Sau­dyj­skiej, kon­tro­lo­wałby nie­mal połowę zna­nych rezerw ropy, co mia­łoby wpływ na Stany Zjed­no­czone i cały zachodni świat. Obrona sau­dyj­skich tere­nów stała się tym samym jasnym impe­ra­ty­wem stra­te­gicz­nym. Ważne jest, aby pamię­tać o wadze szla­ków prze­sy­ła­nia ener­gii i surow­ców, szcze­gól­nie mor­skich, któ­rymi odbywa się nie­mal 80% świa­to­wego han­dlu. Można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że kto panuje nad morzami (obec­nie Stany Zjed­no­czone), kon­tro­luje świa­towe rynki, a tym samym zaj­muje góru­jącą pozy­cję na świe­cie. To wła­śnie uza­sad­nia wagę tak róż­no­rod­nych miejsc na świe­cie jak Pół­wy­sep Soma­lij­ski (Róg Afryki), Kanał Sueski i Panam­ski czy cie­śnina Ormuz i cie­śnina Malakka.

Obec­nie w zasa­dzie węglo­wo­dory (ropa naf­towa i gaz) na­dal poru­szają świa­tem, zaspo­ka­ja­jąc tak potrzeby trans­portu i ogrze­wa­nia, jak i wiel­kie potrzeby prze­my­słu. W nie­zbyt odle­głej przy­szło­ści z kolei być może gwiazdą ener­gii będzie elek­trycz­ność, w związku z czym można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że kto opa­nuje przy­szły pro­ces pro­duk­cji, gro­ma­dze­nia i trans­portu ener­gii elek­trycz­nej, będzie miał w rękach moż­li­wość pano­wa­nia nad świa­tem.

Jeśli cho­dzi o aspekty tech­no­lo­giczne, obec­nym klu­czem do walki eko­no­micz­nej jest pano­wa­nie nad inno­wa­cjami w nauce i tech­no­lo­gii. Kto nie inwe­stuje w te fun­da­men­talne dzie­dziny, musi mieć jasność, że w przy­szło­ści sta­nie się tech­no­lo­gicz­nym nie­wol­ni­kiem bar­dziej roz­wi­nię­tych państw.

Pod­bój zaso­bów prze­strzeni kosmicz­nej

Do wojen han­dlo­wych docho­dzi wów­czas, kiedy jeden kraj wal­czy o prawo do pro­wa­dze­nia wol­nego han­dlu w pew­nych rejo­nach.

Gaston Bouthoul

Aby zro­zu­mieć, gdzie doj­dzie do głów­nych poje­dyn­ków o zasoby natu­ralne, należy prze­ana­li­zo­wać obecne inte­resy wiel­kich potęg, takich jak Chiny, Stany Zjed­no­czone, Rosja i Indie, w zakre­sie pod­boju kosmosu. Ta nowa era kolo­ni­za­cji nie tylko nakie­ro­wana jest na zbu­do­wa­nie w przy­szło­ści ludz­kich osad, lecz także na dostęp do ską­pych na Ziemi zaso­bów stra­te­gicz­nych. Pla­nety, sate­lity i aste­ro­idy mogą tym samym stać się nie­wy­czer­pa­nymi źró­dłami stra­te­gicz­nych mine­ra­łów, zaso­bów ener­gii, a nawet wody. Na tym „ringu” utwo­rzo­nym przez obszar kosmosu bok­se­rzy sta­czają ostrą walkę o pano­wa­nie nad prze­strze­nią zewnętrzną, prze­ko­nani, że kto uzy­ska prze­wagę, sta­nie się następną hiper­po­tęgą.

Posta­wie­nie stopy na innych pla­ne­tach przy­czy­nia się ponadto do nie­wąt­pli­wego mię­dzy­na­ro­do­wego pre­stiżu i jest poka­zem potęgi tech­no­lo­gicz­nej oraz moż­li­wo­ści wpływu geo­po­li­tycz­nego jakie­goś pań­stwa lub orga­ni­za­cji mię­dzy­na­ro­do­wej. Dla pew­nych kra­jów staje się rów­nież kwe­stią prze­trwa­nia. Tak jest w przy­padku Chin, które dla zacho­wa­nia rytmu roz­woju i zagwa­ran­to­wa­nia sobie postępu eko­no­micz­nego i spo­łecz­nego potrze­bują ogrom­nych ilo­ści surow­ców i ener­gii, jak rów­nież poży­wie­nia i wody dla zaspo­ko­je­nia potrzeb swo­jej ogrom­nie licz­nej popu­la­cji.

W zacie­kłej rywa­li­za­cji z innymi wiel­kimi potę­gami i powo­do­wany swo­imi nie­do­stat­kami struk­tu­ral­nymi, Pekin szuka alter­na­tyw poza świa­tem, zaczy­na­jąc od naj­bliż­szego Księ­życa. Znaj­du­jąca się w odle­gło­ści mniej­szej niż 400 tysięcy kilo­me­trów i trzy dni podróży, gleba Księ­życa jest bogata w alu­mi­nium, tytan, neon, żelazo, krzem, magnez, węgiel i azot. Nie można odrzu­cić hipo­tezy, że ze znaj­du­ją­cych się tam pier­wiast­ków da się nawet uzy­skać wodę. Być może jed­nak jego naj­cen­niej­szym walo­rem jest potwier­dzona obec­ność ogrom­nych ilo­ści helu-3 na samej powierzchni, który bez trud­no­ści można pozy­ski­wać. Ten izo­top nie jest radio­ak­tywny, nie­zwy­kle rzadko wystę­puje na Ziemi i uważa się go za przy­szłe główne źró­dło pro­duk­cji czy­stej ener­gii za pomocą fuzji ter­mo­ją­dro­wej. Zgod­nie z pew­nymi sza­cun­kami można by uzy­skać bez­po­średni dostęp do około pię­ciu ton księ­ży­co­wego helu-3. Cho­ciaż może wyda­wać się, że to nie­wiele, dzięki nim można by otrzy­mać 50 tysięcy razy wię­cej ener­gii elek­trycz­nej, niż corocz­nie zużywa cały świat.

