Help me! - Marianne Power - ebook + książka

Help me! ebook

Marianne Power

4,1

Opis

Jedna dziewczyna, rok jej życia i testowanie 12 poradników, które mają pomóc pokonać własne ograniczenia i zmienić życie na lepsze. 

W wieku trzydziestu sześciu lat Marianne Power doszła do wniosku, że nie jest zadowolona ze swojego życia. Choć odnosiła sukcesy na polu zawodowym, miała udane życie towarzyskie i mogła cieszyć się niezależnością, nigdy nie była w poważnym związku, nie miała oszczędności, a jej neurotyczna natura przyczyniała się do permanentnego niepokoju i zaniżonej samooceny. Marianne Power postanowiła przeznaczyć jeden rok na testowanie poczytnych poradników z gatunku „self-help” i ocenić, czy dzięki zawartym w nich wskazówkom będzie w stanie odnaleźć szczęście. Swój eksperyment dowcipnie opisywała, starając się pokazać:

  • różnorodność rad, które znajdujemy w poradnikach i konsekwencje traktowania samopomocowych poradników jako najważniejszego życiowego drogowskazu, wyroczni, z której czerpie się wzory postępowania,
  • miotanie się między wyborami,
  • konieczność nabycia umiejętności odnoszenia się z dystansem do potrzeb (niekiedy wyimaginowanych) i odpowiedniego ich potraktowania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Książka ukazała się po raz pierwszy w 2018 roku nakładem Macmillan we współpracy z Pan Macmillan 20 New Wharf Road, London N1 9RR. Ta publikacja ukazuje się dzięki współpracy z Furniss Lawton.

Tytuł oryginału: Help Me

Przekład: Adriana Celińska

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

© Marianne Power 2018

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Cover design and illustration by Mel Four, Picador art department

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1156-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Moim przyjaciołom i rodzinie

Mama: Jeśli chodzi o twoją książkę…

Ja: Tak.

Mama: Proszę, obiecaj mi, że nie użyjesz słowa „podróż”.

Ja: Obiecuję.

Mama: Dobrze.

Ja: Bardziej mi odpowiada sformułowanie „duchowa ścieżka”.

Mama: Och, Marianne…

Wprowadzenie

Poplamiony fotel na kółkach ma szarą szorstką tapicerkę. Kiedy mój miękki szlafrok opada na podłogę, staram się nie myśleć, skąd się wziął ten ciemny kleks. Siadam naga. Kompletnie naga.

W auli panuje przeciąg, czuję chłodne powietrze na skórze. Moje serce mocno bije.

Jestem naga. Na oczach innych. Naga. W świetle jupiterów. Naga.

Gonitwa myśli. Co jeśli przyjdzie ktoś znajomy? Z pracy? Lub dawny nauczyciel?

– Usiądź wygodnie i się zrelaksuj – mówi stojący na tyłach sali prowadzący. – Nikt nie zwróci uwagi na twoją nagość, daję słowo, zbyt pochłonie ich praca twórcza.

Przemądrzały drań! Łatwo powiedzieć, gdy ma się na sobie dżinsy i marynarkę. Jest o sto procent bardziej ubrany niż ja w tym momencie.

Zakładam nogę na nogę, ręce opieram na podołku, żeby sięchoć odrobinę zakryć. Patrzę na miękki i biały niczym mozzarella brzuch, na włoski na bladych nogach, które lśnią w ostrym świetle. Tylko drapanie ołówka sunącego po papierze pozwala mi oderwać myśli od głosu, który wrzeszczy w mojej głowie: Co ty tu, do jasnej cholery, robisz? Czemu nie siedzisz w domu przed telewizorem jak normalni ludzie? I dlaczego nie ogoliłaś nóg? Przecież to pierwsze, co się robi przed publicznym występem na golasa! Cholerna podstawa: depilacja.

