I dusza i seks - Sylwia Frołow - ebook

I dusza i seks ebook

Sylwia Frołow

0,0
19,90 zł

Opis

Polska to kraj samotnych kobiet i żonatych mężczyzn

Jest to powieść w połowie pornograficzna, a w połowie filozoficzna, co okazuje się całkiem smacznym połączeniem. Główna bohaterka, Monika, to kobieta wyzwolona, choć pracuje w piśmie katolickim. Skończyła 42 lata, przebrnęła przez okres naiwnego zakochiwania się i nieszczęśliwego przeżywania związków męsko-damskich. Teraz spokojnie patrzy na koleżanki, które wciąż cierpią z powodu szowinizmu męskich świń, jak mówią o swoich partnerach. Ona nie cierpi – ona patrzy, komentuje i doradza, czasem w bardzo niekonwencjonalny sposób. Kiedy jej najbliższa przyjaciółka po trzech małżeństwach, trzech rozwodach i próbie powrotu do drugiego byłego męża funduje sobie drążek, na którym zwisa do góry nogami, Monika w tym czasie aplikuje terapię wstrząsową koledze mającemu problemy natury seksualnej, po czym zostaje jego kochanką. A że kolega z domu jest hrabią, wynikną z tego kolejne historie i perypetie. Do tego wszystkiego dojdą przygody natury erotycznej rodziców Moniki, którzy wbrew przyjętej normie winni w dojrzałym wieku oddać się spokojnemu przeżywaniu starości, a którzy nagle odkrywają, że teraz dopiero mogą pohulać.
Monika ma rosyjską duszę i uprawia niekatolicki seks, ale chciałaby urodzić się Czeszką. Bo jej historia życia podszyta jest Hrabalowskim poczuciem humoru. Rosjanie wszystkiego mają za dużo, a Polacy za mało – jak twierdzi główna bohaterka. – Czesi natomiast dostali od losu trochę, czyli w sam raz.     


Sylwia Frołow (ur. 1965) jest autorką powieści Spojrzenia (wyd. 2009, Rosner & Wspólnicy) oraz biografii Feliksa Dzierżyńskiego (wyd. 2013, Znak). Korektorka i redaktorka, na co dzień pracuje w „Tygodniku Powszechnym”, przez kilka lat była sekretarzem prof. Jerzego Pomianowskiego. Mieszka w Krakowie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 308

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Sylwia Frołow I dusza, i seks

Redakcja i korekta: Zespół

Projekt okładki: Selfpublica.pl

Książka opublikowana we współpracy z firmą wydawniczą SEZAMM Małgorzata Maruszkin

© Copyright by Sylwia Frołow, 2013

ISBN: 978-83-938162-0-0

Konwersja do formatu EPUB: Selfpublica.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Sylwia Frołow

I dusza, i seks

Polska to kraj samotnych kobiet i żonatych mężczyzn

Ponieważ wszechświat się rozszerza,

szukanie szlafroka zajęło mi dziś rano więcej czasu niż zwykle.

Woody Allen, „Annie Hall”

Rozdział I

Kolekcja

Znaczki wycofane z obiegu mają wartość kolekcjonerską,

mogą być przedmiotem zbieractwa,

które wchodzi w zakres filatelistyki.

Napis na plakacie

wiszącym obok okienka pocztowego

Życie to kolekcja.

Zbiór bardziej i mniej udanych okazów tego, czym człowiek próbuje się w życiu wykazać. Im starszy, tym bardziej skłonny do retrospekcji, kartkuje w myślach wspomnienia z onanistycznym zacięciem. Wiele chciałby usunąć, nawet kartkuje po raz setny w tej nadziei, że wreszcie się usunęło, gdyż zgodnie z zasadą pobożnych życzeń pragnąłby zostawić tylko to, co najprzyjemniejsze. Ale tak się nie da. Nie da się, bo trwalsze od papieru obrazy pączkują w naszej pamięci niczym trudno usuwalna pleśń.

Owszem, można dokonać ostrego cięcia chirurgicznego, autokastracji, po której trwały stan amnezji uczyni z nas poniekąd Kaspra Hausera w błogim poczuciu niewinności, ale jednocześnie grozi to całkowitą utratą kontroli nad rzeczywistością. Znam przypadek kobiety, która przez większość życia była wyjątkowo wredną suką i która w ostatnich latach cofnęła się do okresu wczesnodziecięcego, po drodze gubiąc wszystkie wyrządzone innym świństwa. Stała się na powrót rozkoszną dzieciną z warkoczykami, całymi dniami leżącą w pozycji embriona.

A więc kolekcjonujemy. Bywa, że nieświadomie. Bywa, że świadomie, lecz z marnym skutkiem. Wręcz bywa, że kolekcjonować nie chcemy, a zbiera nam się w dwójnasób. Mało tego – bywa i tak, że nawet się nie obejrzymy, jak sami jesteśmy zebrani i majtamy bezradnie w czyjejś kolekcji pośród uśmierconych eterem motyli.

Zbieractwo zajmuje nam większą część czasu. A czas też jest kolekcją – minut, godzin i tego, co pomiędzy nimi. Ja zaś sądzę, że mógłby być dużo lepiej spożytkowany, nawet jestem tego pewna.

Taki Budda na przykład. Nie chciał cierpieć, wolał trwać. Słusznie, któż by chciał cierpieć? Ale kogo z nas stać na trwanie? A więc sytuacja zmusza do wyboru. Zmusza – co już kwestię wyboru podaje w wątpliwość. Albo-albo, coś za coś: nie chcesz cierpieć, to nie możesz chcieć, a jak zrezygnujesz ze chcenia, od razu nasuwa się pytanie: po jaką cholerę żyć?

Pytania to moja najcenniejsza kolekcja. Składa się z pytań przez małe i duże „p”, zwykle bez odpowiedzi, co innych wyprowadza z równowagi. Mnie nie. Wręcz odwrotnie, utwierdza w przekonaniu, że póki pytam, jestem. Zaś odpowiedź może co najwyżej doprowadzić mnie do ściany, za którą już nie ma niczego, a jak nie ma niczego, to też – po jaką cholerę żyć? Pomiędzy stawianym pytaniem a odpowiedzią, której nigdy nie uzyskam, istnieje przynajmniej nadzieja, a tej zawsze warto się trzymać.

Pytania są zbieractwem świadomym. Ale mam i kolekcje nieświadome. Na przykład ludzkich problemów, co gorsza niewłasnych, jakby własnych człowiek nie miał już wystarczająco dużo. Ich kartkowanie bywa szczególnie nieprzyjemne, zwłaszcza gdy posiada się zdolność współodczuwania. Wolałabym czerpać z tego przyjemność, jak ci, którzy oglądają w telewizji programy sensacyjne o biciu żon, gwałceniu córek i mordowaniu niemowląt.

Ale ostatnio stało się coś znacznie gorszego. Zgodnie z pewną starą maksymą – że nie ma tak wielkiego cudzego nieszczęścia, którego nie bylibyśmy w stanie znieść, własne natomiast zawsze przeżywamy z emfatyczną przesadą.

Otóż stwierdziłam, w poczuciu silnego zadziwienia, że posiadam kolekcję mężczyzn – wycofanych z obiegu, a więc mogących być przedmiotem zbieractwa – i zbiór ten powiększa się poza moją świadomością.

Pierwszy raz wpadłam na to w łazience, chcąc umyć sobie plecy specjalną drapaczką z naturalnych włókien. Drapaczki nie było. Dlaczego? Bo z chwilą, gdy wprowadził się do mnie Maciek, codziennie mył mi plecy własnoręcznie i własnopaznokciowo je drapał. No i ja, zakochana po uszy, wyrzuciłam specjalną drapaczkę z naturalnych włókien do śmieci, uważając, że Maciek będzie mnie mył i drapał do końca dni naszych.

Drugi raz i natychmiast trzeci wpadłam na to, próbując według jakiegoś porządku poustawiać książki na półkach, i już nie pamiętałam, od którego ze swoich mężczyzn dostałam chińską Księgę Przemian. Przekartkowałam ją odruchowo i wypadło ze środka zdjęcie Marcina. Od niego? Niemożliwe. Mądrość Konfucjusza, próba wyjaśnienia sytuacji życiowej – to nie w jego stylu. Prędzej byłby gotów udowodnić mi na podstawie 64 heksametrów, że linia ciągła dlatego symbolizuje zasadę męską, bo jest aktywnością i światłem, zaś linia przerywana zasadę żeńską, bo to bierność i ciemność.

Nie miałam natomiast wątpliwości, kto mi przyniósł Pańczatantrę – zbiór indyjskich bajek z II wieku p.n.e., po przeczytaniu których największy głupiec staje się prawdziwym mędrcem. Zrobił to Paweł, po tym jak spiłam się na imieninach jego mamusi – krakowskiej lwicy salonowej i zaczęłam jeść rękami rybę, myśląc, że to kurczak. Zrewanżowałam mu się Encyklopedią głupoty Matthijsa van Boxsela, by pojął, że głupota jest mistyczną podstawą naszej egzystencji i nie ratio, lecz obyczaje i nawyki rządzą naszym życiem – niestety. Dla mnie po spożyciu większej ilości alkoholu oczywistym ratio było jeść rybę rękami, bo sztućce wyślizgiwały mi się z palców, zresztą co to kogo, przecież nikomu krzywdy nie czyniłam. Ale Paweł ze swoją mamusią przede wszystkim stawiali na obyczaje i nawyki. Przy tak dużej rozbieżności oczekiwań musieliśmy się rozstać.

Teraz Paweł jest z Agatą. Ciekawe, jaką jej kładzie książkę pod choinką. Ja bym jej położyła Elementarz dla klas pierwszych, bo to wtórna analfabetka, lecz pewnie odróżnia rybę od kurczaka. No i smacznego.

Kamasutrę dał mi Sławek, nie mając pojęcia, że już pierwszego wieczoru po wspólnej lekturze pogrąży się w rozpaczy mężczyzny, który wiele by chciał, ale niewiele może w przeciwieństwie do kobiety, która naprawdę może wiele. Biedak, porwał się z siekierą na słońce, a było lepiej przynieść coś z Houellebecqa, z tym jego destrukcyjnym podejściem do wszystkiego. Wprowadzilibyśmy się w podobny stan i bilans wyszedłby na zero. Nikt tak mnie nie zniechęcił do seksu jak Michel H. Po lekturze Cząstek elementarnych moja wagina zwisła równie smutno jak fafle psa rasy Bloodhound.

Metamorfozy Apulejusza to był prezent od Jurka. Jakieś okazjonalne wydanie z ładną szatą graficzną. Tylko co z tego? Nie zdążyłam być niewierną, bo zdradził pierwszy. Z kim? Z pewnym krytykiem literackim, próbującym wynieść gejowską i feministyczną powieść na wyżyny literackie. Wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy ponura refleksja na temat przyszłości świata opanowanego przez feministki, gejów i ekologów.

Sztukę kochania Owidiusza kupiłam sama i chciałam dać w prezencie Jankowi, bo mi się podobał, a miał brzydką dziewczynę. Chciałam mu dać do zrozumienia, że brzydka kobieta nawet w nocy bywa brzydka i rady Owidiusza o technikach uwodzenia niech lepiej wykorzysta gdzie indziej, ale on został ze swoją brzydulą, a ja z Owidiuszem.

Zabrakło Janka, pocieszyłam się Januszem. Tylko pozornie. To był klasyczny przedstawiciel męskiego gatunku, który w Polsce występuje na dużych obszarach mniej lub bardziej zabudowanych, żyjąc w dwuosobowych stadach. Synek – o barczystych ramionach, dużych jądrach i emocjach zatrzymanych w rozwoju na etapie raczkowania. Nieodcięta pępowina była tak mocna, iż w łóżku krępowała mi nogi, i parę razy złapałam się na tym, że pod kołdrą szukam przyczajonej mamusi. Ale miałam nadzieję. Nawet na to, że spakuje swoje rzeczy i wyprowadzi się od matki do mnie. Upiekłam ciasto, pierwsze i ostatnie w moim życiu, a on przyniósł mi w prezencie Raj utracony Miltona z rycinami Williama Blake’a. Oniemiałam, prezent był piękny. Razem zaczęliśmy przeglądać i odczytałam mu fragment księgi IX, gdzie w romantyczny sposób Milton przedstawia grzech pierworodny. Ewa zjada własną śmierć, a Adam podąża za nią – Ewą i śmiercią, z wielkiej miłości. Mój kochanek na tyle się wzruszył, że tej nocy pępowina została odcięta. Rano zadzwoniła mamusia z awanturą, dlaczego ma wyłączoną komórkę i dlaczego nie wrócił na noc do domu?! Pępowina odrosła. Mnie pozostał Raj utracony.

Co jeszcze mam? Aha, Dekameron, ale nie powiem od kogo. Tu żadna strona nie zawiniła. Było nam ze sobą cudownie. Rozstanie musiało nastąpić, jak noc następuje po dniu. Było cudownie i niech tak zostanie. Zostanie, bo oboje mamy świadomość krótkotrwałości stanów idealnych.

To było siedem lat temu. Od chwili rozstania przesyłamy sobie książki, które mają dla nas znaczenie. Dzięki temu przeczytałam Pascala Quignarda Seks i trwogę, on zaś Światło nocy Pietra Citatiego. Niedawno przysłał mi Świętą księgę wilkołaka Pielewina. Pomachaliśmy sobie ogonami. To wystarczy – i jemu, i mnie. Tylko iluzja ma szansę zachować szczęście w stanie nienaruszonym.

Makbeta oprawionego w skórę dał mi Wojtek. Aluzję zrozumiałam dosyć szybko i natychmiast udałam się na babski wieczór, by wyciągnąć z tego wnioski. Zadałam koleżankom pytanie, czy rzeczywiście jestem przebiegłym babsztylem, który manipuluje biednymi mężczyznami, namawiając ich w imię własnych ambicji do najpodlejszych czynów. Oczywiście koleżanki zaprzeczyły, uznając, że ten, który mi to dał, to wyjątkowo perfidna szowinistyczna męska świnia. Nie do końca im uwierzyłam i poszłam na kolejny wieczór z dwoma bliskimi kolegami. Ci byli poprawni politycznie, ale ich oczy mówiły co innego. Więc oświadczyłam, że są wyjątkowo perfidnymi szowinistycznymi męskimi świniami, i poszłam sobie obrażona.

Na urodzinach przyjaciółki poznałam Rysia. Był piękny – 185 cm wzrostu, długie nogi, ciemna karnacja, lekko falujące włosy, migdałowe oczy i bielusieńkie zęby. Słowem – ideał z katalogów mody. Wokół niego siedziało kilka rozanielonych panienek, które zabawiał jakimiś opowieściami. Z początku nie mogłam dosłyszeć, co mówi, bo muzyka była zbyt głośna. W każdym razie robił kolosalne wrażenie i każda z nich byłaby zdolna w jednej sekundzie zabić wszystkie pozostałe, potem własną matkę, nawet papieża, byleby zostać jego wybranką do końca dni swoich.

Dlatego zdziwiłam się, gdy podszedł do mnie i poprosił do tańca. W pierwszej chwili byłam tak zachwycona, że sama chętnie zabiłabym matkę i papieża, ale druga chwila spadła na mnie jak zimny prysznic – kiedy Rysio się odezwał.

„No lala, tej nocy będziesz moja...” zawirowało, zakotłowało w moim uchu, do którego piękniś nachylił się w czasie tańca, niczym wściekły szerszeń w zamkniętej butelce, zeszło w dół do przepony i cofnęło się do gardła, przemieniając w mój śmiertelny szept: „Uważaj, chłopczyku, bo lala zaraz urwie ci jaja...”.

O dziwo, wcale się nie zraził, tylko roześmiał, nawet dosyć sympatycznie. Resztę wieczoru spędziliśmy osobno. On w towarzystwie chętnych do wzajemnego wymordowania się panienek, ja z kolegą z dzieciństwa, z którym nie widziałam się kupę lat, bo od dawna nie mieszka w Krakowie.

Ale z Rysiem stało się coś dziwnego. Zadzwonił do mnie dzień później. Jak okazało się, solenizantka dała mu numer telefonu. Koniecznie chciał się spotkać. Poszłam na umówiony obiad w restauracji, wychodząc z założenia, że jest na tyle piękny, iż może jednak warto spróbować być jego lalą tej nocy.

Przez pierwszą godzinę nie chciałam dopuścić do świadomości faktu, że okazał się dennie głupi. Przez drugą już dopuściłam, udając jednak przed samą sobą, że nie. W trzeciej uchwyciłam się nadziei, że może przesadzam, że powinnam spuścić z tonu i spojrzeć na niego bardziej po ludzku, odrzucając wszelkie kryteria. W czwartej stwierdziłam, że muszę wracać do domu, bo zapomniałam o przyjeździe cioci z Sandomierza. (Skąd mi przyszedł do głowy Sandomierz? Nawet nigdy tam nie byłam).

Przez sześć kolejnych dni Rysiu cierpliwie dzwonił i dopraszał się następnego spotkania. Nie mogłam pojąć, dlaczego jest taki uparty. Siódmego dnia zacytował do słuchawki myśl Pascala: „Człowiek jest pełen potrzeb: ceni tylko tych, którzy mogą je zaspokoić wszystkie”1. Kiedy odwarknęłam, by sobie darował i nie klepał bezmyślnie tego, czego nie rozumie, rzucił kolejnym cytatem: „Umysł z natury swojej wierzy, a wola kocha; tak iż w braku prawdziwych przedmiotów muszą się czepiać fałszywych”, po czym dowiedziałam się, że Pascal to jego ulubiony autor.

Na to mnie wziął. I tej nocy zostałam jego lalą. Ale tylko tej, bo rano okazało się, że dla niego Pascal to ten sam facet, który gotuje w telewizji. Cud, że go nie zabiłam. Potem jeszcze koleżanka uświadomiła, dlaczego Rysiu był taki uparty. Bo ja jedyna nie chciałam mu dać, podczas gdy inne dały już mu wszystkie. Wziął mnie na kilka wykutych na blachę cytatów, jak psa na kiełbasę! Kompromitacja na całego. I chyba tylko jednym mogę się pocieszyć – że w łóżku był równie beznadziejny. A ruch posuwisty to nie wszystko, nawet zwierzątka trykają się z większą finezją. Seks, panie piękny, wymaga inteligencji.

Kiedy stawiałam Myśli Pascala na półce, otwarło mi się na 113 stronie. „Człowiek nie działa według rozumu, który stanowi jego istotę”.

Wacka poznałam w sanatorium. Nazywał mnie Kławdią. Owszem, drzwiami trzaskałam, paznokcie obgryzam, oczy mam po prababce gruzińskie, nie kirgiskie, i daleko mi do rudzielca. Czy byłam warta jego grzechu? Tomasz Mann mnie nudzi.

M. dał mi nowe tłumaczenie Doktora Żywago. Tak, Lara i Tonia. No i Jurij. Nieszczęście potrafi być baaaardzo piękne, a uroda i podejrzanie nieskażona dobroć rosyjskich kobiet pozwala sądzić, że diabeł gnozy tkwi właśnie w tym szczególe.

Zbrodnię i karę wręczył mi Łukasz. Jego niedoczekanie! Tak zgłupieć na punkcie mężczyzny jak Sonia może tylko Dostojewski, który kompletnie nie znał się na kobietach. Gdyby Łukasz jeszcze przyniósł mi Braci Karamazow ze sfiksowaną Gruszeńką, poleciałby ze schodów głową w dół. Dostojewski to obraza całego rodu żeńskiego. Niech tam się zabawia w psychologizmy w męskim wydaniu. Wszystkie te Szygalewy i Szatowy wychodziły mu całkiem nieźle, ale Anastazje Filipowne? Gdyby rzeczywiście Pan Bóg miał stworzyć takiego potwora rodzaju żeńskiego, natychmiast poddałabym się operacji zmiany płci. No więc w podzięce sprezentowałam Łukaszowi Annę Kareninę, jeżeli już tak go intryguje kobieca psychika. Owszem, przejął się, nawet za bardzo. Dodałam mu więc, dla wyrównania poziomu, Kobiety Charlesa Bukowskiego, ale to raczej był mój błąd. W końcu poprosiłam, by przestał czytywać literaturę pod kątem próby zrozumienia kobiet, bo mężczyźni są zbyt prostolinijni.

Jednak Łukaszek był uparty, szukał inspiracji. Zmordował oba zwrotniki Millera, kwartet Dürrella i umówił się ze mną na przedyskutowanie lektur. Nie wyszło, bo Miller dla mnie za chłodny, Dürrell zbyt ciężki i pretensjonalny językowo.

– To może Świat według Garpa? – rzucił posępnie na koniec, gdy już chciałam wyjść z kawiarni.

– Chciałbyś żyć podobnie jak Garp? – spytałam. – To zacznij pisać powieści. Ale z większym przekonaniem niż Irving i Garp. Bardzo nie lubię pisarzy, którzy piszą tylko dlatego, że są pisarzami.

Nie sądziłam, że Łukasz tak to sobie weźmie do serca. Zaczął pisać powieści. Dosyć szybko stał się Grocholą w męskim wydaniu. Receptę na fabułę miał bardzo prostą – udowodnić, że wszystkie chłopy to dranie. Kiedy coś takiego pisze kobieta, zyskuje poparcie niemal automatycznie, z urzędu. Ale gdy coś takiego napisze mężczyzna, sukces na rynku wydawniczym ma zagwarantowany podwójnie. A potem już może stać się głównym ideologiem partii kobiet.

Po pierwszym wieczorze autorskim zdążył zaliczyć dwie czytelniczki. Po następnych wieczorach zaliczał panienki z częstotliwością nadawania bloku reklamowego w czasie najwyższej oglądalności. Do mnie nawet przestał dzwonić. Słusznie. Dotarł do samego sedna kobiecej psychiki.

Franek, mój kumpel ze szkoły średniej, dał mi na urodziny Niebezpieczne związki. I kim niby ja jestem, co? Głupiutką Cecylią de Volanges, nieszczęsną panią de Tourvel czy suką markizą de Merteuil?

– Jesteś kolekcjonerką – powiedział, a ja mu nie uwierzyłam, dopóki nie zaczęłam w łazience szukać drapaczki z włókien naturalnych.

Sama sobie sprawiłam Tyrmanda. Leopold chwilami mnie śmieszy. W Życiu towarzyskim i uczuciowym kobiety podczas seksu z Mikołajem (alter ego autora) płaczą ze szczęścia... Oj, naiwny, naiwny. Podobnież wierzą w swoje umiejętności panowie chadzający do lupanarów. Owszem, prostytutka może powiedzieć, że kocha, może również udawać orgazm, nawet wykrzyczeć, że jeszcze nigdy, przenigdy nie widziała tak wielkiego fiuta i nie doznała tak wspaniałego orgazmu! A co jej zależy, klient nasz pan, zwłaszcza gdy dobrze płaci. Ale żądać od robotnicy przy taśmie produkcyjnej, by ze szczególną, a co najważniejsze: s z c z e r ą troską i oddaniem zametkowała siódmą, a nie dziesiątą tabliczkę czekolady, to wręcz bestialstwo.

Leopold jednak mnie intryguje. A refleksją z Dziennika 1954 na temat romansu swej leciwej, niedopieszczonej przez męża sąsiadki z umięśnionym fagasem z naprzeciwka strzelił gola w moją bramkę:

„Nawet najbardziej wyrafinowane majtki i najmądrzejsza determinacja nie zastąpią nikomu, a zwłaszcza żeglarzowi z Białostocczyzny, jędrności, krągłości, soczystości. A tylko za tym się biega. Wszystko inne się ceni”2.

Dobra, Polduś, jesteśmy na remis.

Witkacego też sobie sama sprawiłam. Jego demoniczne kobietony to dla mnie zagadka. Te wszystkie Iriny Wsiewołodowny Zbereźnickie-Podberezki, o których mówi Scurvy: „Trzeba było usłuchać rad tych przeklętych homoseksualistycznych snoboskrętów i wyzwolić się od kobiecości”3. Witkacy to nie Jurek dopuszczający się zdrady z krytykiem literackim wynoszącym na piedestał literaturę gejowską i feministyczną. Witkacy to Witkacy. Muszę jeszcze nad tym pomyśleć.

Gry w klasy Cortazara nie dałam na półkę. Położyłam z powrotem na nocny stolik obok łóżka. Tam, gdzie leżała do tej pory, ze względu na moją ukochaną scenę. Horacio potrzebuje kilku gwoździ, te ma przyjaciel mieszkający naprzeciwko. Jest upał, wszyscy mieszkają na piątym piętrze i nikomu się nie chce schodzić z jednego piątego piętra, by wejść na drugie, zejść z niego i ponownie wejść na piąte piętro. Więc przeciągają od okna do okna związane ze sobą dwie drabiny. Kto ma na nie wejść? Wchodzi Maga. To, co się dzieje w trójkącie dwóch mężczyzn w oknach i kobiety pośrodku, to prawdziwe cudo.

Ustawiając książki, nie wiedzieć czemu, zajrzałam do zielonej szafki w przedpokoju. Było to wczoraj wieczorem około godziny dwudziestej. A więc wczoraj około godziny dwudziestej przekonałam się, własnym oczom nie wierząc, że kolekcjonuję nie tylko mężczyzn, ale i pozostawione przez nich rzeczy.

Mam w zielonej szafce kilka zużytych żyletek, dwie maszynki do golenia, kubek z oberwanym uszkiem, krawat w biało-niebieskie prążki, bokserki, jedną brązową skarpetę (doprawdy nie pamiętam, kto by miał wyjść z mojego domu tylko w drugiej), płytę kompaktową z preludiami Chopina, za którymi nie bardzo przepadam, i – o tym przekonałam się z trzy minuty po godzinie dwudziestej – drapaczkę plecioną z naturalnych włókien. A więc jej nie wyrzuciłam, tylko schowałam w ramach kolekcji. Tylko czego?

Własnych niepowodzeń. Gdyby na aukcjach sztuki zaczęto licytować zbiory niepowodzeń, a ich cena rosłaby z szybkością cen van Gogha, zostałabym milionerką.

Arystofanes twierdzi, że ludzie kiedyś byli okrągli. Mieli dwie twarze na jednej głowie, cztery ręce, cztery nogi i dwa przyrodzenia. Byli pełnią. Czegoś jednak im najwyraźniej brakowało, a może właśnie zbywało, bo nadmiar zawsze wywołuje uczucie dyskomfortu. W każdym razie zapragnęli dostać się na Olimp, by stać się równymi bogom. Za taką pychę Zeus ukarał ich przecięciem na pół. Apollo zaś obrócił im twarze, by cierpieli jeszcze gorzej, patrząc na siebie. Ściągnął im na brzuchu skórę, zostawiając jeden otwór, czyli pępek, jako bliznę i piętno. Od tego czasu każda połowa przeraźliwie tęskni za drugą. Czymże więc jest miłość?

Wszyscy wokół próbują mi wmówić, że szczęściem...

Nie wiem, według jakiego porządku ustawiać książki na półkach. Ustawiłam według logiki półgłówka – alfabetycznie.

Boże, i jeszcze jedna refleksja na koniec dzisiejszego dnia – wszystkie książki darowane mnie i przeze mnie są męskiego autorstwa. Kobiety nie potrafią pisać? Nie uwierzę.

Dalaj Lama obwieścił światu, że jego kolejnym wcieleniem będzie kobieta. Ciekawe, czy to kobieta dojrzała do bycia duchowością, czy też duchowość dojrzała do bycia kobietą.

Już kładłam się spać, gdy dostałam sms-a. Od swojej sieci telefonicznej. Treść taka: „Wygraj 1 z 10 000 telefonów. Dziś wyślij sms pod 71040 (1 zł + vat) o treści TAK lub NIE w odpowiedzi na: Czy akcja filmu Ostatni Samuraj toczy się w Japonii?”.

Filmu nie znam. Sms-a wysyłać nie będę, bo i tak w swoją wygraną nie wierzę; jestem trzeźwą deterministką. Ale ktoś mi zadał pytanie i to mnie zmusiło do myślenia, w miarę rozbudowywania hipotezy coraz bardziej przewrotnego.

Więc tak – biorąc pod uwagę liczbę półgłówków naiwnie wierzących w możliwość swojej wygranej: złotówka plus vat razy ileś tam półgłówków daje całkiem przyzwoitą sumę przekraczającą znacznie liczbę 10 tysięcy telefonów. Zresztą kto udowodni, że ich było tyle. Może być jeden, właśnie ten obiecywany mnie. Spokojnie może udawać dziesięć tysięcy zgodnie z zasadą pars pro toto. Półgłówek, by wysłać swój sms, musi mieć pewność odpowiedzi, jednak złotówka plus vat nie w kij dmuchał, a przecież można i kilka razy. Zakładamy więc, że akcja filmu musi się toczyć w Japonii, bo tam są samuraje – to nawet półgłówki wiedzą. Półgłówki również oglądają takie filmy, więc tym bardziej to wiedzą. Mogą więc sms-y wysyłać w ilościach przekraczających stany ich konta. Ale! No właśnie – ale... może być całkiem inaczej. Samuraj ponoć jest ostatni. Są tylko dwa państwa w świecie, gdzie wszystko jest pierwsze i ostatnie – Rosja i USA.

Stosunki Rosji z Japonią są chłodne, bynajmniej nie z powodu wojny z 1905 roku, o której nikt już dzisiaj nie pamięta.

Ale o Wyspach Kurylskich Rosjanie i Japończycy pamiętają doskonale. W jakiejś kronice filmowej widziałam dość szczególny acz charakterystyczny obrazek – rosyjską kobiecinę z kawałkiem tektury uniesionym nad głową. Na tekturze chwiejnym pismem wysmarowane było: „Nie oddamy Wysp Kurylskich!”. Kobiecina stała w zgrzebnym płaszczyku, butach pamiętających pewnie Jozefa Wissarionowicza, być może brakowało jej na chleb – ale ojczyzna wzywa. I nieważne, że mężowi alkohol duszę zdusił i biesem rozum obsiadł, syna właśnie wysyłają do Czeczenii, a sąsiad wczoraj się powiesił. To wszystko jest do przeżycia – ale bez Wysp Kurylskich nie da się żyć!

Z tych oczywistych powodów akcja filmu nie może toczyć się w Rosji. Zresztą, widział kto faceta w kimonie w Rosji? Chyba że Pielewina, ale ten siedzi samotnie pod Moskwą, więc nikt go nie widzi. No tak, jeszcze Akunin, on jednak woli być detektywem niż samurajem.

A więc gdzie może rozgrywać się akcja filmu? Oczywiście w Stanach Zjednoczonych, i aby poprawności politycznej stało się zadość, samuraj będzie Afroamerykaninem mówiącym najczystszą amerykańską angielszczyzną. Nie, nie, będzie białym hollywoodzkim gwiazdorem, bo tylko ten może zapewnić filmowi dobry budżet. Tylko skąd to może wiedzieć półgłówek? Nie wie i wyśle sms-a z odpowiedzią: TAK. Telefonu rzecz jasna nie wygra. Śląc sms-a z odpowiedzią: NIE, bo może wie, kto to jest samuraj, ale nie bardzo wie, gdzie jest Japonia, też telefonu nie wygra. Wygra pani Hania spod Białegostoku, bo chciała wysłać odpowiedź: TAK, ale pomyliła klawisze i wysłała odpowiedź: NIE. I brawo, i gratulujemy pani Hani!

Dobranoc.

Zaraz po przebudzeniu spojrzałam na półkę z książkami. Poczułam dumę. Jeszcze nic nigdy nie stało w moim domu w tak alfabetycznym porządku. Czułam się dumna i zorganizowana, piękna, spokojna, łącząca się w pełnej harmonii ze światem; byłam jingiem i jangiem, pierwiastkiem męskim i żeńskim w androgynicznej całości, oczyszczoną hermafrodytą, a nade wszystko hermafrodytą obolałą. Starczyło wczoraj parę książek przenieść z dolnej na górną półkę i już mam zakwasy. Trzeba będzie zacząć ćwiczyć. Słyszałam o pięciu rytuałach tybetańskich, po których człowiek młodnieje; odrastają mu włosy, nogi i ręce.

Kiedy otwierałam drzwi, by wyjść do pracy okutana w czapkę, szalik i rękawiczki, bo w okno już zastukał początek zimy, ogarnęły mnie wątpliwości. Wróciłam na chwilę pod półkę z książkami.

A gdyby tak zmienić porządek, przełamać podstawową zasadę, że jeśli mamy „B”, to po nim będzie „C”, no i zawsze musimy zaczynać od „A”? Dlaczego nie tematycznie – osobno powieść, eseistykę, filozofię, poezję. Nie, to też banalne. Tym bardziej że gatunki bywają zmieszane i wówczas pojawia się dylemat pięknej i mądrej żaby.

Może by tak zacząć od tych najulubieńszych, a te znienawidzone ciepnąć do kosza? Albo podobnie, lecz według zasady mądre-głupie lub ciekawe-nudne? A może bardziej oryginalnie, na przykład: w której najczęściej jest używane słowo „miłość” albo „prawda”, „piękno” albo „mistycznie”, „jutro” albo „za górami, za lasami”, „dzień dobry” albo „spierdalaj”. Mnogość na tyle mnie poraziła, że poranne uczucie harmonii i oczyszczenia uległo całkowitej erozji.

Skorodowana wyszłam do pracy.

Rozdział II

Franek

Każdy gdzieś pracuje, a przynajmniej powinien.

Ja pracuję w starszej redakcji. Co prawda, bywają dużo starsze, lecz nie u nas, bo my – państwo bez państwa w nie swoim państwie, z tak pogmatwaną historią, na której jeszcze nikt do końca się nie wyznał, dobrze, że w ogóle mamy stare redakcje. Moja ode mnie starsza o dwadzieścia lat. Gdybym nazwała ją staruszką, samą siebie musiałabym uznać za dobrze zaawansowaną w wieku, czego jednak wolałabym nie robić ze względu na moje rówieśnice, które wciąż uważają się za młode. Uznajmy więc, że pracuję w starszej redakcji.

Moja redakcja przypomina dobrze zakonserwowaną sześćdziesięcioletnią kobietę po paru liftingach, co to jej w pewnych miejscach już zabrakło, a w innych wciąż zbywa – z blizną z czasów Bieruta, zmarszczką zza późnego Gomułki i śladami po odsysaniu tłuszczu pierwszej kadencji Kwaśniewskiego.

Weźmy taką toaletę – dla mnie miejsce strategiczne. Zawsze odwiedzam je w pierwszej kolejności, niekoniecznie ze względu na potrzeby naturalne. Być może to taki psi odruch – wywąchać od ogona. Czy któryś specjalista od antropologii, zwłaszcza tej filozoficznej, próbował wgryźć się w istotę kultury przez pryzmat toalety? Tam, gdzie najgorszy reżim jest w stanie ukryć makabrę za pięknym kłamstwem, nie skryje jej na poziomie deski klozetowej, bo intymność zawsze daje odpór cenzurze. Konsekwentne robienie z ludzi podludzi sprowadza ich do poziomu zbydlęcego, gdzie fizjologia staje się równie zdziczała co ideologia.

Vis major, szanowna dyktaturo.

Z szaletowych historii, które też kolekcjonuję, i to kolekcja świadoma – bardziej ulubioną jest ta Wiktora Jerofiejewa o dworcowym wychodku w Wysznim Wołoczku – małej, nieistniejącej, jak większość małych miejscowości w Rosji, na mapie. Pomiędzy męską a damską częścią toalety zainstalowano deskę na poziomie głowy. Reszta, załatwiająca się w rozkroku do dziury w podłodze, była widoczna. Odgłosy, wonie, przypadkowe rozmowy – wszystko to mieszało się ze sobą w rosyjskim przekonaniu, że tak jest, bo tak być musi. Do tego sama nazwa, czyż nie cudowna? Wysznij Wołoczek – jak to pięknie można wyśpiewać. Sikać w Wysznim Wooołoczkuuuu – prawie mistyczne doznanie. A u nas co? Dosadne w swej oczywistości Gnojniki.

Redakcyjna toaleta na pierwszy rzut oka przypomina przegródki dla przedszkolaków, tyle że w przedszkolu chłopcy i dziewczynki chadzają osobno. Nasza jest koedukacyjna. Kiedy weszłam tam po raz pierwszy, zastanowił mnie jej projektant – perwers czy zwyczajny idiota, bo o mistycyzm nie posądzam go absolutnie. Kabiny zrobił dwie, przedzielone deską zaczynającą się trochę powyżej kostek, a kończącą tuż nad głową; nasz najwyższy kolega redakcyjny zapewne wystaje, przynajmniej sponad drzwi. Jak powiedziałam – kabiny dwie, co daje możliwość, raczej wątpliwą, siusiania w duecie. Nagłośnienie jest na tyle dobre, że słychać najmniejszy szmer, każde rozpięcie guzika, zamka i obsuwanie materii majtek po pupie, przez co czynność fizjologiczna staje się stresująca. Raz trafił mi się do pary naczelny, co było stresujące podwójnie, bo to osoba duchowna. Na dodatek wyszedł wcześniej, nie zwracając uwagi na to, że w drugiej kabinie ktoś się kuli jak zaszczute zwierzę, i zgasił światło, pozostawiając mnie w egipskich ciemnościach. Nawet nie wiedziałam, gdzie mam rękę, a gdzie nogę.

W Wysznim Wołoczku nie miałabym oporów, które w katolickim Krakowie dotkliwie dają o sobie znać. Dlatego opracowałam sobie plan awaryjny w razie potrzeb poważniejszych, za którymi nie wejdę tu na pewno! W mojej kolekcji jest i inna szaletowa przygoda, dobrze w kontekście pasująca do problemu – przygoda Łukasza tym razem, opisana przez Julio Cortazara. Po jednej stronie drzwi z dziurą w roli wywietrznika siedziało całe towarzystwo, po drugiej Łukasz walczył z tym, co z niego wylatywało. Czego używał jako wytłumiacza, już nie wymienię... W każdym razie kolega podsunął mi pomysł: udać się do sąsiedztwa, gdzie kabiny zabudowane dużo lepiej. Naszym sąsiadem jest kuria.

Już Rzymianie mawiali: naturalia non sunt turpia. A w Wołoczku się nie mawia, w Wołoczku się sprawia.

W przejściowym pokoju mamy kącik dla palaczy. Moja redakcja przez wszystkie sześćdziesiąt lat była niewygodna wszelkim strukturom państwowym, zapewne ze służbami pożarniczymi i BHP na czele, bo pali się pośród stert starych numerów pisma. Nic do tej pory nie spłonęło, co dowodem na to, że niewygodny nie oznacza głupi.

Otóż pod piecem, w tym właśnie kąciku dla palaczy, stoją dwa fotele pamiętające czasy wielkiego arystokraty na kardynalskim tronie. Ich siedzenia są tak dokładnie wysiedziane przez wszystkie najznamienitsze polskie pupy, że siadając, człowiek wpada w koleiny i trudno mu potem wstać. Ale bardzo lubię na nich siedzieć i nie wyobrażam sobie dnia w redakcji bez siedzenia chociażby przez chwilę. To taki rytuał zaczarowywania dnia – by przynajmniej nie był gorszy od wczorajszego. W związku z tymi fotelami i siedząc w tych fotelach, odbyłam kiedyś rozmowę z kolegą pisarzem na temat genu szczęścia.

Raz w życiu kolega pisarz wypełnił kupon toto-lotka, a była akurat kumulacja. Kupon nadał i położył w domu gdzieś na stole. Jego żona – trzeźwa deterministka, widząc coś tak nierealnego we własnym domu, jeszcze przed losowaniem wyrzuciła kupon do śmieci. A pisarz do chwili konfrontacji ze mną żył wielką nadzieją na to, że mógł wygrać i wielkie szczęście przeszło mu tuż obok nosa. Odczytał całą sytuację w kategoriach eschatologicznych, uważając, że w ten sposób zabawiają się nami bogowie, jak w greckiej tragedii. Obaliłam jego teorię z sadystyczną przyjemnością.

Otóż, wierzę w gen szczęścia. Rodzimy się z nim lub nie. Osobiście znam tylko jedną osobę z tym genem. Ma na imię Danka. Nie grzeszy ani rozumem, ani urodą, natomiast wyróżnia się osobliwie dobrym samopoczuciem – i ma rację. Gdyż Danka, kiedy bierze, to ma. W gry liczbowe wygrała już paręnaście razy. W tym trzy samochody, trzy wycieczki do ciepłych krajów, jedno mieszkanie, nie wspomniawszy o nagrodach pocieszenia. Ba, to jeszcze nie wszystko. Kiedy chciała wyremontować dom, wzięła się za przekopywanie ogródka pod jarzyny i znalazła słoik złotych świnek. Danka szczęścia nie szuka, Danka nie gra notorycznie. U niej wygląda to tak: przychodzi jeden moment, impuls, jakby Pan Bóg wziął i rozsunął chmury, wyciągnął rękę i stukając ją palcem w plecy, mówił: „Danka, ta chwila należy do ciebie”. Wówczas ona idzie va bank i wygrywa. Gen szczęścia, po prostu.

Ale znam też przykład genu uszkodzonego. Pewien znajomy, mieszkający gdzieś na rubieżach Polski, strzelił w toto-lotka szóstkę. Postanowił kupić dom w samym Krakowie i zacząć kształcić syna, by ten jako pierwszy w całej rodzinie został magistrem. Syn został magistrem, ale jednocześnie dostał pomieszania w głowie i wylądował w domu dla psychicznie chorych, a potem się rozpił. Uszkodzony gen, po prostu.

– Masz rację – pisarz pokiwał smutnie głową – nie mam genu szczęścia i pewnie dlatego, ilekroć siadam na tych fotelach pod piecem, ryję w dziurze tyłkiem i nie mogę wstać.

– Mój drogi, ja też ryję i zwróć uwagę, że w ciągu tych sześćdziesięciu lat nikt z redakcji nie wygrał w toto-lotka.

– A to nieścisłość! – powiedział pisarz z dosłyszalną nutą nadziei w głosie. – Jest pewien były znamienity członek redakcji, który swego czasu zagrał w toto-lotka i wygrał pewną sumę pieniędzy, za którą mógł sobie sprawić garnitur.

– No tak – zgodziłam się. – W tym przypadku jednak nie mamy do czynienia z genem szczęścia lecz z genem przeznaczenia. Nasz szanowny były członek redakcji od lat pogrywa sobie dosyć bezczelnie z Panem Bogiem, a Najwyższy mu odpuszcza. Dlaczego...?

– Z tego samego powodu, dla którego nie odpuścił Kreonowi, choć rzecz dokonała się w czasach przedchrześcijańskich – powiedział pisarz. – A jeśli zapytasz, jaki to powód, to odpowiem brutalnie... Czy dziura w tym fotelu nie jest jednym z dowodów na tragizm bytowania?

Tym razem ja pokiwałam smutnie głową, bo tragizm to tragizm, a dziura to dziura, chyba nikt temu nie zaprzeczy.

W okolicy opłatka, kiedy przyszli goście na czele z zaprzyjaźnionymi księżmi, poetami i profesorami, fotele nagle znikły. Wpadłam w panikę. Takie świństwo tuż przed świętami?! I gdzie tu teraz co dobrego na Nowy Rok wysiedzieć?

Nie wysiedziałam. Nowy Rok spędziłam w domu. Prawdę powiedziawszy, nawet nigdzie chodzić mi się nie chciało. O północy pan Jasiu z parteru wyszedł na podwórko z wnukami puszczać petardy. Pomachał mi serdecznie, nawet zachęcił do zejścia na dół. Odmachałam z rezygnacją, pokazując, że już jestem w piżamie, a wszystko i tak o tyłek rozbić.

Fotele pojawiły się z końcem stycznia. Odmienione na tyle, że długo krążyłam wokół, nie mając odwagi usiąść. Nowa tapicerka miała inny odcień brązu, ładniejszy, z pewnością dostojniejszy, ale ja już do tego poprzedniego, w tonacji jasnej biegunki, byłam przyzwyczajona.

W końcu usiadłam na tym bliżej pieca, bo mnie zawsze jest zimno, i wzięłam głębszy wdech w nadziei, że teraz coś wysiedzę. Niby Nowy Rok minął, ale zaczynał się chiński. Rok psa.

Pożywiom, uwidim.

W drodze powrotnej do domu, kiedy siąpił deszcz ze śniegiem, a nogi grzęzły w szarej brei, o mało nie nadepnęłam na coś czarnego. W pierwszej chwili uznałam, że to bomba – wpływ mediów na naszą świadomość jest jednak ogromny. To był pierwszy odruch. Drugi pobudził bardziej logiczne kojarzenie faktów. Gdzie bomba, tu? Na takim zadupiu? A komu by się chciało i po co? Ani Kraków dla Al-Kaidy nie stanowi atrakcji, tym bardziej ta dzielnica, nie mówiąc już o mojej osobie. Że co? Że pracuję w niewygodnej redakcji? Akurat dla Al-Kaidy ona może być całkiem wygodna. Już prędzej ojciec dyrektor, ale mnie, marnej korektorce? Czyżby dywersja w wersyfikacji? Nie, nawet ojca dyrektora o coś takiego nie mogłabym posądzić.

Chwilę stałam, rozglądałam się, ale prócz mnie na ulicy nie było nikogo. Pamiętam, jak w pewnej amerykańskiej komedii mieszkańcy odległej planety, likwidując obcych, czyli ludzi z planety Ziemia, którzy tam przybyli, by ich planetę podbić, podkładali im miny z napisem: „podnieś mnie”. Każdy Ziemianin podnosił.

Podniosłam.

Schowałam do kieszeni i w domu dopiero obejrzałam czarne pudełeczko, które okazało się wielofunkcyjnym telefonem komórkowym. Moc fotela? No to pierwszy raz w życiu udało mi się coś wysiedzieć. Nie powiem, oko zabłysło, ręka zadrżała.

Wdarłam się w jego intymność bez większych problemów. Miało to w sobie brzydki posmak podglądactwa. Nawet zerknęłam w lustro, spodziewając się zobaczyć karykaturalną gębę wścibskiego obrzydliwca z Molierowskiej menażerii. Parszywiec siedzi każdemu za skórą. Dla zwierzęcia podglądactwo to sposób na przeżycie. U ludzi to już kwestia etyki. Podglądactwo jest kategorią pośrednią, czymś pomiędzy cnotą a grzechem, co trudno ukarać, ale nie sposób pochwalić, bo drobne, małe, takie niby nic, a śmierdzi. Jednym słowem: świństewko.

Właścicielem telefonu był młody mężczyzna o imieniu Jarek, takie przynajmniej dane widniały w osobistym menu. Na zdjęciu leżał w negliżu na plaży gdzieś w ciepłym kraju, w pozie biesiadującego Rzymianina. Jeszcze nieopalony, ale już z miną światowego bywalca. Obok leżały płetwy i maska, a więc trendy całą gębą. Zapewne na kolejnych zdjęciach będzie skakał na bungee, zwisał z helikoptera i pił piwo na czubku Mount Everest.

Poszłam dalej, do spisu telefonów. Trudno nazwać to spisem telefonów, był to raczej spis cudzołożnic. Same kobiece imiona zaczynające się na wszystkie możliwe litery alfabetu i zdrobnione na tę samą melodię, a więc począwszy od Aguni przez Beatkę, Donatkę, Ewunię, Iwonkę, Joasię, Paulinkę i tak dalej, Żanetką skończywszy. Pomiędzy nimi tkwiła dwoma numerami – domowym i komórkowym – mama.

Dziewczynki były jeszcze podzielone na pewne kategorie. Niektóre przy swoim numerze zamieszczoną miały fotografię foki, inne suki rasy Collie, jeszcze inne były pszczółką Mają, dwie lwicami. Te mnie najbardziej zaintrygowały. Tylko dwie, może być ciekawie.

Teraz zajrzałam do sms-ów. „Buziaczki dla Kubusia” – to było najczęściej powtarzane hasło z kategorii foczek. Suki rasy Collie opowiadały o ekstra imprach z piweczkiem. Pszczółki Maje przysyłały rozpaczliwe pytania: „Już o mnie nie pamiętasz!”, „Odezwij się!”, „Niedobry jesteś dla Edytki!”, „Płakałam całą noc...”.

Lwice nie przysłały ani jednego sms-a. To ciekawe.

Były też nagrane dwa filmy. Na jednym tleniona panienka, o rzęsach kapiących tuszem, zapychała sobie usta kremowym tortem, wylizując przy tym palce o długich, jaskrawoczerwonych paznokciach. Zalotnie zerkała w obiektyw, chyba próbując naśladować Marilyn Monroe. Chyba, bo nawet naśladownictwem trudno to nazwać.

Na drugim naga czarnowłosa dziewczyna kąpała się w wannie, nucąc coś podczas nacierania nóg gąbką. Nasz Jareczek po cichu wszedł do łazienki i kręcił nieświadomą do chwili, gdy sobie to uświadomiła i wydała z siebie taki wrzask, jaki może wydać z siebie foka i suka rasy Collie razem wzięte.

Już miałam jasność sytuacji. Zerknęłam na swoją komórkę, w której zepsuła się spacja, że był problem z pisaniem sms-ów, i obudził się we mnie zew Janosika.

Jareczek – bogaty japiszon z równie dużą możliwością posiadania komórek co foczek, a ja? A ja – biedna korektorka, dorabiająca czasem jako dziennikarka, próbująca być pisarką, z miesięczną pensją, z której przytyć absolutnie się nie da...

Zabrać bogatym, oddać biednym!

Nie zdążyłam wyjąć karty Jareczka, choć już miałam taki zamiar, kiedy komórka w moich rękach się rozdzwoniła. To była Paulinka. Patrzyłam chwilę w ekran w całkowitej konsternacji, w końcu, nie wiedzieć czemu, odebrałam. Milcząco.

– Kubusiu! – usłyszałam po drugiej stronie. – Kubusiu, odezwij się...

– Przepraszam... – wydusiłam z siebie.

Zapadła cisza. Ale straszna. Czułam, że straszna. Że Paulinka za chwilę wybuchnie, tylko na razie ze zdziwienia zapowietrzyła się. Chciałam zacząć się tłumaczyć, lecz nie zdążyła

– Proszę natychmiast dać mi do telefonu Jarka! – wrzasnęła histerycznym tonem.

– Kiedy nie mogę. Proszę chwilkę poczekać, to pani wszystko wytłumaczę.

– Proszę niczego nie tłumaczyć. Jarek, Jarek, słyszysz?! Natychmiast podejdź do telefonu!!

– Niech pani tak nie krzyczy, bo mi ucho odpadnie. On nie może podejść i zaraz wszystko wytłumaczę.

– Ty zdziro jedna!!! – histeria Paulinki osiągnęła wysoki diapazon.

– Cipo głupia, daj coś powiedzieć! – mnie już też się udzieliło.

– Ty.... ty.... ty.... – Paulinka kompletnie ze wściekłości się zacięła, piszcząc jak rozdeptywana mysz.

– Pomóc ci? – spytałam. – Wybieraj, jaką chcesz kalumnię? Na „k”, na „p”, na „s”?

– Nie daruję mu tego! – na koniec Paulinka rzuciła kasandrycznym tonem i wyłączyła telefon.

No to dowaliłam. A intencje miałam szczere. Chciałam zapytać, gdzie szukać Jareczka i jak mu oddać komórkę. Nie zdzierżyłam zdziry.

Sprawdziłam w spisie. Paulinka była z kategorii foczek, czego domyśliłam się od samego początku, bo przecież pytała o Kubusia. Może suki rasy Collie są bardziej inteligentne i mniej wrzaskliwe. Poklikałam na chybił trafił i padło na Iwonkę.

– Żabek? – usłyszałam. – Po takim czasie? Teraz to się wal!

Brawo, zuch dziewczyna. Konkret to konkret. Spróbujmy u innej suki. Tym razem Kamilka.

– Tylko streszczaj się, bo pędzę na zajęcia. – Kamilka najwyraźniej prowadziła samochód.

– Dzień dobry, przepraszam bardzo, muszę panią koniecznie o coś zapytać... – wypowiedziałam szybko na wydechu, by uprzedzić jej zaskoczenie bądź wściekłość.

– Trójkącik? – rzuciła. – Nie dzisiaj, skarbie, nie dzisiaj. Powiedz mu, że na razie sami musicie się zadowolić. Cześć!

A to ci suka?! Tym razem mnie całkiem zamurowało. Chwilę stałam oniemiała, ba, nawet zgorszona.

Do pszczółek imieniem Maja nie miałam zamiaru w ogóle uderzać, bo jeszcze któraś popełni samobójstwo. Mama? Nie. Coś mi mówiło, że lepiej starszej pani nie niepokoić. Zostały więc dwie lwice. Mariollka przez dwa „ll” i Karinka. Postawiłam na Mariollkę.

– Witaj kocie – usłyszałam aksamitny, dosyć niski głos – podobało się?

– Bardzo... – wyszeptałam, próbując przybrać męską barwę.

– Nie poznaję cię, kotku? – głos nabrał ostrożnej niepewności.

– Wybacz, mam chore gardło – wyszeptałam ponownie.

– Kocie, to zadzwoń, kiedy będziesz zdrowy. Nie mogę na infekcje narażać innych klientów. Chyba rozumiesz?

Zrozumiałam. Na moment przymknęłam oczy, bo ten głos był bosko niski i aksamitny. Wprowadził siedzącego we mnie mężczyznę w hipnotyczny stan ekstazy. Wygięłam kark, naprężyłam ogon, futerko zaiskrzyło. – Miauuu... – Mam słabość do kobiet o niskiej barwie głosu.

No cóż, najwyraźniej decyzja zapadła poza moją świadomością. Jareczkowi śmierć! Wyjęłam jego kartę, wsadziłam swoją, wbiłam pin. I wtedy zadzwonił Franek.