Praw­dziwy jed­nak pod­bój kosmosu dokona się, kiedy czło­wiek dotrze na Marsa. Na powierzchni tej eks­cy­tu­ją­cej czer­wo­nej pla­nety już potwier­dzono ist­nie­nie co naj­mniej 3 milio­nów metrów sze­ścien­nych lodu o wiel­kiej czy­sto­ści i moż­li­wość ist­nie­nia płyn­nej wody w jej wnę­trzu. Mając cechy zbli­żone do Ziemi, Mars staje się ide­al­nym miej­scem na loka­li­za­cję sta­łego osie­dla ludz­kiego, które mogłoby posłu­żyć do zła­go­dze­nia zwięk­sza­ją­cej się pre­sji wzro­stu liczeb­no­ści lud­no­ści lub jako alter­na­tywne schro­nie­nie na wypa­dek ziem­skiej kata­strofy – natu­ral­nej bądź spro­wo­ko­wa­nej – i pozwo­li­łoby usta­no­wić bazę dla dal­szego nie­zrów­na­nego pod­boju kosmosu.

Eko­no­mia i kon­flik­to­wość

Współ­cze­sne wojny stały się formą, poprzez którą kraje reali­zują swoje inte­resy.

Col­mar von der Goltz

Wszyst­kie kon­flikty miały eko­no­miczny pod­tekst, z więk­szym lub mniej­szym naci­skiem na jego roz­wój. Ten eko­no­miczny pod­tekst może sta­no­wić cel sam w sobie – pierw­szo­rzędny lub dru­go­rzędny – lub nada­wać formę dzia­ła­niu. Fran­cu­ski socjo­log Gaston Bouthoul twier­dzi, że Niemcy musiały przy­stą­pić do wojny w 1914 r. w kon­se­kwen­cji zbyt kosz­tow­nej walki eko­no­micz­nej, jaką pro­wa­dziły z innymi wiel­kimi potę­gami prze­my­sło­wymi i eks­por­to­wymi. Pisarz i dzien­ni­karz Amin Maalouf w eseju Zabój­cze toż­sa­mo­ści oraz chiń­scy woj­skowi Qiao Liang i Wang Xiang­sui utrzy­mują, że Chiny doświad­czyły hanieb­nej wojny opiu­mo­wej (1839–1842) w imię wol­no­ści gospo­dar­czej, gdyż odma­wiały otwar­cia się na lukra­tywny han­del nar­ko­ty­kami, który chciała zdo­mi­no­wać Wielka Bry­ta­nia, a który roz­rósł się do naj­więk­szego zor­ga­ni­zo­wa­nego przez pań­stwo han­dlu nar­ko­ty­kami, jaki zna histo­ria.

Jed­nym z gło­sów, które naj­le­piej wyka­zują rela­cję mię­dzy woj­nami a gospo­darką, jest głos Ful­lera, który twier­dzi, że wojna sece­syjna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (1861–1865) była w znacz­nej mie­rze spo­wo­do­wana czyn­ni­kami eko­no­micz­nymi, a także sku­pia się szcze­gól­nie na rywa­li­za­cji bry­tyj­sko-nie­miec­kiej jako przy­czy­nie obu wojen świa­to­wych.

Z dru­giej strony we wcze­snych eta­pach krwa­wych starć mię­dzy Indiami i Paki­sta­nem (1947–1948) Mahatma Gan­dhi doszedł do wnio­sku, że wojna prze­ciwko sąsied­niemu pań­stwu byłaby mniej kosz­towna niż cię­żar eko­no­miczny, jakim było sta­wie­nie czoła pro­ble­mowi z uchodź­cami pod­czas tylko jed­nego roku. (Liczba uchodź­ców z Ben­galu się­gała 10 milio­nów i gene­ro­wała dzienny koszt około 2,5 miliona dola­rów).

Eko­no­miczne przy­czyny wojen punic­kich

W wyniku I wojny punic­kiej (264–241 r. p.n.e.), sto­czo­nej pomię­dzy Rzy­mem a Kar­ta­giną, oba pań­stwa ogrom­nie ucier­piały, nie­mniej jed­nak to dru­gie zna­la­zło się w gor­szej sytu­acji z uwagi na poważne straty spo­wo­do­wane przez zała­ma­nie się han­dlu mor­skiego z racji wojny. Ponadto klę­ska zmu­siła Kar­ta­ginę do przy­ję­cia cięż­kich warun­ków, mię­dzy innymi zobo­wią­za­nia się do wypła­ce­nia Rzy­mia­nom repa­ra­cji wojen­nych w wyso­ko­ści 3200 talen­tów w sre­brze i wyrze­cze­nia się boga­tej Sycy­lii. W takim kon­tek­ście doszło do II wojny punic­kiej (218–201 r. p.n.e.) mię­dzy tymi samymi dwoma prze­ciw­ni­kami. Kar­ta­gina, wycień­czona z powodu swo­jej nie­sta­bil­nej gospo­darki i utraty Sycy­lii, posta­no­wiła wysłać eks­pe­dy­cję dowo­dzoną przez Hamil­kara Bar­kasa na Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski w celu pozy­ska­nia nowych żyznych ziem, co kilka lat póź­niej wywo­łało kolejny kon­flikt z Rzy­mem.

III wojnę punicką (149–146 r. p.n.e.) rów­nież spo­wo­do­wały wyraźne inte­resy eko­no­miczne. W wyniku ponie­sio­nej w poprzed­niej woj­nie klę­ski Kar­ta­gina utra­ciła wszyst­kie posia­dło­ści poza Afryką i była zmu­szona przez pół wieku uisz­czać coroczną repa­ra­cję w wyso­ko­ści dwu­stu talen­tów w sre­brze. Ponadto Rzy­mia­nie zaka­zali Kar­ta­gi­nie posia­da­nia okrę­tów wojen­nych i wypo­wia­da­nia wojny bez ich zgody. Z dru­giej strony, jako że Kar­ta­giń­czycy zostali zmu­szeni do uzna­nia nie­za­wi­sło­ści kró­le­stwa Numi­dii, sko­rzy­stało ono z oka­zji, by posze­rzyć swoje gra­nice, przy dobit­nym popar­ciu Rzy­mian i wyko­rzy­stu­jąc sła­bość Kar­ta­giny.

Co cie­kawe, te ogra­ni­cze­nia wywarły sku­tek, jakiego Rzy­mia­nie się nie spo­dzie­wali. Kar­ta­giń­czycy, nie mogąc wyko­rzy­stać bogactw – któ­rych jako dobrzy kupcy nie zanie­chali gro­ma­dzić – na cele wojenne, posta­no­wili zain­we­sto­wać je w uczy­nie­nie z Kar­ta­giny potęż­nego i roz­wi­nię­tego ośrodka han­dlo­wego. Kiedy rzym­ski cen­zor Marek Por­cjusz Katon, znany jako Katon Star­szy, odwie­dził Kar­ta­ginę w poło­wie II w. p.n.e., był zdu­miony, widząc bogate, kwit­nące mia­sto z roz­wi­ja­ją­cym się han­dlem, spo­dzie­wał się bowiem, że zasta­nie ją pogrą­żoną w nędzy. To wra­że­nie skło­niło Katona do wysu­nię­cia hipo­tezy, że jeśli Kar­ta­gina będzie roz­wi­jać się w takim tem­pie, sta­nie się jedy­nie kwe­stią czasu, gdy Kar­ta­giń­czycy poczują chęć rusze­nia na nową odwe­tową wojnę z Rzy­mem. Począw­szy od tej chwili, Katon Star­szy nie usta­wał w wysił­kach, żeby prze­ko­nać rzym­ski senat do wsz­czę­cia pre­wen­cyj­nej wojny prze­ciwko Kar­ta­gi­nie, zanim ta sta­nie się zbyt potęż­nym wro­giem. Dla pod­kre­śle­nia i nada­nia wagi swo­jemu poglą­dowi o koniecz­no­ści pre­wen­cyj­nego ataku na Kar­ta­ginę Katon koń­czył wszyst­kie swoje wystą­pie­nia w sena­cie jed­nym ze zdań: Car­thago delenda est (Kar­ta­gina musi zostać znisz­czona) albo Cete­rum cen­seo Car­tha­gi­nem esse delen­dam (Ponadto sądzę, że Kar­ta­gina powinna zostać znisz­czona).

Poza jed­nak ambi­cjami, by zyskać potęgę, i oso­bi­stymi nie­chę­ciami ist­niał inny prak­tyczny powód rusze­nia na wojnę, będący niczym wię­cej, jak eko­no­miczną rywa­li­za­cją mię­dzy oboma mia­stami. Kar­ta­gina sta­no­wiła wielką kon­ku­ren­cję dla rzym­skich kup­ców han­dlu­ją­cych takimi pro­duk­tami jak figi czy wino, toteż ci otwar­cie opo­wia­dali się za mili­tarną kon­fron­ta­cją. Do tego doszedł wzrost demo­gra­ficzny w Rzy­mie, który wyma­gał dys­po­no­wa­nia nowymi zie­miami upraw­nymi, takimi jak zie­mie Kar­ta­giń­czy­ków. W końcu Rzy­mia­nie zna­leźli dosko­nały pre­tekst, żeby zaata­ko­wać Kar­ta­ginę i usu­nąć ją z basenu Morza Śród­ziem­nego: Kar­ta­giń­czycy zaczęli budo­wać okręty, czego zaka­zy­wał im trak­tat poko­jowy1.