Kątem oka wyłapuję ruch. Ktoś się spóźnił. Mężczyzna. Wysoki. Ma ciemne, kręcone włosy. Nieznacznie unoszę głowę. Ma na sobie granatowy sweter. Dobry Boże, mam słabość do ładnych swetrów… I brutalny powrót do rzeczywistości: wchodzi przystojniak, gdy siedzę goła na środku auli.

Scena rodem z koszmaru.

Skupiam wzrok na kłębku kurzu, jakby od niego zależało całe moje życie.

Biorę głęboki wdech i zadręczam się, że oddychając, wyglądam grubo. Oddychanie mnie pogrubia.

Przestań, Marianne. Pomyśl o czymś innym… Na przykład, co zjesz na kolację, gdy wrócisz do domu. Smażonego kurczaka z warzywami? A może grzanki z serem?

– Okej, Marianne, czy mogłabyś teraz wstać? Proszę, ustaw się tyłem do sali i unieś ręce.

Nogi mi drżą, gdy się obracam.

Zastanawiam się, jak ci raczkujący michałowie aniołowie uwiecznią mój cellulitis. Czy mają zaliczony specjalny kurs, na którym tego uczą? Analogicznie do zajęć z perspektywy i malowania nieba? Ciekawe, co Przystojniak-w-Sweterku myśli o moim tyłku? Jestem pewna, że mu się nie podoba. Założę się, że wszystkie jego dziewczyny noszą idealny rozmiar XS, a ich pupy przypominają brzoskwinki…

Myślę o grzankach z serem. Zastanawiam się, jaki chleb jest w domu.

Wyciągnięte w górę ramiona aż pieką z wysiłku. Dwie krople potu spływają po moim boku. Wreszcie prowadzący zwraca się do mnie:

– Możesz zmienić pozycję na wygodniejszą. – Potem dodaje, zwracając się już do studentów: – Podejdźcie bliżej modelki. Wybierzcie odpowiedni kąt do pracy.

Krzesła szurają po drewnianej podłodze. Teraz Przystojniak-w-Sweterku siedzi niecały metr ode mnie. Jest tak blisko, że czuję zapach jego wody kolońskiej. Świeży, morski.

Założę się, że uważa mnie za wariatkę, bo kto inny w niedzielny wieczór pozowałby na forum publicznym na golasa. Założę się, że uważa moje owłosione uda za wielkie i paskudne. Założę się… Przestań, Marianne!

Wracam do kłębka kurzu. Ciekawe, dlaczego podłogi w aulach zawsze są zakurzone i czy naprawdę muszę wstawić pranie po powrocie do domu. Prowadzący mówi, żebym się ubrała.

W tym momencie czuję się jeszcze bardziej naga. Prosił, żebym przyniosła szlafrok – wyobrażając sobie paryskie poddasza i modelki w jedwabiach – ale miałam tylko płaszcz kąpielowy frotté. Zakładam go teraz, biorę głęboki wdech i podchodzę do Przystojniaka-w-Sweterku.

– Przepraszam, wyszedłem z wprawy – mamrocze ze spojrzeniem utkwionym w sztalugach. – Niezbyt dobrze uchwyciłem nos, czoło też wyszło ciut za szerokie…

Patrzę na kontury mojego nagiego ciała nakreślone chaotycznymi pociągnięciami węgla. „Pieprzyć czoło! – mam ochotę wrzasnąć. – Mój tyłek jest wielkości Australii!”.

Idę do łazienki, staram się szybko ubrać na lodowatych, wyszczerbionych płytkach. Ograniczona niewielką przestrzenią kabiny z trudem wciągam rajstopy. Siadam na sedesie.

Więcej we mnie wstydu niż wewnętrznej siły.

Czemu w ogóle to robię…?

Kac, który odmienił moje życie

W życiu każdej kobiety nadchodzi moment, gdy uświadamia sobie, że dłużej tak być nie może. W moim przypadku stało się to pewnej niedzieli, kiedy byłam na kacu.

