Idealna żona - P.J. Lenda - ebook

Idealna żona ebook

P.J. Lenda

3,6

Opis

Perfekcyjnie idealna para?
Idealna żona czy idealne kłamstwo?
Doskonały mąż?
Ile jest w stanie znieść kobieta?
Jakie granice jest gotowa przekroczyć, żeby uwolnić się od psychopatycznego męża?
Idealna żona to thriller psychologiczny o psychopatycznym mężu, który znęca się psychicznie i fizycznie nad swoją żoną.

Na pozór perfekcyjne małżeństwo, którego uczucie wielu nazwałoby prawdziwą miłością: on przystojny i bogaty lekarz, ona czarująca i zakochana pani domu.
Wielu mogłoby się wydawać, że są w sobie zakochani do granic możliwości, w końcu Lilka i Sebastian są nierozłączni, wszędzie wychodzą razem.  
Na myśl przychodzi wiele pytań pozostających bez odpowiedzi:
Dlaczego Lilka nigdy nie odbiera telefonów i kontaktuje się z bliskimi jedynie przez SMS-y?
Dlaczego nigdy nie wychodzi sama z domu i zawsze towarzyszy jej mąż?
Dlaczego to Sebastian prowadzi rozmowy podczas spotkań towarzyskich, a Lilka milczy, siedząc ze spuszczoną głową?
Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjna fikcja?

Mistrzostwo psychomanipulacji, mrożący krew w żyłach i trzymający w napięciu thriller, który nie pozwoli Ci odłożyć tej historii na bok, dopóki nie poznasz jej zakończenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (61 ocen)
20
12
15
10
4

Popularność




WSTĘP

 

Idealna żona to opowieść zainspirowana prawdziwymi zdarzeniami, które na potrzeby książki zostały zmienione. Jest to zatem fikcja literacka – wszystkie opisane sytuacje są prawdopodobne, a niektóre nawet w pewnym stopniu prawdziwe, ale większość wykluła się w mojej wyobraźni. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych postaci, okoliczności czy miejsc jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

PROLOG

Noc była chłodna i mokra. Siedziałam w zupełnych ciemnościach i rozmyślałam, wsłuchana w równomierny stukot deszczu.

Wspomnienia przewijały się w mojej głowie, tępiły zmysły, zupełnie jak narkotyk trzymający mnie w ramionach słodkiego niebytu. Bałam się, że jeśli choć na chwilę zamknę oczy, to wszystko zniknie, a ja powrócę do teraźniejszości, w której to on zwycięża. Cały czas mam przed oczami jego twarz. Widzę, jak uśmiecha się do mnie, i przypominam sobie wszystko, co mi zrobił. Ciągnął mnie na dno, a ja poddawałam się temu jak liść unoszący się na wietrze. Pozwalałam mu siebie niszczyć każdego dnia! Wiedziałam jednak, że dłużej tego nie wytrzymam.

Słyszałam zbliżające się samochody policyjne i wiedziałam, że za moment wszystko się skończy, ale czy ktoś mi uwierzy? Gdybym opowiedziała swoją historię, na pewno usłyszałabym: „Dlaczego od niego nie odeszłaś?”. Miałam świadomość, że to nie było takie proste. Że z tego piekła nie było ucieczki.

Nie miałam już żadnej nadziei. Nigdy nie byłam w stanie się sprzeciwić. Oczywiście on doskonale o tym wiedział i wykorzystywał ten fakt. Z całych sił starał się mnie zastraszyć i doprowadzić do stanu przerażenia, w którym tkwiłam każdego dnia.

Przebrnęłam przez ostatnie dni, tygodnie, miesiące, które niczym się od siebie nie różniły. Ciągłe wyzwiska, bicie, poniżanie i gwałty. Ktoś mógłby zapytać: „Jak to możliwe, że mąż cię gwałcił?”. Dla wielu osób jest to zwyczajnie niedorzeczne, ale tak właśnie było. Sama nie wiem, w którym momencie wszystko się popieprzyło. Nie umiem tego powiedzieć.

Czułam, że każdego dnia pomału ulatuje ze mnie życie. Byłam coraz słabsza. Zastanawiałam się wielokrotnie, ile jeszcze czasu nam zostało.

A teraz patrzę na niego i zastanawiam się nad tym, co czują ludzie w kilku ostatnich godzinach swego życia. Czy wiedzą, że lada chwila wydarzy się coś strasznego? Wyczuwają tragedię, która zaraz nadejdzie?

W jednej chwili te ponure, zimne ściany zaczęły mnie przerażać, bałam się panującej między nimi ciemności. Ciemności ostatecznej, z której już nie było ucieczki, wyjścia.

Bez wahania przyłożyłam ostrze do ciała. Musiałam odzyskać panowanie nad sobą i wyrwać się z tego odrętwienia, w którym niemal się zatraciłam.

– Tak bardzo cię nienawidzę – wyszeptałam i szybkim ruchem przecięłam skórę, z której po chwili zaczęła się sączyć krew.

W jego spojrzeniu zobaczyłam nienawiść i niepokój. Mieszaninę oszołomienia, szoku i wściekłości, furii i niedowierzania. Zawsze miał wszystko skrupulatnie zaplanowane, więc nigdy nie przyszło mu do głowy, że mógłby nagle utracić kontrolę.

Życie jest nieustanną walką – albo ją podejmujesz, albo się poddajesz. Każdy ma jakiś wybór.

Prawda?

Zastanawiam się, czy ja kiedykolwiek go miałam. Nie byłam gotowa odejść. Nie byłam gotowa zniknąć.

ROZDZIAŁ 1TERAZ

Gdy drżenie ciała ustało, dopadło mnie zmęczenie i zasnęłam. Po chwili obudziły mnie dziwne dźwięki. Zwinęłam się w rogu łóżka, chowając głowę pod kołdrą. Próbowałam nie oddychać zbyt głośno, nasłuchiwałam wszelkich odgłosów, które mogły dochodzić z wnętrza mieszkania.

Kiedy otworzyłam oczy, zdawało mi się, że zobaczyłam jego twarz – był tu i czekał w ukryciu, aż zasnę. Znowu chciał mnie skrzywdzić, tylko tym razem ja nie byłam w stanie ponownie zamknąć oczu. Leżałam na łóżku wykończona, obolała i zrozpaczona. Pragnęłam jedynie pozostać przy życiu. Żyć normalnie, tak jak przedtem.

Byłam szczęśliwa, gdy mój mąż zniknął, choć doskonale wiedziałam, że nie mogę tego powiedzieć głośno. Ludzie zaczęliby mnie oceniać i przypinać mi łatkę niewdzięcznej żony, zgorzkniałej suki, która pozbyła się męża z premedytacją. A przecież ja taka nie byłam! On zniknął, ale ja i tak do końca nie wróciłam do normalności. Wciąż nie czułam się bezpieczna.

– Już go tu nie ma – mówiłam sobie. – Zniknął bez śladu. Nie ma go!

Tak naprawdę niewiele pamiętam, jakby cała ta historia przydarzyła się komuś innemu albo jakbym zasnęła, gdy sytuacja stała się zbyt trudna do zniesienia, i przebudziła się dopiero po wszystkim. Zaczynałam stopniowo zdawać sobie sprawę, że przecież wciąż żyję i muszę żyć dalej, iść do przodu, a nie cofać się.

Wszędzie go widzę, cały czas. Wiem, że to nie może być on. Przecież już nigdy nie wróci. A jednak wciąż prześladuje mnie jego twarz. Jest jak zjawa przypominająca, że nie uda mi się przed nim uciec. Że nie uda mi się nigdy zapomnieć. Nie ucieknę, bo przecież on jest stale w mojej głowie.

Przez całe tygodnie chodziłam z kąta w kąt. Nękały mnie wspomnienia, co oznaczało, że nie do końca jestem w stanie sobie ze wszystkim poradzić. Wiem, że to, co mnie teraz spotyka, dzieje się przez niego. Wiem, że musi upłynąć trochę czasu, zanim mój organizm upora się z traumą, a potem, gdy to szaleństwo się już nieco uspokoi, będę mogła wrócić do normalności.

Naprawdę nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. I jak długo po ślubie?

Może w czasie podróży poślubnej, a może wtedy, kiedy odwiedzili nas jego koledzy z pracy pod pretekstem oglądania meczu. Biegałam wokół nich jak szalona, dbając o to, by niczego im nie brakowało, tak jak chciał Sebastian, tak jak nakazał. Za każdym razem się starałam i za każdym razem te starania były niewiele warte. Tamtego wieczoru zdenerwował się i wymyślił sobie, że go zdradzam i flirtuję z jego kolegami. Dopiero gdy zostaliśmy sami, pozwolił emocjom wziąć górę. Jak zwykle wlewał mi cały swój jad do ucha, nazywał mnie głupią dziwką i szmatą. Twierdził, że świadomie prowokuję mężczyzn, aby go zdenerwować.

– Wiem, że mnie zdradzasz! – darł się. – Jak śmiesz mnie znieważać przy moich znajomych?!

– Nie zdradzam – wyszeptałam, czując wzbierające w oczach łzy. – Przysięgam.

– Jak śmiesz mi to robić?! Dowiem się, z kim mnie zdradzasz, i zatłukę go albo zabiję was oboje!

Wybuchłam płaczem. Spodziewałam się, że mnie uderzy albo zrobi coś znacznie gorszego, ale on nagle podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach.

– Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło – powiedział, biorąc moją dłoń w swoją. – Po prostu nie chcę, by ktoś mi ciebie odebrał, i szlag mnie trafia, gdy widzę, jak jakiś facet z tobą flirtuje. Nie chciałem tego, wybacz mi. Wiesz, że cię kocham, prawda? – I jego ręka ścisnęła mnie mocno, o wiele za mocno. – To się nie powtórzy, mam rację?

– Tak – powiedziałam krótko, bo coś zamarzło we mnie wtedy po raz pierwszy. Wyrwałam dłoń z jego uścisku, a on uśmiechnął się do mnie.

To chyba wtedy w jego oczach zobaczyłam coś przerażającego, coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej. Z początku myślałam, że mi się wydawało, tłumaczyłam go za pierwszym razem i każdym następnym.

Wiedziałam, że przecież mnie kocha i chce ze mną być. Że kocha nade wszystko, po swojemu, ale kocha. Chce, żebym była szczęśliwa, więc kocha.

Kiedy nie byłam szczęśliwa, on tracił grunt pod nogami i denerwował się, robił wówczas wszystko, żeby mnie zadowolić. Krzyczał, że tego nie rozumiem, nie doceniam ani jego starań, ani jego miłości. Kochał, a ja byłam bezduszną żoną, która nie docenia go pod żadnym względem.

Mimo pozornej skruchy Sebastiana od tego zdarzenia jego podejście do mnie się zmieniło. Kiedy teraz to wspominam, sądzę, że już wtedy zaczął proces łamania mnie. Nagle wszystko we mnie zaczęło być nie takie, jak powinno. Moje ubranie, to, jak wyglądam, co mówię.

Byłam jednak zaślepiona i naiwna, nie zauważyłam, że coś się z nim dzieje; sądziłam, że coś dzieje się ze mną. Naprawdę zaczynałam wierzyć, że to wszystko moja wina. Stawałam się coraz bardziej od niego zależna, praktycznie i emocjonalnie. Dlatego najczęściej robiłam dokładnie to, co mi kazał.

– Weź się w garść. Postaraj się, Lilka. Nie pozwól, żeby sparaliżował cię strach! – powiedziałam do siebie stanowczo. – Miałaś zły sen. To wszystko. Otrząśnij się. Jesteś w swoim łóżku. W swoim domu. Bezpieczna.

Wzięłam kolejny głęboki wdech. Leżałam w łóżku spocona ze zdenerwowania, tępo patrząc w sufit.

Dwie godziny później byłam już na posterunku policji. Siedziałam w pokoju przesłuchań w asyście mecenasa Karola Kowalczuka, jednego z najlepszych prawników na Dolnym Śląsku, i mojej siostry Uli, która zaalarmowana o zniknięciu Sebastiana, przyleciała z Anglii, by mnie wspierać. Wiem, że czeka mnie przywołanie wielu wspomnień, które wolałabym zatrzymać dla siebie, schowane gdzieś głęboko. Wiem, że nie mogę pozwolić, aby wspomnienia mnie osłabiły. Muszę być silna i nie mogę popełnić żadnych błędów.

Siedzę nieruchomo i czekam – z nadzieją, że to wszystko wreszcie się skończy. Ula mówi dość powoli. Zawsze była spokojna i opanowana. Z naszej dwójki to ona była rozsądna, szlachetna i zdecydowanie ostrożniejsza w życiu, na pewno bardziej niż ja. Potrafiła każdego wysłuchać i dać mu dobrą radę. Zawsze taka była. Miła i uczynna.

Znała mnie na wylot, dlatego poprosiłam ją, aby mi towarzyszyła. Nie miałam najmniejszej ochoty opowiadać obcemu człowiekowi historii własnego życia, ale wiedziałam, że siostra bez problemu będzie w stanie wyjawić mu moje najciemniejsze sekrety. Wiedziałam też, że niezależnie od tego, co powiem – jakakolwiek brutalność Sebastiana zostanie ujawniona, jakiekolwiek rany na moim ciele zostaną pokazane – te osoby nigdy nie zrozumieją bólu, przez który musiałam przechodzić i który czułam każdego dnia. Nie doświadczą także nienawiści, którą czuję do osoby odpowiedzialnej za to cierpienie.

Kiedy wysoki, szczupły mężczyzna o kasztanowych włosach i piwnych oczach, ubrany w garnitur, wszedł do środka, zrozumiałam, że nadeszła pora, aby wszystko mu opowiedzieć.

Mężczyzna przedstawił się, usiadł na wprost mnie, wyjął z szuflady notes i otworzył spoczywającego na biurku laptopa. Ula usiadła bliżej i chwyciła mnie za rękę. Oficer z wydziału dochodzeniowo-śledczego Jan Walczak sięgnął do torby leżącej na podłodze i wyjął z niej dyktafon. Umieścił go na stole i wcisnął przycisk. Już czas. Walczak poprosił o moje zeznanie, a mecenas spokojnym głosem oświadczył, że teraz muszę wszystko opowiedzieć.

Ale co ja pamiętałam z samego początku? A może raczej: co pozwalałam sobie pamiętać?

Bo to nie jest tak, że można tak nagle zapomnieć całe swoje życie, swoją tożsamość, ludzi, których się kochało.

To bardziej tak, jakby się ich gdzieś odsuwało, jakby się chowało te obrazy do pudełka. Myślenie o takich rzeczach, pamiętanie o nich jest bowiem zbyt trudne i bolesne. Te wspomnienia czynią z nas istoty ludzkie, a to jest niezgodne z tym, czym byłam wtedy dla swojego męża: przedmiotem.

Poczułam się mała, bezbronna, przygnębiona i tak bardzo winna.

„Weź się w garść! On ci pomoże” – powtarzałam w myślach, żeby się podnieść na duchu.

– Myślałam, że upłynęło wystarczająco dużo czasu, zanim zdecydowaliśmy się razem zamieszkać. Myślałam, że jeśli Sebastian ma jakieś wady albo tkwi w nim jakieś zło, to do tej pory już by się to ujawniło. Powinno tak być, prawda? – Podniosłam głowę i spojrzałam na detektywa Walczaka. – Wiem, że mógł doskonale wszystko ukrywać, ale ja naprawdę go kochałam i wierzyłam, że jest dobrym człowiekiem. Wiem, byłam bardzo głupia i naiwna. Powinnam była to wszystko przewidzieć…

ROZDZIAŁ 2KIEDYŚ

Urodziłam się w latach osiemdziesiątych we Wrocławiu. Byłam trzecim dzieckiem w rodzinie. Miałam starszego o sześć lat brata Jakuba, który zginął podczas jednej z awantur, kiedy zaatakował mnie nożem. Moja córka Klara miała wtedy zaledwie sześć miesięcy i o mały włos nie została pozbawiona matki. Brat często bywał pod wpływem alkoholu i narkotyków. Był zaborczy i agresywny. Awanturował się, bił mnie i terroryzował. Tamtego dnia, gdy próbował mnie zabić, z pomocą przyszli mi pracownicy ochrony budynku. Uratowali mi życie, niestety mój brat stracił wtedy swoje.

Moja starsza o cztery lata siostra ma na imię Ula. Zaraz po skończeniu szkoły średniej wyprowadziła się z domu i wyjechała do Anglii. Mimo to byłyśmy w stałym kontakcie i razem z mamą starałyśmy się ją często odwiedzać.

Mama jest kobietą o krótkich, kasztanowych włosach, przeplatanych siwymi pasmami, a także dużych, szaroniebieskich oczach, z których biją łagodność i dobroć. Teraz ma sześćdziesiąt jeden lat i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że któregoś dnia mogłoby jej zabraknąć.

Taty nie miałam okazji dobrze poznać. Zmarł, gdy miałam zaledwie roczek. Nawet go nie pamiętam. Mama przez większość życia zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem naszej trójki, utrzymywała nas ze swojej renty, ale czasami pracowała na zmiany, sprzątając w prywatnych domach. Odkąd pamiętam, nie miała w życiu łatwo, jednak nigdy nie narzekała. Zawsze starała się zapewnić nam wszystko, co tylko była w stanie.

Jako młode dziewczynki trzymałyśmy się razem i byłyśmy bezgranicznie oddane mamie. Łączyła nas z nią szczególnie bliska więź, przypuszczam, że po części dlatego, że Jakub przysparzał jej samych problemów, a my z Ulą zawsze chciałyśmy dla niej jak najlepiej i bolała nas nasza bezsilność. Może dla kogoś, kto patrzył na nas z boku, sprawialiśmy wrażenie szczęśliwych. Przynajmniej do chwili, kiedy pojawiał się Kuba. Wtedy nie byliśmy już taką piękną rodzinką, tylko patologiczną, jak o nas mówiono.

W czterech ścianach naszego domu każda z nas przeżywała istne piekło. Jakub, jako najstarszy z naszej trójki, uważał się za głowę rodziny i osobę trzymającą władzę. Był brutalnym, złym człowiekiem, zwłaszcza wtedy, gdy brał narkotyki i mieszał je z alkoholem. Kłócił się z mamą, wyzywał ją i kradł jej pieniądze. Nieraz te przeznaczone na jedzenie. Przez to mama musiała ciężej pracować, a mną opiekowała się wtedy Ula.

Któregoś wieczoru Kuba wrócił do domu w środku nocy w takim stanie, że ledwo się trzymał na nogach. Ze złości krzyczał i demolował meble. Byłyśmy przerażone. Do dziś pamiętam to potworne uczucie strachu, który ściskał mi pierś i brzuch. Pozbawiał tlenu. Jakub szarpał mamę, domagając się oddania mu wszystkich pieniędzy. Nie słuchał jej tłumaczeń ani naszych błagań. Zupełnie jakby był w jakimś amoku. Gdy w końcu nasz płacz i prośby przebiły się przez jego furię, popatrzył na nas pogardliwie.

– Zamknijcie się, do cholery! Bo z wami też zrobię porządek – warknął.

Wtedy mama po raz pierwszy zadzwoniła na policję, a Jakub trafił do aresztu. Wiedziałam, że to była dla niej bardzo trudna decyzja, ale zrobiła to głównie dla mnie i siostry.

Sytuacja jeszcze kilka razy się powtórzyła, aż w końcu Jakub dorósł i przestał bywać tak często w domu. Tymczasem nasza więź z mamą stawała się coraz silniejsza. Wszelkie wybuchy brata Ula brała na siebie, by chronić mamę, a ja im starsza byłam, tym bardziej rozumiałam to, co działo się wokół mnie. Zdawałam sobie sprawę, że bratu na nas nie zależy. Że w pewien sposób nas nienawidzi, choć nigdy nie pojęłam dlaczego. Jakub zawsze był brutalny, okrutny, podły. Zawsze był gotowy nas skrzywdzić – osoby, które powinien był kochać. Dlatego Ula wyjechała. Rozumiałam ją i często jej tego zazdrościłam, jednak nigdy nie zostawiłabym mamy samej z tym potworem, moim bratem.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, zaszłam w ciążę. Po dziewięciu miesiącach urodziłam córkę i dałam jej na imię Klara. Niestety jej ojciec zostawił nas, jeszcze zanim pojawiła się na świecie. Pewnego dnia wyszedł z domu i już nie wrócił. Na samym początku chciałam wiedzieć, dlaczego to zrobił. Nalegałam na spotkanie, naciskałam, by wytłumaczył mi swoje nagłe odejście. I pewnego dnia dobitnie mi to wyjaśnił.

– Brzydzę się tobą! – wykrzyczał. – Przez tego dzieciaka zrobiłaś się gruba i brzydka. Przestałaś o siebie dbać i już mnie nie pociągasz. Jesteś obrzydliwa i mam cię dość. Z nami koniec!

W tamtym dniu straciłam resztki nadziei, przestałam się łudzić, że Maks kiedykolwiek zmieni zdanie i do mnie wróci.

Znalazłam pracę i radziłyśmy sobie z mamą dość dobrze. Niczego nam nie brakowało. Moje życie zaczęło się układać na nowo, gdy poznałam Sebastiana. Był ode mnie starszy o jedenaście lat. Pracował jako lekarz w jednym z wrocławskich szpitali. Był uosobieniem nadziei na coś, o czym od dawna marzyłam. Uosobieniem wolności, miłości i rodziny. Wielką ironią było to, że poznałam go dzięki pijanym znajomym mojego brata.

To było w dniu, gdy zostałam zaatakowana przez kolegów Jakuba. Kiedy późnym wieczorem skończyłam pracę i zamykałam lokal, w którym pracowałam, usłyszałam chichot podpitych mężczyzn. Nim zdążyłam zareagować, otoczyli mnie, blokując mi możliwość ucieczki. Było ich czterech. Dotykali mnie, krzyczeli, popychali. Próbowałam się wyrwać, ale stawali się coraz bardziej napastliwi i agresywni.

Wtedy pojawił się Sebastian. Mój wybawca. Pomógł mi i zaopiekował się mną. Z czasem zechciał jednak odebrać dług wdzięczności, który wobec niego miałam. Przedstawił dość jasny układ w zamian za pieniądze. Na początku zaproponował, abym udawała jego narzeczoną przed znajomymi i rodzicami, którzy wywierali na niego presję i zmuszali go do małżeństwa. Miałam pewne wątpliwości, ale się zgodziłam.

Nie sądziłam, by Sebastian mógł się zainteresować kimś takim jak ja – był wyjątkowo przystojny i bogaty, a ja byłam jego przeciwieństwem. Z czasem jednak zbliżyliśmy się do siebie i oświadczył mi się naprawdę. Do dziś pamiętam te słowa:

Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałem, nie mogę przestać o tobie myśleć i sądzę, a nawet jestem pewny, że się w tobie zakochałem. Czy zostaniesz moją żoną?

Byłam kompletnie zaskoczona i wstrząśnięta jego słowami, ale nietrudno było się w nim zakochać. Wiele kobiet go pożądało, co mogłam wielokrotnie odczuć przy wspólnych wyjściach. Sebastian miał w sobie to coś, co przyciągało do niego wszystkie dziewczyny. Był troskliwy, czarujący, przystojny, elegancki. Tego nie można było ot tak zignorować. Zaczęliśmy się regularnie spotykać: chodziliśmy wszędzie razem, wszystko robiliśmy wspólnie i zanim się zorientowałam, nadszedł czas, by poznał moją kilkumiesięczną córkę.

Klara zakochała się w nim natychmiast. Po zaledwie paru sekundach wyciągnęła do niego małe rączki i zażądała, by Sebastian ją podniósł. Nie protestował.

Za każdym razem, gdy go widziała, piszczała z radości, a ja uwielbiałam patrzeć, jak on porywa ją na ręce i wiruje z nią po pokoju. Traktowała go jak swojego tatę i nie dziwiło mnie to, w końcu innego ojca nie znała. Chciała spędzać z nim każdą możliwą chwilę, chciała, by to on nosił ją na rękach, kiedy był w pobliżu. W jego towarzystwie była zawsze uśmiechnięta, szczęśliwa i wydawało mi się, że on też taki był.

Przy