Wojny napo­le­oń­skie z per­spek­tywy eko­no­micz­nej

Ful­ler zwraca uwagę, że kon­fron­ta­cja Lon­dynu i euro­pej­skich państw kon­ty­nen­tal­nych z powo­dów eko­no­micz­nych datuje się od dawna. W epoce Napo­le­ona Anglia musiała eks­por­to­wać wyroby manu­fak­tur, by móc zacho­wać potęgę i na­dal się roz­wi­jać. Ze swej strony Fran­cja musiała chro­nić racz­ku­jący prze­mysł, by osią­gnąć zamoż­ność i zacho­wać wła­dzę. Z tego wła­śnie powodu Napo­leon posta­no­wił zdła­wić angiel­ski han­del i zruj­no­wać jego opi­nię, unie­moż­li­wia­jąc Anglii dostar­cza­nie towa­rów do kra­jów euro­pej­skich. Z kolei Lon­dyn nie mógł pozwo­lić na powsta­nie sfe­de­ro­wa­nej Europy, unie­moż­li­wia­jącej mu dal­sze zaj­mo­wa­nie pozy­cji domi­nu­ją­cej potęgi mor­skiej. W kon­se­kwen­cji Anglicy zaka­zali kra­jom neu­tral­nym han­dlu z Fran­cją i jej sojusz­ni­kami. W ten spo­sób roz­po­częła się wojna eko­no­miczna mię­dzy oboma kra­jami, któ­rej roz­strzy­gnię­cie nastą­piło na polach bitew­nych.

Hisz­pa­nia i wojna kubań­ska

Wojna o Kubę (1868–1898) toczyła się w bar­dzo kon­kret­nym eko­no­micz­nym i geo­po­li­tycz­nym kon­tek­ście, który spra­wił, że prak­tycz­nie nie można było unik­nąć kon­fron­ta­cji mię­dzy jedną wielką rodzącą się potęgą – Sta­nami Zjed­no­czo­nymi – a drugą, wyraź­nie chy­lącą się ku upad­kowi, jaką była Hisz­pa­nia. Ten kon­flikt wpi­suje się w usta­wiczne histo­ryczne poszu­ki­wa­nie rów­no­wagi potęg, czy to regio­nal­nych, czy to świa­to­wych. Potęga Sta­nów Zjed­no­czo­nych wzro­sła do takiego stop­nia, że euro­pej­skie mocar­stwa trzy­mały się z dala od wojny ame­ry­kań­sko-hisz­pań­skiej, aby nie musieć sta­wić czoła Bia­łemu Domowi.

W owym cza­sie rewo­lu­cja prze­my­słowa zmu­szała zin­du­stria­li­zo­wane kraje lub kraje w fazie indu­stria­li­za­cji do pozy­ski­wa­nia surow­ców i źró­deł ener­gii dla swo­ich łań­cu­chów pro­duk­cyj­nych, jak rów­nież ryn­ków zbytu dla swo­ich pro­duk­tów. Rów­no­le­gle roz­wi­jał się ważny han­del na zachod­nim wybrzeżu Sta­nów Zjed­no­czo­nych zorien­to­wany na Chiny i Japo­nię, w związku z czym Fili­piny stały się rodza­jem prio­ry­te­to­wej plat­formy. Stany Zjed­no­czone potrze­bo­wały, aby te surowce pocho­dzące z połu­dnia kon­ty­nentu, a nawet z ich wła­snego tery­to­rium, pły­nęły do roz­ra­sta­ją­cej się tkanki prze­my­sło­wej na pół­nocy. Pro­blem pole­gał na tym, że towary prze­wo­żone z połu­dnia do fabryk na pół­nocy Sta­nów Zjed­no­czo­nych musiały minąć Cie­śninę Flo­rydzką, a te pocho­dzące z Ame­ryki Środ­ko­wej i Połu­dnio­wej musiały dodat­kowo minąć kanał Juka­tan. Ponadto Waszyng­ton uwa­żał za ryzy­kowne dla bez­pie­czeń­stwa han­dlu szlaki mor­skie przez Cie­śninę Wia­trów, cie­śninę Mona oraz w mniej­szym stop­niu cie­śninę Ane­gada, wszyst­kie kon­tro­lo­wane z Kuby i Por­to­ryko.

Prze­świad­cze­nie, że Hisz­pa­nia mogłaby wywie­rać stra­te­giczną pre­sję na Stany Zjed­no­czone, wziąw­szy pod uwagę moż­li­wość blo­ko­wa­nia tych punk­tów na przy­mu­so­wej dla ame­ry­kań­skiej żeglugi han­dlo­wej dro­dze, wzmoc­niło się wraz z pro­jek­tem budowy łączą­cego oce­any kanału w Pana­mie, do któ­rego dostęp byłby moż­liwy wła­śnie przez te cie­śniny.

Fak­tem jest, że los Kuby i Por­to­ryko został już przy­pie­czę­to­wany nie­mal sto lat wcze­śniej, zanim doszło do kon­fron­ta­cji mię­dzy Hisz­pa­nią a Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. W kon­tek­ście wyścigu impe­ria­li­stycz­nego i kolo­ni­za­cyj­nego, do któ­rego rzu­ciły się potęgi euro­pej­skie, John Quincy Adams, szó­sty pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, opra­co­wał dok­trynę Mon­ro­ego. Przed­sta­wioną w 1823 r. przez jego poprzed­nika na urzę­dzie pre­zy­denta, Jamesa Mon­ro­ego, można pod­su­mo­wać wyra­że­niem „Ame­ryka dla Ame­rykanów”. Zawarte w dok­try­nie postu­laty bez­po­śred­nio sprze­ci­wiały się inter­wen­cji jakie­go­kol­wiek euro­pej­skiego kraju na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim pod groźbą sta­wie­nia czoła Sta­nom Zjed­no­czo­nym, co można by posze­rzyć o samą obec­ność Euro­pej­czy­ków na tych zie­miach, uznaną za kolo­ni­za­cję, cho­ciażby doszło do niej przed stu­le­ciami.