Nie pamiętam, co robiłam w sobotę wieczorem – z wyjątkiem, rzecz jasna, picia na umór, potem padłam w ubraniu i makijażu. Po przebudzeniu oczy miałam sklejone zeschniętym tuszem do rzęs, a moją cerę pokrywała lśniąca tłustawa warstwa podkładu wymieszanego z zeszłonocnym potem. Pasek od dżinsów wrzynał mi się w brzuch, a pęcherz niemiłosiernie cisnął, ale nie miałam siły się ruszyć, dlatego tylko rozpięłam spodnie, rozsunęłam suwak i leżałam z zamkniętymi oczami.

Wszystko mnie bolało.

Czasem całonocne balangi uchodzą na sucho. Człowiek budzi się skacowany, ale cały w skowronkach, wręcz rozpromieniony, potem zmaga się z codziennością aż do około czwartej po południu, gdy kac z cicha się ulatnia. Tym razem było inaczej. Tym razem atak nastąpił frontalnie i nie dało się go zignorować. Miałam wrażenie, że głowa mi zaraz eksploduje. W żołądku wirowało niczym w wypełnionej toksycznymi odpadami pralce. Poza tym potwornie mnie suszyło.

Przekręciłam się, aby sięgnąć do stolika nocnego po szklankę wody. Ręce drżały mi tak mocno, że zalałam siebie i pościel.

Strumień światła przenikający przez szczelinę w zasłonach raził mnie w oczy. Zamknęłam powieki i czekałam na jej nadejście… Och tak, była tuż tuż…

Fala lęku i pogardy dla siebie, która zalewa cię po nocy spędzonej na imprezowaniu. Pewność, że na sto procent zrobiłaś coś bardzo złego, że jesteś złym człowiekiem i czekają cię tylko same złe rzeczy aż do końca twojego żałosnego życia, bo tylko na to zasługujesz.

Dopadł mnie, jak mawiają moi przyjaciele, Lęk przez wielkie L. Jednak kac nie był jedyną przyczyną mojego paskudnego samopoczucia. Niepokój, groza i poczucie klęski, niczym szum w tle, nigdy mnie nie opuszczały. Kac podkręcił głośność.

Nie chodziło o to, że moje życie było do bani. Wręcz przeciwnie.

Po dekadzie mozolnego wspinania się po szczeblach dziennikarskiej kariery pracowałam teraz jako wolny strzelec. Mieszkałam w Londynie i odnotowałam na swoim koncie pewne sukcesy. Zarabiałam – całkiem przyzwoicie – na testowaniu tuszów do rzęs. Na miesiąc przed wywracającym-życie-do-góry-nogami kacem wysłano mnie na delegację do australijskiego SPA, w którym zamożne panie domu płaciły krocie za dietę składającą się z czystego bulionu i czerstwego chleba. Mnie pobyt w ośrodku nic nie kosztował, schudłam trzy kilo i wróciłam do domu z kolekcją miniaturowych buteleczek ekskluzywnych szamponów do włosów.

Wcześniej na potrzeby artykułu prasowego wysłuchałam wykładu o sztuce uwodzenia wygłoszonego przez samą Dittę Von Teese w jej apartamencie w Claridges. Przeprowadziłam nawet wywiad z Jamesem Bondem i przez długie tygodnie odsłuchiwałam wiadomość zostawioną na poczcie głosowej przez wielkiego świętej pamięci Rogera Moore’a, który dziękował mi za „cholernie dobry tekst”.

Z zawodowej perspektywy moje życie stanowiło urzeczywistnienie marzeń.

Poza pracą również nie miałam powodów do narzekań. Miałam rodzinę i przyjaciół, którym na mnie zależało. Kupowałam horrendalnie drogie dżinsy, piłam horrendalnie drogie koktajle. Jeździłam na wakacje. Sprawiałam całkiem dobre wrażenie osoby, która świetnie się w życiu bawi.

Tak jednak nie było. Byłam zagubiona.

Podczas gdy moi przyjaciele remontowali łazienki i planowali wynajem willi na wakacje, weekendy spędzałam na imprezowaniu i piciu lub niewychodzeniu z łóżka i oglądaniu reality show The Real Housewives lub Z kamerą u Kardashianów.

Czasami opuszczałam domowe pielesze i wtedy moje życie towarzyskie sprowadzało się do ciągu przyjęć zaręczynowych, ślubów, parapetówek i chrzcin. Uśmiechałam się i robiłam, co należy. Kupowałam prezenty. Podpisywałam kartki z życzeniami. Wznosiłam toasty za pomyślność i szczęście. Ale wraz z każdą imprezą dla uczczenia kamienia milowego innych zostawałam coraz bardziej w tyle, samotna i niepotrzebna. Miałam trzydzieści sześć lat, moi przyjaciele odhaczali kolejne etapy na liście życiowych osiągnięć, a ja wciąż, od ukończenia dwudziestu lat, tkwiłam w niezmiennej rzeczywistości.

Od zawsze byłam singielką, ale nie miałam własnego domu ani żadnego planu na przyszłość.

Gdy przyjaciele pytali, czy wszystko u mnie w porządku, potakiwałam. Czułam się nieszczęśliwa, ale czy miałam ku temu jakikolwiek powód? Los mi sprzyjał. Miałam wręcz nieprzyzwoity fart. Dlatego narzekałam tylko na bycie singlem, bo wydawało mi się, że wtedy inni mnie zrozumieją – ale nawet nie byłam pewna, czy jest to prawdziwa przyczyna mojego smutku. Czy posiadanie chłopaka okazałoby się antidotum na całe życiowe zło? Może tak, a może nie. Czy chciałam wyjść za mąż i mieć dzieci? Nie wiedziałam. Tak czy inaczej, rozważania były czysto teoretyczne. Faceci wcale nie kładli się u mych stóp.

Prawdą było, że budzili we mnie cholerny lęk i bardzo się tego wstydziłam. Czemu nie mogłam być taka jak inni? Sami wiecie, czemu nie mogłam spotkać kogoś, zakochać się, wyjść za mąż?

Czułam się wybrakowana.

Ale nikomu o tym nie mówiłam. Zamiast tego potakiwałam, gdy inni zapewniali, że na pewno wkrótce kogoś spotkam, a potem następowała szybka zmiana tematu i wracałam do domu sama, z wolna staczając się po równi pochyłej w nicość, aby wprowadzić odrobinę dramatyzmu. W czym z pewnością dopingował mnie kac.

Rozejrzałam się po zabałaganionej sypialni. Wynajmowałam mieszkanie w horrendalnie drogiej piwnicy. Brudne rajstopy i majtki, obok wilgotny ręcznik, wypadające z kosza na śmieci zużyte waciki i puste butelki po wodzie. Jeden, dwa, trzy kubki z resztkami kawy na dnie…

Rozglądając się po pokoju, usłyszałam głos płynący z głębi trzewi:

Co ty robisz?

I jeszcze raz. Tym razem głośniej i dobitniej:

Co ty robisz?

Tak właśnie zawsze się dzieje, gdy bohater powieści sięga dna, prawda? Słyszy głos znikąd, który oznajmia, że czas na zmianę. Może przemawiać Bóg, duch zmarłej matki lub sama nie wiem, kto jeszcze. Może duch minionych świąt Bożego Narodzenia? Zawsze jednak słyszy się głos.

Nigdy w to, rzecz jasna, nie wierzyłam. Uznałam, że to chwyt literacki stosowany na potrzeby złaknionych dramatyzmu czytelników. Okazało się jednak, że taka jest prawda. Czasem człowiek dociera tam, gdzie słyszy się głosy.

Zbliżałam się do tego miejsca już od kilku dobrych miesięcy, praktycznie codziennie budziłam się o trzeciej nad ranem, siadałam sztywno na łóżku z sercem walącym jak oszalałe i słyszałam głos, który pytał:

Co ty robisz? Co ty robisz?

Ze wszelkich sił starałam się go zignorować. Zasypiałam, brałam się do pracy, szłam do pubu. Ale wraz z upływem czasu coraz trudniej było mi zlekceważyć poczucie, że coś nie gra. Prawdę powiedziawszy, nie miałam zielonego pojęcia, co właściwie robię ze swoim życiem. Na powierzchni ukazywały się coraz wyraźniejsze rysy. Miałam trudności z utrzymaniem dobrej miny do złej gry, a łzy zazwyczaj przelewane za zamkniętymi drzwiami sypialni pojawiały się w przestrzeni publicznej – w pubie, w pracy, na przyjęciach u znajomych – aż w końcu stałam się tym weselnym gościem, który zataczającym się krokiem przeskakiwał od pijackiego tańca w rytm Single Ladies Beyoncé do łkania w łazience.

Nigdy o tym nie marzyłam. Ale stało się. Byłam właśnie takim człowiekiem.

Minęły już cztery godziny na kacu u Kardashianów, gdy zadzwonił telefon. Wciąż nie wzięłam prysznica.

To była moja siostra Sheila.

– Co robisz? – zapytała.

Mówiła radosnym i pełnym werwy głosem. Gdzieś szła.

– Nic. Mam kaca. A ty?

– Właśnie wyszłam z siłowni, jestem umówiona na brunch z Jo.

– Super.

– Wydajesz się przygnębiona – zauważyła.

– Nie, skąd. To tylko kac.

– Może idź na spacer? To zawsze pomaga.

– Pada deszcz – skłamałam.

Wcale nie padało, ale Sheila nie mogła tego wiedzieć. Mieszkała w Nowym Jorku, miała wspaniałe mieszkanie, wspaniałą pracę i wspaniałych przyjaciół, z którymi umawiała się na wspaniałe brunche. Wyobraziłam sobie, jak rześka i rozgrzana po treningu przemierza manhattańskie ulice, a słońce odbija się w jej drogich okularach przeciwsłonecznych.

– Co w takim razie zamierzasz dziś robić? – zapytała.

Ukryta między słowami krytyka ubodła mnie.

– Nie wiem. Zresztą, dzień już się kończy, u mnie jest czwarta po południu.

– Wszystko okej?

– Jasne, jestem tylko zmęczona.

– No dobrze, muszę lecieć.

Miałam się rozłączyć, aby wiodła swe bajeczne życie, podczas gdy sama dalej nurzałabym się w żalu nad sobą, lecz nieoczekiwanie rozpłakałam się.

– Co się dzieje? Czy wczoraj wieczorem coś się stało? – chciała wiedzieć Sheila.

– Nie, nie w tym rzecz.

– Więc w czym?

– Sama nie wiem… – przyznałam łamiącym się głosem. – Nie wiem, co jest ze mną nie tak.

– Co masz na myśli?

– Cały czas czuję się nieszczęśliwa i nawet nie wiem dlaczego.

– Och, Marianne…

Głos Sheili stracił swą typową szorstkość.

– Sama nie wiem, co dalej robić. Próbowałam wszystkiego, co rzekomo trzeba zrobić: ciężko pracowałam, starałam się być miła, płaciłam głupi czynsz za głupie mieszkanie, ale jaki w tym sens? Jakie to wszystko w ogóle ma znaczenie?

Sheila nie potrafiła mi odpowiedzieć, dlatego o trzeciej w nocy, nie mogąc zasnąć i już dłużej ścierpieć Kardashianów, zwróciłam się po pomoc do kogoś, a dokładniej czegoś, co było w stanie mi jej udzielić.

• • •

Miałam dwadzieścia cztery lata, gdy przeczytałam pierwszy poradnik psychologiczny. Piłam tanie białe wino w All Bar One przy Oxford Circus i utyskiwałam na swoją gównianą, dorywczą pracę, kiedy przyjaciółka wręczyła mi egzemplarz Nie bój się bać Susan Jeffers.

Przeczytałam na głos slogan z okładki: Jak przekuć lęk i niezdecydowanie w pewność siebie i działanie…

Wywróciłam oczami, ale przeczytałam też tekst z tyłu: „Co ci przeszkadza w byciu osobą, którą pragniesz być? Co ci nie pozwala wieść życia, o jakim marzysz? Obawa przed konfrontacją z szefem? Lęk przed zmianą? Niepokój przez przejęciem kontroli?”.

Po raz kolejny wywróciłam oczami.

– Niczego się nie boję, po prostu mam beznadziejną robotę.

– Wiem, brzmi tandetnie, ale przeczytaj – nalegała przyjaciółka. – Przysięgam, że pomoże ci stanąć na nogi i działać!

Choć najwyraźniej ją skłoniło tylko do picia ze mną, ale to nie było ważne. Później, w nocy, mimo alkoholowego zamroczenia, przeczytałam połowę książki, a następnego dnia dokończyłam lekturę.

Ukończyłam studia literackie i miałam zapędy pisarskie, ale krzykliwe hasła pisane wielkimi literami oraz wykrzykniki w nadmiarze okazały się na swój sposób odurzające. Amerykańskie pozytywne nastawienie, które leżało w całkowitej sprzeczności z moim angielskim/ irlandzkim pesymizmem, pozwalało uwierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Po przeczytaniu książki rzuciłam pracę dorywczą, choć nie miałam nagranego nic innego. Tydzień później dowiedziałam się, że znajoma znajomej znajomej pracuje na etacie w gazecie. Zadzwoniłam do niej i choć nie odbierała, wciąż dzwoniłam. I dzwoniłam. Wykazałam się uporem, o który nawet siebie nie podejrzewałam. W końcu oddzwoniła i zaproponowała mi posadę stażystki. Dwa tygodnie później podpisałam umowę o pracę.

To był początek mojej dziennikarskiej przygody. Ryzyko się opłaciło.

Od tamtej pory uzależniłam się od poradników. Jeśli książka obiecywała odmienić życie w czasie godzinnej przerwy na lunch, gwarantowała zdobycie pewności siebie/faceta/pieniędzy w pięciu prostych krokach, a na dodatek posiadała rekomendację Oprah, kupowałam nie tylko poradnik, ale także koszulkę i kurs audio w pakiecie.

Przeczytałam od deski do deski: Kto zabrał mój ser, Idealną równowagę, Zasady życia i Moc pozytywnego myślenia. Podkreślałam całe akapity. Notowałam na marginesach. Każda kolejna obiecywała klucz do szczęśliwszej, zdrowszej i bardziej spełnionej mnie… Ale czy działały?

Ani trochę!

Mimo że przeczytałam Jak zdobyć pieniądze, mądrość i wolność pióra Paula McKenny’ego, byłego radiowca, a aktualnie hipnotyzera, który niewątpliwie sam się wzbogacił na sprzedaży poradników – pieniądze się mnie nie trzymały. Dasz mi dychę, a wydam dwie, nim zdążysz schować portfel do kieszeni.

Choć przeczytałam Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus oraz Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, wciąż byłam singielką.

Dzięki Nie bój się bać postawiłam pierwsze kroki w karierze, ale kolejne sukcesy nie były pochodnymi lektury Zasad Canfielda – tylko wynikały z paraliżującego lęku przed porażką, sprawiającego, że praca stała się moją obsesją.

Kiedy moja przyjaciółka Sarah pomagała mi w pakowaniu podczas jednej z moich licznych przeprowadzek, uznała za wręcz histerycznie śmieszne, że w każdym pokoju leżał stos poradników. Pod kanapą, pod łóżkiem, obok szafy.

– Większość czytałam w związku z pracą – broniłam się.

Do pewnego stopnia była to prawda. Czasami recenzowałam poradniki. Ale przeważającą część kupiłam z zupełnie innego powodu: wierzyłam, że pomogą mi odmienić życie.

– Czy nie są ciągle o tym samym? – dociekała Sarah. – Myśl pozytywnie. Wyjdź ze strefy komfortu? Nie rozumiem, dlaczego liczą po dwieście stron, skoro ich sedno można streścić w notatce na tyle okładki.

– Czasem konieczne jest powtórzenie przekazu, żeby się dobrze zagnieździł – wyjaśniłam.

Sarah podniosła jedną z książek, która leżała na lodówce obok dwóch ładowarek do telefonu i stosu ulotek reklamujących jedzenie na wynos.

– Jak przestać się martwić i zacząć żyć – przeczytała na głos tytuł mocno zaczytanej książki.

– Świetny poradnik! – zauważyłam.

Roześmiała się.

– Nie, szczerze, to klasyk napisany w czasie Wielkiego Kryzysu. Przeczytałam go co najmniej trzykrotnie.

– Trzykrotnie? – zdziwiła się Sarah.

– Tak!

– I uważasz, że ci pomógł?

– Tak!

– Już się niczym nie martwisz…

– To znaczy…

Ze śmiechu aż się zgięła w pół, a w jej oczach zalśniły łzy.

Chciałam się na nią obrazić, ale nie mogłam. Zamartwiałam się bardziej niż ktokolwiek inny.

W rzeczywistości byłam kiepską reklamą przydatności poradników zalegających na moich półkach – czy raczej tych upchniętych pod łóżkiem. Byłam żywym dowodem na poparcie tezy, że jeśli poradniki działają, wystarczy przeczytać jeden i wszystko się ułoży. Choć kupowałam co najmniej jeden na miesiąc, efekt był mierny. Proszę, oto ja: na kacu, w depresji, znerwicowana i samotna…

Dlaczego w takim razie czytałam poradniki, skoro hm… wcale mi nie pomagały?

Czytam poradniki z tego samego powodu, dla którego jem ciastka czekoladowe i oglądam stare odcinki Przyjaciół. Żeby się pocieszyć. Potwierdzają niepokój i lęki, które noszę w sobie, ale o których zawsze wstydziłam się rozmawiać. Sprawiają, że moje obawy wydają się normalną pochodną bycia istotą ludzką. Kiedy je czytam, czuję się mniej samotna.

Ważny jest też pierwiastek fantazji. Każdej nocy pochłaniałam obietnice „od pucybuta do milionera” i wyobrażałam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdybym była skuteczniejsza i pewniejsza siebie, gdybym niczym się nie martwiła i wypoczęta wyskakiwała z łóżka o piątej nad ranem, aby pomedytować… Był tylko jeden problem. Każdego ranka budziłam się (wcale nie o piątej) i żyłam tak samo jak dotychczas. Nic się nie zmieniało, bo nie stosowałam porad zawartych w poradnikach. Nie prowadziłam dziennika, nie powtarzałam pozytywnych stwierdzeń…

Moje życie zmieniło się po lekturze Nie bój się bać, bo zaczęłam działać: nie bałam się bać i rzuciłam pracę. Od tamtej pory nie opuszczałam strefy komfortu – z trudem opuszczałam łóżko.

Kiedy wreszcie niedzielny kac osłabł, i po raz piąty czytałam Nie bój się bać, wpadłam na pewien pomysł. Wymyśliłam, jak skończyć z depresją, chaosem na kacu, i jak być szczęśliwą, świetnie funkcjonującą osobą:

Nie poprzestanę na samym czytaniu poradników, ale wcielę porady z nich w życie.

Będę przestrzegała każdej najdrobniejszej nawet wskazówki udzielanej przez tak zwanych guru i zobaczę, co się naprawdę stanie, gdy rzeczywiście wyrobię w sobie siedem nawyków skutecznego działania. Naprawdę poczuję potęgę teraźniejszości. Czy moje życie się zmieni? Czy będę bogata? Szczupła? Znajdę miłość?

Pomysł objawił mi się w pełni ukształtowany: jedna książka na miesiąc, sumienne przestrzeganie zaleceń, aby sprawdzić, czy poradniki naprawdę mogą zmienić życie. Roczny plan, czyli w sumie dwanaście książek. Systematycznie i po kolei będę stawiać czoło moim wadom: długom, zamartwianiu się, nadwadze… a pod koniec roku, będę… ideałem!

• • •

– Okej, ale naprawdę musisz wszystko robić – podkreśliła Sheila, kiedy kilka dni później przez telefon opowiedziałam jej o swoim pomyśle. – Nie możesz przez cały rok czytać książek ograniczających się do analizowania uczuć.

Z tonu jej głosu biła aluzja, że wykorzystam to jako rewelacyjny pretekst do kontemplacji czubka własnego nosa, a moje obsesyjne zapatrzenie w siebie tylko się nasili.

– Wszystko zrobię! – odparowałam. – O to właśnie chodzi.

– Jakie książki wybrałaś? Masz już plan?

Kolejny przycinek. Sheila wie, że nigdy nie mam planu.

– Zacznę od Nie bój się bać, bo kiedy po raz pierwszy przeczytałam tę książkę, to zrobiła na mnie ogromne wrażenie, następny będzie poradnik o pieniądzach, a potem, sama nie wiem. W krainie poradników mawia się, że odpowiednia książka znajdzie cię w odpowiednim czasie – powiedziałam.

Wiedziałam, że nie brzmiałam przekonująco.

– Zamierzasz wybierać książki, które znasz, czy sięgać po nowe? – zapytała.

– Obie kategorie biorę pod uwagę – postanowiłam.

– Masz w planach książkę o randkowaniu?

– Tak.

– Którą?

– Jeszcze nie wiem.

– A kiedy?

– Nie wiem, Sheila! Później. Najpierw chciałabym popracować nad sobą, dopiero później przyjdzie czas na facetów.

Byłam na siebie zła, że użyłam sformułowania: popracować nad sobą.

– Co dokładnie chcesz osiągnąć? – dociekała Sheila.

Właśnie dlatego tyle jej płacą. Zawsze doszuka się dziury w całym.

– Nie wiem. Chciałabym być szczęśliwsza i bardziej pewna siebie, no i nie mieć długów. Chciałabym wieść zdrowszy tryb życia, mniej pić…

– Nie potrzebujesz książek, żeby mniej pić – wtrąciła Sheila.

– Wiem, że nie potrzebuję! – warknęłam i bezgłośnie upiłam łyk wina.

– Okej, ale naprawdę musisz wszystko ROBIĆ. Nie tylko o tym mówić.

– Tak, Sheila, rozumiem. Tak właśnie będzie.

Nawet pragmatyczne podejście mojej siostry nie było w stanie mnie zniechęcić. Rozłączyłam się, zamknęłam oczy, wyobrażając sobie siebie za rok. Wyobrażając sobie Ideał.

Idealna ja nie będzie się zamartwiać ani niczego odkładać na później, praca będzie jej przychodzić z łatwością. Będzie pisać do najlepszych gazet oraz czasopism i zarabiać niebotyczne sumy pieniędzy – wystarczająco dużo, aby opłacić aparat korygujący krzywe uzębienie. Idealna ja będzie mieszkać w wytwornym apartamencie z wielkimi oknami. Jej regały będą uginać się od mądrych, ambitnych książek, które naprawdę przeczyta. Wieczorami będzie chodzić na eleganckie rauty, gdzie będzie zachwycać drogimi, acz stonowanymi kreacjami. Ciągle też będzie przesiadywać w siłowni. Och, i jeszcze będzie jej towarzyszył przystojny facet w kaszmirowym swetrze. Nic dodać, nic ująć.

Ideał z wywiadów w kolorowych czasopismach: idealni ludzie w idealnych domach, ubrani w idealne ciuchy i opowiadający o swoim idealnym życiu? Stanę się jedną z nich!

Był listopad, dlatego postanowiłam zacząć od stycznia. Nowy Rok. Nowa ja.

Zalała mnie fala ekscytacji. To było to. Naprawdę zmienię swoje życie.

Nie miałam wówczas pojęcia, że schludny dwunastomiesięczny plan przeobrazi się w szesnastomiesięczny zjazd kolejką górską, podczas którego każda najdrobniejsza cząstka mojej osobowości zostanie wywrócona do góry nogami.

Poradniki faktycznie zmieniły moje życie. Pytanie tylko: czy na lepsze?

• • •

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz