Historia światła - Jan Nemec - ebook + książka

Historia światła ebook

Jan Nemec

3,8

Opis

„Fotografia ma swój patos, zresztą oddaje go już częściowo sama etymologia – termin fotografia składa się z greckich słów światło i pismo. Można powiedzieć, że jako fotografowie piszemy światłem”.
Jego fotografie i słynne akty, które nazywał „snami o świetle i cieniu”, wyprzedzały czasy, w których powstawały. František Drtikol był jednocześnie dandysem z małego miasteczka, mistrzem aktów, który nie miał szczęścia do kobiet i buddyjskim mistykiem wierzącym w komunizm. Człowiekiem o wielu twarzach, w biografii którego dominowały jednak cienie.

Książka Jana Němca to biograficzny fresk, obejmujący niemal pół wieku życia czeskiego fotografa: od przybramskiej kopalni srebra, przez secesyjne Monachium, aż po kipiącą twórczym fermentem Pragę. Realizmu powieści dodają wplecione wojenne listy i pamiętniki Drtikola oraz krótka autobiografia, napisana przez fotografa do władz w związku z dopuszczeniem do Związku Artystów, z których wyłania się postać równie genialnego, co samotnego artysty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 570

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jan Němec

historia światła

Powieść ofotografie Františku Drtikolu

 

Katarzyna Bańka

 

Fot. Maciej Przepiórka

Z wykształcenia bohemistka i fotografka. Mieszka w Warszawie. Od wielu lat pracuje jako tłumaczka oraz menedżerka kultury. Historia światła to jej pierwsze tłumaczenie literackie. Pasjonuje się ceramiką.

Jan Němec

historia światła

Powieść ofotografie Františku Drtikolu

PrzełożyłaKatarzyna Bańka

 

Wrocław 2017

Tytuł oryginału czeskiego: Dějiny světla

Redakcja: Małgorzata Pasicka-Siekanka

Korekta: Małgorzata Wiśniowska-Deluga, Agnieszka Radtke

Projekt okładki i konwersja: Magdalena Kocińska | O!Studio, o-studio-dtp.com

© Jan Němec, 2013

© Host – vydavatelství, s.r.o., 2013

© for the Polish translation by Katarzyna Bańka, 2016

© for the Polish edition by Książkowe Klimaty

Tłumaczenie niniejszej publikacji zostało dofinansowane przezMinisterstwo Kultury Republiki Czeskiej

 

e-ISBN: 978-83-65595-28-7

moim nauczycielom

 

Miłuję jedną rzecz, a nie wiem, czym jest wcale:Dlatego zaś, że nie wiem, tym chętniej ją wybrałem1.

1Angelus Silesius, Cherubinowy wędrowiec, Opole–Warszawa 2003, s. 23 [oile nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki].

ANGELUS SILESIUS

 

 

Do diabła z pierwszą osobą.

SAMUEL BECKETT

 

 

prolog

Dzień przed tym, kiedy to się stanie, siedzisz przy stole wgórniczej chałupie na obrzeżach Przybramia. Po drugiej stronie izby stoi biały kredens zobtłuczonym fajansem istara malowana szafa. Na ścianie wisi święty obrazek, błogosławieństwo idrewniany krzyżyk zdwóch deszczułek przewiązanych zardzewiałym drutem. Płachty prania rozciągnięte na sznurze nad piecem przypominają raczej szmaty do podłogi, choć podłoga potrzebuje przede wszystkim łatania: spod desek słychać chrobot myszy iinnych tworów kryjących się wszczelinach, zakamarkach ikątach. Na oparciu krzesła wisi przepocony roboczy szachciok, ana nim poplamiona skórzana łata.

Patrzycie zHynkiem na śpiącego, który te rzeczy tam odłożył, iwskupieniu przesyłacie mu polecenie, niech się wkońcu obudzi. Przewraca się na sienniku, zktórego wystają pociemniałe źdźbła, iciężko oddycha.

Hynek cicho gwiżdże, ale jego tato ani drgnie.

Niedokończony model kopalni piętrzy się na półce na wyciągnięcie ręki, jednak kiedy jesteście sami, nie wolno wam go nawet dotknąć. Hynek po chwili nie może już wytrzymać, sięga bodaj po dwie gliniane figurki, po dwóch zlekka rozpadających się odmieńców, którzy poniewierają się zboku. Jednego podsuwa tobie, ostrożnie chwytasz figurkę pomiędzy kciuk ipalec wskazujący inachylasz się wstronę Hynka: Byłeś kiedy wsrebrnym mieście?, szepczesz jej ustami. Pod srebrną bramą?

Prowadzi tam tylko jedna sztolnia, atej pilnuje święty Prokop zdiabłem na łańcuchu. Ale ja znam hasło – szepcze Hynek, trzymając wrękach drugiego mizerotę.

To powiedz.

Cosi tam szeptacie, łobuzy?, odzywa się głos zrogu pokoju.

AHynek aż kraśnieje zradości: Ojcze, już nie śpicie?

Do pieruna jasnego, toć tu się da?, mężczyzna siada na łóżku. Asynek sklepikarza znów unas? – Drapie się żylastymi rękami po kosmatej piersi. – No, każda ręka dobra, ale obiad masz uwas…

Hynek biegnie po konew zwodą, aojciec obryzguje twarz tak gwałtownie, że zalewa nawet niebieloną ścianę za swoimi plecami. Przeciąga się izwysiłkiem podchodzi do stołu, podnosi szachciok zkrzesła irzuca go na łóżko. Siada irozgląda się wokół, jakby te sprzęty widział pierwszy raz albo jakby wcześniej musiał upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Jest, wszystko trwa wmroku iodwzajemnia spojrzenie zaspanego gospodarza: obrazek Bogurodzicy, wyszywanka, garnek ikalendarz, przy jednej stołowej nodze przycupnął śpiący kot, przy drugiej trochę mniej wynędzniała bryła gliny. Po chwili tato Hynka podnosi glinę, stawia ją na porysowanym blacie stołu izwilża wodą.

Wszyscy ludzie zgliny powstali izgliny stworzony był Adam, recytuje. Wykonuje znak krzyża, zapala lampę oliwną idodaje: Trzeba ich jeszcze tak zdziesięciu, dwunastu.

Potem idzie wysikać się na dwór.

Wizbie panuje mrok, choć dopiero wybiło południe, okna są małe, ale ważniejsze od światła jest zachowanie ciepła. Glina łatwo poddaje się palcom, jest mokra, czasami przyciąga odblask płomienia, który ty starasz się jak najszybciej wgnieść do środka. Formowanie figurek idzie ci nieco lepiej niż Hynkowi, bierzesz do ręki kawałek gliny, wdłoniach toczysz zniego wałeczek, zktórym później pracujesz. Tato Hynka czasami cię naprowadza inawet po tym można poznać, że bierze cię za tego zdolniejszego, po Hynku ciągle coś musi poprawiać iwłaściwie nic do niego nie mówi. Pracujesz małym nożykiem osfatygowanej rękojeści, ostrzem oddzielasz ręce od tułowia irozdzielasz nogi, jeden zhawierzy ma stać wszerokim rozkroku, aby porządnie mógł wbić się wskałę, to rębacz; dozorca zzałożonymi rękami stoi zwyczajnie obok, jeszcze kolejny czeka aż mu nałożą wózek, to wozak oumięśnionych nogach.

Jak szkoła?, pyta ojciec Hynka.

Fráňo siedział wkozie.

Nie pytam oniego, ale ociebie.

To było niesprawiedliwe, ciągnie po swojemu Hynek.

Hynek umiał, mówisz istarasz się odwrócić wzrok od zdeformowanego kciuka zodkształconym paznokciem, spod którego ojciec Hynka właśnie wydłubuje brud.

Wkońcu model kopalni wędruje zpółki na stół. Klękasz na krześle, żeby widzieć lepiej, pochylasz się, arant stołu wciska ci się między żebra.

Model ma kilka pięter iwsumie tęgo ponad metr. Wygląda jak jakaś podziurawiona góra albo oberwane osie gniazdo, żeby zobaczyć, że faktycznie wznosi się tu model kopalni, wywróconej niejako do góry nogami, potrzeba odrobiny wyobraźni. Na jarmarkach ipielgrzymkach na Świętą Górę trafiają się dużo bardziej dopracowane okazy, zdrewnianymi, starannie rzeźbionymi figurkami iprzeróżnymi mechanicznymi trybikami, które zręcznie pokazują pracę kopalni, miejscowi mistrzowie nieźle sobie na tym dorabiają. Ale iwmodelu taty Hynka hawierze sterczący na poszczególnych poziomach mają piękne uniformy, awgłównym chodniku widać błyszczące szyny zrobione zdwóch drucików. Na zewnątrz sterczą wciśnięte wglinę kamienie, kawałki krzemienia, błyszcząca mika ioczywiście ruda srebra, sól tej ziemi. Zgóry wiedzie szyb główny awnim kilka deszczułek trochę nieudolnie imituje wyciąg iszolę; wyciąg wygląda raczej jak zwyczajna drabinka. Ale to, co zwróci uwagę każdego, to twarze górników pomalowane żółtą farbą, która tym mężom głębin nadaje poniekąd pozaziemski wyraz, podobny do tego, jaki mają święci na naiwnych obrazach. To nie przypadek, twórcy kopalnianych modeli wszystkiego nauczyli się od twórców bożonarodzeniowych szopek, czasami nawet figurkę górnika albo pielgrzyma przenosi się zmiejsca na miejsce, bo potrzebna jest pomoc wBetlejem albo na szychcie.

Dzień przed tym, kiedy to się stanie, tato Hynka dostawia jeszcze wwolnych miejscach kilku homunkulusów iodchrząkując, coś jeszcze poprawia. Później wyciąga zpieca dwukilowy bochen chleba, awjego miejsce ładuje tę szychtę, którą ulepiliście.

Jakżem spał, szeptaliście osrebrnym mieście, wspomina. No to skoczcie po piwo…

Wtej części Przybramia kulą się nędzne górnicze chałupy, niekiedy wręcz rudery, od jednej do drugiej wiedzie błotnista droga zpasem trawy przez środek, śmierdzi tu zwierzyną ipomyjami. Górnicy, którzy jak tato Hynka robili na dziennej szychcie, wyłażą na przyzby, kopcą, coś dłubią, ich żony karmią obok dzieciaki albo kroją kartofle do kociołka, włosy lepią im się do czoła, wokół węszą psy.

Jest koniec maja, po drodze kopiecie dmuchawce, ich puchate główki rozsypują się na wszystkie strony.

Wgospodzie opieracie brody owysoki kontuar, czujesz gorzki zapach zlewek irozlanej piany. Wbuzi uwalnia ci się ostatni mleczny ząb, od rana bez przerwy wciskasz pod niego czubek języka, jak ryba, która próbuje dostać się pod kamień na dnie rzeki. Po jednej stronie udało ci się odczepić już ząb od dziąsła, czujesz krew izasysasz ją zmieszaną ze śliną. Gościniec wokół huczy, górnicy spłukują kamienny pył zust do żołądków, byleby cały nie dostał się do płuc, później po nocach wzadumie ibólu oddają go zmoczem, stojąc pod potężnym niebem, ale ty czujesz tylko krwawo-słodkawą zawartość swoich ust.

Wdrodze powrotnej podpijacie, ale itato Hynka wam trochę odleje. Później opowiada ogórnikach, którzy podobno dawno temu zaginęli, kiedy ze skał kilkaset metrów pod ziemią buchnęła woda izamieniła chodniki wdzikie bystrzyny. Ajednak cudownie przeżyli, byli bowiem bogobojni igorliwie się modlili, aich wspaniali potomkowie żyją nadal wsrebrnym mieście głęboko pod ziemią. Kiedy czas się wypełni, wyjadą na powierzchnię iuzbrojeni wsrebrne tarcze zostaną władcami świata.

Wszystko tam się tak błyszczy, że wystarczy jedna jedyna lampa olejna, żeby rozświetlić cały plac, mówi tato Hynka. Awszystkie konie mają tam srebrne kopyta, wykute wbiałym ogniu, które podzwaniają wgalopie. Ana jednym takim koniku, nie takim jak te nasze sterane chabety wkopalni, oślepione przez ciemności, na jednym takim koniku jedzie srebrny książę, klik klak klik klak, akiedy przejeżdża, każdy odwraca głowę. Aten książę musi założyć przerdzewiałą zbroję iwniej wywalczyć złotą koronę…

Znasz tę historię na pamięć, ale zprzyjemnością słuchasz jeszcze raz. Uwas wdomu tych górniczych legend nikt nie traktuje poważnie, nawet sprośnych dowcipów okarłach nikt nie opowiada.

Ale skąd miałby wziąć złotą koronę?, jak zawsze pyta Hynek.

Musi przez tajną sztolnię dojść do złotego miasta, które leży jeszcze głębiej, iotrzymać ją od jego mieszkańców.

Wduchu wyliczasz: Przybram, Březové Hory, Benešov, Praga, Wiedeń, srebrne miasto, złote miasto, Paryż, Petersburg…

Dzień przed tym, kiedy to się stanie, wyjmujecie figurki zpieca. Jesteś rozczarowany. Są popękane, okopcone, aniektóre mają zniekształcone twarze, wyglądają jak szychta po jakiejś podziemnej katastrofie, straceńcy wydobyci zgłębin. Studzicie je wwodzie, ale nie zda się to na wiele, wybieracie trzy najlepsze, resztę tato Hynka chce wyrzucić do ognia. Trochę ci ich szkoda, jednego kocmołucha zpopękaną nogą udaje ci się ocalić, ale dalszych sześciu kończy wpłomieniach, są jeszcze wilgotni, aż zasyczy.

Swojego okopconego Adama pieczołowicie owijasz starą gazetą iruszasz do domu. Po ulicy już chodzi latarnik, wleczesz się za nim zjednego krańca ulicy na drugi, lampy przed tobą zapalają się jak boje świetlne.

 

Na piątej godzinie lekcyjnej drzwi do klasy otwiera dyrektor. Kiwa głową na nauczyciela iodchrząkuje, ten podbiega do niego, zpowagą słucha, apotem odsyła was do domów, nawet nie musicie kończyć pracy pisemnej. Dziewczęta zmiejskiej szkoły dla panien grają na placu wklasy, kupcy pakują stoiska iodjeżdżają wozami. Cieszysz się, że wcześniej niż zazwyczaj wracasz do domu, mógłbyś jeszcze coś sobie kupić, tylko że za te trzy krajcary, które masz wkieszeni, dużo nie dostaniesz, no istarasz się zaoszczędzić. Opierasz się wszystkim pokusom iwleczesz się Pražską do domu. Ale zamiast wejść od razu na górę, zatrzymujesz się jeszcze wwielobranżowym sklepie taty. Są tu wielkie przeszklone witryny, których ojciec zradością dogląda, przed drzwiami piętrzą się wiklinowe koszyki, ainne towary wiszą na hakach.

Ojciec czyta właśnie „Horymíra”, właściwie mogłoby się wydawać, że czyta, wrzeczywistości od kilku godzin liczy, jak to możliwe, że sklep stale wykazuje niższy zysk, choć zwiększa się jego obrót. Na stronach przybramskiego tygodnika rozrywkowo-edukacyjnego notuje drobnym pismem izapisuje sumy częściowe.

Posyła ci to swoje iskrzące spojrzenie, schyla się pod ladę ipyta: Zktórej ręki?

Wybierasz jedną, on nie chcąc cię niepotrzebnie dręczyć, dyskretnie podmienia, aprzed tobą zjawia się nowiusieńki koh-i-noor.

Ołówek jest długi ibiały, ana jednym końcu ma gumkę. Takiego zgumką nigdy jeszcze nie widziałeś, chociaż wołówkach ostatnio całkiem nieźle się orientujesz. Na białym lakierze zgrabnymi czarnymi literami napisano to zagadkowe słowo: koh-i-noor. Biegniesz na sklepowe zaplecze, tam zrzucasz szkolną torbę izmałego płóciennego woreczka wyciągasz metalową temperówkę. Po chwili zacznie się zniej rozwijać długa drewniana koronka, jak zawsze chcesz zaostrzyć ołówek za jednym razem, podobnie jak mama, kiedy obiera kartofle, ale rzadko się to udaje, teraz też strużyna zbiałą oblamówką odrywa się wpołowie iopada na ziemię.

Podsuwasz stół do małego zakurzonego okna, chcąc rysować wlepszym świetle. Zupodobaniem obracasz ołówek wpalcach ipatrzysz na jego czubek, ale on się nie kręci, żłobisz językiem wokół obluzowanego zęba iprzez chwilę myślisz, jak to możliwe, że grot ołówka się nie kręci, zastanawiasz się, czy nie zapytać oto ojca, który zna odpowiedzi na podobne pytania, inawet cieszy się, kiedy go pytasz. Ale zanim się zdecydujesz, natrafiasz na inny, dużo ciekawszy problem: czy wgraficie ołówka jest już wszystko to, co można nim narysować? Czy wystarczy to tylko we właściwym momencie przenieść na papier?

Jesteś pochłonięty swoimi myślami, dlatego sens zdania, które dobiegnie do ciebie ze sklepu, zrozumiesz zopóźnieniem: WMaryjnym szybie się pali.

Pali się? Jak to?

Potrzebujemy szybko watę, bandaże, jodoform, ocet, ijeśli pan ma, to jakieś gąbki do mycia.

Chwila, mówi ojciec, niech pan poczeka. To niemożliwe, od kiedy to skały płoną?

Obudowa, szanowny panie. Wszystko jest tam przecież zdrewna. Cembrowanie szybu, drabinki, wyciąg, składowany materiał. Niby po co wkopalniach zatrudnia się cieślów? Szczerze mówiąc, pali im się jak jasny pieron… Wie pan gdzie.

Pod dupą, kończysz wduchu dla dziecięcej uciechy zwulgarnego słowa; podobają ci się wulgarne słowa, są zakazane, czasami skrycie je wypowiadasz jedno za drugim iczekasz, aż coś się stanie. Ale na to teraz nie ma czasu. Podchodzisz kilka kroków wstronę drzwi, żeby sprawdzić, kto to właściwie przypętał się do sklepu. Przez szparę widzisz mężczyznę wmundurze straży ochotniczej, ocierającego sobie pot zczoła. Ojciec już chodzi po sklepie, układa towar na kontuarze iwmiędzyczasie dalej pyta: Poważnie to wygląda?

Jest tam cała popołudniowa szychta, mówi zasapany strażak, rozpinając guzik koszuli. Więcej niż ośmiuset hawierzy.

Ośmiuset?!

Strażak jedną ręką nerwowo owija wokół palca włosy wyzierające zrozchełstanej koszuli, drugą opiera się oladę.

Niektórzy są na kilometr głęboko, anad głowami mają porządną pożogę…

Bandaże się skończyły, mówi ojciec zpoczuciem winy wgłosie. Nie mają jak wyjechać?

Jest tam niezły zamęt, hajcuje się na kilku poziomach. Do tego wMaryjnym przepaliła się lina imaszyneria wyciągu.

Ojciec kładzie na kontuarze pudełko wielkich gąbek do mycia iwzdycha: Na Boga.

Jeszcze ten ocet. Do kopalni nie da się wejść bez gąbki zoctem wgębie.

Śledzisz tę rozmowę przez niedomknięte drzwi izalewają cię emocje. Widzisz wieżę szybu, zktórej wydobywa się dym. Ten narysować łatwo, jest jak ruchy ręki pędzącej po papierze, aty masz nieopanowaną chęć zamalować blok wielkimi obłokami dymu, zamazać go nieprzytomnie wcałości, ana koniec rozmazać jeszcze miękki grafit palcem. Pali się! Pali się! Pali się!

Pomogę to panu zanieść, mówi ojciec, kiedy tylko wielki kosz jest już zapełniony.

Proszę nie robić sobie kłopotu, lepiej żeby miał pan otwarte, dziś szybko spać nie pójdziemy. Potem strażak jeszcze odwraca się wprogu: Ale gdyby zbywało panu kilka flaszek rumu dla ratowników, proszę je do nas posłać.

Wtym momencie stoisz już przy ojcu. Naprawdę pali się jak jasny pieron…

Strażak tylko kiwa głową, zaklnie dopiero na ulicy.

Mogę im to tam zanieść, ojcze?

Ty?

No przecież, te flaszki rumu.

Wyślemy raczej Mánię, nie?

Ale okazuje się, że wdomu nie ma nikogo, pięć minut później znowu biegniesz ulicą Pražską. Potykasz się obruk na rynku głównym, gdzie dziewczęta nadal skaczą piekło niebo raj, ijak przeciążona łódź cały przechylasz się na jedną stronę, tych sześć butelek rumu zawiniętych w„Horomíra”, żeby przypadkiem się nie rozbiły, waży jak na ciebie za dużo. Wtym pośpiechu ojciec zapomniał dać ci dwie torby, żeby waga się rozłożyła.

Przechodzisz przez Karlovo náměstí, Prokopską idalej już drogą wśród pól biegniesz prosto na sąsiednie Březové Hory. Wydaje się, że wieść opożarze rozniosła się równie szybko jak sam ogień. Drogą przewalają się tłumy. Górnicy zporannej szychty wracają sprawdzić, co dzieje się zich kamratami, idą znimi rozczochrane żony, umazane sadzą zczarnych kuchni, iciągną dzieci, które nie nadążają za ich krokiem. Kiedy wpołowie drogi przystajesz, żeby odciążyć zbolałe ramię iprzerzucić torbę do drugiej ręki, tłum ludzi zalewa cię jak woda kamień wkorycie rzeki. Wszyscy bardziej niż pod nogi patrzą na horyzont, gdzie ku niebu wyrasta znak: obok leniwego dymu, jaki codziennie wznosi się zkomina huty, zprzebitego dachu na wieży wydobywczej wzbija się teraz drugi słup, dużo gęstszy iciemniejszy. Wypluwa chmury ciemnego pyłu, które rozlewają się po błękitnym niebie jak szara patyna.

Właśnie tak byś to narysował, ale do tego nie masz już głowy. Przyłączasz się do dwóch szkolnych kolegów, mają wolne ręce, dlatego każdy znich dostaje po butelce. Jeden znich to synek górnika, cały czas gada, że wkopalniach niebezpieczna jest tylko woda, która może wytrysnąć ze skały izalać cały chodnik, ojciec podobno miał stryja, którego zmiotła jak pył. Awoda ugasi ogień, powtarza wkoło, wystarczy nabrać kilka wózków, prawda? Wtedy nagle przychodzi mu na myśl wyjątek ipyta: Awy wogóle umiecie pływać? Trzeba trzymać nos wysoko nad wodą, bo inaczej się do niego naleje…

Kiedy zbliżacie się wrejon kopalni, koryto drogi nie mieści już tłumu, ludzie tyralierą tłoczą się na polu idepczą dojrzewające zboże.

Fala niesie was aż na zakurzony dziedziniec szybu Anna. Wszyscy biegają wkoło, wzburzeni iprzestraszeni tym, że nie wiedzą dokładnie, co się tam na dole dzieje; ciemne chmury ipowietrze przesycone spalenizną nie wróżą nic dobrego. Przedstawiciele zarządu kopalni, strażacy, lekarze isanitariusze wydają niejasne polecenia. Różne szyby wypluwają górników, którzy zeszli zupełnie gdzie indziej, jakby narządy trawienne największych kopalni srebra wcałej monarchii oszalały. Wnętrzności ziemi spazmatycznie drgają, azgłębin niesie się dzwonienie oratunek. Zaczyna być jasne, że kopalnie zamieniły się wwielki piec, agłówny szyb wogromny komin.

Tu pod ziemią ciągnie się więcej niż czterysta kilometrów połączonych ze sobą podziemnych chodników, sztolni iprzekopów, które tworzą całe podziemne miasto, piekielny labirynt, wktórym idiabeł gubi drogę, olbrzymia wieża Babel we wnętrzu ziemi.

Po dziedzińcu krążą na koniach żandarmi, ale gęsty dym iprzestraszony tłum płoszy konie. Jakiś pijaczyna plącze się między ludźmi igra na harmonii, jak gdyby to wszystko przypominało dobry kabaret; wkońcu ktoś zrywa mu ją zpiersi.

Tylko wszybie Anna płomienie się jeszcze nie rozprzestrzeniły. Wyciąg iszole pracują bez ustanku, wypluwając podtrutych górników jak dokładnie wyssane pestki wiśni. Na oczach tłumu gapiów wiją się wskurczach itorsjach, duszą się – mają sadzę wustach, opuchnięte śluzówki iokropnie bulgocze im wpłucach. Mimo że uniknęli otwartego ognia, na powierzchnię wywlekli zatrute ciała, ból rozsadza im czaszki, kręci im się wgłowach, podczas gdy krew pełna dwutlenku węgla daremnie próbuje wiązać tlen. Niektórzy głośno zawodzą, inni wytrzeszczają oczy wniemym szoku, kolejni już dawno stracili przytomność. Kobiety załamują ręce, modlą się, słowa wich ustach syczą iszeleszczą, jakby pełzały po rozgrzanych kamieniach. Lekarze zkopalni polecili przynieść zpobliskich domków łóżka, na których teraz pod gołym niebem układają poparzonych iotumanionych, na głowy ipiersi kładą im wpośpiechu mokre okłady, ado gardeł leją koniak dla wzmocnienia. Tych, którzy wrozpalonych wnętrznościach ziemi stracili przytomność, ratuje sztuczne oddychanie ieter. Czerwone śluzówki ipłytki oddech wskazują we wszystkich przypadkach na jedno: ostre zatrucie dwutlenkiem węgla.

Właśnie tak!, synek górnika klaszcze, kiedy dociera do was wieść ogaszeniu. Kot wysunie swe pazury iwyciągnie myszkę zdziury, odwraca się do ciebie, domagając się jeszcze łyka rumu. Trzy wózki wody ibędzie po ogniu, przecież mówię.

Tyle tylko, że dymu ipyłu raczej przybywa. Spalanie odbywa się wsposób niedoskonały, drewno nie płonie od razu na popiół, aogień wciemnych rozpadlinach parzy się dziko zwodą ipłodzi obłoki trującej pary, później ktoś to policzy, zjednego litra wody tysiąc litrów pary. Dym utrudnia prace ratunkowe, podejmowane są próby zpłonącym łuczywem, ale płomienie nie gasną tylko do ósmego poziomu, niżej trujące gazy ibrak tlenu duszą światło.

Agdzie dym zdusi płomień światła, zadusi również człowieka.

Zgłębin stale niesie się dzwonienie, ludzie na powierzchni zgodnie liczą, zktórego poziomu. Liczysz razem znimi, niekiedy nawet do trzydziestu. Ale często myli się ktoś zliczących; albo podtruty nieszczęśnik, który tam, na dole, dzwoni ostatkiem sił oratunek iktóremu liczby tańczą przed oczami podobnie jak mroczki; albo nawet wyczerpana obsługa wyciągu, na której wcałym tym chaosie spoczywa największa odpowiedzialność.

Też jeszcze wypijasz trochę rumu, ale później butelkę oddajesz pierwszemu napotkanemu sanitariuszowi: Pan ojciec František Drtikol, właściciel sklepu wielobranżowego na Václavskim námĕstí wPrzybramiu, posyła ratownikom ten rum, wygłaszasz.

Grazie, ragazzo, alkohol ma zbawienne działanie, odpowiada ratownik iprzechyla butelkę. Ichyba żeby tego zbawiennego działania dowieść, jak oparzony rzuca się wstronę kolejnego ocalonego górnika.

Przyjechał skulony wkopalnianym wózku, ponieważ nogi załamywały się pod nim jak dwie trzcinki. Wgłowie ma porządny kołowrót, dziedziniec huśta się zjednej strony na drugą, kiedy przychodzi kolejny zzawrotów. Widzisz, że ma poparzoną twarz, jedno oko czerwone, adrugie zalepione, usta iuszy mu posiniały. Ramiona spazmatycznie przyciska do ciała, sanitariusz nie może nawet wcisnąć palca pomiędzy rękę itułów, żeby wymacać nadgarstek.

Słabe inieregularne tętno, stwierdza, musimy mu szybko coś podać.

Odczytujesz to jako polecenie iprzyskakujesz bliżej. Górnik przyciska ręce do piersi ispazmatycznie zaciska szczęki. Roboczy szachciok ma rozdarty na całej długości ramienia, aprzez dziurę prześwituje rana, zktórej sączy się karminowa krew. Skórzaną łatę ktoś zagadkowo zawiązał mu wokół szyi iwsunął pod kombinezon jak śliniak. Sanitariusz ostrożnie uwalnia łatę zdekoltu, zaschnięta krew zespoiła ją zwłosami na piersi, to musi boleć, ale mężczyzna nie reaguje.

Trzeba mu rozewrzeć szczękę, oznajmia sanitariusz. Wcisnę mu między zęby szpatułkę, aty mu do gardła nalejesz porcję rumu, rozumiesz? Postaraj się celować jak najgłębiej. Rozwiera mu szczęki, azotwartych ust, wktórych brakuje większości zębów, bucha smród zgnilizny; biedak ma nawet czarny język, jakby mu zgnił wgębie. Na początku oblewasz go rumem po brodzie iszyi, ale później kierujesz strumień prosto wciemny otwór po środku tej niemalże ludzkiej twarzy.

Mężczyznę chwyta potężny skurcz iwymiotuje ci pod nogi.

Przenoszą go na porozstawiane łóżka, aty zdystansu obserwujesz, jak mu dalej udzielają pomocy. Znów mierzą tętno, przecierają gąbką twarz, lekarz pochyla się nad raną istara się zatrzymać krwotok. Nagle mężczyzna podrywa się, opada iznów podnosi, lekarz przyciska go do pryczy ipoklepuje, jakby uspokajał konia.

Obok leży już opatrzony mężczyzna, cała głowa pozawijana, wygląda jak mumia. Nie możesz oderwać od niego wzroku. Nie jesteś zbyt ostrożny. Kiedy wasze oczy się spotykają, mężczyzna kiwa na ciebie. Przysuwasz się do niego, coś mamrocze, potem chwyta cię za rękę iniezbyt delikatnie przyciąga bliżej. Masz znaleźć jego żonę. Poznasz ją…, szepcze, oddychając ztrudem…, jest wciąży… brzuch… jak bęben. Zmusza się do krzywego uśmiechu. Zázvůrková, mówi ostatkiem sił.

Wogóle nie wiesz, jak wtym wszechobecnym zamieszaniu kogoś znaleźć, nawet nie próbujesz. Stoisz jak zaczarowany wsamym środku tej maskarady, niczego takiego jeszcze nie widziałeś. Widziałeś może, jak rodzi się koza albo jak zabija się kury, jak kot upolował ptaka irozszarpał go na strzępy, albo obrzydliwie zniekształcony kciuk taty Hynka. Zzadziwieniem rozglądasz się wokół. Później będziesz to musiał porządnie przemyśleć, najwięcej itak przychodzi ci do głowy dopiero wieczorem włóżku, kiedy umysł unosi się nad tobą zawieszony na cienkim sznureczku jak latawiec na wietrze; możesz mu wtedy wysyłać liściki zpytaniami, na które odpowiedzieć nie potrafi nawet tato.

Wtym momencie ją dostrzegasz. Wygląda na trochę starszą, nie tak wyobrażałeś sobie żonę tego mężczyzny, ale może lat dodaje jej ten twardy grymas iprzygarbiona postawa. Pcha jednak przed sobą wielki brzuch, wygląda jakby rodzić miała lada dzień: dziecko nosi pod sercem jak ciężar, który ją ciągnie do ziemi. Nie ma wcale piersi iwogóle cała wydaje się jakaś wyschnięta, jakby całą swoją wilgoć przelała do płodu, asama stała się tylko schnącym opakowaniem, błoną, plastrem miodu. Jej twarz jest jak wysuszona śliwka, aoczy ma głęboko zapadnięte.

Mija chwila, zanim uda ci się zwrócić na siebie jej uwagę. Widocznie szuka swojego męża, rozgląda się na wszystkie strony. Szanowna pani Zázvůrková…? Mógłbyś ją pociągnąć za czarną bluzkę, ale nie masz ochoty jej dotykać.

Zázvůrková, powiadasz? Wkońcu cię zauważa. Szuka mnie ktoś, chłopcze?

Pan małżonek.

Ach, mój mąż…, kładzie ręce na brzuchu ina chwilę przymyka oczy.

Wskazujesz palcem wstronę szpitala polowego.

Masz rację, pójdę tam szybko sprawdzić. Jeszcze bardziej się kuli, wygląda, jakby składała się zdwóch łuków, zprzodu wielki brzuch, ztyłu wielki garb. Zoddali widzisz, jak podchodzi do łóżka mężczyzny, który wtym czasie usnął zwyczerpania, chwyta jego dłoń. Całuje go wczoło, drugą jego rękę przykładając do brzucha, icoś do niego szepcze.

Zázvůrku, to ja, twoja żona…

Przez całe późne popołudnie zurny wziemi pełnej losów wyciągani są kolejni martwi. Ludzie wokół nich cisną się jak metalowe opiłki wokół namagnesowanego pręta. Nic nie jest tak pociągające jak śmierć, istne misterium tremendum et fascinans, aty tego widowiska nie zamierzasz przegapić. Pchasz się pomiędzy dorosłych stojących zprzodu, też chcesz wkońcu zobaczyć kogoś martwego, tu nie wystarcza bujna dziecięca fantazja.

Wkońcu nadarza się okazja: pierwszy martwy to popychacz Václav Sládký zniedalekiej wsi Kamenná. Wynieśli go zósmego poziomu, zósmego kręgu piekielnego szybu Wojciech, ma dwadzieścia dziewięć lat; rozpoznaje go żona, która byłaby się rzuciła wprzepaść Wojciecha, gdyby szybcy sanitariusze jej wtym nie przeszkodzili. Drugim martwym jest trzydziestosiedmioletni rębacz Václav Krotký, zupełnie jakby tym niezwykłym współbrzmieniem nazwisk – Sládký iKrotký1 – ktoś chciał podkreślić, że to niewinni są wkolejności pierwsi. Jako trzeci martwy wyciągnięty zostaje sztygar Antonín Pešek, który nie chciał zamienić porannej zmiany na popołudniową, mimo że poprzedniego dnia obchodził pięćdziesiąte urodziny; śmierć znalazła go na dwudziestym siódmym poziomie szybu Anna, około ośmiuset trzydziestu metrów pod ziemią itrzysta metrów pod poziomem morza. Antonín Pešek zginął, ratując czwartego ipiątego martwego, rębaczy Jana Rennera iJakuba Kalíka. Trzydziestoośmioletni ojciec rodziny Augustin Míka jest szóstym martwym; mieszkał tu, na Březových Horách, wokół jego bezwładnego ciała gromadzi się dwukrotnie większy tłum zrozpaczonych, którzy początkowo nie chcą oddać ciała do kostnicy, zaaranżowanej wpośpiechu wlampiarni szybu Wojciech. Siódmy jest popychacz Jan Vojtěch, jedyna ofiara ze wsi Malá Pečice. Ostatni martwy owego pierwszego dnia to młody bezdzietny zapychacz František Havelka; tożsamość syna zdużymi trudnościami potwierdzi zapłakany ojciec.

1Sladký (czes.) – słodki; krotký (czes.) – łagodny.

 

Rano budzisz się strasznie późno. Boisz się, że zaspałeś do szkoły. Ale tu winę poniosłaby twoja siostra Ema, która na liście obowiązków ma szarpanie tobą jak zamkniętymi drzwiami, dopóki nie usiądziesz na łóżku inie powiesz: Aniele boży stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój. Zazwyczaj tylko bełkoczesz to zpółprzymkniętymi oczami, chcąc zyskać kilka minut na dosypianie, awkuchni nie pojawiasz się wcześniej, jak wchwili, kiedy dobiega cię podzwanianie łyżek. Tyle tylko, że dziś żadnego szarpania nie było. Spoglądasz iupewniasz się, Ema spokojnie śpi włóżku naprzeciw, loki opadają jej na nadgarstek, starsza Máňa obok niej. Rozporządzeniem burmistrza generalnego lekcje we wszystkich szkołach zawieszono.

Otwierasz drzwi do izby, rodzice już siedzą przy stole ijedzą śniadanie.

Przecież nie jest możliwe, żeby… Kiedy tylko ojciec cię spostrzega, urywa zdanie wpołowie.

Biegnij obudzić Mánię, pójdzie dziś za ojca do sklepu, mówi mama. Ma niebieskie, zbolałe, dobre oczy.

My zajrzymy na Březové Hory, sprawdzimy, czy sobie tego wszystkiego nie wymyśliłeś, mówi ojciec, puszczając do ciebie oko. Wczoraj wprawdzie cię spoliczkował, bo nie wróciłeś do domu od razu, ale to było tylko tak zobowiązku. Aty możesz sobie rysować, skoro nie masz dziś szkoły. Proszę, wczoraj czegoś zapomniałeś ze sklepu.

Sięgasz po ołówek, ale nagle truchlejesz: Tato, to nie ten.

Nie? Jak to?

Miałem zastrugany, wskazujesz na tępy grot. Iwtej chwili przypominasz sobie pytanie, które krążyło ci po głowie, zanim twoją uwagę przykuł mężczyzna ze straży ochotniczej. Tato, czy wgraficie tego ołówka jest już wszystko, co się nim narysuje?

František Drtikol starszy zrozbawieniem spogląda na swoją żonę Marię; te pytania już znają. Był to jeden zpowodów, dla których – będąc już ojcem dwóch córek – tak gorąco pragnął mieć syna. Córki stanowiły dla niego głównie obowiązek, ich wychowanie powierzał matce, miały od niej nauczyć się, co ijak wkuchni, jak dbać ogospodarstwo, prać, szyć itak dalej, pokrótce, dobrze przysposobić się do życia; ale jeśli nawet to się powiodło, były tylko obciążeniem, dwie córki to również dwa wielkie wiana. Otyle dobrze, że przyszły na świat wcześniej, bo mogły ci służyć za niańki, tobie, wktórym pokładał owiele większe nadzieje. Uważał za oczywiste, że po ukończeniu szkoły podstawowej pójdziesz do gimnazjum realnego idalej do wyższego. On wprawdzie żadnego wyższego wykształcenia nie miał iwżyciu pozostał praktykiem, ale książki pozwoliły mu na zgłębienie innych światów ipiękna spekulacji. Dlatego niepokoił go twój regularny brak skupienia iskargi nauczycieli, że prymusem jesteś głównie wprzysypianiu.

Ten ołówek jest tępy, wyjaśnia, ponieważ wczoraj wieczorem zapisywałem nim to, co muszę zamówić. Iwszystko to, co dyrekcja Bańskiej powinna mi zapłacić. Potem podnosi palec wskazujący: Aco do twojego pytania, nie istnieje na nie prosta odpowiedź.

Kiwasz głową, niczego innego się nie spodziewałeś, sięgasz po kromkę chleba.

Weź do tego powidła, mówi mama ipodsuwa ci słoik.

Wiesz, że każdy człowiek ma od Boga duszę, mówi tata. Aniektórzy ludzie twierdzą, że wduszy człowieka spoczywa wszystko, co ważne, co go wżyciu spotka. Jest to tam jeszcze zanim to się stanie, rozumiesz? Iwydaje mi się, że to twoje pytanie sugeruje coś podobnego: pytasz, czy wgraficie ołówka jest wcześniej to, co nim narysujesz. To jest podobne, nie?

Wzruszasz ramionami. No tak, tak jest. Ojca zaskakuje, że nie wyraziłeś zgody wyraźniej.

Dlatego odpowiedź na to pytanie jest taka trudna, ponieważ wistocie jest to pytanie teologiczne. Zaciera ręce, zadowolony ze swojego wyjaśnienia. Teologiczna, czyli dotycząca wiary, wyjaśnia. No, ajak byś na nie odpowiedział ty sam?

Zamyślasz się zkromką wpół drogi do ust. Na początku myślałem, że tak. Wydawało mi się, że wystarczy przyłożyć czubek do kartki itylko to na nią przelać. Ale wogóle nie wiedziałem, przyznajesz, że tato tym ołówkiem zapisze zamówienie.

To jest właśnie to!, ucieszy się. Jeszcze ocoś się ciebie zapytam: Jak myślisz? Wiedział ktoś wczoraj rano, że za kilka godzin wybuchnie wSzybie Maryjnym pożar? Miał ktoś może choćby mętne przeczucie?

Líba Krotká mi mówiła, że cały dzień bolały ją kości, mimo że cały dzień było tak ładnie, wtrąca mama.

No tak, Líba Krotká, uśmiecha się ojciec. Właśnie dlatego, że tak słabo rozumiemy świat, wymyślamy sobie różne znaki iwierzenia. Ale jeśli chcesz poznać moje zdanie, anie babskie gadanie, to nie wiemy nic oprzyszłości. Zupełnie nic, powtarza.Wersy wksiędze świata są puste na stronach, których jeszcze nie czytaliśmy.

Mama uznaje, że poranne ćwiczenia się skończyły izaczyna sprzątać ze stołu. Ilekroć zastanawia się, dlaczego jej męża filozoficzny nastrój najczęściej dopada przy śniadaniu, przypisuje to bliskości snu, który jeszcze nie odszedł… Potem przypomina sobie, że Máni jeszcze nikt nie obudził, iklaszcze wdłonie: Zawsze tyle gadania, aż człowiek zapomina, że powinno się oddychać.

Przekonujesz ich, żeby zabrali cię ze sobą. Kiedy docieracie na Březové Hory wydaje się, że część ludzi nocowała na dziedzińcu. Kilka chust jeszcze leży na ziemi, kobiety rozłożyły je ipóźniej odeszły nie wiadomo gdzie; na jednej znich odcisnęła się zakurzona stopa, na innej zaschnięta krew. Jakiś mężczyzna odsypia na łóżku dla rannych, inni ludzie siedzą na miedzy bez widocznego zainteresowania wydarzeniami wokół: albo po długiej nocy zmogło ich wyczerpanie, albo już znają swój los. Widzicie tych kilka kobiet, które jak we śnie błądzą po hałdach, jakby mogły swoich mężczyzn znaleźć tam, między odpadkami, na wywiezionym zwałowisku.

Ognia do wieczora ugasić się nie udało, ale przez noc dym trochę się rozrzedził, dlatego grupy ratowników wyruszyły nad ranem do podziemi. Wdrodze mijaliście kobiety, które przez noc wypłakały sobie oczy, wich miejscu ziały już tylko jakieś ciemne otwory wypełnione grozą. Chwilę później dowiedzieliście się dlaczego: podczas gdy wczoraj liczba uratowanych wyraźnie przewyższała liczbę tych ośmiu czy dziewięciu martwych, to wnocy stosunek ten złowieszczo się odwrócił. Podziemia zamieniły się wdom grozy, zktórego od wczesnego rana wyciągano zakurzone ioczadzone ciała wprzedziwnych pozycjach.

Matka niedbale zasłania ci na dziedzińcu oczy, ale długo to nie trwa.

Niech na to patrzy, mówi zachmurzony tata.Przecież wtym jest więcej prawdy, niż… Hmm.

Pojawiają się zwłoki zniekształcone nie do poznania. Na popękanych czaszkach zasycha krew, twarze zamieniły się wbezkształtną smażeninę, zciał zostały tylko strzępy.

Stoisz tam zwyczajnie pomiędzy swoimi rodzicami, dziewięcioletni chłopiec, izgodnie obserwujecie to wyplute panopticum. Jeden wynurza się wnienaturalnym przyklęku, ubrania przywarły do ciała. Kolejny ma usta pełne ziemi ipiasku, atwarz tak rozoraną, że identyfikują go dopiero po zegarku kieszonkowym, na którym czas zatrzymał się dokładnie trzynaście minut po północy. Jedno zwęglone ciało rozpoznaje dopiero po obrączce ślubnej ta, która na ręce ma podobną, potem mdleje. Na światło dzienne wynurzają się również dwa nagie ciała połączone wuścisku, na podstawie wielkości zostają zidentyfikowane jako bracia František iVáclav Melicharovi; tych jednak ratownicy znajdą potem gdzie indziej iwyjdzie na jaw, że wchwili śmierci tak oto objęli się ispłonęli dwaj obcy mężczyźni. Kogoś wywożą zrękoma pobożnie złożonymi, jakby wgodzinie śmierci pamiętał biblijne beati mortui, qui in Domino moriuntur. Jeszcze inny ma na twarzy przerażającą maskę śmierci, spalone włosy ibrwi, wybałuszone oczy izprzerażenia rozgryzione wargi.

Słychać również doniesienia oscenach zpodziemi, gdzie ci bardziej szczęśliwi martwi kulą się wzałomach skał lub spoczywają pod ścianą, jakby tylko na chwilę przysnęli, aci mniej szczęśliwi wiszą na szalowaniu szybu jak wisielcy albo po długim upadku roztrzaskali się ojego dno. Wczasie, kiedy rodzice nadal przechadzają się po terenie kopalni, ty możesz rysować. Cieszysz się, że wkońcu masz szansę wypróbować swojego białego koh-i-noora zgumką. Wybiegasz na podwyższenie, skąd dobrze widać scenę przed tobą, iopierasz sztywną kartkę papieru na kolanach.

Podoba ci się ten widok zgóry. Budzi wtobie jakiś odległy spokój, jakąś przeciwwagę wobec tego nieprzejrzystego wrzenia izawodzenia na dole. Od rana na dziedziniec znów napływają coraz to nowi ludzie, odziewiątej jest już tak pełno, jak wczoraj popołudniu. Stąd wygląda to jak mrowisko: nie jednostki wruchu, ale sam ruch, samoistne rojenie się. Jeśli chcesz patrzeć na kogoś konkretnego, musisz skupić na nim uwagę, na tej dziewczynie, która bez celu plącze się wtłumie, czasami na chwilę się przy kimś zatrzyma, bezgłośnie gestykuluje iidzie dalej. Jakby swoimi krótkimi krokami zduszonymi spódnicą wyszywała na dziedzińcu szybu Anna jakiś niewidzialny wzór, chyba wielki rodowy kwiat. Albo stanowisko ratowników: poklepują się, wzmacniają słoniną, czarną kawą irumem. Maczają chustki igąbki wwiaderku zoctem iznikają we wnętrznościach wieży wydobywczej.

Decydujesz się narysować właśnie tę wieżę zczarnych cegieł, udaje ci się jednak naszkicować zaledwie sylwetkę budowli, kiedy na miedzę obok zwala się mężczyzna. Kilka minut tylko patrzy wniebo, później siada, spogląda ci przez ramię, ina rzeczywistą konstrukcję, iznów przez ramię, po czym przedstawia się jako Augustin Žlutický, cieśla wkopalni iinstruktor straży ochotniczej na Březových Horách, również członek lokalnej ochotniczej drużyny.

Tu dach ci się krzywi… Klepie cię po ramieniu. Ale poza tym widzę talent! Zkim mam przyjemność?

Nie od razu rozumiesz, że pyta oimię, ale po chwili odpowiadasz: František Drtikol.

Augustyn znów kiwa głową nieprzytomnie, patrząc przed siebie. Lubisz rysować?

Przytakujesz.

Ty to nie jesteś gadatliwy, uśmiecha się. Ale itak jeszcze ocoś cię spytam: Dasz mi później ten obrazek?

Patrzysz zpowątpiewaniem na tych kilka kresek na białym papierze, aon jakby czytał ci wmyślach: Nie bój się, nie musi być doskonały. Wiesz, kontynuuje cicho, wczoraj starałem się uratować najlepszego przyjaciela, ale… chciałbym mieć jakąś pamiątkę ztych dni.

Wydaje się, że to poważna prośba, której spełnienia nie powinieneś odmówić. Augustin budzi wtobie sympatię, zwahaniem kiwasz głową, aon na odwrocie kartki zapisuje adres, pod który można zanieść rysunek.

Chwilę tylko tak obok siebie siedzicie na miedzy jak dwaj koledzy na wycieczce. Podoba ci się to ina koniec ośmielasz się: Mogę też pana ocoś zapytać?

Ato już pytasz?

Proszę?

Przepraszam, nie chciałem cię zawstydzić, mówi. Pytaj.

Czy wmoim ołówku już jest wszystko, co nim narysuję?

Hmm… To dziwne pytanie, stwierdza Augustin igładzi się po brodzie. Wgraficie twojego ołówka? Wzamyśle twojego ołówka?

Pokazujesz mu go.

Coś ci powiem: człowiek najwięcej dowiaduje się oświecie, patrząc wswoje własne oczy. Bierze od ciebie ołówek, przykłada go do oka ijak kalejdoskopem zaczyna nim pomału obracać. Wydaje przy tym różne pomruki, westchnienia, wyrazy dźwiękonaśladowcze pełne zachwytu izaskoczenia: Panowie, ach, o, aj aj, Panienko Święta, jasny gwint, tak to hola; nie kryje werwy typowej dla strażaka. Kiedy po minucie oddaje ci biały ołówek, przeciera oczy imówi: Właśnie wróciłem zpodróży do innego świata.

Nie wiesz, czy teraz mu wierzyć. Aco pan tam widział?

Przecież nie mogę ci tego zdradzić! Wiele rzeczy.

Co?

Widziałem tam twoją żonę, mówi Augustin. Gratuluję, będzie gibka jak gałązka… Ibędziecie mieć wielkie wesele, atych wielkich panów, co tam będzie…

To akurat wogóle cię nie interesuje. Widział pan tam jakieś obrazki?, pytasz zniecierpliwiony.

Obrazki? Płótna, kolego!, wykrzykuje Augustin. Grały wszystkimi barwami. Ato, które podobało mi się najbardziej, wyglądało jak tęcza zwinięta wkłębek. Ale więcej już nie powiem, patrz, zamykam gębę na siedem kłódek. Zaciska wargi, aż zupełnie znika.

Jeszcze przez chwilę wygrzewa się wpołudniowym słońcu, apotem wyparowuje, nawet nie wiesz jak.

Przysuwasz ołówek do oka, aż dziwne, że go sobie nie wykolesz, izaczynasz nim na początku pomału, apóźniej szybciej iszybciej obracać, ale nic wnim nie widzisz.

Przed południem zauważasz na dole nowy ruch, ludzie przelali się wjednym kierunku ijak rój oblepili coś kołem. Zbierasz rysunki ibiegniesz na dół.

Po kilku godzinach wynoszenia martwych pojawia się żywy. Rębacz Jan Soukup, klęcząc na ziemi zawodzi, ale wydaje się, że jest przytomny. Ludzie go obejmują izarzucają pytaniami, wąsaty Soukup nie jest jednak wstanie sklecić zdania, znajduje siły tylko na to, żeby gestem odpędzać gapiów. Sanitariusze odnoszą go na łóżko wcieniu drzewa, gdzie przechodzi rutynowe procedury, zktórych łyk koniaku to ta najprzyjemniejsza. Ludzie jednak zauważają, że Soukup rozmawia zratownikami, iznów gromadzą się wokół niego. Biedny hawierz rozumie, że nie umknie, opiera się ofront łóżka, rozgląda wokół imówi:

Czy wkopalni został jeszcze ktoś przy życiu, nie wiem. Myślałem, że pali się tylko na moim poziomie. Wogóle nie pomyślałem…, tutaj wykonuje osłabioną ręką zaskakująco zamaszysty gest iznów mowę odbiera mu szloch.

Ktoś zachęca Jana Soukupa: Niechże opowiada, co przeżył.

Soukup wbija oczy wpodołek. Wczoraj wpołudnie zjechałem na dół na dwudziesty drugi poziom. Razem zJanem Dupačem szliśmy tunelem, dalej kominem po drabinkach na nasz przodek. Było gorąco, aświatło źle się paliło, wiatry ciągnęły tylko główną sztolnią, wnaszym kominie powietrze nawet nie drgnęło. Skała była tam jałowa, dlatego pogłębialiśmy, tak zawsze więcej się wyfedruje niż samym pikolem. Apóźniej nam się zdało dziwne, że wskale znikąd nie słychać młotów ani wiertarek. Straszna cisza. Ubraliśmy się iDupač zlazł po trzech drabinkach na dół, ja za nim. Na najniższym rusztowaniu zobaczyliśmy dym, tak na wysokość dwóch stóp. Myśleliśmy, że to od wysadzania skały, iznów wyleźliśmy na górę, przeczekać. Jakiś czas później Dupač poszedł znowu zobaczyć, czy już to przeszło, wrócił po chwili, ale karbidka już mu się nie paliła itwierdził, że wsztolni potknął się ocoś miękkiego. Ruszyliśmy to razem zbadać, mieszało mu się już wgłowie, usiadł na dole na pierwszym rusztowaniu inagle zwalił się na ziemię. Zszedłem do niego iposadziłem go, żeby nie spadł przez dziurę obok rusztowania, ale wyciągnąć go zpowrotem na górę nie dałem już rady.

Przez chwilę wydaje się, że znów się rozgada, ale na koniec tylko kilka razy pociąga nosem. Imi głowa pękała już jak diabli, ciągnie. To było owpół do dziesiątej wieczorem icosi się bałem, że wtym kominie spędzę noc. Rozłożyłem przed przodkiem zapas urobku, na to dwie deski itrzecią na nie iztą bolącą głową próbowałem się modlić. Na chwilę traciłem przytomność, chwilę się modliłem. Kiedy znów sprawdziłem zegarek, była pierwsza wnocy, apóźniej sprawdzałem co piętnaście minut. Rano przed piątą miałem nadzieję, że hawierze zrannej szychty będą już wpodszybiu. Karbidka mi przygasała. Dym wnocy przybliżył się do mojego przodka na wyciągnięcie ręki. Ponieważ musiałem iść kawał drogi, na początku po drabinkach, później przekopem idalej korytarzem do szybu, owinąłem wokół twarzy chustkę, którą noszę na szyi, żeby tak nie połykać gazów. Agasnące światło włożyłem na głowę. Wlokłem się wzdłuż torowiska, wkorytarzu chyba potknąłem się odwa trupy, było tam ciemno ismród. Wpodszybiu też nikogo nie było, więc zacząłem tłuc wajchą dzwonu, było mi słabo, ale starałem się nie pomylić. Później siadłem na urobku, modliłem się iczekałem na zmiłowanie. Iwkońcu pojawiła się szola, ludzie złoci, pojawiła się, nawet nie wiem, jak wyjechałem aż na ósmy poziom. Tam był pan sztygar ipowiedział mi, co się stało. Ściągnął windę izkolejnymi dwoma trzymał mnie, żebym nie wypadł. Tak dostałem się aż na boży dzień.

Bogu dzięki, mówi któryś zhawierzy.

Bogu dzięki, dołączają kolejni.

Bogi dzięki, szepczesz ity razem zinnymi.

 

Przez kilka dni miasto pachniało jak zdmuchnięta świeca, ale później woń dymu zastąpiły wapno chlorowane ifenol. Odór śmierci zastąpiony został przez odór strachu przed epidemią. Nadzieja, że podziemny labirynt może skrywać jeszcze jakichś żywych, pomału znikała, adziałania ratunkowe ustąpiły miejsca żmudnym porządkom. Drugiego czerwca ogodzinie pierwszej zkopalni imienia Franciszka Józefa po raz ostatni usłyszano dzwonienie, dwadzieścia osiem uderzeń – chyba dwadzieścia osiem, ponieważ niektóre były tak słabe, że gubiły się wpiersiach ziemi. Ludzie przyklękli imodlili się. Kiedy jednak czterej wyznaczeni mężczyźni spuścili się na głębokość dziewięciuset metrów, wpodszybiu już nikogo nie było, awprzyległym korytarzu znaleźli tylko kilkudniowego trupa przepychacza Eduarda Květiny.

Dzwon żałobny dzwonił nieprzerwanie ana większości domów powiewały czarne proporce.

Do wieczora liczba ofiar wzrosła do stu jedenastu.

Stolarze wcałej okolicy ciosają wyłącznie trumny.

Trwają przygotowania do pogrzebu zbiorowego, jednego zwielu. Na cmentarzu wPrzybramiu nie można się ruszyć, przedstawiciele wsi, stowarzyszeń, górnicy iurzędnicy wuniformach, setki zwyczajnych ludzi, wszyscy przyszli powiedzieć ostatnie zBogiem górnikom, którzy wracają do wnętrzności ziemi zaledwie chwilę po tym, jak ich stamtąd wyciągnięto. Weterani istrzelcy wyborowi starają się utrzymać porządek, ale spojrzenie na długi korowód trumien wstrząsa tłumem.

Stoisz pomiędzy Emmą iMánią, ale widzisz zaledwie poły stojących przed tobą. Udaje ci się uprosić ojca, żeby wziął cię na barana, jak wtedy, kiedy byłeś małym chłopcem, zpunktu obserwacyjnego za jego szyją masz już świetny widok. Rozpościera się przed tobą falujące pole ludzi, głowa na głowie, prawdziwy urodzaj chust, kapeluszy iczapek, które niebawem zostaną zdjęte. Wszyscy patrzą przed siebie, tam, gdzie trumny, cisną się wobłożonych wieńcami jamach. Przypominasz sobie, że nawet nie wiesz, co zsynkiem górnika, izaczynasz oczami przeczesywać boczne rzędy, te przeznaczone dla najbliższej rodziny. Ifaktycznie tam jest, jakby go ta fatalna myśl przywołała, stoi obok swojej siostry, ana jego ramieniu spoczywa matczyna ręka.

Parę kroków dalej stoi Hynek Klukan. Mało brakowało, askręciłbyś ojcu kark. Nie widzieliście się od chwili, kiedy odwołali lekcje, teraz stoi tam razem zmatką, wśród pozostałych.

Nie może to oznaczać nic innego: również tato Hynka zginął.

Przypominasz sobie ten niedokończony model kopalni, który zostanie teraz na półce jak milcząca mogiła, igładzisz ojca po głowie, żeby też nie umarł. Zprzestrachem zauważasz, że na czubku głowy ubywa mu włosów, iobejmujesz ją, dłonie łączysz na czole iprzykrywasz ojca piersią.

Wszechobecny lament jeszcze narasta, kiedy opuszczają pierwszą trumnę, za nią po piętnastu minutach ruszają dalsze idalsze, każda zprostym krzyżem inazwiskiem. Górnicza kapela gra marsz żałobny, trąbki zawodzą, adźwięk bębnów płoszy cmentarne ptactwo, nieprzyzwyczajone do takiego koncertowania. Minister obrony hrabia Falkenhayn, który podobnie jak poseł parlamentu Masaryk przyjechał zWiednia, żeby na własne oczy przekonać się orozmiarze katastrofy, kropi trumny święconą wodą iwrzuca kilka grud ziemi. Później przy jamie wytworzy się kolejka tak długa, że kiedy ostatni człowiek ręką nabierze garść, żeby symbolicznie posypać wieka trumien, jama będzie już do połowy pełna.

Nie wiesz teraz, jak się wobec Hynka zachować. Cały czas myślisz ojego tacie iuparcie powraca wspomnienie tego, jak tych kilka nieudanych figurek górników wrzuciliście do ognia.

Przed snem się nad tym zastanawiałeś iteraz cała sprawa jest dla ciebie jasna. Zachowaliście się lekkomyślnie. Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby tak zachował się Bóg na początku świata: szóstego dnia stworzyłby zgliny człowieka, ale – niezadowolony zjakiegoś drobiazgu – znów by go zniszczył. Czemu nie, gliny jest dość. Wydaje ci się oczywiste, że dokładnie tak zachowaliście się wy. Tato Hynka wrzucił figurki do ognia jak jakiś gniewny stworzyciel idlatego sam musiał umrzeć. Dopadła go śmierć równie okrutna jak ta, która zabrała jego stworzenie: śmierć wpłomieniach, przeznaczona dla największych grzeszników. Ty możesz sobie poczytać za zasługę, że przynajmniej jedną figurkę ocaliłeś. Adama nosisz teraz cały czas przy sobie ibardzo na niego uważasz. Ale czy nie mogłeś ocalić wszystkich?

Czekam na twoją odpowiedź, Drtikolu!

Mogłem, panie.

Proszę?

Nauczyciel pochyla się nad tobą bardziej ztroską niż zrozdrażnieniem, trzcinka leży na swoim miejscu. Jeszcze raz cię zapytam, Drtikolu, ile to jest dziewięć razy dziewięć minus trzy razy trzy?

Pocisz się iliczysz, ale itak odpowiadasz źle.

Podejdź nam to zaprezentować na tablicy, rozkazuje.

Dziewięć razy dziewięć równa się osiemdziesiąt jeden, minus trzy razy trzy równa się dziewięć, osiemdziesiąt jeden minus dziewięć równa się siedemdziesiąt dwa.

Świetnie, mlaska nauczyciel, możesz usiąść. Pewnie nie zauważyłeś, że takie samo zadanie rozwiązywał przed tobą Weber. Ateraz zapytam ciebie, Horký: ile to jest dziewięć razy dziewięć minus trzy razy trzy?

Josef Horký spogląda na nauczyciela zmieszany. Siedemdziesiąt dwa?

Ale nie jesteś do końca pewien? Podejdź to policzyć. Izmaż tę tablicę, na której mamy to już napisane.

Horký pieczołowicie liczy, pisze idodaje, aż dochodzi do identycznego wyniku.

Ateraz ty, Müller!

Klasę ogarnia niepokój.

Pewnie myślicie, że zwariowałem, mówi nauczyciel po tym, jak pod tablicą wymieni się was bodajże dziesięciu. Jeszcze nie, jeszcze nie. Ale chcę wam na przykładzie pokazać, że niektóre rzeczy są zgóry dane. Przy założeniu, że wykorzysta się dobrą metodę, każdy musi dojść do identycznego wyniku, ibardzo mało zależy od tego, kogo wywołam. Na tym polega piękno rachunków, chłopcy.

Ijeszcze tak dla uciechy wywołuje do tablicy Kovářa.

Inie dotyczy to tylko rachunków, ciągnie.Wprawdzie matematyka to wystawowa witryna prawa boskiego wprzyrodzie, ale nie bójcie się wstępować wgłębiny własnej duszy. Możliwe, że panuje wniej żal, jak wostatnich dniach wduszach wielu znas, pocieszenie możecie czerpać stąd, że również wduszy ludzkiej pewne rzeczy są dane. Tu nie musicie mieć wątpliwości, cnotliwy ipobożny człowiek znajdzie Boga, tak jak trzy razy trzy równa się dziewięć. Ito jest zgóry dane izależy wyłącznie od metody iznajomości praw. Dlatego wypełniajcie przykazania isłuchajcie swych rodziców!

Pierwszego dnia po katastrofie wszkole wszyscy są życzliwi. Między uczniami jest wielu synów zgórniczych rodzin inikt do końca nie wie, kto kogo stracił. Wklasie mijacie się na palcach, jeden boi się zapytać drugiego.

Ale po lekcjach już czujesz, że dłużej Hynka nie możesz unikać.

Ze szkoły podstawowej dla chłopców wychodzicie razem od północnej strony rynku głównego, ale nie ruszacie jak zawsze przez środek, zamiast tego kierujecie się wstronę Anoštovych sadów, gdzie siedzibę ma c.k. Akademia Górnicza.

Jest piękny, prawie letni dzień, słońce przypieka skórę. Hynek milczy, aty nie wiesz, co mógłbyś powiedzieć. Wleczecie się dalej do ogrodów miejskich, dwa metry od was po pniu kasztanowca przemykają dwie rude wiewiórki, potem znikają wjasno-zielonej koronie. Powietrze jest przejrzyste, ze Świętej Góry widok ciągnąć się musi na dziesiątki kilometrów wdal. Hynek podchodzi do drzewa iopiera się plecami opień. Stoisz przed nim ibezradnie się uśmiechasz. Lubisz Hynka, właściwie to twój jedyny przyjaciel. Nie wyśmiewa tego, że jesteś marzycielski, nie przeszkadza mu twoje oderwanie od świata.

Czekacie, aż coś się wydarzy, ale nie dzieje się nic, po chwili ruszacie dalej. Hynek podnosi zziemi kamienie iniedbale celuje wpnie pobliskich drzew.

Co chcesz dziś robić?, pytasz.

Co teraz poczniemy?

Kto?

Wzrusza ramionami, przechodzi na trawę. Zostaniemy tutaj, mówi. Odkłada szkolną torbę pełną podręczników izeszytów, apo chwili wciska ją sobie pod głowę. Robisz to samo itak obok siebie leżycie na plecach ipatrzycie wtę błękitną przepaść nad sobą.

Macie jakichś krewnych?, pytasz.

Dopiero wBenešovie. Mama mówiła, że będzie musiała jedno albo dwa łóżka wynająć.

Będzie zwami mieszkał ktoś obcy?

To przecież zupełnie normalne, mówi Hynek. Najpewniej wynajmie to jakiś uczeń górniczy, który może pozwolić sobie na cały pokój. Albo zamieszkamy razem zinną górniczą rodziną, która też… no.

Aojciec chrzestny?, pytasz. Kim jest twój chrzestny?

Znów wzrusza ramionami. Podobno bogacz, ale też się dokądś wyprowadził. Mama do niego napisze.

Wysoko nad wami latają jaskółki, małe ruchome punkty na niebie, przegrupowujące się jak koty, kto wie, zjakiego zakresu.

Kiedy po kilku minutach odwracasz się do Hynka, zauważasz, że drzemie. Usta ma lekko rozchylone, ajego długie czarne rzęsy delikatnie drgają. Na lewym policzku ma wielkie znamię, za kilka lat zacznie przeszkadzać mu podczas golenia, ale teraz jego twarz jest jeszcze chłopięca, blada idelikatna. Jest to trochę słabowity chłopak, często męczą go choroby imożliwe, że właśnie to was łączy: żaden zwas nie jest wtym świecie pewnie zakotwiczony.

Wykorzystujesz to, że śpi, idokładnie mu się przyglądasz. Ale na twarzy śpiącego tylko zrzadka rysuje się coś wyrazistego.

Kiedyś słyszałeś, że we śnie wszyscy ludzie są sobie równi, cesarz podobno śpi tak samo jak najmarniejszy biedak. Wydaje ci się, że gdybyś ity teraz usnął, żaden zwas nie będzie wiedział, komu właściwie umarł tato.

Kładziesz się znów na plecach izamykasz oczy. Zanim jednak zdołasz zanurzyć się wswoich tajemnicach, podbiega do was grupa szkolnych kolegów. Szybko, idziemy pływać. Co jest?

Przytykasz palec do ust iwzrokiem wskazujesz drzemiącego Hynka.

No to go obudzimy. Obudzimy go!

 

Zaniesiesz to później tacie na dół do sklepu?, pyta mama znad garnka zzupą. Iweź też ten chleb, bez niego zupa nie jest sycąca.

Ojciec właśnie czyta wydanie specjalne „Horymíra”, poświęcone katastrofie. Redakcja tygodnika rozrywkowo-edukacyjnego wykazała prawdziwy statystyczny apetyt: kwasu karbolowego zużyto 21 226 kg, co wartością równa się 727 zł i53 kr. Wapna chlorowanego 1 126 kg za 225 zł i20 kr. Octu 144 l za 15 zł. Rumu 1 116 butelek za 290 zł i84 kr. Ojciec zagląda do swojego zeszytu, aby upewnić się, ile było tego zjego zapasów. Szybko liczy idochodzi do wniosku, że skoro uniego butelka rumu kosztuje 17 krajcarów, gdzieś muszą ją sprzedawać trochę drożej, inaczej liczby z„Horymíra”nie mogą się zgadzać. Może jego marne wyniki handlowe biorą się stąd, że sprzedaje za zbyt niskie ceny.

Dalsza część statystyki dotyczy ofiar. Tych ponad trzysta ludzkich istnień to największa górnicza katastrofa whistorii, żadne nieszczęście wkopalniach na świecie nie zebrało tak wielkiego plonu jak to unas, podkreśla „Horymír”, jakby to mogło być przedmiotem narodowej dumy. Anie chodzi tylko omartwych! Wszyscy, co po nich zostali: 289 wdów, niemal 1000 sierot ico najmniej 25 pogrobowców. Straszne to liczby!

Stoisz tak chwilę zgarnkiem wrękach, zanim się ośmielisz: Mama ojcu przekazuje, że powinno się zjeść od razu, póki ciepła.

Zupa zpokrzyw? Zjadliwa?

Wzruszasz ramionami, wten sposób niczego nie da się zepsuć.

Ajak wszkole?, pyta pomiędzy kęsami.

Liczyliśmy wkółko to samo zadanie, mówisz.

Czemu?

Żebyśmy zrozumieli, że za każdym razem dochodzi się do tego samego wyniku.

Hmm, no, to tak. Nie za bardzo rozumie, ale wobec szkoły ma respekt inie pozwala sobie na podważanie pedagogicznych kaprysów nauczycieli.

Tato?, odzywasz się po chwili. Kto to jest pogrobowiec?

To ktoś, kto urodzi się już po śmierci swojego rodzica. Ojciec zatrzymuje łyżkę wdrodze do ust ipatrzy na ciebie. Znatury rzeczy musi chodzić oojca, matka może umrzeć przy porodzie, ale gdyby zmarła wcześniej, zmarłoby też dziecko, tak więc nie mogłoby już być pogrobowcem.

Przez chwilę starasz się to zrozumieć, po czym mówisz: Czyli ja już nie mogę być pogrobowcem?

Nie, nie musisz się bać.

Asierotą?

Sierotą może być każdy. Iprawie każdy nią kiedyś będzie.

To cię zaniepokoi. Jak to?

Ponieważ większość ludzi wnaturalny sposób przeżywa swoich rodziców. Ale wtedy zazwyczaj mają już własne dzieci, iwtedy jest inaczej… Martwi cię to?

Tego nie jesteś pewien, na pewno cię to interesowało, skoro pisze się otym w„Horymírze”. Jeszcze chwilę otym myślisz, kiedy tata nabiera zupę, po czym mówisz: Mogę iść na Březové Hory?

Apracę domową już masz?

Ztym obrazkiem.

To na pewno, powinieneś go tam zanieść, masz rację. Ale pytałem się, czy masz już gotową pracę domową.

Kazali nam nazbierać liści, itak muszę wyjść.

Tata kiwa głową. Ale wcześniej oddaj ten garnek, skoro go tu przyniosłeś. Awdomu przy tej okazji możesz powiedzieć, że pokrzywy nadają się na herbatę, anie do zupy.

Chcesz już odejść, ale jeszcze na ciebie skinie: Nie bój się, ja tak szybko nie umrę, mama też nie. Za bardzo się wszyscy kochamy, żeby umierać… Spogląda na ciebie ciepło, ale ty zamyśliwszy się nad czymś, odwzajemniasz jego spojrzenie tak długo, że staje się to już trochę niezręczne itato spuszcza wzrok, zatapiając go wzeszycie zrachunkami.

Stoisz tam, apo chwili mówisz: Czyli wgórniczych rodzinach się nie kochali?

Znów podnosi wzrok, niezadowolony stuka ołówkiem wstół.

Skoro tato Hynka zginął, to Hynka nie kochał?

Najpewniej, oczywiście, że kochał, mówi ojciec niemalże zpoczuciem winy. No już, biegnij, imasz być wdomu przed zachodem. Kręci głową.

Biegniesz drogą wstronę Březovych Hor, tą samą drogą, którą szedłeś wdzień katastrofy. Chciałbyś mieć jakiegoś starszego kolegę, takiego jak Augustin, już samo to imię wywołuje wtobie pozytywne uczucia, które wdrodze zalewają cię jak fale światła. Žlutický2, Žlutický, Augustin Žlutický, Žlutický, powtarzasz wkółko, żeby to przyjemne uczucie wzmocnić iżeby już zupełnie przegnać tych tysiąc sierot idwudziestu pięciu pogrobowców, tę godną współczucia armię, która przed chwilą rozbiła obozowisko wewnątrz twojej głowy. Po kilku minutach już jest ci dobrze, podskakujesz, schylasz się po żółte kuleczki rumianku, jedną znich zrywasz iszybko rozgniatasz między palcami: pachnie tak wyraźnie itak żółto, żółte wydaje ci się wszystko wkoło, choć nie okolory tu chodzi.

2Žlutický– nazwisko pochodzące od nazy miejscowości Žlutice, wywodzącej się z kolei od czasownika žlutit (czes.) – barwić na żółto; stąd skojarzenie ze światłem.

Plac Hořejší nr 7, masz napisane na odwrocie rysunku. Znajdujesz jedynkę, trójkę, później trzynastkę. Chyba lepiej od razu zapytać, gdzie mieszka Augustin Žlutický.

Augustin? Zaraz tu obok, pokazuje ci starzec.

Masz już przygotowane zdanie na wypadek, gdyby otworzył ktoś inny: Dzień dobry, nazywam się František Drtikol iprzyniosłem obrazek dla Augustina Žlutickiego, który mnie oniego poprosił, kiedy poznaliśmy się niedaleko dziedzińca Anny. Tylko nie jesteś pewien, czy dasz radę na jednym wydechu.

Stara kobieta wysłuchuje całej twojej wypowiedzi, po czym mówi: Augustin zginął.

Odważasz się zaprotestować: Jak to zginął, skoro potem jeszcze znim rozmawiałem?

Masz na myśli wybuch pożaru? Tak chłopcze, mój syn był strażakiem. Zginął, ratując życie innych.

Chciał mieć jakąś pamiątkę ztego dnia…, mówisz zakłopotany.

No to pokaż!, rozkazuje kobieta. Czarna chusta okala jej twarz. Podajesz jej zwinięty rysunek iczekasz, cały wnerwach. Wolałbyś nie być przy tym, jak go będzie oglądać. Kilka dni nie myślałeś oruszającym się zębie, ale teraz kopiesz wokół niego rów językiem, jakbyś wykopywał zziemi karpę. Po jednej stronie czubek języka możesz już wcisnąć pomiędzy ostry kant zęba imiękkie dziąsło, za chwilę będzie można języka użyć jak łomu, jest to silny mięsień, ikiedy zacznie…

Wieża szybowa, komin huty… ato są te łóżka, nie?, mamrocze kobieta.

Tak. Atu wtym mundurze narysowałem iAugustina. Pomyślałem, że go to ucieszy.

Kobieta przysuwa rysunek do oczu, błyszczą się jej jak mokry kamień. Masz rację, to on. Potem znów patrzy na ciebie ipyta: Aco ci Augustin za ten obrazek obiecał?

Nic. Chce go pani zatrzymać?

Bardzo, chłopcze, wzdycha kobieta. Ale bez kubeczka cykorii cię na dwór nie wypuszczę.

Znika wciemnym korytarzu domu, zktórego zionie dziwny, ciemny iziemisty aromat, ziół korzennych ibłota. Nie wiesz, czy masz iść za nią, ale kiedy tylko zauważa, że nadal stoisz przed drzwiami, ponagla cię gestem.

Zrobię ci ją na mleku, dobrze?, mówi już zkuchni, przelewając je zkanki do garnka. Ale musisz mi wybaczyć, że nie mam cukru.

Rozglądasz się wokół, nad drzwiami wisi błogosławieństwo: Błogosławiony jest dom/ gdzie mieszka boży spokój/ błogosławiony dom/ gdzie jest bojaźliwość boża/ szczęśliwa będzie rodzina/ gdzie zBogiem ostatnia godzina. Na półce stoi fotografia Augustina wkostiumie teatralnym.

Kiedy staruszka podaje ci kubek gorzkiej cykorii, powierzchnia ochrowej cieczy drga. Kobieta znów wzdycha iprzysiada przy stole. Powiedz mi, jak wy dwaj się poznaliście?

Pojawił się obok mnie na miedzy, kiedy rysowałem.

Jakiś inny obrazek? Znów spogląda na ten, który przyniosłeś.

Nie, ten.

Ten? Lubisz rysować?

Potakujesz. Zauważasz, że opółkę wsparty jest nekrolog.

Długo nie wiedziałam, który wers wybrać, mówi kobieta. Ale itak nie mogę zrozumieć, kiedy się zAugustinem poznaliście. Zginął kilka godzin po wybuchu pożaru.

Poznaliśmy się dopiero drugiego dnia, mówisz. Dobrze to pamiętasz, pierwszego dnia niosłeś na Březové Hory butelki rumu, drugiego dnia byłeś zrodzicami iznowym koh-i-noorem.

Ale to niemożliwe, mówi kobieta. Popatrz. Znów pokazuje ci nekrolog. Tu jest napisane, że zmarł jedenastego maja 1892. To był ten wtorek, wzeszłym tygodniu. Musiałeś się pomylić, chłopcze, mam tu krzyżyk wkalendarzu… Zjechał na dół, żeby pomóc koledze, isam zginął. To muszę wiedzieć, przecież przy jego ciele pół nocy przepłakałam.

 

Wniedzielę na Świętej Górze odbywa się wielka msza zaduszna, kaplice ikościelne loggie pękają wszwach, tylko część ludzi zmieściła się wsamej wbazylice. Najświętsza Panienka, świadoma tego, że wostatnich czasach wielu skierowało ku niej pobożną myśl, ale icichy wyrzut, przywdziała jedne ze swoich najlepszych szat, te zżółtego brokatu, które kiedyś podarowała jej cesarzowa Maria Teresa. Na szyi sobie iDzieciątku zawiesiła złote łańcuchy, na obie głowy nasadziła korony wysadzane klejnotami. Nie może być wątpliwości, kto znów przejmuje władzę nad miastem.

Do Panny Maryi na Świętą Górę każdego roku przybywają tysiące pielgrzymów. Całe zachodnie skrzydło kościelnego krużganka pokrywają malowidła, na których Panna Maryja chroni swoich wiernych przed ogniem ipożarem. Panienka Marianna szesnastego sierpnia 1651 roku oblała sobie nogi wrzącym mlekiem, ale Panna Maryja ją cudownie uchroniła od poparzeń. Albo zamek Zruč: wroku 1669 wybuchł tam wielki pożar, ale dziki ogień rozmyślił się po tym, jak zagrodzono mu drogę różańcem, nawet nitki na nim nie przepalił. Aludzie wduszy pytają: Jak to możliwe, że tego dnia Panna Maryja nie interweniowała? Że nie uchroniła przed najstraszniejszym ze wszystkich pożarów? Przed pożarem, do którego doszło zaraz pod jej zamkiem na Świętej Górze, aktóry na domiar tego wybuchł wszybie niosącym jej imię?

Ale kiedy jedni tak narzekają, inni przypominają, że człowiek jest grzeszny. Askoro człowiek jest grzeszny, to górnik jest grzeszny wdwójnasób, tu nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości, że dla grzesznika płoną płomienie piekielne, co się właśnie okazało.

Tata zanurza dłoń wwodzie święconej iniedbale się żegna, wkwestii wiary uważa się za wolnomularza. Tobie wczasie tych nieszczęsnych nabożeństw podoba się głównie zapach kadzidła ipłonących świec, których odblaski chwytają się złotych ram. Ten świat półcieni pobudza twoją wyobraźnię, myśli podobnie jak przed snem błądzą na długim sznurku iwzlatują aż pod sklepienie kościoła.

Siedzisz ściśnięty wkościelnej ławie, ściskasz wpodołku glinianego Adama iobserwujesz, jak ksiądz okadza srebrny ołtarz, apotem ministrant okadza księdza.

Czujesz się bardziej dorosły: dziewięć lat to już dużo, mówisz sobie.

Musiałeś się znów na chwilę zapomnieć, diakon kończy czytanie złacińskiej Biblii, aksiądz wychodzi, aby wygłosić kazanie. Czuje, że wierzący chcą zawrzeć pokój zPanną Maryją, która wswoich brokatowych szatach góruje na środku błyszczącego srebrnego ołtarza za jego plecami.

Zapierasz się językiem iostatni mleczny ząb wkońcu się uwalnia. Zpofałdowanego dziąsła wypływa kilka kropel słodkiej krwi. Maczasz wmałej toni czubek języka ipomału połykasz ten nektar. Ale nie wiesz, co począć zzębem, przez całą mszę zaduszną będziesz go ssać jak cukierek.

Ksiądz wmiędzyczasie odwrócił się wstronę Panny Maryi, przykląkł ijednogłośnie zcałym kościołem szepcze: Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie słodyczy inadziejo nasza, witaj. Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy, jęcząc ipłacząc na tym łez padole…

I

Jest połowa października roku 1897, niedziela po południu. František Drtikol pierwszy siedzi na końskim grzbiecie i