Wziąw­szy pod uwagę, że posia­dło­ści Hisz­pa­nii obej­mo­wały miej­sca o naj­wyż­szym zna­cze­niu geo­stra­te­gicz­nym dla nowego pro­cesu eks­pan­sjo­ni­stycz­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych, przy róż­nych oka­zjach Waszyng­ton usi­ło­wał kupić od Madrytu Kubę, rzu­ca­jąc nawet groźby, że siłą zaj­mie wyspę, jeśli Hisz­pa­nia nie zgo­dzi się na jej sprze­daż.

Ta sytu­acja stała się jesz­cze bar­dziej napięta wraz z zasto­so­wa­niem dok­tryny stra­tega mary­narki wojen­nej Alfreda Mahana, ozna­cza­ją­cej dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych utwo­rze­nie potęż­nej floty obec­nej po obu stro­nach ame­ry­kań­skiego tery­to­rium, zarówno na Atlan­tyku, jak i Pacy­fiku. Obie wspo­mniane floty powinny się łączyć przez trans­oce­aniczną arte­rię – przy­szły Kanał Panam­ski, o któ­rego budo­wie myślały już hisz­pań­skie wła­dze – w celu zabez­pie­cze­nia trans­portu towa­rów mię­dzy oce­anami bez koniecz­no­ści opły­wa­nia przy­lądka Horn, oszczę­dza­jąc tym samym ogromną ilość czasu i pie­nię­dzy. Nie­mniej jed­nak w tym celu Waszyng­ton musiał zapew­nić sobie pełne pano­wa­nie nad Ame­ryką Środ­kową i ota­cza­ją­cymi ją wodami. W tym kon­tek­ście hisz­pań­ska obec­ność na Kubie sta­no­wiła groźbę o wiel­kim zna­cze­niu dla pla­nów Bia­łego Domu.

Jakby tego było mało, ważni inwe­sto­rzy ame­ry­kań­scy naci­skali na swój rząd, aby Stany prze­jęły kon­trolę nad wyspą, mieli bowiem inte­resy w kwit­ną­cym kubań­skim prze­my­śle cukrow­ni­czym, któ­rego pro­duk­cja nie­mal w cało­ści była prze­zna­czona na zaspo­ko­je­nie kon­sump­cji Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Dzie­więt­na­sto­wieczne wojny ibe­ro­ame­ry­kań­skie

W Ame­ryce Łaciń­skiej można zna­leźć przy­kłady rela­tyw­nie nie­daw­nych kon­flik­tów spo­wo­do­wa­nych przede wszyst­kim walką o zasoby natu­ralne. Jed­nym z nich jest tak zwana wojna o Pacy­fik, która roze­grała się w latach 1879–1883, kiedy to Chile starło się z Boli­wią i Peru o kon­trolę nad guanem i sale­trą. Na pobli­skiej sce­nie, kilka lat póź­niej, a kon­kret­nie w latach 1899–1903, roze­grała się wojna mię­dzy Boli­wią i Bra­zy­lią, znana jako wojna o Acre, któ­rej przy­czyną był spór o tereny obfi­tu­jące w zło­to­no­śne złoża, a przede wszyst­kim poro­śnięte kau­czu­kow­cami, z któ­rych pozy­ski­wało się kau­czuk, mate­riał w owych cza­sach nie­zbędny dla prze­my­słu samo­cho­do­wego – i z tego powodu owa wojna znana jest rów­nież pod nazwą wojny o kau­czuk.

Kraje ruszają na I wojnę świa­tową

Począw­szy od 1873 r., w wyniku kry­zysu gospo­dar­czego, jaki zro­dził się w tym roku, narzu­cono nowy wzo­rzec eko­no­miczny, który likwi­do­wał swo­bodną wymianę panu­jącą w ubie­głych latach, aby dać począ­tek odno­wio­nemu pro­tek­cjo­ni­zmowi poprzez nakła­da­nie wyso­kich opłat cel­nych. To dopro­wa­dziło do otwar­tej wojny eko­no­micz­nej mię­dzy głów­nymi uprze­my­sło­wio­nymi pań­stwami, nie­zdol­nymi roz­wią­zać pro­blem drogą dyplo­ma­tyczną. Do nie­sta­bil­no­ści gospo­dar­czej dołą­czyło poja­wie­nie się nowych potęg szu­ka­ją­cych wła­snej prze­strzeni roz­woju, takich jak Niemcy, Japo­nia i Stany Zjed­no­czone.

Z kolei w kon­tek­ście euro­pej­skim Wielka Bry­ta­nia, domi­nu­jąca w sfe­rze eko­no­micz­nej, zaczęła z nie­po­ko­jem spo­glą­dać na szybki roz­wój Nie­miec, które w krót­kim cza­sie zdo­łały poko­nać ją w takich sek­to­rach jak hut­nic­two, prze­mysł che­miczny, dys­po­nu­jąc ponadto liczną popu­la­cją, przy­go­to­waną do sku­tecz­nego dzia­ła­nia we wszyst­kich miej­scach pracy. Lon­dyn miał rów­nież świa­do­mość, że Ber­lin nie ma roz­le­głych kolo­nii, z któ­rych mógłby czer­pać surowce natu­ralne po niskich kosz­tach, toteż, wziąw­szy pod uwagę jego wzrost prze­mysłowy, było tylko kwe­stią czasu, kiedy będzie usi­ło­wał pod­bić nowe tereny, sta­no­wiące rów­nież prio­ry­te­towe rynki. Podej­rze­nia Bry­tyj­czy­ków zna­la­zły potwier­dze­nie, kiedy Niemcy zaczęli budo­wać potężną flotę, jakiej do tej pory nie mieli. Widząc, że jej pano­wa­nie na nie­mal wszyst­kich morzach jest zagro­żone, Anglia zaczęła dostrze­gać moż­li­wość wojny z Niem­cami. Bra­ko­wało już tylko pre­tek­stu, żeby do niej przy­stą­pić.

Ful­ler twier­dzi, że przy­czyny I wojny świa­to­wej były cał­ko­wi­cie prze­my­słowe i han­dlowe, a głów­nym celem Wiel­kiej Bry­ta­nii było znisz­cze­nie Nie­miec jako rywala eko­no­micz­nego. Szybka eks­pan­sja nie­miec­kiego eks­portu oraz roz­bu­dowa tam­tej­szej mary­narki han­dlowej pod koniec XIX w. sta­no­wiły zagro­że­nie dla bry­tyj­skiego han­dlu. Jakby tego było mało, Bismarck zwięk­szył poten­cjał swo­jej floty wojen­nej, aby chro­nić swój eks­port i nie dopu­ścić do zyska­nia prze­wagi przez mary­narkę fran­cu­ską. Dla Wiel­kiej Bry­ta­nii i Fran­cji ta sytu­acja stała się walką eko­no­miczną o prze­trwa­nie, toteż oba kraje obrały zamiar znisz­cze­nia han­dlowego rywala.

Dla Lenina wojna, która wybu­chła w 1914 r., miała za cel nowy podział świata, pozy­ska­nie i redy­stry­bu­cję kolo­nii, jak rów­nież stref wpły­wów i kapi­tału finan­so­wego. W wyniku tego ponad połowa lud­no­ści świata zna­la­zła się w zależ­no­ści od wiel­kich uprze­my­sło­wio­nych państw. Z kolei fran­cu­ski histo­ryk Pierre Reno­uvin, eks­pert od sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych, sza­cuje, że tym, co skło­niło Stany Zjed­no­czone do włą­cze­nia się w euro­pej­ski kon­flikt w 1917 r., była obrona ich pre­stiżu i inte­re­sów eko­no­micz­nych.

Klu­czowe kwe­stie eko­no­miczne II wojny świa­to­wej

Zanim doszło do wybu­chu II wojny świa­to­wej, Stany Zjed­no­czone i Wielka Bry­ta­nia repre­zen­to­wały świa­tową potęgę pie­nią­dza. Według Ful­lera tę hege­mo­nię pod­wa­żały rosz­cze­nia Hitlera, pra­gną­cego zbu­do­wać Niemcy nie­za­leżne od kapi­ta­li­zmu opar­tego na pożycz­kach. W tym celu Führer posta­no­wił zre­zy­gno­wać z zagra­nicz­nych poży­czek na pro­cent i oprzeć nie­miecką walutę na pro­duk­cji i rezer­wach złota. Prócz importu na zasa­dzie wymiany i wspie­ra­nia koniecz­nego eks­portu posta­no­wiono skoń­czyć ze swo­bodną wymianą (han­dlem walu­tami i trans­fe­rem oso­bi­stych for­tun mię­dzy kra­jami zależ­nie od sytu­acji poli­tycz­nej). Było to jed­nak nie do zaak­cep­to­wa­nia dla mię­dzynarodowego kapi­tału, zależ­nego od udzie­la­nia poży­czek na pro­cent. Poza tym, gdyby Hitler odniósł suk­ces, za jego przy­kła­dem mogłyby pójść inne pań­stwa, co ozna­cza­łoby, że rządy nie­po­sia­da­jące złota wymie­nia­łyby towary mię­dzy sobą, spra­wia­jąc, że ten cenny metal stra­ciłby na war­to­ści. Nie można zapo­mi­nać, że w owym cza­sie Stany Zjed­no­czone posia­dały 70% świa­to­wych rezerw złota, a zatem znisz­cze­nie sys­temu Hitlera stało się celem kapi­ta­li­zmu opar­tego na udzie­la­niu poży­czek, dopro­wa­dza­jąc do wybu­chu wojny eko­no­micz­nej2. Do tego doszedł fakt, że kwit­nący nie­miecki prze­mysł potrze­bo­wał ryn­ków dla swo­ich pro­duk­tów. Co wię­cej, we wrze­śniu 1937 r. szybki i nisz­czy­ciel­ski kry­zys eko­no­miczny spra­wił, że miliony Ame­ry­ka­nów pozo­stały bez pracy. Tym­cza­sem w Niem­czech – gdzie zale­d­wie sie­dem lat wcze­śniej, w 1930 r., pań­stwo utrzy­my­wało 17,5 miliona osób, a 15 milio­nów cier­piało głód – skoń­czyło się bez­ro­bo­cie i nastał okres pro­spe­rity.

W tym wojen­nym star­ciu Niemcy rów­nież były zmu­szone oprzeć woj­skowe dzia­ła­nia tak­tyczno-stra­te­giczne na zało­że­niach eko­no­micz­nych. Jak pisze w książce Kar­ma­zy­nowe brac­two – gene­ra­ło­wie Wermachtu o woj­nie Basil Lit­tell Hart, bry­tyj­ski histo­ryk woj­sko­wo­ści, pod­czas II wojny świa­to­wej ludzie kie­ru­jący nie­miecką gospo­darką mocno naci­skali na Hitlera, żeby opa­no­wał ropo­no­śne pola Kau­kazu i psze­niczne Ukra­iny, nie­zbędne dla dal­szego prze­biegu wojny, tak samo było w przy­padku złóż man­ganu i dostaw rud żelaza pocho­dzą­cych z Narwiku w Nor­we­gii, które były nie­zbędne dla nie­miec­kiego prze­my­słu sta­lo­wego.

Wal­ter Görlitz jest zda­nia, że z począt­kiem 1937 r., kiedy toczyła się wojna domowa w Hisz­pa­nii, Niemcy opra­co­wali Pro­jekt Góra w celu prze­ję­cia kon­troli nad sze­re­giem hisz­pań­skich kopalń żelaza, mie­dzi, oło­wiu, wol­framu, cyny, niklu i innych waż­nych mine­ra­łów. Wol­fram sto­so­wano na przy­kład do wzmoc­nie­nia pan­ce­rzy wozów bojo­wych. Po zamknię­ciu z począt­kiem lat czter­dzie­stych kopalń w Korei i Chi­nach, będą­cych do owego czasu głów­nymi świa­to­wymi dostaw­cami, Niemcy otrzy­my­wali go z kopalń w Gali­cji i Leonie. Nie tylko dla­tego, że uwa­żali Hisz­pa­nię za przy­ja­zny kraj, mający wobec nich dług za pomoc udzie­loną w nie­daw­nej woj­nie domo­wej, lecz także z uwagi na bli­skość geo­gra­ficzną, toteż Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski stał się głów­nym dostawcą tego stra­te­gicz­nego mine­rału. Tak wiel­kie było zapo­trze­bo­wa­nie na te pro­dukty, że Her­mann Göring wyzna­czył eks­per­tów, któ­rzy obser­wo­wali kam­pa­nię w Kraju Basków, zwra­ca­jąc przede wszyst­kim uwagę na to, jak ponow­nie uru­cho­mić kopal­nie, spa­ra­li­żo­wane bra­kiem rąk do pracy, i przy­stą­pić do natych­mia­sto­wej wysyłki do Nie­miec tysięcy ton mine­ra­łów znaj­du­ją­cych się w skła­dach portu w Bil­bao.

Nie­sta­bilna eko­no­mia Bli­skiego Wschodu

Wojny na Bli­skim Wscho­dzie zawsze miały dru­gie głę­bo­kie eko­no­miczne dno, cho­ciaż ukryte pod innymi czyn­ni­kami etniczno-reli­gijno-poli­tycz­nymi. Ame­ry­kań­ski dyplo­mata Wil­liam C. Bul­lin opi­suje, jak pod koniec lat czter­dzie­stych i w latach pięć­dzie­sią­tych XX w. Iran stał się polem bitwy mię­dzy Związ­kiem Radziec­kim, Sta­nami Zjed­no­czo­nymi i Wielką Bry­ta­nią, kiedy te mocar­stwa wal­czyły o irań­skie szyby naf­towe i kon­trolę nad Zatoką Per­ską. W owych latach cele Waszyng­tonu w Ara­bii Sau­dyj­skiej ogra­ni­czały się wyłącz­nie do naby­cia jej rezerw ropy, jako że jedy­nym żywot­nym inte­re­sem poli­tycz­nym, na jaki w oczach Ame­ry­ka­nów zasłu­gi­wał ten arab­ski kraj, była chęć zacho­wa­nia pokoju i odpo­wied­niego bez­pie­czeń­stwa pozwa­la­ją­cych na eks­plo­ata­cję jej złóż ropy naf­towej.

Wra­ca­jąc do sprawy Iranu, nie można pomi­nąć faktu, że w 1958 r. Wielka Bry­ta­nia i Stany Zjed­no­czone wsparły prze­pro­wa­dze­nie zama­chu stanu w Ira­nie, gdyż wybrany demo­kra­tycz­nie pre­mier Moham­mad Mosad­degh chciał zna­cjo­na­li­zo­wać prze­mysł naf­towy, co by ozna­czało, że Bry­tyj­czycy utra­ci­liby kon­trolę nad per­skimi polami naf­towymi. Amin Maalouf w książce Roz­re­gu­lo­wany świat pisze, że kiedy Mosad­degh dopro­wa­dził do tego, by par­la­ment prze­gło­so­wał nacjo­na­li­za­cję Anglo-Irań­skiej Spółki Naf­to­wej – która, kon­tro­lo­wana przez Lon­dyn, pła­ciła pań­stwu irań­skiemu gro­sze – reak­cja bry­tyj­ska oka­zała się potwor­nie sku­teczna, a było nią nało­że­nie świa­to­wego embarga na irań­ską ropę. Nikt nie śmiał jej kupo­wać, toteż w krót­kim cza­sie kraj pozo­stał bez środ­ków, a jego gospo­darka się dusiła i wów­czas poja­wiły się odpo­wied­nie warunki do prze­pro­wa­dze­nia zama­chu stanu, którą to ope­ra­cję CIA nazwała ope­ra­cją Ajax. W celu przy­spie­sze­nia pro­cesu upadku rządu bry­tyj­ska służba wywiadu woj­sko­wego – MI6 – oraz CIA wyko­rzy­stały orga­ni­za­cję ter­ro­ry­styczną Feda­ini Islamu, żeby wywo­łać zamieszki na uli­cach.

Dekadę póź­niej przy­szła kolej na Irak. W 1963 r. admi­ni­stra­cja pre­zy­denta Ken­nedy’ego wsparła zamach stanu prze­ciwko rzą­dowi gene­rała Abd al-Karima Kasima, który pięć lat wcze­śniej poło­żył kres pano­wa­niu króla Faj­sala II. CIA, która sta­rała się odzy­skać wpływ Zachodu w Iraku i wspie­rać ame­ry­kań­skie i bry­tyj­skie kom­pa­nie naf­towe, współ­pra­co­wała z nowym rzą­dem par­tii Baas pod pre­tek­stem wykoń­cze­nia komu­ni­stów. Przy­chyl­nym okiem spo­glą­dała na masowe zabój­stwa wykształ­co­nych człon­ków irac­kiego spo­łe­czeń­stwa, do któ­rych nie­kiedy wyko­rzy­sty­wano listy podej­rza­nych dostar­czone przez samą agen­cję wywiadu ame­ry­kań­skiego.

Maren­ches przy­ta­cza zna­ko­mity przy­kład hipo­kry­zji, jaką cha­rak­te­ry­zują się geo­po­li­tyka i inte­resy eko­no­miczne w tym rejo­nie świata. Mówiąc o woj­nie irań­sko-ira­kij­skiej (1980–1988), stwier­dza, że wiele państw – w tym pro­du­cen­tów ropy naf­to­wej – było zain­te­re­so­wa­nych tym, by armie obu tych kra­jów zacho­wy­wały rów­no­wagę, żeby ani Bag­dad, ani Tehe­ran nie zwięk­szyły pro­duk­cji ropy, mogłoby to bowiem ozna­czać obniżkę cen, a w kon­se­kwen­cji świa­towy kry­zys finan­sowy. Maren­ches wska­zuje ponadto na wagę inte­re­sów firm zbro­je­nio­wych, które skło­niły nie­które zagra­niczne potęgi do dostar­cza­nia mate­ria­łów wojen­nych obu prze­ciw­ni­kom. Fran­cja z jed­nej strony sprze­da­wała Ira­kij­czy­kom myśliwce, bar­dzo zaawan­so­waną broń i amu­ni­cję, a z dru­giej zaopa­try­wała Iran w potrzebne mu czę­ści zamienne, oczy­wi­ście pota­jem­nie, we współ­pracy z Izra­elem i bar­dzo skom­pli­ko­wa­nymi dro­gami. W tym celu utwo­rzono firmy fasa­dowe w Hisz­pa­nii i Por­tu­ga­lii, które nie tylko dostar­czały czę­ści zamienne, ale także napra­wiały samo­loty i okręty. Osta­tecz­nym celem było, żeby oba pań­stwa, Iran i Irak, wykrwa­wiły się nawza­jem, a tym samym prze­stały sta­no­wić źró­dło nie­po­koju w rejo­nie. Oba­wiano się rów­nież, że Tehe­ran może zbu­rzyć rów­no­wagę sił na Bli­skim Wscho­dzie i opa­nuje Bag­dad, co pozwo­li­łoby mu zbu­do­wać szy­ic­kie impe­rium roz­cią­ga­jące się od Paki­stanu po Morze Śród­ziemne, a taka sytu­acja byłaby ogrom­nie nie­bez­pieczna dla Paktu Pół­noc­no­atlan­tyc­kiego (NATO), zwłasz­cza dla Tur­cji3.

Odno­śnie do samej wojny, Clarke wysuwa pewną hipo­tezę, która nie wydaje się pozba­wiona sensu. Kiedy w 1980 r. Sad­dam Husajn posta­no­wił napaść Iran i roz­po­czął dzia­ła­nia wojenne, które trwały osiem lat, Stany Zjed­no­czone dały zie­lone świa­tło ira­kij­skiemu przy­wódcy na roz­po­czę­cie ataku w nadziei, że zaj­mie on bogate złoża ropy w pro­win­cji Chu­ze­stan, a tym samym Ame­ry­ka­nie na­dal mie­liby dostęp do irań­skiej ropy. Jest wielce praw­do­po­dobne, że Waszyng­ton sądził, iż nowy reżim w Tehe­ra­nie szybko upad­nie bez swo­jego głów­nego źró­dła docho­dów.

Pre­tekst nie­róż­niący się zbyt­nio od tego, który wyko­rzy­stano do zaata­ko­wa­nia Iraku w 2003 r.\ (broń maso­wego raże­nia) czy obec­nie Syrii (broń che­miczna). [wróć]

Wiele lat póź­niej Mu’ammar al-Kad­dafi, Sad­dam Husajn, Hugo Chávez i inni przy­wódcy, któ­rzy usi­ło­wali zmo­dy­fi­ko­wać panu­jące wzorce eko­no­miczne, zaczy­na­jąc od uwol­nie­nia się od supre­ma­cji dolara, w rezul­ta­cie drogo za to zapła­cili. [wróć]

Dokład­nie to dzieje się obec­nie. Eks­pan­sja Iranu się­gnęła do tery­to­riów Syrii, Iraku i Jemenu, z zamia­rem dotar­cia do Afga­ni­stanu, dla­tego admi­ni­stra­cja Trumpa usi­łuje przy­wró­cić rów­no­wagę, sprze­ci­wia­jąc się Ira­nowi. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki